poniedziałek, 19 października 2026

Od Saży - Pachnidła cz. 7

 Psycholożką została przez przypadek. Możliwe że o zbyt wiele pytała, do zbyt wielu spraw wciskała nosa u wykazywała się przy tym nadzwyczajnym jak na tutejsze standardy zainteresowaniem.  Może i byłaby nazwana po prostu wścibską, ale wilki zaczęły widzieć w tym coś na tyle dobrego, że szybko trafiła się jej posadka “wadery do wyżalenia się w trudnych chwilach”. Skoro już i tak to robiła, co jej szkodziło. Zgodziła się. Miało to swoje minusy, nie mogła już wybrać, kogo zaszczyci rozmową, ale nic nie jest bez wad. Dzięki rozmowom mogła szybko poznać każdego mieszkańca tutejszych okolic, nawet jeśli do niej osobiście nie przyszedł o radę. Plotki o każdym roznosiły się szybko, a tajemnica zawodowa okazała się dobrym usprawiedliwieniem dla obgadywania kogo popadnie.


 Z dnia na dzień czuła się coraz lepiej. Już nie ciążyły jej bolesne wspomnienia, wolność rozpościerała przed nią swoje ogromne skrzydła. Nie zdawała sobie sprawy jak ograniczoną perspektywę miała tam, w remizie. Jedna rzecz jednak była podobna: wszyscy byli tu cholernie starzy. Wader było tu nieco więcej, być może to dlatego mogła poznać kogokolwiek w swoim wieku. Basiory natomiast…cóż, może to i dobrze że do tego przywykła. Dziękowała sobie w duchu, że tak dobrze wybrała. Legion był zdecydowanie z młodszego pokolenia. Cieszyła się, że tak łatwo daje się kusić. Jego chłodne podejście było dla niej w sam raz, nie narzucał się, ani nie ganiał za nią z wywalonym jęzorem. Był w swoim zainteresowaniu niezwykle gustowny, powściągliwy i wyrafinowany. Wiedział co to maniery, interesująca rozmowa, potrafił pięknie opowiadać, pisał niezgorsze listy. Czasami podrzucał drobny prezent pod jej próg, nigdy nie podpisując się przy tym. A czasami nie niezaproszony spontanicznie składał swoje niezobowiązujące wizyty i zostawał do śniadania. Nigdy jednak nie przyznał się do niej przed rodziną w oficjalny sposób. Martwiło ją to. W końcu nosiła w sobie kukułcze jajo. Miała pewien plan, chociaż był on z kategorii bardziej tych naiwnych i naciąganych. Miała nadzieję, że jeśli wystarczająco długo przetrzyma ciążę, szczeniaki mogą być podejrzewane o pokrewieństwo z kimkolwiek z watahy. To im da większą szansę na życie. Podrzutek mógłby zostać łatwo przegnany, ale taki bękart młodego alfy? Czuła, że świetnie sobie to wymyśliła. Jej brzuch nie był jeszcze na tyle wydęty, miała czas. Chociaż ostatnio było jej jakoś dziwnie ospale. 


***


- Talia, pospiesz się.- Delta szeptał pod nosem.- Gdzie te bandaże?

Wadera niosła w dodatkowej parze łap zwitki materiału. Położyła je obok posłania porodowego. 
- Niedobrze to wygląda. - Pomocnica cmoknęła, wymieniając posłanie na czyste.- Dlaczego tak to się babże. To nie było przypadkiem poronienie?
- Nie mam pojęcia. Nie zdawała się być bliska. Może to przez niedożywienie? Oceniając na oko, wyglądała bardzo mizernie od kiedy tu przyszła.- Atramentowe futro na jego czole opadło mu pomiędzy zmęczone oczy.
Saża rzeczywiście straciła sporo krwi. Życie jednak trzymało się kurczowo jej ciała, jakby sama dusza wiedziała, że to jeszcze nie jej czas. Stary medyk, a teraz również i tymczasowy położny, po długiej walce obejrzał dwie niezbyt urodziwe kulki futra przy boku wycieńczonej wilczycy. Jedna nie oddychała. Delta westchnął bardziej z nawyku niż z troski po czym zawinął martwe ciałko w zakrwawiony len. Drugi kręcił się niespokojnie obok brzucha matki. Był żwawy i niespokojny. Będzie żył. Przyjrzał mu się uważniej. Nie wyglądał zbytnio jak Legion….ale może to po prostu słabe geny?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz