piątek, 4 lutego 2022

Od Delty - "Wojna Smakuje Krwią - Więzień własnego domu" cz. 1

Czymże jest wiara bez zdrady? Jedynie namiętnym słowem bez znaczenia. A życie bez cierpienia? Passą nudnych chwil spędzonych w radości, mętniejącej w zaciszu domowego ogniska wraz z latami. Radości ,która rozpływa się w dobrobycie i zamienia w gorycz. Bo jak nie znasz bólu jak możesz cieszyć się z rzeczy które masz? A żale? A co ze śmiercią? Nikt nie żyje w świecie idealnym. Nikt kto teraz czuwa nad żywymi nie zaznał całkowitego spokoju za życia. Więc spoglądając na ten marny świat. Swoje życie. Okruszek pośród pustyni dusz. Co widzisz? Masz same radości? Same cierpienia? Czy może balans,  tak kruchy i  delikatny, że gotów upaść pod dotykiem nieodpowiedniej osoby.

Ale czy to musi być nasz los?

Spokój. Harmonia. Piękne pola różowiejącego w słońcu śniegu. Cisza. Błogość. Czego chcieć więcej od życia. Milczenie. Radość. Że to wszystko zdaje się uspokajać. Niepojęta gracja natury. Zachód słońca. I tylko gdzieś w oddali pali się łuna. Tak czerwona. Tak zadymiona i taka ... spokojna. Aż zapierało dech w piersi. Ktoś szepnął: „piękna”. Jednak Delta tylko zacisnął kły. Coś sie nie zgadzało. Bo przecież takie piękne widoki nie zdarzają się. Nie w jego życiu. Nie jako piękne. Czerwona aureola zawisła na niebie niczym krwawy okrąg. Omen nadchodzącego zła, dla tych nieświadomych , spokojnych dusz.

Dzień zaczął się... dziwnie cicho. Parę tylko osób leżało w posłaniach. Dwie, trzy. Delcie zdawało się, że przy och małej watasze to i tak wiele. W końcu nikt teraz nie śmiał skarżyć się na lekkie choroby jak niegdyś. Co taka wojna czyniła z wilkami. Jak bardzo spaczała ich pojęcie o dobrej opiece nad własnym ciałem. Mały basior, już nie taki młody i nie taki zdrowy odłożył szklany słoiczek na półkę. Jego łapa przesunęła ostrożnie po delikatnym surowcu. Pamiętał jak dzisiaj. Kiedyś kradł takie cuda od ludzi dla jaskini. Oczywiście parę już ich miano. Oddał też swoje kiedy właściwie się tu przeprowadził. Gliniane miseczki. Od Domino. Niektóre były nieco koślawe. Wszystkie takie delikatne i kruche, a jednak trzymały się. Wiele lat jeszcze było przed nimi. A ile leków jeszcze potrzymają. No i ten jeden nieszczęsny moździerz. Dobry, metalowy, nie wiadomo skąd, nie wiadomo od kogo. Kto go zrobił? Życie? Wilk? Człowiek? Kto wie. Może zrobił się sam. Jedno jest ważne. Dobrze pomaga i wspomaga w uczynieniu ze składników leków. Usprawnia ten cyrk na kółkach. Bez niego leki by były. Gniecione kamieniem, ale były. Jednak jego obecność pośród ziół i słoiczków stanowiła usprawnienie. Dokańczała jedną wielką, sprawną maszynę.
Szum wiatru z zewnątrz, przy świeżo wznoszącym się słońcu, przynoszącym kojące promienie na ziemię i zmieniających ten słodki obrazek zimy w zapadające się w oczach błoto. Cóż więcej można chcieć? Dalekiego krzyku?

Krzyku?

Szklana fiolka delikatnie zabrzęczała uderzając w ziemię. Delta zadrżał spoglądając na wejście do jaskini. Cóż to? Jego łapy samoistnie poniosły go. Płuca mogły od razu zaczerpnąć świeżej dawki tlenu. Rześkie powietrze owiało jego futro swoim spokojnym tonem. Wszystko zdawało się być w normie. Jednak jego serce waliło w piersi, a oczy zdawały się skupiać na linii drzew. Oddalonej o parę, może paręnaście kroków. Porzucone przez resztki życia korony pozwalały mu spojrzeć głębiej niż dotychczas. Zima miała swoje zalety.

Cisza.

Czyżby mu się tylko zdawało? Skąd więc ten niepokój w sercu? Skąd napięte mięśnie? Skąd zaciśnięte gardło? Może to tylko pamiętne ćwiczenia, na które sam musiał uczęszczać. Może Szkło znowu próbuje zarżnąć jednego z nas. Ze zdrajców. Kto wie.
—Coś nie tak? — droga nasza kochana Konstancja zerknęła na niego. Jej słodki ton głosu był jak zimna woda dla jego myśli. Delta poczuł się jakby właśnie wypłynął spod lodu i nabrał w płuca powietrza. Zachłysnął się nim mało popadając w swoisty rodzaj paniki. Zerknął na staruszkę.
—Nie. Nie. Wszystko w porządku — wyszeptał. — To po prostu ja. — nie wiedział czy zrozumie. Czy widać po nim jak złamany psychicznie jest i jak bardzo potrzebuje odrobiny odpoczynku od życia, ale jednak nie chciał nikogo straszyć sobą.
—to dobrze Delto. Ale wejdź do środka. Jeszcze nam się zaziębisz, nasz jedyny medyku. — zachęciła go. Troska jaką dostawał od niej... nie był jej godzien. Przynajmniej nie czuł się godny. Oh słodkie serca zranionych przez nóż wbity w plecy. Znacie to uczucie?

Kroki.

Krzyk.

A JEDNAK!

Delta nie zdążył się podnieść porządnie kiedy życie przebiegło mu przed oczami. Wszystko zadziało się szybko.
—Na nich! — umknęło jego duszy kiedy do środka jaskini medycznej wpadła banda rozwrzeszczanych wilków. Impet z jakim wlecieli wręcz do środka sprawił, że jego futro zafalowało jak podczas wichury. Przyglądał się w przerażeniu zatrzymującym serce jak kolejni pacjenci są brutalnie wyrzucani z jaskini. Oh słodka, kochana staruszka także. Skulił się. Rozejrzał. Został sam z bandą nieznanych mu wilków. Ale chwila. Ten zapach... kojarzył go. Znał. Chyba... Jednak jakby zamazane wspomnienia nie chciały dać mu ulgi poznania go pomiędzy tysiącem innych jakie miał w swoim asortymencie.
Przepchnęli go do izolatki. Ciemność, która zdawała się być jego klatką, była mu teraz nad wyraz miła. Wolał siedzieć tutaj niż z nimi. Kto wie co jeszcze mogą mu zrobić. A bądźmy szczerzy, dojść mogło do wszystkiego. Od śmierci nawet po gwałt. 20 samców bez samicy i... wiecie jak to się może potoczyć. Jego myśli podążyły w mroczne kierunki. Czuł jak dreszcze pędzą przez jego ciało.
—Delta! — głos. Ten sam kojarzony z zapachem. Nienawidzony przez każdą komórkę ciała. Jego umysł nagle się rozjaśnił. Więc to tak. To wojna? Już? Trochę późno.
Odwrócił się. Jego mięsnie zaskrzypiały w nadmiernym spięciu. Jego oczy, tak zmatowiałe, teraz nagle zalśniły blaskiem furii. To ten, który skazał go na los zdrajcy. Ten przez którego stracił drogiego przyjaciela. Ten przez którego nie ufają mu w najmniejszym stopniu. Ten... ten... ten parszywiec. Ta pieprzona omega zasługująca na piekło pośród podobnych jemu. Ten który zasługuje na śmierć i siedzenie obok niego w piekle. Kto wie. Może zejdą tam razem pod koniec tej przygody.
—Delta kamracie, słabo wyglądasz. —no tak. Złość nie przywróci w ciągu sekund zdrowia traconego przez tygodnie. Jego łapy dalej były słabe. Ciało pełne ran wyniesionych z magicznego snu lub stworzonych przez własne ciało. Umysł zniszczony przez psychiczne tortury wspomnień i powoli zatracający się w swoich smutkach.  — Wybaczcie, że tak jakoś koślawo wyszło, przyjacielu. To nie z wami walczymy, a z władzą! To znaczy, a tą, tfu, władzą. — jeden krok i w Delcie prawie uaktywnił się instynkt drapieżcy. Jednak stłumiony został przez resztki zdrowego rozsądku. Bardziej się potem przydasz żywy niż martwy.
—Admirał. — szepnął. Jego głos brzmiał jak rano. Niczym niewypowiedziane milczenie tysiąca godzin. Medytacja trwająca tysiące lat. Wilk nachylił się. —Walczysz z wiatrakami błędny rycerzyku. — jednak ton miał głośność bryzy morskiej, którą zagłuszają fale. A zaraz potem machnął łapą. Admirał cofnął się z zaskoczenia i może odrobiny bólu.
—CO ty robisz tumanie! — „walczę z władzą”. — No trudno... przykro, że tak się zaczyna nasza współpraca. Ale nic nie szkodzi. Wierzę, że zobaczycie jeszcze, kto tu ma rację. — i zniknął.

 

Oh Naturo, droga matko wszystkich żywych stworzeń. Kto wie. Może nawet stwórco boga i wiary. Rodzicielko wody, gór i lądów. Opiekunko dusz, nieba, gwiazd i nocy.

Powiedz mi. Zdradź mi proszę. Błagam w największym ukorzeniu. Ja twoje dziecko.

Czy ktoś na tym świecie w ogóle ma teraz rację?

<CDN> 

Od Admirała CD Ciri - „Rdzeń. Taniec z Aniołami”, cz. 5


I nawet kiedy będę sam
Nie zmienię się, to nie mój świat
Przede mną droga, którą znam
Którą ja wybrałem sam

Oto ja, Admirał. Król nocy, dowódca burzy. I jeszcze parę tytułów, które mógłbym sobie dziś bezkarnie przypisać i dobrze mi z tym. Pewnie ci z WSC mają mnie za podłego wariata, ale wszystko jedno.
Pamiętam, jak przed miesiącami kierowałem stamtąd swoje kroki na zachód, z myślą, że jeśli uda mi się spotkać Skoarta i Klaba, może upolujemy razem chociaż kulawego zająca. Wracałem do domu, siedziałem nad notatkami, a i tak nie osiągnąłem w życiu niczego zadowalającego.
O czystości sformułowań, niewyboista drogo mych myśli, dawno się nie widzieliśmy, co?!
Dziś jest inaczej. Hahaha. Dziś mam nowy dom, ale czy tu znają mnie lepiej? Nie sądzę.
- Klab, Skoart. Jak tam sytuacja na granicy z chabrami?
- W porządku, Ad... szefu - rzucił pierwszy, większy, ciemniejszy wilk.
- Reszta chłopaków u siebie?
- Ta, rano trochę pokłócili się o legowisko przy wyjściu, ale spór zażegnany.
- Sami go zażegnali?
- No, trochę im pomogłem - zachichotał mrukliwie, lecz widziałem, że był z siebie dumny.
- Jak?
- Obaj śpią teraz na dworze.
- Bajecznie.
Na tych młokosów czasem działał tylko rozważnie stosowany rygor.
Ach, no tak, zapomniałbym o najważniejszym. Admirał, przywódca dwudziestki wiernych kamratów. Fakt, choć od niedawna.
- Admirał, a słuchaj, bo... - Naiwne oczy Skoarta wlepiły się we mnie płochliwie. - Kiedy w końcu ci z docelowego aparatu w ogóle dowiedzą się o naszych planach?
- A co ci się tak śpieszy?
- Bo... nie wiem na co czekamy. Koledzy też nie wiedzą. Kazałeś nam zebrać chłopaków, obiecałeś darmowe, luksusowe żarcie i stanowiska, a na razie od miesiąca użeramy się tylko z bandą nabuzowanych wariatów. Wszystkim się nudzi.
- Powiedzcie kolegom, że już niedługo. Oni tego nie rozumieją, ale jako dowódca potrzebuję czasu. Muszę zebrać wywiad.

Tak, zawsze genialny
Idealny muszę być
I muszę chcieć, super luz i już
Setki bzdur i już to nie ja

- Idę - ogłosiłem.
- A gdzie teraz idziesz?
- Pewnie do Ciri - nagle do rozmowy ponownie włączył się Klab. - Odkąd wróciła, zamiast zająć się robotą, siedzisz z nią jak zakochany głąbek. I co tam robicie? G... gr... ruchacie?
- Hej! - warknąłem, czując napływającą przed sam pysk falę gorąca. - Zaraz pogadamy inaczej!
- No, Admirał. Do nas tak?
- Przekonajcie się sami.
Odczekawszy jeszcze chwilę, za odpowiedź otrzymując tylko ciszę, poszedłem w swoją stronę. Tym razem jednak nie szedłem do Ciri. Wolnym krokiem zbliżałem się do wschodniej granicy. Ostatnio ciągnęło mnie do niej jakieś irracjonalne pragnienie. Ale jakie, powrotu do domu? Pch. Wspomnienia? Oczywiście, że nie; nie były nawet przyjemne. Nadzieja, że znów spotkam tam kogoś z WSC i będę mógł pośmiać mu się w twarz? Niecierpliwość? A może ciekawość, co będzie dalej?

Wiesz, lubię wieczory
Lubię się schować na jakiś czas
I jakoś tak, nienaturalnie
Trochę przesadnie, pobyć sam

Rzeczywiście, trochę się niecierpliwiłem. Od dawna, a właściwie nigdy wcześniej, nie zależało ode mnie tak wiele, a czas płynął i przelewał się stopniowo z góry na dół, w naszej wielgachnej klepsydrze. Czy tam przesypywał; mniejsza. Kurczył mi się też jego zapas przeznaczony na decyzję i obmyślenie kierunku.
- Po czyjej stronie w końcu stoisz? - Zerknąłem na stojącego u mojego boku. - Gdybyś był tak bystry, za jakiego niektórzy cię uważają, widziałbyś, że mamy już trzy.
- Gdybyś był tak bystry, za jakiego się uważasz, widziałbyś, że jesteśmy... tylko częścią planu.
Tak, tylko częścią. Ty, oni, wy wszyscy - z pewnością. Ale nie ja. Ja przechytrzę wszystkich i tak z nimi poigram, że nie będą wiedzieli, gdzie góra, gdzie dół. Jesteśmy coraz bliżej.
Czego chciałem? Dobra ogółu, czy swojego dobra? Trzymać się odgórnie narzuconego planu, czy pokusić się o ułożenie własnego?

Wejść na drzewo i patrzeć w niebo
Tak zwyczajnie, tylko że
Tutaj też, wiem kolejny raz
Nie mam szans być kim chcę

Czy to możliwe, bym zasiedział się na trawie, tępo patrząc przed siebie? Najwyraźniej możliwe, bowiem gdy delikatna łapa pieszczotliwie osiadła na moim karku, był już popielaty wieczór.
- Ciri - burknąłem jak wybudzony ze snu i odwróciłem się w jej stronę.
- Długo tu już siedzisz - trochę oznajmiła, trochę zapytała, tak słabowicie, jakby mogła przewrócić mnie samym swoim słodkim szeptem.
- Myślę.
- Powiedz, co robisz? Co planujesz? Dlaczego nie wtajemniczasz mnie w swoje plany? Tamtych idiotów, rozumiem, ale mnie? 
- Plan jest prostszy, niż myślisz, Ciri - wymamrotałem od niechcenia. - Już niedługo zobaczysz, jeszcze będą nam się kłaniać.
- Dlaczego przychodzisz tu codziennie? 
Żebym to ja wiedział. Żebym w ogóle wiedział, co robić, może przestałbym się szamotać z piętrzącymi się przeciwnościami losu i mógł w końcu skupić na swoim jasnym celu. Prychnąłem lekceważąco.
- Bo nigdy nie wiem, z której strony granicy przyjdziesz.
- Ostatnio jesteś zajęty czymś, w co mnie nie wtajemniczasz. Wiesz, robi się niebezpiecznie. - Wilczyca usiadła obok mnie. Przeniosłem na nią wzrok pełen niedowierzania.
- To takie wieści z ostatniej chwili?
- Admirał. Słyszałeś o przypadkach VCIG? W karczmie.
Na moment zaniemówiłem, choć z powodu innego, niż zapewne przypuszczała.
- Nie... niewiarygodne.
- Co teraz? Pomyślałam, że moglibyśmy, zanim nas to dopadnie, na pewien czas przenieść się... zastanówmy się nad tym. Do WWN. To nie jest niemożliwe, jeśli naprawdę się postaramy.
- Czy ty się słyszysz? Mam tu robotę do zrobienia. A ty to już w ogóle nie wiesz, gdzie mieszkasz. Mogłabyś przestać udawać, że nadal prowadzisz sobie nudne życie w WSC. Wystarczy mi mocy, byśmy mogli w końcu zacząć żyć na poziomie.
- Jako pełnoprawni członkowie WSJ?
- E. Niedługo to nam w ogóle nie będzie potrzebne. Śpisz dziś w WSC?
- Tak. Mam dziś jeszcze spotkać się z Nymerią.
- Żeby płakać razem z nią? A może żeby zaśmiać jej się w twarz? Wiesz, mogę nadłożyć drogi powrotnej.
- Dlaczego tak bardzo tego chcesz?
- Chcę jak najszybciej pozamykać obciążające nas sprawy - fuknąłem - i dać nam powód do działania. Najwyższa pora.

Noc, a nocą, gdy nie śpię
Wychodzę, choć nie chcę, spojrzeć na
Chemiczny świat, pachnący szarością
Z papieru miłością, gdzie ty i ja...

Choć byliśmy tak blisko, znów w naszej własnej jaskini, że o chwilę zapomnienia nie było wcale trudno, napięcie panujące między nami utrzymywało się na poziomie zdatnym do wytrzymania. Tylko wizja Nymerii, wkraczającej do środka jak do siebie, trzymała nas w bezruchu.
A jednak, gdy w końcu nadeszła, w jej krokach znać było niepokój. Czy wyczuła jakąś zmianę w otoczeniu? Czy to tylko ważne stanowisko, które los pozwolił jej przez chwilkę popiastować, tak szybko ukształtowało jej nawyki?
- Jesteś tu, Ciri? Wszystko w porządku? - jej głos rozbrzmiał na zewnątrz.
- Wejdź. - Wzrok mojej partnerki, w ślad za całą resztą ciała, powędrował w ciemność, odwrócony od wejścia skąpanego w delikatnej poświacie cienkiego księżyca. Zastygliśmy w oczekiwaniu.
- Czy możemy to zrobić? Zastanowiłaś się już? Jestem pewna, że wiesz, co będzie dla ciebie lepsze - z tymi oto słowy, Nymeria znalazła się wewnątrz.
- Tak.
- Ale... co?
- Ty wybrałaś watahę. Ja wybieram Admirała. - Ciri przyjemnym gestem dotknęła mojego przedramienia. A ja, patrząc prosto w wąskie, opalizujące oczy naszego gościa, lustrujące mnie jak ducha, a może demona, jedynie z wolna pociągnąłem w bok jeden z kącików ust, jedynie częściowo ukazując emocje wrące w moim wnętrzu. Odkryliśmy karty.
- Ale... Ciri. - Wysoka wilczyca cofnęła się. Z lubością patrzyłem, jak odwraca się na pięcie i nierównym krokiem znika w mroku lasu.

...I jeszcze ktoś, nie wiem kto
Chciałby tak, przez kilka lat
Zbyt zachłannie i trochę przesadnie
Pobyć chwilę sam
Chyba go znam

- Ty bezmózga niemoto - chrypliwy głos drżał, tak wyraźnie, że niemal miarowo. - Zrobiłem cię archaniołem, a ty uznałeś, że szczególna wiedza uczyni cię bogiem?
- Jesteś słabym kłamcą, więc już nieraz dałeś znak, że masz świadomość, co planuję. Powinieneś cieszyć się, że już nie robię z tego tajemnicy. - Dołożyłem wszelkich starań, by zachować kamienny wyraz pyska.
- Prześcignąłeś samego siebie.
- Nie kończ. Nie dopytam, w czym. Posłuchaj, mam kłopot, VCIG się rozniosło.
- Szkoda... że nie ma na to lekarstwa. Prawda?
Wydałem z siebie pomruk o nieczytelnym znaczeniu i opuściłem wzrok na swój zeszyt, z całej siły ściskany w jednej z łap. W drugiej chybotał się tępy ołówek.
- Powiedz mi, Admirał, jak widzisz naszą dalszą współpracę? - wyszeptał jeszcze.
- Teraz ja ciężko pracuję, a ty jesteś na urlopie. Gdy będę potrzebował pomocy, wiem, gdzie cię znajdę. A twoja część umowy została dopięta na ostatni guzik.
- Przedostatni. Wiesz o tym doskonale.
- No cóż, okoliczności czasem wymuszają na nas wprowadzanie zmian w planach. Tym razem zmienimy tylko, jak to było? Szczegóły. Prawda? - Oparłem oba trzymane w łapach przedmioty na kolanach, by popatrzeć na rozmówcę, kulącego się po drugiej stronie polany, u wejścia do jaskini, którą chwilowo zajmował. - Mów dalej, jakieś zmiany w samopoczuciu? Wszystko wzorcowo. Ale gorączka?! Co to za objaw?
- A może objaw... VCQ?
- Co za brednia. - Uniosłem wargi, na moment odruchowo odsłaniając kły.
- Bie...! - zakaszlał przeraźliwie, zanim zdołał skończyć słowo. - Biegnij zapytać Achpila, a mi przestań zawracać głowę. Nie mam już siły rozmawiać.
- Czekaj. Może to nawet niegłupie. Może. Hej, chyba właśnie jestem o krok od zostania odkrywcą. Nie jesteś dumny? - Rozpromieniłem się, choć sztuczność tego znaku zatrzęsła nawet mną samym. - Musiałbym tylko potwierdzić to jeszcze na kimś, kto ostatnio przechodził obie choroby.
- Więc uciekaj to potwierdzać. Rozpętałeś burzę, niech i ciebie piorun trzaśnie. Gratuluję, ale zaprawdę, Adek, dziś niczego więcej już tu nie znajdziesz. - Drobna, a dodatkowo przykurczona od bólu i dreszczy sylwetka podniosła się ciężko, by bez słowa więcej zniknąć w cieniu groty.


Tak szybko się to wszystko stało, że jeszcze dzień wcześniej nikt się niczego podobnego nie spodziewał. Gdyby zapytać wtedy przypadkowego członka WSC, czy uważa, że niejaki Admirał z bandą obdartusów może jutro dokonać udanej inwazji na jego watahę, pewnie roześmiałby się serdecznie i z zażenowaniem pokręcił głową.
Sprawa wyglądała tak.
W błocie przedwiośnia, wstaje nowy dzień.
Dwudziestka agresywnych basiorów przedziera się przez las, na wschód, do granicy z Watahą Srebrnego Chabra. A wraz z nimi, przywódca, bordowy wilk, wraz ze swoją nieodłączną towarzyszką. Granice nadal są zamknięte, lecz stróże, choć od tygodni liczebnie wzmocnieni o kilku szeregowców, nie spodziewają się tak tłumnej migracji; na tej linii nie mają też do dyspozycji żadnych granic naturalnych, które mogliby obstawić. Krzyki zaczynają przykuwać uwagę. Nieszczęśni Domino i Satomi, nawet pomimo szybkiego przybycia sąsiedniego patrolu, we czwórkę nie potrafią odeprzeć kłębowiska, napierającego na drzwi ich domu. Napastnicy pozbawieni są oporów. Ze strony podążającego wśród nich zwierzchnika pada hasło: „zabijcie wszystkich!”.

Od Pi - "O Krok Bliżej - do dorosłości" cz. 1.1

Życie przestaje być proste kiedy dorastasz. Nie możesz już tłumaczyć swoich zachowań szczenięcą nieśmiałością lub ufnością. Twój immunitet kończy się w ciągu kilku tygodni. A kiedy przygląda się światu takimi oczami jak jej wszystko zdaje się być jeszcze trudniejsze. Wojna czy nie, zdawało jej się, że nigdy nie będzie w stanie zrozumieć nikogo. Nawet siebie. Nie ważne jak mocno się starała, uczucia dawały się być jedynie odległym ukuciem w sercu. I to te własne. Co powiedzieć o czyichś?

Pi zamrugała odganiając resztki snu z powiek. Zapach chłodnej ziemi roznosił się po ich norce, która na 4 osoby była nieco ciasnawa. Ale przynajmniej nie musieli spać na zimnym śniegu, przywykli do luksusu posiadania łóżka ze skór. NA jej oko słońce dopiero szykowało się do uniesienia ponad horyzont, jednak nie chciała wstawać. Ze swoim rodzeństwem zbijali się w kupkę na noce, na jednym łóżku z którego dawno wyrośli. Dzisiaj Pi leżała rozłożona pod łapą Mediany, która wtulała się w jej plecy. Sigma spał zaraz obok, zaciskając ją między dwoma ciałami, na całą noc. Nie narzekała, było ciepło, w sam raz.  A Całka? Całka wylegiwałaby się na bracie, gdyby tej nocy nie została z ojcem. Nawet nieco zacofana w rozumieniu rzeczywistości Pi wiedziała, że ich więź jest dosyć wyjątkowa i niepowtarzalna. Ale dlaczego? W końcu tak różnili się od siebie i ciągle sobie dogryzali.
Jednak nie to było ważne. Liczyło się żeby poczekać aż słońce uniesie się odpowiednio wysoko. Może na połowę swojej doskonałości i obudzić tą bandę dzieciaków. Bo bądźmy szczerzy. Żadne z nich nie dorosło jeszcze całkowicie. Nadal wiele nie wiedzą, wiele nie rozumieją.

—Ugh. Nienawidzę wstawać tak wcześnie. — Sigma wstał niechętnie. Jego łapy mozolnie przesunęły się po chłodnym podłożu. — Zimno! — zawył.
—Jest zima. Czego innego oczekujesz? — Pi otrzepała się przechodząc obok brata. Jej ogon zafalował na wietrze, który niesfornie wpadał przez niewielkie wejście. Wejście, które sprawiało problem Sigmie i jego szerokim ramionom. Nieszczęśnik urósł za duży na pozostawione przez Deltę wejście. Ich tatę. Który był mniejszy nawet od najmniejszej z nich, Mediany.
—Taaa. — jej brat skrzywił się nieznacznie.
—Jak tak dalej będziesz narzekał to się spóźnisz! — Mediana rozciągnęła się w łóżku ziewając.
—O kur.. Rzeczywiście. Słońce już wstało! — spanikował zaraz potem mało nie klinując się w wyjściu. Obie samiczki westchnęły ciężko, bowiem ten wariat ledwo wstał a już gdzieś pędził.
—Skąd on ma tyle energii z rana? — maleńka samiczka wstała w końcu.
—Nie wiem. Nie ma pojęcia. Dzisiaj twój pierwszy dzień w pracy nie? —
—Tak. W końcu przekonam się jak to jest! —
—Pewnie nudno. Dużo papierków. — Pi westchnęła. Sama musiała niedługo ruszać. W końcu ma pracę, odpowiedzialności. Eh. Nie chciało jej się. Życie zdawało się być niezwykle nudne. Codziennie wstajesz otoczony przez zimno, idziesz do pracy, wracasz, śpisz, i tak w kółko. Jaki to ma sens? Nie ma. I Pi nie wiedziała jak się czuć. Ha! Czy ona kiedykolwiek wiedziała jak się czuć i odnosić do czegoś? Nie bardzo. No cóż.

Dzień był... zimny. W końcu tak to bywa zimą. Śnieg zapadał się pod jej łapami. Przynajmniej temperatura nie spadała poniżej -20 za często. Jej oddech wirował na powietrzu kiedy przechodziła wzdłuż granicy. Słońce nie bardzo chciało wychodzić zza chmur kiedy w końcu już wstało. Zakopało się za nimi jak za ciepłą kołderką. Obroną przed patrzeniem na ten bezbronny świat, tak brutalnie spaczony walką i nienawiścią. Ze swoistym niezadowoleniem przedarła się przez zaspę mało w niej nie zostając. Chciała wrócić do domu i poleżeć w ciszy na swoim posłaniu, gdyż to było jedyne zajęcie, które przychodziło jej do głowy. Praca była bowiem... nudna. Nuda, nuda, nuda, nuda. Eh... Nuda. Pusto wzdłuż tej granicy do jasnej. Nikogo poza ... wrogami? Chociaż Pi nie uznawała nikogo za wroga. Za młoda była kiedy wszystko się zaczęło, a jej mała głowa nie nauczyła się nigdy rozdzielać ich na ich i nas na nas. Jakby. Sama wojna nie miała dla niej sensu, ale cóż. To nie była jej decyzja żeby ją zaczynać.

Słodko. Pomyślała zaglądając na spadające powoli na ziemię płatki śniegu. Jej serce wyraziło swoje niezadowolenie, jednak głowa zdała się nie przetworzyć tej informacji, więc wydźwięk tego słowa był taki nijaki. Pi westchnęła. Chciała zobaczyć już trawę, której nigdy nie widziała. Urodzona zimą, zamknięta pośród zimna i śniegu. Chłodna jak on sam.
Do nory weszła obsypana drobnymi śnieżynkami. Cisza. To ją przywitało. Szkoda. Była sama. Jej łapy skierowały ją na posłanie gdzie położyła się i wbiła wzrok w ścianę. W ciszy. W milczeniu. Bez myśli, bez ruchu.
Nudno.
Ale to od teraz jej życie.

```````````````````````````````

—Czyli mówisz, że serio nie wiadomo kto jest naszą matką? — Sigma próbował owinąć soją głowę wokół tej informacji.
—Jeez. Ile razy ja mam ci to jeszcze powtórzyć półgłówku? Tak. Przyniesiono nas w koszyku. — Całka pokręciła głową. Jej brat to jednak był idiota.
—Ale. Kompletnie nie rozumiem. Ugh! —
—Czego ty w tym nie rozumiesz. Przynieśli nas do niego i zostawili. Albo nasi rodzice, albo ktoś wysłany przez matkę. Nic bardziej skomplikowanego. — Mediana wgryzła się w swoją porcję jedzenia, jaką przytargali do nory.
—Eh. Nie rozumiecie mnie! Dlaczego ktoś to zrobił? — Sigma przysiadł smutno pomrukując.
—Kto wie. Może w domu było niebezpiecznie. Może nasza matka zdechła. Może nas chciano zabić. Może jesteśmy dziełem zdrady. Kto wie Sigma. Los pisze różne scenariusze, dla każdego własny i wyjątkowy. — Pi rzuciła swoimi słowami w eter praktycznie, gdyż Sigma nie był przekonany jej zdaniem.
—Ale.. —
—Dobra. Weź się już utkaj. — Całka zirytowana kłapnęła na niego zębami. Ile można było powtarzać to samo?! Zirytowana samica zabrała się za swoje jedzenie. Bycie strażnikiem było męczące i irytujące. Zwłaszcza w czasie stanu wojennego. Wszyscy byli tacy nabuzowani i podzieleni więc bójki były na poziomie codzienności. Dlatego nabiegała się po tej watasze jakby stałą się własnym bratem. I jej to nie odpowiadało. Nie była nim i nie miała nieskończonej ilości energii w sobie.  Nie była pracowitą pszczółką i miała więcej inteligencji niż kamień, który prawdopodobnie i tak wygrałby na tym polu z jedynym samcem w ich miocie.
—Nie kłóćcie się może co? — Mediana rzuciła nawet nie patrząc na nich. Odpowiedziały jej jedynie dwa niechętne pomruki. Chyba nikt nie był w nastroju po tym dniu.

—Idźcie spać do jasnej — Mediana wzburzyła sie rzucając okiem na jej rodzeństwo. Całka i Sigma, szeptem bo szeptem, ale dalej uporczywie próbowali sobie wyjaśnić niedopowiedzenia i nie mogli dojść do zgody. — Jutro mam pracę! —
—Nie ty jedna! — odpowiedzieli jej jednocześnie. A Pi tylko uniosła powieki i zerknęła na rodzeństwo. Czy na prawdę tak wygląda dorosłość? W takim razie Pi chciała być spwrotem młoda, labo już stara.

<Całka? Mediana? Sigma?>


czwartek, 3 lutego 2022

Od Rubida CD Nymerii - "Wyblakłe Słońce" cz.5.5

Dedykacja

Nymeria, piszę to opowiadanie od dawna, gdyż za każdym razem, kiedy się za nie zabierałam zaczynałam pisać po jednym bezsensownym zdaniu. Z wiedzą o Twoich urodzinach kopnęłam się w dupę  (w dniu publikacji trochę spóźnione) i choć ono nie mogło sprawić, żeby młodsza Nymeria się uśmiechnęła, to chcę, aby zrobiła to starsza. Dziękuję Ci za spędzony wspólnie czas - na granku, wymieniania się opowiadaniami, recenzji i grzanie się w ognisku na naszym Discordzie. Nie mówię, że jesteś osobą idealną, ale nikt tego nie oczekuje. Czasami poprawiasz nam humor, czasami to Twoje samopoczucie trzeba naprawić. Angażujesz się we wspólne dyskusje i chętnie dorzucasz do nich swoje ziarno, wykazujesz się zrozumieniem i empatią. Dziękuję Ci za to, że jesteś, 

Lisek 

꧁↝↝꧂

 Cyklamen od jakiegoś czasu przestał zawracać mi głowę, gdyż był mniej uparty od Choinki, którą znów nieustannie ciągnęło ku ziemi. Pamiętam, że nie mogłem się nadziwić, że jest bliżej z korzeniami kwiatów niż z własnymi - w końcu słyszałem, że jest córką tej spokojnej i ułożonej wadery, która co jakiś czas mąciła moje miłe wędrówki po lesie, zbierając szyszki.

 — Nymeria, uważaj! — krzyknęła nieco zbyt nadopiekuńcza medyczka, kiedy choineczka obróciła się na mój widok, chcąc pokazać moim oczom swoją bardziej wystrojoną stronę. Podbiegłem, aby podeprzeć pannę na której wywarłem takie wrażenie i wygrać wyścig z glebą, w którym nagrodą było oberwanie waderą. Okazało się jednak, że nienagannie poradziła sobie z siłą grawitacji, utrzymując się na czterech kończynach.
 — Nie zjem jej przecież — wysiliłem się na uśmiech. Przez moment przez mój język na światło dzienne miało wydostać się to, że pomimo tego, że zdecydowanie zdałem test na bycie bezpiecznym towarzyszem, jej pacjentka ma o mnie nieco inne zdanie. Zdążyłem stłumić w sobie te słowa, gdyż moja garstka inteligencji podszepnęła mi, że nie stawiałyby mnie one w najlepszym świetle. Pomijając oczywiście fakt, że było samo południe, więc niezależnie od ilości moich gaf słońce i tak napierdalało mi w oczy. Przynajmniej byłem wystarczająco oświetlony, aby było widać mój szpetny pysk, na którym malował się krzywy uśmiech.
 — Jesteś jej znajomym? — zapytała Flora, na co ja od niechcenia kiwnąłem głową, nie wiedząc jeszcze, na co się piszę - Powinna wciąż przechodzić rehabilitację, lecz gdy nadejdzie czas, przydałoby się ją rozruszać...
  — Rozruszać?  — tym razem powstrzymałem się od uniesienia kącików pyska, ponieważ doskonale wiedziałem, że wyłapałaby wtedy, iż w mojej głowie pojawiły się niestosowne do sytuacji obrazy. Na usprawiedliwienie pragnę zaznaczyć, iż wtedy od dawna nikogo nie ujeżdżałem, a hormony samca nie pytają się o zgodę na wariactwa.
 — Powinna spacerować — doprecyzowała — Mam świadomość, że ona sama tego nie dopilnuje. Myślę, że moglibyście zacząć za dwa tygodnie, jeżeli oczywiście Nymeria nie ma nic przeciwko...
  — Mam — warknęła buntownicza Choinka — Ale... skoro mnie uratowałeś... możemy pójść na jeden spacer.
 — Cóż za łaska. Myślałem, że to ja wyświadczam ci przysługę, wlokąc Twoją dupę w ciekawe miejsca i ratując Cię od straszliwych dziur — szepnąłem do ucha Choineczki, sprawiając, że po ciele przebiegł dreszcz.
 —  Idź już, zobaczymy się na wycieczce — powiedziała stanowczo pani kolczasta, lecz gdy puściłem jej oczko na pożegnanie, jej mina nieco zmiękła.
꧁↝↝꧂

 — Potrzebujesz przerwy? — zapytałem z nieudawaną troską, patrząc głęboko w oczy mojej towarzyszki. Wiedziałem, co niedawno przeszła i sam nie chciałem zająć jej miejsca.
 — Nie — odpowiedziała, odwracając głowę tak, abym nie mógł dłużej wędrować po jej tęczówkach. Moja mała choineczka. Pokryta ostrymi igłami i niedopuszczająca nikogo bliżej.
 — Sporo przeszłaś — podjąłem próbę ponownego sklejenia rozmowy. Nymeria prychnęła pod nosem, niczym Admirał, kiedy wczoraj w lesie jedzenie uciekło mu sprzed nosa. Choć widząc niektóre ze spojrzeń mojej towarzyszki, nie wykluczałem opcji, że mnie też chętnie by pożarła. Wciąż jednak nie wiem, skąd to oburzenie, ja przecież jej nie uciekałem.
 — Daleko jeszcze? — mruknęła, obrzucając okolicę nieufnym spojrzeniem.
 — Do twojego skutego lodem serca? Zdecydowanie zbyt daleko — westchnąłem ciężko, teatralnie przewracając oczami.
 —  Słuchaj, ja... Czy mógłbyś nie poruszać tego tematu? — delikatny ton stał się zimny i czuć było w nim irytację. Wypowiedź sugerowała jednak, iż Choinka gdzieś głęboko w sobie skrywa uczucia i emocje, choć nie były one dostępne dla każdego obserwatora.
 — Mógłbym — odpowiedziałem, czując jak w mojej piersi narasta dziwne uczucie na kształt żalu — Jesteśmy już prawie na miejscu.
Nymeria
spuściła głowę. Czułem, że chce coś powiedzieć, a jednocześnie wolałaby oszczędzać swoją energię i nie marnować jej na konwersacje z takimi jak ja. Zapewne przypominałem jej setki innych nijakich osobowości, myślących jedynie o przekazaniu swoich beznadziejnych genów dalej. Byłem przecież przyzwyczajony do tego, że inne wilki zwykły oceniać mnie z góry, nawet gdy stały w kotlinie.
  — Coś nie tak? — odrzekłem w końcu, nie mogąc wytrzymać napięcia, które urosło między nami niczym... darujmy sobie każde beznadziejne porównanie przychodzące do mojej pustej łepetyny.
 — Życie. Życie jest nie takie — bąknęła — Nie musisz udawać, że interesujesz się moim losem, zadając mi stek bezsensownych pytań.
 — Nie ufasz mi? — mój głos mimowolnie zadrżał, choć przecież nie zależało mi na tej relacji. Interes. Wszystko to interes. Moje emocje, uczucia innych. Nie mogłem o tym zapominać.
 — Nie mam powodu, aby ci ufać.
 — A masz powód, aby lubić przygody? — zmieniłem temat, gdy zauważyłem, że cel naszej podróży maluje się na horyzoncie. Nie chciałem nawiązywać do poprzedniej wypowiedzi wadery, w obawie, że mógłbym pisnąć kilka zbędnych słówek.
  — Co? — Nymeria wyraźnie się rozbudziła, a na jej pysku pokazało się zdziwienie zmieszane z nutką strachu o kilkadziesiąt najbliższych minut swojego życia - Nie wiem, czemu pytasz? - dodała spokojniejszym tonem, starając się wrócić do swojej obojętnej postawy.
  — Mam nadzieję, że nie myślisz, iż rzuciłem takim pytaniem bez żadnego kontekstu i powodu. Chciałbym, abyś jakąś przeżyła. Cóż, pytałaś wcześniej, czemu ukradłem Delcie torbę i co w niej niosę...

Po dłuższej chwili, w której wytłumaczyłem Choince, że mikstura niewidzialności od naćpanego zielarza, który znalazł ją podczas podróży, nie jest ani trochę podejrzana. Magiczny efekt, jaki dawało wypicie kilku kropel płynu nie był idealny - możliwe było zostawianie błotnistych śladów łap, widać było wszystko, co wychodząc organizmu spadło na ziemię, innymi słowy lepiej nie srać ze stresu, wciąż też było słychać wszystkie wydawane dźwięki takie jak kroki czy oddech. W rzeczywistości mikstura to trochę krwi zmieszanej z wodą i naparem z ziół. Jucha pochodziła od mojego znajomego, mającego moc niewidzialności oraz jej przekazywania, gdy ktoś był blisko, w taki sposób, że tylko oni widzieli się nawzajem. Dzięki moim magicznym umiejętnościom mogłem przejąć te zdolności poprzez jego czerwoną ciecz i świadomą zgodę na użycie mocy.
Zaprowadziłem Nymerię prosto do celu naszej podróży, opowiadając jej trochę o tym miejscu. Mała świątynia, gdzie gromadzili się ludzie proszący o lepsze jutro w nadziei, że dobro, jakie czynią, wpłynie na rozpatrzenie próśb pozytywnie. Jeden odważny stał na podwyższeniu, mając czelność bawić się w boga i dając ludowi używkę, której potrzebował - stek słodkich kłamstw. Cześć, jaką otrzymuje, jest jednak dość krucha, bo szła za tym, że przestał być traktowany jak członek swojego gatunku. Czasami słyszałem szepty wiernych zastanawiających się, czy to możliwe, aby taka osoba uprawiała czasem seks po pijaku albo wypróżniała się. Wnioski na ten temat wysnułem, regularnie odwiedzając wioskę i słuchając nabożeństw, a co za tym idzie regularnie zastanawiałem się, dlaczego jeszcze nie uschnęły mi uszy od słuchania tej szopki.

Przekornie pragnąłem zniszczyć ten obrazek, w końcu jego płótno było na tyle kruche, że wystarczyło wsadzić pazur w sam środek, aby dalsze zniszczenia zaczęły rozprzestrzeniać się same.
Zaciągnąłem niczego nieświadomą Nymerię do świątyni. Wierni w spokoju wymawiali cichą modlitwę. Najciszej jak się da, przesuwałem się do przodu, starając się o nikogo nie zaczepić. Serce bezlitośnie biło o moją klatkę piersiową, gdyż do ostatniej chwili, obawiałem się, że coś nie zadziała i zginiemy tu razem. Gdy udało mi się dotrzeć do bożka, uniosłem nogę i zacząłem oddawać mocz. To zdecydowanie najlepszy powód, dla którego całe życie trenowałem strzelanie swoim pistoletem.

Są pewne chwile, których nigdy się nie zapomina. Są spojrzenia, których nie sposób wyprzeć z pamięci. Takim właśnie spojrzeniem obdarzyła mnie Nymeria w tamtej chwili. Zdziwienie zmieszane z zażenowaniem, lecz gdzieś w kącikach ślepi krył się pierwiastek ciepła. 
 Na reakcję tłumu nie trzeba było długo czekać. Niektórzy byli oburzeni, inni rozbawieni. Część zdegustowana opuściła pomieszczenie, kilka osób tłumaczyło to sobie tym, że oto ich miłosierny pan, ugiął się do poziomu zwykłego człowieka. Nie było mi dane obserwować tych zgorszonych owieczek zbyt długo, bo zdecydowałem się na taktyczną ucieczkę wraz z moją towarzyszką.
 — Widzisz... — zacząłem, gdy oddaliliśmy się na bezpieczną odległość, lecz po chwili pokręciłem głową z uśmiechem, nie będąc w stanie się skupić-... nie patrz tak na mnie. Oni byli zaślepieni idealnie czystą osobistością i myślę, że zrobiliśmy razem dobry uczynek, wyprowadzając ich z błędu.
— Rubid... jesteś...
— Idealny, wiem. Wracajmy do domu.
<Nymusia? :3>

BONUS

środa, 2 lutego 2022

Od Delty - "Niespokojne Ścieżki Losu - Flecista" cz. 25

 

Był blady. Ba! Blady to mało powiedziane. Rannych pod jego okiem nie było za wielu, prawie nikogo. Główna sala zdawała się pusta, bez ducha, pomimo że siedziały w niej dwa wilki poza nim. Yir zbiegł gdzieś ze swoim partnerem aby odpocząć. Nie przeszkadzało to Delcie. W końcu co miał lepszego do roboty?
Jego stan niewiele się poprawił. Jego ciało nadal przyozdabiały blizny po świeżych strupach i drobne ranki. Jego ciało starało się jak mogło zaradzić temu stanu, jednak osłabiony i zmęczony swoim stanem psychicznym nie nadążał za destrukcyjną stroną jego wnętrza. Miał wrażenie, że przez tą wszechobecną słabość i smutek powoli rozpada się w łapach, a jego do tej pory ułożony światek usuwa się spod nóg wraz z całym gruntem.
Jednak w tym wszystkim. W tym całym zamieszaniu z wojną. W tej świadomości swojego marnego istnienia. W tym przyglądaniu się jak umierają i znikają kolejni przyjaciele. W smutku i złości miał jeszcze swoje małe światełko. A konkretniej 4 takie już nie małe rozrabiaki.
Patrząc na te wyrośnięte wilki nachodziło go tyle pozytywnych myśli, których nie miał od tak dawna. Ale im bardziej usamodzielniały się tym bardziej żałował, że nie był w stanie spędzać z nimi za wiele czasu. Beznadziejny ojciec. Odbijało się od jego głowy kiedy spoglądał w te niewinne oczka najpierw niestabilnie chodzących szczeniaków, a teraz już prawie dorosłych wilków. Widział jak ta cała sytuacja wpływa na jego słodkie kuleczki. Jak poważnieją i wyczulają się na swoje otoczenie nadmiernie porządnie. Jakby szykowali się do prawdziwej wojny. Może to była i jego wina. Nigdy nie kłamał im w oczy kiedy zadawały mu pytania. Nie bał się mówić im o śmierci i sytuacji w watasze. Prawdopodobnie powinien był dobierać słowa w porządniejszy sposób, unikać niektórych tematów, jednak... nie czułby się z tym dobrze.
W końcu każda moneta ma dwie strony. Jego moc leczy i niszczy. A dzieci wyrosły czujne w stanie wojny, ale za to nigdy nie wpadną w sidła żałoby i przerażenia brutalnością świata wokół nich. Cukierkowa rzeczywistość jaką niektórzy rodzice ofiarowali swoim pociechom nie była od samego początku wliczona w wychowywanie. Nie uczyniłby tego swoim dzieciom. Wiedział, że powinny odkrywać świat same, bez jego podpowiedzi, jednak prawdą mógł uniknąć chociaż paru żalów i refleksji nad śmiercią, która zresztą ostatnio grała w jego głowie nieustannie, czy nad właśnie nieszczęsną wojną.
Oi pamiętał jak ciężko było wytłumaczyć młodym umysłom czemu jedne wilki koniecznie chcą walczyć z drugimi i zabijać się nawzajem. To nigdy nie są łatwe tematy, na szczęście jego pociechy były bardzo bystre.
Właśnie. JEGO pociechy. Delta nie wiedział czy są jego. W sensie biologicznym oczywiście, ponieważ  pojawiły się znikąd. Nie pamiętał żeby kiedykolwiek uprawiał seks z wilkiem, a żadne z tych małych pchlarzy nie miał cech ani gada ani kota, jeśli wiecie o co chodzi. I pomimo że były jego dziećmi mentalnie, dla obu stron zastanawiał się nieustannie skąd się wzięły. Do tego dochodził dylemat czy mówić im o tym.
Te wszystkie męczące go myśli o byciu takim a nie innym sprawiały, że ciężko było mu spojrzeć na swoje szczeniaki. Wiedział, że rani tym obie strony jednak nie raził sobie już ze sobą, a mechanizmy obronne próbowały pozbyć się problemu na wszystkie sposoby, pogarszając jedynie sytuację. Oddalał się od tych kuleczek jego radości z każdym dniem, a słodkie światełko zanikało powoli. Gasło, milkło. Brutalna rzeczywistość przedzierała się ze zdwojoną siłą do umysłu.
I potem znowu został sam. On. I cisza. Milcząca. I towarzyszył jej tylko cichy pomruk fletu.

Życie powinno toczyć się normalnie. Spokojnie. Jednak podły los dopadł go nawet tutaj. Rozpętał wojnę wokół niego i w nim. I kiedy nie miał już siły bronić się przed tą z zewnątrz, zaczynał także przegrywać tą w sobie.
Jego łapy zapadły się w śnieg, niewiele, gdyż stracił na wadze parę kilogramów stając się wyłącznie cieniem swojego przeszłego ja. Ale przynajmniej chodzenie po zaśnieżonych terenach watahy nie stanowiły dla niego problemu. Lekkość chociaż tu się przydawała. O sile nie możemy nic powiedzieć, ponieważ już prawie jej nie miał. Gdyby ktoś postanowił go teraz zabić, nie musiałby nawet go atakować. Słowo zdechnij wystarczyłoby. Śnieg był kuszącym grobem dla jego myśli i ciała, jednak coś podpowiadało mu, że jeszcze może się przydać. Może jako ofiara, może dalej jako medyk. Jednak wzbierające w nim emocje przygniatały go mocno, za mocno.
Ta chwila wolnego była zawsze jego przekleństwem. Kiedy mógł opuścić na chwilę posterunek, bo jego kochana Mediana obiecała przejąć na parę minut jego stanowisko. Kochane to było stworzenie, jednak nieco za bardzo zaślepione Szkłem jak na jego oko. Może to nie była miłość, bo na to by już nie pozwolił, ale szczenięce zafascynowanie. A może to był tylko pociąg w kierunku tej pracy. Kto wie. Jednak fakt, że jego maluchy musiały obrać stanowiska wojenne przerażał go. Ha! Delta idioto. Jak wróci Flora jesteś pierwszy do odstrzału. Chyba że nie będziesz mógł się ruszać. Śmieć. Śmieć. Śmieć. Jego oczy zamknęły się z żalem. Zdrajca.
Zatrzymał się na małej polance. Wieczór ogarnął świat swoimi ramionami, słodko szykując się do snu. W szybkim tempie gdyż zima nadal zatapiała swoje mroźne szpony w naturze. Ale co to za różnica kiedy twoje dni i noce zlewają się w jedną długą męczarnię. Jego tyłek przysiadł na chwilę. Za kilka następnych będzie musiał zebrać się do siebie. Ha. Do siebie... Nie czuł się jak u siebie, już nigdzie. Jego nora była zimna i pusta, a jaskinia medyczna wroga i przesiąknięta mrokiem.
—Delta? — cichy głos zwrócił jego uwagę. Pamiętał go, chociaż nie znał za dobrze jego właścicielki. Kiedy uniósł swoje oczy napotkał te należące do córki Ciri. Jedynej, która pozostałą przy życiu w tym parszywym świecie. Tej, która nagle została uznana za lepszego kandydata na alfę, niż każdy w watasze. A on znał tylko jej imię i ton głosu. Kolor futra przyszedł do jego myśli dopiero kiedy ich oczy spotkały się.
—Witaj. Kawko. — szepnął wręcz. Chrypka jaka trzymała go za gardło od dłuższego czasu dusiła nieco jego struny głosowe i chęć do mówienia.
—Oh. Co robisz na mojej polance? —zagadnęła pochodząc.
—Ah— uniósł delikatnie głowę jakby w nagłym oświeceniu. Nie zwrócił na to kompletnie uwagi. — Wybacz. Nie zauważyłem.—
—Nie szkodzi. — i zapadła cisza. Głucha i milcząca. Delta wstał powoli, czując jak jedna z ledwo zasklepionych ranek na plecach rozrywa się. Nie krwawi. Nie boli. Po prostu w powietrzu roznosi się swoim przerażającym dźwiękiem. Nie zwrócił na to uwagi.
—Miło było cię zobaczyć Kawko. — i odszedł. Cisza towarzyszyła mu już do końca drogi powrotnej. A kiedy zaszedł pod bramy swojego „królestwa” chęci życia odleciały zupełnie. Mediana odeszła kiedy wstąpił w progi i poszła do nory. Ich nory. Ale w sumie oddał ją dzieciom już dawno. Kiedy tylko pojawiły się w jego życiu. W końcu to wszystko co miał, a skoro teraz nie potrzebował nic, to mógł dać im coś na początek ich przygody. W końcu co zabierzesz ze sobą do piekła jeśli nie można tam wnieść niczego materialnego? Wspomnienia. W dodatku wyłącznie te złe.

Sfrustrowany ułożył się na swoim miejscu i w milczeniu wbił wzrok w ścianę. Cisza, którą kochał, uwierała go w duszę. Myśli atakowały go i kuły w spokój jakiego szukał. Zamknął oczy. Sen nie pomagał. Sohea nie odpuszczała sobie. Co prawda zostawiła jego dzieci po zakończeniu swojego 3 z 9 żyć z jego ręki, jednak jego nie opuszczała na krok.
—Tato? – cichy szept nieco wywiódł go ze stanu agonii. Zawisłego między parszywą rzeczywistością, a męczącym snem. Jego oczy uniosły się jednak ciało pozostało w bezruchu. Sigma stał niedaleko u boku z Pi.— Jak się czujesz? — mieli czelność pytać chociaż doskonale znali odpowiedź.
—Dobrze. — jednak kłamał. Obiecał nie kłamać. Obiecał. Kłamca. Jednak tak bardzo bał się mówić o sobie. Tykał jak taka mała bomba, która w założeniu ma wygasnąć zanim zdąży wybuchnąć.
—No na pewno. — jednak jego syn westchnął tylko i przechodząc nad zastygłym ciałem ułożył się za nim.
—Co was... sprowadza? Wszystkich?— bo dopiero teraz jego wzrok doszedł do sylwetek Całki i Mediany stojącymi za najchłodniejszą z sióstr.
—Jak to co? Starego nie można już odwiedzić? — Całka wskoczyła na brata, który tylko stęknął z zaskoczeniem. Położyła się bezczelnie na nim. Pi i Mediana kawałek od niego. Westchnął.
—Wy czegoś chcecie. Rodziców nie odwiedza się w środku nocy bez powodu. — mruknął wysilając się na ułożenie w innej pozycji. Podniósł głowę i ciało leżące na boku ustawił do pionu.
—Nie prawda... — zaczęła Całka jednak zamilkła widząc zmęczony wzrok ojca.— no tak. Chcemy...—
—Ja zacznę może. — Pi rozciągnęła się. Z tego rodzeństwa nad emocjami panowała najlepiej.— Dorośliśmy. Prawda?—
—Prawda.—
—Chcemy wiedzieć kto jest naszą matką. — wypaliła bez zawahania. Hah. To dlatego Mediana była taka chętna do pomocy dzisiaj? Mógł się domyślić.
—Nie znam jej. — westchnął.
—Haaa. Nasz tata widzę to w niezłe romanse się bawi. — Całka zażartowała w swój ciężki sposób.
—A tak serio. Serio jej nie znasz? Nawet koloru oczu? Sierści?—
—Dzieciaki. Eh... To ciężki temat. Kiedy indziej proszę.— westchnął kładąc się znowu. Miał dość tego dnia.
—Kiedy indziej... Tato. Ciągle uciekasz od odpowiedzi. — Mediana westchnęła wstając. — No ale dobrze. O ile kiedyś nam powiesz—
—A. Czyli ty się tak po prostu na to godzisz? — Sigma zmierzył siostrę ponurym wzrokiem. — Nie oszukujmy się tato. Wyglądasz jakbyśmy mieli zobaczyć cię dzisiaj ostatni raz. Może nie być kiedy indziej. — oburzył się jednak wstał. Nie należał do tych który wykłócaliby się. Nie z tatą. Skoro nie chciał o tym mówić trudno. Całka zeskoczyła z jego pleców z westchnieniem.
I wyszli. Wszyscy poza tą kremową samicą niewiedzącą za młodu kim ma być. Jej oczy, identyczne w kolorach do tych ojca. Ułożyła się w ciszy obok niego.
—Będziesz nalegała?— szepnął jeszcze nieświadomie zbliżając się do ciepła towarzyszącego mu futra.
—Nie. Skoro nie chcesz nam powiedzieć. — Całka widząc jego ruchy położyła się blisko. Ich zapachy zmieszały się i połączyły w ten znany im obojgu z dzieciństwa młodszej.
—Wiesz... ciężko o tym mówić. —
—Wiem tato. Dlatego nie nalegamy. Ale Sigma ma trochę racji. Zaraz możemy cię stracić... albo ty nas. I ten fakt zostanie całkowicie zapomniany na zawsze. Dla każdego. Nikt nie będzie mógł jej znaleźć żeby jej powiedzieć, że ma dzieci, albo że jej dzieci odeszły. —
—Ja... nie znam jej. Dosłownie. — Delta zadarł swoje oczka na córkę układając głowę na jej łapach. Ta położyła swoją na jego karku. —Pojawiliście się w moim domu jak znikąd.
—Jak znikąd? W jakim sensie? — zamruczała. Jej oczy zwężyły się. — W koszyku prawda? — poczuła jak ojciec pod nią zadrżał.
—Skąd... —jego cichy ton zmarniał jeszcze bardziej. Jakby strach przejął jego myślenie.
—Pamiętam. Nie wiem czemu. Ale to jedno z moich pierwszych wspomnień, więc coś kojarzę. I kogoś...—
—Eh. Nie wiem kto to był. Nie wiem nawet czy jesteście moimi dziećmi. —
—eh. Pieprzysz bzdury tato. Sigma wygląda jakby zerwali z ciebie skórę i go w nią ubrali. Ja mam twoje oczka, Pi jest delikatnie fioletowa i—
—Wszyscy przerośliście mnie o 5 głów— łypnął na nią już spokojniej.
—Nah. Zresztą co to za różnica czy jesteśmy twoje czy nie. Jesteś naszym tatą tak? Tak. No... Powiem innym że to jednak ten koszyk, a ty się tak nie przejmuj tym. Jesteśmy dorośli. Znaczy no... Dorastamy. Rozumiemy więcej i szybciej niż za czasów szczeniaka tato. —
—Zostaniesz? — westchnął ciężko.
—Zostanę. Dobranoc... —

Cisza. Cisza i ten przeklęty flet, który nie chce zamilknąć.

Przyjaciółko. Czy to już?!
Nie. Mój flet nie zagrał jeszcze dla niego... Nie dla niego. Jeszcze nie.

 

<CDN>

wtorek, 1 lutego 2022

Pi, Całka, Mediana i Sigma dorastają!

Pi - stróż

Całka - strażnik

Mediana - śledczy

Sigma - szeregowiec

Nasz Głos nr.23 - "Piekielnica na wolności"

Sucho aż pali!

Jak nazywa się dziecko w kwasie?
Rozpuszczony bachor.

Memy memistrza

Zagadka - Znowu puzzle!

Kolejne puzzle! Są to czterokątne kawałki z możliwością obracania. Każda osóbka, która skończy puzzle w ciągu 6 godzin od opublikowania dostanie 3 punkty umiejętności dla dowolnego wilka.

Aktualności

Em... No to tak...
Odeszli od nas Hermiona, Loczek, Kanna Ermine Nita oraz Kenai. Dużo śmierci, nie prawdaż? Jak to dobrze, że nie pojawiło się więcej... Czy może nie zdążyło w styczniu...
Mi, Tia i Mikaela, a także Luka i Mino osiągnęli dorosłość, oficjalnie stając się pionkami w politycznej grze.
W pamięci też zapadło wyjątkowe wydarzenie, które zagroziło istnieniu wieloletniej Watasze Srebrnego Chabra. Szczęśliwie kryzys został zażegnany.

(Fejkowe) Newsy!

Z OSTATNIEJ CHWILI!

Na terenie WSC pojawiła się nowa choroba! Nie jest jeszcze dokładnie zbadana, jednak ze względu na swoje nietypowe objawy nazywana jest piekielnicą. Jeśli okolice Waszej twarzy zaczynają Was niemiłosiernie piec, NATYCHMIAST zgłoście się do medyka. Na razie piekielnica nie jest uważana za zaraźliwą drogą powietrzną, a według dotychczasowych obserwacji twierdzi się, że roznoszona jest przez dziwne robaki zamieszkujące kilkugodzinne trupy. Absolutnie nie ruszajcie żadnej martwej zwierzyny, której sami nie upolowaliście!

Podobno jeden z naszych czytelników, który pragnął pozostać anonimowy, przyuważył w nocy mityczną postać. Jak twierdzi, nadnaturalna wilczyca spojrzała mu prosto w oczy, mówiąc bez poruszania ustami, żeby jej nie dotykał. Czytelnik odwrócił się na pięcie i odszedł z miejsca zdarzenia, a z samego rana od razu przybiegł do redakcji, by opowiedzieć o swojej przygodzie. Jeśli ktoś z Was zauważy ową postać, prosimy skierować się do jaskini naszej redakcji w celu przekazania pozyskanych informacji.

Kolejny numer pojawi się 1 marca

Autorem tego numeru była Zendayafiri Nere'e Citlali Pinezka