Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sigma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sigma. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Mediana, Pi i Sigma odchodzą!

Mediana - powód: śmierć

Pi - powód: śmierć

Sigma - powód: śmierć


piątek, 17 maja 2024

Od Całki DC Sigmy - "O Krok Bliżej - do szczytu" 3.4

Trigger warring w roziwnięciu.

Dwa dni. Tyle Całka, Mediana , Pi i Sigma już przebywali w tej watasze. Szybko przekonali się, że panują tu pewne zasady, niepisane co prawda, ale surowo karane za ich złamanie. Oczywiście, początkowo wszystko im się wybaczało, cierpliwie przypominało. Jedną z takich zasad było poranne spotkanie przy ognisku, przy kamieniu, na którym siedziała Strzyga ze swoim mężem i rozpatrywała prośby i powitania. Na pierwszy z nich zaspali ,ale przebaczono im, bo w sumie wieczorem przed snem nikt ich nie poinformował o tej tradycji z powodu całej tej ekscytacji. Tak więc, dnia drugiego Całka była przy ognisku wcześniej niż sama Strzyga, zaskakując waderę swoją gorliwością. I obecnością też. Zdawało się, że wadera nie do końca ufała tej młodej waderze. Jakby ta była za sprytna dla swojego własnego dobra. Ale nikt nie skomentował tego wydarzenia.

Kolejną zasadą było bezwzględne posłuszeństwo Strzydze i alfie. Aha.
—To ten haczyk.— Mediana odetchnęła do swojego rodzeństwa, wieczorem następnego dnia. — Jej słowo jest najwyższym. —
—Wiemy dlaczego? Nie wydaje mi się, że tylko dlatego że jest żoną alfy. — Całka mruknęła pod nosem.
—Nie wiemy. — Pi zamachała ogonem.

Trzecią zasadą jaką poznali, trzeciego dnia, był zakaz wychodzenia poza pewne tereny. Przekonała się o tym Pi, która zaszła za daleko od rzeki, może nie tyle ciekawa, co szukająca czegoś ciekawego w postaci owoców. Złapał ją jeden ze strażników. Skunks pobiegł za nią i zatrzymał ją zanim zaszła za daleko.
—Więc nie wolno nam wychodzić za daleko, ale też nie znamy dokładnych granic. — Całka podsumowała tą całą sytuację.
—Tak. Skunks powiedział, że po czasie się nauczymy. — Pi mruknęła. Nie dostali kary i powiedziane było, że jeśli będą uważni to raczej jej nie dostaną. Strzyga była w miarę przebaczająca pod tym względem. O ile nie uciekło się bardzo daleko od watahy taki drobny błąd jak kilometr od tej umownej granicy był akceptowany. Zwłaszcza jeśli była to gonitwa za zwierzyną lub zbieraniem owoców czy nawet przy zabawie z dziećmi.
—Zdarzyło mi się dojść aż do jeziora z dziećmi ,tak się zagapiliśmy. — Fiołka zaśmiała się do Całki kiedy ta zapytała się o tą zasadę. — Ale Strzyga to dobry wilk. Bardzo wyrozumiały. —

Czwartą zasadą była cisza nocna. Ta zapadała kiedy Strzyga kładła się spać i trwała do rana. Należało być cichym.

Piątą zasadą było: trzymać się z dala od ludzi i psów. Cóż. Zasada, z którą żadne z rodzeństwa nie będzie miało problemu.

Szósta zasada złapała ich znienacka w szósty dzień ich nowego mieszkania. Było to nieodzownie obowiązkowe uczestnictwo w obrzędach. Jakich? Całka nie była pewna. Strzyga siedziała na ich przedzie, pochylona i w milczeniu, a Szafira z kamienia przemawiał przedziwne modlitwy, które Strzyga powtarzała. Co dokładnie robiła? To działo się podobno dwa razy w tygodniu, czasem na jeziorem, ale najczęściej tutaj, przy kamieniu właśnie. Ze względu na tą dodatkową powagę jaką elewacja medyczki i najwidoczniej kapłanki w jednym dawała. Całka miała problem z rozgryzieniem o co dokładnie chodzi. Może to po prostu zwyczajne obrzędy, chociaż coś w umyśle Całki wręcz rzucało się do walki z tym pomysłem. Coś podświadomie mówiło jej, że wcale tak nie jest.
—Czy wy tez czuliście się dziwnie… letcy podczas tego obrzędu?— Sigma zamrugał dwa razy oczyma po fakcie.
—Tak. — odparły dwie wadery. Całka jedynie zmarszczyła nos. Jej odpowiedź brzmiała nie.
—Te inkantacje, czy cokolwiek to jest… działa na nas jakoś dziwnie. — Mediana mruknęła pod nosem.
—Najwidoczniej. — Pi zamyśliła się. — Nie powinniśmy tego słuchać. —
—Widziałem jak cienie uciekają, nie słuchają ich. Boją się. — Sigma szepnął zmartwiony.
—Od teraz obrzędy spędzamy z uszami wypchanymi mchem. — Całka postanowiła. — Ja jeszcze posłucham. Zobaczymy czy rzeczywiście na mnie to nie działa.

Miesiąc i pół minął odkąd przybyli w to miejsce. Nikomu jeszcze nie udało znaleźć niczego ciekawego, bo jeszcze nie pytali. Powoli łapali zaufanie wszystkich wokół. Strzyga zdawała się mieć swojego ulubieńca w Medianie. Nieustannie ją zagadywała i zabierała na spacery i coś w ich siostrze zdawało się przyciągać starszą do niej. Jednak Mediana nie była z tego tak zadowolona. Coś w jej sercu mówiło jej, że Strzyga wcale nie jest osoba, której wadera powinna ufać. I cóż. To prawda, ponieważ im bardziej te spotkania narastały tym mocniej Mediana utwierdzała się w tym przekonaniu, zwłaszcza kiedy przypadkiem podsłuchała rozmowę alf.
—Nie mogę się przez nią przebić. Zdaje mi się że mi ufa, ale ta bariera jej umysłu…  Jest inna od tej jej siostry. Całka… to też interesujące stworzenie. —
—Obie posiadają silną barierę umysłu? —
—Mediana posiada siłę samą w sobie. Całka nie, ale mimo to jej oczy jakby widziały poprzez moje iluzje. Pi… Pi jest tak cholernie racjonalna, że nie jestem w stanie na nią zadziałać, a Sigma jakby miał jakiś awers do mnie, jakby widział coś więcej niż tylko wilka, coś.. za mną. Zawsze patrzy się tak wokół, nie wiem na co! —
—rozumiem… Znajdziemy jakiś sposób.— Bazyliszek odparł tylko szybko, na co jego żona, sfrustrowana rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
—Oby szybko. Chociaż ich umysły są młode i część z nich nie potrzebuje mojego udziału do budowania zaufania, mogą się z nimi pojawić problemy. —

—Mówisz, ze ona ma jakieś umiejętności kontrolujące umysł, tak? — Całka zastanowiła się nad tym porządnie.
—Niekoniecznie, ponieważ nie odczuwam nic w moim umyśle. To raczej moje otoczenie się zmienia kiedy przebywamy wokół niej. — Sigma zmarszczył nos.
—Tez tego nie widzę. — Pi pokręciła głową. — Jakby nic się nie działo. —
—W zasadzie… na nas podobno nie działa…—
—To nie ważne. Najważniejsze, że wiemy, że próbuje coś zrobić i wie że nie jest w stanie zrobić tego na nas… Musimy trzymać fasadę ufności. — Całka położyła się na bracie, liżąc go za uchem. Ten tylko zmarszczył się cały i kłapnął na nią zębami w zaczepny sposób.
—Prawda. Co do tych gór. W starych zapisach jest wspomnienie pożaru, który zjadł połowę tego lasu i miasto, które widzieliśmy z daleka. — Mediana ułożyła się obok nich. — Góry zawsze były określane jako niebezpieczne. Każdy papierek w jakim jest o nich wspomnienie… pojawia się niebezpieczeństwo. Zapiski, takie porozrzucane, składają się w historię. Lata temu powstało tam laboratorium ludzi, które spłonęło w wybuchu, który spowodował wiele pożarów. Trzy dokładnie. Ostatni był największy, a miejsce porzucone. Wszystko co o tych górach wiadomo  przekazała im była członkini watahy, którą nazywają Sheila. Sheila podobno nadal mieszka gdzieś niedaleko. Orzech na jej imię wręcz zrobiła się blada. —
—Nasza odpowiedź leży w porzuconym laboratorium pomiędzy górami, a drogę do niej zna były członek tej watahy? — Całka szepnęła pomiędzy kłapnięciami na uszy
—Tak. Jeszcze nie wiem kto to… ale..—
—Znajdziemy go. — Sigma zapewnił swoje siostry, w końcu układając się  do spania z ciężkim westchnięciem.

Całka wstała któregoś ranka wyjątkowo niewyspana. Jej głowa była ciężka, myśli niewyraźne, ale pamięć ostra jak zawsze, bardziej cięta wręcz zniż zazwyczaj. Jakby desperacko próbowała ją przed czymś uchronić. Jej brat leżał nieruchomo u jej boku śpiąc w najlepsze. Jej siostry również nie zwracały uwagi na ciężkość powietrza w otoczeniu. Całka zbita z tropu spróbowała wstać, jednak jej łapy nie miały siły poruszyć się nawet o milimetr. Z lekka przerażona uniosła oczy na wejście do jaskini. Tam, siedząc i szeptają coś pod nosem była Strzyga, jej oczy delikatnie świecące, wbite w ich osoby. Ale zdawało się, że nie widziała Całki.
—Nie widzi mnie. — stwierdziła na głos. Coś jej mówiło żeby się odezwać, a że głos jej jeszcze służył jak należy, wydostał się z jej gardła w nieco chrapliwym tonie.
—Nie widzi, bo  to takie trochę sen na jawie. — zza jej pleców odezwał się damski głos, cichy i nieco nieśmiały.
—Co ona robi? —
—To samo co zawsze. Rzuca iluzje, próbuje wejść do waszych umysłów aby uczynić was pionkami jak każdego w tej watasze. Trzeba doprawdy niezłej wyporności aby w końcu się jej nie poddać. Wyporności.. albo dobrej pamięci. —
—Sheila jak się domyślam. — Całka powiedziała to całą swoją piersią. Całą pewnością jaką trzymało jej serce. Zapadła cisza.
—Wiecie… —
—Niewiele. Właściwie tylko imię. — Całka mówiła prawdę, bo po co się ukrywać. Bycie bezpośrednim wprawia w kłopoty, ale też często jest cechą wartościową w takich sytuacjach.
—Rozumiem… Skąd? —
—Góry Hoem? Szukamy wejścia… —
—Nie powinniście się tam zapuszczać. —
—Wiemy. Dlatego tam idziemy, wiesz? — Sarkazm jakoś tak sam z niej wypłynął. Całka zaraz potem ugryzła się w język.
—Rozumiem.— Sheila odpowiedziała cicho. — Wiesz… Znajdziesz mnie w domu. — powiedziała po czym Całka otworzyła swoje oczy na dobre. Jej głowa uniosła się. Zimne światło księżyca wpadało do wnętrza tej małej noro-jaskini w jakiej spała z rodzeństwem. Jej pysk zwrócił się ku drzwiom, gdzie przez ułamek sekundy złapała znikający białobrązowy ogon. Oho. Czyli ten sen nie był wcale taki daleko od prawdy.

—Powiedziała w domu, tak? — Mediana zamlaskała.
—Tak. — Całka przytaknęła cichutko. Jej uszy ciągle słuchały, zwrócone w kierunku wejścia.
—To wystarczy dowiedzieć się.. gdzie mieszka i wybrać do niej. — Sigma rozciągnął się. Światło poranka zajrzało w ich oczy.
— Jedna osoba powinna tam pójść. Nie możemy ryzykować za mocno…— Pi szepnęła, jej oczy wbite w wejście. — Jedna osoba powinna tu pozamiatać w końcu. — warknęła nieco głośniej.
—To miała być twoja robota. — Całka wbiła się w akt prawie od razu.
—Zamiatałam ostatnio. Logicznym byłoby rozdzielać nasze obowiązki po równo. —  I  w ten sposób zabrali się do wyjścia.
—Przed sekundą dosłownie mówiłam wam że nie mam czasu dzisiaj. — Mediana  podreptała na ich przód ,mało nie wpadając w Kaduka, następnego alfę.  —Wybacz. —
—Nie szkodzi. — wilk zmieszał się. Od jakiegoś czasu co rano zastawali go niedaleko swojego małego przytulnego dobytku. Mediana i Pi słusznie podejrzewały go  o podsłuchiwanie. Wszystko wskazywało na to, że tak właśnie jest. Na szczęście rodzeństwo umiało dobrze zakryć się za dozą humoru i rodzinnych przepychanek.

Pi przebierała pomiędzy bandażami, przekładając je i przysłuchując się rozmowie jaką Fiołka przeprowadzała z Szafirą. Wadera wyglądała jakby była zaabsorbowana swoim zadaniem, biorąc je nazbyt poważnie, ale w rzeczywistości jej uszy uważnie wchłaniały każde wypowiedziane słowo. Na ten moment w samej jaskince medycznej nie działo się nic ciekawego. Nawet ta prosta rozmowa wypełniająca jej umysł była zwyczajnie nudna. Dwie wadery psioczyły na Skunksa, którego dziecko nosiła Fiołka. Najwidoczniej to tajemnicze dziecko miało jednak ojca, co? Pi jednak nie odczuwała nudy. Czasami zastanawiała się czy to normalne czuć się zawsze tak pusto, a jednocześnie pełna wszystkiego. Uczucia mrowiły ją dreszczami na skórze, a mimo to nie była w stanie po nie sięgnąć. Tak blisko a tak daleko.
—Pi. Podaj mi proszę maść z rumianku. — młoda samica sięgnęła po parę pojemników i po szybkim powąchaniu wyodrębniła pożądany twór, zanosząc go waderze. — No… I widzisz. Ostatnio Strzyga jest trochę niespokojna. — kontynuowały swoją rozmowę, a Pi jakby nigdy nic wróciła do swojego beznamiętnego zajęcia.
—Dlaczego?—
—Wygląd Ana to, że moja siostra zbliżyła się nieco za blisko do granic. Podobno ktoś widział ja w Szumiącej Gęstwinie. — Szafira zdawała się być bardzo niezadowolona z tego faktu. — Ta pieprzona… — zatrzymała się w pół słowa. Pi podejrzewała, że przygląda się tyłowi jej głowy. Wadera zdecydowała się kompletnie zignorować ten fakt kontynuując cokolwiek robiła.
—Rozumiem. Sheila nigdy nie była… normalna.. —
—To wariatka. Wiedźma. Określajmy rzeczy po imieniu! — Szafira mało nie rzuciła kubeczkiem na maść. Pi na szczęście zdołała go odebrać z jej łap. Pracując tu jakiś czas młoda samica odkryła, że zielona medyczka miała niemałe problemy z emocjami. Ale Pi przywykła, Całka nie była lepsza. Chociaż u Całki działało to odrobinę w drugą stronę, bardziej chowania niż jawnej agresji. Zażerała się od środka zamiast męczyć wszystkich wokół.

Sigma przechadzał się wraz z Woodym. Patrolowali granice, które samiec powoli wbijał sobie w głowę. Ich łapy i słuch usiały być uważniejsze w Szumiących Gęstwinach na życzenie samej Strzygi. Sigma zaśmiał się pod nosem na samą myśl o tej przezabawnej rozmowie jaką musiała z nimi odbyć samica.
—Na kogo mamy uważać?—
—To nie jest istotne. Macie uważać!— w cale nie podejrzane! Sigma przypuszczał, może bardziej podświadomie, kim może być ta nieziemsko niebezpieczna figura. Cienie szumiące między drzewami kiwały w jego kierunku głową.
—Dalej nie idziemy. — Woody zatrzymał się w pół kroku. Sigma postawił jeszcze dwa w kierunku, w którym szli. W oddali majaczył  las, więcej lasu i las. Ale to co było wyjątkowe to osadzona daleko mała chatka z wieżyczkami, które powoli podsypywały się nadgryzione przez czas. Stała tam, patrząc się prosto w jego oczy.
—Dlaczego? —
—Tam dalej, za pagórkiem. — „Za jakim pagórkiem?” — Mieszka wiedźma. Mamy zakaz w ogóle zbliżania się. — starszy basior wytłumaczył. Sigma uśmiechnął się i spojrzał w jego niebieskie oczy.
—Okej. — kiwnął głową, odwracając pysk od tej chaty, która rzekomo stała za pagórkiem. Za jakim pagórkiem?

—Mamy więcej informacji niż przypuszczałam. — Całka odetchnęła, jej pysk wykrzywiony w uśmiechu.
—Ty powinnaś pójść. — Pi odezwała się z boku. — Do medyka, jutro oczywiście. — dodała. To był ich kod. Pi usłyszała kogoś przy drzwiach.
—Nie muszę. To nawet nie jest porządny kaszel! — Całka wzburzyła się nieco na niby.
—Ja też nie uważam żeby to było potrzebne. Noc przyjdzie, kaszel pójdzie. —  Całka przytaknęła Sigmie.
—A ja uważam że zostanie.  Dzisiaj jest chłodno.— Mediana tupnęła nogą. Całka zakasłała na niby.
—Myślisz? — Całka przysiadła.
—Myślę. Ale jutro, nie musisz iść do medyka. Myślę, że przez jutro noc przejdzie. Zapowiada się ciepły wieczór. — Mediana próbowała im coś przekazać. Niech jej więc będzie. Całka zakasłała po raz ostatni. Jej ciało skuliło się  na boku brata, a rodzeństwo szybko dołączyło do tego skupowiska sierści.

Mediana miała rację. Tej nocy ich jaskinię odwiedziła Strzyga. Jak w zegarku, co drugi dzień przyłaziła i męczyła ich w ich snach. Rodzeństwo już mniej więcej połapało się co się dzieje. Samica przychodziła i szeptała zaklęcia lub inne gówno. Wchodziła do ich głów i mieszała ze wspomnieniami, malując swój obraz jako coś totalnie perfekcyjnego. Jednak nie mogła przewidzieć, że każde z rodzeństwa ma na to jakąś reakcję obronną.
Mediana głowę miała silną, wyhartowaną krytycznym myśleniem i badaniem spraw w aktach śledczych aby móc je poprawnie zaklasyfikować.  Jej umysł nie wpuszczał Strzygi tak prosto, a zbyt silne naciskanie przebudzało biedną waderę z jej uroczych snów o papierologi w jaskini wojskowej. Jak tak można!
Pi była zwyczajnie zbyt odcięta od swoich emocji. Jej zimna kalkulacja nie pozwalała na asocjację czegoś tak absurdalnego jak byt idealny. Więc to już sama ideologia Strzygi rozpływała się w jej umyśle jako absurd niemożliwy do osiągnięcia. A jeśli już udało się jej coś wbić w głowę wraz z porankiem wszystko rozpływało się wraz ze snami, umysł przekonany że bezsensowne śnienie nie jest potrzebne jej do życia.
Sigma chłonął wszystko jak gąbka, z czego Strzyga cieszyła się niemiłosiernie. Jednak jego oczy jakby zdawały się patrzeć na nią tak uważnie i nieco ciekawsko, ale nadal jakby obok. Coś zatrzymywało go przed wiarą w to że Strzyga może być tym ideałem, który tak uparcie im przekazuje. Coś… ktoś… jakoś. A więc wszystko co mu przekazuje rozpadało się jak zamki z piasku podczas sztormu.
A Całka. Całka była w ogóle zagadką w oczach Strzygi. Jej umysł nie był osłonięty niczym. Był łatwy w manipulacji. W teorii. Ale jednak Całka wstawała co rano i spoglądała jej w oczy tymi swoimi dwukolorowymi ślepiami, zupełnie obojętnymi, znudzonymi jej wywodami. A przecież powinna widzieć ją jako jej lidera, ukochanego boga, jak wszyscy wokół. A jednak Całka tego nie robiła. Sama wadera miała przypuszczenie dlaczego. W jej głowie bowiem pojawiały się dwie wizje Strzygi. Ta którą poznała i ta która nawiedzała ją nocami. Łatwo było odróżnić sztuczny wizerunek wadery od tego wygenerowanego. Czasami pamiętliwość Całki się opłacała, bo pomimo, że jej głowa miała tendencje do paskudnych migren i ciągłego pamiętania, to w takich sytuacjach zabezpieczała ją przed najgorszym.
Ale Strzyga próbowała. Musiała znaleźć jakąś rysę, pęknięcie, które pozwoli jej na ukształtowanie tych młodych umysłów jak jej się żywnie podoba. Może powinna podejść do tego trochę inaczej…

Całka podniosła głowę. Jej serce biło jak szalone. Jej łapy przesuwały się po runie leśnym z największą uwagą, a uważne oczy spoglądały w daleki las. Sigma pokierował ją dość dokładnie. Gęstwiny, pagórek, chata. Tam znajdzie wiedźmę, która jest siostrą Szafiry, a której imię jest Sheila. Ta sama wariatka, która uraczyła ją cudownym snem na jawie, który wyjawił nieczyste zagrania Strzygi. Cóż. Wypadałoby jej podziękować. Jej rodzeństwo wiele na tym zyskało w ostatnich trzech miesiącach egzystowania w tej dziwnej watasze. Może raczej kulcie. To watahy nie przypominało. Każdy na zawołanie Strzygi i nikt nie widzi jej niedociągnięć i niepoważnych zachowań. Ona nad wszystkim panuje jak wszechmogący bóg spoglądający na swoje mrówki. No cóż. Co kogo bawi tak? Całkę bawiły Góry Hoem, do których czuła silne przyciąganie i jeszcze silniejszą potrzebę ich odwiedzenia. A żeby móc to zrobić w jak najbezpieczniejszy sposób musiała najpierw je odrobinę poznać.
Droga nie prowadziła jej daleko, gdyż Całka musiała zboczyć między drzewa, które zasłaniały świeży księżyc. Wadera była uważna, na tyle aby nawet zamaskować swój zapach, chociaż deszcz jaki przyszedł tego wieczora bardzo jej pomógł. Zapach wilgoci i błota z pewnością był przyjemny zarówno dla jej węchu jak i misji.
Ten cały Szumiący Gąszcz czy jak temu było, był laskiem pełnym drzew liściastych. Zupełnie jakby dobra, stara sosna nigdy nie zawitała w te strony. Żadnej tak dobrze znajomej igły nie było w okolicy tej watahy, czy nawet tych psów. Jak dawno czuło się zapach tej typowej dla iglastych drzew żywicy. Aż smutno robiło się na myśl, że innym wilkom mogła się ta cudowna woń nigdy nie ukazać. Cóż. Całka kochała swoje lasy iglaste i trochę za nimi tęskniła. Liście bywały dość… nudne. I nieprzewidywalne. Opadały na jesień, tak jak teraz. Powoli różowiły się, a kolory jesieni wdzierały się w ich paletę, wypychając zieleń w niepamięć. Jeżeli się nie pospieszą ze swoimi wyprawami, może zastać ich pierwszy śnieg, a to byłaby niepotrzebna strata czasu. Poza tym nie wiadomo jak długo będą w stanie jeszcze znieść ten szereg zaklęć i nieznośnych wyczynów Strzygi. Szkoda byłoby utknąć z nią do odmrozów, a i tak w górach zima pewnie trwałaby dłużej, więc i do lata w tym szalonym miejscu. Nie, Całka odmówi.
Jej łapy przeskoczyły nad małym strumyczkiem. Las ustąpił nieco trawie i wolnej przestrzeni, która cudownie pachniała kwiatami i uciekającymi w niepamięć kwitnącymi trawami. Całka zajrzała przed siebie. Księżyc w milczeniu oświecał jej drogę, pomimo że nie potrzebowała tego małego detalu aby doskonale ujrzeć małą wieżyczkę wiszącą ponad ciemnym nocnym niebem. Za pagórkiem. Za lasem. To tu.

Całka zbliżyła się pewnym krokiem. Nie miała nic do ukrycia, nic do schowania. Zresztą, jeżeli to co mówili o tej waderze było prawdą, była wiedźmą. Miała moce, więc pewnie i już wiedziała o nowym gościu. I młoda wilczyca nie myliła się za bardzo. Zbliżając się, drzwi tej nieco zdezelowanej chaty uchyliły się, a z nich wysunęła się kobieta. Człowiek, jakby ręką aniołów malowany.  Jej skóra była blada, może nawet nieco niebieskawa w tym świetle nocy. Jej oczy, zielone i takie nieludzkie wbiły się w waderę z delikatnym zaskoczeniem. Jej ręce i nogi, okryte kawałkiem szaty, zdobiły różowe i zielone pasy, jakby tygrysie. Kobieta uśmiechnęła się ciepło.
—Spodziewałam się was, jednak nie tak szybko! Gdzie twoje rodzeństwo? — przemawiając jej postura zmniejszyła się, a ubrania opadły na zimną trawę, która jeszcze nie wyschła z rosy. Zaraz potem stanęła przed nią wilczyca, większa od Całki, baczniejsza. Jej niebieska sierść lśniła pasami i kolorami, a czubek głowy ozdabiała gęsta fryzura rosnąca prawie od samego początku pyska.
—Ah… — Całka zawahała się.
—Rozumiem zdziwienie. Ale to nie moja pierwsza forma, nie ostatnia. Jako człowiek po prostu łatwiej jest się chować. — odpowiedziała Sheila na nieme pytanie zawarte w zaskoczonych Całkowych oczach. —Mamy niewiele czasu. — ponagliła ją. Całka zamrugała dwa razy. Racja. Nie ma co kwestionować starych wariatów. Oni mają swoje sposoby na przetrwanie.
—Góry Hoem… — mruknęła. — Musimy się tam dostać.. —
—Jesteście pewni, że chcecie tam iść. Możecie nie znaleźć tego co szukacie. —
—Czy to ma znaczenie? Jeśli dowiemy się cokolwiek to będzie dobrze. Cokolwiek… — Całka odparła. W jej sercu, w jej pamięci, w jej umyśle, w jej świadomości wiedziała, że znajdą coś. Tylko czy im się to spodoba?
—Rozumiem, że nie ważne co powiem to tam pójdziecie. — Całka przytaknęła. — No cóż. … — zapadła chwila ciszy, kiedy starsza wadera wyraźnie zatopiła się w myślach. — W dolinie między szczytami leży laboratorium ludzi. Porzucone od trzech lat. —
—Tego szukamy. — wspomnienie błysnęło w głowie całki. Klatka, ciepłe ręce, igła i białe ściany. Ten zapach… zapach którego nie da się przypisać do nikogo innego jak sterylnego człowieka.
—Ah… Przejście tam zajmuje około dwie godziny. Musicie wejść od naszej strony, pomiędzy tymi dwoma szczytami. — uniosła łapę, Całka podążyła za nią, zapisując sobie w umyśle gdzie dokładnie ma iść. — Będziecie się kierować prosto i szybko. Ścieżka poprowadzi was do rozwidlenia. Nie pójdziecie żadnym. Wkroczycie w śnieg i śmierć… idziecie prosto. — Całka przytaknęła, jej oczy nadal wbite z uważnością w dwa najwyższe górskie szczyty od tej strony.  —Wasza droga nie będzie prosta, ale jeśli zachowacie trajektorię dojdziecie gdzie potrzebujecie. Pamiętajcie jednak… że to było dobrze chronione laboratorium. Po drodze na pewno znajdą się pułapki, jeśli nie horrory jakich się nie spodziewacie. Martwe ciała. —
—Błahostka. — Całka widziała ich dużo podczas wojny i choroby. Pomagała nawet wygrzebywać groby na popioły jakie zostały po spalonych.
—Monstra. —
—Walczę z nimi dzień w dzień. Noc w noc. — Całka pokręciła głową. Nie tylko ona..
—Śmierć bliskich. —
—Oby nie. —
—Prawdę… —
—Czyli jednak coś znajdziemy? —
—Nic co by się wam mogło spodobać. —
—Cokolwiek to jest… — Całka szepnęła. Gotowa była na własną śmierć. Gotowa jak nigdy.

Jej łapy uderzyły o zimny kamień, oczy wbiły się w polanę przed nią. Szukała ruchu, dźwięku, zapachu. Ale nic. Wszystko stało jakby martwe. Zbyt martwe. Całka zmierzwiła własne włosy, ziewnęła potężnie aby oczy zaszły jej łzami i podrapała się pod brodą. Jej maskarada musiała być wiarygodna gdyby przyszło co do czego. Ruszyła do siebie, położyć się obok rodzeństwa.
—Hej… — ale musiała się zatrzymać na widok wychodzącego zza rogu wilka. Uniosła głowę, prztyknięte oczy zerknęły na Skunksa. — co robisz na zewnątrz? —
—Szczam. — odparła, jej głos niezadowolony. Basior nieco speszył się na jej odpowiedź.
—O… Ok… Em.. Nie powinnaś wychodzić z … nory. —
—I co? Mam szczać pod siebie? —
—Em… nie? —
—To się odczep od mojej wyprawy w krzaki. — warknęła sztucznie zirytowana. To zdało się odstraszyć biednego strażnika. —A teraz… Wybacz ale idę dalej spać… — mruknęła pochylając głowę zaspanie. Oby się jej udało…

Całka dość szybko przekonała się, że wcale jej nie wyszło tak jak przypuszczała. Strzyga doskonale wiedziała, że ta wymknęła się pod osłoną nocy. Skąd? Kto ją tam wie. Najważniejsze, że pojawiła się przed jej pyskiem zanim ta weszła do jaskini. Wadery zmierzyły się wzrokiem, obie uparte i zacięte. Całka porzuciła swoją grę prostując się i wykrzywiając.
 —Gdzie byłaś? —
—Kto pyta?— odpowiedziała dość nieprzyjemnie. Obie były spięte, gotowe do rzucenia się na siebie, ale jednocześnie obie maiły trochę wyrafinowania w swoich poczynaniach.
—Strzyga. Twoja alfa. — wadera była pewna swoich słów, uśmiech na jej pysku, szeroki. Zbyt szeroki. Przed chwilą był grymasem niezadowolenia.
— Przykro mi ci to powiedzieć, ale nie działają na mnie twoje sztuczki. — Całka mruknęła, jej obojętność powróciła na jej pysk. Strzyga natomiast zrzuciła z siebie maskę pełną iluzji ukazując nic tylko wściekłość i irytację.
—Jesteś strasznie nieposłuszna. Pyskata. Głupia w swojej zuchwałości. — odparła starsza, jej pierś wypchnięta do przodu, oczy skupione na tych Całki, która niewzruszona stała przed nią, ani dozy strachu w jej oddechu czy ruchach. A mimo to Całka się bała. Może niekoniecznie samej Strzygi, chociaż ta była nieprzewidywalna, ale bardziej tego co ją czeka. —Wilki jak ty powinny być ułożone. Wyświechtane.  Zbite jak pies. — A mimo to Całka nie pozwoliła sobie nawet na urwany oddech. Wiedziała w co się pisze. Dlatego to ona uciekła w noc. No i także dlatego, że bez dwóch zdań najlepiej widzi w ciemnościach i najlepiej pamięta drogę. —Za mną. —Całka mogłaby się nie posłuchać. Zawołać rodzeństwo i uciec, ale… czuła na sobie oczy więcej niż jednego wilka. Ryzykowałaby odrobinę za dużo. Jeżeli jej kara była niezła musztra, gotowa była przyjąć ją na swoją skórę bez jednej łzy w oczach.

Strzyga stanęła przed nią. To był pierwszy raz kiedy wprowadzili ją do jaskini alf. Nikt inny nie miał tu zazwyczaj wstępu. Całka nie mrugnęła kiedy poczuła obecność za sobą. Oczywiście, że będzie tu cała ich rodzina. Nieco zakłopotany Eliot, milczek, siedział sobie pod ścianę drapiąc się po głowie. Zorza chichotała pod nosem, jakby matczyna psychoza przeniosła się połowicznie na nią i napawała ją chęcią i radością czyjegoś cierpienia. Kaduk stał za nią, większy nieco, silniejszy z pewnością. Był tam tez ktoś jeszcze, oprócz samego alfy lezącego sobie wygodnie w legowisku, gdzie ułożyła się też Strzyga. Całka nie odwróciła nawet głowy słysząc obce kroki. Spuściła jedynie uszy w ostrzeżeniu, w wiadomości, że wie. Że wie ilu ich jest ,a i tak dumnie stoi przed nimi.
—Gotowa do pęknięcia co? — Kaduk zarechotał, na co Całka tylko przekrzywiła na niego głowę, w końcu poruszając się. Jej szeroki uśmiech widocznie zbił go z tropu. Ale nie powiedziała nic. Nie było takiej potrzeby. Ziarno złości i niepewności zostało zasiane. No cóż. Całka pogarszała sobie swoją sytuację, ale jej osobowość nie pozwalała jej rozwiązać. Zresztą, kto by o to dbał.
—Kaduk, uspokój się. — Bazyliszek tylko uniósł oczy na syna aby ten od razu zacisnął kły w frustracji i zatrzymał się w pół kroku. —Odpowiesz nam na nasze pytania i może twoja kara będzie lżejsza. —
—Ależ oczywiście. — Całka mruknęła. Jakby to miało się stać, yhymm… Już na pewno.
—Jak wyszłaś z jaskini? — alfa zmierzył ją wzrokiem, a widząc jej rozszerzający się uśmiech już wiedział co go czeka i tylko odetchnął.
—Na łapach. — odparła, jej nogi uginając się pod naporem obcego ciała przyciskającego je do ziemi.
—Oczywiście.. — wilk przetarł skronie. — Po co? —
—Przejść się. —
—Przejść się… — powtórzył jak echo. Całka poczuła jak po jej plecach przecierają się pazury. Aż sobie sapnęła. Jej świeża krew potoczyła się po jej bokach. Nieprzyjemnie. Czyli tak to miało wyglądać. No dobrze. Skoro chcą ją w kawałkach na ziemi będą musieli się postarać. Wiele trzeba aby złapać jej upartość. Musieli by odebrać jej cel z oczu. A to dość ciężko zrobić jeżeli żadne z nich nie umie przesuwać gór. 
—Przejść się gdzie? —
—Przed siebie. — cis za ciosem padał na jej łapy i plecy. Zapach krwi tak słodko unosi się w powietrzu.
—Dokąd? —
—Prosto… — w sumie bardzo nie kłamała. Roga do wiedźmy była dość prosta w dosłowności tego słowa znaczeniu. A mimo to otrzymała kolejny cios. Zachwiała się od nich na przednich łapach, jej oczy rzucając spojrzenie Kadukowi, który zirytowany stał nad nią, jego pazury i kły pełne jej sierści. Zaśmiała się tylko jakby pod nosem. Cóż za tragedia. Parę ran ot co.
—Daję ci ostatnią szansę aby się wypowiedzieć… — Bazyliszek szepnął złowrogo. Całka uśmiechnęła się i zapadło milczenie. Oczekiwanie. Ale Całka jedynie uniosła szybko głowę. Za nią odbyło się jęknięcie bólu, a nieprzyjemne łapy zniknęły z jej ciała, łapiąc się za nos.
—No dobra… Podpisałaś swój własny los. — Strzyga warknęła wściekła. —Do tej pory byłaś dobrą waderą. Posłuszną. Więc darujemy ci życie. — Całka była pewna, że ta „lżejsza” kara była jedynie pretekstem aby widzieć jak Całka płacze i wije się pod jej siłą. Ale Całka już mentalnie przygotowała się na wszystko. Prawie wszystko.

wtorek, 14 maja 2024

Od Sigmy CD Całki - "O Krok Bliżej - do szczytu" 3.3

Całka popatrzyła na swojego brata z niemałym niedowierzaniem. Powiedzieć, że była wściekła to odrobinę za mało. Prawdziwa furia wdarła się w jej duszę i wyżerała dziurę w jej sercu z każdym jego słowem. Otóż. Jej brak idiota zdecydował się odwiedzić jedną z wiosek obok których przechodzili tak spokojnie i skryci, aby właśnie nie skończyć jak on. Bowiem chcąc pójść po jakieś jedzenie, drogę albo coś innego sensownego, wrócił z raną postrzałową i nożem wbitym delikatnie w szyję. Ktoś postrzelił jego tylną łapę a potem rzucił w jego stronę nożem. Nie trafił za dobrze ani razu, gdyż Sigma nadal chodził w miarę prosto, kula mijając wszystkie ważne narządy i nerwy, ale i tak…  to draśnięcie widniało na jego łapie jak to na tej Całki.
—Czemu ty jesteś takim idiotą? — Mediana wypowiedziała słowa która Całka miała w głowie. W końcu jak można być tak głupim?!
—Przepraszam, ok?! — samiec zmarszczył nos, niezbyt zadowolony z nagłej uwagi jaka oferowały mu siostry. On także dostał swój własny prowizoryczny bandaż, opieprz i grupka wilków w pośpiechu ruszyła w dalszą drogę. Całka jak zwykle na przedzie, pilnowała aby przechodzili w jeszcze większym cieniu niż zwykle.

Aż nie doszli. Wielki las otwierał przed nimi swoje ramiona. Drzew nie były tak wysokie i gęste jak w tej niby puszczy przez jaką przechodzili jeszcze paręnaście godzin wcześniej.   Był to lasek… mieszany. Trochę przypominał ten, który wychował ich pod swoimi liśćmi, tylko ze znacznie większa ilością brzóz. Stanowczo większą ilością brzóz. Jakby połowa tego lasu składała się wyłącznie z nich. No ale cóż.
—To nie jest najszybsza droga… — Całka zmierzyła wzrokiem góry, w których stronę zmierzali. — Powinniśmy iść tam… — wskazała ku nim. — Mówiłam wam że powinniśmy obejść to duże miasto na około. —
—I co? Ryzykować śmiercią? Wolę na około a bezpieczniej. —Mediana zaszczekała przechodząc obok siostry. Jej łapy otarły się z miłością o grunt lasu. W końcu, pomiędzy tymi szeleszczącymi liśćmi czuła się jak w domu. Odetchnęła pełną piersią świeżym, leśnym powietrzem.
—Tyle bezpieczniej, że nasz ukochany debil ma postrzeloną łapę. — Całka spuściła po sobie uszy, jej oczy strzelając piorunami w kierunku zawstydzonego brata.
—Już przepraszałem! —
—Do końca życia będziemy ci to wypominać. — Pi wtrąciła się zza jego pleców, jej wzrok pusty, pysk poważny, ale iskierka rozbawienia płonęła gdzieś za tymi słowami, tylko że postawiona bez ognia, który był jej matką.
—Dokładnie. A teraz.. Mediana! Nie idź tak daleko bez nas. Nie wiemy czy ktoś tam nie mieszka!— Całka warknęła na siostrę.
—Dajże mi spokój… Wszystko jest…— Mediana zatrzymała się w pół słowa, jej odwrócony pysk zatrzymując się na czymś miękkim.
—Twoja towarzyszka mówi mądrze. — głos obcej wadery przebił się przez nagłą ciszę.  Jej brązowe futro lśniło delikatnie, zadbane i wyszczotkowane. Jej brzuch pokrywała biała łata ciągnąca się na pysk i oplatając także ogon wyglądała jakby próbowała przejąć jej ciało. Jej delikatne logi opadały swobodnie na jej pysk. A Jej żółte ślepia wbijały się w duszę Całki, która cała zjeżyła się na jej widok. A mimo to jej umysł nie rozpoznawał tego wilka, który stał przed nią.
—Oh.. Em… —Mediana wycofała się powoli. Jej pewność siebie po prostu wyparowała wraz ze spotkaniem jej nosa z białą piersią nieznajomej.
—oh. Nie martw się. — samica zaśmiała się. — Wyglądacie na nieco zgubionych. —
—To akurat najmniej trafne spostrzeżenie. — Pi wysunęła się zza swojego rodzeństwa, jej dwukolorowe oczy wbijając się w obcą równie intensywnie co ona w nich. —Akurat mamy niezawodnego przewodnika, którego powinniśmy byli słuchać i obejść miasto na około, zamiast pchać się tędy. —
—Przepraszam? — Mediana szepnęła niezbyt pewna co powiedzieć, częściowo chowając się za Całką.
—Oh. Rozumiem zatem ,że wiecie doskonale gdzie iść. — samica uśmiechnęła się do nich. Mediana i Całka zadrżały. Za tym uśmiechem było coś złowieszczego, coś czemu nie warto było ufać. — Będziecie przechodzić więc pewnie przez ten las, tak? —
—Tak. — Całka odparła bez zawahania, w końcu opuszczając futro i prostując się. Jej nagła zmiana postawy nieco zbiła z tropu obcą, tak przynajmniej się wydawało.
—No dobrze. Pozwólcie, że się przedstawię. Na imię mi Strzyga! —
—Całka. To jest Mediana. Pi i Sigma. —
—Miło mi was poznać. Witajcie na ternach Watahy Burzowego Wilka! — Strzyga zaśmiała się donośnie i niby szczęśliwie, ale czy tylko Całka usłyszała ten zgrzyt jej zębów? — Zapraszam was do nas, na chociaż mały poczęstunek! —
—Nie wiem czy to najlepszy… —
—Czemu nie! — Sigma przeszkodził Całce w jej wywodzie. Ich oczy spotkały się, zmierzyły. Ale jej brat zdawał się być pewien swoich słów. Jego ślepia bowiem zobaczyły coś czego wcześniej nie widział. Brak cienia. Brak przeszłości. Ten las zdawał się być jedną wielką próżnią w jego umyśle. Sama Strzyga nie miał cienia, a każdy go miał! Najwidoczniej prawi każdy. I to go intrygowało. Więc dlaczego by nie podejść z nimi, skoro i tak zdają się być dość przyjaźni. Mediana miała podobne odczucie w głębi siebie. Poczęstunek wydawał się przyjemną myślą, zwłaszcza że nie jedli nic przez cały dzień. Niby nic wielkiego dla wilka, ale jednak jeśli taka opcja się pojawia dlaczego by z niej nie skorzystać. Do tego wszystkiego, wataha może przyniesie ze sobą odrobinę nostalgii, miłości, potrzeby.

—Z jak daleka przybywacie? — Strzyga próbowała utrzymać jakiś pozór rozmowy, kiedy prowadziła ich przez nieznane im lasy. Całka obserwowała uważnie swoje otoczenie, przez jej głowę przemykały się obrazy ognia. Gdzieniegdzie była w stanie dostrzec popiół pokrywający kawałki ziemi i nowo wzrastającej trawy, tka zielonej że aż serce cieszyło się na jej widok.
—Wataha Srebrnego Chabra. To spory kawał stąd. — Mediana odetchnęła dotrzymując kroku nieznanej waderze. Sigma szedł zaraz po jej drugiej stronie z ciekawością przyglądając się czemuś wokół nich, czego oczy żadnej z samic nie mogły dostrzec. Pi trzymała się za nimi, a Całka w ogóle z tyłu, ostrożna. Musiała zadbać o swoją orientację w terenie.
—Dobry rok podróżowaliśmy. — Sigma szepnął, jakby bojąc się spłoszyć cienie tańczące pomiędzy drzewami. Widział jak małe palmy skakały wokół dużych, jak niektóre uciekały i upadały w jasnych przebłyskach, jakby ognia. Czasami Sigma słyszał ich rozbawione głosy, a krzyk bólu rozmywał się wśród  szczęśliwości i miłości tego miejsca. Cóż za niesamowitość. Cóż za wyjątkowe miejsce. Szkoda tylko, że z tak mroczną przeszłością, która mimo wszystko wydzierała się swoimi szponami spod tej słodkiej przykrywki szczęścia. A cienie uciekały od Strzygi. Sigma spojrzał się na nią, ale ona jakby nie widziała tego przerażenia i pośpiechu w krokach tych niewidocznych fragmentów przeszłości.
—To naprawdę daleko. Uciekaliście od czegoś? —
—Trochę od walk politycznych, trochę także poszukać naszego pochodzenia. — Pi mruknęła zza jej pleców, jej uszy słuchając świata dookoła.
—To koszmarne. U nas nie ma walk politycznych, są wyłącznie debaty. Zobaczycie jak jest tu przyjemnie. Może nawet się osadzicie. W każdym razie. Macie jakiś konkretny cel?—
—Podobno nasz cel leży tam… pomiędzy górami. — Mediana uniosła głowę, ale korony drzew dawno pochłonęły już zamglone szczyty.
—Oh. — Strzyga zdało się, że zjeżyła się na samą myśl o tym miejscu. — Góry Hoem. To koszmarne, koszmarne miejsce, przyniesie wam nic tylko śmierć! —
„Ona coś wie.” Przeszło przez głowę Całki. Jej oczy rozszerzyły się na samą myśl o nowych informacjach.
—Są zabójcze jak się domyślam… — Całka odetchnęła ciężko. — Przypuszczaliśmy że tak może być. Ale jednak coś nas do nich ciągnie. —
—Niemożliwe jest przez nie przejść. Ich magia sprawia, że ludzie, wilki, ptaki… gubią się. Przepadają w nieznane. — Strzyga odchrapnęła gardłowo. Jej ton zmienił się z ostrzegawczego na złowieszczy, a przynajmniej taki podton przybrał. Jakby nie chciała aby wilki nawet zbliżały się w ich kierunku.
—Rozumiem. — Całka odparła, jej głowa już planowała ich przeprawę, po zdobyciu większej ilości informacji. Na razie należałoby leżeć w cieniu, czekać, jak wyrafinowany łowca. A Całka była łowcą doskonałym w swoim skromnym mniemaniu.

Ich domem okazała się polanka otoczona norami i jaskiniami wyżłobionymi z niewielkich pagórkach. Wszystko to przyozdabiało ognisko i  kamień postawiony ponad nim. Pomarańczowa poświata wypalającego się ognia rzucała swoje odcienie na pobliskie drzewa i rośliny, sprawiając, że wszystko wyglądało jakby miało zaraz stanąć w płomieniach. Całka machnęła ogonem z niepokojem. Czyżby trafili do piekła? Piekło przeżyli, z piekła wyszli, przez piekło przeszli. Jeszcze jedno piekło tylko pomuska ich sierść.
—Kochani! — Strzyga z zadowoleniem wkroczyła w ciepło ogniska. Noc powoli wznosiła się na niebo, a zatem wszyscy zdawali się być zebrani mniej więcej do kupy w swoich domach. Głowy wilków powoli wysunęły się z jaskiń, a mały tłum zebrał się wokół tego słodkiego centrum. Wilków nie było wiele, może z dziesięć, a jednak zdawało się jakby były bardzo zżyte. — Przyprowadziłam nam przyjaciół na poczęstunek. Przynieście jedzenia i najlepszego trunku! —
—Oh. Ja nie piję. Wodę poproszę. — Całka odsapnęła.
—Oh. A to dlaczego? — Strzyga puściła jej swój uśmiech, który zdawał się być jej sprawnością firmową. Nic nieznaczący grymas , który musiała nosić na pysku całe swoje życie, tak?
—Mój żołądek  bardzo źle go znosi. — skłamała, ale najwidoczniej to wystarczyło. W rzeczywistości Całka miała swoje za uszami. Zwłaszcza kiedy była młodsza i alkohol był jedyną ucieczką od zabijającej jej rutyny i zmartwienia. Kiedy alkohol był jedyną ucieczką od ścigającej ją poczucia winy, zamieszania w głowie i tego przeszywającego bólu pamiętania. Najgorsze, że nie ważne ile wypiła, nie mogła zapomnieć. Nie mogła zapomnieć nic. Przerażona odnajdowała swoje miejsce w kącie nory i patrzyła przez oczy przeszłości na ojca kulejącego na łapę, zmęczonego w swojej jaskini. Na Sigmę zmęczonego chorobą, na skraju śmierci. Na Pi, która mało nie odeszła razem z nim, która straciła tak wiele za sprawą … czego? Wojny? I Mediana. Ta wariatka, która od zawsze kochała jaskinię wojskową, tak wiele ryzykowała i jej słowa zawsze godziły Całkę prosto w serce. A że Całka, młoda, głupia, niewiele umiała sama powiedzieć bez krzywdzenia wszystkich wokół, nie mogła zapobiec niczemu co działo się między nimi. Do tej pory te same czasy przychodzą do niej nocami, męczą ją. Zabijają powoli od środka przyćmiewając dobre wspomnienia.
—Rozumiem. Wody i najlepszego trunku! —

Zapoznali się ze wszystkimi, najedli i siedzieli wokół palącego się ogniska. Ta Wataha, Wataha Burzowego Wilka, została założona wiele lat temu z dala od tych terenów przez Burzowego, wilka który podobno był bogiem i wniósł wilki do ich wyżyn intelektualności. No cóż. Co komu w duszy gra. Potem po pożarach i podróżach wilki znalazły się tu. I przeżyły pożar, który przeniósł się właśnie z gór Hoem, ale odbudowali swoje miejsce, swój ‘dom’. I teraz życia w spokoju. Alfą jest Bazyliszek, brązowy wilk z siwą bródką i siwymi włosami. No cóż. Całkowe pięć lat nie porównywało się do jego dziesięciu. Mógł mieć już te swoje siwe włosy. Strzyga była młodsza i była samicą alfa. Jej prawą ręką była Orzech, a medykiem tego przybytku była Szafira. Do tego wszystkiego alfy miały swoje trzy wyrośnięte już szczeniaki.
—To co? Jak wam się podoba? — Strzyga zagadnęła unosząc kubeczek pełen mocnej nalewki. Sigma zaśmiał się i uniósł swój kubek. Z nich wszystkich miał najlepszą głowę do picia i zaskakująco, najrozważniejszą.
—Jest doprawdy bardzo przyjemnie. To aż zaszczyt spotkać kogoś miłego po takim czasie podróży i tylu.. wypadkach. —
—Wypadkach? — Bazyliszek uniósł swoje zielone oczy w ich kierunku.
—Ah tak. — Mediana odetchnęła ciężko. — Sigma i Całka .. oni… ten.. zostali ten.. postrzeleni nie? — mieszał się jej nieco język .
—Nic wielkiego. — Sigma machnął łapą. Całka mu jedynie przytaknęła.
—Oi. Myślę że mogę na to zajrzeć. — Szafira uśmiechnęła się do nich. Starsza wadera wydawała się mieć równie nieprzyjemnie sztuczny uśmiech co Strzyga, tylko bardziej zmęczony życiem niż złowrogi.
—Znasz zasady Szafiro. — Bazyliszek odetchnął. — Możesz zajmować się tylko członkami watahy i wyjątkami. —
—Pamiętam .— wadera straciła swój uśmiech i rzuciła samcowi wzrok, który Całka kojarzyła tylko ze wzrokiem ojca zirytowanego na swoich pacjentów. Cóż za nostalgiczne pociągniecie za serce. „Chwila..” Tylko członków watahy odbijało się echem w jej głowie przez parę sekund.
—Co za problem. — odparła.
—Nie jesteście wyjątkiem. Nie umieracie. — Szafira mruknęła jakby zażalona, że tak nie jest.
—No właśnie. Żaden problem. — Całka machnęła ogonem, jej oczy mierząc się z tymi Strzygi.  — góry i tak są dla nas zbyt niebezpieczne. —
—Czekaj.. porzuca…— Sigma został kopnięty w pysk zanim wypowiedział swoje słowa. Nie za mocno, ale dotarło do niego że ma pozostawić swojej siostrze planowanie i mówienie.
—Porzucacie swój cel? — Strzyga zamrugała podejrzliwie.
—Tak. — Całka opuściła głowę. Jej oczy zaszkliły się. — Przeszliśmy tak daleko, ale nie chcę ryzykować życia mojego rodzeństwa. — brzmiała tak przekonująco. Na tyle, że nawet Mediana zaskoczona odwróciła na nią głowę. „Co siedzi w głowie tej wilczycy?!”
—To. .. cudownie? Wracacie do domu? —
—A jest do czego wracać? Wszystko pochłonęła wojna. — Całka załkała. Krokodyle łzy polały się po jej policzku. To pierwszy raz jak jej rodzeństwo widziało takie przedstawienie z jej udziałem, ale do jasnej, kiedy ona się nauczyła tak manipulować własnym ciałem?! Jednak ciągłe ukrywanie się za maską obojętności pozwoliło Całce nabrać pewnej umiejętności udawanie emocji, których nie czuje. Tak dla czystego pozoru.
—Oh… Wy biedne dusze. — Orzech pisnęła zakrywając sobie usta łapami. —Może przyłączcie się do nas! — Strzyga zdała się że spięła się na ta propozycję nieco.
—Ah… Ale czy znajdzie się dla nas tutaj miejsce? — Pi przyłączyła się do rozmowy. Nie rozumiała co Całka dokładnie planowała, ale przeczuwała do czego zmierza.
—Znajdzie. — Strzyga nagle rozjaśniła się. Jej psyk rozszerzył uśmiech, który był czysto maniakalny, ale tak szczery, że Całka mało nie przerwała swojego przedstawienia żeby się skrzywić z przerażenia. —To… To jest cudowne! Witajcie w naszej watasze! Wybierzcie swoje stanowiska i przydzielimy wam sypialnię i… w ogóle… od jutra praca i przyjęcie się w naszej małej społeczności! — zachwycona. Była zachwycona tą ideą.  Dobrze. Całka liczyła że to właśnie się stanie.
—Sigma? Kim chciałbyś zostać. — Orzech podano kartkę i węgiel. Jej łapa zabrała się za skrobanie jego imienia na tym kawałku znanego im materiału.
—Żołnierzem .Tak jak byłem w domu. —
—Zdezerterowałeś? — Bazyliszek niewiele brakło a podniósłby się.
—Poszedłem za siostrami. Kocham je tak mocno. — odparł na to popijając trunek. — że gotów byłbym zaprzedać duszę diabłu, zginąć odrodzić się i znowu zginąć aby tylko były bezpieczne… — na jego słowa Strzyga zdawało się że lśniła jeszcze jaśniej niż wcześniej. A więc ona uspokoiła swojego męża ruchem prawej łapy.
—mamy stanowiska wojownika. —
—Niechaj będzie i wojownik. — Sigma przytaknął.
—Też mogę nim zostać. Albo śledczym, stróżem. W tym mam doświadczenie.  — Mediana zajrzała do pustego kubka. Na jej słowa jakby wszystko wokół umilkło.
—O nie… Skarbie… Nie… Wadery nie walczą! — Orzech mało nie upuściła swojego węgielka. Trzy siostry spojrzały po wilkach wokół, wyraźnie przerażonych.
—Właśnie tez dlatego tak uciekałyśmy z tego koszmarnego miejsca. Zmusili nas do pracownia dla polityki i poświęcania własnego życia dla pryncypałów, które o nas nie dbały. — Całka wysapała, jakby znowu na skraju łez.
—Oh.. Wy biedne stworzenia. — jakiś wilk obok nich, z sześcioma łapami, jaki cudak, zmarszczył nos. Jego wzrok wyrażał nic tylko przerażenie i współczucie. Dobrze… Całkowy plan powoli wdzierał się w ich serca, a te niewinne kłamstwa działały na nich jak światło na ćmę.
—No dobrze… To … Może ja spytam się was co lubicie robić? Jako wadery, gdzie byście się widziały, nasze kochane delikatne kwiatki? — jeden z basiorów w tłumie uśmiechnął się do nich ciepło.
—Oh… Ja myślę, że mogę nadać się przy dzieciach. Oh jak ja kocham małe dzieci. — Oh jak Całka ich nienawidziła.  
—Bardzo dobrze. Mamy akurat miejsce na nauczyciela. Potrzebowaliśmy jakiegoś, bo nasza aktualna nauczycielka, Fiołka, zaszła w ciążę w nieznanych okolicznościach… — Orzech odchrząknęła. — A samice w ciąży powinny odpoczywać. Zajmiesz jej miejsce. —
—Cudownie. Nie mogę się doczekać. — praca z dziećmi ułatwi jej szperanie w aktach.  — A  myślę, że Mediana może pomóc tobie. W jaskini wojskowej nauczyła się czytać, pisać i doskonale porządkować dokumenty! —
—Oh! — Pysk Orzech rozjaśnił szeroki uśmiech pełen nadziei jak spojrzała na Strzygę, która zacmokała w zamyśleniu.
—Myślę, że mogę na to pozwolić.— przytaknęła, a Orzech pisnęła z ekscytacją.
—Ja natomiast przyjmę cokolwiek potrzebujecie. — Pi odetchnęła ciężko.
—Cóż… — Orzech spojrzała na listę i zastanowiła się. — Jak stoisz z medycyną? —
—Mój ojciec był medykiem, wśród medycyny się wychowałam. — Pi przyznała. — Więc myślę, że nie powinno być z tym problemu. —
—Cudownie. Witajcie w naszej watasze! — Orzech odkrzyknęła a Strzyga jej przytaknęła.

—Jaki jest twój plan? — Sigma zerknął na Całkę układającą się na jego boku. Pi leżała u jego pleców, a Mediana była nakryta ich ogonami, dawno w krainie snów.
—Też mnie to ciekawi. — Pi szepnęła zza jej pleców.
—Te góry są niebezpieczne. Przez lata nas nie było, nie wiemy co nasz czeka. Posiadanie bazy powrotu, bazy działania może być przydatne. Zdaje mi się też, że wilki w tej watasze wiedzą więcej niż może nam się zdawać. — Całka odpowiedziała im. — Pogrzebcie. Poszperajcie. Ale uważajcie na siebie… Strzyga wydaje się być bardziej niebezpieczna niż może się zdawać… —

I tak nadeszła ich pierwsza noc w nowej watasze. W nowym miejscu.

 

<Całka? Sigma? Pi? Mediana?>

 


sobota, 11 maja 2024

Od Całki CD Sigmy - "O Krok Bliżej - do szczytu" 3.2

Dzień wstał i przeminął. Księżyc pozostawił po sobie resztki snu w kącikach oczu Pi, kiedy ta przeciągnęła się, jej małe pazury zaczepiając o ziemię i ryjąc w niej małe dołki. Jej ciało musiało chwilę jeszcze poleżeć zanim pozwoliło jej unieść się na dziwnie słabych łapach. Pi odetchnęła, jej umysł powoli rozbudzał się, rejestrując środowisko. Wokół nich, ciemny i nieprzejrzysty las zamykał swoje korony nad ich głowami, pyłki i letnie serce świata wdzierały się wytrwale w zmysły, temperując nimi wedle swojego krzywego widzenia. Jednak należało to przetrwać. Czas jeszcze nie przepłynął między ich palcami, pomimo że tak mogłoby się wydawać, że krążą w kółko po tym samym zapomnianym kawałku boskiej ziemi. Całka była święcie przekonana, że wie doskonale dokąd idzie, pomimo braku większego rozeznania w terenach. Jej łapy prowadziły ich tak pewnie ,że nawet racjonalna Pi nie miała odwagi kwestionować tej nieprzewidywalnej wiedzy. Jak Całka była w stanie pamiętać to wszystko? Czy może po prostu była naturalnym przewodnikiem po nieprzebytych gęstwinach  tego świata i gdziekolwiek by się ją wrzuciło trafiłaby powrotem do punktu pożądanego. Była to w każdym razie umiejętność niezwykle przydatna przy przemierzaniu terenów tak gęsto zalesionych.

Sigma wstał zaraz po niej, jego oczy nieco nieobecne, nadal zagubione w nocy przedziwnych snów, które rozmywały się w tle umysłu odurzonego dozą dziwnego przerażenia i osowienia. Jego pierwszą myślą był komentarz dyskomfortu jaki wydarł się z jego gardła w postaci długiego jęku niezadowolenia. Biedak, albo idiota, zależy jak na to spojrzeć, usnął na kamieniu, który całą noc wbijał się coraz to głębiej w jego brzuch, a on, zanurzony twardo w krainie bezczynnych marzeń tylko pochrapywał sobie wesoło. Teraz za to miał ciekawe kształty odbite na futrze i ciele, a jego kości przechodziły tępym bólem. Musiał sobie odetchnąć ciężko.
—Osowiały? — Mediana łypnęła na niego jednym okiem. Jej sen był od jakiegoś czasu był dość lekki. Ta cienka linia jaką samica balansowała już bezbłędnie pozwalała jej czuwać nad tymi dwoma idiotami pod jej opieką. Dwoma? Mediana uniosła głowę zaskoczona. Zupełnie nie słyszała kiedy z ich małego grona zniknęła Całka. A wadera nie znikała ot tak, mimo wszystko dbała o swoje rodzeństwo. Musiała mieć jakiś cel…

—Wstawać lenie. — i otóż zjawiła się dosłownie parę minut później, jej łapy przesuwając bezszelestnie ponad runem leśnym. Jej oczka zmierzyły wszystkich w swoim zasięgu, nie znosząc sprzeciwu.
—Co taka spięta? — Sigma wstał z jęknięciem. Jego pysk wykrzywił się z wyrazie czystego niezadowolenia
—Przemierzamy ten zasrany las już trzy długie dni.— wadera zacmokała, jej pysk kierując się ku gęstemu dachu z liści i gałęzi, wysoko ponad nimi. — Zaczerpnęłam więc świeżego powietrza, wiecie… — uśmiechnęła się. — Bardzo się nie myliłam, idziemy dobrze. Dobra trajektoria. Ale mamy teraz dwie ścieżki przed sobą. —
—Coś mi się zdaje, że jedna z nich sprawi że utkniemy w tym lesie na jeszcze dłużej niż chcemy, a druga jest niezwykle niebezpiecznym przedsięwzięciem, które może nas zabić.. — Mediana przewróciła oczyma. — los zawsze uśmiecha się tak parszywie! —
—No tak. Los… można powiedzieć, że masz rację, ale nie do końca. Jedna z nich to droga przez góry. Góry, które zostały słodko nazwane Górami Śmierci przez … pewnego ptaka jakiego spotkałam na swojej drodze. — Całka odetchnęła na samo wspomnienie, jej umysł wracając na sekundę do domu, za którym i jej się tęskno już robiło. Ale cel mieli jeden, a potem wrócą! Do zimnego domu… — Druga to droga przez tą dzicz, ale.. po drodze zdaje mi się, że  miniemy się z samym cne turm jakiegoś osiedliska wilków lub innych … inteligentnych stworzeń. Nie wiem czego oczekiwać, ale nie oczekiwałabym oklasków na nasze przybycie. —
—Czyli do wyboru mamy… śmierć albo śmierć? — Mediana uśmiechnęła się krzywo.
—do wyboru mamy albo ciężką wędrówkę przez góry albo zgrabne prześliźnięcie się przez obóz jakiegoś tubylczego mieszkańca tego przybytku. — Całka przysiadła sobie mierząc rodzeństwo swoim zdeterminowanym wzrokiem.
—Je jestem za tym aby wbiec na pełnej sile w to obozowisko i równie szybko co się pojawimy zniknąć. — Sigma rozciągnął się. — Skorzystajmy z nocy. —
—To wydaje się być nierozsądne rozwiązanie. — Pi stanęła obok niego, jej łapa powoli masując drugą, jakąś taką osowiałą.
—Nie chcę iść przez góry… — Mediana sapnęła, jej kolana zawsze bolały od chodzenia pod górkę.
—To przemykamy się przez to dziwne obozowisko w takim razie. A teraz śniadanie i ruszamy! — zarządziła, a nikt nie zaoponował.

Po jakże sycącym śniadaniu złożonym z resztek zająca jakiego udało im się przydusić gdzieś w zaroślach tego nieprzebytego gąszczu, ruszyli dalej. Całka śmigała pomiędzy korzeniami, sprawiając że wysokie trawy kłaniały się pod jej łapami. Pewnym krokiem torowała ścieżkę dla swojego rodzeństwa, jej oczy dobrze widząc w ciemnościach, jakie rzucały korony drzew pochłaniające praktycznie każdy promień porannego słońca. Jej ciało, smukłe i zwinne, dawało radę jakoś przebić się przez ta mieszaninę irytujących roślin. Zaraz za nią szła Mediana, najniższa z nich i najcięższa, chociaż by się nie przyznała. Jej ciało przygniatało wszystko co Całeczka pozostawiła po sobie. Gdyby przewodniczka miała wybór to szłaby po korzeniach i gałęziach, ponad trawskiem, niestety jej rodzeństwo nie było w stanie tego zrobić. Dlatego szkliw cichutko. Pi, trzecia w rzędzie, równie chuda co Całka, równie wysoka ale jednak taka inna. Jej krok był cięższy, bez tej emocjonalnej wilczości w sobie. A na końcu, Sigma. Wojownik pierwszej klasy, zwarty i gotowy do ochronienia swoich sióstr, gdyby nadeszła taka potrzeba. Wszyscy jakby trochę zgubieni we własnych myślach.

Całka skupiona na brnięciu w przód, cel na celowniku i cichutkie pragnienie odpoczynku od tego mentalnego wysiłku jaki męczył ją od dzieciństwa.

Mediana, tęskniąca za domem i dokumentami kurzącymi się w jaskini wojskowej, a jednak ciekawa i teoretyzująca co czeka na nich w miejscu do którego tak dążą.

Pi, kompletnie oderwana od samej siebie, zagubiona w kacie racjonalności, nie rozumiejąca dlaczego wszystko w jej ciele zachowywało się w sposób w jaki się zachowywało.

I Sigma. Stęskniony za wojskową musztrą, kwitnący pod okiem Szkła jak mały lotus, a teraz stłumiony nieco przez głosy chwytające myśli w jego głowie. Cienie przeszłości czaiły się za każdym zakrętem naśladując ich kroki, jakby zwidy przeszłości ginęły razem z nimi.

Wioska, którą Całka wypatrzyła była doprawdy daleko, a jednocześnie niewiele ponad dzień drogi. Zatem kiedy pod nią dotarli, minął im dzień wyśmienitego marszu. Trawa przerzedziła się jak się zbliżyli, a obce zapachy ogarnęły ich zmysły, przez co rozproszyli się ze swojego wygodnego rządka. Całka ustąpiła miejsca Medianie, zgrabnie lądując na jednym z wielkich korzeni drzew, który sprawił, że górowała nad trawami. Sigma przemieścił się tak aby jego bok był niedaleko tego najniższej z nich,  a Pi wycofała się na tyły, pozostając kroki za nimi. To była ich najlepsza strategia, niezawodna. Wspinacz u koron drzew, słuchacz na plecach i dwa wilki na przedzie, torujące drogę w milczeniu, w ciszy. Jedyne co im towarzyszyło to skrobanie pazurów całki na drzewnej korze oraz szum trawy pod ich łapami.
Szli tak kawałek, starając się nie zostać złapanymi. To jeszcze były tereny jakiś winkowatych jak oni. Kto wie co mogliby im zrobić. Ich strategia na razie działała, opłacalna. Całka jednak nie była pewna jak długo będą w stanie zatuszować swoją obecność, nawet pod ciemną osłoną matki nocy.  Stworzenia, które tu żyły, musiały mieć dobry wzrok. I cóż. Całka była w błędzie, ale jeszcze nie była tego świadoma. Stworzenia, które żyły tak niedaleko od nich, leżały w swoich posłaniach, tylko jeden na straży ich ciał. I wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że Sigma i Mediana nie należą do najbardziej zwinnych stworzeń.

Przechodzili nad skarpę. To była ścieżka, pomiędzy murem z korzeni drzew i krzaków nie do przebicia dla nich, a skarpą, sunącą w dół, do niewielkiej dolinki w środku tego lasu, wyżłobiona przez wodę, lub mechaniczne starania tego, ktokolwiek spał tam w dole. Rodzeństwo doskonale widziało zarysy ciał futrzastych zwierząt, śpiących jedno obok drugiego, w swojej własnej definicji wygody. Małe światełko obok czegoś co przypominało główne wejście, padało na pysk jakiegoś młodego wilka lub czegoś podobnego. Całka zaczęła. Jej łapy prześliznęły się po cienkiej linii ziemi jakby całe życie chodziły po linach wiszących nad przepaściami.
—Ja powinnam pójść pierwsza. — Mediana szepnęła, niezadowolona z tempa jakie narzuciła siostra. Całka przystanęła, jej głowa odwróciła się nieco, tylko na tyle aby nie straciła swojego delikatnie wyważonego balansu.
—Poszłam, bo sprawdzam wam ziemię pod łapy. Co wpadnie pode mną, musicie przekroczyć. — Mediana opuściła uszy. Całka rzeczywiście zawsze chodziła pierwsza. I tak było. Samica czuła odpowiedzialność za swoje rodzeństwo, w końcu to ona wyciągnęła ich z ciepła ich domu, aby rzucić się z motyką na słońce i walczyć z wiatrakami. Musiała wiec zadbać aby nie umarli pod jej czujnym okiem, inaczej nigdy by sobie nie wybaczyła. Mediana poszła za nią. Całka przedzierała się przez drogę. Mediana szła za nią. Sigma dreptał po jej piętach i na końcu wiła się za nimi jak duch Pi. Pierwszą podpowiedzą dla czwórki wilków, że coś jest nie tak, było ciche kliknięcie. Pi wyprostowała się jak szpic, wilk w dole także. Ich głowy zwróciły się w kierunku małego rozwidnienia w lesistych terenach, małej polanki niedaleko, która zdawała się prowadzić dalej w las aby potem rozjaśniać się wraz z mniejszym zagęszczeniem drzew.
—Całka…  — samica warknęła może nieco za głośno. Jej siostra stanęła i obróciła głowę, jej ciało zastygło w pozycji aby zachować balans. Wbiła swoje przenikliwe spojrzenie, tam gdzie podpowiedziała jej siostra. Ledwo widoczne błyskanie księżyca obiło się od metalowej lufy trzymanej przez myśliwego, wycelowanej w nieokreślonym kierunku.
Drugą wskazówką był cichy szelest liści za nimi.. Gdzieś w oddali, ku drugiej stronie tego dziwnego wgłębienia pojawili się ludzie z siatkami. Trzech rosłych mężczyzn, których szczęki zaciskały się w oczekiwaniu.
—To nie na nas.. — odsapnęła wadera, pewna swojej decyzji. Nikt nie zwracał na nich uwagi, jakby nikt ich nie widział.
—Wiem… Ale… na nich. — Pi wskazała w dół, na tego winkowatego co teraz skonfundowany szukał i źródła ich rozmowy.
—Musimy im powiedzieć. — Mediana pokręciła głową, a Całka tylko mruknęła coś niewyraźnie pod nosem. Chciała iść dalej, chciała porzucić tych śpiących wilców we własnej niepamięci i pójść spać gdzieś w jakimś ustronnym krzaku jaki oferuje ten las. Ale oczywiście, jej rodzeństwo miało znacznie prostszy kręgosłup moralny niż ona, pomimo podobnych warunków wychowania. Samica odetchnęła.
—Jestem najlżejsza. Ja pójdę. — odpowiedziała. — Pi.. proszę cię, przejmij przód. Jakoś… — Całka spojrzała w dół skarpy. Jaj tylne łapy zaparły się porządnie o kawałek stabilnej ziemi, a przednie opuściła już na samą pochyłą.
—uważaj na siebie proszę. — Sigma sapnął nieco za głośno, kiedy jego siostra zza pleców przechodziła po jego plecach na przód, oczywiście z największą odpornością. — Wasza dwójka serio ma jakieś kocie geny…— szepnął.

Całka pozwoliła grawitacji działać, kiedy zsunęła się powoli w dołek. Jej łapki dopiero po chwili zaczęły przebierać, aby nabrać odrobinę panowania nad swoim zbliżającym się upadkiem oraz zniwelować hałas upadających kawałków ziemi jaką poruszała masa jej ciała. Samica wylądowała w dole z największą gracją na jaką było ją stać, mało przy tym nie potykając się o swoje łapy i kuleczki zbitej gleby. Stojąc bardziej stabilnie przycisnęła się do ziemi, świadoma, że wilk, który stróżował im wszystkim usłyszał jej starania nie połamania się przy tym całkiem sporym upadku.
—Kto idzie? — jego głos był stanowczy, krok pewny i szybki. Całka zrezygnowała więc z fasady skradania się.
—Duchy przyszłości, wiesz…— mruknęła pod nosem wstając. Jej ciało górowało ponad tym psem jaki stanął przed nią. Oho. Żaden wilk z tego psa, oczywiście. W końcu pies to nie wilk… W każdym razie. Całka spojrzała mu w oko, kiedy zjeżył się na jej widok. Już zdawało się że miał biec, wyć, szczekać, ale Całka raczyła wykonać pierwszy ruch. Pies zdawał się przeważać nad nią szybkością, ale z pewnością nie refleksem, gdyż bardzo szybciutko leżał pod nią, przygnieciony do ziemie prawie całym jej ciałem.
—Złaź ze mnie… ty.. ty …—
—Cicho siedź  i słuchaj, bo ja nie mam czasu. Nie byłoby mnie tu gdyby nie moje rodzeństwo. Teraz… — pochwyciła jego pysk w swoje plauszki i naprowadziła w kierunku łowcy, który ładował jeszcze jeden nabój w swoją strzelbę. — Nie wiem czy widzisz, ale słuchaj… — klik.
—Strzebla… —
—Czyli wiesz co to… Dobrze. —
—Będą strzelać… Musze ostrzec resztę. —
—Nie będą was zabijać. W górze czekają ludzie  z siatką. — Całka zlazła z nieszczęśnika, który otrzepał się z ciężkim parsknięciem.  —Co? —
—Nic wielkiego. Dzięki. — podziękował jej, po czym powrócił do swoich, budząc ich powoli. Całka za to rozejrzała się. Jej wzrok padł na jej rodzeństwo, skryte pod cieniami drzew, na skarpie, obserwujące ją ze zmartwieniem. Całka w myślach zmierzyła nachylenie tej skarpy. Nie ma szans że wróci drogą ,którą zeszła. Nie bez porządnego rozbiegu.
—Idźcie dalej… Ja dołączę. Prosto.. a potem w  prawo wzdłuż linii drzew. — poinstruowała ich.
—Jesteś pewna? — Sigma zmarszczył się, jego pysk wygięty z zmartwieniu.
—Tak. Idźcie! — ponagliła ich, samej zwracając się ku temu dziwnemu legowisku. Jej łapy szybko podążyły małą ścieżką. Dolinka nie była duża, wręcz paskudnie mała można by powiedzieć, ale musi mieć więcej niż jedno wyjście. Tylko, że wadera nie wiedziała gdzie, a najprościej było się zwyczajnie spytać. Przechodząc do tego zbiegowiska psów, przekroczyła nad szczeniakiem, albo jakimś małym psem. Naliczyła może z 7 osobników, w tym ten śpiący kawałek futra. Większość z tych psów wyglądała na gotową do walki. Ciężko byłoby jej wgrać z każdym z nich a na pewno ze wszystkimi na raz. Upatrzyła więc psa strażnika, czy cokolwiek robił w tym dziwnym zbitku istot.
—Ey… A .. jak stad wyjść? — zapytała go, powodując że przynajmniej trzy psy podskoczyły z zaskoczenia.
—Oh Harasu! Nie strasz! — ten bury, brazowy… ten pies odwrócił się zmieszany.
—Kim jesteś? — mniejszy od niej samiec zbliżył się, jego kły wysunięte na przód. Całka tylko odetchnęła.
—Osobą, która chce stąd wyjść. Więc… W która stronę do wyjścia? —
—i co? Myślisz że puścimy pionka Strzygi wolno? —
—Kogo? Przepraszam cię bardzo, ale ja nie mam czasu na bezwartościowe rozmowy o waszych paranojach. Którędy do wyjś— .Wszyscy unieśli głowy, nagły głośny dźwięk na chwilę odurzył ich zmysły.

—Miałeś rację Brązowy Pysku. —
—Miałem! Oczywiście że miałem. — Całka tylko mlasnęła pyskiem, jej ogon zawirował na powietrzu.
—Ładuje trzecią kulkę. Ma dwie w zapasie. — mruknęła jakby trochę do siebie. Kalkulowała jak bardzo martwa będzie jeśli rzuci się na skarpę i zostanie zauważona.
—Widzisz tak daleko?— jakaś samica zadała pytanie.
—Tak… Jak do wyjścia? —
—Tylko tam. Do ludzi…— szef szefów wskazał jej drogę. Wadera przeklęła pod nosem, nie miała szans z tymi ludźmi, zwłaszcza z bronią palną. Dlatego zostało jej modlić się o cud. Jej ciało sprężyło się kiedy zatoczyła koło. Jej łapy zaryły z ziemi, a plecy wygięły w łuk. Jej pysk wzniósł się ku niebu ,a oko wbiło w nieszczęsnego łowcę. Głośne wycie przerwało noce śpiewanie ptaków, jak jej głos wzbił się w powietrze z przeszywającą siłą. Człowiek zawahał się, jego oczy rozszerzając. Wiec Całka wykorzystała okazję. Jej ciało sprężyło się, łapy zabiły w ziemi, kiedy rozpoczęła swój bieg. Nabrała dobrego rozpędu i z warczeniem na ustach wspięła po skarpie zaraz niedaleko człowieka. Nie było szansy powrotu na cienką dróżkę bez ponownego upadku, a więc pozostało zamienienie defensywy w  jawny atak. Całka kłapnęła pyskiem, sprawiając, że człowiek cały roztrzęsiony zachwiał się w swoim kroku. I dobrze. Kiedy tek ten mężczyzna niezdarnie przekładał strzelbę, ona sama pozwoliła sobie odbić się swoim bokiem od jego ciała i ruszyć dalej swoją drogą. Nie obchodziło jej już co dalej się stanie z tymi psami. Najważniejsze było dogonić rodzeństwo. Jej łapu zgrabnie używały korzeni, a ciało przystosowało się do nowego tempa i nagłego spadku adrenaliny. Mimo wszystko Całka potrzebowała jej trochę aby wykonać skok na tyle wysoki żeby chociaż w połowie skarpy móc odbić się i wspiąć wyżej, bez ryzykowania, że jej kark złamie się przy nieudanej próbie. 

Poczuła tylko pieczenie na boku i zmarszczyła nos. Ten cały pomysł był głupi, mogła nie słuchać się rodzeństwa. Ale przynajmniej to była ona, nie oni. Pozwoliła sobie zwolnić kroku nieco dalej, dyskomfort zmusił ją do tego tylko po części. Tępy ból wżerał się powoli w jej umysł i ciało, ale mimo to nie zatrzymała się. Pilnowała aby jej krok był zakryty, trop najmniejszy, a rana musiała poczekać. Uważnie nawigowała resztki lasu, aby dotrzeć bezpiecznie do swojego rodzeństwa. I wkrótce ich zobaczyła. Z ulga pozwoliła sobie odetchnąć. Gdzieś w oddali rozległ się jeszcze jeden strzał, a potem parę krzyków. Czy to bojowniczych czy panicznych, kto wie. Tylko czas pokaże.
—Jesteś! —
—Oczywiście! — Całka machnęła ogonem z zawadiackim uśmiechem. Jej łapa, przednia łapa na barku piekła diabelsko, ale samica ignorowała ten ból.
—Czekaj… Co to.. — Ale niestety, przed opiekuńczym bratem niczego nie ukryjesz.
—Rana postrzałowa. Wiedziałam, że to głupi pomysł plątać się w to wszystko. — odrzekła na to, jakby nie wzruszona, pomimo że jej ciało wewnętrznie trzęsło się  powodu nagłej świadomości jak blisko rozerwania jej łapy był ten strzał. Rana jaką zyskała przerwała niewiele więcej jak odrobinę mięsa i tkanki z jej ramienia. Nie było nawet widać kości, a więc tym samym nie było powodu do większej paniki. Dla niej. Nie dla jej rodzeństwa, które od razu zaczęło się nad nią użalać. Kochała ich, ale czasami byli niepotrzebnie nadopiekuńczy. Nadopiekuńczy? Też być nad nimi skakała jakby ktoś ich postrzelił! I Całka musiała przyznać sobie rację, dlatego nawet nie zadrżała kiedy wilki zaczęły lizać jej ranę i okładać namoczonymi liśćmi. Prowizoryczny bandaż został nałożony, a ich podróż wznowiona.

Dzień przywitał ich zmęczeniem, mentalnym i fizycznym. Szkli cały dzień i całą noc. A zatem kiedy znaleźli kawałek wygodniejszego cienia, ułożyli się w nim. Daleko od siebie na horyzoncie majaczyło miasto, którego kamienne mury błyszczały się w słońcu. Jeszcze w drugą stronę, pokazywało się ogromne jezioro, usiane paroma domkami. A mimo to wilki mogły pozwolić sobie na chwilę relaksu, skryte z małym kępowisku krzaków i pod cieniem jednego samotnego drzewa. Wszystko inne było otwartą łąką. Jeszcze dalej, za miastem. Tam był las, do które dążyli, a za nim, góry. Góry, które Całce przypominały zapach siarki i głuchą ciszę. Tam czekały na nich odpowiedzi…

 

<Sigma? Pi? Mediana? Może nawet Całka? > To wcale nie tak że mam faworytów ok...


niedziela, 4 grudnia 2022

Od Sigmy CD Całki - "O Krok Bliżej - do szczytu" 3.1

Ciche śpiewy ptaków gdzieś pomiędzy gwiazdami. Szmery myszy pomiędzy źdźbłami mroku. Cienie drzew rzucane w mdłym blasku słońca. A Sigma stanął pośród nich. Jego głowa powoli uniosła się w górę, pysk ochlapała krew, lecz nie należąca do jego osoby. Kropelki lepiej cieczy powoli spłynęły w dół. Jego niebieskie oczy powoli opadły razem z głową. Niewyraźny zarys wilka spoczął pod jego łapami, a słodki zapach burzy wdarł się w nozdrza. Łapa  przesunęła po zagubionym w oczach pysku, którego wygląd pozostawał jedynie plamą bieli. Kark ofiary przekręcił się nienaturalnie, aby potem odpuścić swoją pracę. Głowa beznamiętnie potoczyła się w dół małego zbocza. Basior podążył za nią wzrokiem, zupełnie niewzruszony. Był zaskakująco spokojny. Serce nie kołatało się jak zazwyczaj na widok krwi. Jego własna powaga przerażała jego umysł, jednak zdawało się że nie miał panowania nad żadnym kawałkiem swojej świadomości. Odetchnął głęboko. W dole, gdzieś pośród różowych mgieł ryzował się budynek, a chmury ponad jego niewyraźnymi zarysami zdawały się być wyjątkowo jasne. Zdawać się mogło, że pośród nocy jaka raczyła panować ponad światem, i której szpony miarowo zbliżały się do Sigmy otaczając jego osobę, przebijały się promienie słońca. Kurz pośród światła wirował, widoczny nawet tak z daleka. Jednak głowa przepadła, ciemność zasłoniła widok. Sigma nagle zakrztusił się własnym językiem, parsknął, a ból w tyle głowy przeszedł przez cały jego kręgosłup.

Granatowy basior poderwał głowę, siadając niemalże od razu.
—W końcu. — Całka westchnęła kładąc łapę w trawie. Rosa osiadła na niej powodując że sierść przemakała coraz mocniej.
—O co ci chodzi? — wilk, po jakże brutalnej pobudce, pocierał swoją potylicę intensywnie.
—Nie mogliśmy cię dobudzić, panie śpiochu. — Mediana parsknęła śmiechem. Jej kły zaraz potem wbiły się w mięso jakie rodzeństwo zdołało pochwycić poprzedniej nocy.
—Co? Ale… —
—Cichaj. Żryj dopóki masz co. — najwyższa z rodzeństwa przekroczyła kość jaka została po jej posiłku. Z jej pyska ściekały resztki krwi, przez co Sigmie przypomniał się jego jakże znamienity sen. Przełknął ślinę i wstał. Jego łapa przysunęła do siebie jakąś resztkę wczorajszej kolacji.
—Jakie plany mamy na dalszą drogę? — w końcu spytał. Czarnołapa podniosła głowę i odwróciła ją w kierunku tylko sobie znanym. Zamyślenie wdarło się w te dwukolorowe oczy.
—Jeśli dobrze mi się wydaje powinniśmy ruszyć w kierunku tamtych szczytów. — jej łapa wskazała na oddalone, zamglone, dwa samotne czubki gór. Rodzeństwo podążyło za jej wskazówką i rozejrzało się w poszukiwaniu swojego celu.
—Sądzisz, że tam coś znajdziemy? — Mediana zapytała nieśmiało. Jako jedyna chyba chciała wracać do domu, do ojca, do słodkiej watahy, jednak jednocześnie tliła się w niej ciekawość. Ciekawość co tak naprawdę kryje się w ich krwi. Kim są? Skąd pochodzą? Jaki jest właściwie cel ich istnienia? Na to ostatnie pewnie niewiele odpowiedzi znajdzie przez całe swoje życie, jednak nawet krok w stronę wskazówek mógłby ją zadowolić. Kto wie. Może już znała zaklęcie jakiego potrzebowała, tylko jej umysł milczał kiedy próbowała przypomnieć sobie czego dokładnie pragnie jej niespokojne serce.
—Nie. To jeszcze nie tu. Jeszcze… tylko kawałek.— zapewniła ich. Uśmiech zawitał na jej pysk kiedy tak spoglądała w tą nieznaną dal. Sigma zastrzygł uchem i sam wyszczerzył się jak głupi. Przez chwilę zdało mu się że mógłby pójść za nią na drugi koniec świata, a potem uderzyło w niego, że de facto właśnie to robił. Zaśmiał się sam do siebie przez co siostry spojrzały się w jego stronę.
—Ruszajmy więc, jeśli chcemy zdążyć. — wstał na równe łapy. Jakaś myśl w jego głowie poruszała niespokojnie nici serca, jednak postanowił zignorować to uczucie. W końcu kiedy są razem, nic nie jest w stanie ich zatrzymać!

—No i nas zatrzymało. — Całka zmarszczyła nos. Rzeka rwała brzeg swoim nurtem tuż przed ich oczyma.
—Za szeroka żeby przejść. — Pi odetchnęła.
—Za szeroka? — Mediana zerknęła z lekkim niedowierzaniem na ten worek bez emocji. — ZA SZEROKA? Widzisz ten nurt? Głębokość? — wskazała z pretensją obiema łapami na prezentującą się przed nimi przeszkodę.
— Pod dobrym kątem nawet najgłębszą rzekę da się przepłynąć. — wyższa odbiła piłeczkę. Chwilę mierzyły się wzrokiem, dopóki Całka nie chrząknęła.
—Wy się kłócicie, a my musimy tam jakoś dojść. —
—Proponuję zwalić drzewo! — Sigma wskazał na las rosnący zaraz przy brzegu.
—Prościej iść w górę jej nurtu, tam będzie cieńsza! — Pi wygłosiła swoje zdanie z nadwilczym spokojem.
— Ja za to proponuję zawrócić i spytać o drogę! Na pewno ktoś nas pokieruje. — i w taki oto sposób rozpętała się kłótnia. Każdy miał swoje zdanie, każdy inne. Całka za to jedynie spoglądała na swoje rodzeństwo z niedowierzaniem. Kochała ich, naprawdę. Całym sercem, jednak czasami zastanawiała się czy to ona serio była z nich „najspokojniejsza”. Chociaż nie miała odwagi tego o sobie wspomnieć. W końcu to jej impuls pociągnął ich tak daleko w świat.
—Myślę, że pójście w górę rzeki jest dobrym rozwiązaniem. — w końcu odetchnęła. Wilki kłócące się przed nią przymknęły się na ułamek sekundy.
—Co? Ale czemu?! — jej brat nadął poliki.
—Jak to czemu? Cofając się niczego nie osiągniemy, zrzucenie dorodnego dębu zajmie nam wieki, a rzeka zawsze ma gdzieś swoje źródło. Może to nie jest… idealne rozwiązanie, ale nie jest … tak… niepewne jak reszta.— Całka skrzywiła się nie bardzo umiejąc ubrać swoje myśli w słowa.
—Ja uważa, że to tak samo niepewne rozwiązanie jak pytanie się o drogę. W końcu w górę rzeki możemy iść dniami i nie dojść do jej źródła! Może nigdy się nie zwężyć. — Mediana tupnęła noga niczym małe szczenię. Krew w jej żyłach zawrzała.
—Czemu to ja musze tu myśleć. — dwukolorowe oczka zadarły się do nieba. Mrugnęły dwa razy i przymknęły znowu.  — Rozdzielmy się. — zaproponowała w końcu.
—i co? Każdy zrobi swoje?! —
—Nie. UGH… nie wiem, ok! Nie zawsze mam gotową odpowiedź, tylko że ja w przeciwieństwie do was przynajmniej staram się znaleźć jakieś rozwiązanie zamiast się kłócić! — prychnęła. Jej ogon zabił o ziemię. Mediana zmrużyła oczy.
—Ah tak.. — i zaczęło się n nowo. Tylko tym razem to Sigma i Pi obserwowali jak dwie wadery wydzierają się na siebie.
— Ironicznie, czyż nie? — spokojniejsza zerknęła na brata.
—Ale czy to nie urok naszej rodzinki. — jasny uśmiech brata zaszczycił oczy samicy. Ta odetchnęła jedynie. I wtedy ich uszy zastrzygły, zapadła cisza. Wszystkie wilki zwróciły głowę w jednym kierunku nasłuchując. W oddali ludzkie głosy skandowały nieznane im słowa, a ich rozmowie towarzyszył rytmiczny stukot.
—Ludzie. — Całka sapnęła poruszając się w kierunku dźwięku.
—Czy ty oszalałaś? — Mediana pisnęła w jej kierunku. Jej małe ciało stanęło przed siostrą. —Co jeśli mają strzelby?! — jej pysk wykrzywił się w przerażeniu.
—Przecież nie będę pchała się im pod nogi! — Całka syknęła. — Ale jeśli idą w tym kierunku, mogą znać drogę. — wyminęła siostrę i zniknęła w lesie. Drzewa mogły ją przykryć. Tuż za nią pomknęła najniższa.
—To co? Idziemy? — Sigma uśmiechnął się. Pi zmierzyła go swoimi słodkimi oczkami.
—Ty lepiej żebyś tu został. Za bardzo rzucasz się w oczy ze swoim niebieskim ubarwieniem. Zwłaszcza w środku dnia. — mruknęła i porzuciła go pośród krzewów przy akompaniamencie szumu rzeki. Basior westchnął urażony, ale usiadł na ziemi czekając. Mimo że z niechęcią, musiał przyznać siostrze rację. Jego umaszczenie mogło ich trochę zdradzić, jeśli jego zadbana sierść odbiłaby się w słońcu.
Całka przemknęła ponad wystającymi korzeniami. Jej długie łapy i zwinne ciało pozwalało na zgrabne poruszanie się między przedstawionymi przez naturę przeszkodami. Pi nie pozostawała bardzo daleko w tyle. Jednak Mediana miała trochę problemów. Potykała się znacznie częściej próbując nadążyć za tą zgrabną dwójką. Jej tusza nie ułatwiała też tak szybkiego biegu. Przynajmniej kondycję miała przyzwoitą.
—Ku… — Całka mało nie wypuściła z siebie głośnego przekleństwa, kiedy najmniejsza wpadła w jej plecy. Czarna łapa na szczęście zaryła w ziemi odpowiednio szybko, aby jej właścicielka nie wypadła na brukowaną uliczkę. — Uważaj. — syknięcie sprawiło, że Mediana skuliła się nieco. Ułożyła się obok sióstr i obserwowała. Po wbitym w ziemię kamieniu spokojnie przeszły konie. Ich kopyta wybijały rytm prowadzony przez ludzi zsiadających w siodłach. Trzy wilczyce uchyliły się do ziemi, aby pozostać niezauważone. Ich wzrok obserwował przemieszczający się pochód z dokładnością morderców. Całka widziała dokładnie jak każdy mięsień w ciele tych majestatycznych bestii na kopytach, poruszały się przy kolejnych krokach.
Podniosły się dopiero kiedy były pewne że ludzie przemieścili się kawałek dalej. Zniknęli z pola ich widzenia.
—Pi, idź po Sigmę skoro kazałaś mu tam zostać. — Całka machnęła na nią łapą, wiec ta posłusznie poszła wykonać polecenie. Nie śmiała się mu przeciwstawiać, w końcu było niczym innym jak prawdą. Zapłatą za własną decyzję. Na szczęście nie była to droga bardzo odległa. Brata zostawili kawałek w górę rzeki, a więc szybko dołączyli do reszty rodzeństwa.
—I co? — basior zapytał prostując się. Łapa Całki przycisnęła go do ziemi delikatnie, dając wyraźny znak że ma się położyć. Tak tez zrobił, podobnie jak Pi.
—Idziemy w kierunku rzeki, ale wzdłuż tej drogi. — mruknęła.
—Skąd pewność, że prowadzi tam gdzie chcemy? — brat tych tropicielek zmarszczył czoło.
—Patrząc na to  w jaki sposób oddalają się ludzkie głosy , już są po drugiej stronie rzeki. Więc most lub kładka musi być zaraz za zakrętem. — tym razem to Mediana się wypowiedziała. Jej łapy podniosły ciężar ciała. Na ugiętych kończynach ruszyła pomiędzy krzakami. Całka poszła za nią, a więc i cała reszta poczyniła to samo. I tak jak przypuszczali. Kamienny most przecinał powietrze, a woda uderzała o jego wzmocnienie wrzucone w jej nurt.
—To co? Idziemy? —
—Tak. Ale biegiem. — Całka warknęła. Miała przeczucie wiszące nad karkiem, że mogą je nieco nadwyrężyć, jeśli za długo pozostaną na widoku.
—No oczywiście, że tak. Ludzie są pachnący, ale i przebiegli. — Sigma odetchnął. Jego mięśnie zacisnęły się przed skokiem. Łapy zaryły w ziemi, a pazury uderzyły o kamienną kostkę. Jego potężnie zbudowana osoba wypadła na drogę i trzema wielkimi susami pokonała most znikając w zieleni po drugiej stronie.
—Pojedynczo, czy… — Mediana zerknęła na siostry.
—Pędź. — Pi poleciła jej. Mniejsza z nich podniosła się i przebierając krótkimi łapkami rzuciła się do biegu. Pi zaraz za nią. Tylko Całka zawahała się. Jej ciało zastygło nagle wsłuchane w świat dookoła. Jej oczy skupiły się na ciemności wokoło, którą oczywiście przeszywały z łatwością. Nie widziała i nie czuła ludzi, ani wilków. Nawet psów nie. Jednak coś się nie zgadzało. Niepewna swojego, zdecydowała się dołączyć do rodzeństwa. Jej łapy zgrabnie uderzyły o bruk. Jedne sus. Drugi, a powietrze rozbił strzał. Ten pochwycił ją w swoje objęcia razem z ogłuszającym hukiem. Kark zabolał ją i zapiekł, a więc zatrzymała się na ułamek sekundy. Jej oko spotkało się z nietypowym widokiem. Człowiek celował w nią strzelbą, jednak jego zapach nie był do wywęszenia. Zamknęła oczy i skoczyła. Dwa następne strzały nie były celne, ze względu na skoczność wadery. Jeszcze zanim całkowicie schowała się między krzaki odwróciła się. Jej dwukolorowe oczy spotkały się z tymi brązowymi myśliwego. Ten opuścił broń w dół przypatrując się samicy, a ta jedynie wywaliła język w jego stronę i z wyciem wpadła między rodzeństwo. Tak rozpoczął się ich bieg w kierunku szczytów w oddali.

—Czy ten wilk… — ręka Saracieva oparła się na ramieniu jego przyjaciela. Broń błyszcząca między palcami opadła całkowicie w dół.
—Wystawił mi język? — brodaty myśliwy przystanął w rozkroku. Z tej pozycji widział jak cztery przedziwne zwierzęta przemykają przez most. Z racji, że były niebezpiecznie blisko wioski postanowił je ustrzelić, jednak nie udało mu się to za bardzo. Teraz także czuł się dziwnie ze świadomością, że wilk, do którego strzelał nabijał się z jego umiejętności. Skrzywił się. Z jego nosa pociekła odrobina krwi, którą przetarł rękawem. —Nie sądzę. To tylko głupi wilk. — machnął wolną ręką.
—Skoro tak uważasz, Bor, niech ci będzie. Ja swoje widziałem. — zaśmiał się rudy. Brązowooki sam uśmiechnął się. Myśl o wilku z umysłem człowieka była absurdalna i przerażająca jednocześnie.
—Trzeba ostrzec wieś, żeby nie puszczali trzody bez psów. — mruknął.
I tak też uczynił. Wieści o wilkach rozeszły się szybko pomiędzy sąsiadami i dotarły i do drugiej, niedalekiej wsi. Więc kiedy Bor kładł się do łóżka wiedział, że chociaż tyle zrobił. Zadowolony ułożył sie w pościeli i pomyślał, że następnego dnia wsiądzie na Ronie, swoją ukochaną klacz, i uda się tropem tych bestii.

Szkoda tylko, że rano zastano go w częściach w swoim pokoju. Głowa leżała pod drzwiami witając wchodzących. Ręce, a raczej to co z nich zostało znaleziono w dwóch różnych końcach małego pomieszczenia. Ściany ślicznie przyozdobiła krew, a wnętrzności stanowiły do niej cudny dodatek. Co najciekawsze, nigdzie nie szło znaleźć jego serca.

A przyczyny nagłego wybuchu tym bardziej.

< Całka? Mediana? Pi?>

 

 


środa, 3 sierpnia 2022

Od Sigmy CD Całki - "O Krok Bliżej - do granicy" cz.2.4



There's a light at the end of the darkness
The last step is always the hardest

Najtrudniej było jej rozstać się z myślą o domu. Mediana nieco wahała się, ciągle szła z tyłu, niezbyt przekonana do pomysłu rodzeństwa. Jednak z każdym krokiem byli coraz dalej, a Całka i Sigma wręcz rozkwitali w oczach. Niczym wiśnia latem, rozplątywali się z ciasnych kokonów liści i rozkładali różowe płatki. Dawno, ale to dawno, Mediana nie widziała tak szerokich uśmiechów na ich pyskach. I może to sprawiało, że była spokojniejsza. W końcu, Sigma tak martwił sie o nią, o ich kłótnię. A teraz. Po tej nie było nawet śladu, a i Całka słuchała opowieści Sigmy o jego treningach bez większego narzekania o temacie rozmowy. Najmniejsza z nich, na końcu, najpulchniejsza i niby najrozważniejsza z tej paczki wariatów, ale sama trochę cieszyła się z takiego obrotu spraw. Ciężko się było przyznać do tego, nawet przed samym sobą, ale ... czuła się lżej. Wolna. Uczucie wiatru pędzącego przez futro, świeże powietrze, brak zmartwień o swoje życie i dobrobyt. Może tego jej było potrzeba. Urodzona w wojnie, wychowana w boju, winne jej tylko trochę spokoju. Uśmiechnęła się. Obejrzała. Stepy zniknęły za górami. Kocha być wolna? Pewnie tak. Ale to nie znaczy, że nie będzie tęsknić. W końcu WSC to jej słodka ostoja i dom. Tam się wychowała, nawet jeśli większość z jej wspomnień to strach, nadal chowała w tamtym miejscu swoje serce. Jeśli kiedyś wróci... nawet bez tych wariatów, to na pewno tam.
Podbiegła do nich. Zrównała tempo z Pi, szczerząc się jak głupia. Aby zaraz potem, jak szczenię zaczepić Całkę za ogon.
—O ty. — i zaczęła się pogoń. Niestety raczej żadne z nich nie miało szans uciec przed tą długonogą kreaturą. Przewróciły się ze śmiechem na trawę.

But we fight it and we push against
A world that's caving in
It's not power that makes you the strongest

—Oh... Odpoczynek. — Sigma padł na jeden z ciepłych kamieni. Słońce zachodziło powoli, ale jego promienie miziały jeszcze ich futra.
—Tak... — Całka położyła się bezczelnie na nim, ale nikomu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Obojgu zrobiło sie dobrze na sercu. Nawyk z dzieciństwa był takim miłym teraz nawykiem. Oboje odetchnęli.
—Ciepło. — Mediana ułożyła się obok nich. Noce robiły się dłuższe, chłodniejsze, ale za to pełniejsze gwiazd.
—Już niedługo. Jeszcze chwila, a złapie nas jesień. — Pi umościła się po drugiej stronie brata, niż Mediana. Obie z dziwnego odruchu zajrzały na niebo, pokryte teraz fioletami zachodu.
—Jesień. Kto by pomyślał. — odetchnęła czarnołapa. Jej oczy posunęły po czerwieniących drzewach. Może to słońce, może pora roku, ale mimo wszystko, nie szli za szybko. Odpoczywali po parę dni. Zwiedzali, więc od watahy pewnie nie byli bardzo daleko. Zbyt zbaczali ze ścieżki i potem się na nią cofali. A mimo to, czas nieubłaganie gonił ich, chwytając za ogony i ciągnąc z upomnieniem. Pospieszcie się.

Run wild, run free
The sky's beneath the feet
Run wild, run free
Won't hide what we were meant to be

Jej łapy zachrzęściły na liściach, kiedy przeszła po nich.  Oddech wzleciał wraz z chmurką pary i odszedł z wiatrem. Niczym wiosna, niósł słodkie wieści w niepamięć. Tymczasem jesień na dobre osadziła się pośród lasów. Co prawda klimat nieco uległ zmianie. Wszystko ociepliło się. Rozjaśniało. Dawno bowiem zmienili drogę. Długo szli w kierunku wschodu, dopóki Całkowe przeczucie nie zdjęło ich z trasy i nie zawróciło wielkim kołem. Witał ich zachód. Od dobrych paru miesięcy, przemierzali lasy i góry, na przemian biegnąc i wspinają się. Na szczęście nie przekraczali znowu granic. Byli za daleko aby te w ogóle sięgały ich wzroku. A teraz ponownie ich „dom” był za plecami. A dlaczego ta trasa?
—Przypomnij mi dlaczego idziemy na zachód? — Mediana sapnęła. Jej szczęka zacisnęła się i rozluźniła w geście próby rozbudzenia zaspanego ciała.
—Przeczucie? Znaczy... Wiem. Po prostu wiem, że tędy droga. —
—Więc dlaczego nie poszliśmy od razu na zachód? — zajęczała najniższa.
—Bo szłam drogą, którą pamiętam jak zza mgły, ale pamiętam. I tak nas prowadziła. W pizdu na około. —
—A dlaczego w ogóle się tego słuchamy? —
—A masz lepszy pomysł? —
—Nie. —
—No to nie narzekaj tyle. Fajnie się zwiedzało! —
—No fajnie. —

There's a dream that waits like a tiger (oh)
An ember that grows to a fire (oh)
And we climbing to the greatest heights

Chłód nie należał do najprzyjemniejszych, ale przypominał im najmłodsze lata.  Całka z energią szczeniaka tarzała brata w śniegu przy każdej możliwej okazji.
—Jak to możliwe!? Jestem silniejszy! — zawył po raz kolejny, na co jego siostra zaśmiała się głośno. Jej uroczy pisk był na tyle głośny, że mógłby spuścić lawinę. Na szczęście byli już poza górami. Kolejnymi. Mediana westchnęła. Była zmęczona podróżą, ale zadowolona. Ich rodzina spajała się na nowo. Może Pi trochę odstawała, ale jej pomocna łapa i kalkulacja pomagały zorientować się gdzie dokładnie się jest.
— To taktyka jest kluczem bratku. — pstryknęła go w nos szczerząc się jak głupi do sera. Potem wstała. W oddali niebo pochylało się nad nimi. Zimne promienie słońca nie dawały za wiele komfortu, a jednak nie przeszkadzało im to. W oddali wielkie miasta błyszczały swoimi światłami, które odbiwszy się od śniegu uciekały w górę. Wilki odetchnęły głęboko. Wolność miała dziwny smak. Dla Pi był to miód, gdyż nie było tego od tak w ich watasze, a raczej nie było na to czasu. A miód, ten dziki i niesforny, był niezwykle słodki i ceniła sobie jego wartość. Dla Sigmy smakowała radością i rodziną. Jakkolwiek to smakuje, cieszył się że ich więzy odnowiły się. Dwa razy trwalsze niż wcześniej. Dla Mediany był to posmaczek tęsknoty i zadowolenia. A Całka? Całka smakowała całą paletę barw i dumy. Dumy z tego, że jest tutaj, nie tam. I może być tym kim jej dusza zapragnie!

The world can't stop us now
They try to bring us down but we just burn brighter

Wiosna nadeszła. Roztopiła śniegi i zmoczyła pola deszczami. Co prawda była młoda, jak ta czwórka rozrabiaków, która kroczyła między drzewami, ale już dało się ją czuć. Na skórze zostawiała gęsią skórkę wiatrem. W uszach szum. W nosie kichnięcia, a nocami zaskakiwała swoimi mrozami. Dowcipnisia, ale zwiastun ciepłego lata i odejścia mrozów w niepamięć. Całka odetchnęła. Jej wzrok poniósł się na oddalony o kawał drogi zbiornik. Czy to było morze? Prawdopodobnie, bowiem z tej odległości nie widziała końca. Nie widziała horyzontu. Jednak nie przeszkadzało jej to w żadnym wypadku. Czuła, że zbliża się do końca. Do miejsca w którym znajdzie odpowiedzi, dlaczego pamięta tak wiele. Znajdzie twarze, których jej głowa tak usilnie poszukuje.
—To już niedaleko! Niedaleko. — odwróciła się do swojego rodzeństwa, stając na kamieniu.
—Gdzie tak właściwie idziemy? — Sigma stanął poniżej zadzierając delikatnie głowę. Zmierzyli się życzliwymi spojrzeniami i obdarzyli uśmiechem.
—Nie wiem do końca. Ale być może ... być może znajdziemy tu naszą matkę. — zacmokała. Mediana pisnęła za nimi zaskoczona, a Sigma jedynie wbił wzrok w horyzont.
—Więc to dlatego tak tu parłaś. —
—A ty nie jesteś ciekawy? —
—Jestem. Chcę wiedzieć. — pokiwał głową.  — Mam nadzieję że ma się dobrze. —
—Mam nadzieję że żyje. — Pi wtrąciła swoje 3 grosze, jak zawsze na realistycznej nucie z dozą pesymizmu.
—Czemu miałaby nie? — Mediana prychnęła.
—Pomyśl. De facto z jakiegoś powodu wychował nas Delta, nie matka. —
Milczenie. Zapadło. Nieco za ciężkie.
—Przeżyliśmy już nie jedną śmierć bliskich. Jedna więcej nas nie złamie. — w końcu to Sigma się wyszczerzył.

Run wild, run free
The sky's beneath the feet
Run wild, run free
Won't hide what we were meant to be

Noc zapadła. A oni schodzili coraz niżej. Rozpędzali się i wpadali w polany. Zwłaszcza Sigma i Całka. Nierozłączne rodzeństwo. Cichy zmierzch, gwiazdy na niebie, milczący wiatr i ciepłe powietrze w płucach. Nic więcej im nie było potrzeba do szczęścia. A jednak.

Wpadli na polanę. Kolejną. Z rozmachem. Trawa pod nimi poruszyła się i zalśniła jasno. Małe punkty, owady, rozpierzchły się spod ich stóp. Zaskoczone wilki zatrzymały się na sekundę, aby zaraz potem z wesołością, z uśmiechami wpaść w wysokie źdźbła, świeżo puszczone ze szponów mrozu i podbić wzwyż małe światełka. Niespokojne, uciekające. Takie nietypowe wiosną, a jednak obecne tutaj. Ciepło klimatu, lekka zima, zapewne nie były zaskoczeniem dla tubylców, jak i tych stworzonek.
A jednak nie dla nich. Widok zachwycał ich. Całka podskoczyła kłapiąc pyskiem. Próbują pochwycić jednego z owadów. Sigma pogonił pod nią. Poruszył ich domy, zmiażdżył spokój swoim wyciem. A Mediana i Pi stanęły z boku po cichu podziwiając ten obrazek, dopóki i najmniejsza nie dołączyła do zabawy. No czemu miałaby sobie odmówić?

Run wild, run free
The sky's beneath the feet
Run wild, run free
Won't hide what we were meant to be

 

Oto nowy rozdział. Oto nowe życie. Co z tego wyjdzie, sami zobaczycie.

 

<Sigma? Całka? Pi?>

  

wtorek, 19 lipca 2022

Od Całki CD Mediany "O Krok Bliżej - do granicy" 2.3

 Droga była szeroka. Noc zapadła, burza przeszła. Deszcz ustał. Niczym oni wschodzili ponad górami, słońce wkroczyło powolnym krokiem na niebo. Całka zadarła głowę w górę pozwalając aby jeszcze delikatne, bo poranne, promienie ogarnęły jej pysk. A mimo to jej łapy nie przestawały się poruszać. Noc odeszła jak wiatr odchodzi i zmienia się. Niczym rzeka, której nurt zawsze sprawia że jest różna. Niczym chmury zmieniające swoje kształty na niebie, nigdy niepodobne jedna do drugiej. Monotonnie przesuwała się pomiędzy drzewami. Droga udeptana przez ludzkie i wilcze stopy dawno zniknęła z ich oczy. Krok w krok niczym nomadzi szli w nieznane, gotowi zmierzyć się z tym co na nich czeka. A czeka na nich wiele. Za wiele można by rzec.

Jednak teraz droga była otwarta przed nimi niczym ramiona kochającej matki. Całka dążyła na przedzie. Za jej ogonem, prawie u jej boku szedł jej brak, Sigma. Jego oczy rozglądały się uważnie, wyraźnie zmęczone, wyczerpane dwudziesto cztero godzinną wędrówką.  Jednak widocznie w jego głowie zakodowało się, że nie bez powodu podążył za siostrami wbrew sobie. Potrzebowały ochrony, może nie jego. Może to on jej potrzebował. Tak czy siak. Uważał na otoczenie. Chociaż było piękne, nie mogło być bezpiecznie.
—czas się zatrzymać— ich głos rozsądku odezwał się za plecami. Oboje zatrzymali się. Sigma nieco ospały wszedł w siostrę. Cofnął się więc o dwa kroki i otrzepał. Loczek na jego głowie zawirował niczym poruszony wichrem, który zrywa dachy z domów. Całka sama zachwiała się na nogach wyraźnie zmęczona. Odetchnęła ciężko.
—To dobry pomysł. — co prawda chciała iść dalej. Jak najdalej od miejsca swojej nikczemnej udręki, a ciągnęło ją w kierunku unoszącego się słońca. Coś w jej sercu cichutko śpiewało o jaśniejącej ziemi na wschodzie. Jednak o czym mowa była w słodkiej muzyce? Nikt nie wie. Nawet ona sama. Odetchnęła ponownie rzucając tylko ostatnie spojrzenie. — Nie jesteście głodni? — spytała kładąc się pod jednym z drze. Jej mięśnie odetchnęły z ulgą. Pi otrzepała się, podrapała i usiadła obok.
—Jestem. — pokiwała głową.
—Nie dziwię się. Ledwo zeszliśmy ze stepów. Cholerstwo ciągnie się w nieskończoność. — Sigma stęknął. Całka długo nie leżała. Zmusiła się do wstania. Teraz czuła jak jej żołądek zaczyna przylegać do jej pleców. Dawki w WSC, te jakże wojskowe i  żałosne przekąski były stanowczo za małe aby utrzymać ją tyle na nogach bez odruchu głodu. Zamlaskała.
—Musimy zapolować, prawda? — jej uszy opadły nieco. Nikt ich nigdy tego nie nauczył. Urodzili się w wojnie i wychowali w wojnie.
—A umiesz? — Sigma zerknął na nią.
—Władza nie nauczyła. — westchnęła zerkając na jego pysk. Skrzywił się, gdyż wiedział, że miała rację. Bo kto miałby ich nauczyć? Ślepy Anubis czy ich... ojciec?
—Ojciec... — westchnął najstarszy zerkając za siebie. Miał wyrzuty sumienia. De facto pozostawili go tam bez wiedzy, gdzie się podziali. Czy tak postępują dzieci?
—Zrozumie. — Pi podążyła za jego spojrzeniem.
—Jedzenie! — Całka zastękała. — To będzie podobne do walki z wrogiem nie? Znaleźć, podejść od tyłu i rzucić się do szyi, huh? —
—Prawdopodobnie. — Sigma także się podniósł się z ziemi. — No to co? Wspólnie, czy się rozdzielamy? —
—Może pójdź z Pi. Jesteś większy, pomożesz jej. — Całka mruknęła.
—Nie doceniasz naszej siostry Całka! — samiec nastroszył się.
—Nie. Ona ma trochę racji. Nie umiemy polować, a ja nie uczestniczyłam w żadnej walce jedynie otrzymując racje żywnościowe. Wasza dwójka ma znacznie większe doświadczenie w walce. — pokiwała głową Pi stając przy bracie. — Mogę być racjonalniejsza, ale z pewnością nie bardziej doświadczona! —
—Rozumiem. — Sigma nieco sie speszył, mając ochotę schować za kimś. Całka uśmiechnęła się pod nosem, chociaż niewiele z jej uśmiechu pokazało się na pysku. Zyt dawno gościł tam jakikolwiek wyraz inny od zdegustowania i niezadowolenia.
— Do zobaczenia. Znajdę wam. Rozpalcie ogień na jakieś fajnej polance! — i zniknęła między drzewami.

Szybko węszyła. Szukała zapachów Nie znała za wiele. Bądźmy szczerzy. Do tej pory szukała znaków wilków. Innych stworzeń, rzadko. Ale wszystko co nie jest wilkiem, pachnie inaczej, czyż nie? Skoczyła. Raz, dwa. Płynnie przechodziła pomiędzy krzakami. Cichutko. Jakby planowała zamach na króla swojego królestwa. Ironiczne czyż nie? Może odrobinę.
Ale złapała to. Nieznany i stanowczo nie wilczy zapach. Skradała się. Uniosła uszy. Przyjrzała się. Jeleń. I to dość spory. I to potężny. I to kurwa cię jego mać był nie jeleń, a łoś. Ewidentnie łoś. Co robił tutaj? Pewnie jadł trawę. Całka zawahała się. Sama nie zdejmie tego stworzenia. Nie ma szans. Wycofała się. Poszukać czegoś innego.

Znalazła sarnę. Nie za wielką, ale na dwa wilki starczy na jakiś czas. Westchnęła i rzuciła się w jej kierunku. Niedoświadczony łowca z niewielką szansą sukcesu. Jednak nawet jeśli wyjawiła się za szybko. Była szybsza, zwinniejsza i z pewnością miała silniejszą szczeknę niż ten roślinożerca. Wpiła się w skórę na karku. Usłyszała jedynie pękające pod jej zębami kości. Upadła na ok, sarna razem z nią. Stęknęła. Jej własne mięśnie zabolały, zwłaszcza w prawej łapie na która upadła. Prawdopodobnie sobie coś naciągnęła. Cóż. Bywa. Zwierzę na które się rzuciła padło martwe. Jednak na wszelkie wielkie postanowiła podjąć się tej jakże ciężkiej pracy i pozbyć się całkowicie głowy zwierzaka. Natargała się, ale mięśnie puszczały pod jej szczęką, a nadwyrężone atakiem kości nie opierały się za mocno. Porzuciła ją na boku i załadowała ciężkie ciało na plecy wcześniej biorąc sycącego na sekundy gryza.

Nie szukała rodzeństwa długo. Dym bowiem wzniósł się ponad drzewa dając jej wyraźny znak Odetchnęła kiedy na miejscu zastała rzeczywiście swoją siostrę. Rzuciła sarną o trawę i zerknęła na drugą. Ta nachyliła się. Powąchała. I sama wgryzła się na szybko. Głód nie mógł czasem czekać na przygotowanie jedzenia na ogniu, na wzór ludzkiego nawyku. W końcu wypadałoby pozbyć się futra. Nie było na to miejsca. Na ten moment.
—Gdzie Sigma? — spytała Całka przecinając pazurami powłokę przykrywającą mięso. Zdejmując ją powolutku Pi zerknęła w kierunku przeciwnym, z którego przybyła siostra.
—Jeszcze nie. Kazał mi rozpalić ogień na tej polanie, a sam poszedł polować. — odparła. Po chwili i mięso było czyste. Rzuciły je bardzo blisko ognia w kawałkach. Trochę do samego ognia. Osmoli się, spali na wiór, ale będzie to nawet trwała, nieco węglowa, ale trwała przekąska na drogę zapychająca na chwilę żołądek.

Czekały na niego dłuższą chwilę. Aż zjawił się. Mokry, w błocie, brudny i niezadowolony.  Z nędznym , chudym zającem w pysku. Całce chciało się z niego śmieć, ale skrzywiła się w złudnym współczuciu.
—Jakim cudem? — spytał rzucając trupem o ziemię. Widział bowiem sarnią skórę, mięso grzejące się obok ognia. A on. On przytargał tylko nędzny kawałek kości.
—Znalazłem jak spierdzielałam przed łosiem. Może poszedłeś w zła stronę. — pocieszyła go siostra z czarną łapą. Ten tylko zmrużył oczy. — Tak w ogóle. Jesteś mokry. Gdzieś niedaleko jest tu woda? —
—Tak. Zaraz tam za rogiem jest jezioro. — odpowiedział. Pi i Całka wstały.
—Zajmij się mięsem i swoim zającem. My się napijemy. — Powiedziała Pi poprawiając swoje włosy, które opadły na oko. Obie były zmęczone, ale brakowało im wody.

Napiły się. Jezioro było brudne, woda mulista, ale lepsza niż jej brak. Do pełna. Wracając nie napotkały się na żadne problemy, prawda? Tak. Zaszły do ognia. Zgasiły jego resztki, pomimo że był środek dnia. Słonce wspięło się na swój tron zerkając na nich z całą swoją wielmożnością. Cień był dla nich osłoną. Drzewa przyjaciółmi. Ułożyli się pod nimi, zamykając oczy. Usnęli. Słodkim, mlecznym snem w środku dnia.

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mediana wspięła się na kolejną niedużą skarpę. Jej oczy zarzuciły za siebie. Prawie płasko, ciemno, szeleszcząco wręcz, po sam horyzont. Mętna trawa zeschła pod pocałunkami słońca. Parę pomierzwionych  wiatrem krzaków złożonych z zaschłych kijów, udających zdrową roślinę. A przecież nic zdrowego nie jest w stanie urosnąć na tak gorącej, prawie że pustyni. Brakowało tu wody, więc i jej chciało się pić. Dzień zastał ją szybko, a ruszyła przecież z rana, wiec teraz kiedy słońce uchylało się przed swoim przyjacielem, księżycem, była już wyczerpana. Jednak nie mogła tak łatwo poddać swojej podróży. Zmartwiona, spocona i odwodniona nadal miała swój cel. Znaleźć te małe parszywe wilki, które pozostawiły ją samą w watasze, opierdzielić ich od góry do dołu, nie powstrzymując żadnego przekleństwa jakie wyjdzie z jej pyska. Oi oberwie im się. A zaraz potem zatarga ich za uszy z powrotem do watahy. Nie będą przynosić złego imienia ani jej rodzinie, ani jej watasze! Napędzana złością ruszyła dalej. Drzewa daleko próbowały skusić ja swoim cieniem, jednak był do nich jeszcze kawal drogi. Dobrze, że chociaż chłód zaczął rozjaśniać jej zmysły. Przyłożyła nos do ziemi. Nie mogła stracić ich tropu, bo  nigdy ich nie odnajdzie. A musi. A wie że musi!

Noc skończyła się szybko. Musiała przetrzeć oczy aby nie usnąć na stojąco. Zdeterminowana szła dalej. Drzewa otuliły ją swoim słodkim cieniem niczym kołdra. Ich zapachy były coraz wyraźniejsze. A kiedy zaszła do porzuconego ogniska i resztek jedzenia była pewna. Byli tu całkiem niedawno. Jakby ruszyli z nadejściem dnia. Westchnęła. Pożywiła się resztkami zdejmując je z kości i porzuconej skóry. To było lepsze niż głodowanie. Szybko odnalazła też muliste jeziorko zanurzając w nim pysk. I tutaj czuła ich obecność. Pili z tego jeziora, po czym udali się tam gdzie słońce ukazywało swoją twarz z samego rana. Zatem była coraz bliżej. Już prawie na wyciągnięcie łapy.

Pospiesznym krokiem, z pyskiem, z nosem przy ziemi, szła dalej  i dalej w las. Drzewa tutaj rosły wyżej, gdyż stały ciasno między sobą. Każde małe drzewo było duszone niczym najmniejsze szczenię w miocie. Mordowane w zalążku bez szansy wzniesienia się ku niebu. Dlatego też tak łatwo przemieszczało się między pniami. Nic poza wytrwałą trawą nie rosło pod ich koronami.  Czuła ich. Jednak była wiele godzin na nogach, aż jej się wierzyć nie chciało, że zaszła tak daleko. Tak prędko. Jeszcze. Jeszcze

Jeszcze dalej, do cholery! Niech ja ich dorwę!

Przeskoczyła nad strumykiem. Wściekła. Widziała jak znikają za pagórkiem tuż przed nią. Rzuciła się biegiem. Jej kły wyszły na wierzch. Jej ciałko, pomimo że pulchne, może nawet nieco grube, nie przeszkodziło jej w rozpędzeniu się. Stała się małym pociągiem. Stworzeniem łaknącym zemsty i niezgody na zmiany!

Całka w tym czasie też zauważyła ją wystarczająco wcześnie aby odskoczyć na bok. Mediana więc z impetem uderzyła o ziemię, potykając się i przetaczając parę razy. Jej siostra miała nieco więcej zwinności w swoim nader szczupłym ciele.
—Mediana! — Sigma doskoczył do niej pomagając jej wstać. Po jej policzku stoczyła się stróżka krwi, która od razu zniknęła pod językiem brata. — Co ty tu robisz? —
—To bardzo dobre pytanie. — Całka zawahała się i nie podeszła. Jej brat miał wszystko w łapach, dobrze mu szło.
—Jak to co?! — zirytowana najniższa z nich wszystkim odwróciła głowę w kierunku czarnołapej wadery.  — Zostawiliście mnie, samą, bez żadnego dowidzenia, pa! IDZIEMY! — tupnęła swoją małą nóżką. — Nie powiedzieliście nic! Nawet ty Sigma. Po prostu do chuja poleciałeś za tymi debilkami! —
—Mediana. — zamruczał Sigma spuszczając po sobie uszy.
—Nie Medianuj mi. Jesteś idiotą. Wracamy! Wszyscy. — zażądała zbliżając się do stojących niedaleko sióstr — Ten świat ma wystarczająco zmartwień.  W dodatku przyprawiacie nas o haniebne imię! Jesteście potrzebni! —
—Do niczego nie jestem tam potrzebna, Mediana. — Całka wyszeleściła to imię spomiędzy zębów jak największe przekleństwo. Jej oczy zmrużyły się. Nawet jej siostra nieco bała się tego wzroku, zwłaszcza, że ta górowała nad jej osobą. Mediana cofnęła się o krok. — Powiem ci tak. Ja nie wracam i wiem że Pi też nie. — wspominana pokiwała głową. — Sigma, niech robi co chce. Zawsze był posłusznym tym wielkim ideom szczeniakiem. Ja ich nie cierpię. Nie mam zamiaru umierać za ich widzimisię. A ty. Ty która nigdy nie walczyła. Nigdy nie zaznała rany na ciele. Nie odzywaj się lepiej na ten temat. Księżniczko. —
—Nie nazywaj mnie księżniczką, Całka! Dobrze wiesz że każda łapa jest potrzebna! —
—Po co? Po to żeby odzyskać coś co nigdy nie  było nawet moje? Nie będę walczyć tylko dlatego, że ktoś tego ode mnie wymaga. Mam ochotę żyć i mieć własne zdanie i własne życie. Nie przebijesz tego argumentu. Nie staraj się nawet. Wracaj do domu!—
—Do domu? Nie! Obiecałam sobie, że wracam z wami i tak będzie! —
—NIE. Mediana. — tym razem Sigma się wypowiedział. — To nie... Nie. Całka ma trochę racji. Urodziliśmy się w wojnie i... ja kocham tą watahę, ale to może być dla nich męczące. W sensie dla naszych sióstr. Ja lubię jak mi mówią, lubię walczyć za innych, ale... Całka i Pi to nie ten rodzaj wilka. —
—Co masz na myśli? Nawet ty się odwracasz ode mnie? — Mediana zawarczała.
—Nie odwraca się od ciebie debilko. Po prostu patrzy na kogoś więcej niż tylko siebie. — Całka widziała w oczach brata, że nie wypowie tych słów na głos.
—Więcej niż siebie huh? Nie powinnaś wypowiadać tych słów po podjęciu tak egoistycznego wyboru jak odejście z watahy w środku wojny! —
—Może to było egoistyczne z mojej strony, ale wyłącznie dla was. Ja czuję się z tym dobrze. Pi tego potrzebowała. Sigma poszedł za nami. Mediana. To była jedyna moja decyzja dla mnie. Do tej pory jedyne co robiłam to chodziłam uklepaną ścieżką, pomagałam innym. Zaniedbałam siebie i jakby tak dalej było jedyne co byś po mnie miała to trupa wiszącego na jakimś drzewie. Z winy wroga albo mojej samej. Ale ty. Ty w przeciwieństwie do mnie, masz o wiele więcej samolubnych decyzji, wiesz. Chociażby proszenie o odwieszenie twojego stanowiska bo boisz się walczyć jak na wilka przystało. Próbowanie zatargania nas z powrotem, bo co? Bo ucierpi TWOJA reputacja? — Całka podeszła bliżej do siostry. Ta zaczęła się cofać. Słusznie trochę. Zawsze się jej odrobinę obawiała. — TWOJA reputacja huh?
—... —
—Milczysz. Czemu milczysz? Czyżbym miała rację? — Całka zacmokała stając przed pyskiem siostry i nachylając się. — Wracaj do domu.—
—Nie mogę. Nie bez was! — Mediana mało sie nie popłakała.
—I co? My nie wracamy. Przynajmniej nie ja. Idę tam. — wskazała na wschód. — Tam wiem .. czuję, że jest coś czego wszyscy jesteśmy ciekawi, wiesz. — pokiwała głową.
—C- co? —
—Nasza przeszłość, Mediana. —
—Skąd to wiesz? — Pi podeszła bliżej.
—Przeczucie? Może. Chyba. Pamiętam też parę... małych szczegółów i tamtą górę. — Całka pokręciła głową. Ciężko to było wytłumaczyć, gdyż pamiętała siebie, koszyk i rodzeństwo jakby to było wczoraj.
—Przeczucie? I idziesz tylko za tym? — Mediana skrzywiła się.
—No wiesz. I tak miałabym iść. Więc warto mieć chociaż jakiś cel! — wyminęła ją. Jej ogon powoli przesunął się pod brodą najniższej. Ta zamrugała. — Idź do domu Mediana. —
—Nie bez was... Pójdę z wami. —zamruczała. Trzeba było przyznać, że i ją zaciekawiło. Bo jeśli Całka ma rację, jeśli ma... to tam gdzieś leży ich historia. Ich rodzina może nawet.
— Z nami? Skąd ta zmiana, huh? — sarkazm przesiąkał te słowa. Czarnołapa prychnęła.
—No cóż. Skoro nie mogę was przekonać teraz, pójdziemy na przygodę i ... wrócimy potem, huh? — powtórzyła „huh” zaraz po niej, ale stanowczo bez tego sarkazmu.
—... Rób co chcesz. Chodźmy. —
—Ale chce mi się spać... —

<Sigma? Mediana? Pi?>