Całka zasłoniła oczy przed słońcem. Kiedy była tutaj
ostatnio śnieg przykrywał całą watahę, podobnie jak teraz. Może nie było już
tak zimno jak pamiętała, ale dom wyglądał jak … dom.
Kiedy ostatni raz tu była, nie miałasiwych włosów na pysku i tych zmęczonych oczu
spoglądających na świat z wagą tego co ją spotkało. Całka wyszła spomiędzy
drzew i spojrzała przed siebie. Wenus dołączyła do niej po chwili opierając
swój bok o jej.
–To tutaj? – spytała, a jej wzrok opadł na samotną jaskinię.
–Tak. – odparła Całka i po chwili już szła w jej kierunku. W
jej piersi narastał stres i napięcie. To pozytywne, to piękne. Nie mogła się
doczekać. Przed przyjściem tutaj spotkała Hiekkę, potem Ry. Wiele się
dowiedziała. Mieli tutaj kolejną epidemię, która żachnęła się na wiele wilków,
które Całka znała, chociaż pamiętała jak przez mgłę. Dowiedziała się, że jej
tato zdążył zaadoptować jeszcze parę szczeniąt po drodze. Podobno te alfy też
się pod jego skrzydłem znalazły. Potem jakiś jedynaczek i potem dwójka
podrosłych szczeniąt. Cóż… Co mogłaby Całka powiedzieć. Jej tato …Delta zdawał
się mieć dryg do tego.
– Halo? – Całka weszła do środka i rozejrzała się. Nikogo
nie było na sali, a zapach jaki się unosił pachniał absurdalną świeżością. Nowa
słoma, nowy mech, świeże maści. Całka nie pamiętała tego zapachu za dobrze.
– Tak? – Jakiś młody wilk wyszedł w jej kierunku z miejsca
medyków. Była dobrze zbudowana, chociaż trochę cienka. Jej kremowe futro było
nieco potargane jakby dopiero wstała. Jednak jej oczy patrzyły się na nią z
wielką uważnością. – chore? – spytała.
–Nie. Szukamy Delty. – odparła Całka bez zawahania.
– Wyszedł na grób Frezji. – Talia machnęła swoim puchatym
ogonem. – A kto szuka? Może przekażę.
–Nie. Nie trzeba. Poczekam, to ważne, ale tylko pysk w pysk.
– powiedziała. Wenus przestąpiła z łapy na łapę. W niej narastała wielka
niepewność.
– No dobrze. Możecie usiąść przy wejściu. – Talia machnęła
swoją … trzecią łapą? Całka dopiero teraz zauważyła tę nietypowość w waderze
przed nią.
Całka usiadła na tyłku, zaraz na wejściu. Zawiesiła wzrok na
niebie w oddali.
– Gdzie chciałabyś mieszkać? – zapytała kiedy Wenus
przysiadła się do niej. Ta spojrzała na swoją siostrę z zamyśleniem.
– Nie wiem. – odparła. – Co tu jest?
– Mamy las… Możemy znaleźć sobie jakąś polanę. – Całka
wymieniła jedną z opcji.
– Nie lubię moknąć.
– Możemy znaleźć sobie skałki w górach, albo jakąś jaskinię.
–Zimno i mokro… i pod górkę…
– Dziura? Norę zawsze można wykopać…
–… … Możnaby?
– Albo… jakiś kąt na plaży? – Całka wymieniła to co znała.
–To… To brzmi bardzo… chyba najlepiej. – Wenus zawinęła ogon
na łapach.
– Nie będzie za mokro i za zimno? – zażartowała sobie Całka.
W odpowiedzi dostała tylko ciche fuknięcie.
Niedługo czekały tak przekomarzając się po cichutku. Obie
były uśmiechnięte, jakby ich duet był doskonale dobrany. Bo był. W końcu były
prawie doskonałymi kopiami samych siebie.
– Całka? – głos Delty przerwał ich obrady. Całka spojrzała
na swojego ojca. Był trochę inny niż go pamiętała. Jego oczy były nadal tak
jasne jak kiedyś, błyszczące się w południowym słońcu. Nadal był drobny,
mniejszy od wszystkich wokoło. Miał dołki pod oczami, cienie, pewnie
spowodowane latami pracy. No i… nie miał połowy jednego z uszu i …kulał na
tylną łapę.
– Kto to? – obok niego stała potężna, ale ewidentnie młoda
wadera. Jej plecy zdobiły skrzydła , a jej niebieskie futro było potargane
przez wiatr. Samica wyraźnie napuszyła się wojowniczo na widok nieznajomej. Ale
Delta machnął na nią łapą.
– Moja… córka. Córki? – Delta przetarł pysk łapą.
– Ah.. No tak. To jest… Wenus. – Całka wstała ze swojego
miejsca. – Tylko trochę mnie przypomina. Młodsza jest. Znalazłam sierotę w
podróży i się przylepiła. – Wenus tylko zmrużyła oczy na te słowa. Ukrywają
prawdę? No dobrze… niech będzie.
– Ah… No dobrze. Wejdźcie do środka. Wszyscy, szybciutko . –
stary medyk poklepał waderę obok siebie po ramieniu. Ta z niezadowoleniem
przeszła obok nieznajomych z odsłoniętymi zębami.
–Ma charakterek… – Całka mlasnęła pod nosem, a Wenus jej
tylko przytaknęła.
Przywitania, powitania i poznania. To wszystko było ciekawym
i trochę dziwnym doświadczeniem dla Całki. Wadera pamiętała jeszcze Puchacza,
Legiona i Frezję, ale ostatni raz jak ich widziała byli maluchami. I jak się okazało
tylko dwójka z nich przeżyła, bo ostatnio watahę przygniotła epidemia, która
już na szczęście ich opuściła.
I potem do Delty przypałętały się jeszcze dwa szczeniaki,
które dopiero co dorosły. Całka musiała przyznać, że nie zaskoczyło jej to nic
a nic.Gdyby tylko jej tato mógł pewnie zaadoptowałby
całą gromadkę dzieci. Może wiek mu już nie przeszkadzał. Chociaż podobno perła
odmłodzenia miała trafić w jego łapy, całkiem niedługo. Dziwnie będzie mieć
ojca w swoim wieku. Chociaż nie dziwniej niż być eksperymentem z tubki i mieć
własnego klona.
Talia i Dalia poszły w swoje strony, Puchacz do pracy, a jaskinia
medyczna była pusta. A więc Całka miała szansę w końcu opowiedzieć Delcie całą
prawdę.
– Czyli jednak zgadłem dobrze. Mam dwie córki… I … Reszta…
–Nie żyją. Pi… rozsypała się. Jak mówiłam, ona… była chyba
najbardziej niestabilna z nas wszystkich. Mediana… po prostu wybuchła. Sigma…
oszalał, w końcu żachnął się na własne życie i … no. Zostałyśmy tylko my. –
Całka mruknęła smutno.
– Oh… Rozumiem. Cieszę się że wróciłaś. I… Wenus. Mam
nadzieję, że spodoba Ci się w naszej watasze.
– Dziękuję. – Wenus machnęła ogonem.
Następnego dnia Całka wybrała się znowu w kierunku jaskini
medycznej. I po drodze… spotkala starego przyjaciela. Pamiętała jeszcze Hiekkę.
Tego nieszczęsnego, chudego wilka,na
którego tyle krzyczała i który ją tak irytował. Wiek złagodził jej trochę charakter,
wychłostał jej język, wzmocnił kręgosłup.
I po dobrym spacerze, po trochę sarkastycznej wymianie zdań zjawiła
się pod bramą jego domu.
–Hiekka! Jesteś w środku. Przyszłam po ten kocyk. –
przewróciła oczami. Cóż to była za cudowna wymówka żeby się z nim spotkać i
nadrobić odrobinę życia. W końcu Delta widział tylko to co medyk wiedział o
życiu w watasze. Hiekka mógł wiedzieć coś więcej.
– Jestem, jestem. Nie spodziewałem się ciebie tutaj tak
szybko. – odparł basior. Jego futro było nieco zmierzwione a źrenice
rozszerzone.
– Pijesz tak wcześnie? – Całka mruknęła jakby trochę do siebie.
– Tak, tak. Chcesz trochę? – wilk zaprosił ją do środka.
– Czemu nie. – kiedybyła młoda to za taką propozycję odgryzłaby mu palce u łap. Wszystkich
czterech. Teraz nie pogardziłaby odrobiną alkoholu. Tak na ocieplenie!
Oczywiście.– Polej mi sporo. Muszę się
zrelaksować po tak długiej podróży.
– Zrelaksować, huh? Na relaksację mam jeszcze parę lepszych
sposobów. – Hiekka rzucił jej rozbawione spojrzenie.
– Tak tak… Wystarczy mi alkohol. – zmierzyła go niezbyt
radosnym wzrokiem. Alkohol – okej, ale narkotyki? A może proponował seks? W
każdym razie, nie była to propozycja, która Całka chciałaby przyjąć. – Gdzie
mogę sobie usiąść?
– Gdziekolwiek! – mruknął basior i po chwili wrócił do niej
z kubeczkiem dobrego trunku. Znaczy.. dobrego byłoby kwestionowanym określeniem
jakości alkoholu w watasze siedzącej w centrum gęstego lasu.
– Powiem ci. Stęskniłam się za tym. Za piciem kwestionowanego
alkoholu ze starymi znajomymi o poranku!
– Już żaden poranek. Późne popołudnie mamy! Zresztą kiedy ty
piłaś alkohol ze starymi znajomymi oporanku,
co? – Hiekka rzucił jej pełne zainteresowania spojrzenie.
– No wiesz. Jestem stara… miałam znajomych w podróży i piliśmy
gówniane wino. – odparła. Czasem w tej parszywej watasze, w której spędziła marne
lata swojego życia zdarzały się dobre momenty – Chociaż nie żałuję że stąd
odeszłam.
– Nic a nic?
– No ja nie. Mediana jeszcze za życia ciągle narzekała, że
tęskni. W każdym razie. Jak u ciebie?
Wyruszyli nocą. Wszyscy już spali sobie cichutko, kiedy
czwórka wilków wymsknęła się pod osłoną cieni. Strażnicy, którzy pilnowali tego
miejsca spali słodko. Całka spojrzała na jednego z nich z niesmakiem. Jej kły
pokazały się wszystkie i miała wielką ochotę ich użyć. Jednak to nie był
odpowiedni czas.
Otaczała ich cisza,
kiedy tak szli. Ich łapy odbijały się od trawy w ogłuszających mlaśnięciach.
Rosa nie była ich współpracownikiem. Całka zmarszczyła brwi. Nikt nie powinien
ich usłyszeć tak czy siak, ale ostrożności nigdy za wiele. Sigma szedł u jej
boku, jego oczy przerażone duchami skrytymi pomiędzy konarami drzew, które
szeptały słodkie słówka w jego uszach.
– Gdzie dalej?– Mediana podrapała się po łapie niespokojnie.
Jej głos był tylko szeptem, ale brzmiał jak wystrzał pośród nocnego milczenia.
– W prawo. I długo prosto. Góry zbliżą się do nas jak
będziemy blisko rana. Nikt już nas nie dogoni. –Całka odpowiedziała równie cicho, ale ich
rozmowa i tak nastroszyła sierść na szyi Pi. Samiczka obejrzała się za siebie i
podrapała po uchu, które wyjątkowo mocno ją tej nocy swędziało.
Droga znikała pod ich łapami szybciej i szybciej im dalej od
watahy tych pomieszańców byli. Wkrótce młodzież rozpędziła się biegiem, na tyle
ile mogła. Mediana nie była najszybsza, Pi kulała na tylną łapę, a Całka nadal
czuła się jakby łapy jej oprawców przyciskały jej ciało do ziemi. Było im
ciężko, ale parli naprzód. Prosto przed siebie.
– Po co my tam w ogóle idziemy? – Mediana w końcu stanęła na chwilę aby złapać
oddech. Słońce malowało już horyzont na pomarańczowo. Wilki w watasze
prawdopodobnie właśnie wstawały. Ktoś musiał już odkryć, że ich nowe nabytki
zniknęły.
– Odkryć tajemnice naszego pochodzenia, oczywiście. – Całka
odetchnęła ciężko. Sama była już tym wszystkim zmęczona. – Jeszcze kawałek. Już
teraz tylko pod górkę.
– Tylko pod górkę. – Sigma powtórzył niezadowolony.
Przeskoczył z łapy na łapę, ale ruszył przed siebie. Wkrótce znaleźli ścieżkę.
Tę samą, której mieli się trzymać aż do rozdroża.
W górze, im dalej szli tym więcej śniegu przybywało.
Przybywało tez dziwnego zapachu spalenizny i śmierci, pomimo braku
jakichkolwiek ciał czy ognia.Całka
czuła jak jej krew zawrzała z ekscytacji. Wszystkie tajemnice, wszystko to co
robili zbliżało ich coraz bliżej do prawdy, której tak poszukiwała. Kim jest,
skąd, po co. Wszystko to co pamiętała i czego jeszcze nie wiedziała, było na
wyciągniecie łapy.
– To tu. – Pi w końcu się odezwała. Przed nimi ścieżka
rozwidlała się na boki. Drewniany znak, stary i zmrożony zimnem gór, wskazywał
w dwie strony, które zupełnie ich nie obchodziły. Szczyt taki czy siaki – to
nie miało już znaczenia. Całka podeszła do znaku i przekroczyła obok niego
wsadzając obie łapy po tors do śniegu. Czując grunt pod nimi ruszyła dalej.
Sigma była zaraz za nią, jego ciało rozpychając zaspy na boki dla reszty jego
rodzeństwa. Pi i Mediana spojrzały po sobie i powoli ruszyły za nimi. Pi z
wyjątkowym trudem. Jej tylna łapa coraz bardziej bolała i wadera nie wiedziała
za bardzo jak na to zareagować. Pustka w jej sercu nie pomagała. Po co oni tu w
ogóle przyszli?
Szli długą chwilę, a zapach dymu i spalenizny nasilał się z
każdym krokiem. Gdzieś po ich prawej zimny strumień stopił zaspy śniegu i
porwał je ze sobą w dół. Jego szum prowadził zmysły rodzeństwa przed siebie.
Pchać, pchać, iść. Do celu. Wszystko wyglądało identycznie, a mimo to Całka
poruszała się tutaj jakby mieszkała tu całe swoje życie. Widoki z koszyka
powracały do niej z każdym korkiem, a jej determinacja paliła w gardle i sercu.
Była gotowa zabić aby osiągnąć swój cel.
I nie musiała długo czekać aby ta myśl stała się
rzeczywistością. Całka zatrzymała się w pół kroku. Przed nimi pojawiła się
dolina. Wielkie spadlisko ze stromymi ścianami przywitało ich łapy. Tam, w
dole, stał stary i obumarły budynek. Z jego wnętrza migotały resztki szkła,
które łapały promienie słońca. Mizerna i rozpadająca się brama zapraszała ich
do wejścia, a marne druciane ogrodzenie nie wydawało się zbyt ciężkie do
przejścia. Wszystko zdawało się być… dobrze. Ale było za spokojnie. Krajobraz
stał nieruchomo. Wiatr nie odzywał się swoim donośnym głosem, jak to ma nawyk w
dolinach gór. Cisza jaka wisiała nad tym widokiem była niecierpliwa, jakby
czekała aż ktoś ją przerwie. Całka postąpiła parę krokówwprzód, Sigma za nią. I wtedy oboje najeżyli
się, kiedy w kącie ich oczu mignęła czarna masa. Wielkiczarny pies stanął po ich prawej. Śnieg
roztapiał się wokół jego ciała, jakby zwierzę było zrobione z ognia i buchało od
środka ciepłem na tyle silnym, że paliło je od środka. Dym uciekał z jego
pyska, kawałki jego futra i ciała topiły się w czarnych smugach ropy i uderzało
w martwą ziemię wokoło jego łap.
Całka zamarła, napinając wszystkie mięśnie. Zwierze nie
miało oczu, zamiast tego spoglądało w ich kierunku pustymi oczodołami, w
których zbierały się resztki ropy z jego ciała. Pies miał nastawione uszy, ale
nie ruszał się. Tylko słuchał.
– Co to jest? – Mediana szepnęła, jej łapy wsparte na
plecach brata.Zwierzę spojrzało w jej
stronę i zrobiło parę kroków. Całka zareagowała szybko, za szybko dla tego
masywnego stworzenia. Jej kły wbiły się w jego szyję. Zaraz i Sigma był przy
gardle stworzenia.
Pies nie odezwał się słowem, a jego ciało upadło nieruchome
na ziemię.Całka poczuła jak jej usta
pieką delikatnie, a kiedy się oblizała zdała sobie sprawę, co właśnie zrobiła.
Nie wiadomo nawet czy ten pies był dla nich niebezpieczny czy szkodliwy. No
cóż. Nic jej teraz nie przeszkodzi w zdobyciu swojego celu. Swoich tajemnic.
Nic. Poza cała sforą tych stworzeń powoli zbliżającą się w
ich kierunku. Całka oblizała się ponownie. Na ciele psa były widoczne jej zęby,
jej łapy, które teraz nosiły na sobie resztki spalonego ciała. Czarna smoła
ściekała z łap Całki. Inne psy reagowały na to omijając ją, jakby była częścią
ich sfory. Oh… Mediana zareagowała od razu. Położyła łapy na martwym ciele,
czując tylko jak pali ją mocno.Martwe
już stworzenie musiało mieć bardzo kruche kości, gdyż te zapadły się pod nią i
pozwoliły jej wpaść do stworzenia po łokcie. Od razu odskoczyła. Palące płomienie
zapaliły martwe ciało. Ups. Mediana spojrzała na to i wytarła jednąłap o Pi. Sfora zatrzymała się. Jakby wilki
przed nimi zniknęły.
–Ciekawie… – Sigma odetchnął ciężko. Wszystkie psy zwróciły
głowy w jego strony. Parę obnażyło kły. Młody wilk zamknął pysk ino raz i
odsunął się na parę kroków w tył. Psy rzuciły się na miejsce w którym był,
jakby… zniknął. Reagują na dźwięk – cale rodzeństwo doszło do tego wniosku
jednocześnie. Nieprzyjemne milczenie zapadło ponownie.
Całka machnęła ubrudzoną łapą na swoje rodzeństwo i wtarła
maź w ich pyski. Bolało, pozostawiało nieprzyjemny zapach, ale było
bezpieczniejsze tak wysoko ponad śniegiem. Rodzeństwo ruszyło dalej. Byli już
tak daleko od domu, tak blisko tajemnic schowanych w porzuconych ścianach
laboratorium.
Wejście przez bramę było… problematyczne. Sigma był nieco za
duży na dziurę stworzoną przez przekrzywione rury trzymające to wszystko w
kupie. Całka ledwo się przecisnęła. Mediana nie miała problemu. A Pi? Pi
straciła kawałek ogona, który lekko zahaczył o wystające na bramie druty.
– Szlak. – Sigma mruknął i z wielkim hałasem przedarł sie
przez dziurę. Rodzeństwo zaraz odsunęło się od źródła ich hałasu, gdzie zaraz
zjawiła się sfora. Ich pyski wykrzywione były w gniewie, w furii, ale nie
zauważyły złodziei, którzy wkradli się na ich tereny. Rodzeństwo było już na
betonowych chodnikach przed laboratorium. Tutaj śnieg nie sięgał. Całka
patrzyła z zafascynowaniem jak jeden z psów podążył w ich kierunku,
najmniejszy, rozpadał się w kupkę smoły, która zajęła się intensywnym ogniem,
kiedy tylko wystąpił ze śniegu o krok za daleko. Pies nie wstał, jego ogień
powoli wygasł.Mediana machnęła ogonem.
Śnieg musiał utrzymywać te stworzenia przy życiu w jakiś sposób. Może zamrażał
tę smołę, która tak z nich wyciekała.
Sigma dźgnął siostrę z bok. Mediana uniosła na niego wzrok.
Basior machnął głową w kierunku wyważonych drzwi. Stare drewno już dawno
rozmyło się w coś co przypominało bardziej papkę niż drewno. No cóż. Czas
zabierał wiele rzeczy. Zabrał tez szkło w oknach, zabrał roślinność rozsadzoną
na bokach ścian, pozostawiając tylko gałązki, smutne w tym zimnym klimacie.
Całka weszła do środka jako pierwsza. W środku było małe pomieszczenie, ze
ścianami pokrytymi czarnymi smugami, jakby wiele lat temu pożar przeżarł się
przez środek tego miejsca. Wszystko pachniało stęchlizną i śmiercią. Całka
zmarszczyła nos. Nie podobało jej się tu, ale … byli tak blisko.
Wilki wtoczyły się do środka.
–Czy… – mediana zaczęła, jej oczy zaraz zwracając się do
wejścia. Sfora patrzyła w jej kierunku, ale stała na skraju śniegu, zaraz za
bramą. Żadne nie odważyło się przekroczyć bezpiecznej linii trzymającej je przy
życiu – Na pewno coś tu znajdziemy?
– Coś na pewno. – Całka machnęła ogonem i odetchnęła cicho.
Jej łapy nie wiedziały dokąd iść.
–Gdzie teraz? – Sigma zajrzał w jedno w wejść. Ciemność nie
przeszkadzała mu za bardzo zazwyczaj, ale tutaj wszystko zdawało się mieć oczy,
które tylko na nich patrzyły.
– Nie wiem. – odparła Całka. – Już nie wiem. Nie… wszystko
wygląda inaczej. Tego pomieszczenia… nie było. Nie ma… ja… nie w mojej pamięci.
– Czyli musimy szukać na własną rękę. – oznajmiła Pi. Nadal
patrzyła się na ten kawałek ogona gdzie jeszcze niedawno był on w całości.
Dlaczego… co było nie tak? Takie delikatne targnięcie nie powinno kosztować jej
części ciała. – Rozdzielamy się dwa na dwa? Czy wcale?
–Dwa na dwa. Sigma z Medianą, Ja i ty idziemy na lewo. –
Całka ruszyła przed siebie wnikając w jednym z dwóch wejść w pomieszczeniu. Pi
ruszyła za nią.
︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾
Całka czuła się jakby chodziła po szkle. Jej łapy piekły od
tego dziwnego czarnego osady, jej płuca bolały od ohydnego zapachu wokół nich.
Ale szła dalej, nie dla niej było poddawanie się.
Jej kroki odbijały się od ciemnych ścian i wracały do niej
echem. Nieprzyjemne mrowienie w jej umyśle mówiło jej że coś jest nie tak, ale
upartość pchała ja dalej. Pi towarzyszyła jej u boku. Z siostrą czuła się
pewniej, bezpieczniej. Pomieszczenie za pomieszczeniem, szukały. Zwiedzały.
Stoły krzesła, wszystko było osmolone. W jednym z pokoi znalazły stary
szkielet, którego kości już przeżarły się przez drewno i zaczęły rozkładać same
siebie, z jakiegoś powodu. Były ciepłe w dotyku i emanowały delikatnym
światłem. Całce się to nie podobało.
Te dziwne psy tu nie przychodziły, ale podobna do ich ciał
maź leżała co któryś krok w rogach i pod oknami. Nie ruszała się. Była też
chłodna w dotyku, w przeciwieństwie do tej, która nadal grzała dwie samiczki na
pyskach.
– Nie podoba mi się tutaj. – Pi stwierdziła bardzo spokojnie.
– A tym miejscem jest coś nie tak.
– Wiem. – Całka zmarszczyła nos. Kolejne pomieszczenie
wyglądało zupełnie inaczej. Dziwne urządzenia i wajchy pokrywały wiele szarych,
zardzewiałych pudeł. Całka przeszła obok jednego z nich. Ciche buczenie
wypełniało to miejsce, a do jej głowy wróciły zamazane wspomnienia.
Przechodziła obok tego miejsca, jej głowa wystawiona kawałek ponad brzeg
koszyczka, kołysana na boki jak na rwącej rzece. To było tak dawno, a jednak
wspomnienie było tak żywe. Jedna z dźwigni była położona w dół. Teraz była w
górze. Całka położyła na niej łapy i pociągnęła w dół. Pomieszczenie zawyło i
zaszumiało intensywnie i nagle nad nimi zapaliło się światło. Jasność zapadła
we wszystkich pomieszczeniach. Gdzieniegdzie żarówki migały z nieprzyjemnym
dźwiękiem.
– Oh…Światło. – Pi
spojrzała na sufit gdzie ledowe żarówki burczały i mruczały w swoim własnym
języku. Jakby szeptały zapomniane tajemnice.
– Światło i energia zgaduję, że. Idziemy dalej… – Całka
pogoniła siostrę z tego miejsca. Ten dźwięk przyprawiał ją o palpitacje serca i
skręcał jej żołądek. Następne parę pomieszczeń nie było zbyt ekscytujące,
dopóki wadery nie doszły do starych metalowych drzwi. Te wypadły z zawiasów i
spadły na jakiegoś nieszczęśnika. Ludzka czaszka patrzyła się na nie pustymi
oczami. Było to z pewnością lepsze niż tamte żywe potwory, które czekały na
nich na zewnątrz, i które teraz wyły jak oszalałe. Przez okno dało się dostrzec
jak biegały wzdłuż linii śniegu, która topniała coraz to dalej. Całka
przemknęła obok drzwi i weszła do ogromnego pomieszczenia. Tam, w
podświetlonych kapsułach było parę ciekawych widoków.
– Umiesz czytać, chodź tu. – Całka machnęła łapą na siostrę.
Pi podeszła do niej, obok jednej z kapsuł i spojrzała na tabliczkę.
– Ek… Eksperyment „Wilk”, próbka 359 – oświadczyła Pi, kiedy
jej siostra rozglądała się wokoło. Na stołach i stolikach leżały różne
próbówki, a niegdyś zamknięte sejfy stały otworem. Niektóre szkiełka były
zamknięte, niektóre stłuczone. Wszystko to wyglądało jak jeden wielki pośpiech
w ucieczce. Całka sięgnęła po jedną z próbówek i obróciła ją w palcach. W
środku była czerwona ciecz, a an szkle przyklejona była nieco wypłowiała
karteczka z imieniem „Wenus”.
Pi za to Szla dalej od kapsuły do kapsuły patrząc się na
dziwne mazie zamknięte w bulgoczącej wodzie. Wszystkie były podpisane nazwą
projektu „Wilk”.
– Ludzie są dziwni. – Pi w końcu stwierdziła. – Robią własne
wilki? Nie mogą po prostu sobie ich złapać?
– Ludzie myślą, że są bogami. – Całka znała odpowiedź na to
pytanie. – Bogami i myślą, że mogą. Że mogą po prostu sobie to życie stworzyć
po swojemu.
– To się na nich odbiło. – mruknęła Pi przesuwając łapą
kolejną ludzką czaszkę. Ta także była nieco ciepła w dotyku. Łapa Pi zapiekła
nagle, tam gdzie się dotknęła kości. Kawałki jej skóry opadły na podłogę. Pi
zamrugała. Niedobrze… raczej… chyba.
︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾
Sigma i Mediana krzątali się to tu, to tam. Wszystko
wyglądało identycznie. Każda ściana była posmarowana pożarem, każdy wdech
pachniał śmiercią i dymem. Wszystko wokół było konfundujące i mieszało Sigmie w
głowie. Głosy mówiące do niego wcale nie pomagały, ale siostra u jego boku była
pewnym gruntem, którego był pewien. Nie bał się aż tak.
– Co teraz? – Mediana mruknęła pod nosem.
– Szukamy dalej. – Sigma odpowiedział jej bez zawahania.
– Nie o to mi chodzi. Chodzi mi.. co potem? Co po tym
wszystkim? – Mediana zacisnęła zęby trochę zbyt mocno.
–Nie wiem. Zależy co odkryjemy. – stwierdził basior. W końcu
nie było sensu gdybać bez wiedzy o tym co dokładnie się tutaj stanie. –Może
wrócimy do domu. Może nie przeżyjemy. Może nie wrócimy do domu. Może… nie
dowiemy się nic.
— To ostatnie jest… smutne.Jak już tu jestem to chciałabym się chociaż dowiedzieć po co opuściłam
mój piękny, komfortowy dom. – mediana zmarszczyła nos. Jej wnętrze zawrzało z
wściekłości na samą myśl że przyszłaby tu po nic. Aż jej żołądek zaburczał
głośno z wrażenia, a gardło zapiekło.
– Wszystko okej? – Sigma spojrzał na nią ze zmartwieniem.
– Tak. Już tak. – Mediana odetchnęła ciężko. Nie chciała
martwić brata, nie tutaj. Nie było na to miejsca ani czasu.–Chodźmy daaaaaa… – Mediana nastroszyła się,
kiedy cale pomieszczenie nagle zapaliło jak jakby ktoś wstawił w nie małe
słońce.
– Oh… Chyba nasze siostry zapaliły nam światło. – Sigma sam
był ustawiony w pozycji bojowej, gotowy do ataku. Jednak żaden atak nie
przyszedł, tylko nagły wrzask na dworze. Warczenie i szczekanietych stworów, które tak uparcie pilnowały
tego miejsca ,jak własnego grobu.
Bo to było grobowisko w pewnym senesie. W świetle żarówek i
ludzkiego obeznania z energią dwa wilki mogły obejrzeć to piękne pomieszczenie.
Kości wszelkiej długości i wielkości leżały pod ścianami i wspinały się do
sufitu w małych górkach. Co jakiś czas z tych gór pełnych śmierci wystawały
puste oczodoły ludzkich czasek.
To był smutny widok, ale i przerażający.
– Są … ciepłe w dotyku.– Mediana skrzywiła się i odsunęła kość którą złapała w łapę jak
najdalej od siebie.
– Ciepłe? – Sigma zaufał siostrze na słowo, chociaż było to…
dziwne. Czemu kości, które – patrząc na stan budynku, leżały tu od pewnie wielu
lat, nadal były ciepłe. I co? Może jeszcze miękkie. Ale Sigma nic nie
powiedział. Zamiast tego poruszył się w kierunku dalszych drzwi.
Chwilę szkli od pomieszczenia do pomieszczenia, aż nie zaszli
do małego miejsca. Wyglądało to jak ślepy zaułek, ale Mediana i jej uważne oko
śledczej od razu zauważyło papierzyska jakie pokrywały to miejsce. Wszystko
było w nieładzie i porozrzucane w pośpiechu, ale to co było na półkach nadal
było śliczni poukładane.
– Tu możemy coś znaleźć. – Mediana oświadczyła i weszła do
środka. Zapach był przyjemniejszy tutaj niż gdziekolwiek indziej. Po
przeszukaniu wielu i jeszcze więcej niż wielu kartek Mediana w końcu dokopała
się do plików kartek podpisanych „Projekt Wilk”. Zainteresowana otworzyła ten
zbitek kartek i wbiła wzrok w literki. Na początku nie było w tym nic
ciekawego. Wertowała je, przewracała, znudzona naukowym tekstem i liczbami
jakie wyskakiwały przed jej pyskiem – do czasu.
Łapa mediany zatrzymała się w połowie ruchu do przełożenia
kolejnej kartki. Przed nią, przed jej oczami, przed jej świadomością leżała
kartka. Kartka z podkreślonym zapiskiem. „6 wilków stworzonych z krwi
połączonej dna i magią. Doktor Jaques nadał im imiona: Wenus, Mars, Jupiter,
Neptun, Saturn i Merkury. Wilki te stworzone zostały z krwi pojmanego wilka z
nazwą „Chedar” o niebieskim futrze. Dwa z sześciu wilków odziedziczyło jego
kolor. Cztery z sześciu odziedziczyło heterochromię. „ Ale nie to było dziwne,
nie. Pod nim, przypięta agrafkę była fotografia. A raczej bardzo dobrze
wykonany rysunek. Rysunek który wyglądał jak jej ojciec. Młodszy i zdrowszy. Te
same oczy, jen sam zawijający się kawałek włosa. Pod nim były jeszcze dwa
rysunki. Nieznany jej wilk i jakiś pies, który z pyska bardzo… przypominał Pi.
Wadera doczytała resztę kartki szybciutko i zjeżyła się.
– Hej Sigma. – mruknęła do brata. Ten podniósł oczy znad
kartek, które sam trzymał w łapach. – Znajdziesz szafkę 37, sekcję 50.
– Okej? Coś znalazłaś? – jej brat podszedł do szafek i
podniósł się na tyle łapy aby sięgnąć pożądanej półki. Operowanie bez kciuków
nie było proste, ale dawał radę.
– Tak. Coś… Można powiedzieć. Ale potrzebuję tych plików. –
powiedziała ponaglająco. W jej sercu narastała niepewność i przerażenie. A tak
się martwiła, że nic nie znajdą, że przyszli tutaj po nic. Łzy zebrały się w
końcówkach jej oczu.
– A co … w nich j.. jak ich jest dużo, czekaj. – Sigma
zaczął wyjmować wiele kartek i odkładać je przed nią. Mediana spojrzała na
kartki. Na każdym z nim znajdował się rysunek, fotografia czy cokolwiek to
było. A na nich ich pyski. I pyski dwóch nieznanych im wilków.
– Eksperyment „Wilk”, próba… 189. Imię… Mars. – Mediana
wzięła jedną z kartek w ręce. Jej oczy były wielkie, pełne coraz większej
ilości łez. – Nie dożył 4 dni. Geny wzrostu nieudane. Powód śmierci… rozpad
narządów wewnętrznych.
– Oh. Tworzyli wilki? Ciekawie. – Sigma dorzucił więcej
kartek, nawet na nie, nie spoglądając. Po prostu próbował pomóc siostrze jak
najszybciej.
– Tak… Tworzyli… wilki. – szepnęła wadera i podniosła swoje
oczka na brata, który zatrzymał się w swojej pracy. Podała mu kartkę. Ten
chwycił ją i przyjrzał się tekstowi. Dopiero po paru sekundach do jego zmysłów
doszło zdjęcie. Tam, wpatrzony w kamerę był on sam. Młodszy, ale tylko
odrobinę. Miał te same oczy, te same włosy i ten sam wyraz twarzy.
Skonfundowane przerażenie i ten błysk w oczach, który świadczył o widoku,
którego normalne wilki nie widziały.
– Mocne nieznane. – przeczytał pod nosem po czym odłożył tę
kartkę. – Czyli co… jesteśmy eksperymentem? – Sigma położył po sobie uszy. –
Jesteśmy w ogóle spokrewnieni?
Mediana od razu zaczęła szukać odpowiedzi na to pytanie. Przewracała
kolejną i kolejną kartkę. Kartka za kartką. Kartka za kartką. W końcu, z pomocą
brata znalazła ostateczne kartki dla każdego z nich.
– Z tego co widzę… to… ja mam w sobie 20% genów taty, 40%
tego psa i 40% wilka, który był dodatkowo w to wszystko wmieszany. Całka ma …
40 % psa, 50% wilka i 10% taty. Pi ma 70 % psa, 20% wilka i 10% taty, a ty
masz… 50 % taty, 40% psa i 10 % nieznanego wilka, innego niż nasza trójka. –
Mediana odetchnęła ciężko.
– Chociaż tyle, że nadal jesteśmy rodzeństwem. – Sigma
odłożył kartkę w swojej łapie. – I … mieliśmy jeszcze dwójkę rodzeństwa. Ciekawe
czy jeszcze żyją.
– Nie wiem. Ciężko stwierdzić. Z tych kartek wynika, że
wiele eksperymentów umierało bardzo szybko. Zdaje mi się że… aha. Merkury jest
oznaczony jako porzucony. Ostatni numerek na jego kartce to… 93. Jupiter… czyli
ja! Oh… 567.„Samica wilka, grube kości,
wytrzymała. Moce niszczycielskie. Uważać – poprzednie wybuchały bez
ostrzeżenia… – Mediana podniosła oczy na brata. – No.. .to ciekawie. „567 to
najlepsza receptura do tej pory. „ I pod tym czerwony dopisek o tym że… wilk
zniknął niedługo po stworzeniu. I od tamtej pory nie ma więcej numerów.
– O! Ja miałem na imię Mars. Ha! Dobre imię…. Numer
eksperymentu… 505 wersja. Mniej od Ciebie. „Wilk jest niestabilny i zdaje się
widzieć rzeczy których nie ma… „ – pysk Sigmy wygiął się w niezadowoleniu –
„Najczęstsza śmierć powodowana była przez samobójstwo na różne sposoby.
Szaleństwo.” Okej… „Wilk nie ma innych wyróżniających go cech. Propozycja
porzucenia prób… „ Okej. To jest nie fair! Porzucenia!? – Sigma odrzucił swoją
kartkę. Miała ten sam dopisek co Mediany. „Wilk zniknął po stworzeniu.”.
Mediana była prawie pewna, że to był dzień, który Całka pamiętała tak dobrze.
– Merkurego porzucili szybciej. „Wilk rozpadał się w
stawach. Brak znalezionego powodu. Projekt porzucony.” A… Oh… Neptun. Zdaje się
że nasz brat miał więcej szczęścia. „Numer 892. Wilk umiera po podaniu hormonów
wzrostu z powodu zawału serca. Wilk umiera bez podania hormonów wzrostu na
zapaść obturacyjną. Brak innych powodów śmierci. Wilk… zniknął w dniu jego …
stworzenia.”
– Ciekawe czy… Ciekawe czy Całka go pamięta. Bo.. poszedł z
nami nie? – Sigma podrapał się po głowie. Na obrazku wyglądał bardzo podobnie
do ich taty. Różniły ich tylko oczy i kolor nosa. Wydawał się być taki… wesoły.
– Wydaje mi się że tak. Jak zniknęliśmy wszyscy na raz…
Musimy spytać się Całki. – Mediana odłożyła kartkę na bok, zaraz na swojej i
Sigmy. Potem sięgnęła po kartki swoich sióstr. – Wenus. Całka… „próba 612.
Stabilna. Wilk szybki, wytrzymały. Obciążony genami kruchości kości. Wilk
umiera z powodu złamań i straty krwi. Możliwe zaniki pamięci – obserwacja.” I
Pi. Pi to…. Saturn? Oh… – mina Mediany nieco zrzedła. – „Próba 135. Wilk umiera
na rozpad. Rozpad ciała. W proch. „ A na tym napisane jest jedno wielkie,
„CO?”. „Wilk niestabilny, niebezpieczny. Wilk bez emocji i większego poczucia
bólu.”
– Nasza siostra jest niebezpieczna? – Sigma pokręcił głową.
Jego oczy nadal przesuwały po kolejnych kartkach.
–Tak…. Na to wygląda. A przynajmniej niestabilna. Nie chce
mi się w to wierzyć. – Mediana odłożyła jej kartkę na resztę i zaczęła je
pakować. Zwinęła je w rulonik i zawiązała gumką, którą ukradła z innego zwitku
kartek.
– Patrz na to. Nasz brat Merkury chyba… narozrabiał. – Sigma
skrzywił się i podał Medianie kartkę. Na niej podpisana była próba 94. Tekst na
niej urywał się w połowie słowa, a jej treść była ledwo czytelna gdyż połowę
kartki zajmowała plama. Plama czarnej smoły, która nadal śmierdziała
spalenizną.
– „Wilk dokonał… samozapału. Wilk niebezpieczny, ugasz…”
Zgaduję, że ugaszony i.. .że chyba im się jednak nie udało. – Mediana spojrzała
na Sigmę. – Wiesz co bracie. Chodźmy już… Nie chcę myśleć o tym, że jeden z
tych pso-stworów to nasz brat.To…
trochę za dużo.
—Myhymm… – Sigma pokiwał głową.
︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾
Całka i Pi, były całe najeżone, kiedy Mediana i Sigma do
nich podeszli.
– Coś znalazłyście? – Sigma zagadnął. Jego uśmiech nie
sięgał jego oczu.
– Ta… Naszą krew w próbówkach… I krew ojca. A.. i ją. –Całka
wskazała głową na wilka zaglądającego na nich z wejścia. Dwoje błękitnych oczu
wpatrywało się w nich z przerażeniem. Wilk był dorosły, wielkości Całki i… wilk
był Całką. Dosłownie. Kiedy tylko wyszedł w odrobinę światła Mediana mało nie
padła, pomimo że wiedziałą, że istnieje taka możliwość. – A wy?
–Nasze akta. – Mediana podała jej zawinięte kartki i
podeszła do nowego nabytku. – Hej We…Wenus…
–Wenus? – wilk powtórzył jak echo. Mediana skrzywiła się.
Wadera pachniała i brzmiała dokładnie jak ich siostra. Śledcza chwyciła jej
pysk bardzo delikatnie i zbliżyła do swojego. Z tak bliska mogła dopatrzeć się
numeru nadrukowanego na jej uchu. „504” – poprzednik ich kochanej Całki. Ich
genetyczna siostra.
–Tak. Twoje imię. – oznajmiła mniejsza wadera i zwróciła się
do Pi. Ze smutkiem w oczach patrzyła jak ta czyta swoją kartkę i spogląda na
własne łapy z dozą emocji jaką tylko ona mogła okazać. Czyli barku emocji. Braku
emocji wpisanych w jej geny.
– Moje imię. –wilk powtórzył.
–Możemy się stąd
wynosić? – Sigma w końcu zapytał. Jego mina była nietęga. Jego rodzeństwo
pokiwało głową, wszyscy poza… Pi. Wszystkie oczy poszły na nią.
– Ja… chyba tu zostanę. Kupię wam czas od tych potworów. –
oświadczyła, jej oczy wyjątkowo smutne.
–Co…? Nie… Nie ma mowy. Wracamy do domu. Wszyscy! – Całka
mruknęła niezadowolona.
– Nie… Nie zdążę wrócić do domu. –Pi odetchnęła ciężko i
potrząsnęła jedną z łap. Sierść i kawałki skóry posypały się z niej jak igły ze
starego świerku. Całka zmarszczyła nos. – Czas się pożegnać.
– Ale…– Mediana
zakrztusiła się na własnych łzach, które polały się z jej oczu. Już nic więcej
nie powiedziała. Decyzja zapadła jak gilotyna. Wszyscy zamilkli na chwilę.
– Pi… Ja… Nie mogę ci na to pozwolić. Obiecałam wam że
wszyscy wrócimy bezpiecznie do domu. – Całka mówiła trzęsącym się głosem.
– to nie ma już znaczenia. Teraz musisz skupić się na…
Sigmie… na Medianie. Na… Wenus? Na nich. Ja… Nie wiem czy w ogóle wyjdę żywa z
tych gór. Moja tylna łapa… Od dwóch dni poddaje się powoli. Dzisiaj już usypał
mi się ogon. Nie chcę was zostawiać, ale muszę. Nie ma dla mnie ratunku.–
podała im swoją kartkę i wzięła głęboki oddech. I potem spojrzała na drzwi.
Tam, na brzegu, przy bramie, te dziwne psy krążyły z dziką wściekłością. –
Wyłączmy energię. To chyba je irytuje.
Atmosfera była grobowa, tragiczna. Wszystkie wilki, może
poza Wenus, widziały co nadchodzi potem. Pi znikała z ich życia czy tego
chcieli czy nie. Rozpadała się w oczach, kawałek po kawałku, ale zapewniała im
bezpieczną drogę do domu. Daleko. Bez niej. W trójkę. W czwórkę, ale Całki nie
obchodziła jej kopia. Nie bardziej niż jej siostra, która właśnie umierała na
jej oczach
–To jest jakiś mroczny uśmiech od losu, naprawdę. – szepnęła
do brata, który poszedł z nią tam gdzie Pi i Całka włączyły wcześniej energię. Kiedy
wajcha poszła w górę wszystko zgasło. Dźwięki warczenia na zewnątrz powoli
ucichły.
Wszyscy spotkali się przy wyjściu. Wenus dostała własną
plamę na pysku ,sycząc przy tym z bólu. Całka prychnęła na nią żeby przestała,
bo bez tego będzie gorzej. Znacznie gorzej. Sigma za to stał obok Pi, jego łapa
na jej ramieniu, łzy w jego oczach.
–Jesteś pewna? Na pewno … ktoś będzie wiedzieć co z tym
zrobić. –mruknął do niej.
– Kto? – Pi spytała. Sigma nie miał dla niej żadnej
odpowiedzi. Nie miał pojęcia, kto mógłby pomóc jego siostrze. Jego nadzieja
rozsypywała się razem z jej ciałem. – Wiem, Sigma. Może nie jestem najstarsza,
najinteligentniejsza i najlepsza i… ja… – Pi zmieszała się nieco. – Ale… Wiem
że mnie kochacie. Na swój sposób ja was też. Wiem że będziecie tęsknić. Ja
chyba też. Na swój… własny sposób, prawda? – Pi spojrzała na niego. Kiedy Sigma
zabrał łapę z jej ciała pozostawił po sobie jej odbicie. Kawałki futra opadły
na podłogę laboratorium – Czas się pożegnać. – dotknęła nosa brata swoim. Potem
Medianę, która zapłakana odwzajemniła ten gest. Całka pochyliła się ku siostrze
zanim ta zareagowała. Ich nosy były zimne i mokre. Cała ta sytuacja była…
smutna.
– Dobra. Płakać będziemy potem. Jak… już będziemy
bezpieczni... – Całka wyszła z laboratorium. Psy nadal kręciły się przy
wyjściu. Pi odetchnęła i podeszła do dziury wymykając się przed nią. Stwory nie
zareagowały, w końcu nadal pachniała jak one. Minęła je, z trudem przedzierając
się przez śnieg. Stres narósł w reszcie wilków,zwłaszcza w Wenus. Wadera nie miała pojęcia co się dzieje, gdzie i jak.
Po co. Te wilki wpadły do jej domu, wyjęły ją ze snu, który nigdy się nie
kończył, nadały jej imię i teraz zabierały ją w świat którego nie znała.
I kiedy Pi szczeknęła w oddali i psy zwróciły się w jej
kierunku Całka rzuciła się do wejścia. Za nią Sigma, a Mediana za to poczekała
na Wenus, która nieco spanikowana podążyła w kroki reszty. Cała czwórka z bólem
w sercach biegła przed siebie przez śnieg. Tam skąd przyszli tam uciekali. I
tylko szczeknięcie Pi świadczył o jej spotkaniuz losem. Wszyscy zatrzymali się na chwilę. Całka, zapłakana, odwróciła
głowę, aby zobaczyć jak psy zwracają się w ich kierunku. Mediana dyszała
ciężko, jej serce bijąc jak powalone w jej klatce.Psy zbliżyły się z wściekłością. Wenus
najeżyła się jak dzika. Sigma pchnął Całkę do dalszego biegu.
– Dalej! – pociągnął Wenus za ucho powodując ze ta zawyła
cicho z bólu. Ale ruszyła. Obiegła Sigmę i pobiegła za Całką. Sigma za to
spojrzał na siostrę, zamarłą w miejscu i wpatrzoną w nadciągający tłum.
–Uciekaj. – Mediana mruknęła chrapliwym głosem. Jej oddech
był nierówny. Mediana wpadła w panikę i nie mogła się ruszyć. Jej krew wrzała,
jej serce biło jak szalone, wzrok rozmył się od łez i nagłego krzyku jaki robił
się w jej głowie, chociaż żaden więcej dźwięk nie wydobył się z jej gardła. Nie
słyszała już Sigmy. Pchnęła go tylko łapą aby biegł. Intuicja podpowiadała jej,
że to niedobrze żeby z nią został. Że… chyba
dołączy do Pi.
Sigma wycofał się od dwa kroki i załkał. Odwrócił się i
zostawił siostrę gdzie stała. Głosy w jego głowie krzyczały na niego aby się
pospieszył, więc włożył w ucieczkę całą swoją energię, jeszcze doganiając swoje
siostry. Siostrę? Ciężko powiedzieć. Całka i Wenus już spoglądały na nich ze
stromego spadliska, którym wcześniej zeszli do doliny. Stanął obok nich i odwrócił
się akurat aby oberwać śniegiem po mordzie. Otrzepał się zaskoczony i spojrzał
przed siebie. Tam, gdzie stały potwory, gdzie była jego siostra… Nie było nic.
Śnieg, smoła, ogieńi ziemia rozsypały
się na boki. Całka przymknęła oczy i zacisnęła zęby mocniej na kartkach od
siostry.
–Wybuchowa… – Sigma powtórzył do siebie słowa Mediany, które
powiedziała do niego jeszcze tego dnia.
– Wybuchowa czy nie. Ruszaj się. – Całka wpadła w jego bok.
– Lawina! – warknęła i ruszyła dalej biegiem. Sigma podniósł oczy na górskie
szczyty i zjeżył się. Pchnął Wenus do dalszego biegu.
Zmachani, zmęczeni i wycieńczeni emocjonalnie zatrzymali się
dopiero u stóp gór. Ziemia nadal delikatnie trzęsła się pod ich łapami, a śnieg
wpadał z oddali z hukiem, większym niż ten, który spowodowała Mediana.
– To było… – Sigma musiał wziąć bardzo głęboki wdech żeby
powstrzymać się od wybuchnięcia płaczem.
–GŁUPIE. – jednak obcy głos przerwał ich rozpoczynającą się
konwersację. Całka podniosła oczy na waderę, która cała nastroszona spoglądała
na nią z nienawiścią. Wader podała kartki ich nowej siostrze i sama nastroszyła
się jak paw. Nagła złość zapaliła krew w jej żyłach. Strzyga stała przed nią, w
całej swojej okazałości, jej dzielni wojownicy u jej boku, Bruno i Skunks, oboje
wpatrzeni w nowy nabytek u ich boku jak na ducha. No tak… Wenus była…
specyficzna.
– Głupie? Co było w tym takiego głupiego co? – Całka
wycedziła przez zęby.
– Ucieczka? Przeciwstawiane się nam… Teraz lawina? A gdzie
reszta z was?!– samica warknęła, jej
kły błyszcząc się w zachodzącym słońcu. Całka na jej pytanie zobaczyła świat na
czerwono. Jej ciało zareagowało zanim zdążyła w ogóle o tym pomyśleć. Odbiła
się od ziemi jak piłeczka wpadając w alfę jak ta nieszczęsna lawina w drzewa.
Powaliła ją na ziemię i wbiła kły w jej szyję. Na swoim karku poczuła obce kły,
ale nie puszczała. Nie było mowy, aby odpuściła tej wariatce. Nie, nie, nie.
Jej kły przebiły się przez skórę, przez mięśnie. Strzyga za to wepchnęła swoje
pazury w jej brzuch powodując wielki ból. Nie szkodzi, nie szkodzi. Kły na jej
karku też po chwili zniknęły zostawiając tylko piekącą skórę i ściekającą
krew.Całka skupiła się na zaciśnięciu
swojej szczęki mocniej, mocniej. MOCNIEJ! Aż łapy Strzygi opadły na ziemię
nieruchomo. Świat zamilkł na chwilę.
Cała w końcu puściła waderę. Smak krwi w jej pyskudotarł do niej nagle.
– Całka? – Sigma spoglądał na nią z niepokojem.
– Jest okej. Będzie okej… –mruknęła i spojrzała na brata.
Jej pysk był czerwony, podobnie jak klatka piersiowa. Pod łapą Sigmy leżał
pobity Bruno, a Skunks patrzył na nich przerażony, jego oczy jakoś dziwnie
świadome. – Chyba na nas czas… – wadera minęła zszokowanego wojownika i ruszyła
przed siebie. Sigma był zaraz za nią, a Wenus nie mogła zrobić nic innego jak
pójść za nimi. W końcu była w zupełnie w obcym miejscu. Skunks obejrzał sie za
nimi z uszami położonymi po sobie i zdawał się zastanawiać nad czymś
intensywnie.
– Czekajcie!–
zawołał za nimi. Całka zatrzymała się i posłała mu wściekłe spojrzenie. – Wo…
Wojowników nie ma już w obozie, może… niech… niech Szafira was trochę opatrzy.
– powiedział.
–skąd taka dobroć serca co? – Całka najeżyła się i pokazała
mu wszystkie swoje czerwone od krwi kły. Skunks zawahał się.
– Bo… Szafira nie żyje…
–I?! – Całka nalegała.
– Już… już mnie nie kontroluje… Mogę… Mogę robić i mówić co
chcę!! – krzyknął w odpowiedzi, zakasując samego siebie swoją stanowczością. Całka
opuściła po sobie uszy i spojrzała na brata.
Jak się okazało w drodze do obozu, Strzyga miała nad nimi bardzo
wielką kontrolę. Jej martwe ciało na plecach Całki już ją dawno straciło,
jednak. I zdawało się że wszyscy to poczuli, bo część wilków przywitała ich z
uśmiechami. Szafira, tak jak mówił Skunks, opatrzyła Całkę i pochowała
nieszczęsną Strzygę. „Prosto do piekła.” Prychnęła, chociaż brzmiało to trochę
sztucznie. Jednak wszyscy jej zawtórowali wesoło.
– Dobra. Uciekajcie zanim jej rodzina wróci. Jak się
dowiedzą co jej zrobiliście to będzie z wami źle. Shooo!! – Szafira machnęła na
nich łapą, irytacja w jej oczach. Już czuła na swojej skórze jak to się
skończy. Całka odetchnęła. Przed nimi była długa droga.
︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾
Całka westchnęła ciężko. Noce i dnie spędzali na dążeniu do
celu. A gdy go osiągnęli pozostało nic. Sigma załamał się niedługo potem. Jego
oczy zamgliły się permanentnie. Całka mogła tylko spać u jego boku i patrzeć
jak się stacza, bo jej słowa omijały jego umysł. Może chociaż tyle, że jej „kocham
cię” czasami sprawiało, że jego serce przyśpieszało odrobinę.
Całka tez zapłaciła pewną cenę za to wszystko. Ciąża.
Niechciana, niepewna. Jak wrócić do domu, kiedy nie wie się czy dom nadal na
nią czeka? Zwlekała. Sigma i tak już tylko chodził trzymając koniec jej ogona,
podskakując na każdy widok cienia którego tam nie było.
Czas mijał. Wenus nauczyła się tego i owego.Polowała całkiem dobrze, całkiem zgrabnie.
Jakaś wataha przyjęła ich do siebie. Całka w końcu potrzebowała miejsca na
chwilę. Czegoś w miarę bezpiecznego. Co prawda nie było idealnie, niebył to dom gdzie każdy pracował na rzecz
wspólnoty. Nie… Tutaj raczej polegało się na sobie, ale obecność innych wilków
pozwalała na spokojny sen. Na tyle ile spokojny sen u boku oszalałego brata
mogła być. Sigma coraz częściej miewał koszmary, żyjąc ten sam dzień, tę samą tragedią,
noc w noc.
Całka odetchnęła ciężko. Księżyc spojrzał na nią, a ona na
księżyc. Dom może… może jeszcze poczekać, prawda?
︾︾︾︾︾︾︾︾︽︽︽︽︽︽︽︽︾︾︾︾︾︾︾︾
I musiał poczekać. Całka urodziła dwójkę zdrowych szczeniąt.
Trzecie urodziło się martwe, jego pysk zdeformowany. Było to smutne, ale takie
było życie. Ze szczeniakami pobyła w pierwszej watasze tylko chwilę, przenosząc
je do innej kiedy tylko miała szansę. Druga wataha była znacznie lepszym
wyborem. Przypominała nieco jej stary dom. WSC, nawet jeśli tylko to o którym
słyszała z historii przed wojennych. Była ciekawa co działo się w domu, ale nie
czuła się na siłach żeby jeszcze tam wracać. Jeszcze nie.
Jej dzieci otrzymały imię Plus i Minus. Bliźnięta niemal
identyczne do siebie i z wyglądu i z charakteru. Zanim Całka się obejrzała
zdążyły dorosnąć. A Sigma stoczyć. Jego zdrowie było koszmarne i zadawało się
że każdy oddech sprawiał mu cierpienie.
– Wenus… Myślę że to czas wracać do domu. – stwierdziła
Całka któregoś wieczoru. – Może jeszcze zastanę ojca żywego…
– Mój dom, jest Twoim domem, ale nie zatrzymam cię jeśli chcesz
zostać tutaj ze swoimi siostrzeńcami. – Całka mruknęła cichutko.
– Nie.Pójdę z Tobą.
–
Tej nocy Całka pochyliła się nad bratem i ucałowała jego
czoło. Sigma spał niespokojnie, koszmary męcząc jego głowę. Po czym otworzyła
szczękę i jednym porządnym ruchem wbiła kły w jego szyję. Sigma zastygł, wziął
ostatni chrapliwy oddech i odszedł. Szybko. We śnie.
I tylko księżyc towarzyszył Całce i Wenus kiedy wracały do
domu… Do domu, który nie wiadomo jak je przywita…
Dwa dni. Tyle Całka, Mediana , Pi i Sigma już przebywali w
tej watasze. Szybko przekonali się, że panują tu pewne zasady, niepisane co
prawda, ale surowo karane za ich złamanie. Oczywiście, początkowo wszystko im
się wybaczało, cierpliwie przypominało. Jedną z takich zasad było poranne
spotkanie przy ognisku, przy kamieniu, na którym siedziała Strzyga ze swoim
mężem i rozpatrywała prośby i powitania. Na pierwszy z nich zaspali ,ale
przebaczono im, bo w sumie wieczorem przed snem nikt ich nie poinformował o tej
tradycji z powodu całej tej ekscytacji. Tak więc, dnia drugiego Całka była przy
ognisku wcześniej niż sama Strzyga, zaskakując waderę swoją gorliwością. I
obecnością też. Zdawało się, że wadera nie do końca ufała tej młodej waderze.
Jakby ta była za sprytna dla swojego własnego dobra. Ale nikt nie skomentował
tego wydarzenia.
Kolejną zasadą było bezwzględne posłuszeństwo Strzydze i
alfie. Aha.
—To ten haczyk.— Mediana odetchnęła do swojego rodzeństwa, wieczorem następnego
dnia. — Jej słowo jest najwyższym. —
—Wiemy dlaczego? Nie wydaje mi się, że tylko dlatego że jest żoną alfy. — Całka
mruknęła pod nosem.
—Nie wiemy. — Pi zamachała ogonem.
Trzecią zasadą jaką poznali, trzeciego dnia, był zakaz
wychodzenia poza pewne tereny. Przekonała się o tym Pi, która zaszła za daleko
od rzeki, może nie tyle ciekawa, co szukająca czegoś ciekawego w postaci
owoców. Złapał ją jeden ze strażników. Skunks pobiegł za nią i zatrzymał ją
zanim zaszła za daleko.
—Więc nie wolno nam wychodzić za daleko, ale też nie znamy dokładnych granic. —
Całka podsumowała tą całą sytuację.
—Tak. Skunks powiedział, że po czasie się nauczymy. — Pi mruknęła. Nie dostali
kary i powiedziane było, że jeśli będą uważni to raczej jej nie dostaną.
Strzyga była w miarę przebaczająca pod tym względem. O ile nie uciekło się
bardzo daleko od watahy taki drobny błąd jak kilometr od tej umownej granicy
był akceptowany. Zwłaszcza jeśli była to gonitwa za zwierzyną lub zbieraniem
owoców czy nawet przy zabawie z dziećmi.
—Zdarzyło mi się dojść aż do jeziora z dziećmi ,tak się zagapiliśmy. — Fiołka
zaśmiała się do Całki kiedy ta zapytała się o tą zasadę. — Ale Strzyga to dobry
wilk. Bardzo wyrozumiały. —
Czwartą zasadą była cisza nocna. Ta zapadała kiedy Strzyga
kładła się spać i trwała do rana. Należało być cichym.
Piątą zasadą było: trzymać się z dala od ludzi i psów. Cóż.
Zasada, z którą żadne z rodzeństwa nie będzie miało problemu.
Szósta zasada złapała ich znienacka w szósty dzień ich
nowego mieszkania. Było to nieodzownie obowiązkowe uczestnictwo w obrzędach.
Jakich? Całka nie była pewna. Strzyga siedziała na ich przedzie, pochylona i w
milczeniu, a Szafira z kamienia przemawiał przedziwne modlitwy, które Strzyga
powtarzała. Co dokładnie robiła? To działo się podobno dwa razy w tygodniu,
czasem na jeziorem, ale najczęściej tutaj, przy kamieniu właśnie. Ze względu na
tą dodatkową powagę jaką elewacja medyczki i najwidoczniej kapłanki w jednym
dawała. Całka miała problem z rozgryzieniem o co dokładnie chodzi. Może to po
prostu zwyczajne obrzędy, chociaż coś w umyśle Całki wręcz rzucało się do walki
z tym pomysłem. Coś podświadomie mówiło jej, że wcale tak nie jest.
—Czy wy tez czuliście się dziwnie… letcy podczas tego obrzędu?— Sigma zamrugał
dwa razy oczyma po fakcie.
—Tak. — odparły dwie wadery. Całka jedynie zmarszczyła nos. Jej odpowiedź
brzmiała nie.
—Te inkantacje, czy cokolwiek to jest… działa na nas jakoś dziwnie. — Mediana
mruknęła pod nosem.
—Najwidoczniej. — Pi zamyśliła się. — Nie powinniśmy tego słuchać. —
—Widziałem jak cienie uciekają, nie słuchają ich. Boją się. — Sigma szepnął
zmartwiony.
—Od teraz obrzędy spędzamy z uszami wypchanymi mchem. — Całka postanowiła. — Ja
jeszcze posłucham. Zobaczymy czy rzeczywiście na mnie to nie działa.
Miesiąc i pół minął odkąd przybyli w to miejsce. Nikomu
jeszcze nie udało znaleźć niczego ciekawego, bo jeszcze nie pytali. Powoli
łapali zaufanie wszystkich wokół. Strzyga zdawała się mieć swojego ulubieńca w
Medianie. Nieustannie ją zagadywała i zabierała na spacery i coś w ich siostrze
zdawało się przyciągać starszą do niej. Jednak Mediana nie była z tego tak
zadowolona. Coś w jej sercu mówiło jej, że Strzyga wcale nie jest osoba, której
wadera powinna ufać. I cóż. To prawda, ponieważ im bardziej te spotkania
narastały tym mocniej Mediana utwierdzała się w tym przekonaniu, zwłaszcza
kiedy przypadkiem podsłuchała rozmowę alf.
—Nie mogę się przez nią przebić. Zdaje mi się że mi ufa, ale ta bariera jej
umysłu… Jest inna od tej jej siostry.
Całka… to też interesujące stworzenie. —
—Obie posiadają silną barierę umysłu? —
—Mediana posiada siłę samą w sobie. Całka nie, ale mimo to jej oczy jakby
widziały poprzez moje iluzje. Pi… Pi jest tak cholernie racjonalna, że nie
jestem w stanie na nią zadziałać, a Sigma jakby miał jakiś awers do mnie, jakby
widział coś więcej niż tylko wilka, coś.. za mną. Zawsze patrzy się tak wokół,
nie wiem na co! —
—rozumiem… Znajdziemy jakiś sposób.— Bazyliszek odparł tylko szybko, na co jego
żona, sfrustrowana rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
—Oby szybko. Chociaż ich umysły są młode i część z nich nie potrzebuje mojego
udziału do budowania zaufania, mogą się z nimi pojawić problemy. —
—Mówisz, ze ona ma jakieś umiejętności kontrolujące umysł,
tak? — Całka zastanowiła się nad tym porządnie.
—Niekoniecznie, ponieważ nie odczuwam nic w moim umyśle. To raczej moje
otoczenie się zmienia kiedy przebywamy wokół niej. — Sigma zmarszczył nos.
—Tez tego nie widzę. — Pi pokręciła głową. — Jakby nic się nie działo. —
—W zasadzie… na nas podobno nie działa…—
—To nie ważne. Najważniejsze, że wiemy, że próbuje coś zrobić i wie że nie jest
w stanie zrobić tego na nas… Musimy trzymać fasadę ufności. — Całka położyła
się na bracie, liżąc go za uchem. Ten tylko zmarszczył się cały i kłapnął na
nią zębami w zaczepny sposób.
—Prawda. Co do tych gór. W starych zapisach jest wspomnienie pożaru, który
zjadł połowę tego lasu i miasto, które widzieliśmy z daleka. — Mediana ułożyła
się obok nich. — Góry zawsze były określane jako niebezpieczne. Każdy papierek
w jakim jest o nich wspomnienie… pojawia się niebezpieczeństwo. Zapiski, takie
porozrzucane, składają się w historię. Lata temu powstało tam laboratorium
ludzi, które spłonęło w wybuchu, który spowodował wiele pożarów. Trzy
dokładnie. Ostatni był największy, a miejsce porzucone. Wszystko co o tych górach
wiadomoprzekazała im była członkini
watahy, którą nazywają Sheila. Sheila podobno nadal mieszka gdzieś niedaleko.
Orzech na jej imię wręcz zrobiła się blada. —
—Nasza odpowiedź leży w porzuconym laboratorium pomiędzy górami, a drogę do
niej zna były członek tej watahy? — Całka szepnęła pomiędzy kłapnięciami na
uszy
—Tak. Jeszcze nie wiem kto to… ale..—
—Znajdziemy go. — Sigma zapewnił swoje siostry, w końcu układając siędo spania z ciężkim westchnięciem.
Całka wstała któregoś ranka wyjątkowo niewyspana. Jej głowa
była ciężka, myśli niewyraźne, ale pamięć ostra jak zawsze, bardziej cięta
wręcz zniż zazwyczaj. Jakby desperacko próbowała ją przed czymś uchronić. Jej
brat leżał nieruchomo u jej boku śpiąc w najlepsze. Jej siostry również nie
zwracały uwagi na ciężkość powietrza w otoczeniu. Całka zbita z tropu
spróbowała wstać, jednak jej łapy nie miały siły poruszyć się nawet o milimetr.
Z lekka przerażona uniosła oczy na wejście do jaskini. Tam, siedząc i szeptają
coś pod nosem była Strzyga, jej oczy delikatnie świecące, wbite w ich osoby.
Ale zdawało się, że nie widziała Całki.
—Nie widzi mnie. — stwierdziła na głos. Coś jej mówiło żeby się odezwać, a że
głos jej jeszcze służył jak należy, wydostał się z jej gardła w nieco
chrapliwym tonie.
—Nie widzi, boto takie trochę sen na
jawie. — zza jej pleców odezwał się damski głos, cichy i nieco nieśmiały.
—Co ona robi? —
—To samo co zawsze. Rzuca iluzje, próbuje wejść do waszych umysłów aby uczynić
was pionkami jak każdego w tej watasze. Trzeba doprawdy niezłej wyporności aby
w końcu się jej nie poddać. Wyporności.. albo dobrej pamięci. —
—Sheila jak się domyślam. — Całka powiedziała to całą swoją piersią. Całą
pewnością jaką trzymało jej serce. Zapadła cisza.
—Wiecie… —
—Niewiele. Właściwie tylko imię. — Całka mówiła prawdę, bo po co się ukrywać.
Bycie bezpośrednim wprawia w kłopoty, ale też często jest cechą wartościową w
takich sytuacjach.
—Rozumiem… Skąd? —
—Góry Hoem? Szukamy wejścia… —
—Nie powinniście się tam zapuszczać. —
—Wiemy. Dlatego tam idziemy, wiesz? — Sarkazm jakoś tak sam z niej wypłynął.
Całka zaraz potem ugryzła się w język.
—Rozumiem.— Sheila odpowiedziała cicho. — Wiesz… Znajdziesz mnie w domu. —
powiedziała po czym Całka otworzyła swoje oczy na dobre. Jej głowa uniosła się.
Zimne światło księżyca wpadało do wnętrza tej małej noro-jaskini w jakiej spała
z rodzeństwem. Jej pysk zwrócił się ku drzwiom, gdzie przez ułamek sekundy
złapała znikający białobrązowy ogon. Oho. Czyli ten sen nie był wcale taki
daleko od prawdy.
—Powiedziała w domu, tak? — Mediana zamlaskała.
—Tak. — Całka przytaknęła cichutko. Jej uszy ciągle słuchały, zwrócone w
kierunku wejścia.
—To wystarczy dowiedzieć się.. gdzie mieszka i wybrać do niej. — Sigma
rozciągnął się. Światło poranka zajrzało w ich oczy.
— Jedna osoba powinna tam pójść. Nie możemy ryzykować za mocno…— Pi szepnęła,
jej oczy wbite w wejście. — Jedna osoba powinna tu pozamiatać w końcu. —
warknęła nieco głośniej.
—To miała być twoja robota. — Całka wbiła się w akt prawie od razu.
—Zamiatałam ostatnio. Logicznym byłoby rozdzielać nasze obowiązki po równo.
—Iw ten sposób zabrali się do wyjścia.
—Przed sekundą dosłownie mówiłam wam że nie mam czasu dzisiaj. — Medianapodreptała na ich przód ,mało nie wpadając w
Kaduka, następnego alfę.—Wybacz. —
—Nie szkodzi. — wilk zmieszał się. Od jakiegoś czasu co rano zastawali go
niedaleko swojego małego przytulnego dobytku. Mediana i Pi słusznie
podejrzewały goo podsłuchiwanie.
Wszystko wskazywało na to, że tak właśnie jest. Na szczęście rodzeństwo umiało
dobrze zakryć się za dozą humoru i rodzinnych przepychanek.
Pi przebierała pomiędzy bandażami, przekładając je i
przysłuchując się rozmowie jaką Fiołka przeprowadzała z Szafirą. Wadera
wyglądała jakby była zaabsorbowana swoim zadaniem, biorąc je nazbyt poważnie, ale
w rzeczywistości jej uszy uważnie wchłaniały każde wypowiedziane słowo. Na ten
moment w samej jaskince medycznej nie działo się nic ciekawego. Nawet ta prosta
rozmowa wypełniająca jej umysł była zwyczajnie nudna. Dwie wadery psioczyły na
Skunksa, którego dziecko nosiła Fiołka. Najwidoczniej to tajemnicze dziecko
miało jednak ojca, co? Pi jednak nie odczuwała nudy. Czasami zastanawiała się
czy to normalne czuć się zawsze tak pusto, a jednocześnie pełna wszystkiego.
Uczucia mrowiły ją dreszczami na skórze, a mimo to nie była w stanie po nie
sięgnąć. Tak blisko a tak daleko.
—Pi. Podaj mi proszę maść z rumianku. — młoda samica sięgnęła po parę
pojemników i po szybkim powąchaniu wyodrębniła pożądany twór, zanosząc go
waderze. — No… I widzisz. Ostatnio Strzyga jest trochę niespokojna. —
kontynuowały swoją rozmowę, a Pi jakby nigdy nic wróciła do swojego
beznamiętnego zajęcia.
—Dlaczego?—
—Wygląd Ana to, że moja siostra zbliżyła się nieco za blisko do granic. Podobno
ktoś widział ja w Szumiącej Gęstwinie. — Szafira zdawała się być bardzo
niezadowolona z tego faktu. — Ta pieprzona… — zatrzymała się w pół słowa. Pi
podejrzewała, że przygląda się tyłowi jej głowy. Wadera zdecydowała się
kompletnie zignorować ten fakt kontynuując cokolwiek robiła.
—Rozumiem. Sheila nigdy nie była… normalna.. —
—To wariatka. Wiedźma. Określajmy rzeczy po imieniu! — Szafira mało nie rzuciła
kubeczkiem na maść. Pi na szczęście zdołała go odebrać z jej łap. Pracując tu
jakiś czas młoda samica odkryła, że zielona medyczka miała niemałe problemy z
emocjami. Ale Pi przywykła, Całka nie była lepsza. Chociaż u Całki działało to
odrobinę w drugą stronę, bardziej chowania niż jawnej agresji. Zażerała się od
środka zamiast męczyć wszystkich wokół.
Sigma przechadzał się wraz z Woodym. Patrolowali granice,
które samiec powoli wbijał sobie w głowę. Ich łapy i słuch usiały być
uważniejsze w Szumiących Gęstwinach na życzenie samej Strzygi. Sigma zaśmiał
się pod nosem na samą myśl o tej przezabawnej rozmowie jaką musiała z nimi
odbyć samica.
—Na kogo mamy uważać?—
—To nie jest istotne. Macie uważać!— w cale nie podejrzane! Sigma przypuszczał,
może bardziej podświadomie, kim może być ta nieziemsko niebezpieczna figura.
Cienie szumiące między drzewami kiwały w jego kierunku głową.
—Dalej nie idziemy. — Woody zatrzymał się w pół kroku. Sigma postawił jeszcze
dwa w kierunku, w którym szli. W oddali majaczyłlas, więcej lasu i las. Ale to co było
wyjątkowe to osadzona daleko mała chatka z wieżyczkami, które powoli
podsypywały się nadgryzione przez czas. Stała tam, patrząc się prosto w jego
oczy.
—Dlaczego? —
—Tam dalej, za pagórkiem. — „Za jakim pagórkiem?” — Mieszka wiedźma. Mamy zakaz
w ogóle zbliżania się. — starszy basior wytłumaczył. Sigma uśmiechnął się i
spojrzał w jego niebieskie oczy.
—Okej. — kiwnął głową, odwracając pysk od tej chaty, która rzekomo stała za
pagórkiem. Za jakim pagórkiem?
—Mamy więcej informacji niż przypuszczałam. — Całka
odetchnęła, jej pysk wykrzywiony w uśmiechu.
—Ty powinnaś pójść. — Pi odezwała się z boku. — Do medyka, jutro oczywiście. —
dodała. To był ich kod. Pi usłyszała kogoś przy drzwiach.
—Nie muszę. To nawet nie jest porządny kaszel! — Całka wzburzyła się nieco na
niby.
—Ja też nie uważam żeby to było potrzebne. Noc przyjdzie, kaszel pójdzie.
—Całka przytaknęła Sigmie.
—A ja uważam że zostanie.Dzisiaj jest
chłodno.— Mediana tupnęła nogą. Całka zakasłała na niby.
—Myślisz? — Całka przysiadła.
—Myślę. Ale jutro, nie musisz iść do medyka. Myślę, że przez jutro noc
przejdzie. Zapowiada się ciepły wieczór. — Mediana próbowała im coś przekazać.
Niech jej więc będzie. Całka zakasłała po raz ostatni. Jej ciało skuliło
sięna boku brata, a rodzeństwo szybko
dołączyło do tego skupowiska sierści.
Mediana miała rację. Tej nocy ich jaskinię odwiedziła
Strzyga. Jak w zegarku, co drugi dzień przyłaziła i męczyła ich w ich snach.
Rodzeństwo już mniej więcej połapało się co się dzieje. Samica przychodziła i
szeptała zaklęcia lub inne gówno. Wchodziła do ich głów i mieszała ze
wspomnieniami, malując swój obraz jako coś totalnie perfekcyjnego. Jednak nie
mogła przewidzieć, że każde z rodzeństwa ma na to jakąś reakcję obronną.
Mediana głowę miała silną, wyhartowaną krytycznym myśleniem i badaniem spraw w
aktach śledczych aby móc je poprawnie zaklasyfikować.Jej umysł nie wpuszczał Strzygi tak prosto, a
zbyt silne naciskanie przebudzało biedną waderę z jej uroczych snów o
papierologi w jaskini wojskowej. Jak tak można!
Pi była zwyczajnie zbyt odcięta od swoich emocji. Jej zimna kalkulacja nie
pozwalała na asocjację czegoś tak absurdalnego jak byt idealny. Więc to już
sama ideologia Strzygi rozpływała się w jej umyśle jako absurd niemożliwy do
osiągnięcia. A jeśli już udało się jej coś wbić w głowę wraz z porankiem
wszystko rozpływało się wraz ze snami, umysł przekonany że bezsensowne śnienie
nie jest potrzebne jej do życia.
Sigma chłonął wszystko jak gąbka, z czego Strzyga cieszyła się niemiłosiernie.
Jednak jego oczy jakby zdawały się patrzeć na nią tak uważnie i nieco
ciekawsko, ale nadal jakby obok. Coś zatrzymywało go przed wiarą w to że
Strzyga może być tym ideałem, który tak uparcie im przekazuje. Coś… ktoś…
jakoś. A więc wszystko co mu przekazuje rozpadało się jak zamki z piasku
podczas sztormu.
A Całka. Całka była w ogóle zagadką w oczach Strzygi. Jej umysł nie był
osłonięty niczym. Był łatwy w manipulacji. W teorii. Ale jednak Całka wstawała
co rano i spoglądała jej w oczy tymi swoimi dwukolorowymi ślepiami, zupełnie
obojętnymi, znudzonymi jej wywodami. A przecież powinna widzieć ją jako jej
lidera, ukochanego boga, jak wszyscy wokół. A jednak Całka tego nie robiła.
Sama wadera miała przypuszczenie dlaczego. W jej głowie bowiem pojawiały się
dwie wizje Strzygi. Ta którą poznała i ta która nawiedzała ją nocami. Łatwo
było odróżnić sztuczny wizerunek wadery od tego wygenerowanego. Czasami
pamiętliwość Całki się opłacała, bo pomimo, że jej głowa miała tendencje do
paskudnych migren i ciągłego pamiętania, to w takich sytuacjach zabezpieczała
ją przed najgorszym.
Ale Strzyga próbowała. Musiała znaleźć jakąś rysę, pęknięcie, które pozwoli jej
na ukształtowanie tych młodych umysłów jak jej się żywnie podoba. Może powinna
podejść do tego trochę inaczej…
Całka podniosła głowę. Jej serce biło jak szalone. Jej łapy
przesuwały się po runie leśnym z największą uwagą, a uważne oczy spoglądały w
daleki las. Sigma pokierował ją dość dokładnie. Gęstwiny, pagórek, chata. Tam
znajdzie wiedźmę, która jest siostrą Szafiry, a której imię jest Sheila. Ta
sama wariatka, która uraczyła ją cudownym snem na jawie, który wyjawił
nieczyste zagrania Strzygi. Cóż. Wypadałoby jej podziękować. Jej rodzeństwo
wiele na tym zyskało w ostatnich trzech miesiącach egzystowania w tej dziwnej
watasze. Może raczej kulcie. To watahy nie przypominało. Każdy na zawołanie
Strzygi i nikt nie widzi jej niedociągnięć i niepoważnych zachowań. Ona nad
wszystkim panuje jak wszechmogący bóg spoglądający na swoje mrówki. No cóż. Co
kogo bawi tak? Całkę bawiły Góry Hoem, do których czuła silne przyciąganie i
jeszcze silniejszą potrzebę ich odwiedzenia. A żeby móc to zrobić w jak
najbezpieczniejszy sposób musiała najpierw je odrobinę poznać.
Droga nie prowadziła jej daleko, gdyż Całka musiała zboczyć między drzewa,
które zasłaniały świeży księżyc. Wadera była uważna, na tyle aby nawet
zamaskować swój zapach, chociaż deszcz jaki przyszedł tego wieczora bardzo jej
pomógł. Zapach wilgoci i błota z pewnością był przyjemny zarówno dla jej węchu
jak i misji.
Ten cały Szumiący Gąszcz czy jak temu było, był laskiem pełnym drzew
liściastych. Zupełnie jakby dobra, stara sosna nigdy nie zawitała w te strony.
Żadnej tak dobrze znajomej igły nie było w okolicy tej watahy, czy nawet tych
psów. Jak dawno czuło się zapach tej typowej dla iglastych drzew żywicy. Aż
smutno robiło się na myśl, że innym wilkom mogła się ta cudowna woń nigdy nie
ukazać. Cóż. Całka kochała swoje lasy iglaste i trochę za nimi tęskniła. Liście
bywały dość… nudne. I nieprzewidywalne. Opadały na jesień, tak jak teraz.
Powoli różowiły się, a kolory jesieni wdzierały się w ich paletę, wypychając
zieleń w niepamięć. Jeżeli się nie pospieszą ze swoimi wyprawami, może zastać
ich pierwszy śnieg, a to byłaby niepotrzebna strata czasu. Poza tym nie wiadomo
jak długo będą w stanie jeszcze znieść ten szereg zaklęć i nieznośnych wyczynów
Strzygi. Szkoda byłoby utknąć z nią do odmrozów, a i tak w górach zima pewnie
trwałaby dłużej, więc i do lata w tym szalonym miejscu. Nie, Całka odmówi.
Jej łapy przeskoczyły nad małym strumyczkiem. Las ustąpił nieco trawie i wolnej
przestrzeni, która cudownie pachniała kwiatami i uciekającymi w niepamięć
kwitnącymi trawami. Całka zajrzała przed siebie. Księżyc w milczeniu oświecał
jej drogę, pomimo że nie potrzebowała tego małego detalu aby doskonale ujrzeć
małą wieżyczkę wiszącą ponad ciemnym nocnym niebem. Za pagórkiem. Za lasem. To
tu.
Całka zbliżyła się pewnym krokiem. Nie miała nic do ukrycia,
nic do schowania. Zresztą, jeżeli to co mówili o tej waderze było prawdą, była
wiedźmą. Miała moce, więc pewnie i już wiedziała o nowym gościu. I młoda
wilczyca nie myliła się za bardzo. Zbliżając się, drzwi tej nieco zdezelowanej
chaty uchyliły się, a z nich wysunęła się kobieta. Człowiek, jakby ręką aniołów
malowany.Jej skóra była blada, może
nawet nieco niebieskawa w tym świetle nocy. Jej oczy, zielone i takie
nieludzkie wbiły się w waderę z delikatnym zaskoczeniem. Jej ręce i nogi,
okryte kawałkiem szaty, zdobiły różowe i zielone pasy, jakby tygrysie. Kobieta
uśmiechnęła się ciepło.
—Spodziewałam się was, jednak nie tak szybko! Gdzie twoje rodzeństwo? —
przemawiając jej postura zmniejszyła się, a ubrania opadły na zimną trawę,
która jeszcze nie wyschła z rosy. Zaraz potem stanęła przed nią wilczyca,
większa od Całki, baczniejsza. Jej niebieska sierść lśniła pasami i kolorami, a
czubek głowy ozdabiała gęsta fryzura rosnąca prawie od samego początku pyska.
—Ah… — Całka zawahała się.
—Rozumiem zdziwienie. Ale to nie moja pierwsza forma, nie ostatnia. Jako
człowiek po prostu łatwiej jest się chować. — odpowiedziała Sheila na nieme
pytanie zawarte w zaskoczonych Całkowych oczach. —Mamy niewiele czasu. —
ponagliła ją. Całka zamrugała dwa razy. Racja. Nie ma co kwestionować starych
wariatów. Oni mają swoje sposoby na przetrwanie.
—Góry Hoem… — mruknęła. — Musimy się tam dostać.. —
—Jesteście pewni, że chcecie tam iść. Możecie nie znaleźć tego co szukacie. —
—Czy to ma znaczenie? Jeśli dowiemy się cokolwiek to będzie dobrze. Cokolwiek…
— Całka odparła. W jej sercu, w jej pamięci, w jej umyśle, w jej świadomości
wiedziała, że znajdą coś. Tylko czy im się to spodoba?
—Rozumiem, że nie ważne co powiem to tam pójdziecie. — Całka przytaknęła. — No
cóż. … — zapadła chwila ciszy, kiedy starsza wadera wyraźnie zatopiła się w
myślach. — W dolinie między szczytami leży laboratorium ludzi. Porzucone od
trzech lat. —
—Tego szukamy. — wspomnienie błysnęło w głowie całki. Klatka, ciepłe ręce, igła
i białe ściany. Ten zapach… zapach którego nie da się przypisać do nikogo
innego jak sterylnego człowieka.
—Ah… Przejście tam zajmuje około dwie godziny. Musicie wejść od naszej strony,
pomiędzy tymi dwoma szczytami. — uniosła łapę, Całka podążyła za nią, zapisując
sobie w umyśle gdzie dokładnie ma iść. — Będziecie się kierować prosto i
szybko. Ścieżka poprowadzi was do rozwidlenia. Nie pójdziecie żadnym.
Wkroczycie w śnieg i śmierć… idziecie prosto. — Całka przytaknęła, jej oczy
nadal wbite z uważnością w dwa najwyższe górskie szczyty od tej strony.—Wasza droga nie będzie prosta, ale jeśli
zachowacie trajektorię dojdziecie gdzie potrzebujecie. Pamiętajcie jednak… że
to było dobrze chronione laboratorium. Po drodze na pewno znajdą się pułapki,
jeśli nie horrory jakich się nie spodziewacie. Martwe ciała. —
—Błahostka. — Całka widziała ich dużo podczas wojny i choroby. Pomagała nawet
wygrzebywać groby na popioły jakie zostały po spalonych.
—Monstra. —
—Walczę z nimi dzień w dzień. Noc w noc. — Całka pokręciła głową. Nie tylko
ona..
—Śmierć bliskich. —
—Oby nie. —
—Prawdę… —
—Czyli jednak coś znajdziemy? —
—Nic co by się wam mogło spodobać. —
—Cokolwiek to jest… — Całka szepnęła. Gotowa była na własną śmierć. Gotowa jak
nigdy.
Jej łapy uderzyły o zimny kamień, oczy wbiły się w polanę
przed nią. Szukała ruchu, dźwięku, zapachu. Ale nic. Wszystko stało jakby
martwe. Zbyt martwe. Całka zmierzwiła własne włosy, ziewnęła potężnie aby oczy
zaszły jej łzami i podrapała się pod brodą. Jej maskarada musiała być
wiarygodna gdyby przyszło co do czego. Ruszyła do siebie, położyć się obok
rodzeństwa.
—Hej… — ale musiała się zatrzymać na widok wychodzącego zza rogu wilka. Uniosła
głowę, prztyknięte oczy zerknęły na Skunksa. — co robisz na zewnątrz? —
—Szczam. — odparła, jej głos niezadowolony. Basior nieco speszył się na jej
odpowiedź.
—O… Ok… Em.. Nie powinnaś wychodzić z … nory. —
—I co? Mam szczać pod siebie? —
—Em… nie? —
—To się odczep od mojej wyprawy w krzaki. — warknęła sztucznie zirytowana. To
zdało się odstraszyć biednego strażnika. —A teraz… Wybacz ale idę dalej spać… —
mruknęła pochylając głowę zaspanie. Oby się jej udało…
Całka dość szybko przekonała się, że wcale jej nie wyszło
tak jak przypuszczała. Strzyga doskonale wiedziała, że ta wymknęła się pod
osłoną nocy. Skąd? Kto ją tam wie. Najważniejsze, że pojawiła się przed jej
pyskiem zanim ta weszła do jaskini. Wadery zmierzyły się wzrokiem, obie uparte
i zacięte. Całka porzuciła swoją grę prostując się i wykrzywiając. —Gdzie byłaś? —
—Kto pyta?— odpowiedziała dość nieprzyjemnie. Obie były spięte, gotowe do
rzucenia się na siebie, ale jednocześnie obie maiły trochę wyrafinowania w
swoich poczynaniach.
—Strzyga. Twoja alfa. — wadera była pewna swoich słów, uśmiech na jej pysku, szeroki.
Zbyt szeroki. Przed chwilą był grymasem niezadowolenia.
— Przykro mi ci to powiedzieć, ale nie działają na mnie twoje sztuczki. — Całka
mruknęła, jej obojętność powróciła na jej pysk. Strzyga natomiast zrzuciła z
siebie maskę pełną iluzji ukazując nic tylko wściekłość i irytację.
—Jesteś strasznie nieposłuszna. Pyskata. Głupia w swojej zuchwałości. — odparła
starsza, jej pierś wypchnięta do przodu, oczy skupione na tych Całki, która
niewzruszona stała przed nią, ani dozy strachu w jej oddechu czy ruchach. A
mimo to Całka się bała. Może niekoniecznie samej Strzygi, chociaż ta była
nieprzewidywalna, ale bardziej tego co ją czeka. —Wilki jak ty powinny być
ułożone. Wyświechtane.Zbite jak pies. —
A mimo to Całka nie pozwoliła sobie nawet na urwany oddech. Wiedziała w co się
pisze. Dlatego to ona uciekła w noc. No i także dlatego, że bez dwóch zdań
najlepiej widzi w ciemnościach i najlepiej pamięta drogę. —Za mną. —Całka
mogłaby się nie posłuchać. Zawołać rodzeństwo i uciec, ale… czuła na sobie oczy
więcej niż jednego wilka. Ryzykowałaby odrobinę za dużo. Jeżeli jej kara była
niezła musztra, gotowa była przyjąć ją na swoją skórę bez jednej łzy w oczach.
Strzyga stanęła przed nią. To był pierwszy raz kiedy
wprowadzili ją do jaskini alf. Nikt inny nie miał tu zazwyczaj wstępu. Całka
nie mrugnęła kiedy poczuła obecność za sobą. Oczywiście, że będzie tu cała ich
rodzina. Nieco zakłopotany Eliot, milczek, siedział sobie pod ścianę drapiąc
się po głowie. Zorza chichotała pod nosem, jakby matczyna psychoza przeniosła
się połowicznie na nią i napawała ją chęcią i radością czyjegoś cierpienia.
Kaduk stał za nią, większy nieco, silniejszy z pewnością. Był tam tez ktoś
jeszcze, oprócz samego alfy lezącego sobie wygodnie w legowisku, gdzie ułożyła
się też Strzyga. Całka nie odwróciła nawet głowy słysząc obce kroki. Spuściła
jedynie uszy w ostrzeżeniu, w wiadomości, że wie. Że wie ilu ich jest ,a i tak
dumnie stoi przed nimi.
—Gotowa do pęknięcia co? — Kaduk zarechotał, na co Całka tylko przekrzywiła na
niego głowę, w końcu poruszając się. Jej szeroki uśmiech widocznie zbił go z
tropu. Ale nie powiedziała nic. Nie było takiej potrzeby. Ziarno złości i
niepewności zostało zasiane. No cóż. Całka pogarszała sobie swoją sytuację, ale
jej osobowość nie pozwalała jej rozwiązać. Zresztą, kto by o to dbał.
—Kaduk, uspokój się. — Bazyliszek tylko uniósł oczy na syna aby ten od razu
zacisnął kły w frustracji i zatrzymał się w pół kroku. —Odpowiesz nam na nasze
pytania i może twoja kara będzie lżejsza. —
—Ależ oczywiście. — Całka mruknęła. Jakby to miało się stać, yhymm… Już na
pewno.
—Jak wyszłaś z jaskini? — alfa zmierzył ją wzrokiem, a widząc jej rozszerzający
się uśmiech już wiedział co go czeka i tylko odetchnął.
—Na łapach. — odparła, jej nogi uginając się pod naporem obcego ciała
przyciskającego je do ziemi.
—Oczywiście.. — wilk przetarł skronie. — Po co? —
—Przejść się. —
—Przejść się… — powtórzył jak echo. Całka poczuła jak po jej plecach
przecierają się pazury. Aż sobie sapnęła. Jej świeża krew potoczyła się po jej
bokach. Nieprzyjemnie. Czyli tak to miało wyglądać. No dobrze. Skoro chcą ją w
kawałkach na ziemi będą musieli się postarać. Wiele trzeba aby złapać jej
upartość. Musieli by odebrać jej cel z oczu. A to dość ciężko zrobić jeżeli
żadne z nich nie umie przesuwać gór.
—Przejść się gdzie? —
—Przed siebie. — cis za ciosem padał na jej łapy i plecy. Zapach krwi tak
słodko unosi się w powietrzu.
—Dokąd? —
—Prosto… — w sumie bardzo nie kłamała. Roga do wiedźmy była dość prosta w
dosłowności tego słowa znaczeniu. A mimo to otrzymała kolejny cios. Zachwiała
się od nich na przednich łapach, jej oczy rzucając spojrzenie Kadukowi, który
zirytowany stał nad nią, jego pazury i kły pełne jej sierści. Zaśmiała się
tylko jakby pod nosem. Cóż za tragedia. Parę ran ot co.
—Daję ci ostatnią szansę aby się wypowiedzieć… — Bazyliszek szepnął złowrogo.
Całka uśmiechnęła się i zapadło milczenie. Oczekiwanie. Ale Całka jedynie
uniosła szybko głowę. Za nią odbyło się jęknięcie bólu, a nieprzyjemne łapy
zniknęły z jej ciała, łapiąc się za nos.
—No dobra… Podpisałaś swój własny los. — Strzyga warknęła wściekła. —Do tej
pory byłaś dobrą waderą. Posłuszną. Więc darujemy ci życie. — Całka była pewna,
że ta „lżejsza” kara była jedynie pretekstem aby widzieć jak Całka płacze i
wije się pod jej siłą. Ale Całka już mentalnie przygotowała się na wszystko.
Prawie wszystko.
Całka popatrzyła na swojego brata z niemałym
niedowierzaniem. Powiedzieć, że była wściekła to odrobinę za mało. Prawdziwa
furia wdarła się w jej duszę i wyżerała dziurę w jej sercu z każdym jego
słowem. Otóż. Jej brak idiota zdecydował się odwiedzić jedną z wiosek obok
których przechodzili tak spokojnie i skryci, aby właśnie nie skończyć jak on.
Bowiem chcąc pójść po jakieś jedzenie, drogę albo coś innego sensownego, wrócił
z raną postrzałową i nożem wbitym delikatnie w szyję. Ktoś postrzelił jego
tylną łapę a potem rzucił w jego stronę nożem. Nie trafił za dobrze ani razu,
gdyż Sigma nadal chodził w miarę prosto, kula mijając wszystkie ważne narządy i
nerwy, ale i tak…to draśnięcie widniało
na jego łapie jak to na tej Całki.
—Czemu ty jesteś takim idiotą? — Mediana wypowiedziała słowa która Całka miała
w głowie. W końcu jak można być tak głupim?!
—Przepraszam, ok?! — samiec zmarszczył nos, niezbyt zadowolony z nagłej uwagi
jaka oferowały mu siostry. On także dostał swój własny prowizoryczny bandaż,
opieprz i grupka wilków w pośpiechu ruszyła w dalszą drogę. Całka jak zwykle na
przedzie, pilnowała aby przechodzili w jeszcze większym cieniu niż zwykle.
Aż nie doszli. Wielki las otwierał przed nimi swoje ramiona.
Drzew nie były tak wysokie i gęste jak w tej niby puszczy przez jaką
przechodzili jeszcze paręnaście godzin wcześniej.Był to lasek… mieszany. Trochę przypominał
ten, który wychował ich pod swoimi liśćmi, tylko ze znacznie większa ilością
brzóz. Stanowczo większą ilością brzóz. Jakby połowa tego lasu składała się wyłącznie
z nich. No ale cóż.
—To nie jest najszybsza droga… — Całka zmierzyła wzrokiem góry, w których
stronę zmierzali. — Powinniśmy iść tam… — wskazała ku nim. — Mówiłam wam że
powinniśmy obejść to duże miasto na około. —
—I co? Ryzykować śmiercią? Wolę na około a bezpieczniej. —Mediana zaszczekała
przechodząc obok siostry. Jej łapy otarły się z miłością o grunt lasu. W końcu,
pomiędzy tymi szeleszczącymi liśćmi czuła się jak w domu. Odetchnęła pełną
piersią świeżym, leśnym powietrzem.
—Tyle bezpieczniej, że nasz ukochany debil ma postrzeloną łapę. — Całka spuściła
po sobie uszy, jej oczy strzelając piorunami w kierunku zawstydzonego brata.
—Już przepraszałem! —
—Do końca życia będziemy ci to wypominać. — Pi wtrąciła się zza jego pleców,
jej wzrok pusty, pysk poważny, ale iskierka rozbawienia płonęła gdzieś za tymi
słowami, tylko że postawiona bez ognia, który był jej matką.
—Dokładnie. A teraz.. Mediana! Nie idź tak daleko bez nas. Nie wiemy czy ktoś
tam nie mieszka!— Całka warknęła na siostrę.
—Dajże mi spokój… Wszystko jest…— Mediana zatrzymała się w pół słowa, jej
odwrócony pysk zatrzymując się na czymś miękkim.
—Twoja towarzyszka mówi mądrze. — głos obcej wadery przebił się przez nagłą
ciszę. Jej brązowe futro lśniło
delikatnie, zadbane i wyszczotkowane. Jej brzuch pokrywała biała łata ciągnąca
się na pysk i oplatając także ogon wyglądała jakby próbowała przejąć jej ciało.
Jej delikatne logi opadały swobodnie na jej pysk. A Jej żółte ślepia wbijały
się w duszę Całki, która cała zjeżyła się na jej widok. A mimo to jej umysł nie
rozpoznawał tego wilka, który stał przed nią.
—Oh.. Em… —Mediana wycofała się powoli. Jej pewność siebie po prostu wyparowała
wraz ze spotkaniem jej nosa z białą piersią nieznajomej.
—oh. Nie martw się. — samica zaśmiała się. — Wyglądacie na nieco zgubionych. —
—To akurat najmniej trafne spostrzeżenie. — Pi wysunęła się zza swojego rodzeństwa,
jej dwukolorowe oczy wbijając się w obcą równie intensywnie co ona w nich.
—Akurat mamy niezawodnego przewodnika, którego powinniśmy byli słuchać i obejść
miasto na około, zamiast pchać się tędy. —
—Przepraszam? — Mediana szepnęła niezbyt pewna co powiedzieć, częściowo chowając
się za Całką.
—Oh. Rozumiem zatem ,że wiecie doskonale gdzie iść. — samica uśmiechnęła się do
nich. Mediana i Całka zadrżały. Za tym uśmiechem było coś złowieszczego, coś
czemu nie warto było ufać. — Będziecie przechodzić więc pewnie przez ten las,
tak? —
—Tak. — Całka odparła bez zawahania, w końcu opuszczając futro i prostując się.
Jej nagła zmiana postawy nieco zbiła z tropu obcą, tak przynajmniej się
wydawało.
—No dobrze. Pozwólcie, że się przedstawię. Na imię mi Strzyga! —
—Całka. To jest Mediana. Pi i Sigma. —
—Miło mi was poznać. Witajcie na ternach Watahy Burzowego Wilka! — Strzyga
zaśmiała się donośnie i niby szczęśliwie, ale czy tylko Całka usłyszała ten zgrzyt
jej zębów? — Zapraszam was do nas, na chociaż mały poczęstunek! —
—Nie wiem czy to najlepszy… —
—Czemu nie! — Sigma przeszkodził Całce w jej wywodzie. Ich oczy spotkały się,
zmierzyły. Ale jej brat zdawał się być pewien swoich słów. Jego ślepia bowiem
zobaczyły coś czego wcześniej nie widział. Brak cienia. Brak przeszłości. Ten
las zdawał się być jedną wielką próżnią w jego umyśle. Sama Strzyga nie miał
cienia, a każdy go miał! Najwidoczniej prawi każdy. I to go intrygowało. Więc
dlaczego by nie podejść z nimi, skoro i tak zdają się być dość przyjaźni.
Mediana miała podobne odczucie w głębi siebie. Poczęstunek wydawał się
przyjemną myślą, zwłaszcza że nie jedli nic przez cały dzień. Niby nic
wielkiego dla wilka, ale jednak jeśli taka opcja się pojawia dlaczego by z niej
nie skorzystać. Do tego wszystkiego, wataha może przyniesie ze sobą odrobinę
nostalgii, miłości, potrzeby.
—Z jak daleka przybywacie? — Strzyga próbowała utrzymać
jakiś pozór rozmowy, kiedy prowadziła ich przez nieznane im lasy. Całka
obserwowała uważnie swoje otoczenie, przez jej głowę przemykały się obrazy
ognia. Gdzieniegdzie była w stanie dostrzec popiół pokrywający kawałki ziemi i
nowo wzrastającej trawy, tka zielonej że aż serce cieszyło się na jej widok.
—Wataha Srebrnego Chabra. To spory kawał stąd. — Mediana odetchnęła dotrzymując
kroku nieznanej waderze. Sigma szedł zaraz po jej drugiej stronie z ciekawością
przyglądając się czemuś wokół nich, czego oczy żadnej z samic nie mogły
dostrzec. Pi trzymała się za nimi, a Całka w ogóle z tyłu, ostrożna. Musiała
zadbać o swoją orientację w terenie.
—Dobry rok podróżowaliśmy. — Sigma szepnął, jakby bojąc się spłoszyć cienie
tańczące pomiędzy drzewami. Widział jak małe palmy skakały wokół dużych, jak
niektóre uciekały i upadały w jasnych przebłyskach, jakby ognia. Czasami Sigma słyszał
ich rozbawione głosy, a krzyk bólu rozmywał się wśródszczęśliwości i miłości tego miejsca. Cóż za
niesamowitość. Cóż za wyjątkowe miejsce. Szkoda tylko, że z tak mroczną
przeszłością, która mimo wszystko wydzierała się swoimi szponami spod tej słodkiej
przykrywki szczęścia. A cienie uciekały od Strzygi. Sigma spojrzał się na nią,
ale ona jakby nie widziała tego przerażenia i pośpiechu w krokach tych
niewidocznych fragmentów przeszłości.
—To naprawdę daleko. Uciekaliście od czegoś? —
—Trochę od walk politycznych, trochę także poszukać naszego pochodzenia. — Pi mruknęła
zza jej pleców, jej uszy słuchając świata dookoła.
—To koszmarne. U nas nie ma walk politycznych, są wyłącznie debaty. Zobaczycie
jak jest tu przyjemnie. Może nawet się osadzicie. W każdym razie. Macie jakiś
konkretny cel?—
—Podobno nasz cel leży tam… pomiędzy górami. — Mediana uniosła głowę, ale korony
drzew dawno pochłonęły już zamglone szczyty.
—Oh. — Strzyga zdało się, że zjeżyła się na samą myśl o tym miejscu. — Góry
Hoem. To koszmarne, koszmarne miejsce, przyniesie wam nic tylko śmierć! —
„Ona coś wie.” Przeszło przez głowę Całki. Jej oczy rozszerzyły się na samą
myśl o nowych informacjach.
—Są zabójcze jak się domyślam… — Całka odetchnęła ciężko. — Przypuszczaliśmy że
tak może być. Ale jednak coś nas do nich ciągnie. —
—Niemożliwe jest przez nie przejść. Ich magia sprawia, że ludzie, wilki, ptaki…
gubią się. Przepadają w nieznane. — Strzyga odchrapnęła gardłowo. Jej ton
zmienił się z ostrzegawczego na złowieszczy, a przynajmniej taki podton przybrał.
Jakby nie chciała aby wilki nawet zbliżały się w ich kierunku.
—Rozumiem. — Całka odparła, jej głowa już planowała ich przeprawę, po zdobyciu
większej ilości informacji. Na razie należałoby leżeć w cieniu, czekać, jak
wyrafinowany łowca. A Całka była łowcą doskonałym w swoim skromnym mniemaniu.
Ich domem okazała się polanka otoczona norami i jaskiniami
wyżłobionymi z niewielkich pagórkach. Wszystko to przyozdabiało ognisko ikamień postawiony ponad nim. Pomarańczowa
poświata wypalającego się ognia rzucała swoje odcienie na pobliskie drzewa i
rośliny, sprawiając, że wszystko wyglądało jakby miało zaraz stanąć w
płomieniach. Całka machnęła ogonem z niepokojem. Czyżby trafili do piekła?
Piekło przeżyli, z piekła wyszli, przez piekło przeszli. Jeszcze jedno piekło
tylko pomuska ich sierść.
—Kochani! — Strzyga z zadowoleniem wkroczyła w ciepło ogniska. Noc powoli
wznosiła się na niebo, a zatem wszyscy zdawali się być zebrani mniej więcej do
kupy w swoich domach. Głowy wilków powoli wysunęły się z jaskiń, a mały tłum
zebrał się wokół tego słodkiego centrum. Wilków nie było wiele, może z
dziesięć, a jednak zdawało się jakby były bardzo zżyte. — Przyprowadziłam nam przyjaciół
na poczęstunek. Przynieście jedzenia i najlepszego trunku! —
—Oh. Ja nie piję. Wodę poproszę. — Całka odsapnęła.
—Oh. A to dlaczego? — Strzyga puściła jej swój uśmiech, który zdawał się być
jej sprawnością firmową. Nic nieznaczący grymas , który musiała nosić na pysku
całe swoje życie, tak?
—Mój żołądekbardzo źle go znosi. —
skłamała, ale najwidoczniej to wystarczyło. W rzeczywistości Całka miała swoje
za uszami. Zwłaszcza kiedy była młodsza i alkohol był jedyną ucieczką od
zabijającej jej rutyny i zmartwienia. Kiedy alkohol był jedyną ucieczką od
ścigającej ją poczucia winy, zamieszania w głowie i tego przeszywającego bólu
pamiętania. Najgorsze, że nie ważne ile wypiła, nie mogła zapomnieć. Nie mogła
zapomnieć nic. Przerażona odnajdowała swoje miejsce w kącie nory i patrzyła
przez oczy przeszłości na ojca kulejącego na łapę, zmęczonego w swojej jaskini.
Na Sigmę zmęczonego chorobą, na skraju śmierci. Na Pi, która mało nie odeszła
razem z nim, która straciła tak wiele za sprawą … czego? Wojny? I Mediana. Ta
wariatka, która od zawsze kochała jaskinię wojskową, tak wiele ryzykowała i jej
słowa zawsze godziły Całkę prosto w serce. A że Całka, młoda, głupia, niewiele
umiała sama powiedzieć bez krzywdzenia wszystkich wokół, nie mogła zapobiec
niczemu co działo się między nimi. Do tej pory te same czasy przychodzą do niej
nocami, męczą ją. Zabijają powoli od środka przyćmiewając dobre wspomnienia.
—Rozumiem. Wody i najlepszego trunku! —
Zapoznali się ze wszystkimi, najedli i siedzieli wokół
palącego się ogniska. Ta Wataha, Wataha Burzowego Wilka, została założona wiele
lat temu z dala od tych terenów przez Burzowego, wilka który podobno był bogiem
i wniósł wilki do ich wyżyn intelektualności. No cóż. Co komu w duszy gra.
Potem po pożarach i podróżach wilki znalazły się tu. I przeżyły pożar, który
przeniósł się właśnie z gór Hoem, ale odbudowali swoje miejsce, swój ‘dom’. I
teraz życia w spokoju. Alfą jest Bazyliszek, brązowy wilk z siwą bródką i
siwymi włosami. No cóż. Całkowe pięć lat nie porównywało się do jego dziesięciu.
Mógł mieć już te swoje siwe włosy. Strzyga była młodsza i była samicą alfa. Jej
prawą ręką była Orzech, a medykiem tego przybytku była Szafira. Do tego
wszystkiego alfy miały swoje trzy wyrośnięte już szczeniaki.
—To co? Jak wam się podoba? — Strzyga zagadnęła unosząc kubeczek pełen mocnej
nalewki. Sigma zaśmiał się i uniósł swój kubek. Z nich wszystkich miał
najlepszą głowę do picia i zaskakująco, najrozważniejszą.
—Jest doprawdy bardzo przyjemnie. To aż zaszczyt spotkać kogoś miłego po takim
czasie podróży i tylu.. wypadkach. —
—Wypadkach? — Bazyliszek uniósł swoje zielone oczy w ich kierunku.
—Ah tak. — Mediana odetchnęła ciężko. — Sigma i Całka .. oni… ten.. zostali
ten.. postrzeleni nie? — mieszał się jej nieco język .
—Nic wielkiego. — Sigma machnął łapą. Całka mu jedynie przytaknęła.
—Oi. Myślę że mogę na to zajrzeć. — Szafira uśmiechnęła się do nich. Starsza
wadera wydawała się mieć równie nieprzyjemnie sztuczny uśmiech co Strzyga,
tylko bardziej zmęczony życiem niż złowrogi.
—Znasz zasady Szafiro. — Bazyliszek odetchnął. — Możesz zajmować się tylko członkami
watahy i wyjątkami. —
—Pamiętam .— wadera straciła swój uśmiech i rzuciła samcowi wzrok, który Całka
kojarzyła tylko ze wzrokiem ojca zirytowanego na swoich pacjentów. Cóż za
nostalgiczne pociągniecie za serce. „Chwila..” Tylko członków watahy odbijało
się echem w jej głowie przez parę sekund.
—Co za problem. — odparła.
—Nie jesteście wyjątkiem. Nie umieracie. — Szafira mruknęła jakby zażalona, że
tak nie jest.
—No właśnie. Żaden problem. — Całka machnęła ogonem, jej oczy mierząc się z tymi
Strzygi.— góry i tak są dla nas zbyt
niebezpieczne. —
—Czekaj.. porzuca…— Sigma został kopnięty w pysk zanim wypowiedział swoje
słowa. Nie za mocno, ale dotarło do niego że ma pozostawić swojej siostrze
planowanie i mówienie.
—Porzucacie swój cel? — Strzyga zamrugała podejrzliwie.
—Tak. — Całka opuściła głowę. Jej oczy zaszkliły się. — Przeszliśmy tak daleko,
ale nie chcę ryzykować życia mojego rodzeństwa. — brzmiała tak przekonująco. Na
tyle, że nawet Mediana zaskoczona odwróciła na nią głowę. „Co siedzi w głowie
tej wilczycy?!”
—To. .. cudownie? Wracacie do domu? —
—A jest do czego wracać? Wszystko pochłonęła wojna. — Całka załkała. Krokodyle
łzy polały się po jej policzku. To pierwszy raz jak jej rodzeństwo widziało
takie przedstawienie z jej udziałem, ale do jasnej, kiedy ona się nauczyła tak
manipulować własnym ciałem?! Jednak ciągłe ukrywanie się za maską obojętności
pozwoliło Całce nabrać pewnej umiejętności udawanie emocji, których nie czuje.
Tak dla czystego pozoru.
—Oh… Wy biedne dusze. — Orzech pisnęła zakrywając sobie usta łapami. —Może
przyłączcie się do nas! — Strzyga zdała się że spięła się na ta propozycję
nieco.
—Ah… Ale czy znajdzie się dla nas tutaj miejsce? — Pi przyłączyła się do
rozmowy. Nie rozumiała co Całka dokładnie planowała, ale przeczuwała do czego
zmierza.
—Znajdzie. — Strzyga nagle rozjaśniła się. Jej psyk rozszerzył uśmiech, który
był czysto maniakalny, ale tak szczery, że Całka mało nie przerwała swojego
przedstawienia żeby się skrzywić z przerażenia. —To… To jest cudowne! Witajcie
w naszej watasze! Wybierzcie swoje stanowiska i przydzielimy wam sypialnię i… w
ogóle… od jutra praca i przyjęcie się w naszej małej społeczności! — zachwycona.
Była zachwycona tą ideą. Dobrze. Całka
liczyła że to właśnie się stanie.
—Sigma? Kim chciałbyś zostać. — Orzech podano kartkę i węgiel. Jej łapa zabrała
się za skrobanie jego imienia na tym kawałku znanego im materiału.
—Żołnierzem .Tak jak byłem w domu. —
—Zdezerterowałeś? — Bazyliszek niewiele brakło a podniósłby się.
—Poszedłem za siostrami. Kocham je tak mocno. — odparł na to popijając trunek.
— że gotów byłbym zaprzedać duszę diabłu, zginąć odrodzić się i znowu zginąć
aby tylko były bezpieczne… — na jego słowa Strzyga zdawało się że lśniła
jeszcze jaśniej niż wcześniej. A więc ona uspokoiła swojego męża ruchem prawej
łapy.
—mamy stanowiska wojownika. —
—Niechaj będzie i wojownik. — Sigma przytaknął.
—Też mogę nim zostać. Albo śledczym, stróżem. W tym mam doświadczenie.— Mediana zajrzała do pustego kubka. Na jej
słowa jakby wszystko wokół umilkło.
—O nie… Skarbie… Nie… Wadery nie walczą! — Orzech mało nie upuściła swojego
węgielka. Trzy siostry spojrzały po wilkach wokół, wyraźnie przerażonych.
—Właśnie tez dlatego tak uciekałyśmy z tego koszmarnego miejsca. Zmusili nas do
pracownia dla polityki i poświęcania własnego życia dla pryncypałów, które o
nas nie dbały. — Całka wysapała, jakby znowu na skraju łez.
—Oh.. Wy biedne stworzenia. — jakiś wilk obok nich, z sześcioma łapami, jaki
cudak, zmarszczył nos. Jego wzrok wyrażał nic tylko przerażenie i współczucie.
Dobrze… Całkowy plan powoli wdzierał się w ich serca, a te niewinne kłamstwa działały
na nich jak światło na ćmę.
—No dobrze… To … Może ja spytam się was co lubicie robić? Jako wadery, gdzie
byście się widziały, nasze kochane delikatne kwiatki? — jeden z basiorów w
tłumie uśmiechnął się do nich ciepło.
—Oh… Ja myślę, że mogę nadać się przy dzieciach. Oh jak ja kocham małe dzieci.
— Oh jak Całka ich nienawidziła.
—Bardzo dobrze. Mamy akurat miejsce na nauczyciela. Potrzebowaliśmy jakiegoś,
bo nasza aktualna nauczycielka, Fiołka, zaszła w ciążę w nieznanych
okolicznościach… — Orzech odchrząknęła. — A samice w ciąży powinny odpoczywać.
Zajmiesz jej miejsce. —
—Cudownie. Nie mogę się doczekać. — praca z dziećmi ułatwi jej szperanie w
aktach.— Amyślę, że Mediana może pomóc tobie. W jaskini
wojskowej nauczyła się czytać, pisać i doskonale porządkować dokumenty! —
—Oh! — Pysk Orzech rozjaśnił szeroki uśmiech pełen nadziei jak spojrzała na
Strzygę, która zacmokała w zamyśleniu.
—Myślę, że mogę na to pozwolić.— przytaknęła, a Orzech pisnęła z ekscytacją.
—Ja natomiast przyjmę cokolwiek potrzebujecie. — Pi odetchnęła ciężko.
—Cóż… — Orzech spojrzała na listę i zastanowiła się. — Jak stoisz z medycyną? —
—Mój ojciec był medykiem, wśród medycyny się wychowałam. — Pi przyznała. — Więc
myślę, że nie powinno być z tym problemu. —
—Cudownie. Witajcie w naszej watasze! — Orzech odkrzyknęła a Strzyga jej
przytaknęła.
—Jaki jest twój plan? — Sigma zerknął na Całkę układającą
się na jego boku. Pi leżała u jego pleców, a Mediana była nakryta ich ogonami,
dawno w krainie snów.
—Też mnie to ciekawi. — Pi szepnęła zza jej pleców.
—Te góry są niebezpieczne. Przez lata nas nie było, nie wiemy co nasz czeka.
Posiadanie bazy powrotu, bazy działania może być przydatne. Zdaje mi się też,
że wilki w tej watasze wiedzą więcej niż może nam się zdawać. — Całka
odpowiedziała im. — Pogrzebcie. Poszperajcie. Ale uważajcie na siebie… Strzyga
wydaje się być bardziej niebezpieczna niż może się zdawać… —
I tak nadeszła ich pierwsza noc w nowej watasze. W nowym
miejscu.