Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiekka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiekka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 marca 2026

Od Całki CD Hiekki

Całka zasłoniła oczy przed słońcem. Kiedy była tutaj ostatnio śnieg przykrywał całą watahę, podobnie jak teraz. Może nie było już tak zimno jak pamiętała, ale dom wyglądał jak … dom.

Kiedy ostatni raz tu była, nie miała  siwych włosów na pysku i tych zmęczonych oczu spoglądających na świat z wagą tego co ją spotkało. Całka wyszła spomiędzy drzew i spojrzała przed siebie. Wenus dołączyła do niej po chwili opierając swój bok o jej.

–To tutaj? – spytała, a jej wzrok opadł na samotną jaskinię.

–Tak. – odparła Całka i po chwili już szła w jej kierunku. W jej piersi narastał stres i napięcie. To pozytywne, to piękne. Nie mogła się doczekać. Przed przyjściem tutaj spotkała Hiekkę, potem Ry. Wiele się dowiedziała. Mieli tutaj kolejną epidemię, która żachnęła się na wiele wilków, które Całka znała, chociaż pamiętała jak przez mgłę. Dowiedziała się, że jej tato zdążył zaadoptować jeszcze parę szczeniąt po drodze. Podobno te alfy też się pod jego skrzydłem znalazły. Potem jakiś jedynaczek i potem dwójka podrosłych szczeniąt. Cóż… Co mogłaby Całka powiedzieć. Jej tato …Delta zdawał się mieć dryg do tego.

– Halo? – Całka weszła do środka i rozejrzała się. Nikogo nie było na sali, a zapach jaki się unosił pachniał absurdalną świeżością. Nowa słoma, nowy mech, świeże maści. Całka nie pamiętała tego zapachu za dobrze.

– Tak? – Jakiś młody wilk wyszedł w jej kierunku z miejsca medyków. Była dobrze zbudowana, chociaż trochę cienka. Jej kremowe futro było nieco potargane jakby dopiero wstała. Jednak jej oczy patrzyły się na nią z wielką uważnością. – chore? – spytała.

–Nie. Szukamy Delty. – odparła Całka bez zawahania.

– Wyszedł na grób Frezji. – Talia machnęła swoim puchatym ogonem. – A kto szuka? Może przekażę.

–Nie. Nie trzeba. Poczekam, to ważne, ale tylko pysk w pysk. – powiedziała. Wenus przestąpiła z łapy na łapę. W niej narastała wielka niepewność.

– No dobrze. Możecie usiąść przy wejściu. – Talia machnęła swoją … trzecią łapą? Całka dopiero teraz zauważyła tę nietypowość w waderze przed nią.

 

Całka usiadła na tyłku, zaraz na wejściu. Zawiesiła wzrok na niebie w oddali.

– Gdzie chciałabyś mieszkać? – zapytała kiedy Wenus przysiadła się do niej. Ta spojrzała na swoją siostrę z zamyśleniem.

– Nie wiem. – odparła. – Co tu jest?

– Mamy las… Możemy znaleźć sobie jakąś polanę. – Całka wymieniła jedną z opcji.

– Nie lubię moknąć.

– Możemy znaleźć sobie skałki w górach, albo jakąś jaskinię.

–Zimno i mokro… i pod górkę…

– Dziura? Norę zawsze można wykopać…

–… … Możnaby?

– Albo… jakiś kąt na plaży? – Całka wymieniła to co znała.

–To… To brzmi bardzo… chyba najlepiej. – Wenus zawinęła ogon na łapach.

– Nie będzie za mokro i za zimno? – zażartowała sobie Całka. W odpowiedzi dostała tylko ciche fuknięcie.

 

Niedługo czekały tak przekomarzając się po cichutku. Obie były uśmiechnięte, jakby ich duet był doskonale dobrany. Bo był. W końcu były prawie doskonałymi kopiami samych siebie.

– Całka? – głos Delty przerwał ich obrady. Całka spojrzała na swojego ojca. Był trochę inny niż go pamiętała. Jego oczy były nadal tak jasne jak kiedyś, błyszczące się w południowym słońcu. Nadal był drobny, mniejszy od wszystkich wokoło. Miał dołki pod oczami, cienie, pewnie spowodowane latami pracy. No i… nie miał połowy jednego z uszu i …kulał na tylną łapę.

– Kto to? – obok niego stała potężna, ale ewidentnie młoda wadera. Jej plecy zdobiły skrzydła , a jej niebieskie futro było potargane przez wiatr. Samica wyraźnie napuszyła się wojowniczo na widok nieznajomej. Ale Delta machnął na nią łapą.

– Moja… córka. Córki? – Delta przetarł pysk łapą.

– Ah.. No tak. To jest… Wenus. – Całka wstała ze swojego miejsca. – Tylko trochę mnie przypomina. Młodsza jest. Znalazłam sierotę w podróży i się przylepiła. – Wenus tylko zmrużyła oczy na te słowa. Ukrywają prawdę? No dobrze… niech będzie.

– Ah… No dobrze. Wejdźcie do środka. Wszyscy, szybciutko . – stary medyk poklepał waderę obok siebie po ramieniu. Ta z niezadowoleniem przeszła obok nieznajomych z odsłoniętymi zębami.

–Ma charakterek… – Całka mlasnęła pod nosem, a Wenus jej tylko przytaknęła.

Przywitania, powitania i poznania. To wszystko było ciekawym i trochę dziwnym doświadczeniem dla Całki. Wadera pamiętała jeszcze Puchacza, Legiona i Frezję, ale ostatni raz jak ich widziała byli maluchami. I jak się okazało tylko dwójka z nich przeżyła, bo ostatnio watahę przygniotła epidemia, która już na szczęście ich opuściła.

I potem do Delty przypałętały się jeszcze dwa szczeniaki, które dopiero co dorosły. Całka musiała przyznać, że nie zaskoczyło jej to nic a nic.  Gdyby tylko jej tato mógł pewnie zaadoptowałby całą gromadkę dzieci. Może wiek mu już nie przeszkadzał. Chociaż podobno perła odmłodzenia miała trafić w jego łapy, całkiem niedługo. Dziwnie będzie mieć ojca w swoim wieku. Chociaż nie dziwniej niż być eksperymentem z tubki i mieć własnego klona.

Talia i Dalia poszły w swoje strony, Puchacz do pracy, a jaskinia medyczna była pusta. A więc Całka miała szansę w końcu opowiedzieć Delcie całą prawdę.

– Czyli jednak zgadłem dobrze. Mam dwie córki… I … Reszta…

–Nie żyją. Pi… rozsypała się. Jak mówiłam, ona… była chyba najbardziej niestabilna z nas wszystkich. Mediana… po prostu wybuchła. Sigma… oszalał, w końcu żachnął się na własne życie i … no. Zostałyśmy tylko my. – Całka mruknęła smutno.

– Oh… Rozumiem. Cieszę się że wróciłaś. I… Wenus. Mam nadzieję, że spodoba Ci się w naszej watasze.

– Dziękuję. – Wenus machnęła ogonem.

 

Następnego dnia Całka wybrała się znowu w kierunku jaskini medycznej. I po drodze… spotkala starego przyjaciela. Pamiętała jeszcze Hiekkę. Tego nieszczęsnego, chudego wilka,  na którego tyle krzyczała i który ją tak irytował. Wiek złagodził jej trochę charakter, wychłostał jej język, wzmocnił kręgosłup.

I po dobrym spacerze, po trochę sarkastycznej wymianie zdań zjawiła się pod bramą jego domu.

–Hiekka! Jesteś w środku. Przyszłam po ten kocyk. – przewróciła oczami. Cóż to była za cudowna wymówka żeby się z nim spotkać i nadrobić odrobinę życia. W końcu Delta widział tylko to co medyk wiedział o życiu w watasze. Hiekka mógł wiedzieć coś więcej.

– Jestem, jestem. Nie spodziewałem się ciebie tutaj tak szybko. – odparł basior. Jego futro było nieco zmierzwione a źrenice rozszerzone.

– Pijesz tak wcześnie? – Całka mruknęła jakby trochę do siebie.

– Tak, tak. Chcesz trochę? – wilk zaprosił ją do środka.

– Czemu nie. – kiedy  była młoda to za taką propozycję odgryzłaby mu palce u łap. Wszystkich czterech. Teraz nie pogardziłaby odrobiną alkoholu. Tak na ocieplenie! Oczywiście.  – Polej mi sporo. Muszę się zrelaksować po tak długiej podróży.

– Zrelaksować, huh? Na relaksację mam jeszcze parę lepszych sposobów. – Hiekka rzucił jej rozbawione spojrzenie.

– Tak tak… Wystarczy mi alkohol. – zmierzyła go niezbyt radosnym wzrokiem. Alkohol – okej, ale narkotyki? A może proponował seks? W każdym razie, nie była to propozycja, która Całka chciałaby przyjąć. – Gdzie mogę sobie usiąść?

– Gdziekolwiek! – mruknął basior i po chwili wrócił do niej z kubeczkiem dobrego trunku. Znaczy.. dobrego byłoby kwestionowanym określeniem jakości alkoholu w watasze siedzącej w centrum gęstego lasu.

– Powiem ci. Stęskniłam się za tym. Za piciem kwestionowanego alkoholu ze starymi znajomymi o poranku!

– Już żaden poranek. Późne popołudnie mamy! Zresztą kiedy ty piłaś alkohol ze starymi znajomymi o  poranku, co? – Hiekka rzucił jej pełne zainteresowania spojrzenie.

– No wiesz. Jestem stara… miałam znajomych w podróży i piliśmy gówniane wino. – odparła. Czasem w tej parszywej watasze, w której spędziła marne lata swojego życia zdarzały się dobre momenty – Chociaż nie żałuję że stąd odeszłam.

– Nic a nic?

– No ja nie. Mediana jeszcze za życia ciągle narzekała, że tęskni. W każdym razie. Jak u ciebie?

<Hiekka? Jak tam u ciebie?>


środa, 4 czerwca 2025

Od Hiekki - "To Wyszło Z Nory" cz.1

 Nora.
Plotki rozchodziły się szybko.
Lokal na stepach.
Prowadzony przez anonimowego gospodarza.
Pół legalny.
NIKL tak by to określił.
Dlatego wszystko dzieje się poza zasięgiem ich wzroku.
Gdy zmrok zapada, na ulicę wychodzą szczury. 
***
-Hej, słyszałeś o tej nowej miejscówce?- Burknął zielonkawy wartownik, próbując trochę przerwać ten przeraźliwie nudny patrol.
-Nie,- Odparł mu drugi, podobnie znudzony.- Nie brzmi to dobrze, wiesz Holnir?
- Oj, dałbyś dokończyć. Rozeszła się jakaś plota, miejsce gdzie można dostać wszystko. Ma być w szarej strefie, daleko poza zasięgiem parszywego oka NIKLu. I dobrze, bo pewnie jakby się dowiedzieli, to by ich od razu zamknęli.
- Dobre sobie. Jakby oni cokolwiek tam na górze mieli do roboty.- Parsknął, drapiąc się po pysku i poprawił prowizoryczną broń.
- Haha, ano!- Zaśmiał się kolega.- Oni to wszystko co dobre zabierają dla siebie i  trzymają za zamkniętymi drzwiami. Ale w spelunie nie, tam dostaniesz czego tylko chcesz, a i za pół darmo, bo i izba nie patrzy to nie każe brać więcej.
-Byłeś tam? Skąd możesz wiedzieć?
Wartownik mlasnął i już szeptem zakończył temat.
-To się przejdźmy po warcie, he? Przecież to co wilcze nie jest nam obce.
***
Chuderlawy wilk o futrze tysiąca brązów szedł po ścieżce wąskiego tunelu i wpadł do przestronnej, ale niskiej nory. Gęsta warstwa białego dymu o ciężkim, ziołowym zapachu unosiła się ponad sufitem Speluny. Było ciemno, praktycznie półmrok, nie doprowadzono do środka żadnego tunelu doświetlającego, a zamiast tego porostawiano po kątach różnorakie źródła ognia, których spaliny jeszcze mocniej zagęszczały powietrze podziemia. Po podłodze snuły się różnokolorowe ruskie dywany, praktycznie sztywne od ilości wnikniętego w nie pyłu i piachu. Stołki, taborety, przewrócone wiadra, dziurawe beczki czy kawałki skrzyń tworzyły praktycznie całe umeblowanie, służąc tutejszemu towarzystwu zarówno za stoliki jak i krzesełka, na których kucali czy wylegiwali się, półprzytomni lub w amoku. Mógłby przysiąc, że słyszał gdzieś cichą, strunowo-fletową muzykę, ale nie mógł dostrzec żadnego grajka. Większość głów wyprostowanych wilków nikła w dymie, przez co atmosfera zdawała się być praktycznie anonimowa. Omiótł wzrokiem to przedziwne miejsce- Miszmasz przedmiotów zupełnie nie do pary, kalejdoskop barw w filtrze starego sepiowego filmu rozświetlonymi czerwoną łuną setek świec w mlecznym dymie, to wszystko tworzyło atmosferę, z którą nie sposób było obcować bez oszołomienia.  
Przebił się kościstymi barkami przez tłum, potrącił kilku, jednak nie budząc specjalnie burzliwej reakcji. Doszedł do lady rozstawionej z dwóch beczek i długiej mocnej deski.  Za ladą stał wysoki, postawny czarny wilk. Barman, wyglądał na kogoś od Szarych Jabłoni. 
- W czym mogę pomóc?- Zagaił, nadal zajmując się czyszczeniem swojego barku.
- Mam sprawę do gospodarza.- Hiekka skutecznie ukrywał zestresowanie.
Barman prychnął lekko rozbawiony.
- Panie, idź pan, co drugi tu chciałby mieć audiencję u królowej.- Jego łapa kręciła kółeczka, wycierając szmatką glinianą czarkę.
- Znamy się.- Skłamał.- Byliśmy umówieni.- Wskazał nosem na torbę wypchaną po brzegi przytroczoną do boku.
Barman skrzywił się, cmoknął sugestywnie, ale ostatecznie kiwnął na brązowego łbem i wskazał zakryte pasiastą firanką wejście na zaplecze.
- Ale jakbyś sprawiał kłopoty, jesteś pierwszy na zewnątrz.


C.D.N

środa, 9 kwietnia 2025

Od Hiekki - ,,Bajka o Wilku i Dziku”

Wilk zamiast pracować, wolał zabawę
I spędzał czas pijąc w radosnym szale.
Nie myślał o zimie, nie martwił się wcale,
Gdy inni pracowali, on miał wciąż bale.
Pod słonkiem rześkim, w chłodnym cieniu,
Spędzał każdy dzień przy swoim kamieniu.

A dzik, przyjaciel wilka, nie taki wesoły,
Myślał o zimie, do pracy więc skory.
Ze swoją rodziną myśląc w przód,
Trufli szukali na mrozy i głód.
Żołędzie, kasztany, larwy robali,
Dżdżownice, oseski, jagody zbierali.

Zima przyszła szybciej, niż wilk się spodział
Nie miał zapasów, nic sobie nie schował.
Jaskini nie znalazł, czapki nie odział.
Aż w końcu pomyślał: „Dzik mi pomoże.
Będzie ciepło w jego ciasnej norze.
Poszedł do niego, cicho, niepostrzeżenie,
A w jego sercu rosło palące pragnienie.

Znalazł przyjaciela w jamie zaspanego
A wilk bez litości rzucił się na niego.
Zjadł wilk dzika, bez chwili wahania,
Głód go zmienił nie do poznania.
Zapomniał wnet o ich wspólnej przyjaźni,
Bo w obliczu śmierci, tylko śmierć wilkowi w jaźni.

-,,Poematy swawolne”, notes Hiekki

niedziela, 31 grudnia 2023

Od Delty CD Hiekki - ,,Niedaleko Pada Jabłko od Jabłoni"

To były długie dni i jeszcze dłuższe noce, pełne spokoju i błogości. Poza oczywiście wypadem po kartki w jaskini medycznej niewiele się działo. Oczywiście nie obyło się bez wielkich osiągnięć. Frezja skończyła swój piękny gabinet, może z mała pomocą Puchacza. Nawet Legion wpadł na chwilę zobaczyć i podać siostrze jakiś kawałek kory, ładniejszej z Platanu, na ozdobę i ładny zapach w środku. Cóż to było także za wydarzenie w życiu samego Agresta. Jego córka odstąpiła od jego boku na dobre, podejmując się stanowiska psychologa bez większego zawahania. Co prawda musiała nauczyć się jeszcze wiele, ale wszystko przychodzi z czasem, a czasu to ona miała nie mało. Nie było jednak wilka w tej watasze, który mógłby przekazać jej wiedzę.
—Nikt? Naprawdę nikt? — Frezja zapytała kiedyś Delty, jeszcze przed czasem jej własnej dorosłości.  —Nikt nie ma psychologa? — Delta odetchnął, nieświadomy jej marzeń. W końcu to był tak skryty w sobie szczeniak.
—Nikt. Jabłonie ledwo mają Jasinie medyczną, która i tak rozpada się w oczach. Nadzieje nigdy go nie mieli, a my. My naszego straciliśmy na wojnie.  —
—Dawno?—
—Czy ja wiem. Zdaje mi się, że jeszcze zagrzane miejsce, ledwo opuszczone. —
—To ja go znałam. —
—Niestety nie. Vitale odszedł od nas przed waszymi narodzinami. —
—O… Szkoda. — I na tym się skończyło. Teraz Delta widział ,że ona szukała po prostu drogi do swojego marzenia. Nie miał zamiaru wiec podcinać jej skrzydeł. Obiecał pomóc i pomoc otrzymała, tyle że nie mentora jaki by jej się przydał a medyka, który niewiele o wilczej psychice wie. Ale do wyboru miała jeszcze Florę, której z jakiegoś powodu odmówiła, pomimo jej większego doświadczenia. Delta miał podejrzenia, że Frezja nie bardzo za starszą waderą przepada.
—I co? Podoba się? — Frezja przedstawiła mu swój gabinet. Delta odetchnął z lekkością jakiej dawno w sobie nie miał. Jego oczy wbite w młodą waderę.
—Oczywiście. Jest bardzo… domowo. A w izolatce coś zmieniałaś?—
—Nie, jeszcze nie. Ale tam tylko chyba łóżko zmienić mogę prawda? —
—Prawda. Bezpieczniej dla chorego. — I na tym się urwały ich pogawędki. Delta musiał wrócić do pracy.
Jeszcze tego samego dnia, kiedy medyk przekładał bandaże na zranionej łapie wilka z Jabłoniowych włości przez wejście wszedł dość obcy mu wilk. Oczywiście basior nie przejął się kontynuując pracę, gdyż do tej osoby podeszła Tia. Nie słyszał o czy pomawiają, ale ufał młódce. Tak dobrze sobie radziła że Delta wahał się czy nie pójść z tym do Nymerii. W końcu na co im pomocnik medyka, skoro oboje są jak całkowicie rozwinięte kwiaty. Piękni, sprawni i medycy, a nie żadni pomocnicy. Tia nie potrzebowała już konsultować żadnych planów leczenia z Deltą, jak to było na początku. Sama je wykonywała i sama leczyła.
—Do ciebie Delta. — szepnęła za jego plecami. Dobrze wiedziała, że wilk skupiał się na dokładności i nie lubi jak się mu naskakuje na uszy tak od razu. Uśmiechnął się na myśl o tym na jakie drobnostki zwraca uwagę Tia i jak dobrze zna wszystkie jego małe i duże nawyki.
—Zaraz do niego podejdę, dziękuję.—

I tak taż zrobił. Usiedli sobie przy wejściu do jaskini medycznej, gdzie chłód dnia owiewał ich futra, a słońce rzucało swoje długie promienie na ich pyski.
—Coraz zimniej, zaraz śnieg. — Delta mruknął, bardziej do siebie niż do towarzysza. Nie oczekiwał odpowiedzi, ale otrzymał jakieś wybełkotane potwierdzenie. — Rozumiem, co cię tu sprowadza? —
—A.. No.. — wilk tylko pokręcił oczyma, rozejrzał się po polanie. Zwlekał, a Delcie się to nie podobało.
—Gadajcie żesz! — pospieszył go.
—No ja w sprawie taj kłótni z Agrestem. Piszę wielkie przedstawienie o tych jabłoniach i co się stało w watasze i w ogóle to będzie moje największe dzieło! — wilk wystawił łapy do nieba, jego oczy wędrując ku słońcu jednak nie stykając się z nim.
—Jakiej kłótni znowu? — Delta zmarszczył pysk skonfundowany.
—No tej niedawno. Ja przypadkiem podsłuchałem, jak wychodziliście, a ja szedłem po kartki do jaskini alf. —
—Taj kłótni… Dobra. Ale najpierw mi się przedstawcie. Z widzenia was tylko znam towarzyszu, a bele komu tego opowiadać nie będę. —
—Hiekka, wieszcz i goniec WSC. —
—Dobrze. To słuchajcie Hiekko, jako to nie było nic ciekawego. Poszedłem po kartki. Kartek nie było. Z Agrestem się nie lubimy, to i chłodne to było spotkanie. Jak wychodziłem to mu jeszcze tak delikatnie pszytka z nos dałem, że nienajlepiej sobie razi, to się naszczekał za mną, a ja musiałem do WWN po kartki iść. —
—Rzeczywiście nic ciekawego. — goniec przyznał mu rację i odetchnął ciężko.  — A dlaczego wy się z Agrestem tak nie lubicie? —
—O! To masz historię dopiero. Żebym ja tylko jej nie namieszał. — Delta zamilkł na chwilę. Hiekka siedział obok niego, oczy wpatrzone w medyka z zaciekawieniem. — Tak. Tak to było. Będziesz mieć sensację, wiesz. Zaczęło się od wojny, jak na Nymerię, ciężarną jeszcze obył się atak. Przynieśli mi ją tutaj na poskładanie i cudem i życiem Magnusa się udało. Nie pytam, kim był dla niej i czemu oni wszyscy tak nad nią majaczyli, ale się udało i trójkę dzieci i Nymerię uratować. Bliznę ma do tej pory na podbrzuszu. Ale to nie ważne. Ważne to co potem. Agrest wyruszył sobie na samobójczą misję do WWn. Zatrzymał wojnę, wbił nas pod okupację i mamy teraz to siano w którym siedzimy. Jeszcze nie płonie, ale gdzieś niedaleko ktoś lata z zapałką. — Hiekka pokiwał głową dość intensywnie, jakby notował każde jego słowo w swoim umyśle. — No. I Agrest zniknął, a Nymeria w bandażach. Trójka dzieci w jaskini medycznej i nigdzie ojca nie widać. Podobno wtedy w więzieniu politycznym siedział, nie wiem jak to tam wygląda ani za co, ale póki stary Sekretarz nie umarł to tam był zamknięty. A w tym czasie jego dzieci mi tu  dorosły. Puchacz, Frezja i Legion, który pewno będzie następcą Agresta. Frezja i Puchacz mówią mi tato. Nie Agrestowi wyobraź sobie, bo ten wrócił do domu jak te szczeniaki miały już prawie rok. Pół miesiąca im wtedy brakowało chyba, nie pamiętam. W każdym razie, duże. I Agrest zaskoczony, że jego dzieci to nagle nie do końca jego. I do tej pory Frezja i Puchacz mówią mi tato. Tylko Legion mi wujkuje, co wcale nie znaczy że mam z nim gorszą relację. Nadal czasem przychodzi jak ma chwilę pogadać. Ja nie mam na co narzekać, prawda. Ale Agrest. Jego duma boli i kole żem mu dzieci odchował, ha! Cożci dlatego on nie lubi mnie. Ja go nie lubię bo ta wojnę zaczął i potem musiał zakończyć … tak… Ale to najwidoczniej tylko ja mu jeszcze pamiętam te zawinienia, bo wszyscy się jakoś dziwnie cieszą na jego , nie jego pomysły. —
—Jego nie jego?—
—Te jabłonie, to WWN zapoczątkowało. Ba! Sekretarz ichni nowy, też sadzić będzie i WSC tylko nasiona od nich niby kupiło. Ale dobrze wiadomo, że Agrest nie lubi zmiany. Sam by Jabłoni nie sadził. —
—Rozumiem. —
—Z mojej strony to wszystko. Tą historię wiele osób zna, więc żadna tajemnica. Zdrowia. Ja muszę wracać do pracy. — i Delta zostawił wieszcza samego ze swoimi myślami, wgapionego w słońce. Zdało mu się nawet że nieco zaćpanego, ale nie kwestionował. Nie jego sprawa.

Tej nocy do jego łóżka wpakowała się Frezja.
—Nie zrobiłaś sobie swojego w gabinecie? — Delta dopytał zaskoczony. Ona tylko odetchnęła ciężko.
—Niby tak. Świeże jest, z ładnymi piórami i futrem. Ale… — ciemność jaka panowała w tym kątku dla medyka była nieprzejrzana, więc jej pysk nic Delcie powiedzieć nie mógł. Więc wilk mógł zdać się tylko na słuch.
—Ale z kimś lepiej? —
—Można tak powiedzieć. Po prostu… — i zamilkła znowu. Jej ciało otuliło się wokół Delty, głowa opadła na bok mniejszego wilka. — Ojciec kiepsko zareagował na wieść, że się wyprowadzam. Najpierw mówił że za młoda jestem. Potem … że zdrajca. —
—Myślałem, że … jak to było.. nie obchodzi mnie już zdanie tego starego dziada… tak mi powiedziałaś to jak przyszłaś z rzeczami?—
—Tak. Ale tu chodzi o mamę i Legiona. Puchacz się trochę nafuczył na ojca po tych słowach. —
—To dlatego tyle godzin spędził tutaj… —
—Tak. Ale no… mama nie powiedziała nic, Legion tak samo. Odwrócił tylko wzrok jak szukałam wsparcia. To boli. Zwłaszcza mama. — Frezja wtuliła się mocniej, jej pysk szukając ciepła drugiego ciała. — Mam dość tej rodziny. Czasami życzę sobie, żebyśmy to byli tylko ty i ja. Było by o wiele prościej… — Delta czuł jak łzy spływają po jej polikach i w jego futro.
—Wiem… Ale nic w życiu nie Est proste i uczymy się tego dość szybko. Każdy na swój sposób. Ale… to co musisz pamiętać, że chociaż to nie jesteśmy tylko ty i ja, Ja zawsze jestem z tobą. Nie ważne co Agrest mówi i jak zachowuje się rodzeństwo. Ja wam kocham jak swoje i tu zawsze mnie znajdziecie. — przytulił ją. Jego łapa dotykając jej mokrego nosa. Poczuł jak zaśmiała się, cichutko, prawie niesłyszalnie.  
—Dziękuję… —
Zapadła noc. Głucha, cicha, pełna niedopowiedzeń noc. Ale za t jaka chłodna i jaka piękna, przyniosła ze sobą pierwsze przymrozki.

Niedługo będzie sadzenie.

<Hiekka?>

sobota, 28 stycznia 2023

Od Harpii CD Hiekki

— Stworze, nie powinno Cię tu być. — Napuszyłem się i wstałem gwałtownie. Poskutkowało
to tym, że spadłem z kamienia ryjcem w śnieg. Po chwili jednak dumnie powstałem,
otrzepałem się z białej substancji i spojrzałem na wyższego.
— Po pierwsze, nie jestem żadnym stworem tylko najprawdziwszym wilkiem! — Tupnąłem
buntowniczo łapą. — A po drugie, dlaczego miałbym sobie stąd iść? Jest mi tu dobrze. —
Zmrużyłem oczy, próbując wyglądać groźnie, jednak chyba coś mi nie wyszło, bo drugi wilk
nawet nie mrugnął. Ugh, trzeba będzie nad tym popracować w niedalekiej przyszłości. W
końcu jak miałbym się obronić przed jakimiś groźnymi wilkami? Cóż… Najpewniej uciekłbym
stamtąd jak najszybciej, ale to nie zmienia faktu, że muszę nauczyć się wyglądać choć
odrobinę groźnie.
— To terytorium Watahy — Przekrzywiłem głowę na bok. Ten wilk był naćpany, czy co? Nie
wyglądał na takiego… Ale taki mógł być.
— Um… Wiem? — Powiedziałem przeciągając literę zwaną ,,e".
— Skoro wiesz, to co tu jeszcze robisz? Znikaj stąd. — Machnął głową, jakby chciał mnie
stąd odgonić. Chyba czegoś nie zrozumiał.
— Ale… ale ja należę do Watahy. — Wilk wyglądał na zdziwionego. Chyba się tego nie
spodziewał. No bo czemu ktoś taki jak ja, miałby nie należeć do Watahy? Z tego co mi
wiadomo, to i pół robot tu jest. Czekając na odpowiedź drugiego basiora, zacząłem
wyjmować ze swojego futra ostatnie igły. Jednym okiem ciągle patrzyłem na nieznajomego.

<Hiekka?>

niedziela, 31 lipca 2022

Od Hiekki CD Całki - ,,Lodowy Żar"

 - Całko, pomożesz mi napisać wiersz?
Deski teatru słońcem skąpane,
Krwawą kurtynę ktoś gnie ukradkiem,
Ćwierkają wesoło ptaszyny kochane,
Szumi las, polana kwitnie makiem,
A pośród wszystkiego tego,
Jak aktor wśród publiki,
Leży dusza potępionego.
Cierpieniu zabrakło symboliki.

Obudziło mnie kłucie w mięśniach. Wyłoniwszy się z pętów snu, na nowo spętały mnie nowe, tym razem zwoje bandaży. Nie musiałem otwierać oczu, by badać dotykiem swoje opatrunki. Obie łapy otulone, pierś w materiale, lewe udo, futro powyrywane z karku, powklejane na dawne miejsce połaciami strupów, tworząc twardą, fragmentaryczną skorupę. To nie mogła być głęboka rana, ale od szurania plecami moja skóra oczywiście przegrała starcie z korą, kamieniami i piachem. 
Jęk poniósł się wylotem jamy, gdy próbowałem się podnieść. Całki nie było obok. Dogasało ognisko po mojej lewej, po prawej znalazłem kawałek niedojedzonego zająca, owiniętego w plecionkę z suchej trawy. Z jakiegoś powodu miałem przeczucie, że już tu nie wróci. Że nie chce mnie więcej widzieć.

Nie byłem pewny czy ona też mnie jeszcze zobaczy. Wolałem się upewnić, że nikt nie zazna już tego nieszczęścia.

Zbierając tojad z łąki, natknąłem się na okolicznego Medyka. W zasadzie to zupełnie nie planowałem tego spotkania, ale jego drobna sylwetka zniknęła w łąkowej, wyschniętej od słońca, trawie, by dopiero parę metrów od mojej łapy dzierżącej trujący kwiat pojawił się jego seledynowy nos. Z początku myślałem, że to tylko kępa chabrów, zabierających miejsce do życia zbożom, a maki, jakie nosił wiankiem na swojej skroni, rosły przypadkiem obok nich. Kwiaty polce narodziły jednak wilka, medyka, Deltę, skazańca losu, o którym mówią, że nie opuszcza swojej jaskini medycznej.  Wbił we mnie swoje głębokie jak studnia rozpaczy ślepia, podnosił je rytmicznie na moją zbitą z tropu twarz, by na powrót zatopić je w mordowniczym fiolecie. Powinienem uważać na swój wyraz pyska, tak łatwo odczytać z niego przerażenie byciem zdemaskowanym w swoich planach. Ale czy on wiedziałby, że poczyniłem już jakieś plany względem mojego znaleziska? Przecież nie jestem zielarzem, mogłem nakłamać, że pomyliłem go z fiołkiem, a ten- rad użyczyć mi swojej wiedzy botanicznej- naprostowałby mnie w kierunku mniej zabójczych okazów. A ja, przepraszając po stokroć i klepiąc się w czoło z głupoty, ukryłbym mordownika w kiści fiołków i z uśmiechem podziękował za przestrogę. Znikłbym mu z oczu, a on nie patrzyłby na mnie już jak na niepoczytalnego. 
Chciałbym umieć tak grać. Jego oczy jednak zdradzały moje rażące braki.
- Nie rób tego.- Wyszeptał i położył łapę na mojej, popchnął ją w dół.- Ani nikomu, ani sobie.
Ah- pomyśłałem- Czyli wyglądam mu na mordercę. Może jednak potrafię co nieco udawać.
- Nie zrobię, naprawdę.- Skłamałem z uśmiechem.
Granatowy Medyk parsknął nerwowo.
- Wiem, że nasz psycholog nie może ci już pomóc, ale może potrzebujesz pogadać? Z chęcią wysłucham.
Łypnąłem na jego rozległe rany, niektóre zabliźnione, niektóre jeszcze świeże, bijące szkarłatem, na wystające żebra, na ten worek kości owinięty w skórę z rzadkim, szafirowym futrem. Były jak matowe, połamane i zaniedbane pleśniowe strąki. Wyglądał jak cień wilka.
- Nie potrzebuję pomocy bardziej niż ty.- Wysunąłem swoją łapę spod jego.- Może ty chcesz pogadać? Może po prostu szukasz pustych uszu do napełnienia go lamentem starego nieszczęśnika? Możesz zacząć, ale daj mi chwilę, bo to trzeba spisać. Twoja tragedia zebrałaby tłumy. 
Nie wiedziałem co ten Delta ma na karku, jaka historia mu towarzyszyła i jaką przeszłość miały te głębokie bruzdy pod ślepiami. Ze swojej chorej wściekłości i zgryźliwości chciałem mu dopiec, niezależnie czy trafię go prosto serce, czy chybię o milę. Chciałem podzielić własne cierpienie, wyprowadzić je poza swoje biedne, zmartwione ciało. 
Teraz to on obejrzał moje blizny i bandaże z niemałym zakłopotaniem. Dwie umęczone ciała, czekające tylko na tę słodką chwilę, by opaść w głębię ziemi i zdegradować. Dwa żywe truchła, przewiązane szmatami, by nie rozpaść się jeszcze teraz. Czułem, że jeśli pociągnę za wszystkie te wiążące supły opatrunków, runę na ziemię jako kupka kości. Bo czym innym byłem? Kogo ja oszukuję? 

Aktor na deskach teatru.
Szkielet tańczący do taktu.
Ubrany w maskę, finezyjny kostium.
Na sznurkach ciągany, w sznurki spleciony.
Spektaklu nie skończy, za to potępiony.

- Dla mnie na gadanie już trochę za późno, a i tłumów by nie było, bo kto przyjdzie ma pogrzeb zdrajcy? A ty przyjacielu... Nie masz już dla kogo żyć? Wybrałeś paskudną śmierć, bolesną i długą... -

Mój uśmiech zbladł. 

- Cierpienie nie stanowi przeszkody w osiągnięciu ważnych celów.

- Cierpienie to jedyne co jeszcze czujemy. Nie widzę w nim żadnego bohaterstwa, tym bardziej w twoich celach.

- A czy coś mówiłem o byciu bohaterem?

- Powinieneś. Pomóż swoim braciom zamiast taplać się we własnej beznadziei. Nie toń bez powodu. - Odwrócił się i ruszył w swoją stronę. Na odchodne rzucił jeszcze.- Żywi są potrzebni żywym. Martwi są balastem na duszy.


Nie ruszyłem już mordownika. Powiesiłem go kwiatem w dół, by ususzył się pod ścianą jakiejś groty, którą mogłem nazwać na ten czas domem. Był jak medalion, święta relikwia, krucyfiks, który wita gości nad progiem i błogosławi im ich żałosnym żywotom. Symbol mojego życia i zwiastun wybawienia. Ale nie dzisiaj- parsknąłem, myśląc o swojej nowej bratniej duszy- Nie dzisiaj.

***

Pewnego dnia zostałem zwolniony ze służby. Permanentnie. Pozostawili dziesiątkę najsilniejszych szeregowców, ale reszcie nakazali się rozejść. Nie rozumiałem co się stało. Koniec wojny? Nie jesteśmy już potrzebni? W wyrazach pyska posła oraz jego burego przybocznego nie widziałem ni przebłysku triumfu, ni ulgi z odepchnięcia agresora poza nasze tereny. Nie byłem pewny czy w ogóle byli po naszej stronie. W moim sercu zagościła więc trwoga. 

Przegraliśmy. 

Mogłem się tego spodziewać.

Podobno mogłem zachować dawną rolę, ale nie było to konieczne. Na ten czas postanowiłem zostać gońcem. Przynajmniej do czasu, aż się nie namyślę, czym ja właściwie byłem. 

Chciałbym uczynić życie trochę mniej nieznośnym. Ja sobie samemu nie potrafiłem tego dać, ale inni wydawali się nie czynić tojadu swoją świętą pieczęcią. Może dla nich jest jeszcze ratunek. Chciałbym w to wierzyć, że potrafię coś dla nich zrobić. Coś dobrego dla odmiany.

piątek, 20 maja 2022

Od Całki CD Hiekki - "Lodowy Żar"

Tamtego dnia oddała mu swój koc.

Jej łapy powoli przesunęły się po ziemi. Półprzytomny wzrok zaćmiony powątpiewaniem podniósł odrobinę ponad szczyty drzew. Z cichym odetchnięciem wypuściła z ust powietrze trzymane w płucach odrobinę za długo. Ile by dała, aby teraz jej łapy były tymi samymi, które niegdyś mało nie utknęły w lodowatej wodzie jeziora. Ile dałaby żeby ten nowy świat i nowy porządek przepadł gdzieś w ciemności i wszystko wróciło do stanu, którego w sumie Całka nie zdołała poznać. Wojna. Wiecznie wojna. W takim świecie się urodziła i tego też świata miała dość. Przymykając oczy i pozwalając wiatrom znad morza owiać swoje futro słuchała nut spokojnych fal. Ze skrzywieniem na pysku, które dodawało jej jedynie przerażającego wyglądu. Zgryzła i skamieniała z zewnątrz, z tyloma wątpliwościami. Jej łapy zaryły w piachu kiedy podeszła do skraju wody, tam gdzie wszystko zacierało się w jedną wielką masę ciemnego morza, nieskończonego żalu jaki wylało niebo ku ziemi wiele lat temu, a który nadal nie wysechł. Całka też była bliska wylania z siebie łez, ale frustracji. Nad stanem rzeczy, nad truchłem pomieszkującym pewnie w krzakach przy jej domu, nad jej rodzeństwem, które powoli acz nieuniknienie rozpraszało się po watasze i balansowało na skraju przepaści, ryzykując życie w imię... właśnie. W imię czego? Wyższego dobra? Ale kto tak właściwie jest tym dobrym? Jej oczy podążyły za nią, jej uszy zastrzygły, a serce na chwilę zastygło. Chciała aby to się skończyło. Męka niepewności i strach straty. W jeden czy inny sposób, tak aby sama nie musiała zakańczać tego wszystkiego. I chociaż woda mało nie szarpnęła jej duszy ku sobie, wadera odwróciła się i odeszła. Patrol sam się nie uczyni.

Tego dnia chciała ugryźć

Długi język to jedna sprawa, plotkarstwo druga, a trzecią była Pinezka. Całka miała jej dość. Żywcem zjadłaby tą kolorową sukę. Może była miła... ale może była miła aż nad to. Wręcz sztucznie nieco i niezwykle mocno grała szczudłonogiej samicy na nerwach. A jednak utknęła z nią. Z jakiegoś powodu ostatnimi czasy ten piekielnie Wielki i Wielmożny... Niezawodny pan z najebanym do maksimum ego Mości Generał Hyarin, pakował ją w ten nieodwzajemniony związek z gadatliwą samicą. A kiedy Całka znacznie bardziej wolała patrolować granice z Tią albo Luką. Z tym drugim znacznie bardziej. Byli w końcu w podobnym wieku, rozmawiało im się dobrze, radzili sobie dobrze. Czego chcieć więcej?  A otóż : chwili spokoju. Chwili ciszy. Pinezka nie potrafiła uszanować niemej prośby Całki o odrobinę spokoju. Głos lewitującego wilka niósł się po lesie kiedy trajkotała niczym niezamykające się dziury w ciele. Powoli, nie za szybko, ale dużo i nieustannie, niczym męczące wilka piski i głosy w głowie. A Całka przeklinała swoje skupienie, gdyż było w stanie zarówno słuchać jak i uważać na otoczenie. A każda litera szła ku jej pamięci kodując się w niej niczym wątpliwie przydatny sąsiad mieszkający piętro niżej, którego niekoniecznie lubisz, ale znosisz żeby nie stwarzać zwady. A jednak jakbyś nie musiał nawet pojedyncze spojrzenie nie zostałoby rzucone ku temu parszywemu pasożytowi, ale cóż. Niewątpliwie Całka nie miała lepszego wyboru jak robić co jej kazano i czekać na czasy kiedy w końcu będzie mogła odkryć siebie, przeżyć dzień bez stresu i przestać wszędzie i nieustannie biegać niczym mała , pracowita pszczółka, która plącze się między kwiatami aby spełniać swoje obowiązki. Obowiązki i odpowiedzialność, które ciążyły na plecach i wykrzywiały kręgosłup moralny tak młodego wilka. Bo kto tak delikatny i podatny jeszcze na środowisko w którym żyje i w które ledwo co wkroczył za najwyższy obowiązek ma bronić życiem swojej watahy. Zabić albo zostać zabitym.

Tamtego dnia była na skraju

Sigma. Jej kochany brat. Nie spojrzała mu w oczy zaciskając mocno szczęki na własnych policzkach i czując smak metalicznej krwi. Swojego nowego ulubionego napoju. Była zirytowana. Wkurwiona, jeśli można użyć mocniejszego słownictwa, które znacznie lepiej opisywałoby jej stan. W ciężkim milczeniu czekała na jego słowa, w końcu pozwalając aby ich wzrok zderzył się. Jej brat najwyraźniej nieco niepewny i skruszony, ten idiota, nie miał odwagi wypowiedzieć tego słowa. Nie chciał sie wycofać. Nie chciał więc odwrócił wzrok. A to tylko napędziło w Całce żal i gorycz w najczystszej postaci.
—Dobrze więc. Nie masz po co wracać. — warknęła, a jej mięśnie zadrżały w wysiłku. Chciała go chwycić za kark, zaryć pazurami w jego boku. Niech pozna karę, niech pozna ból. A jednak powstrzymała się. Maska czy nie. To był jej brat. Nie posunęła by się do próby zmuszenia go do posłuszeństwa. Nie na tym polegało życie, nie ważne jak mocno by tego chciała. Powoli minęła odbicie swojego ojca.
—Całka... — jego głos był zaskakująco zrozpaczony jak na słowa, które jeszcze przed chwilą były znacznie bardziej stanowcze. —... j.. ja.. —
—NIE. — ale to ona tym razem miała być tą stanowczą. —Wybrałeś. — zimno odparła nie odwracając się w jego stronę. Może dlatego, że chciała aby płakał za nią, żałował swojego wyboru jak nigdy przedtem. A może wiedziała, że jeśli zobaczy chociaż jedną łzę to się zawaha. A nie mogła się wahać. —Ponieś konsekwencje swoich czynów jak prawdziwy mężczyzna Sigma. W końcu nim jesteś czyż nie? W końcu ... — wojna jest ważniejsza od własnej rodziny. Nie wypowiedziała jednak tych słów odchodząc w chłodzie wiosennego słońca.

Porzućcie bowiem nadzieję Ci którzy stajecie na drodze góry. Góra jest bowiem twarda i z każdym stuleciem powoli kruszy się i łamie, i przesuwa gniotąc świat pod sobą. Niewzruszona.

Tamtego dnia padło słowo za wiele

Truchło. Stał tam, gardząc po niej wzrokiem. Posuwając tym spojrzeniem po jej ciele niczym malarz usiłujący odnaleźć piękno w obrzydliwym tworze wojny. Całka warknęła w jego stronę zbliżając się. Była głodna, zmęczona i na skraju przepaści. Tej samej, nad którą balansowało jej życie. A jednak najwidoczniej najpierw miał upaść rozum, a za nim podążyć serce.
—Czemu na mnie warczysz? — odezwał się. Jego słowa przewietrzały ogarnięte przez wiatr zanim dotarły do niej.
—Bo śmiesz się pomazywać mi na oczy. — nie chciała go męczyć. A jednak coś kazało jej dzisiaj odgonić go na wszystkie sposoby. A każdy kogo spotkała, z nim włącznie wycofywali się na jej groźby. Na jej mur nieprzekroczony, który stawiała swoją wrogością, aby spokój jej ducha został spokojny i zachowany. —Potrzebuję odrobiny spokoju   — szepnęła z wyczerpaniem, ale za cicho aby jej głos dotarł dalej niż do zszarganego serca.
—Nie słyszałem. Znowu obrażasz mnie pod nosem? —
—Słuchaj no. — Oddałam ci mój jedyny koc niewdzięczniku, po czym dostałam nim w mordę. Karmię cię i poję, nawet swoją częścią żarcia kiedy ledwo stałeś na łapach — zostaw mnie, rozumiesz?! Zostaw w spokoju! — kłapnęła na niego. Cienka nitka zdrowego rozsądku trzymająca ją w kupię pękła z cichym jęknięciem. Serce rozdarło sie i na wierz wypłynęły wszystkie emocje. Oczy zaszkliły się, zęby pokazały wszystkie, a aroganckie prychnięcie ze strony rozmówcy niewiele pomogły. Tak bardzo brakowało jej wsparcia, a świat najwyraźniej nie był gotów go jej ofiarować.
—Kto ci pozwolił, no kto? Kto ci dał prawo żeby mnie tak traktować?! — jego głos podrażnił jej umysł w niebezpieczny sposób. Adrenalina i wściekłość zapulsowały w jej żyłach, zwłaszcza kiedy mniejszy wilk postanowił spróbować ją zaatakować. Wybacz. Ale mnie wychowała wojna i chłód. Odskoczyła zanim zdążył zacisnąć kły. Jej oczy z furią skierowały się na jego nędzne ciało, chociaż wyglądał lepiej niż parę dni temu.
Jego kły zaczepiły o jej kark, wiec wykorzystując impet jaki nadała sobie przy okazji wycofania się, zatrzymała się siłą wszystkich swoim mięśni. Wilk przeleciał nad jej głową, głucho uderzając o ziemię.
—ja, JA sobie pozwalam — warknęła. Wybuchła. Łzy zebrały się w kącikach jej oczu. Jak wiele jeszcze musiała przeżyć aby świat dał jej chwilę spokoju i ukojenia? — Za kogo ty się masz? Przychodzisz do mnie i oczekujesz przeprosin. Za co? Za chrzest bojowy? Cóż, witamy w zespole truchełko. Lepiej nie będzie! — a przynajmniej lepiej nie znała, od małego przygarnięta w ramiona chłodnej wojny. Więc to jej spojrzenie na świat było spaczone. Ale nie miała nikogo  kto poprowadziłby ją w lepszą stronę. Sama. Sama musiałby ją odkryć, a pośród krwi nie ma na to miejsca.  
—Jestem Hiekka, ty... — miała dość. Pierwsza łza zagubią się w sierści kiedy przycisnęła tą ciemnotę do ziemi w furią godną zabójcy. Przycisnęła go całą sobą. Całą siłą — Jesteś najohydniejszym monstrum, jakie kiedykolwiek poznałem. Ty bezduszna diablico. — A ona wiedziała jak wiele prawy jest w jego słowach, ale jednocześnie jak niewiele o niej wie i śmie patrzeć tylko na nędzne graffiti na murze pięknego muzeum, które skrywa w sobie cały zasób uczuć zawartych w obrazie. Schowanych za ścianami, niezrozumiałe nawet dla najlepszych znawców.
Poczuła się beznadziejnie. Nie dość, że traciła grunt pod łapami. Traciła powoli rodzeństwo i wieź. Traciła dom, który wyjadała wataha, ktoś śmiał powiedzieć jej w twarz, że jest potworem. Więc niech jej też powie, jak to zmienić? Czemu milczy? Czyżby umiał tylko oceniać, a może w końcu dociera że to nie jej wina. Nie ona wybrała dla siebie taki świat.
Wymknął się z jej uchwytu w chwili słabości. Jej ciało zadrżało w pojedynczym spazmie żalu. Zamachnęła się drugą łapą trafiając jedynie w trawę i rozbryzgując ją na wszystkie strony. Straciła towarzysza z oczy, na sekundę, aby zaraz potem poczuć powiew oddechu przy nodze. Uniosła ją bez większego wysiłku, a zęby truchełka kłapnęły o siebie.
Wkurwiona do granic możliwości kopnęła go. Jej ucho usłyszało chrupnięcie i przeciągły jęk.
jej furia trwałą dłuższą chwilę, a jako ta lepiej doświadczona szybko doprowadziła mniejszego do stanu marnego, ale nie śmiertelnego. I kiedy zacisnęła się w którymś momencie na jego karku, miała ochotę go przegryźć. Może wtedy otrzymałaby chwilę spokoju, ale puściła go. Po czym usiadła. Wilk oddychał ciężko po czym położył się na ziemi z plaśnięciem. Ona sama nie obyła się bez ranek. Jednak z truchłem było gorzej.
—Całka? — jej powoli cichnący, otępiony umysł przeszył dreszcz.
—Hę? — zapytała bez większego przekonania. Jej oczy ponuro wbiły się w widok marnego wilka ,który z przymkniętymi oczyma wpatrywał się w niebo
—Pomożesz mi znaleźć rym? Nie mogę nic wymyśleć. — zmrużyła oczy. Jej serce załkało
—Co ty bredzisz? —
—Nie, naprawdę. Co się rymuje z „żar”? —
Westchnęła cicho, nie mając siły na uśmiech. Wilk zamknął oczy po czasie. Spokojnie już. Wniosła go do nory i opatrzyła tym co zostawił za sobą ojciec. Jej posłanie, z tym samym brudnym kocem ,który odrzucił, stało się jego łóżkiem.  Jej posłanie. Jej posłanie. Łzy w milczeniu potoczyły się po jej policzkach. Wylizała rany tam gdzie sięgnęła. Zagoją sie zanim się obejrzy. Ale to tylko zamiany na ciele. Jej serce nie zagoi się tak szybko. O ile kiedyś.
Diablica, monstrum. Odbiło jej się po głowie. Może inny zapomną po czasie, ale Całka coraz to wyraźniej była świadoma swojej mocy. Dlaczego bowiem nie zapominała? Kiedy jej wspomnienia mówiły o dobrych czasach, kiedy jej relacje wyglądały porządnie, nagle wszystko powracało. Wywoływało tylko większy żal i większy ból. A łzy nie pomagały.

Tamtego dnia wpadła w pułapkę własnej mocy

Tamtego dnia podążyła śladem ojca.

Tamtego dnia...

<Hiekka?>


poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Od Hiekki CD Całki - ,,Lodowy Żar"

Łapy ciążyły mi niemiłosiernie, były jak wypchane ołowianym śrutem, ale zmusiłem się, by ruszyć za nią. Widziałem, z jakim bólem serca prowadziła mnie do swojego domu, jakim nieproszonym szkodnikiem i wyjadaczem chleba dla niej byłem. Kolejna gęba do wykarmienia? Ciekawe czy ma już szczeniaki. Może mieszka z rodzicami? Założę się, że oni też będą postrzegać mnie tak samo. Coś w jej spojrzeniu każe mi zniknąć i szczeznąć, wyparować tak szybko jak się pojawiłem. Zastanawiałem się, co ja jej zrobiłem. - Coś w zachowaniu tej młodej damy mówiło mi, że nie jestem tu mile widziany
- Hę?
Przynajmniej się odwróciła.
- Może ja jednak sobie pójdę.- Starałem się brzmieć tak poważnie, jak to tylko możliwe.- Na pewno gdzieś tutaj jest mnóstwo jaskiń do spania i wiesz....
- Żartujesz? - Łypnęła spod byka- Nie oferuję ci samarytańskiej pomocy, tylko wypełniam polecenie. Nie możesz tak teraz tak szwendać się po okolicy i szukać guza!
- Aż tak niebezpiecznie tu jest? 
- Tak.-warknęła.- Ale nie…To skomplikowane. Trzymaj się blisko mnie i powinieneś nie zginąć zbyt szybko. 
Dlaczego moim pierwszym odruchem było ruszyć szaleńczym pędem na przełaj? 
Do jej jaskini dotarliśmy późnym popołudniem. Pogoda pogorszyła się. Wiosenne słońce zostało zabrane przez hordę ciemnych wstęg, kosmatych jak kurzowe kłębki, przysłaniając wszystko światłem, takim, które nie tworzyło cieni. Polanka przed jej domem prezentowała się niezwykle ponuro. Nie odważyłem się szargać jej nerów uszczypliwymi pytaniami, więc posłusznie podążyłem za nią do środka. 
- Nie ruszaj tu niczego, a zwłaszcza moich rzeczy.
- Są tu jakieś poza twoimi? - Rozejrzałem się po sieni. Rozgałęzione korytarzyki mogły wskazywać na mnogość sypialni. Czyli jednak rodzina?
- Moich sióstr i brata, ale nie masz prawa tu węszyć.
-Ale ja przecież..!
- Będziesz ujadał, truchełko? 
Lodowaty dreszcz wystrzelił w dół po kręgosłupie. Zacisnąłem usta, by nie wypłynęło z nich nic, co by ją sprowokowało do kłótni. Źle by to się skończyło…to nie byłaby przyjemna śmierć.
- Więc…gdzie mogę spać?- Zmieniłem temat.
- Weź to.- Dostałem smrodem starych grzybów po pysku. Ściągnąłem z nosa bury koc, ciężki od masy wsiąkniętego w niego brudu. Wzdrygnąłem się.
- Dzięki, futro mam grube.
- To dobrze, bo nie licz na ciepło jaskini. Śpisz na dworze.
Rozwarłem pysk w niedowierzaniu, ale znowu uciąłem komentarze w zalążku. Potrafiłem tylko fuknąć, i to na tyle cicho, że nie usłyszała. Zerknęła na mnie. Wydawała się czerpać jakąś satysfakcję z mojego oburzenia.
- Coś nie tak?- Jej uśmieszek zawierał w sobie tyle jadu, że wybiłby życie na tej polance w niecałe 1o minut.
Brudna szmata upadła z impetem pod jej łapami, a ja zniknąłem, zanim się zorientowała. 
Już się tego dnia nie spotkaliśmy.

Minęło parę dni, może tygodni, ciężko zliczyć gdy upływ czasu nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Unikałem jej z powodzeniem, nie wiem czy z wściekłości czy ze strachu przed jej kolejnym potencjalnym przytykiem. 


Okrutna.

Szczupła jak tyczka.

Kosmata komiczka

Co tylko z innymi szydzić potrafi

 Gdy się jakiś nieszczęśnik natrafi!

Brzydka jak bagna. 

Wiedźma narwana. 

Tylko by chciała się żywić na gniewie

Okrutna, zawistna przy byle powiewie!

Słowa malutkie

Jak igły nie krótkie

Biją, dźgają, rrrwą cię ma strzępy. Aż!…aż nic z ciebie już nie zostanie. 

Może tylko ciche łkanie.


Widziałem już tą watahę, obserwowałem ją z oddali

 jak stoi w ogniu.


Obudziłem się późnym wieczorem, gdzieś w kępie listowia. Wygrzebałem się, zdziwiony w jakim skręcie ciała sam siebie znalazłem. Nie wiem ile spałem, ale nie przypominam sobie, bym brał później niż przed świtem. Ile dni minęło? Przeciągnąłem się ospale i rozejrzałem się. Ktoś z pobliskich drzew zdarł korę. Porwane wstęgi łyka zwisały z nadszarpniętego drzewa, kawałki kory jak rozłupane czaszki leżały wśród traw. 

Jeśli zjedzenie żywcem to gwałt na ciele to dlaczego ja siebie winię za ból, a nie ją? To kwestia twardości pokrywy  jakie igły się przecisną, a które nie. Mogłem mieć nad tym kontrolę. Mogłem pozwolić na rozrywanie bądź się obudować. Chciałbym w to wierzyć, nie czułem się wtedy tak bezradny, tak bezsilny. Może mogłem coś poradzić na biedotę mojego cierpienia. Bo przecież czy w tym momencie to nie ja, ja sam, się konsumuję, nie ona mnie? To ja układam wiersze na jej temat. To ja się tak kłuję.

***

- Zostaw mnie, rozumiesz?! Zostaw w spokoju!- Jej ociekające śliną kły kłapały mi przed pyskiem. Ale ja nie potrafiłem się cofnąć.

- Kto ci pozwolił, no kto? Kto ci dał prawo żeby mnie tak traktować?!

Próbowałem złapać się jej krtani, ale odskoczyła. Zahaczyłem o kark, więc wpiłem się w niego całą swoją mocą, ale Całka przerzuciła mnie nad sobą, a ja straciłem chwyt. Przeleciałem w tył jak szmaciana lalka.

- Ja, JA sobie pozwalam. Za kogo ty się masz? Przychodzisz do mnie i oczekujesz przeprosin. Za co? Za chrzest bojowy? Cóż, witamy w zespole truchełko. Lepiej nie będzie.

- Jestem Hiekka, ty...

Przygniotła mnie do ziemi swoją długą, masywną łapą. Gniotła coraz mocniej, a ja coraz ciężej łapałem oddech.

- Jesteś najohydniejszym monstrum, jakie kiedykolwiek poznałem.- warknąłem.- Ty, ty bezduszna diablico.

Ledwo wymsknąłem się spod zamachu jej drugą łapą. Wyrwała kępkę trawy razem z ziemią, która roztrzaskała się na pobliskim pniu. Zbiegłem jakoś spod jej drugiej łapy, gdy na moment straciła równowagę przez impet, jaki wywołała. Zakradłem się za jej plecy i próbowałem odgryźć jej kawał uda. Znów chybiłem.

Szał który nami zawładnął, długo nie mógł nas opuścić. Ile jeszcze krzywdy sobie wyrządzimy, nim ochłoniemy? Trudno mi było powiedzieć kiedy padłem z wycieńczenia. Wyplułem luźnego zęba w kałużę krwi, oddychałem ciężko.

- Całka?

- Hę?

- Pomożesz mi znaleźć rym? Nie mogę nic wymyśleć.

Patrzyła na mnie, zbitego, zakrwawionego, na granicy przytomności, a paradoksalnie to ona wtedy ona bardziej straciła zmysły niż ja. 

- Co ty bredzisz?

- Nie, naprawdę. Co się rymuje z ,,żar”?

Długo patrzyła na mnie z niedowierzaniem. Zaoferowałem jej opium na zgodę i na pobudzenie wyobraźni. Nie miała więcej pytań.


Lodowy żar co z nieba spadł, człowieka tknął

i jako sługę, jego własność, sobie wziął.

W centrum jego duszy, legowisku katuszy

Zasiadła w nim ona – ptaszyna niewielka.

Jak ogromna była siła tego wróbelka?

Zagnieżdżonego w osobliwości żaru

pośród gorącego chłodu swego czaru.

Czaru czystej pustki, a jednak pełności,

która być mogła jakiejś pięknej miłości

powodem lub też tylko życiowym zwodem,

jakimś bardzo szkodliwym myśli zawodem.


(Całeczka?)

wtorek, 29 marca 2022

Od Całki CD Hiekki - "Lodowy Żar"

Poranek zdawał się witać słońcem i odrobiną zgrzybiałego zapachu kurzu w powietrzu, podniesionego z udeptanych ścieżek, suchych jak wiór. Deszcz teraz pamiętał tylko ten kto widział słońce, chowające się nieustannie za grubą kołdrą chmur. Powietrze niczym atmosfera wojny chrzęściło w pysku wiórami i kolało w oczy i płuca z każdym kolejnym wdechem. A jednak praca nie raczyła się wykonywać sama. Nawet Całka musiała wstać. Nie. Zwłaszcza ona. Jej rodzeństwo miało swoje własne sprawy, pomijając fakt, że aktualnie te sprawy składały się z leżenia w posłaniu i walką z chorobą oraz latanie po terenach poza watahą w poszukiwaniu dwóch zagubionych nieszczęśników. Długonoga wadera została więc sama w małej norze, która teraz miała dokopane cztery dodatkowe pomieszczenia. Niewielkie, ale wypchane niegdyś kocami, które teraz oddali do jaskini medycznej, zostawiając sobie jakieś szmaty.  Ich własne sypialenki. Chociaż Całka i tak miała w nawyku spać na Sigmie i nikt tego nie kwestionował. Ba! Nawet często spali sobie razem na kupce nawet po renowacji norki. Nawyk radzenia sobie ze stresem i samotnością. W końcu bliskość innych jest istotna.
Całka westchnęła ciężko podnosząc się z zimnego prawie posłania. Jej oczy powoli przesunęły po pustej przestrzeni. Kurz zawisł w promieniach tak rzadkiego słońca, które wdzierało się przez wejście. Byłą sama. Znowu sama. A ilekroć czuła się sama wychodziła wcześniej do pracy co by zapomnieć o nieustannie ciążącym na jej karku obowiązku i stresie. Stresie na które jej świeżo dorosłe serce nie było gotowe. Ale przynajmniej kwiaty zaczynały kwitnąć. Te których zima nigdy im nie pokazała, a teraz raczyła odsłaniać po tak długim czasie. Jej łapy skierowały się do jaskini medycznej. Tam prawie z odległości metrów podano jej rozkaz. Zwiedzić granicę od morza. Cudnie. Nic ciekawego. Ale chwila! Uwaga! Nasza droga samotna i samodzielna wadera otrzymała nieznośnie kolorową i pyskatą towarzyszkę do „pomocy”. Pinezka zakręciła się w powietrzu dołączając do jej boku.
—Czy to ... jest konieczne? — kremowa wadera, córka medyka wysyczała wręcz przez zęby rzucając sztuczny uśmiech w eter. Nie odpowiedziano jej, wiec z pokorą pogodziła się z nieznośnym stworem podążającym u jej boku. Wyjątkowo, chociaż ostatnio mniej i strażnicy mieli za zadanie patrolować granice.
Obie wadery udały się w drogę jaką im wskazano. Oczywiście ich przechadzka nie była za cicha. Pinezka widocznie nie pałała taką samą niechęcią do Całki, jak ta do niej. No cóż. Całka nigdy nie była jakoś mocno zainteresowana przyjaciółmi czy bezsensowną rozmową. Wystarczy że Mediana działała jej na nerwy. A jednak dla własnego dobra wytrzymywała, z cichymi ale nadal irytującymi monologami lewitującej samicy.
—Słyszysz? — w końcu jednak ta przerwała niepotrzebną rozmowę. Obie uniosły uszy w zainteresowaniu i zaalarmowaniu. —Ktoś... się ... pluska? — Pinezka skleciła jakąś średnio sensowną dla Całki tezę. Ale miała rację co do jednego. Z pewności był to dźwięk wody. —Nie ważne. —
—Nie. Nie. Ważne. — Całka powoli skierowała się w kierunku niedalekiego bajorka. Jakieś niewielkie świeże jezioro. Jedno z tych niezapisanych na mapach, a niedalekie od słonych granic nieskończonej głębiny. Chwilę szły słuchając. Plusk co prawda ucichł, jednak im bliżej były tym wyraźniejszy był bulgot. Wyszły spomiędzy przerzedzających się drzew i stanęły... no... stanęła Całka i zawisła Pinezka. Młodsza chwilę przyglądała się sytuacji po czym podeszła bliżej. W wodzie zanurzony może do łopatek w wodzie, leżał wilk. Wadera odetchnęła przewracając oczyma i z niechęcią zanurzyła pysk w mulistą powłokę okalającą nieszczęśnika. Szarpnęła porządnie. Jej siła na szczęście pozwoliła wydobyć wychudzonego ...samca prawdopodobnie. Pinezka jedynie zamruczała coś w tle odlatując niezainteresowana.  
—Chryste żyjesz? — Szturchnęła to truchło łapą. Wilk zakaszlał poruszając się. Ewidentnie. Przeleciało przez myśl Całki. Szkoda. Niesfornie i niepoprawnie, stłumione od razu. Chociaż gdyby to był wróg to nie żałowałaby ani jednej jego kości.
—Nie powinno cię tu być. Nie jesteś stąd. — Całka stwierdziła to jakby nie było to faktem tak oczywistym, że wyłożonym na tacy byłoby za mało powiedziane. Cisza. Cisza. Ha. Małomówny czy idiota?
—Całka, pospiesz się, nie mamy całego dnia! —Pinezka zawyła zjawiając się znowu na brzegu drzew. Adresat tej sentencji jedynie przewrócił oczyma.
—Przecież wiem, — Znalazła się pani idealna. Aż chciało jej się powiedzieć. Na szczęście potrafiła ugryźć się w język — ale co ja mogę przyspieszać? Przecież widzisz, że nie odpowiada.
—Bo  z nimi trzeba krótko — zbliżyła się ledwo dotykając ziemi i mocno chwyciła za ramiona leżącego trupem samca. — Za mordę i gadaj przyjemniaczu!—
—Pinezka! — Ty idiotko! Nawet Całka wie jak obchodzić się ze świeżymi topielcami. Najwidoczniej empatia do poszkodowanego nie należała do mocnej strony lewitującej samicy tego dnia. Była nawet niższa do zawistnej Całki, a to jest jakiś rodzaj porażki życiowej.
—Co? —
—Zostaw go lepiej, wiesz? — westchnęła ciężko. Kolejny wilk do niańczenia. Jakby jej rodzeństwa było jej mało. No... i tego trupa. —Trzeba go aresztować. Nie wiemy kto to  i po co pojawia się w środku watahy. Nie uważasz że to podejrzane? — może odrobina odwrócenia uwagi i jakiś słuszny trop nie spowodują że samica oderwie ręce temu topielcowi.
—Sugerujesz, że jest szpiegiem, tak? — nie... marchewką kurwa. — Wiedziałam! — nie. Nie wiedziałaś.
—Mówię tylko, że to nie wykluczone. Chociaż... Nie wygląda na jakiegoś wyjątkowo kompetentnego— zlustrowała truchło swoimi oczami. Chudy, pewnie odwodniony. Nogi były chude i kościste, że też jeszcze trzymały jego ciało. Mimo to wątpliwości nadal były... jakieś. W końcu... to mogła być... dobra przykrywka?
—Myślisz, że nas słyszy? —
—Nie wiem. Wygląda jakby znowu zemdlał. —
Całka zamlaskała. Jej uszy poruszyły się a wzrok zwrócił ku wodzie. —Myślisz że mogę go tam z powrotem podrzucić. Tak wiesz... na rozbudzenie.—
—Nie... ale woda nie jest złym pomysłem. — Pinezka odszepnęła do niej. Zaraz potem parę porządnych chluśnięć wody zmoczyło i tak morką sierść samca.
—Żyję przecież, aghh! — zawierzgał uchylając w końcu oczy. —Skończyłyście? —
—Prawie. Teraz nam powiesz kim jesteś i jakie licho cię tu przywiało. — Pinezka zarzuciła na swój głos udawany głęboki ton. Całce aż chciało się śmiać z politowania.
Pytania poszły szybko zwłaszcza, że basior zaskakująco mocno z nimi współpracował. To szybko przekonało starszą z dwójki. Całka nadal co do tego pewna nie była.
—Czy mogę prosić o azyl — w końcu padło pytanie. Takie którego Całka nie spodziewała się usłyszeć od tak schłostanego życiem wilka.
—Proszę? — lewitująca przekrzywiła głowę na bok niczym naiwne szczenię.
—Azyl, schronienie, glejt na postój. Naprawdę jestem bardzo zmęczony. —
—Takie prośby trzeba kierować do władz— Całka westchnęła cicho i ciężko. Więcej kłopotów nie trzeba im było w watasze. Zwłaszcza nie w takim stanie. W końcu gdzie go wcisną? Do jakiejś jaskini  żeby zdechł? Czy może do jaskini medycznej między przyszłe trupy co by czuł się jak swój ze swoimi?
—Całka zabierzesz go? — pytanie tak ciążące na ego padło z ust jej towarzyszki. Łypnęła na nią jednym ze swoich oczu.
—Dlaczego nie ty? — grymas na jej pysku mówił wszystko co myślała o niańczeniu tego truposza.
—Bo ktoś musi dokończyć patrol. A tak się składa, że zawsze więcej widzę. — Jej rechot mało nie doprowadził Całki do przekroczenia linii, gdyż nie. Wcale nie widziała więcej, nawet z nieba. W końcu widzenie nocne dawało i Całce pewną przewagę. Jednak najwidoczniej nie było się co kłócić gdyż starsza już zniknęła między drzewami. Pieprzona egocentryczka. Całka jeszcze klapnęła zębami w miejsce gdzie zniknęła jej towarzyszka i zwróciła wzrok na tego nieszczęsnego topielca, który spadł im z nieba jak najgorszy problem tego świata. Na chwilę wszystko zamilkło. I w sumie dobrze. Czas na ochłonięcie.
Potem padło pierwsze spojrzenie. Ostrzegawcze i ponaglające, a kompletnie zignorowane. Igrasz z ogniem trupie. Całka zmarszczyła nos widząc jak basior rozluźnił się nieco.
—Idziemy? —
—Minutka. Przysiądź na moment to zobaczysz, jakie to przyjemne. —
—Jeśli się nie ruszysz w ciągu pięciu sekund to ja ruszę ciebie. — Całka warknęła niezadowolona. Nie będzie sugerował jej jakiś nieudany syn Posejdona topiący się w kałuży, że ma sobie przysiąść. Przysiądzie sobie w domu, jak skończy z jego humorami. I odetchnie... Samotnie.
Milczenie. Tyle jej odpowiedziało.
—No dobra. Sam się prosiłeś. — bezczelnie przerwała jego spokój zatapiając kły w karku. Nie za mocno oczywiście, krew się nie lała. Ale niczym szczenię szarpnęła go ku górze i bez namysłu ruszyła w kierunku drzew. Co prawda jego ciało nieco niewygodnie ciągło się pomiędzy jej przednimi łapami, ale nie przeszkadzało jej to za bardzo. Samiec był lekki czego szło się spodziewać.
—Dobrze! Dobrze! Idę! — zakrzyknął kiedy tylko doszedł do siebie. NO... i kiedy Całka specjalnie przeciągnęła go po korzeniach wystających z ziemi. Wypuściła jego kark z pyska. Ten powoli podniósł się na proste nogi. Samica nie czekała, ale ruszyła w dalszą podróż do centrum. Co prawda zwolniła tempa, ale ani razu nie obejrzała się na towarzysza. Słyszała za to jak idzie za nią potykając się i wywalając, ale w miarę nadążając za żwawym krokiem.
—Jesteśmy . — oznajmiła w końcu stając. Niedaleko była jaskinia alf. — Tam jest alfa. Do niego wszystkie proś...—
—Coś do mnie? — jak na złość Agrest raczył jednak nie być w swojej jaskini,  akurat wracał z zapewne obchodu. Ah. Niespokojne nogi polityków w stresie noszą ich gdzie popadnie.
—Taaa... — Całka klepnęła zachęcająco nieznajomego w plecy. Nieco za mocno najwidoczniej gdyż ten ugiął się nieco. Zbyt przywykła do ciężkiego i stałego ciała brata. — Wybacz. — szepnęła. Nie chciała mu w końcu zrobić krzywdy.
—Zaczekaj tu sekundę, ok? — szary wilk rzucił prośbą po zamienieniu ze słabszym paru słów. No ok. Pokiwała głową. Nie słuchała ich, więc nie bardzo wiedziała po co ma sterczeć bezużyteczna w centrum, kiedy mogła już być na drugiej trasie. Może zrobi dzisiaj nocną wartę?

Czas się wlekł. Płynął stanowczo za wolno, a myśli w tym czasie  uciekały za daleko w kierunku rodziny. Całka zatrzepała głową starając się pozbyć tego obrazka z głowy. Na razie nie było co o tym myśleć. Nie ma co się martwić. Chociaż... było. Jednak to nie na jej nerwy. Może jednak to było powodem takiej agresji w kierunku otoczenia. Czyżby nawet wielka i silna Całka przestawała sobie radzić z mieszającymi się w jej sercu uczuciami? Czyżby stres przytłaczał ją za mocno, a ona bez nawyku płakania w maminy bok, którego swoją drogą nie miała, reagowała złością? Czy dobrze było więc hamować w sobie te refleksy? Czy nie zadziałają destrukcyjnie w niej samej? Kto wie. Ona z pewnością nie, aczkolwiek bezpieczniej było zniszczyć siebie niż innych. Wielu innych. Niemiłe słowa, raniące kły i komentarze. Ograniczała to wszystko do minimum. Jednak wilcza cierpliwość i kontrola ma swoje granice. Całki były zaskakująco giętkie, ale trwałe.
—Całka? — Alfa wyszedł ze swojej jaskini na dwa kroki. Ten truposz zaraz obok niego. — Mam do ciebie prośbę. —
Ciarki przeszły przez jej plecy. Coś czuła, że jego słowa nie przypadną jej do gustu.
—Tak?— a mimo wszystko gotowa była na nie przystać. Świat bowiem najwyraźniej uwielbiał testować jej granice.
—Zajmij się naszym nowym członkiem. Chciałbym, żebyś patrolowała tereny bliższe centrum przez kilka dni. Niech Hiekka nieco przywyknie do watahy u twojego boku.— jego sowa sprawiły że wadera uśmiechnęła się, aczkolwiek jej powieka zadrgała nerwowo.
—Oczywiście. — wysiliła się na słodki ton, przesączony jadem co do ostatniej litery.
—A... i masz może miękkie miejsce w domu? W końcu nie możemy wysłać nieszczęśnika do jaskini medycznej. Sama wiesz co tam się dzieje. A przydałoby mu się ze dwa , może trzy dni odpoczynku. — Agrest cofnął się o krok widząc jej minę. A potem zbliżył się szybko. — Może nie wygląda groźnie ale to obcy. Chcę żebyś miała go na oku 24/7 przez jakiś czas. — wytłumaczył szeptem. To jednak niewiele pomogło. Jakiś obcy zaburzał jej własną prywatną przestrzeń, w której mogła sobie dowolnie krzyczeć. Czyżby teraz nawet w bezpiecznym domu musiała nosić maskę spokoju.
—Dobrze. — zrezygnowana przystała na to nieszczęście. — Poniańczę tego trupa jakiś czas. —nie raczyła bowiem wypowiedzieć jego imienia, gdyż nie bardzo się mu przysłuchała, a wstyd było jej popełnić w nim gafę.
—Dziękuję, Całko. — i zniknął pozostawiając tę dwójkę samych.
—Chodź. — warknęła głucho zmierzając w kierunku norki. Zrezygnowana. — Trupie? Idziesz? Nie jesteś głodny i spragniony? — zatrzymała się i zerknęła na niego kątem oka. Ten niepewnie poruszył sie za nią, gdyż widocznie złagodniała. Musiała. W końcu skoro jej kazali, to nakarmi go i napoi. A potem wyjdzie na nocną wartę i pogrozi mu śmiercią jak wyjdzie choćby na krok bez niej z nory. Tak... to dobry plan.

Idealny.

<Hiekka?> 

wtorek, 15 marca 2022

Od Hiekki - „Lodowy Żar”

Szczęście jest pojęciem ciężkim. Albo trudno je zdefiniować albo całkowicie wybiega poza możliwości definicyjne. Trudno się je osiąga i trudno się do niego dąży. Złudzenia, przyjemności, łzy, zamykanie się we własnej beznadziei i bólu zawsze jest i będzie łatwiejsze. I tak jak pnięcie się w górę wymaga ogromnej pracy, tak spadnięcie w dół to czasami tylko jedno spojrzenie, jedno wspomnienie, jedna sekunda nieuwagi na drodze. Zbudować ciężko, zepsuć łatwo. Zbyt łatwo jest zsunąć się do punktu wyjścia, do ciemnej otchłani bierności i wątpliwości, które bolą jak palenie żywcem.
 Na co więc tyle trudu? 
Po co, dlaczego?
Czy góra naprawdę ma tak wiele do zaoferowania jak to wygląda z samego dna? 
Mi się tu podoba. To moje dno. 
***
Hiekka wstał niedawno, tuż po świcie, obudzony skrzekiem mew, które próbowały wydziobać z niego co nieco dobrego. Nie pamiętał zbyt wiele. Przypomniał sobie otwary ocean, sztorm i fale wielkie jak góry. I on, ziarenko piasku na skleconej ze spróchniałego drewna tratewce, która mogła rozpaść się w każdej chwili. Pamiętał błyski błyskawic i wrzask wiatru w uszach. Potem lodowaty ocean na skórze. Światło błyskawic wyglądało pięknie, rozbite w filarze ciemnogranatowej wody. Potem już niczego nie zobaczył.
Przesunął łbem po mokrym piasku i spojrzał na kłębowisko ptaków, a dokładnie na jedną wyjątkowo otyłą, szarą mewę.
- Hej, Luis.- Chrypka nie opuszczała jego głosu- Myślałeś, że już nie wstanę? Przeżyłem. Mówiłem, że ocean ma mnie w swojej opiece.- Zakaszlał, gdy poczuł, jak jego gardło wyschnięte było na wiór.
Ze zmęczonych płuc wydarł się histeryczny śmiech, a mewa spojrzała na niego z głupkowatym wyrazem dzioba. Wzbiła się w powietrze i zlała się w chmurze identycznych sobie ptaków. A może Luis to była inna mewa, pomyślał. Ach, wszystko jedno.
***
Mam zbyt wiele swojej krwi na rękach, niemało krwi ludzi, którzy byli mi obojętni i którzy byli moim całym światem. Tych, na których szczęściu najbardziej mi zależało. Czasami mam wrażenie, że co nie zrobię to jest coraz gorzej. Skończyło się więc na tym, że nic nie robię.  
***
Nie wiedział dokąd idzie, ale łapy prowadziły go w głąb lasu, do cienia, do słodkiej wody. Głowa pękała mu od odwodnienia, była jak napchany ciśnieniem balon, który pęknie lada chwila. Obraz przed oczami fragmentaryzował się i rozmazywał w niesprecyzowaną, burą papkę barw. 
Nawet nie zdążył się ucieszyć, że znalazł wreszcie jakieś jezioro, bo wpadł do niego tak szybko, jak zdążył zasłabnąć. Chlapnął pyskiem w mieliznę chłodnej, brudnej wody, wzbijając tuman śmierdzącego mułu. Minuta, dwie. Minęło trochę czasu zanim ktoś go znalazł i szarpnął za kark.
- Chryste, żyjesz? - Usłyszał głos jak przez szybę. Młoda wadera. 
Wykaszlał z płuc trochę jeziora i osunął się na plecy. 
- Nie powinno cię tu być. Nie jesteś stąd.
Nie nie odpowiedział, był zbyt zajęty delektowaniem się tym kojącym, rozpierającym uczuciem, gdy o włos umkniesz śmierci. Gdy tylko twój oddech szatkuje ciszę.
- Całka, pospiesz się, nie mamy całego dnia!
Inna wadera stała nieopodal. Może nawet by spojrzał, ale spod przymkniętych powiek i tak by nic nie dostrzegł.
- Przecież wiem, ale co ja mogę przyspieszać? Przecież widzisz, że nie odpowiada.
- Bo z nimi to trzeba krótko.- Usłyszał kroki.- Za mordę i  gadaj przyjemniaczku!
Czyjeś łapy szarpnęły go za ramiona.
- Pinezka!
- No co?
- Zostaw go lepiej, wiesz? - Głębszy głos westchnął.- Trzeba go aresztować. Nie wiemy kto to i pojawia się nagle w środku watahy? Nie uważasz że to podejrzane?
Spojrzał spod zwężonych powiek na latającą waderkę o kolorowej grzywce, która aż zaniemówiła z przejęcia.
-...Sugerujesz, że jest szpiegiem, tak? Wiedziałam.
- Mówię tylko, że to niewykluczone. Chociaż…- Mlasnęła.-Nie wygląda na jakiegoś wyjątkowo kompetentnego. 
Obie zwróciły się w kierunku nieznajomego.
- Myślisz, że nas słyszy?- Kolorowa syknęła jej do ucha.
- Nie wiem. Wygląda jakby znowu zemdlał.
Oblały go więc chlustem wody z jeziora, przerywając mu tym samym jego błogi, półświadomy trans. Basior wierzgnął i zająknął.
-Żyję przecież, aghh.- Przetarł oczy z błota i piasku.- Skończyłyście?  
- Prawie. Teraz nam powiedz kim jesteś i jakie licho cię tu przywlokło. 
***
Znałem dobrze to uczucie. Otoczony lodem, tak ciasno się do niego tulę, że zamiast raniącego zimna, które rozszczepia moją skórę, czuję ból tak mocny, aż podobny do przypalania rożżażonym żeliwem. Wszystko staje się siebie warte. Zacierają się granice pomiędzy bólem a bólem, żarem a lodem, gdy wszystko w ostatecznym rozrachunku czuć tak samo dotkliwie. Nieważne, dokąd głupota mnie przygna, zawsze czuć to samo.
***
Odpowiedział im na wszystkie pytania, a dwie strażniczki powoli pozbywały się swoich obaw. Nie mogły przecież podważać, że ten przemoknięty, wychudzony, śmierdzący słonymi glonami i wyglądający jak tysiąc nieszczęść miernota był kimś niebezpiecznym. Zarówno WWN i WSJ nie byli na tyle przebiegli, by tworzyć swoim szpiegom tak wiarygodne alibi.
-Czy mogę prosić o azyl?
-Proszę?
-Azyl, schronienie, glejt na postój. Naprawdę jestem bardzo zmęczony.
- Takie prośby trzeba kierować do władz. - Mruknęła cicho Całka.
- Całka, zabierzesz go?
Wysoka skrzywiła się
-A dlaczego nie ty?
- Bo ktoś musi dokończyć patrol. A tak się składa, że zawsze więcej widzę.- Zarechotała i zwrobiła koziołka w powietrzu. 
Całka nie protestowała dalej. Pożegnała strażniczkę, która już zniknęła między drzewami. Wyjątkowo cicho się zrobiło. Rozejrzała się po okolicy, brzeg jeziora wiosną sprawiał wrażenie nader uroczego i zacisznego. Spuściła wzrok na Hiekkę, który nadal leżał plackiem na ziemi. Ten odwzajemnił spojrzenie, zupełnie ignorując wiadomość, którą odczytał w jej oczach. Minęła dłuższa chwila, zanim zdecydowała się go pospieszyć.
-Idziemy?
-Minutka. Przysiądź na moment to zobaczysz, jakie to przyjemne.
Odetchnął głęboko i pozwolił wypełnić się uczuciem, że cały świat nie ma znaczenia, jego życie istnieje tylko w teraźniejszości, a wszystkie ważne sprawy są tak naprawdę śmieszne i bezsensowne. Niezwykły spokój i ulga tak nie dźwigać nic. I nic nie czuć.

(Całka?)