środa, 31 grudnia 2025

Podsumowanie grudnia!

Kochani!
Mam déjà vu. Czuję, jakbym przed chwilą wygłaszał Wam podsumowanie miesiąca, a przecież robiłem to przed przeszło... miesiącem. Dziś przed nami podsumowanie grudnia, wcale nie takie spóźnione, jak mogłoby być, gdyby nasz stary medyk nie przypomniał mi o nim zupełnym przypadkiem (tak, data, pod którą widzicie podsumowanie, jest lewa jak wybory na alfę). Pocieszające jest jedynie to, że obaj zapomnieliśmy o swoich końcowomiesięcznych zwyczajach. Ha ha.
Przed nami podium tegomiesięcznych pisarzy. Ostatnie w tym roku, a jak licznie obsadzone! Członkowie nie zawiedli swojej watahy!

Na pierwszym miejscu niesamowita Yrsa z 7 opowiadaniami,
na drugim przewszechmogący Delta z 5 opowiadaniami,
na trzecim klasa sama w sobie, Domino z 4 opowiadaniami,
a poza podium również trzech znamienitych muszkieterów, KataraktaTalia, i Kalina.

Innymi postaciami, które wystąpiły w naszych opowiadaniach, byli Mezularia, Miodełka, Eilert, MisungNicpońKoyaanisqatsi i Szkliwo.

Odbierajcie swoje punkty umiejętności i do zobaczenia w NOWYM ROKU!!!

                                                         Wasz kochający samiec alfa,
                                                               Agrest

Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 13

 


Delta spojrzał na kartkę w swoich łapach i odetchnął. Oficjalnie już, mógł wpisać wielkimi literami : Koniec, zaraz pod danymi z epidemii. Ostatni pacjent wyszedł z medycznej, niekoniecznie o własnych łapach, ale wyszedł.

Amensir wyzdrowiał, cudem, ale wyzdrowiał i wyszedł o własnych łapach. Jego choroba była szybka, intensywna, ale skończona.

Puchacz zachorował zaraz po śmierci swojej siostry. Niedługo potem choroba rozłożyła Nymerię i Agresta. Akurat na święta. No cóż. Cała rodzina w chorobie. Poza Legionem, który siedział w jaskini alf, samotnie. Ale niedługo. Agrest, pomimo swoich własnych problemów zdrowotnych w miarę się wylizał, a niedługo potem wyzdrowiał Puchacz. Chociaż tylko ciałem, gdyż siostra była mu  bardzo bliska. Niestety żona Agresta, samica alfa, najukochańsza wadera w tej watasze nie pozbierała się tak łatwo. Nie wyszła o własnych łapach. Fakt jest, że nie wyszła wcale żywa. Niestety, Puchacz, Legion i Agrest będą mieli za kim płakać.

Espir wylizała się chyba najszybciej ze wszystkich, pomimo swojego wielu. Z jaskini medycznej wyszła o własnych łapach, niecały tydzień po zachorowaniu.

Satrutn i Smoła przeszli przez chorobę lekko i wyzdrowieli z nową śmiałością. Ach ta młodzież…

Kali za to… Kali się nie poszczęściło. Mino miał kogo grzebać tego dnia, bo niedługo po niej padł Miguel.

Niedługo potem Delta wysłał Talię do Yrsy i Xiva. I tak jak  Xiv wylizał się w miarę dobrze i przeszedł tę chorobę bez większych problemów, Yrsa potrzebowała jeszcze trochę czasu. Jednak zdrowie przyszło i do niej.

Prymula, z racji że to szczeniak, ponarzekała i wylizała się jak młody bóg. Gorzej że straciła babcię w tym procesie.

Dana i Hiekka chorowali, chorowali i napsuli trochę Delcie krwi. Hiekka ze swoimi poematami, a Dana miłosnym wyciem za basiorem, którego nie mogła dostać.

I na tym się dobro skończyło. Śmierć przyszła i zabrała ze sobą każdego kto został w jaskini medycznej, kiedy zdrowi tylko wystąpili jedną łapą na swoją zasłużoną wolność.

Najpierw poszła Ruka. Starsza wadera zamknęła oczy bardziej ze starości niż z choroby, chociaż ta wcale jej nie pomogła.

Potem umarła Szalka. Ta pomocna, wesoła i młoda wadera. Odeszła przerażona i Delta mógł tylko przytrzymać ją za łapę.

Harpia, Kezuko i Mikaela byli zaraz po niej. Tej samej nocy właściwie. Wszyscy po kolei poddali się chorobie, która powoli udusiła ich we śnie.

Miguel odszedł o poranku. Kiedy słońce przed nowym rokiem zaświeciło na świat.

Arteus i Xochi odeszli jednocześnie w południe. Smutno, bo boleśnie. Arteus oberwał atakami padaczki zanim choroba dobiła go kompletnie, a Xochi zachłysnął się wodą i niestety poległ z utopienia… albo uduszenia się. Ciężko powiedzieć. Choroba po prostu nie dała mu wyrzucić wody z płuc.

Piwonia i Cykoria umarły spokojnie, skulone w roku medycznej, zawinięte futrami jedna w drugą.

Szalej za to umarł wieczorem, wczesnym jeszcze. I wtedy na Sali została tylko jedna wadera.

Flavie poczekała ze swoją śmiercią. Prawie do nowego roku. Jej oczy zamknęły się, a oddech poddał niedługo przed północą.

I jaskinia medyczna zamilkła. Puchacz płakał w rodzinnej jaskini. Dalia wyszła i jeszcze nie wróciła ze spaceru. A Talia i Delta siedzieli przed medyczną i wpatrywali się w niebo w grobowej ciszy. Cóż za wesołe wieści na nowy rok… niestety podpisane krwią i zagubionym oddechem wszystkich tych, którzy odeszli.

 

<CDN>

Od Yrsy - Nowy Rok

 



Nowy Rok nie przyszedł z hukiem.

Nie było gwałtownych zmian ani obietnic składanych na głos. Las nie wiedział, że zmieniła się liczba, a noc wyglądała dokładnie tak samo jak poprzednie - cicha, zimna, rozciągnięta nad ziemią jak ciemne futro.

Yrsa siedziała przy wejściu do swojej nory i patrzyła w głąb lasu.

Minął rok.

Nie od przybycia do watahy - to przyszło później, bez ceremonii, niemal mimochodem.

Minął rok od dnia, w którym świat, jaki znała, przestał istnieć.

Yrsa pamiętała go do dziś. Pamiętała moment, w którym instynkt kazał jej uciekać, a rozum nie nadążył nawet zaprotestować. Pamiętała śnieg, który przyjął jej łapy bez pytania. I ciszę później - nie uspokajającą, lecz martwą. Ciszę po tym, jak wszystko, co było światem, przestało nim być.

Została sama. Nie dlatego, że była najsilniejsza. Została, bo życie czasem wybiera przypadkowo.

Przez długi czas uważała, że to pomyłka.

Pierwsze dni po tamtej nocy były nie tyle żałobą, co dezorientacją. Ciało poruszało się jeszcze z rozpędu, umysł wykonywał znane gesty, ale sens zniknął. Były chwile, w których budziła się przekonana, że zaraz usłyszy głosy swojej watahy i chwile, w których bała się zasnąć, bo wiedziała, że ich nie usłyszy.

Nie płakała wiele. To przyszło później.

Najpierw była tylko konieczność przetrwania.

Kiedy trafiła do nowej watahy, była cieniem samej siebie. Uprzejma - zawsze. Spokojna - niemal przesadnie. Mądra w sposób, który pozwalał nie zadawać zbyt wielu pytań. Była gościem. Kimś, kto stoi trochę z boku, obserwuje, uczy się rytmu, ale nie wchodzi w środek kręgu.

Nie dlatego, że nie chciała.

Dlatego, że krąg kojarzył jej się z czymś, co już raz się zamknęło - i pękło.

Minął rok.

Były dni dobre. Ciche, równe, niemal zwyczajne.

Były też takie, które zaczynały się od zapachu albo światła padającego pod złym kątem i kończyły walką o oddech.

Obrazy wracały. Zawsze wracały.

Nie pytały, czy jest na to gotowa.

Czasem widziała pysk kogoś, kogo straciła, tak wyraźnie, że aż odruchowo robiła krok w jego stronę. Czasem słyszała dźwięk, który należał do tamtej nocy, i świat na moment tracił ostrość. Nauczyła się wtedy stać nieruchomo. Oddychać. Czekać, aż teraźniejszość znów ją dogoni.

Wataha… była cierpliwa. Nienachalna. Pozwalali jej być taką, jaka była. Nie naciskali. Nie wymagali wyznań. Byli i to wystarczało bardziej, niż się spodziewała.

Byli po prostu obecni.

Delta ze swoją szorstką troską, która nigdy nie była czuła, ale zawsze skuteczna. Inni, których imiona z czasem przestały brzmieć obco. Kroki w lesie, które nauczyła się rozpoznawać. Cisza, która nie była już zagrożeniem, a jedynie przestrzenią. 

Xiv było jednym z tych elementów, które trudno było zignorować, nawet gdy bardzo się tego chciało. Zawsze trochę za głośne, trochę za szybkie, z myślami biegnącymi przed pyskiem. Na początku patrzyła na nie z dystansem, z tą uprzejmą rezerwą, którą miała opanowaną do perfekcji. Odpowiadała spokojnie, czasem błyskotliwie, czasem półuśmiechem, który kończył rozmowę, zanim ta zdążyła zejść na niebezpieczne tory. Z czasem zauważyła, że jego obecność… równoważy ciszę. Nie wypełnia jej nachalnie, ale rozprasza ją drobnym ruchem, śmiechem, nieporadnym entuzjazmem. Jak ptak, który nie wie, że śpiewa w miejscu, gdzie wcześniej było tylko echo.

Inni przewijali się w jej życiu jak pory roku. Jedni głośniejsi, inni cisi. Niektórzy zostawali na dłużej w jej pamięci, inni tylko w codziennych gestach - wspólnym patrolu, krótkiej rozmowie, spojrzeniu wymienionym bez słów. Zauważyła, że coraz rzadziej łapie się na tym, że liczy kroki do wycofania się. Coraz częściej pozwala sobie zostać chwilę dłużej, wysłuchać, odpowiedzieć.

To nie było przywiązanie w nagłym, dramatycznym sensie.

Raczej coś cichszego. Przyzwyczajenie. Zgoda.

Były dni, w których myślała, że może tak właśnie wygląda „bycie częścią”. Nie deklaracja. Nie moment przełomowy. Po prostu fakt, że gdy wracała do swojej nory, las nie wydawał się już obcy. Że czyjeś kroki w oddali nie podnosiły od razu napięcia w karku. Że cisza, choć wciąż głęboka, nie była samotna.

Minął rok.

Nie uleczył jej.

Nie zabrał obrazów.

Nie zamknął przeszłości.

Ale nauczył ją jednej rzeczy: że życie nie zawsze wraca z hukiem. Czasem wraca szeptem, przez obecność innych, przez rytm dni, przez to, że ktoś pamięta, gdzie mieszkasz, i zauważa, gdy zbyt długo nie wychodzisz z nory.

Minął rok także w porach, które przyszły inaczej, niż się spodziewała.

Pierwsza zima tutaj nie była taka jaką znała. 

Yrsa znała zimę. Prawdziwą. Taką, która nie pyta, czy jesteś gotowy. Zimę, która tnie skórę wiatrem ostrzejszym niż kły, która odbiera dźwięki, zapachy i kolory, aż świat zostaje sprowadzony do jednego pytania: czy przetrwasz do jutra. Tam, na dalekiej północy, zima była czymś, co definiowało istnienie. Była wrogiem i nauczycielem jednocześnie.

A ta…

Ta była cicha.

Miękka.

Śnieg skrzypiał łagodnie pod łapami, nie krzyczał. Mróz szczypał, ale nie karał. Noce były długie, lecz nie martwe. Las nie zamierał tylko zwalniał. Yrsa długo nie potrafiła temu zaufać. Każdy spokojny poranek wydawał się podejrzany, jakby świat tylko czekał, aż odsłoni zęby.

Nie odsłonił.

Zamiast tego były ogniska ciepła: nory, do których można było wrócić; zapach jedzenia, który nie oznaczał natychmiastowej walki; obecność innych wilków, którzy nie znikali po jednej burzy śnieżnej. Zima nie zabierała. Po prostu była.

To ją dezorientowało.

Dopiero z czasem zrozumiała, że jej ciało - przyzwyczajone do nieustannego napięcia - nie umiało jeszcze odpoczywać. Że ostrożność, którą nosiła jak drugą skórę, była echem tamtej północy, a nie odpowiedzią na teraźniejszość. Uczyła się więc tej zimy powoli. Jak czegoś nowego. Jak czegoś, co nie musi boleć.

Potem przyszła wiosna.

Prawdziwa. Pełna. Nie wywalczona krwią ani głodem. Przyszła sama, jakby świat uznał, że ma do tego prawo. Yrsa pamiętała moment, w którym po raz pierwszy poczuła zapach wilgotnej ziemi i zorientowała się, że nie towarzyszy mu strach. Że nie musi sprawdzać nieba ani liczyć zapasów. Że może po prostu… stać.

Lato było jeszcze dziwniejsze. Ciepłe w sposób niemal bezczelny. Dni długie, noce łagodne, słońce uparte w swoim trwaniu. Yrsa szybko odkryła, że jej własne ciało nie było do tego stworzone. Futro, gęste i ciężkie, utkane z pamięci północnych zim, okazało się zbyt ciepłe na ten świat. W południe chowała się w cieniu, w chłodnych zagłębieniach terenu, pod korzeniami drzew. Czasem leżała nieruchomo, z pyskiem opartym o ziemię, pozwalając, by chłód powoli wsiąkał w łapy i brzuch.

Było w tym coś niemal komicznego - wilk z dalekiej północy, który musi uciekać przed latem. A jednak nikt się z tego nie śmiał. Ktoś tylko rzucił mimochodem, gdzie jest chłodniejsza ścieżka. Ktoś inny zostawił cień dla dwóch zamiast jednego. Xiv pewnego dnia bez słowa przyniosło jej mokre liście, rozłożone przy wejściu do nory, jakby to było czymś zupełnie oczywistym.

Codzienność zaczęła się składać z drobiazgów. Z poranków, w których las pachniał inaczej niż wczoraj. Z posiłków, które nie były jedynie koniecznością, ale miały smak. Z pracy wykonywanej spokojnie, bez ciągłego oglądania się przez ramię. Yrsa zauważyła, że coraz częściej pozwala sobie na bezczynność - krótką drzemkę w słońcu, dłuższe stanie nad strumieniem, obserwowanie, jak świat robi swoje, bez jej udziału.

Jesień przyszła miękko. Kolory zmieniały się stopniowo, jakby las dawał czas na przyzwyczajenie się do każdego odcienia. Powietrze stawało się chłodniejsze, a jej futro wreszcie zaczęło mieć sens. Po raz pierwszy od dawna poczuła ulgę, gdy temperatura spadła. Jakby ciało odetchnęło razem z nią. Zbieranie zapasów, krótsze dni, dłuższe wieczory - wszystko to miało w sobie rytm, który nie budził lęku.

Dopiero wtedy zrozumiała coś, czego wcześniej nie potrafiła nazwać.

Na północy pory roku były ostrymi granicami. Przetrwaniem albo śmiercią. Tutaj były opowieścią. Jedną, długą, zmieniającą ton, ale nie sens. Każda miała swoje miejsce i żadna nie próbowała drugiej unicestwić. Zima nie pożerała wiosny. Lato nie karało jesieni. Wszystko następowało po sobie, jakby świat wiedział, że nie musi się spieszyć.

Była też noc Dziadów.

Yrsa wracała do niej myślami bez zapowiedzi, jak do snu, który nie chce się całkiem rozmyć. Mgła, gęsta i srebrna, cisza tak głęboka, że aż czujna. Granica między tym, co żywe, a tym, co odeszło, była wtedy cienka jak oddech na zimnym powietrzu.

Stała pod starym drzewem, obok Xiv, i czuła obecność tych, których imion nikt już nie wypowiadał. Duchy nie straszyły. Były zmęczone. Zagubione. A ona nie odwróciła wzroku. Pozwoliła im mówić, pozwoliła odejść.

A na koniec... Epidemia przyszła cicho. 

Nie jak katastrofa, raczej jak pęknięcie w codzienności, które długo pozostaje niezauważone. Najpierw pojedyncze kaszlnięcia, gardła zaczerwienione bardziej niż zwykle, zmęczenie tłumaczone pogodą. Potem zamknięte nory, krótsze rozmowy, zapach ziół unoszący się w powietrzu ciężej niż normalnie.

Yrsa przyjęła to bez dramatyzmu. Choroby znała. Słabość ciała była jej towarzyszem od zawsze. A jednak, gdy przyszła kolej na nią, zrozumiała, że tym razem nie chodzi tylko o ból czy gorączkę. Chodziło o zależność.

Leżała w swojej norze, odcięta od reszty świata, i po raz pierwszy od bardzo dawna nie była sama z tym, co ją niszczyło. Xiv było przy niej od początku. Nie z obowiązku, nie z rozkazu Delty, ale z decyzji, która zapadła tak naturalnie, że nikt jej nie kwestionował. Czuwało, kiedy gorączka odbierała jej orientację. Przypominało, gdzie jest, jak się nazywa, że noc mija. Uczyło się jej ciszy, tak samo jak ona uczyła się jego obecności.

To wtedy zobaczyła je inaczej. Bez pośpiechu, bez tej nerwowej iskry, która zwykle wyprzedzała jego myśli. W zmęczeniu, w kaszlu, który próbowało przed nią ukryć. W determinacji, która kazała mu zostać, nawet gdy własne ciało zaczynało odmawiać posłuszeństwa.

Zrozumiała, że zachorowało przez nią.

I że mimo to nie odeszło.

Pamiętała gorączkę. Ten moment, kiedy duch zaczął się oddzielać od ciała tak naturalnie, że aż przerażająco. Głosy, które mówiły, że wystarczy. Że może już przestać walczyć. I pamiętała Xiv, które siedziało przy niej mimo własnej słabości, ogrzewając ją, gdy ona była już tylko cieniem samej siebie. Pamiętała strach w jego milczeniu. I fakt, że zostało, choć mogło odejść. Gdy była na granicy - zbyt słaba, by pić, zbyt rozgrzana, by odróżnić sen od jawy - jego głos był jedyną rzeczą, która trzymała ją po tej stronie. Proste „jestem”, powtarzane cierpliwie, jakby to wystarczało, by zatrzymać duszę w ciele. A potem przyszło powolne cofanie się choroby. Najpierw u niej. Ostrożnie. Nieufnie. Jakby życie sprawdzało, czy naprawdę może wrócić. Delta pojawił się któregoś dnia przy wejściu do nory, burkliwy jak zawsze, ale w jego dotyku nie było już napięcia. Kiwnął głową. „Będzie żyć.” To było więcej niż nadzieja.

Xiv wyzdrowiało później. Zmęczone, wychudzone, ale uparte jak zawsze. A między nimi coś się przesunęło. Nie nazwali tego. Nie musieli. Wiedzieli tylko, że cisza, którą teraz dzielą, jest inna niż wcześniej. Głębsza. Wspólna.




Yrsa wstała od wejścia do nory, otrząsnęła futro z resztek śniegu i przez chwilę jeszcze nasłuchiwała. Z głębi lasu dobiegały głosy - zwyczajne, trochę rozproszone, zlewające się w ten charakterystyczny gwar, który oznaczał jedno: wszyscy byli już na miejscu. Ktoś się śmiał, ktoś się sprzeczał o drobiazg, ktoś inny kogoś wołał.

Xiv pojawiło się obok niej, jakby było tam od dawna. Zerknęło na nią szybko, uważnie, sprawdzając odruchowo, czy na pewno jest w porządku. Yrsa uniosła kącik pyska w krótkim, spokojnym geście, który mówił wystarczająco dużo. Była.

— Idziemy? — rzuciło Xiv, bez zbędnych ceregieli.

Skinęła głową i ruszyli razem ścieżką w dół, w stronę miejsca, gdzie wataha zebrała się na nocne świętowanie. Śnieg był ubity od łap, a w powietrzu unosił się zapach jedzenia i dymu z ogniska. Kiedy wyszli spomiędzy drzew, kilka spojrzeń uniosło się w ich stronę. Ktoś pomachał ogonem. Ktoś zawołał ich imiona. 

Yrsa usiadła wśród innych, trochę z boku, ale już nie poza kręgiem. Ktoś przesunął się, robiąc jej miejsce. Ktoś inny podał kawałek mięsa, jakby to było czymś zupełnie oczywistym. Zjadła powoli, ciesząc się prostym smakiem i tym, że nikt się nie spieszy.

Xiv szybko wciągnęło się w rozmowę, gestykulując pyskiem i łapami, opowiadając coś zbyt szybko, jak zwykle. Co chwilę zerkało na Yrsę, sprawdzając, czy słucha. Słuchała. Czasem wtrącała jedno zdanie, czasem tylko parsknęła cicho śmiechem. To wystarczało.

Noc mijała bez planu. Ktoś wyszedł, ktoś przyszedł, ktoś zasnął. Śmiechy przeplatały się z ciszą. Zwykłe bycie razem, bez wielkich słów i bez potrzeby ich szukania.

Kiedy Yrsa położyła się w śniegu, pozwalając, by chłód przyjemnie dotknął rozgrzanego ciała, poczuła obok siebie ciepło Xiv. Nie musieli nic mówić. Nowy Rok przyszedł dokładnie tak, jak powinien - cicho, zwyczajnie, wśród tych, którzy byli.


Szczęśliwego Nowego Roku!

Niech ten nowy rok będzie łaskawy.
Niech las dalej daje schronienie, a ścieżki prowadzą tam, gdzie trzeba.
Niech zdrowie wraca szybciej niż zmęczenie, a cisza niech będzie odpoczynkiem, nie lękiem.

Niech każdy z nas ma dokąd wracać.
Niech przy norach pali się ciepło, a przy sobie zawsze ktoś, kto zauważy, gdy dzień był cięższy.
Niech straty zostaną zapamiętane, ale niech nie zabierają nam siły do życia dalej.

Życzę nam roku spokojniejszego.
Roku, w którym jest miejsce na śmiech, na odpoczynek i na bycie razem - bez pośpiechu.
I żebyśmy, kiedy znów minie dwanaście pełni, mogli powiedzieć: przetrwaliśmy - razem.


Od Delty - "Pijany na koniec miesiąca" cz.14


Kaj spędził święta sam. Sam samiutki jak paluszek. Jak to drzewko na środku wzgórza, które zapomniane tylko powiewa na wietrze i patrzy z tęsknotą na wszystkich wokół.

Misung miał wtedy jeszcze Atlę, przynajmniej przez chwilę, bo świąt nie doczekała i biedak się załamał. Kaj jemu akurat nie zazdrościł. Ale wszyscy inni? No dobra może Eilert nie miał też nikogo, ale u niego to normalne. To nie było normalne stworzenie, nie z takim kapeluszem.

Ale Mezularia i Miodełka? Spędziły ten czas razem w słodkim gronie. One dwie i Rana, partnerka Mezularii. Cóż za piękne święta. Niech się otrują! Bo Kaj też takie chciał, a nie mógł takich mieć.

A Szkliwo? Ten parszywy dziad siedział gdzieś za granicą i pewnie oczekiwał, że Kaj mu świąteczne listy przyniesie szybko. O co to, to nie! Nie będzie się szlajać po nieznanych mu krajach przed sylwestrem. Musi się przecież upić w trzy dupy!

A jakby tego było mało, ta wataha kompletnie oszalała i przyjęła psa! Jak mu było. Ćpun? Niśpon? Nicpoń! Właśnie! Nicpoń. I panoszył sie wszędzie i psuł Kajowi humor samą swoją obecnością, bo jak to że pies ma więcej szacunku niż on! Odrażające.

Więc Kaj na święta siedział sam pod drzewem i pił resztkę spirytusu jaka mu została.

<CDN>

Od Katarakty - „Powrót z Wygnania”

 Parę niepewnych kroków poniosło Kataraktę w stronę wejścia do jaskini nad brzegiem morza. Martwe rośliny oplatały podnóża skał, chłodny wiatr hulał u progu, a śnieżne zaspy wpełzały coraz głębiej, przykrywając teraz połowę salonu z paleniskiem. Garnek zwisał na urwanym uchu z haka nad ogniskiem. Skrzypiał, poruszany podmuchami wiatru, który smakował kurzem, chorobą i pleśnią.
Wilczyca spojrzała w górę — przez świetlik w suficie, dawniej odprowadzający dym, a teraz służący za jedyne źródło światła, gdy okna zapadły się albo zostały zasypane śniegiem. Cisza nie pasowała do tego miejsca, kłóciła się ze wspomnieniami. A jednak… w dawnym domu nie zastała żywej duszy.
***
Przechadzała się po terenach rodzinnej watahy niczym cień dawnych wspomnień, wypłukany czasem i wypalony słońcem. Wypłowiały duch, dla wielu już dawno martwy, a jednak bardziej żywy niż większość tych, którzy tu zostali. Oglądali się za nią, jakby nie wiedzieli, jak zareagować. Ktoś odwrócił wzrok zbyt szybko. Kto inny przyglądał się jej z tą samą ostrożnością co dawniej.
Katarakta uśmiechnęła się krzywo. Wataha się nie zmieniła, tylko nauczyła się milczeć.
Szlaki poniosły jej stopy na wzgórze, z którego sterczały rzędy kamiennych tabliczek. Przycupnęła obok czarnej sylwetki. Początkowo nie potrafiła spojrzeć jej w twarz, biła się z myślami i własnym lękiem, lecz w końcu uniosła pysk ku parze jasnych ślepi siostry. Zapadnięte od łez policzki nie zdobyły się na cień uśmiechu, a oczy błądziły po jej ponurej sylwetce w osłupieniu.
Smoła drgnęła, nieprzyzwyczajona do poczucia obcości członka rodziny tak głębokiego, że zawahała się, zanim zrobiła krok naprzód. Zmusiła się do rodzinnego uścisku, lecz szybko wyczuła sztywność Katarakty i cofnęła się niezręcznie.
— Wróciłaś.
Stwierdzenie zabrzmiało jak zaproszenie do wyjaśnień dlaczego tak długo.
— Pomyślałam, że na święta wypada — odparła Katarakta, zerkając na nagrobki. — Jak bardzo się spóźniłam?
— Tydzień. Tatę pochowaliśmy jako pierwszego — wyszeptała Smoła przez zaciśnięte zęby.
Chwila ciszy, przerywana jedynie wiatrem.
— Bardzo cierpieli? Na co chorowali?
Jej pytania były boleśnie zwyczajne.
— Nie… na coś zaraźliwego. Nie pamiętam nawet na co.
Skinęła głową, jakby usłyszała coś dawno oczekiwanego. Coś, co i tak musiało się wydarzyć.
— Gdybym wtedy—
— Nie — przerwała Katarakta. — Nie mogłaś.
Między nimi zawisło coś, czego żadna nie potrafiła nazwać. Do głosu Smoły zaczęła wlewać się frustracja i złość na oschłość siostry w obliczu śmierci dwóch członków rodziny. Katarakta poczuła za to dziwną ulgę, jakby nie musiała już ciągnąć za sobą ciężkiego łańcucha, dzwoniącego na każdym kroku.
Wstała i skierowała się z powrotem na ścieżkę.
— Katarakta! — Ton Smoły był władczy, oceniający, znowu próbowała przywrócić do porządku niesforną nastolatkę.— Jakbyś nie zauważyła, twój ojciec nie ży—
— Dobrze mu tak — rzuciła za siebie, jakby odrzucała niepotrzebny kamień.
***
Na cmentarzu były dwa nagrobki. Gdzie więc jest jej matka? Odpowiedź była oczywista: jaskinia chorych. Pamięć miała jak za mgłą, ale czysty fart poprowadził ją właściwą drogą, wodzoną posmakiem palonych ziół i alkoholu.
Przemknęła cicho przez próg, mijając rozbieganych medyków czy bogów wiedzą kogo. Już miała wejść do hali dla chorych, gdy drogę zagrodził jej granatowy basior o oczach jak pioruny.
— Hola, mamy tu kwarantannę.
Początkowo rozgniewany, gdy jednak dostrzegł, z kim rozmawia, opuścił łapę. Przez dłuższą chwilę nie potrafił jednak zebrać się na żadne powitanie. Odchrząknął niezręcznie.
— W samą porę, co?
— Lepsze to niż nigdy. —  Uśmiechnęła się nonszalancko. —  To co, dopuścisz mnie do niej?
— Ona tam nie leży. Nie jest zarażona. Mamy dla niej osobną jamę tam, w izolatce.
Wskazał pazurem na wejście zasłonięte firanką. Katarakta skinęła tylko głową. Odprowadził ją spojrzeniem pełnym wyrzutów, które w jej głowie brzmiały jak kakofonia jednego pytania:
Kim trzeba być, żeby porzucić rodzinę na tak długo?
Problem polegał na tym, że Katarakta nawet nie chciała wracać. Było jej dobrze na wygnaniu, w zapomnieniu, może i w stagnacji, ale przynajmniej w uśmierzeniu. Dopiero wczorajszego ranka do jej obozu doleciał nieznajomy ptak o złotych piórach i śmiesznym dziobie, wręczając krótki liścik:
„Oni nie żyją.” - a przeszłość zrzuciła się na nią znowu jak pęk łańcuchów. 
Nie pytała, od kogo był, ptak sam nie pamiętał imienia, tępy kurczak. Długo zastanawiała się, co właściwie to obchodziło kto żył, a kto nie. Jej rodzina już dawno temu przestała być jej droga, jednak ciężar zobowiązania w końcu dopadł też i ją. Czuła się winna, zła i okrutna, porzuciła tych, których nazywała rodziną, a którzy żywili do niej równie wiele pretensji i niewybaczonej krzywdy co ona do nich. Spętali się nawzajem supłami niezręcznych umów społecznych zaczętych miłością i chęcią budowania rodziny, a zakończonych tylko resentymentem do tego, co mogłoby być. Była złą córką. Co mogło to zmienić? Mogła dalej żyć w wyparciu, albo zmierzyć się z tym, kim jest i coś na to poradzić. Chciała być kimś więcej niż tylko czarną owcą.
Odsłoniła firankę. Na posłaniu ze słomy dostrzegła wychudzony szkielet, na który naciągnięto skórę jej matki. Brakowało jej skrzydeł i dobrych kilku kilogramów sadła. Oddychała ciężko, otoczona gęstymi oparami palonej szałwii, ułożonej w czterech płytkich miseczkach po jednej na każdy róg posłania. 
— Mamo?
Jej głos zadrżał, podwyższony o ton. Brzmiała niemal jak własna, młodsza wersja.
Domino przekręciła się z bólem na bok, by spojrzeć w stronę wejścia.
— Czy ja ślepnę, czy ty… — wychrypiała. — Podaj mi wody.
Spełniła posłusznie prośbę, nalała czarkę do pełna i przytknęła ją do ust matki, drugą łapą podtrzymując jej głowę. Stara wadera piła wolno, lecz zachłannie, co chwilę przerywając, by zdusić rodzący się kaszel. Katarakta odstawiła naczynie na zimną podłogę.
— Jak ty wyrosłaś… — Łapy Domino uniosły się chwiejnie ku jej twarzy. — Byłaś taka mała, gdy… gdy odeszłaś.
Uciekłaś — poprawiła ją w myślach.
Odgarnęła jej z oczu niesforne kosmyki, jakby znów nie potrafiła doprowadzić się do ładu.
— Jaka ty lodowata… powinnaś się ogrzać — szeptała kolejne nadopiekuńcze prawidła.

„Znowu traktuje mnie jak zepsuty wazon. Jak coś, co trzeba chronić przed światem. Krucha. Delikatna. Złamana. Trzeba zszyć, skleić, chuchać na zimne. Tulić, choć dawno zapomniałam, że to boli. Nie daje mi zapomnieć, nie daje mi samej wziąć za siebie odpowiedzialność, to irytujące. Nie widzi, że dorosłam. Że jestem kimś innym. Nie mogę być, tak długo jak patrzy na mnie tymi litościwymi oczyma.” — pomyślała.

Katarakta pochyliła się, na moment ich czoła niemal się dotknęły. Do jej nozdrzy dotarła mdląca woń starości i niemytego futra.
— Już dobrze, mamo. Nie musisz — mruknęła cicho.
Zrobiła to szybko. Odłamek szkła wsunęła jej pomiędzy płuca.
I nic się nie stało.
Świat się nie zatrzymał.

Może C.D.N

wtorek, 30 grudnia 2025

Od Yrsy - ,,Na kogo wypadło na tego...'' cz.6

 Świt przyszedł cicho. Bez fanfar, bez światła, które natychmiast obiecuje nowy początek. Raczej jak nieśmiałe cofnięcie się nocy o krok, jakby sama nie była pewna, czy powinna już odejść.

Yrsa oddychała.

To był pierwszy fakt, który miał znaczenie.

Oddech nie był jeszcze równy ani głęboki, ale był jej własny. Nie urywał się już w panice, nie zawisał na granicy decyzji. Płuca wypełniały się powietrzem powoli, niechętnie, jakby dopiero uczyły się na nowo swojego zadania. Gorączka nie zniknęła całkiem, ale przestała być ogniem - stała się żarem, który można było znieść.

Jej duch wrócił.

Nie od razu. Nie jednym ruchem. Raczej jak ptak, który po długim locie krąży nad ziemią, zanim w końcu zdecyduje się usiąść. Yrsa czuła to wyraźnie: ciężar ciała znów należał do niej. Łapy były ciężkie, gardło obolałe, każdy ruch kosztował wysiłek - ale wszystko to było jej. Nie oddalone. Nie obce.

Xiv spało, opierając pysk o jej bok.

Spało po raz pierwszy od wielu dni naprawdę. Nie czuwając jednym okiem, nie nasłuchując każdego oddechu. Jego własna gorączka wreszcie zaczęła ustępować, pozostawiając po sobie wyczerpanie tak głębokie, że ciało w końcu wymusiło odpoczynek. Kaszel był rzadszy. Oddech wciąż chrapliwy, ale stabilny.

Yrsa patrzyła na nie długo, w ciszy, która tym razem nie była groźna.

Zrozumiała wtedy - z tą swoją spokojną, późną mądrością - że śmierć naprawdę była blisko. Nie jako wizja, nie jako głos, lecz jako realna możliwość, która czekała cierpliwie, aż ktoś się zgodzi. I że to nie siła ciała ją odepchnęła. Ciało zawiodło pierwsze.

Zatrzymała ją obecność.

Ciepło. Ciężar drugiego istnienia, które uparcie mówiło „tu”, nawet wtedy, gdy ona sama zaczynała się rozmywać.

Kiedy Delta w końcu przyszedł, nie robił hałasu. Zatrzymał się przy wejściu do nory, obserwując ich przez dłuższą chwilę, niż pozwalała na to zwykła rutyna medyka. Widział już wiele granic - i wiedział, jak wygląda ta, którą ktoś przekroczył i wrócił.

— No — mruknął w końcu, ciszej niż zwykle. — Naprawdę jesteś uparta.

Yrsa spróbowała się uśmiechnąć. Wyszło to ledwie zauważalnie, ale Delta i tak to dostrzegł.

Zbadał ją dokładnie, bez pośpiechu. Gardło wciąż było zaczerwienione, płuca osłabione, serce zmęczone, lecz rytmiczne. Gorączka spadała. Organizm, kruchy od urodzenia, wyraźnie zapłacił cenę - ale walka została wygrana.

— Było blisko — powiedział wprost, jak zawsze. — Bardzo blisko.

Nie było w tym straszenia. Tylko fakt.

Podał jej lekarstwo. Potem Xiv. Obu kazał pić, nawet jeśli nie chcieli. Obu zabronił wychodzić jeszcze długo. I po raz pierwszy nie narzekał, że ktoś zajmuje mu przestrzeń, że musi pilnować kwarantanny, że los znów dorzucił mu pracy.

— Odpoczywajcie — rzucił na koniec. — Oboje.

Kiedy odszedł, w norze znów zapadła cisza. Ale była inna niż wcześniej. Lżejsza. Oddychająca.

Xiv obudziło się chwilę później, zdezorientowane, gotowe natychmiast zerwać się na łapy — dopóki nie zobaczyło jej otwartych oczu.

Zatrzymało się.

— …Yrsa?

— Jestem — odpowiedziała cicho. Głos był słaby, zdarty, ale obecny. — Nadal.

Xiv nie odpowiedziało od razu. Po prostu położyło się bliżej, opierając czoło o jej szyję, jakby musiało się upewnić, że to nie jest kolejny sen, kolejny objaw gorączki.

— Myślałem… — zacząło, ale nie dokończyło.

— Wiem — odparła spokojnie. — Ja też.

Leżeli tak jeszcze długo. Dwoje wilków, którzy przeszli przez coś, czego nie dało się opowiedzieć jednym zdaniem. Choroba ustępowała. Śmierć cofnęła się o krok, niezadowolona, ale posłuszna.

A Yrsa - słaba, wyczerpana, żywa - wiedziała jedno z całą jasnością:


Nie odeszła nie dlatego, że nie mogła.

Nie odeszła, bo ktoś ją zatrzymał.


I to wystarczyło.


poniedziałek, 29 grudnia 2025

Od Yrsy - ,,Na kogo wypadło na tego...'' cz. 5

 Yrsa czuła, jak jej ciało powoli przestaje być czymś, nad czym ma realną władzę. Jakby była w nim tylko gościem, który został zbyt długo i teraz ktoś bardzo uprzejmie, bardzo cierpliwie sugerował mu wyjście. Gorączka nie bolała już w prosty sposób, była raczej wszechobecna, jak ciężkie powietrze przed burzą, które wciska się w płuca i myśli jednocześnie. Każdy oddech był płytki nie dlatego, że brakowało jej tlenu, lecz dlatego, że głębszy wdech wymagał decyzji, a decyzje stały się męczące.

Czuła Xiv przy sobie. Naprawdę czuła - jego ciepło, jego zapach, rytm, który nie był jej własnym. To było jedyne, co jeszcze wyraźnie odróżniało „tu” od „tam”. Reszta zaczynała się rozmywać. Ściany nory traciły ostrość. Cienie nie układały się już logicznie. A cisza… cisza nie była pusta.

Głos nie należał do nikogo, kogo mogłaby sobie wyobrazić. Nie miał barwy ani kierunku. Nie dochodził z zewnątrz, ale też nie był w jej głowie w sposób, do którego była przyzwyczajona. To było raczej tak, jakby ktoś pomyślał coś bardzo blisko niej - a ta myśl zahaczyła o jej świadomość.


Już wystarczy


Powtórzenie nie było natarczywe. Nie przyspieszało. Nie zmieniało tonu. Jak kropla wody spadająca w to samo miejsce. Jak rytm, który z czasem zaczyna wydawać się naturalny. Yrsa wiedziała, że to niebezpieczne. Wiedziała, że byty, które mówią najłagodniej, często chcą najwięcej. Ale wiedza wymagała energii, a tej miała coraz mniej.

Jej ciało… od zawsze było słabe. Wiedziała o tym całe życie. Nauczyła się z tym żyć, myśleć ostrożniej, planować uważniej, oszczędzać siły tam, gdzie inni ich nie liczyli. Teraz jednak choroba obnażała każdą z tych kruchych granic naraz. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Serce biło za szybko, a potem zbyt wolno. Przełknięcie śliny było jak wspinaczka. Picie jak walka, której nie zawsze chciała już podejmować.

Głos wracał.


Nie musisz już dźwigać


I to było najgorsze - bo brzmiało rozsądnie. Jak coś, co sama powiedziałaby komuś innemu w chwili słabości. Jak mądrość, którą nosiła w sobie przez lata, teraz obrócona przeciwko niej. Poczuła, jak jej myśli zaczynają się od tego zdania odsuwać, jakby świat po drugiej stronie był… prostszy. Lżejszy. Bez bólu gardła. Bez gorączki. Bez ciężaru ciała, które nigdy nie było w pełni jej sprzymierzeńcem.

Na moment poczuła strach. Prawdziwy. Ostry. Nie przed śmiercią - przed tym, że mogłaby się zgodzić.

— …Xiv… — wyszeptała, a głos zabrzmiał tak cienko, jakby należał do kogoś innego.

Czuła jego reakcję szybciej, niż ją zobaczyła. Łapa na jej boku. Ciepło bliżej. Ciężar, który mówił: tu. Kiedy przemówił, jego głos był jak lina rzucona w mgłę.

— Jestem. — Proste. Stałe. — Jestem tutaj. Z Tobą.

Yrsa spróbowała odpowiedzieć, ale słowa rozsypały się gdzieś pomiędzy myślą a oddechem. Zamiast nich przyszło uczucie - to nie było już tylko zmęczenie. To było odklejanie się. Jakby coś, co przez całe życie było ciasno dopasowane, zaczynało się luzować, puszczać szwy, odchodzić od środka ku brzegom.

Najpierw przestała czuć ciężar własnych łap. Potem brzuch, klatkę piersiową. Ciało stawało się odległe, jak przedmiot leżący obok, a nie coś, czym jest. Zostawało tylko ciepło Xiv i to dziwne, niepokojąco łagodne poczucie, że nic nie trzeba już robić. Że wszystko, co było wysiłkiem, mogłoby się wreszcie skończyć.

Głosy nie podnosiły tonu. Nie nalegały. To była ich największa siła.


Zrobiłaś już dość.

Byłaś wystarczająca.

Odpocznij


Każde z tych zdań osiadało w niej jak miękka warstwa śniegu. Tłumiło ból. Tłumiło myśli. Tłumiło odpowiedzialność. I przez krótką, przerażającą chwilę Yrsa poczuła ulgę - prawdziwą ulgę, taką, jakiej nie dawała żadna filozofia, żadna mądra akceptacja świata. Ulgę z faktu, że coś innego mogłoby wreszcie przejąć ster.

Ale gdzieś pod tą ciszą tliła się jeszcze cienka nić świadomości. Słaba, drżąca, lecz uparta.

„Głosy mogą kłamać” — pomyślała, choć ta myśl była już bardziej wspomnieniem myśli niż myślą samą w sobie. Wiedziała to od zawsze. Wiedziała, że to, co chce odejścia, rzadko nazywa je śmiercią. Zawsze mówi o odpoczynku. O ukończeniu drogi. O zasłużonym spokoju.

Jej duch… czuła go teraz wyraźniej niż ciało. Był lekki. Zbyt lekki. Jakby unosił się tuż nad nią, jakby wystarczyło jedno przyzwolenie, by odsunął się jeszcze bardziej. Jakby już stał jedną łapą po drugiej stronie granicy, której nie potrafiła nazwać, ale zawsze przeczuwała, że istnieje.

To było kuszące. Przerażająco kuszące.

I właśnie wtedy dotarło do niej coś jeszcze - nie głosem, nie obrazem, lecz prostym faktem. Gdyby odeszła teraz, Xiv zostałoby z pustką. Z ciałem, które przestało oddychać. Z ciszą, która nie byłaby już łagodna.

Ta myśl bolała bardziej niż gardło. Bardziej niż gorączka.

— Nie… — wyszeptała, choć nie była pewna, czy dźwięk faktycznie opuścił jej pysk. — Jeszcze nie.

Głosy na moment ucichły. Jakby nasłuchiwały. Jakby oceniały, czy opór ma sens.

Yrsa skupiła się na tym, co było najbliżej. Na łapie Xiv na swoim boku. Na jego oddechu, który czuła przy sobie, nierównym, ale prawdziwym. Na fakcie, że ktoś jest. Że nie leży w tej norze sama, dryfując ku czemuś bezimiennemu.

Jej duch nie wrócił całkiem do ciała. Jeszcze nie. Nadal był zbyt lekki, zbyt blisko odejścia. Ale przestał się oddalać.

Zawisł.

A Yrsa, ostatkiem sił, których nie była już pewna, trzymała go tam - pomiędzy bólem a obecnością, pomiędzy ciszą a głosem, pomiędzy końcem a tym jednym, upartym „zostań”.


niedziela, 28 grudnia 2025

Od Yrsy - ,,Na kogo wypadło na tego...'' cz. 4

 Xiv po raz pierwszy tego dnia usiadło, bo musiało.

Nie dlatego, że chciało odpocząć - odpoczynek był czymś odległym, niemal nieistniejącym - ale dlatego, że kiedy podniosło się zbyt szybko, świat na moment przesunął się w bok. Nie zniknął. Po prostu zrobił krok w tył, jakby dystans między nim a rzeczywistością nagle się zwiększył. Xiv odczekało chwilę, opierając się barkiem o chłodną ścianę nory, aż wszystko wróciło na swoje miejsce.

Yrsa leżała nieruchomo, zbyt cicho nawet jak na swoją osobę. Jej oddech był nierówny, płytki, a gorączka sprawiała, że jej ciało raz było lodowate, raz nienaturalnie gorące. Xiv podeszło do niej natychmiast, jakby sam ruch w jej stronę miał znaczenie ochronne. Przesunęło łapę pod jej kark, poprawiło ułożenie głowy, upewniło się, że oddycha swobodniej.

Dopiero wtedy poczuło ból w gardle.

Nie był ostry. Raczej tępy, nieprzyjemny, jakby ktoś zostawił tam coś obcego, drażniącego. Przełknęło ślinę odruchowo i skrzywiło się, ale zaraz odsunęło tę myśl. Teraz nie było na nią miejsca. Nachyliło się nad Yrsą, wsłuchując się w rytm jej oddechu, licząc go w myślach - powoli, uparcie, jakby to było zaklęcie, które utrzyma ją przy świecie.

— Jestem — powiedziało cicho, bardziej dla siebie niż dla niej.

Nie było pewne, czy słyszy.

Kiedy później sięgnęło po wodę, znów zakręciło mu się w głowie. Tym razem mocniej. Musiało przymknąć oczy na krótką chwilę, oprzeć pysk o kamień z zagłębieniem. Gardło zapiekło przy pierwszym łyku, a kaszel wyrwał się nagle, suchy i szorstki. Xiv odwróciło się od Yrsy, instynktownie, jakby chciało ukryć przed nią ten dźwięk. Kiedy kaszel ucichł, stało jeszcze przez moment nieruchomo, oddychając powoli.

Wróciło do niej, pomagając jej napić się tak ostrożnie, jak potrafiło. Każdy jej łyk był zwycięstwem. Każde przełknięcie kosztowało ją wysiłek, który Xiv widziało aż za dobrze. Gdy odsunęła pysk, nie nalegało. Nie było w tym rezygnacji - tylko akceptacja granic, które choroba stawiała coraz wyżej.

Położyło się obok niej ponownie, pozwalając, by ich ciała stykały się bokami. Jej gorączka była wyczuwalna jak żar pod skórą. Xiv poczuło, że własne czoło również jest cieplejsze niż zwykle, ale zignorowało to bez wahania. Ważniejsze było to, by Yrsa nie drżała.

Oddychało powoli, celowo, jakby próbowało narzucić rytm również jej ciału. Liczyło oddechy, nie wiedząc już nawet, czy liczy jej, czy swoje. Co jakiś czas unosiło głowę, sprawdzając, czy jej pysk nie opada w złą stronę, czy gardło nie pracuje zbyt ciężko. Delikatnie poprawiało jej ułożenie, przesuwając łapę, kładąc ją wyżej, niżej, aż oddech znów stawał się choć odrobinę spokojniejszy.

Zmęczenie narastało w nim powoli, ale nie było to zwykłe zmęczenie po długim dniu. Było lepkie, gęste, osiadające w stawach i mięśniach, sprawiające, że każdy ruch wymagał krótkiego namysłu. Gardło bolało coraz wyraźniej, a przy każdym głębszym wdechu czuło nieprzyjemne pieczenie w klatce piersiowej. Xiv wiedziało, co to oznacza.

Nie było głupie.

Rozumiało aż za dobrze, czym jest ta choroba i jak się rozprzestrzenia. Wiedziało też, że jeśli ono zaczyna czuć pierwsze objawy, to już jest za późno na cofanie czegokolwiek. Myśl ta pojawiła się w jego głowie spokojnie, bez paniki, bez dramatyzmu. Przyjęło ją jak fakt.

„To w porządku” - pomyślało. - „Tak miało być.”

Przesunęło pysk bliżej jej szyi, sprawdzając oddech, czując gorąco jej skóry. Yrsa poruszyła się niespokojnie, jej łapy drgnęły, jakby próbowała coś powiedzieć lub się odsunąć. Xiv natychmiast zareagowało, uspokajając ją delikatnym naciskiem łapy, cichym, niskim pomrukiem, który zwykle działał lepiej niż słowa.

— Cicho — szepnęło. — Odpoczywaj.

Jej oczy na moment się otworzyły. Spojrzała na nie nieostro, jakby przez mgłę, ale w tym spojrzeniu było coś jeszcze - cień zrozumienia, przebłysk świadomości. Zmarszczyła lekko brwi, a jej wzrok przesunął się po jego pysku, zatrzymując się na chwilę dłużej niż wcześniej.

Xiv wiedziało, co widzi.

— Nie — powiedziało odruchowo, zanim ona zdążyła cokolwiek wyrazić. — Nie teraz. Nie o mnie.

Jeśli próbowała zaprotestować, jej ciało nie było już w stanie tego zrobić. Gardło odmówiło posłuszeństwa, a zamiast słów pojawił się tylko cichy, chrapliwy dźwięk. Xiv nachyliło się bliżej, niemal zasłaniając jej pole widzenia własnym ciałem, jakby chciało odgrodzić ją od tych myśli.

— Skup się na oddychaniu — mówiło spokojnie, rytmicznie. — Resztą zajmę się ja.

Nie było w tym bohaterstwa. Nie było poczucia poświęcenia, które wymagałoby uznania. Była tylko prosta, jasna hierarchia rzeczy: ona była ważniejsza. Zawsze była.

Jeśli miało zapłacić za to własnym zdrowiem - zapłaci.

Poprawiło jej posłanie jeszcze raz, ułożyło się tak, by osłaniać ją przed chłodem nocy i przeciągiem przy wejściu do nory. Oddychało coraz ciężej, ale wciąż miarowo, pilnując, by jej oddech nie przyspieszał zbyt gwałtownie. Każdy jej ruch obserwowało uważnie, reagując natychmiast, zanim dyskomfort zdążył przerodzić się w panikę.

Na zewnątrz zapadła głęboka noc.

A w środku nory Xiv czuwało, chore, zmęczone, świadome tego, co się z nim dzieje - i całkowicie gotowe to zignorować.

Bo dopóki Yrsa oddychała, dopóty nic innego nie miało znaczenia.


sobota, 27 grudnia 2025

Od Yrsy - ,,Na kogo wypadło na tego...'' cz. 3

 Gorączka narastała powoli, podstępnie, jak coś, co najpierw sprawdza, ile może sobie pozwolić. Yrsa czuła ją w kościach, w karku, w skroniach, gdzie puls stał się zbyt wyraźny, zbyt natarczywy. Leżała nieruchomo, oddychając płytko, bo każdy głębszy wdech kończył się bólem, a każde przełknięcie było świadomym wysiłkiem.

Xiv nie spało.

Czuwało, opierając się bokiem o jej grzbiet, uważnie, niemal zbyt uważnie. Co jakiś czas unosiło głowę, jakby nasłuchiwało zmian w jej oddechu. Liczyło je w myślach, choć samo nie wiedziało po co - rytm był jedyną rzeczą, nad którą miało jakąkolwiek kontrolę.

Gdy Yrsa poruszyła się niespokojnie, natychmiast zareagowało. Delikatnie przesunęło się bliżej, tak by jej było cieplej, ale nie duszniej. Jej ciało było rozpalone, a jednocześnie drżała z zimna - sprzeczność, którą Xiv wyczuwało pod łapami. Przesunęło pysk ku jej karkowi, ostrożnie, niemal pytająco, i zostało tam, oddając jej swoje ciepło.

— Spokojnie — szepnęło, choć wiedziało, że ona i tak ledwo je słyszy. — Jestem.

Woda stała przy wejściu do nory, w zagłębieniu płaskiego kamienia, który Delta zostawił tam wcześniej, nie podchodząc bliżej, zgodnie z zasadami. Xiv uniosło się powoli i ostrożnie podniosło kamień pyskiem, starając się nie rozlać ani kropli. Krótki zawrót głowy przemknął przez nie jak cień, ale zignorowało go bez namysłu. Ważniejsza była Yrsa.

Wsunęło kamień głębiej do nory i ustawiło go tuż obok posłania. Najpierw nachyliło się samo, biorąc kilka oszczędnych łyków - gardło zapiekło nieprzyjemnie, lecz nie zatrzymało się nad tym dłużej. Potem delikatnie przesunęło kamień bliżej Yrsy. Pomogło jej unieść pysk, pozwalając, by napiła się tyle, ile była w stanie. Każde przełknięcie było dla niej wysiłkiem, więc nie nalegało, cofając kamień przy pierwszym sygnale zmęczenia.

Gdy skończyli, Xiv wyniosło kamień z powrotem i odłożyło go dokładnie tam, gdzie stał wcześniej, przy wejściu do nory, tak, by Delta mógł go później bezpiecznie zabrać lub uzupełnić. Dopiero wtedy wróciło do Yrsy i ułożyło się obok niej ponownie, osłaniając ją swoim ciałem, jakby ten prosty gest miał wystarczyć, by zatrzymać chorobę na zewnątrz.

Czas płynął dziwnie. Świat poza norą niemal przestał istnieć. Docierały tylko stłumione dźwięki lasu i echo własnych myśli. Yrsa raz po raz zapadała w płytki sen, z którego wyrywał ją kaszel lub nagłe uczucie duszności. Za każdym razem Xiv reagowało natychmiast, podnosząc jej głowę, układając ją tak, by łatwiej było oddychać, mrucząc cicho, bez słów.

Nie pytało, czy coś ją boli. Widziało to.

Czasem jej spojrzenie stawało się nieobecne, jakby patrzyła gdzieś obok, przez ściany nory, w miejsce, którego Xiv nie mogło dostrzec. Wtedy czuło niepokój, taki cichy, gęsty, ale nie pozwalało mu dojść do głosu. Zamiast tego przesuwało łapę po jej boku, powoli, jednostajnie, jakby chciało zakotwiczyć ją tu i teraz.

— Zostań — powiedziało raz, nie wiedząc nawet, czy mówi do niej, czy do samego siebie.

Odpowiedzi nie było. Tylko jej oddech, nierówny, gorący.

Dopiero później, gdy samo usiadło na chwilę przy wejściu do nory, poczuło, że coś jest nie tak. Gardło zapiekło przy przełykaniu. Krótki, suchy kaszel wyrwał się z jego pyska, niekontrolowany. Zmarszczyło brwi, zaskoczone, ale niemal natychmiast wróciło do niej, jakby to nie miało znaczenia.

Nie teraz.

Położyło się z powrotem obok Yrsy, osłaniając ją własnym ciałem. Gorączka nie ustępowała. Wręcz przeciwnie, zdawała się wypełniać całą norę, zagęszczając powietrze. Xiv czuło, jak jej ciało drży, jakby walczyło z czymś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać.

— Wytrzymasz — szepnęło, tym razem pewniej. — A ja… ja nigdzie się nie ruszam.

Na zewnątrz zapadła noc.

A w środku, w ciasnej przestrzeni nory, dwoje wilków oddychało tym samym powietrzem, nie wiedząc jeszcze, że choroba nie zna pojęcia poświęcenia i że cisza, którą dzielą, dopiero zaczyna nabierać znaczenia.

piątek, 26 grudnia 2025

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

Moi Mili, Mieszkańcy Chabrowego Lasu!
Sosnowego lasu. Z chabrami i Chabrami w środku.

Fakt faktem. Grudzień, a wraz z nim cały stary rok, chyli się ku końcowi. Nadchodzi nowe, istota postępu. Istota tworzenia. Usiądźmy na chwilę przy naszym ognisku, aby myślami jeszcze raz wrócić do wszystkiego, co nas tu spotkało.
  • WSC powitała nowe postacie, takie jak Dalia Talia oraz Kalina.
  • Nie obyło się też bez bardziej refleksyjnych momentów. W tym roku nasze szeregi opuścili bezpowrotnie między innymi C6Pinezka i Salvatore.
  • Nie nadarzył się żaden konkurs, albowiem zajęliśmy się cichym budowaniem fundamentów pod nową, świetlaną przyszłość naszej dziatwy.
  • Lista Przebojów WSC powitała dziewięć nowych piosenek: w związku z czym całość liczy już zawrotne sto trzynaście piosenek!
  • W ramach dodatku: na naszym kanale YT pojawiło się też dziesięć pierwszych shortów promujących opowiadania. Ta inicjatywa będzie kontynuowana!
  • Pod koniec roku wybuchła epidemia nalotnika gardła, która dostarczyła nam niekoniecznie pozytywnych wrażeń, ale i niezapomnianych emocji. Jak do tej pory zabrała ze sobą kolejne wilki: wielu Wolnych i Niewolnych Obywateli Chabrowego Reżimu, a także nasze drogie Mi oraz Almette.
Tyle się działo. Wraz z tym słodko-gorzkim akcentem, póki wspomnienia jeszcze świeże, odrzućmy nostalgię, na rzecz beztroskiego i niefrasobliwego świętowania! Jak bowiem lepiej uczcić, że co dobre, zostaje w naszej pamięci, a co złe, już za nami?

W tym roku już miało nie być vinesów. Było już tuż tuż, już ledwie krok, żeby ten straszny scenariusz vinesowej pustki został zrealizowany. Na szczęście wciąż istnieją dobre dusze, które nieustannie pchają świat naprzód. Prosto od naszej drogiej nowej starej Towarzyszki, Kaliny, we współpracy z naszym najdroższym alfą, czyli mną, kompilacja nowych vinesów WSC - wiecie, że to już piętnasta część memiczno-filmowej kroniki naszej watahy?




A teraz, nie schodząc z tematu wspomnień, coś, co tygryski lubią najbardziej:
⥊⥊ Memiczne podsumowanie roku ⥋⥋




Myśleliście, że to koniec?
To jeszcze nie koniec!
Pora rozkręcić tę imprezę... Posiedzieliśmy, powspominaliśmy. Czas wyskakiwać na parkiet. Teraz dla odmiany przed nami zupełnie nowy singiel kultowego zespołu:
WSC Betonyyyyyyyyyyyyyy!
Powitajmy ich gorącymi brawami i już uczmy się tekstu na pamięć!


Do zobaczenia już niebawem! Jak zwykle! Jak zwykle...

                                                            Wasz samiec alfa,
                                                                      Agrest

środa, 24 grudnia 2025

Od Delty - "Wiec to są święta" - opowiadanie świąteczne

Delta spojrzał smętnym wzrokiem na swoje łapy. Śnieg przywierał do nich jak rzepy do ogona latem. Nie było to przyjemne uczucie, ale przynajmniej staruszek poruszał się w miarę ponad warstwami zimnego puchu. Talia i Dalia nie miały tyle szczęścia. Obie przybrały na masie, zwłaszcza skrzydlata. Jej biegi przełajowe i ćwiczenia walki oraz długie spacery przyprawiły ją o porządne i dobrze zbudowane mięśnie. Samiczka zatem zrobiła się  ciężka i barczysta, co za tym idzie, śnieg nie stał jej żadnym oporem. Przedzierała się przez niego jak mały niedźwiedź.

— Daleko jeszcze? — spytała w końcu Talia, jej oczka rozglądając się wokoło.

— Niedaleko. Te drzewa są zaraz, tam. Na brzegu. Stare i kruche, w sam raz. — Delta zmarszczył nos. — Żwawo. Żwawo dziewczynki, nie możemy zostawiać medycznej samej na za długo. — oświadczył dreptają w kierunku starych świerków. Dalia odetchnęła ciężko i z impetem rozdarła się przez kolejny kawałek śniegu, co by jej siostrze prościej było przejść za nią.

—I będziemy ją całą ciągnąc do medycznej? Przecież się nie zmieści! — Dalia skomentowała jak podeszli do drzewka, które Delta sobie upatrzył.

— Nie. Zabieramy sam czubek. — medyk wskazał na skrzydlatą i machnął łapą. Samiczka rozłożyła swoje błogosławieństwo od świata i zaraz była w powietrzu. Drobinki śniegu latały w powietrzu opadając z jej futra. Talia spojrzała na siostrę, zdejmując ze swoich pleców dość długa linę. Rzuciła nią do siostry i zaraz miały czubek świerku oplątany wokół korzenia. Potem zostało tylko ją przyciąć. To zajęło im najdłużej. Ciężko używa się nowelistycznych i ciekawych urządzeń ludzkich bez kciuków i bladego pojęcia jak działają. Na szczęście jakoś się udało.

So this is Christmas.
And what have you done ?
Another year over
and a new one just begun.

Choinka stanęła w jaskini medycznej. Wyjątkowo w środku. Wsparta paroma sznurkami, obwieszona starymi ziołami, które nie nadawały się na leki. Gdzieniegdzie wisiała szyszka, suszony kwiatek, jakiś zagubiony owoc, kości. Była to biedna choinka, smutna, ale ich. Przypomnienie, że nawet w chorobie i tragedii możliwa jest odrobina radości.

Delta zadbał nawet o dobry posiłek tego dnia. Wysłał Dalię do pomocy na polowaniu, a ta spisała się nawet dobrze. Myszka w końcu jeszcze trochę dobrzała po chorobie, więc skrzydlata dostała sporo pochwał.

— Dobry posiłek. Dobry nastrój. — Delta spojrzał na salkę pełną wilków szepczących do siebie ciche rozmowy. Talia siedziała obok niego, a Dalia nakładała na gałęzie jeszcze parę drobnostek od siebie. — Przydałoby się jeszcze zdrowie… —

— Przydałoby się… — przyznała Talia i zapadła chwila ciszy. — Wiesz… to nasze pierwsze święta. — wyszeptała w końcu. Delta położył łapę między jej łopatkami.

— Wiem. Dlatego mam dla was mały prezent. To niewiele. Zdobyczne rzeczy w większości, jeszcze przed tym całym zamieszaniem i chaosem. — medyk wstał i podszedł do swojego stolika. Bezczelnie wlazł na niego i z najwyższej wyżłobionej w kamieniu półki zdjął dwie małe błyskotki.

— Prezent… Dla nas? — Dalia podeszła bliżej. Jej pysk nie wyrażał za wiele emocji, jednak w oku świeciła się jej gwiazdka zainteresowania i radości.

— Dla was. W końcu w wielkiej teorii jestem waszym ojcem, nie? Adoptowanym, ale jednak. — Delta zeskoczył na ziemię i ciężko odetchnął. — Młodszy się nie robię. — parsknął i rozciągnął stare kości. — Podejdźcie. — machnął wolną łapą na swoje córy. Obie posusznie wykonały polecenie, siadając zaraz przed nim. Wadery górowały nad nim jak dwie góry nad samotną sosną. Jak słońce i księżyc nad światem. Jak  każdy inny wilk nad Deltą. A mimo to, medyk zdawał się być największym wilkiem w tej jaskini.

—Co to? — Talia przebierała swoimi czterema przednimi łapkami z podekscytowaniem.

— Nic wielkiego jak mówiłem. Dla Talii, a znalazłem taki mały wisiorek. W środku jest suszona róża. — Delta podał jej wisiorek na sznureczku. — Niestety oryginalny łańcuszek nie przetrwał.

— Jest śliczny! Róża to mój ulubiony kwiat! — oświadczyła przysuwając błyskotkę do piersi po czym wpychając ją w łapy siostry. — Załóż mi! Załóż! — I Dalia zaraz przełożyła wisiorek przez szyję siostry, a Delta spojrzał na nie. Jeszcze niedawno były jego wielkości i zaglądały mu przez ramię na to jak robi leki. Zadawały głupiutkie pytania i przyzwyczajały się do tego spokojnego życia w tej jakże „spokojnej” watasze. A teraz obie spoglądały na niego z góry. Były prawie dorosłe, a jednak, ta ekscytacja na prezenty, na uwagę, na komplementy – to nadal były szczeniaki. To nadal były dzieci, łatwe do namawiania, posłuszne swojemu adopcyjnemu tacie i jakże szczęśliwe tu gdzie były.

— A dla Dalii?! — Talia klasnęła w łapy i spojrzała na Deltą z oczekiwaniem.

— No tak. Dla Dalii mam to. — Delta wysunął na łapie obrączkę. Wadery spojrzały na to i Dalia przekrzywiła nawet łepek, tak jak miała w zwyczaju to robić kiedy była jeszcze wielkości grzybka.

— Co to? — spytała, jakby nieco zawiedziona, nawet jakby nie chciała po sobie tego poznać.

— No tak. Przecież to idzie w parze… z tym. — Delta teraz sięgnął po igłę. — Od dawna szczekasz na prawo i lewo, że chcesz kolczyk. W prawym uchu, dobrze pamiętam? — stary medyk posłał jej szeroki uśmiech, ponieważ teraz nawet ta „silna i niezależna” Dalia zatrzęsła się z ekscytacji.

— Nie mówisz serio! — uśmiechnęła się szeroko, pokazując wszystkie zęby. — Serio!? Teraz! Mogę teraz?! — Delta pokiwał głową. I już wkrótce Dalia miała kolczyka na prawym uchu. Wadera machała nim, a ciężar metalu dokładał jej coraz to więcej szczęścia.

— O nie… Ale my nie mamy nic dla ciebie! — Talia w końcu spojrzała na tatę.

— Nie musicie nic dla mnie mieć. Ja swoje święta przeżyłem, swoje prezenty dostałem. Starczy mi, że się tak cieszycie. Chociaż…  — Delta spojrzał na nie spode łba.

— Tak? — Dalia zaraz byłaby gotowa dla niego w zamian zrywać gwiazdy z nieba.

— Zajmijcie się na chwilę dla mnie medyczną, proszę. Chciałbym pójść nad grób przyjaciół. — Delta poprosił, a one obie zaraz kiwały głową.

And so happy Christmas.
We hope you have fun,
the near and the dear ones,
the old and the young.

Delta odwiedził miejsce spoczynku Pakiego i Yra. Nie robił tego często. Nie miał już czasu i często siły. Porozmawiał chwilę z powietrzem w nadziei, że zimny zimowy wiatr przekaże jego przyjaciołom w zaświatach, że nadal o nich pamięta. Że nadal trzyma ich blisko swojej pamięci. Zostawił dla nich zwiędniętego kwiatka, to wszystko co mógł teraz znaleźć. Zima ich nie oszczędzała.

Po czym wrócił do jaskini medycznej. Przechodząc obok salki chorych odetchnął ciężko. Podszedł do ogniska i dorzucił do niego drewienko, co by paliło się jaśniej. Potem wszedł do sali. Parę oczu podniosło się na niego, oczekując leków, upomnień, ucieszeń. Delta zamiast tego podszedł do Agresta i Nymerii, którzy siedzieli spokojnie, zawinięci w swoje własne ciała.

— Już czas na leki? — wychrypiał stary zgred, znaczy się – Agrest.

  Nie. Święta. Może nadal za Toba nie przepadam, ale Wesołe Święta należą się każdemu. — odparł medyk. Nymeria posłała mu  niemrawy uśmiech. — Podnieście tyłki. Będziemy jeść, pić — Delta spojrzał na Rukę podsłuchującą w legowisku obok. — Z umiarem… — dodał więc. — i komu gardło pozwoli to śpiewać. Dzisiaj odpoczywamy od choroby i zmartwień… na chwilę.

I potem Dalia wtargała do sali sarnę, kubeczki i odrobinę trunku. Odrobinę oczywiście w miarkach WSC, tak więc Delta musiał pilnować niektórych ewenementów, co by nie pogorszyli swojego stanu. I nagle jaskinia zawrzała. Ciepłe głosy, ciche podśpiewywania, rozmowy z wilkami, które wspólnie na ten wspaniały dzień utknęły razem w tym parszywym miejscu. I chociaż na chwilę, na ten jeden wieczór przy ognisku, jedzeniu i pod choinką to miejsce pełne było szczęścia, złudnego, ale jednak. Śmierć dała im chwilę odetchnienia na ten czas i nie zabrała ze sobą nikogo tego dnia. Może też z nimi siedziała i piła do cichej melodii starej kolędy, którą Hiekka skądś wygrzebał.

Jak przyjemnie było na chwilę odetchnąć.

War is over.
If you want it.
War is over, now.

 

Wesołych Świąt Kochani. Wesołych Świąt!


wtorek, 23 grudnia 2025

Od Kaliny - "Melodia zapomnianych dusz"

Kalina przetarła powoli łapami oczy i niechętnie je otworzyła, czując ukłucie mroźnego powietrza wpadającego do środka przez okiennice ziejące pustką w gołej, betonowej ścianie. Palcami zjechała na nos, jakby ściągała sobie pajęczynę snu z głowy. Gdy tylko strzepnęła jej resztki na ziemię, skoczyła na równe nogi jak oparzona. Obym tylko się nie spóźniła. 

Dzień był dość pochmurny i jego jasna część szybko ulegała zmniejszeniu ostatnimi czasy, co jeszcze bardziej wzmogło niepokój wilczycy. Prędko wspięła się na tylne łapy i zdjęła dużą, czarną torbę ze sterczącego pod kątem gwoździa, w której miała wszystko przygotowane, po czym wypadła na klatkę schodową. Kilkoma susami znalazła się na parterze konstrukcji, w wąskim korytarzu prowadzącym na zewnątrz. Od razu uderzył ją zimny wicher, aż musiała zmrużyć powieki. Drewniane drzwi wejściowe, które kiedyś strzegły spokoju ludzkiej twierdzy, leżały w rogu bez zawiasów, na wpół zeżarte przez destruentów. Rzuciła się biegiem ku wyjściu, ale wnet zatrzymała ją realizacja chrapiącego cicho Vexara, badacza NIKL-u, w pokoju po lewej. Płowy basior leżał na starym, bordowym tapczanie, z jedną nogą zwisającą bezwładnie nad krawędzią leża, otoczony jakimiś mapami i kocami rozrzuconymi byle jak. W narożniku leżało kilka pustych, na wpół przezroczystych butelek. Pewnie wczorajsza rozmowa z generałem nie poszła po jego myśli. 

— Vexar... - zaczęła cicho, na co towarzysz tylko burknął pod nosem coś, co brzmiało jak "precz mi stąd". Kalina jednak nie brała takich rzeczy do siebie. - Słyszałam, że dziś mają rano dawać kurczaka. — rzuciła głośniej, jakby mimochodem. Wytoczyła od razu ciężkie działa, żeby móc bez wyrzutów sumienia pognać dalej, nie zważając na odpowiedź. Jeśli to go nie postawiło na nogi, to już nic mu nie pomoże. Ona nie może się spóźnić. Od tygodni biła rekordy najbardziej punktualnego pracownika NIKL-u, ponieważ paliła się w niej jedna i ta sama myśl: może to dziś będzie okazja spotkać się z Pomestem sam na sam? Trzymała się w pionie pod nawałem roboty i wieczornych imprez w hangarze chyba tylko dzięki tej wewnętrznej determinacji, aż sama się sobie dziwiła, jak wiele potrafi zdziałać odrobina samodyscypliny. 

Na ulicy było pusto i cicho, jak makiem zasiał. W latarniach dopalały się pojedyncze ogniki. Kurka wodna, późno! Może dzisiaj odpuszczę sobie śniadanie? Nie, spokojnie, bo nie będę wiedziała gdzie jest Pomest. Wszystko musi pójść zgodnie z planem. Pognała cwałem ku centrum, aż pazury zgrzytały jej na asfalcie pod cienką warstwą śliskiego śniegu. Milczenie zimowego lasu dzwoniło jej w uszach i podnosiło ciśnienie swoją nonszalancją, gdy nagle dotarło do niej echo rozmów z przodu, gdzie aleja schodziła w dół do kotliny. Wadera podniosła gwałtownie głowę i w tym samym momencie straciła równowagę, upadając prosto na pysk, którym wyryła długi tunelik w białym puchu, zanim zdołała wyhamować. Podniosła się powoli przy akompaniamencie pojedynczych salw śmiechu i zobaczyła, że należały do ostatniej grupki wilków w korowodzie zdążającym do hangaru. Przynajmniej mogła się tego domyślać, bo w gęstej, porannej mgle widać było tylko ogony poprzedniej. Szybkim kłusem minęła wesołą kompanię, ignorując zaczepki w nadziei, że uratuje tym resztki honoru. W NIKL-u trzeba było mieć grubą skórę, a czasami całe wiadro animuszu, bo inaczej dostałoby się depresji po miesiącu.  

Do kuchni wpadła z o wiele większą godnością, opierając się o framugę, żeby złapać oddech. To tu, w dwóch wielkich kotłach zebranych z okolicy powstawała codzienna strawa dla wojskowego skrzydła organizacji, a na drewnianych dechach zespolonych żywicą kucharki oprawiały i zlepiały uwielbiane przez wszystkich mięsne kule. W tym momencie brązowa z brakującym kawałkiem lewego ucha podniosła głowę znad czegoś, co wyglądało jak sarnia karkówka, i popatrzyła na przybyłą z wyrzutem: 

— Łydnie to się tak spóźniać? Czuję się jak w epoce lodowcowej. — naprężyła grzbiet, z wysiłkiem rozrywając pazurami różowy blok na dwie części. Pod ścianą na białych workach, które kiedyś pewnie służyły rolnikom do przechowywania swoich plonów, leżał już stos uformowanych kulek. Wyglądały jak wielgachne winogrona. Mama przyniosła im niegdyś parę do spróbowania z południa. Tak posmakowały, że planowali całą rodziną wybrać się do winnicy, ale ostatecznie z "kiedyś" zrobiło się "nigdy". 

— O nieee, podnieś szczenę z ziemi, bo ci właśnie odpadła! — skontrowała druga wadera o jaskrawozielonym futrze z cienkimi, białymi esa-floresami na nogach i głowie. Symbolizowały jej moc; niezwykłe połączenie z naturą, które umożliwiało przyspieszenie wzrostu owoców i warzyw do zup, a także opóźnienie ich psucia się. Był to dość nietypowy żywioł dla mieszkanki północy, tym bardziej, że urodziła się w środku zimy, w bardzo wyjątkową noc. Matka pomocnicy od razu wiedziała, jakie imię wybrać. — Nie słuchaj jej, Kali, wszyscy się cieszymy, że cię widzimy. I wcale nie masz obowiązku użyczać swojej mocy, radzimy sobie doskonale. Nie twoja wina, że KTOŚ zapomniał przynieść krzemienia.  

— Zawsze ona rozpala w piecu, skąd miałam wiedzieć, że dzisiaj weźmie sobie wolne? — starsza towarzyszka spuściła wzrok, a z jej gardła wydobyło się głuche warknięcie.  

— Cześć, Kali. — przyłączył się cichutki głos, poprzedzony wychynięciem szarej, okrągłej głowy z czeluści spiżarni z tyłu. Cletti, ostatnia królowa jadłospisu, zastępowała Wierzbę, która niedawno postanowiła wrócić do swojej watahy. Była raczej małomówna, bo nie znała tutejszego języka. 

— Cześć. — odparła z uśmiechem wyżej wspomniana, zamykając drzwi za sobą, po czym zwróciła się do swojej obrończyni — Naprawdę doceniam, że pozwalacie mi odrobinę pomóc, nie mam przecież nic innego do roboty. 

— Nie, to znaczy, to jest ogromna pomoc! — żachnęła się Aurora. — Po prostu nie chcę, żebyś czuła się, jakbyś miała wobec nas dług...  

— Och, tamto. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy, Rora, i jeśli kiedykolwiek będzie okazja się odwdzięczyć, wal śmiało. — zapewniła ją z uśmiechem, cały czas skanując koleżanki w poszukiwaniu choćby krztyny nieszczerości, nic takiego jednak nie zauważyła. Wyglądało na to, że wszystkim obecnym wciąż zależało na tym, by drobna wymiana pozostała sekretem. — Nie dlatego tu przychodzę. Ja was ogrzewam swoimi płomieniami, ale wy swoimi ogrzewacie moje serce, wiesz? 

— Oj, weź bo się rumienię... W końcu grunt to gotować z miłością. — rozmówczyni zachichotała głośno, kładąc podbródek na nadgarstku. 

— Cicho! Jeszcze Don cię usłyszy... — ognista zatkała jej łapą pysk, samej drżąc trochę z wesołości, a trochę z zimna. Była lekko zziajana, gdy weszła do środka i wilgoć zaczynała z niej parować, zabierając ze sobą ciepło ze zmęczonych mięśni. 

— Pfff! Przecież to jest bryła lodu zamiast mięsa. — przypomniała o sobie Darń, wciąż pochłonięta w pełni chwalebnym zadaniem wypełnienia żołnierskich żołądków.  

Jasnooka spojrzała pobłażliwie na pociętą już prawie w całości porcję, po czym zamknęła oczy, mając jej obraz utrwalony w wyobraźni. Po chwili karkówka stanęła w płomieniach i rozległ się zaskoczony pisk. Sędziwa wilczyca rzuciła jej spojrzenie w stylu "zrobię z ciebie przystawkę", które zaraz zmiękło wobec ironicznej miny na szarym pysku. 

— Ok... — powiedziała tonem w stylu "no dobrze, wygrałaś". — Zapal teraz ognicho, Prometeuszu. — poleciła srogo jak zwykle, jednak uśmiechała się przy tym szeroko. Podczas gdy pozostałe dwie wilczyce miały w związku ze sprowadzeniem jej na ziemię ubaw, Kalina odetchnęła z ulgą i usiadła w pewnym oddaleniu, by móc skupić się na zadaniu. Po chwili usłyszała satysfakcjonujące trzaskanie jęzorów ognia ze sterty drewna pod ścianą, otoczonej swego rodzaju kominem z kamieni dla bezpieczeństwa. Powoli otworzyła oczy i jeszcze ogrzała pozostałe kawałki mięsa, po czym osunęła się plecami na blachę. Jak zwykle naszła ją fala zmęczenia po użyciu mocy. Była jednak nieporównywalnie mała w stosunku do poprzednich zim, dlatego to, co zaraz usłyszała, postawiło ją w stan wewnętrznej gotowości. 

— Proszę. — Aurora podała jej kubek z ciepłym, kozim mlekiem. — Słabo wyglądasz.  

— Zaraz będzie mi lepiej. — z wdzięcznością ujęła podarunek w obie łapy, jednak równie szybko odstawiła go na ziemię, bo okazał się za gorący. Zamiast tego zajęła się zamiataniem klepiska ogonem, wzniecając drobną chmurkę kurzu. 

— Nie o to chodzi. W ogóle ostatnio słabo wyglądasz, jakbyś myślami była cały czas gdzie indziej. Z workami pod oczami ci nie do twarzy. Jeśli coś cię trapi... 

— Chyba tamte basiory nie robią ci znowu problemów? Gdyby na mnie trafili, to łooo tak, nie byłoby co zbierać! — w tym miejscu Darń zademonstrowała dobitnie parę ruchów, które musiały należeć do jakichś nowoczesnych sztuk walki, których była jedynym mistrzem. 

— Nie, wszystko gra.  — pokręciła powoli głową, śmiejąc się perliście, ale powstrzymała się od wzruszenia ramionami, żeby nie wyszło zbyt ostentacyjnie. Zanim zdołała kontynuować, ubiegła ją w tym władczyni roślinnego życia. 

— Słyszałam, że dostarczasz listy nie tylko... oficjalne. — trzy pary oczu zwróciły się w stronę ciemnoszarej jak jeden mąż.  

Zawsze czyhają na plotki, jak jastrząb na nieostrożną nornicę, pomyślała, starannie ukrywając zniesmaczenie za rondem kufla. Im więcej miało się haków na innych, tym bezpieczniej można było się tu czuć. Jak łyżka dziegciu w beczce miodu, świadomość tego procederu rzucała cień na okazaną troskę. Mimo to, niezależnie czy jej się podobało czy nie, też brała w tej zabawie udział i czerpała z niej korzyści. Z takich porannych pogawędek wynikło chociażby ostrzeżenie przed poborem do walk na zachodzie, których uniknęła udając anginę. Poznanie całej drużyny, która miała wstęp do jadalni dowodzących, to było naprawdę szczęście w nieszczęściu. Balansowała więc ciągle pomiędzy zachowaniem dobrego imienia, a naturalnym popędem do dzielenia się troskami z pobratymcami. Nie miała w głowie listy tematów z podziałem na te niegroźne i taboo, raczej dostosowywała ilość podawanych informacji do każdego indywidualnie. W ten sposób prawie zawsze udawało jej się unikać kłamstwa, jeśli półprawda nie mieści się w waszej definicji kłamstwa. 

— I co takiego słyszałaś? — spytała spokojnie, drapiąc się za uchem. Musiała się mocno powstrzymywać, żeby nie przycisnąć pazurów do krwi. 

— Przy kolacji jeden z kaprali powiedział Wawelowi, żeby nie gadał teraz, tylko mu wiadomości o dostawach wysyłał przez ciebie, bo inaczej się wyda, czy jakoś tak. 

— I co w tym dziwnego? — nastał moment ciszy, jak makiem zasiał, zanim Aurora ponownie złapała trop. Zarzucenie kogoś pytaniami, żeby odzyskać kontrolę nad rozmową, oto kolejna piękna taktyka manipulacji. 

— Dlaczego miałby się bać, że coś się "wyda"? Przecież wszystkie dostawy są później odnotowywane, i to nie tak, że przynoszą je po krzakach w nocy.  

— Normalne, cała korespondencja wojskowa jest ściśle tajna przez poufne. 

— Po co robić z tego takie przedstawienie? 

— Mnie o to nie pytaj. Pytaj tego, co wymyślił system.  

— Ech, wy to macie fioła na punkcie zasad. — mruknęła Darń, myjąc łapy. 

— Poza tym, powinnaś pamiętać, że jestem posłańcem pół księżyca. Takiemu nowicjuszowi jak ja mieliby przekazywać, nie wiem... swoje liściki miłosne? — wizja była tyleż absurdalna, co prawdopodobna, że ledwo skończyła wymawiać to zdanie, była prawie zgięta w pół ze śmiechu, i pozostali uczestnicy konwersacji poszli w jej ślady. Pewnie było je słychać w całym hangarze. Blaszana konstrukcja niezwykle dobrze odbijała dźwięk i prowizoryczne ściany z prętów, szyldów i sklejki niewiele w tej kwestii zmieniały, acz zapewniały ciepły, prywatny kąt.  

— Masz rację, a z drugiej strony... — kontynuowała zielona wilczyca, gdy już się opanowała, przejmując stanowisko przy misce z wodą — ...uważaj, żeby nie wciągnęli cię w coś złego. Myślę, że w tych wyższych sferach nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. — Uff, było blisko. Kali pokiwała głową w zamyśleniu i wzięła kolejny łyk mleka, podczas gdy starsza kucharka tłumaczyła sobie na głos dociekliwość koleżanki "brakiem zajęcia" i kazała jej się pospieszyć z nalewaniem napitków dla żołnierzy.  

— A co u was słychać? 

— Jakoś leci. — pierwsza odpowiedziała Cletti. To było jej ulubione powiedzonko. — Rodzice napisali. — widok rozpromienionego pyska kogoś, kto miał pełne prawo pogrążyć się w melancholii, ostatecznie pozwolił się ognistej zrelaksować. Sama czekała na odpowiedź mamy, która powinna nadejść w najbliższym czasie. 

— To super. Co pisali?

Nowy członek!

Kalina - posłaniec NIKL-u

niedziela, 21 grudnia 2025

Od Talii - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 12



Brzemię śmierci zawsze spada na tych, którzy albo z nią pracują, albo się jej nie spodziewają. Bliscy odchodzą, a ty możesz się tylko przyglądać jak dusza twojego ukochanego odchodzi w zaświaty. W miejsce, którego nie znamy, nie widzimy. Ta jedna nieznana, która czeka na każdego.

Talia była tego świadoma, ale patrzenie na swoją siostrę, chorą i leżącą na posłaniu,, było ciężkie. Samiczka starała się utrzymywać uśmiech na pysku, miły ton dla wszystkich wokół, ale zagrożenie śmierci, dla kogoś tak dla niej ważnego jak jej siostra wisiało nad nią jak gilotyna. Straszyło ją w snach, mieszało w jej głowie. Jej łapy trzęsły się kiedy mieszała kolejne maści. Kiedy spoglądała na salkę, pełną ciał i żałości, pełną oczekiwania na koniec.

Pośród chorych znalazło się wiele Wików, których Talia nigdy wcześniej nie widziała. Delta wymieniał je dla niej po imieniu, aby mogła zapoznać się z każdym z bliska. Wiedziała, że niektórzy z nich nigdy nie wyjdą z jaskini żywi. Że będzie ostatnią osobą, której w oczy spojrzą zanim odejdą. Pogodziła się z tą myślą. Była dla niej komfortem. Pewnością, że ona będzie komfortem dla umierających, kiedy będą tego potrzebować.

— To naturalne, że czuję się z tym tak źle? Że to takie niesprawiedliwe? Yolotl był niewiele starzy ode mnie…— Talia podkuliła ogon i oparła swój bok o bok Delty.

— Tak. To całkowicie normalne. Jesteś jeszcze szczeniakiem. — Delta pogłaskał ją po głowie. — Mi zajęło wiele lat aby nawet nie mruknąć na śmierć, a i tak czasem łapie mnie z zaskoczenia. Z żalem. —przyznał.

Talia poznała Falkę w bardzo zimne południe. Wadera weszła do jaskini medycznej i otwarła pysk przez Delta, który zaraz posłał ją do sali głównej. Samica wyglądała śmiesznie. Jej szczęka była nie na miejscu i chodziła trochę dziwnie. Ale miała bardzo ładny ogon, który kręcił się w dziwny sposób. Niestety nie przeżyła za długo. Przyszła do nich za późno. Talia patrzyła jak Delta zamyka jej oczy.

Opalit i Dalia zachorowali prawię w tym samym momencie i oboje martwili Talię bardzo mocno. Ale oboje wyzdrowieli, pomimo trudności jakie ich zastały. Siedzenie w miejscu nie było ich silną stroną.

Danny pojawił się niechętnie. Z raną ciętą na ramieniu i pierwsze co zrobił to posłał wściekłe spojrzenie Delcie, kiedy ten nakazał mu rozewrzeć pysk. Ale to zrobił. Z Deltą nikt się z jakiegoś powodu nie kłócił. Konstancja mówiła, że to tak zostało już od czasów wojny. Talia nie kwestionowała. Danny był chory i nie był zadowolony jak Delta uziemił go w sali głównej jaskini medycznej, z dala od swoich bijatyk. Talia nie rozumiała jak ktoś może chcieć się tak bić. Ale wilk wyzdrowiał. Z epidemii przynajmniej. Jego blizny przerażały Talię, ale musiała się przyzwyczaić do ich widoku. Taki los medyka.

Miguel, Yrsa i Duch dalej chorowali, dzielnie walcząc o swoje życia. Aiden za to – wyzdrowiał. Niestety Yrsa zaraziła swojego towarzysza Xiva i teraz oboje siedzieli w norze, zaryglowani i chorzy. W swoim słodkim towarzystwie.



I potem przyszła Domino. Wadera była w bardzo złym stanie i Talia pierwszy raz doświadczyła Delty, którego nie widziała nigdy wcześniej. Deltę, który z paniką w oczach, ale staraniem w łapach pracował nad swoją przyjaciółką z cierpliwością. I na jej szczęście, zdążyła uniknąć spotkania ze śmiercią. Przeżyła, ale co to za życie?



A Szpak? Ten skrzydlaty wilk, wszedł chory i w ciągu tygodnia podniósł się na nogi i wyszedł, zdrowy. Jakaś doza dobrego humoru w tym całym zamieszaniu.



Konstancja jednak, biedna, tak często przebywająca w jaskini medycznej, w końcu musiała znaleźć się na Sali chorych. To było nieuniknione, tak mówił Delta. Starsza wadera musiała otrzymać swoje leki i przejść obok chorych. W końcu się zaraziła i wkrótce Talia siedziała obok niej, jej futro wciśnięte w jej, trzymając ją za łapę.

— Mój mąż na mnie czeka. — mruknęła w końcu i zamknęła oczy. To była chyba najspokojniejsza śmierć, jaką Talia do tej pory widziała. Staruszka po prostu odeszła w ciągu paru sekund, bez oporu. Delta powiedział, że to nie chorobą ją zabrała, a starość. A starość tak już ma, że po prostu idzie się spać i już nie wstaje. Talia zaakceptowała to jako fakt.



Następna była Brzoza. Przyszła na badania, rutynowe. Chciała być matką tak bardzo, że próbowała tak wiele sposobów. I w końcu kiedy jej się udało, życie zabrało jej to na co tak ciężko pracowała. Choroba położyła ja na głównej sali.

—Czuję się tak szczęśliwa. — przyznała Talii, któregoś dnia. Spojrzała na nią zaszklonymi oczami. — Będę mamą… — ale nigdy się nie doczekała. Brzoza umarła jeszcze tej nocy, krztusząc się na własnych wymiotach.



Potem pojawił się Ahkirrin ze smutnymi oczami. Theodore został znaleziony niedaleko swojej jaskini. Delta poszedł sprawdzić jego ciało. Podobno strateg się udusił. Nie przyszedł do medycznej, kiedy choroba wdarła się do jego zdrowia.



Potem przyszedł Legion. Puchacz był niemożliwie zły na brata, że ten śmiał chorować. Jego siostra też nie była zadowolona, chociaż i ona wkrótce podupadła na zdrowiu. Oboje leżeli obok siebie, chorzy i smutni. I tylko jedno z nich przeżyło. Delta wyglądał na bardzo smutnego tej nocy. Talia skuliła się mocniej obok niego. Delta poszedł na jej pogrzeb, osobiści położył suszone kwiaty różny na jej grobie. Frezja – jego córka nie córka, straciła swoje młode życie. Za wcześnie… za wcześnie.



Delta rzadko płakał. I wtedy też nie płakał, ale Talia widziała jak chodził z głową bardziej spuszczoną w dół i jak wieczorami spoglądał w niebo ze znużeniem i zmęczeniem, jakie było obce Talii.



Talia też patrzyła czasami w niebo i zastanawiała się „Czy ona też kiedyś umrze?”. Tak. To było pewne, ale kiedy? I czy może się tego dowiedzieć? Czy chce to wiedzieć?



<CDN>

sobota, 13 grudnia 2025

Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 11

Winnych i niewinnych osądzać mogą tylko w zaświatach. I Delta to doskonale wiedział. Zdawał sobie sprawę z całego tego przedstawienia rozgrywającego się pod jego łapami.

Chorych przybywało coraz więcej. Ledwo jacyś zdrowi wyszli to już jakiś inteligent chory stawiał się w progu. Jeden drugiego przepychał w wejściu aby tylko pierwszym być na lepszym łóżku, co by się wygodnie dogorywało.

Deltę odwiedzały nie tylko wilki z WSC z powodu epidemii. Co to, to nie. Ktoś inteligentny musiał udać się na zebranie do WWN, ponieważ sporo wilków z tamtych stron także zjawiło się u jego progów, błagając o pomoc. I kim byłby nasz stary sceptyczny Delta, gdyby ze złością nie kazał im siadać na dupach i czekać aż przygotuje więcej łóżek.

Z samego WSC do listy chorych najpierw dołączyła Mi. Starsza wadera miała się dobrze na początku, jednak szybko wyszła w śnieg. Od razu do grobu, zamknięta w zimnej ziemi, ostatnim świadku jej cierpienia.

Potem był Byczeq. Ale jemu poprawiło się bardzo szybko. Wyjątkowo szybko. Ale to był szczeniak, Delta nie miał na co narzekać. Bez niego w jaskini zrobiło się o wiele decybeli ciszej.

Bleu – nieszczęśnik zaatakowany chorobą przez swoją córkę, która niedługo potem sama dołączyła w progi jaskini medycznej. Alta, Myszka i Bleu. Wszyscy razem w jednym miejscu. I wszyscy wyszli zdrowi, na różne sposoby. Myszka i Bleu wrócili do domu. Alta wyzdrowiała duchem i opuściła ten świat.

Dally i Szklanka zjawili się pewnego pochmurnego wieczorku, oboje z nalotem na gardle. Oboje z bardzo poważnymi minami. Dally wkrótce wrócił do swojego pisania w kronikach,  w końcu tę epidemię należało udokumentować, jednak Szklanka, już nigdy nie otworzyła oczu.

Oliver i Olivia nie przetrwali długo. To była najszybsza śmierć jaką do tej pory Delta widział. Te dwa wilki po prostu rozsypały mu się w łapach. Ale nie było co się dziwić. Ich … przedziwne ułożenie ciała i organów nie pomagało im w przeżyciu tak ciężkiej infekcji.

Hyarin pozostawał chory i słaby pomimo wszelkich starań Delty. Jego wiek nie sprzyjał jego zdrowiu.

Podobnie jak Duch. Ten staruszek także miał już problemy z radzeniem sobie z chorobą, jednak trzymał się przy życiu, jakby mu na nim zależało. Delta skrzywił się nieco. Sam mógłby już pójść w odwieczny sen, ale coś go jeszcze przy tym świecie trzymało.

Yrsa… Była u siebie. Na kwarantannie. Zakaz wychodzenia, zakaz wchodzenia. Nie chciała siedzieć w jaskini medycznej dwa tygodnie to spędzi z miesiąc jak nie dłużej w swoim własnym zakamarku świata. Z Xivem czy bez, nie miało to dla Delty znaczenia. Ale jak z, to niech oboje siedzą zabici dechami i na dupie. I obiecał jej Delta, że jeśli odkryje, że wyłażą na zewnątrz jak im się podoba, to osobiście zaciągnie oboje do izolatki i tam ich zamknie. Będą mieć swoją prywatność, prawda?

Domael i Sasanka, zjawiły się u Delty przyniesione przez Agresta. Obie wylądowały na opiece, ale tylko jedna wydobrzała. Sasanka mogła wrócić do domu, Domael pogrzebali obok jej ojca.

Aiden chorował za to długo i po dwóch tygodniach dalej leżał w kącie jakini medycznej i zniesmaczony łypał okiem na każdego wokoło.

No i pacjent zero. Osoba, u której wykryto zalotnika na samym, samiutkim początku tego chaosu. Poległa w boju. Jej stare ciało poddało się i wkrótce mogła zostać zakopana w ziemi, jej pamięć na zawsze w sercach wszystkich.

 

<CDN>