Kalina przetarła powoli łapami oczy i niechętnie je otworzyła, czując ukłucie mroźnego powietrza wpadającego do środka przez okiennice ziejące pustką w gołej, betonowej ścianie. Palcami zjechała na nos, jakby ściągała sobie pajęczynę snu z głowy. Gdy tylko strzepnęła jej resztki na ziemię, skoczyła na równe nogi jak oparzona. Obym tylko się nie spóźniła.
Dzień był dość pochmurny i jego jasna część szybko ulegała zmniejszeniu ostatnimi czasy, co jeszcze bardziej wzmogło niepokój wilczycy. Prędko wspięła się na tylne łapy i zdjęła dużą, czarną torbę ze sterczącego pod kątem gwoździa, w której miała wszystko przygotowane, po czym wypadła na klatkę schodową. Kilkoma susami znalazła się na parterze konstrukcji, w wąskim korytarzu prowadzącym na zewnątrz. Od razu uderzył ją zimny wicher, aż musiała zmrużyć powieki. Drewniane drzwi wejściowe, które kiedyś strzegły spokoju ludzkiej twierdzy, leżały w rogu bez zawiasów, na wpół zeżarte przez destruentów. Rzuciła się biegiem ku wyjściu, ale wnet zatrzymała ją realizacja chrapiącego cicho Vexara, badacza NIKL-u, w pokoju po lewej. Płowy basior leżał na starym, bordowym tapczanie, z jedną nogą zwisającą bezwładnie nad krawędzią leża, otoczony jakimiś mapami i kocami rozrzuconymi byle jak. W narożniku leżało kilka pustych, na wpół przezroczystych butelek. Pewnie wczorajsza rozmowa z generałem nie poszła po jego myśli.
— Vexar... - zaczęła cicho, na co towarzysz tylko burknął pod nosem coś, co brzmiało jak "precz mi stąd". Kalina jednak nie brała takich rzeczy do siebie. - Słyszałam, że dziś mają rano dawać kurczaka. — rzuciła głośniej, jakby mimochodem. Wytoczyła od razu ciężkie działa, żeby móc bez wyrzutów sumienia pognać dalej, nie zważając na odpowiedź. Jeśli to go nie postawiło na nogi, to już nic mu nie pomoże. Ona nie może się spóźnić. Od tygodni biła rekordy najbardziej punktualnego pracownika NIKL-u, ponieważ paliła się w niej jedna i ta sama myśl: może to dziś będzie okazja spotkać się z Pomestem sam na sam? Trzymała się w pionie pod nawałem roboty i wieczornych imprez w hangarze chyba tylko dzięki tej wewnętrznej determinacji, aż sama się sobie dziwiła, jak wiele potrafi zdziałać odrobina samodyscypliny.
Na ulicy było pusto i cicho, jak makiem zasiał. W latarniach dopalały się pojedyncze ogniki. Kurka wodna, późno! Może dzisiaj odpuszczę sobie śniadanie? Nie, spokojnie, bo nie będę wiedziała gdzie jest Pomest. Wszystko musi pójść zgodnie z planem. Pognała cwałem ku centrum, aż pazury zgrzytały jej na asfalcie pod cienką warstwą śliskiego śniegu. Milczenie zimowego lasu dzwoniło jej w uszach i podnosiło ciśnienie swoją nonszalancją, gdy nagle dotarło do niej echo rozmów z przodu, gdzie aleja schodziła w dół do kotliny. Wadera podniosła gwałtownie głowę i w tym samym momencie straciła równowagę, upadając prosto na pysk, którym wyryła długi tunelik w białym puchu, zanim zdołała wyhamować. Podniosła się powoli przy akompaniamencie pojedynczych salw śmiechu i zobaczyła, że należały do ostatniej grupki wilków w korowodzie zdążającym do hangaru. Przynajmniej mogła się tego domyślać, bo w gęstej, porannej mgle widać było tylko ogony poprzedniej. Szybkim kłusem minęła wesołą kompanię, ignorując zaczepki w nadziei, że uratuje tym resztki honoru. W NIKL-u trzeba było mieć grubą skórę, a czasami całe wiadro animuszu, bo inaczej dostałoby się depresji po miesiącu.
Do kuchni wpadła z o wiele większą godnością, opierając się o framugę, żeby złapać oddech. To tu, w dwóch wielkich kotłach zebranych z okolicy powstawała codzienna strawa dla wojskowego skrzydła organizacji, a na drewnianych dechach zespolonych żywicą kucharki oprawiały i zlepiały uwielbiane przez wszystkich mięsne kule. W tym momencie brązowa z brakującym kawałkiem lewego ucha podniosła głowę znad czegoś, co wyglądało jak sarnia karkówka, i popatrzyła na przybyłą z wyrzutem:
— Łydnie to się tak spóźniać? Czuję się jak w epoce lodowcowej. — naprężyła grzbiet, z wysiłkiem rozrywając pazurami różowy blok na dwie części. Pod ścianą na białych workach, które kiedyś pewnie służyły rolnikom do przechowywania swoich plonów, leżał już stos uformowanych kulek. Wyglądały jak wielgachne winogrona. Mama przyniosła im niegdyś parę do spróbowania z południa. Tak posmakowały, że planowali całą rodziną wybrać się do winnicy, ale ostatecznie z "kiedyś" zrobiło się "nigdy".
— O nieee, podnieś szczenę z ziemi, bo ci właśnie odpadła! — skontrowała druga wadera o jaskrawozielonym futrze z cienkimi, białymi esa-floresami na nogach i głowie. Symbolizowały jej moc; niezwykłe połączenie z naturą, które umożliwiało przyspieszenie wzrostu owoców i warzyw do zup, a także opóźnienie ich psucia się. Był to dość nietypowy żywioł dla mieszkanki północy, tym bardziej, że urodziła się w środku zimy, w bardzo wyjątkową noc. Matka pomocnicy od razu wiedziała, jakie imię wybrać. — Nie słuchaj jej, Kali, wszyscy się cieszymy, że cię widzimy. I wcale nie masz obowiązku użyczać swojej mocy, radzimy sobie doskonale. Nie twoja wina, że KTOŚ zapomniał przynieść krzemienia.
— Zawsze ona rozpala w piecu, skąd miałam wiedzieć, że dzisiaj weźmie sobie wolne? — starsza towarzyszka spuściła wzrok, a z jej gardła wydobyło się głuche warknięcie.
— Cześć, Kali. — przyłączył się cichutki głos, poprzedzony wychynięciem szarej, okrągłej głowy z czeluści spiżarni z tyłu. Cletti, ostatnia królowa jadłospisu, zastępowała Wierzbę, która niedawno postanowiła wrócić do swojej watahy. Była raczej małomówna, bo nie znała tutejszego języka.
— Cześć. — odparła z uśmiechem wyżej wspomniana, zamykając drzwi za sobą, po czym zwróciła się do swojej obrończyni — Naprawdę doceniam, że pozwalacie mi odrobinę pomóc, nie mam przecież nic innego do roboty.
— Nie, to znaczy, to jest ogromna pomoc! — żachnęła się Aurora. — Po prostu nie chcę, żebyś czuła się, jakbyś miała wobec nas dług...
— Och, tamto. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy, Rora, i jeśli kiedykolwiek będzie okazja się odwdzięczyć, wal śmiało. — zapewniła ją z uśmiechem, cały czas skanując koleżanki w poszukiwaniu choćby krztyny nieszczerości, nic takiego jednak nie zauważyła. Wyglądało na to, że wszystkim obecnym wciąż zależało na tym, by drobna wymiana pozostała sekretem. — Nie dlatego tu przychodzę. Ja was ogrzewam swoimi płomieniami, ale wy swoimi ogrzewacie moje serce, wiesz?
— Oj, weź bo się rumienię... W końcu grunt to gotować z miłością. — rozmówczyni zachichotała głośno, kładąc podbródek na nadgarstku.
— Cicho! Jeszcze Don cię usłyszy... — ognista zatkała jej łapą pysk, samej drżąc trochę z wesołości, a trochę z zimna. Była lekko zziajana, gdy weszła do środka i wilgoć zaczynała z niej parować, zabierając ze sobą ciepło ze zmęczonych mięśni.
— Pfff! Przecież to jest bryła lodu zamiast mięsa. — przypomniała o sobie Darń, wciąż pochłonięta w pełni chwalebnym zadaniem wypełnienia żołnierskich żołądków.
Jasnooka spojrzała pobłażliwie na pociętą już prawie w całości porcję, po czym zamknęła oczy, mając jej obraz utrwalony w wyobraźni. Po chwili karkówka stanęła w płomieniach i rozległ się zaskoczony pisk. Sędziwa wilczyca rzuciła jej spojrzenie w stylu "zrobię z ciebie przystawkę", które zaraz zmiękło wobec ironicznej miny na szarym pysku.
— Ok... — powiedziała tonem w stylu "no dobrze, wygrałaś". — Zapal teraz ognicho, Prometeuszu. — poleciła srogo jak zwykle, jednak uśmiechała się przy tym szeroko. Podczas gdy pozostałe dwie wilczyce miały w związku ze sprowadzeniem jej na ziemię ubaw, Kalina odetchnęła z ulgą i usiadła w pewnym oddaleniu, by móc skupić się na zadaniu. Po chwili usłyszała satysfakcjonujące trzaskanie jęzorów ognia ze sterty drewna pod ścianą, otoczonej swego rodzaju kominem z kamieni dla bezpieczeństwa. Powoli otworzyła oczy i jeszcze ogrzała pozostałe kawałki mięsa, po czym osunęła się plecami na blachę. Jak zwykle naszła ją fala zmęczenia po użyciu mocy. Była jednak nieporównywalnie mała w stosunku do poprzednich zim, dlatego to, co zaraz usłyszała, postawiło ją w stan wewnętrznej gotowości.
— Proszę. — Aurora podała jej kubek z ciepłym, kozim mlekiem. — Słabo wyglądasz.
— Zaraz będzie mi lepiej. — z wdzięcznością ujęła podarunek w obie łapy, jednak równie szybko odstawiła go na ziemię, bo okazał się za gorący. Zamiast tego zajęła się zamiataniem klepiska ogonem, wzniecając drobną chmurkę kurzu.
— Nie o to chodzi. W ogóle ostatnio słabo wyglądasz, jakbyś myślami była cały czas gdzie indziej. Z workami pod oczami ci nie do twarzy. Jeśli coś cię trapi...
— Chyba tamte basiory nie robią ci znowu problemów? Gdyby na mnie trafili, to łooo tak, nie byłoby co zbierać! — w tym miejscu Darń zademonstrowała dobitnie parę ruchów, które musiały należeć do jakichś nowoczesnych sztuk walki, których była jedynym mistrzem.
— Nie, wszystko gra. — pokręciła powoli głową, śmiejąc się perliście, ale powstrzymała się od wzruszenia ramionami, żeby nie wyszło zbyt ostentacyjnie. Zanim zdołała kontynuować, ubiegła ją w tym władczyni roślinnego życia.
— Słyszałam, że dostarczasz listy nie tylko... oficjalne. — trzy pary oczu zwróciły się w stronę ciemnoszarej jak jeden mąż.
Zawsze czyhają na plotki, jak jastrząb na nieostrożną nornicę, pomyślała, starannie ukrywając zniesmaczenie za rondem kufla. Im więcej miało się haków na innych, tym bezpieczniej można było się tu czuć. Jak łyżka dziegciu w beczce miodu, świadomość tego procederu rzucała cień na okazaną troskę. Mimo to, niezależnie czy jej się podobało czy nie, też brała w tej zabawie udział i czerpała z niej korzyści. Z takich porannych pogawędek wynikło chociażby ostrzeżenie przed poborem do walk na zachodzie, których uniknęła udając anginę. Poznanie całej drużyny, która miała wstęp do jadalni dowodzących, to było naprawdę szczęście w nieszczęściu. Balansowała więc ciągle pomiędzy zachowaniem dobrego imienia, a naturalnym popędem do dzielenia się troskami z pobratymcami. Nie miała w głowie listy tematów z podziałem na te niegroźne i taboo, raczej dostosowywała ilość podawanych informacji do każdego indywidualnie. W ten sposób prawie zawsze udawało jej się unikać kłamstwa, jeśli półprawda nie mieści się w waszej definicji kłamstwa.
— I co takiego słyszałaś? — spytała spokojnie, drapiąc się za uchem. Musiała się mocno powstrzymywać, żeby nie przycisnąć pazurów do krwi.
— Przy kolacji jeden z kaprali powiedział Wawelowi, żeby nie gadał teraz, tylko mu wiadomości o dostawach wysyłał przez ciebie, bo inaczej się wyda, czy jakoś tak.
— I co w tym dziwnego? — nastał moment ciszy, jak makiem zasiał, zanim Aurora ponownie złapała trop. Zarzucenie kogoś pytaniami, żeby odzyskać kontrolę nad rozmową, oto kolejna piękna taktyka manipulacji.
— Dlaczego miałby się bać, że coś się "wyda"? Przecież wszystkie dostawy są później odnotowywane, i to nie tak, że przynoszą je po krzakach w nocy.
— Normalne, cała korespondencja wojskowa jest ściśle tajna przez poufne.
— Po co robić z tego takie przedstawienie?
— Mnie o to nie pytaj. Pytaj tego, co wymyślił system.
— Ech, wy to macie fioła na punkcie zasad. — mruknęła Darń, myjąc łapy.
— Poza tym, powinnaś pamiętać, że jestem posłańcem pół księżyca. Takiemu nowicjuszowi jak ja mieliby przekazywać, nie wiem... swoje liściki miłosne? — wizja była tyleż absurdalna, co prawdopodobna, że ledwo skończyła wymawiać to zdanie, była prawie zgięta w pół ze śmiechu, i pozostali uczestnicy konwersacji poszli w jej ślady. Pewnie było je słychać w całym hangarze. Blaszana konstrukcja niezwykle dobrze odbijała dźwięk i prowizoryczne ściany z prętów, szyldów i sklejki niewiele w tej kwestii zmieniały, acz zapewniały ciepły, prywatny kąt.
— Masz rację, a z drugiej strony... — kontynuowała zielona wilczyca, gdy już się opanowała, przejmując stanowisko przy misce z wodą — ...uważaj, żeby nie wciągnęli cię w coś złego. Myślę, że w tych wyższych sferach nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. — Uff, było blisko. Kali pokiwała głową w zamyśleniu i wzięła kolejny łyk mleka, podczas gdy starsza kucharka tłumaczyła sobie na głos dociekliwość koleżanki "brakiem zajęcia" i kazała jej się pospieszyć z nalewaniem napitków dla żołnierzy.
— A co u was słychać?
— Jakoś leci. — pierwsza odpowiedziała Cletti. To było jej ulubione powiedzonko. — Rodzice napisali. — widok rozpromienionego pyska kogoś, kto miał pełne prawo pogrążyć się w melancholii, ostatecznie pozwolił się ognistej zrelaksować. Sama czekała na odpowiedź mamy, która powinna nadejść za jakieś ćwierć księżyca.
— To super. Co pisali?