Światło padało prostopadle na kępy stokłosy, pioniera wśród traw, i grzało przyjemnie w plecy zziajane wilki. Kiedy ukończyli program ćwiczeń zwinnościowych, szkoleniowiec zarządził krótką przerwę, którą wszyscy przyjęli z ulgą. Odwróciwszy się tyłem do wojska, począł zapisywać notatki w swoim dzienniku. Widziała, jak parę basiorów padło na płask i zaczęło czołgać się wolno w stronę lasu, pod osłoną bujnej o tej porze roku wegetacji. Nikt z reszty wojska nie reagował. Istniała niepisana zasada, że kto kabluje, ten dostaje później w zęby, która wydawała się Kalinie bardzo mądra. Kto nie miał wystarczająco silnej woli lub predyspozycji, żeby osiągać najlepszą formę, nieuchronnie musiał podlec selekcji naturalnej podczas rutynowych testów, które szeregowi musieli przechodzić co trzy księżyce, niezależnie od stopnia wykształcenia - rezerwowy i starszy szeregowy byli traktowani tak samo, gdy przychodziło do sprawności fizycznej.
... Tak was tylko wkręcam! Z ćwiczeń uciekały najczęściej stare wygi, a w czasie sprawdzianów sypały się na prawo i lewo łapówki. Flaszeczka dla ciebie, przepustka do dalszego życia na koszt NIKL-u dla mnie. Ognista miała tylko jeden atut - kartę przyrodzenia, którą mogłaby rzucić na stół jak trumpa... lecz trzymała ją w łapie, aż papier nie zmiękł od potu niechęci. Nigdy nie miała czasu na myślenie o miłości. Wydarzenia toczyły się jak kamienie młyńskie, miażdżąc wszystko na jej drodze na miałki pył przetrwania. Mimo to gdzieś pod żebrem, w miejscu, które nie znało dotyku, istniała tkliwa, pierwotna pewność, że to, co tutaj, to jest pismo odwrócone do góry nogami. Że miłość powinna być wzajemnym rozpoznaniem podobnych wilczych śladów na tej samej, wolnej ścieżce, a nie zimną monetą w gospodarce zniszczonego stada. Kamień spadł dziewczynie z serca, gdy list Kody potwierdził jej domysły: kurtyzany tkwiły na samym dnie hierarchii. Ich pozycja nie budziła zaufania ani szacunku, co za tym idzie, nie przybliżałaby do prawdziwych celów. Wspomnienie rozmowy rekrutacyjnej zawsze wywoływało w niej falę lekkiego ścierpnięcia. Spojrzenie, jakim zmierzył Rapkud młodą samicę, gdy potwierdziła, że istotnie, nie pomyliła drzwi, było bezcenne. Pozbierawszy zszokowane nerwy, wyśmiał Kalinę, lecz nie znalazłszy żadnego paragrafu, który wyraźnie zabraniał waderom wstępu do armii, musiał ją przyjąć. Z płomienną determinacją zdała egzaminy bez problemu i tej samej nocy w hangarze nie padły już żadne dwuznaczne przytyki. Usłyszeć, że pierwsza lepsza włóczęga, i to wadera, stanęła z basiorami na równi, to było zbyt wiele, ale od tej pory nikt już nie wytrącał jej kubka z łap, a jej głos przestał być powietrzem w dyskusjach. Pozostawało przesuwać granice własnej wytrzymałości cały czas dalej i dalej, żeby wszystkie wymogi były spełnione ponad miarę i nie pozostawiały komisji miejsca na śliskie aluzje.
Podczas gdy Morwa liczyła płatki stokrotki, Kali zamknęła oczy i zaczęła ćwiczyć oddychanie tak, jak uczył ją ojciec, gdy była jeszcze szczeniakiem. Wypełniała płuca powietrzem do oporu, wstrzymywała je przez chwilę, po czym robiła wydech dwa razy dłuższy, niż wdech. Za każdym kolejnym oddechem zwiększała te interwały i przerywała trening, gdy pojawiał się wewnętrzny opór, jakby ktoś położył wam znienacka ciężki kamień na klatkę piersiową. W tym momencie otworzyła oczy, akurat w porę, żeby zrobić unik przed czyjąś łapą, która chciała zahaczyć o ucho.
— Co ty, śpisz? — zadarła nieco głowę, żeby spojrzeć w pysk, z którego wydostał się znajomy baryton.
— Masz jakiś problem? Nie cierpię, kiedy ktoś nie potrafi uszanować czyjejś przestrzeni osobistej. — mruknęła z poirytowaniem, na co starszy szeregowy odwrocił łeb i jego łapa wykonała wskazujący gest.
— Możesz to powiedzieć Forue. Jeśli wolno mi poczynić sugestię, proponuję, żebyś zrobiła to w formie przygrywki przeprosinowej. — w uśmiech Lenarda zaplątał się cień samozadowolenia.
Podążyła za wzrokiem burego wilka przez zbierający się na jednej linii tłum kadetów, których wszystkie oczy były zwrócone na nią, a na końcu osądzającego korowodu znajdował się bardzo niezadowolony instruktor. Nagle poczuła się dziwnie mała, jakby ktoś skierował na nią promień zmiejszający. Brązowo-rudy basior zmarszczył brwi, po czym spytał, udając całkowitą powagę:
— Czy jesteście roślinką, Kalina?
— Nie, poruczniku.
— A może wilki odżywiają się światłem słonecznym? To jakaś nowa dieta?
— Nie, poruczniku.
— To czemu tam sterczysz, jakby ci wyrosły korzenie? Piećdziesiąt krokodylków. I zapewniam cię, będę liczył!
Na końcu języka miała piekocą ripostę o tym, że nie tylko rośliny potrzebują w życiu trochę światła, ale nie oczekuje zrozumienia od prymitywu wychowanego w ciemnej norze... Czy ja nie mogę mieć nawet chwili spokoju? Zamiast tego przygryzła policzek i poczęła odrabiać karę.
— Żałuję, że moja informacja nie dotarła do ciebie z należytą szybkością. — mruknął Lenard i pobiegł dołączyć do szeregu. Gdyby nie była akurat zajęta gimnastyką, chętnie odgryzłaby mu nosa.
Drugą połowę dnia przełożony postanowił przeznaczyć na przeciąganie liny. Najpierw robili to w parach. Kali na zwiotczałych z wysiłku nogach wygrała parę rozgrywek tylko dlatego, że wpadła na pomysł szarpania sznurem na boki, czym wytrąciła niektórych gości z równowagi. Przyszło jej też zmierzyć się z Falconem. Czysto białe promienie słońca nie pozostawiały cienia wątpliwości co do wyzwania w jego oczach. Ledwo szkoleniowiec dał znak rozpoczęcia, została gwałtownie szarpnięta i przeciągnięta daleko za wyrytą w ziemi granicę. Zacisnęła pysk na linie tak mocno, że gdyby nie gwizd kończący starcie, mógłby ją zawlec do ludzkiego miasta.
Następnie podzielono ich na dwa przeciągające się obozy. Każdy złapał w zęby kawałek ze swojego końca, i na sygnał lina naprężyła się jak żyła pod wpływem zbiorowego, dzikiego ciągu. Ona wpiła się w nią całym ciałem, jak zawsze dając z siebie wszystko. Chociaż w całkowitym bilansie sił jej wkład był pewnie bliski zeru, to jej drużyna i tak wychodziła zwycięsko niemal z każdego starcia.
Rozkaz rozejścia się od Forue zabrzmiał jak czysta woda w pustynnym gardle. Z ulgą, która od razu obróciła się w ciężkie, kościane zmęczenie, powlokła się w stronę lasu. Morwa przylgnęła do jej boku, nie mówiąc słowa, i jak raz wolała tę ciszę od plotek.
CDN
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz