Ciemnoszara wilczyca klepnęła łapą wygięty, jak pałąk wędki, pień znaczący linię mety. Przez jej pysk przemknął soczysty uśmiech triumfu. Gdy wyjrzała zza drzewa po okrążeniu go ciasnym łukiem, brwi ponownie były ściągnięte w skupieniu, uszy pochylone do tyłu, żeby nie łapały wiatru. Poczuła nowe natchnienie. Ruszyła z powrotem ku swojemu oddziałowi równie szybko, co przedtem. Falcon ze skwaszoną miną znajdował się o jedną długość sosny od finiszu, kiedy minęła go w pędzie. W tej samej chwili dotarło do niej stłumione warknięcie urażonej dumy. Basior również wystrzelił w stronę łąk jak z armaty, nie dając za wygraną. Poszła w długą w gęstsze zarośla, bardziej z prawej. Choć zafundowała tym sobie bardziej wymagający slalom, z drugiej strony zabezpieczały ją przed krętactwem rywala. Zerknęła na niego raz kątem oka, jak zawzięcie przedzierał się galopem przez wiosenny podszyt. Lecieli łeb w łeb, i tak też skończyli - remisem, na skraju puszczy. Jednak oficjalnie Kalina wygrała, i tylko to się liczyło. Czarny wilk rzucił jej spojrzenie spode łba i splunął na ziemię. Nagle wszystkie jego inteligentne przytyki stłoczyły się na końcu języka. Zniknął w tłumie kolegów, podczas gdy przełożony kiwnął lekko głową z uznaniem. Nie chciała się chełpić zwycięstwem, uśmiechnęła się tylko uprzejmie w odpowiedzi i wycofała się na "trybuny".
Zrobili jeszcze kilka powtórzeń tego ćwiczenia w dwóch wariantach i za każdym razem w innych parach. Różnorodność przeszkód była raczej ograniczona. Zdarzyły się dwa czy trzy przewrócone drzewa, a najbardziej niebezpieczne były wystające korzenie, które pokazywały się dopiero w ostatniej chwili. Takie kłącze przyczyniło się do jedynej przegranej wadery tego dnia, w połączeniu z... drobnym rozkojarzeniem.
***
Cali wsunęła prędko łeb pod szarą głowę, która zaczęła niebezpiecznie mocno przechylać się w bok i przymykać oczy. Wytężyła niesamowicie wszystkie zmęczone mięśnie, żeby postawić starszą wilczycę z powrotem do pionu.
— Jeszcze tylko trochę... — resztę słów zachęty zagłuszył huk eksplozji z polany, którą chciały zostawić za sobą.
Świerkowe gałęzie zamykały się za złożonym z trzech wilków pochodem, niczym parawan oddzielający jedną rzeczywistość od drugiej. Jak na gust ognistej, stanowczo za wolno, ale matka nie była w stanie podkłusować więcej, niż parę kroków. Kątem oka mimowolnie zerkała ciągle na jej splamiony krwią brzuch. Medyczka cały czas orbitowała wokół pary jak sonda ostrzegawcza i była gotowa w każdej chwili zareagować, gdyby pojawiło się niebezpieczeństwo, ale to jakoś Cali nie uspokajało. Nigdy wcześniej nie widziała rodzicielki w takim stanie; słaniającej się na nogach, skurczonej i jakby nieobecnej powłoki. Czasami tylko stęknęła cicho, gdy trzeba było podnieść wyżej łapę na stromym podejściu albo przedrzeć się przez wyższą zaspę. Gdzie się podziała dumna samica Alfa, mistrzyni rozwiązywania kryzysów? Kiedy patrzyła w jej puste ślepia, ogarniał ją strach, że może nigdy nie wrócić. Że kochana mama przepadła na zawsze. Dusiła jednak w sobie niepotrzebne łzy i szeptała w kółko te same zaklęcia na pokrzepienie ducha, nie wiadomo, czy bardziej dla siebie, czy dla towarzyszek.
Jaskinia, w której miały znaleźć schronienie, wydawała się w tym momencie równie daleka, jak morze za górami i lasami. Kiedy wreszcie stanęły na progu skalnego schronienia, pokierowała eskortowaną ku jednemu z dołków pod ścianą i pozwoliła jej zsunąć się na chłodny grunt. Jutrzenka, bo tak miała na imię, dopiero w ostatniej chwili podparła się łapą, żeby zmiękczyć swoje lądowanie, jakby od niechcenia. Nie poświęciwszy reszcie ani krztyny uwagi, wbiła wzrok w twarde podłoże groty. Wyglądała na kogoś, który znajdował się w zupełnie innym świecie, lecz wcale nie w akcie ucieczki przed brutalną rzeczywistością; raczej przeżywała własny koszmar, który wypełnił pustkę w jej sercu. Z racji że natura bardzo nie lubi próżni, będzie wiecznie próbować się doszukać sensu w okrutnym losie, jednak bezskutecznie; fatum jest ponad siłami przyrody, ono może nadawać im kierunek, nie na odwrót.
— Nie możesz jej zostawić. — zwróciła się Cali do medyczki, nie tyle prosząc, co stwierdzając fakt. — Jest bardzo słaba, jeśli dostanie infekcji w taką pogodę, sama mnie przecież tego uczyłaś, gorączka to najgorsze co może się w zimę przydarzyć... — wyrzucała słowa z prędkością karabinu maszynowego, aż jej głos załamał się ze strachu i wyczerpania. Płowa samica oderwała się od szukania ziół i rzuciła jej ostre spojrzenie, jednak pod tą powłoką surowości charakteru czaiła się troska.
— Kochanie, wcale nie mam takiego zamiaru. — podeszła do ognistej i objęła ją mocno swoją wielką łapą. — Twoja mama to najtwardsza szycha w okolicy, a ja jestem jak ktoś, kto klei skały piaskiem. Ale tego cię uczy dekada w tym fachu. — roześmiawszy się z własnego żartu, ta na co dzień surowa profesjonalistka, którą praca uzdrowiciela nauczyła również, jak groźną, obosieczną bronią jest przywiązanie, zaprosiła ją skinieniem głowy do uścisku. Młoda z wdzięcznością wtuliła się w promieniejące ciepłem - dosłownie, i w bardziej metaforycznym sensie - objęcia. Taka okazja mogła się już nigdy nie powtórzyć, a jednak zmuszona była przerwać wzruszający moment tak szybko.
— Dziękuję ci, za wszystko. Ja i cała wataha jesteśmy ci winni. — odparła głosem, który mniej już przypominał skrzeczenie pisklęcia w gnieździe, a bardziej dorosłego wilka. Kątem oka dostrzegła utkwione w swojej osobie bursztynowe ślepia matki. Uśmiechnęła się do niej ledwo zauważalnie. — Przyprowadzę ich z powrotem, zanim się obejrzysz. A ty mamo odpoczywaj i słuchaj się Lori, proszę.
— Dobrze ci córa radzi. — mruknęła medyczka przez zęby, zaciśnięte mocno na kawałku koca. Wnet jej źrenice rozszerzyły się w duchu nagłego zrozumienia. — A dokąd panno myślisz, że się wybierasz? Cali! — Odbiła się w nich sylwetka zbiegającej po śnieżnobiałym zboczu wadery, a zaraz potem zdenerwowanej Jutrzenki. — O nie, dwa jasie wędrowniczki to już przesada! Jutrzenka, nie wolno ci teraz wstawać. Leż, leż, o tak. Ma tę siłę po tobie, poradzi sobie.
Tymczasem wadera, która właśnie wyfrunęła z jaskini, zbliżała się do epicentrum bitwy, w którą zamotane zostały kolejne dwie, bliskie jej dusze. W pewnym sensie nie mogła się tego doczekać. Patrzenie na załamaną mamę sprawiało niemal fizyczny ból. Nie wiedziała już, jak jej pomóc; to wykraczało poza kompetencje początkującej zielarki. Teraz potrzeba było watasze przede wszystkim silnego wojownika.
***
Potrząsnęła energicznie głową, żeby pozbyć się migawek wspomnień, i znowu przykładała się do treningu ze zdwojoną siłą. Tylko dobre wyniki na wojskowych testach mogły jej dać wgląd w przyczyny zagadkowego działania losu - względnie siły sprawiającej, że trzepot skrzydeł motyla zamienia się w huragan.
CDN
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz