— Paskudną? Pogoda jak każda inna. — odparł żuraw z anielskim wręcz spokojem, jak gdyby spotkali się w hangarze przy kieliszku wina i dzielili troską o stare płuca przewodniczącego na tym mrozie. Nie odrywali od siebie wzroku. Każdy starał się wyglądać na twardy kąsek do zgryzienia. Zeskanowawszy postać wilczycy w poszukiwaniu znaków rozpoznawczych z negatywnym wynikiem, jego berberysowe ślepia zwęziły się lekko. Dopytał ze zniecierpliwieniem — Masz do mnie jakąś sprawę? — czy te oczy mogą kłamać? Komiczna wręcz obojętność Szkliwa na otaczającą ją aurę śmierci świadczyła o tym, że doświadczał jej nie po raz pierwszy. Wszystko można sfingować; słowa da się przekręcić, rozedrgany ogon schować pod siebie, grymas na pysku wywrócić na lewą stronę, ale oczy prawdę ci powiedzą. Dostrzegła w nich na pierwszym miejscu podejrzliwość, a na drugim pierwotny strach o własną krew.
— Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że poczta nawet w okresie końcoworocznym działa w zwykłym trybie. Czy coś mi się pomieszało? — wilcze wargi uniosły się wolno, formując niewinny uśmiech. Podprogowy przekaz był jednak jasny, jak słońce, które zaczynało powoli rozpraszać mglistą zasłonę dookoła.
— „W zwykłym trybie” to trafne określenie.
The world owes me a debt
— Zatem to pewnie jakieś wyjątkowo pilne listy, które nie mogą czekać w kolejce? Może razem to ocenimy? — pozory serdeczności zaczynały opadać. Płomień, który cały czas podtrzymywała siłą woli, rozpuścił już wystarczająco duży przerębel, okienko na uśpiony, rybi świat. Rzuciła torbę trochę dalej, po czym zanurzyła w nim pośpiesznie łapy i zaczęła ochlapywać sobie wodą nogi, pierś, szyję, wszystko, co w walce straciło naturalny kolor.
— Dziewczyno, wiesz, czym jest prywatna korespondencja? Ja cię nawet nie znam. — ucieszyło ją jego wzburzenie, bo oznaczało, że gra była warta świeczki. Dawało nadzieję, że będzie się dało go skutecznie uciszyć bez drenowania całego zapasu powietrza w jego czterech płucach. Chociaż wolała postawić ptaka na świeczniku rozmowy, poczuła, że powinna delikatnie przypomnieć, do kogo próbuje pyskować, i że ta mniej przyjemna opcja wciąż jest na talerzu. Koniec końców nie mogła zaprzepaścić misji, od której zależał los całej watahy, z powodu jednego, krnąbrnego ptaszydła.
And now I've come to collect
So don't get in my way
— Myślę, że najistotniejsze już o mnie wiesz. — odparła po dłuższej chwili milczenia. Dokończywszy spłukiwać krew, otrzepała porządnie jedną i drugą łapę, niczym kot po wdepnięciu w kałużę, po czym sztywno pokierowała narzędzie zbrodni ku granatowej otchłani. Nóż zatoczył driftem półkole po lodzie i wylądował w niej z cichym pluskiem. Jego kształt w ułamku sekundy rozmył się w granatowej otchłani. Liczyła, że dzięki temu ochrona znajdzie go najwcześniej na wiosnę, kiedy przyjdą roztopy, a bardzo prawdopodobne, że w ogóle, jeśli nieustępliwy prąd przeniesie go w zupełnie inne miejsce. Morderstwo idealne... pod warunkiem, że wybije z głowy nowemu znajomemu donos. — Ale czy to bezpieczna wiedza dla kogoś, komu zapodziały się kły i małżowiny uszne... — z tymi słowy zarzuciła sobie ekwipunek z powrotem na ramię i zaczęła iść w stronę Szkliwa, a raczej drobić kroki na śliskiej tafli.
I came up from nothing
The streets were my playground
— Groźbami strasz szczenięta. — odparł, i usiadł na ścieżce.
— To tylko drobna sugestia, że czasem warto odwdzięczyć się ciekawostką za ciekawostkę.
— Powiedz lepiej, kim jesteś i co się stało. — poklepał skrzydłem ubity śnieg obok siebie, jakby zapraszał ją do konfesjonału. Ja nie muszę się z niczego spowiadać. Chciałbyś zaostrzyć sobie na mnie haczyk? Na pewno nie pójdzie ci to tak łatwo. — No co, mam zadeklamować ci poemat? Daruj, nie pamiętam żadnego.
I belong to the city
And was raised on the stakes I claimed
— Dlaczego chcesz to wszystko wiedzieć? — warknęła, czując ukłucie frustracji z powodu powolnego progresu na zamarzniętej rzece.
— Muszę wiedzieć, co mam mówić, jeśli ktoś zapyta. — odpowiedź brzmiała wyjątkowo sensownie, jednak naiwny szczeniak odsłoniłby wszystkie karty w tym miejscu.
— W takim razie: dlaczego chcesz mi pomóc? — w końcu weszła na stabilny ląd i stanęła naprzeciwko szaroniebieskiego lotnika.
So I let the rumors
Turn me into a legend
— Bo nie chcę przez resztę życia uciekać przed tobą jak szczur. — wadera zniżyła łeb, żeby spojrzeć mu w oczy. Mógł mieć swój spokój tu i teraz. Wystarczyłoby jedno ugryzienie, a jednak jak miała je zadać, skoro ofiarą była bezbronna istota, która znalazła się zwyczajnie w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie? Napatrzyła się wystarczająco na śmierć, toteż wolała rozwiązać sprawę pokojowo... ale żuraw przecież nie musiał o tym wiedzieć. Pewna doza niepewności zacieśni nitkę zaufania, która zwiąże mu palce. Odetchnęła głębiej, aż pióra na jego piersi podniosły się lekko. — Co ci takiego zrobił ten nieboszczyk? Oszukał, wykorzystał, zabił szczenięta? — podczas wymownego milczenia, jakie wypełniło ich uszy, Kalina wertowała w myślach zeznanie pierwszego świadka. Zwinięty w czeluściach archiwum NIKL-u moment, w którym sknocona linia czasowa oddzieliła się od pnia losu i porwała ją ze sobą. Wyrazy wystrzeliwały z ciemności niczym skrawki popiołu z ogniska, aby zaraz zniknąć z powrotem w nicości.
Strażnik Pomest, świadek w sprawie morderstwa Miolnira
Byłem tam w jaskini i widziałem na własne oczy, jak poderżnął Miolnirowi gardło! Od tamtej chwili nie ma nocy, żeby mi się to nie przyśniło. Rzucił się na niego bez żadnego ostrzeżenia, jak jakiś szakal... Tyle krwi, jak całe morze! Napad był tak szybki, tak brutalny, że nie mogłem nic zrobić, panie sędzio, słowo daję. Kiedy Onyx usłyszał, że nie może sobie tak po prostu wziąć przygranicznych terenów, to wyglądało... diabeł w niego wstąpił i złapał naszego mediatora. Biedaczyna, akurat stał najbliżej. Miolnir zaczął krzyczeć, ale to był już tylko charkot, bo gardło miał rozszarpane na strzępy. Pamiętam ten dźwięk. Wiedziałem, że już po nim, więc krzyknąłem tylko do reszty: Uciekajcie! Sam wybiegłem za nimi ostatni. Odwróciłem się tylko raz, i wtedy zobaczyłem jego zakazaną facjatę. Onyx miał mord w oczach. To nie był odruch, panie sędzio. To była czysta, wyrachowana zbrodnia, popełniona przez skończonego zwyrodnialca. Dlatego apeluję, że zasługuje na najwyższy wymiar kary!
Miała nadzieję, że smaży się już w piekle, albo topi się w morzu krwi, którym się tak chełpił. Gorsi od kapusi byli jedynie fałszywi kapusie.
— Czyli nie wiem jeszcze o wielu ciekawych rzeczach, które się tu dzieją. — mruknął ptak, siłując się ze ściśniętym gardłem.
— Najpierw daj mi swój list. Nie mamy całego dnia. — odparła z kamiennym pyskiem, wyłączywszy film z przeszłości głośnym pociągnięciem nosa.
— Porozmawiamy i wrócimy razem. Każdy świadek, który da ci alibi, jest cenny, prawda? — wilczyca napięła nieznacznie mięśnie, po czym usiadła na ziemi. Uniosła jedną brew i wpatrywała się w niego wyczekująco. Nie podoba mi się ta cała intryga tak samo, jak tobie, więc miejmy to już za sobą. W końcu ruszył tyłek po korespodencję.
— No dobrze.
'Cause I'm only a wolf
But a good myth is hard to kill
Opowiedziała mu zatem naprędce trochę o sobie (gwoli ścisłości, raczej worek aluzji, który nie zahaczał o konkrety) i sama zamieniła się w słuch. Treść wiadomości okazała się zaiste tajemnicza, a na pewno wywrotowa. Wydawała się dobrą kartą przetargową, mogącą pochwycić zainteresowanie śledczych, spragnionych winnego, w razie czego. Prędko odszyfrowała skróty, którymi się posługiwał, bynajmniej nie dlatego, że uczyła się o watahach tworzących wschodnią część wielkiego państwa na szkoleniach z geografii. Popatrzyła na lektora z góry. Do tej pory słyszała zupełnie co innego na temat NIKL-u od tych wilków... Ledwo podniósł wzrok, capnęła papier z jego szponów. Żuraw nie protestował, za to zaczął upominać się o prawa nieożywionego zakładnika, co ją nawet rozśmieszyło.
Zgodnie z wcześniejszą propozycją skrzydlatego ruszyli razem w kierunku głównej siedziby organizacji. Droga mijała im w milczeniu, od rzecznych zarośli, obok rozpostartego nad białą wstęgą mostu, po pierwsze zabudowania. W powietrzu unosiły się małe kłęby pary, w którą zamieniały się gorące oddechy dwójki.
Czuła się niezwykle lekka i ciężka zarazem. Wszystkie wyrzeczenia, bezsenne noce, zamieniła w paliwo, którymi podlewała owoce niedźwiedziej pracy. Upokorzenia i ciągłe uśmiechanie się do złej gry czyniły przygotowywały grunt pod powolne odbudowywanie świata przez tych, którzy stracili w nim wszystko. Samozwańczy imperatorzy myśleli, że dokonali zbrodni tak strasznej, że nikt nie miał prawa się domyślić; zatarli wszystkie ślady, ukryli dowody trzy gronostaje pod piwnicą, otoczyli się strażami uzbrojonymi po zęby... popełnili tylko jeden, tyci błąd: zadarli z niewłaściwą rodziną. Na ich skrwawionych terytoriach niechaj wyrośnie nowa rzeczywistość, w której bandyci nie będą dostawać medali, lecz zapłacą słono za każdą poległą duszę, każdą ranę, każdy stracony drzewiec* terenu, każdą łzę wylaną przez mamę. Wkraczała w pierwszą fazę planu odwetu napełniona po brzegi optymizmem z pierwszej wygranej w bitwie; od tej pory nie było odwrotu.
Maybe I'm too obsessed with retribution
Somebody has to pay
Jedna rzecz próbowała zepsuć ten piękny obrazek, irytująca przesłanka, niczym uporczywe ziarnko piasku pod powieką. Zarówno Pomest, jak i Szkliwo mieli to samo błaganie zamknięte w spojrzeniu. Jednego zasztyletowała z zimną precyzją, a drugiemu pozwoliła odejść bez najmniejszego zadrapania. Czy dając sobie prawo do decydowania o życiu i śmierci nie stała się właśnie podobna do swoich oprawców? Zatrzymała się raptownie z uszami położonymi po sobie, by przyjrzeć się bliżej tej myśli. To nie czas na wątpliwości. Ruszyła prędko, zanim towarzysz zdążył otworzyć dziób.
Nienaturalną ciszę pomiędzy drapieżnikiem i ofiarą przerwał jako pierwszy skrzypiący płot przy ruinie chatki, w pobliżu której Kalina postanowiła zakończyć wspólny spacer.
— Tu się żegnamy, dopóki mam szansę nie tłumaczyć się z niczego, wliczając w to włóczenie się po polach z urzędnikami. — stwierdziła stanowczo, zatrzymawszy się na skraju polnej ścieżki. — Praca czeka. Miło było poznać! — dodała przykładnym, miłym tonem, jak podpis pod umową, tam gdzie wyznaczała go strzałka z napisem "miejsca bez sygnatury są nieważne", i odwróciła się na pięcie.
— Do zobaczenia. Mam nadzieję. — Dała znać przekręceniem ucha i lekkim skinieniem łba, że przyjęła pożegnanie do wiadomości. Mówią, że trzeba kuć żelazo, póki gorące, więc zanim przeszła na tyły wiekowego budynku, obejrzała się jeszcze wolno za siebie. Szkliwo dalej stał w tym samym miejscu i z łatwością złapała kontakt wzrokowy.
By the time
You figure out the rules I broke, I've already
Won the game
— Pozwól, że podzielę się z tobą jedną radą. Każdy w NIKL-u nosi jakąś maskę. Nasza wydajność, a co za tym idzie - komfort, zależy od nienagannej konserwacji tych masek. Większość z nas ma niższy próg cierpliwości, niż ja tu po sobie pokazuję. — i pewnie więcej zimnego oleju w głowie — Nie wściubiaj dzioba w nieswoje sprawy, i wszystko będzie działać, jak należy, także dla ciebie.
— Pragnę przypomnieć, że ani na chwilę nie zszedłem dziś z własnej ścieżki. Nie mam ochoty robić tego również w przyszłości. — kiwnął jej głową z uśmiechem.
The world owes me a debt
And now I've come to collect
So don't get in my way
Z tymi słowy rozeszli się ostatecznie. Kali schowała się za węgłem rozpadającego się domostwa, żeby zamaskować woń krwi swojej niedawnej ofiary. Ptak nie poczułby pewnie niczego, choćby podstawić mu zdechłą rybę pod nos, ale była przekonana, że inne wilki nie przejdą obok niej obojętnie. Wyciągnęła z torby małą butelkę pełną przezroczystej cieczy oraz grubą, bordową szmatkę. Silny zapach mięty po odkorkowaniu flakonika przypominał fizyczne uderzenie dla wrażliwych nozdrzy. Dostała perfumy na swoje urodziny kilka dni temu, od Jankesa. Uroniła wpierw kropelkę na źdźbło trawy i drugą na swój palec, aby przekonać się, że są bezpieczne. Może to była przestroga; ciesz się nimi, póki możesz? Tudzież taki słodko-gorzki prezent pożegnalny, którym postawił kropkę nad i?
Nasączyła szmatę płynem, po czym wytarła się nią cała, od czubka pyska aż po ogon, kichając przy tym na wszystko dookoła. Zużyła niemal całe zapasy miętowej wody. Przestała czuć stęchliznę z rudery tuż obok, co w naturze miałoby miejsce najwyżej przy potężnym zapaleniu płuc. Ją za to pewnie było czuć po drugiej stronie rzeki. Wytarzała się naraz energicznie w śniegu, żeby nieco przytępić drażniący aromat. Następnie założyła torbę z powrotem i wyruszyła do urzędu.
I came up from nothing
The streets were my playground
Zaśnieżone łąki mieniły się tysiącem lśnień w promieniach słońca; zatriumfowało nareszcie nad białą zjawą poranka z pomocą lekkiego zefira, jednak w obliczu samotności, której echo zwielokrotniała martwość zimowego krajobrazu, ciemne chmury zaczęły z powrotem krążyć nad jej głową. Obecność żurawia była jedyną krzywą linią na horyzoncie, więc żeby jej nie zamazać, odcinała od niego mrok swoich tajemnic. Miał wzrok dziwnie przenikliwy, jak ktoś, kto widział w życiu więcej, niż powinien. To samo można by powiedzieć o niej. Wniosek z tego płynie, że oboje nie byli normalni, zatem lepiej, żeby nie znaleźli się po przeciwnych stronach barykady. To niesamowite... udało jej się spieprzyć na wstępie dwie nowe znajomości jednego dnia.
Ciekawe, jak zareagują drodzy wspólnicy Pomesta na wieść o zabójstwie? Rozważała wcześniej zostawienie im notatki przy ciele, pogrożenia paluszkiem, co nie dawałoby spokoju, sączyło lęk przy każdym kroku. By od tej pory żyli w strachu, niepewni, nie znając dnia ani pory, kiedy uderzy po raz kolejny. Odrzuciła ten pomysł, uznawszy go za zbyt ryzykowny, zbyt prosty. Musiała być cierpliwa, jeśli miała doprowadzić sprawę do końca. Nie chodziło przecież wyłącznie o prywatną vendettę, a o przyszłość, którą zamierzała wydrzeć z łap przypadkowi, choćby była to ostatnia rzecz, którą zrobi. Wiedziała, że gdyby zamienili się miejscami, Alder zrobiłby to samo.
I belong to the city
And was raised on the stakes I claimed
Z tego powodu wyrzuty sumienia opuściły młodą Alfę z szybkością błyskawicy, gdy tylko przeszła remizę. Zwykle bywała w tej okolicy jedynie przy okazji odbierania lub nadawania poczty do domu Szła wtedy raźnym, żołnierskim marszem, nie oglądając się za siebie, dopóki nie znalazła się z powrotem na spokojnym trakcie wśród polnych traw. Nie miała szczególnej ochoty na zwiedzanie areny bezprawia, poza tym włóczenie się samotnie bez celu szybko wywołałoby podejrzenia. Na szczęście zamiast ryzykować, mogła polegać na cynku od Kody, przynajmniej do niedawna. Kim jest Koda, pytacie? Brat matki dołączył do NIKL-u niedługo przed Kali, dzięki czemu prowadzili działania na dwa fronty. On dnie spędzał w ciasnej budce na skraju miasteczka, sortując przesyłki ze wszystkich stron świata. Popołudniami w wolnym czasie rzeźbił z drewna łańcuchy górskie, które wyglądały prawie jak żywe, lub konsultował z nią nowe znaleziska, a wieczorami dokazywał z urzędnikami w remizie.
So I let the rumors
Turn me into a legend
Kodę strącono ze stanowiska pół roku temu, gdy ktoś uprzejmie doniósł o jego nierejestrowanej wizycie w archiwum. Jednak zdołał przynieść im z powrotem pochodnię, która stopiła lód rezygnacji w sercach uchodźców, i roznieciła wolę oporu... Raport "Wojny jednodniowej", jak to autor lotnie określił. Między innymi o tym, że Bezpośrednią przyczyną zbrojnego starcia był obraźliwy list wysłany przez samicę Alfa, Jutrzenkę, do Alfy Watahy Niebieskich Róż, napisany i podrzucony przez szpiega NIKL-u, psia mać! Platir się nazywał, przynajmniej takie miano przybrał dołączając do watahy. Przyłapali go tamtego dnia, jak szczur przemykał się wzdłuż granicy o wschodzie słońca. Już wiedział, że za moment rozpęta się piekło. Stwierdzenie o "minimalnych stratach" po obu stronach było dość dokładne, jeśli za minimalne uznamy połowę watahy i zrobienie z jej centrum jednego, wielkiego krateru. Słynne z grabieży i knowań wilki WJD nie wytrzymały konfrontacji z żelazną wolą i czystością intencji WNR. Bitwę uznaje się za zakończoną sukcesem w zakresie uwolnienia Zachodnich Ziem od ich zgubnego wpływu. Straty wroga minimalne - niemożliwe do dokładnego oszacowania ze względu na wycofanie się WJD z podkulonymi ogonami i odmowę bezpośredniego kontaktu. Nakazuje się zachowanie czujności na pograniczu i raportowanie wszelkich podejrzanych aktywności.
'Cause I'm only a wolf
But a good myth is hard to kill
Szczenięta uciekające "z podkulonymi ogonami", basiory wspinające się na oblodzone skały na trzech nogach, tłum wyziębionych, zrozpaczonych wilków, którym deszcz ognia spadł na głowę bez żadnego ostrzeżenia, zmieniając życie w katorżniczą tułaczkę. Jak ukrywali się przed zwiadowcami Róż w polu ochronnym Meridy. Biedaczka, chodziła ledwo przytomna od nadużywania swojej mocy, dopóki po kilku dniach nie odpuścili pościgu. Góry zimą, choć olśniewające, nie znały litości. Ścisk w jednej grocie dawał to upragnione ciepło od ciał, ale ułatwiał też rozprzestrzenianie się infekcji z ran, których razem z medyczką nie nadążały leczyć, pozbawione ziół z jaskini medycznej. Staruszce Felicii śmierć dała wydostać się z wiru walki po to, by dopaść ją w lodowej gehennie. Pamiętała, że w jej końcu nie było chociaż wiele cierpienia. Seniorka zasnęła spokojnie wśród czułych szeptów, powtarzając w kółko te same słowa: Mój miły, już idę do ciebie!
The odds are stacked against me
I keep my cards close to my chest
Nawet gdy znaleźli w górach północy niewielką dolinę, względnie zdatną do osiedlenia się, i wszyscy znów cieszyli się pełnymi brzuchami oraz czystą sierścią, Kali nie zaznała spokoju. Każdy dzielny uśmiech na znajomych pyskach sprawiał, że mimowolnie jej umysł wypełniał się trucizną smutku i zgryzoty. Widok mamy był codziennym przypomnieniem o nieobecności taty. Każdy przyjazny gest obklejał jej futro ciężką, szarą mazią poczucia winy. Wycierała ją o drzewa, gdy rozbijała się o nie podczas morderczych treningów. Spłukiwała w strumieniu, gdzie ćwiczyła pływanie, aż jej skóra nie zrobiła się sina. Zdrapywała podczas walk na niby z towarzyszami, którym nie mówiła, że dla niej żadna walka nie jest "na niby". Rosła w siłę. Patrzyli na nią z niepokojem, a jednocześnie z podziwem. Jak w niektóre dni kompletnie nic nie chciało jej się robić, to godzinami grała melodyjki na harmonijce brata, aby dźwięk zagłuszył wrzawę w jej własnej czaszce, dopóki bolące wargi nie odmówiły posłuszeństwa, lub też czyjś głos, pełen znużenia, lecz silący się na uprzejmość, nie poprosił Może... odłoż koncert na jutro? Czyj to był głos? Nie potrafiła sobie przypomnieć.
Mijały miesiące, kiedy dolina dawała im obiftość wszystkiego: schronienia, zwierzyny, bezpieczeństwa. Nie było jednak mowy o nowym początku, tylko mama i Beta łamiący sobie głowy nad rysunkami na piasku. W końcu, pewnego wieczoru, przyszli do niej z jakimś nowym listem.
— Jesteś gotowa?
Skinęła głową, prostując się jeszcze bardziej.
— To posłuchaj. Mamy plan.
Bezdenna nienawiść do NIKL-u paliła wilczycę od środka, a jednocześnie nie potrafiła sobie wyobrazić swojego istnienia poza jego granicami. Była tlenem, którym oddychała. Siedzenie w bezpiecznej watasze byłoby najgorszą z tortur. Nuda tworzyłą żyzną glebę, na której wykiełkowałyby znów najczarniejsze rozważania. Tutaj, kontynuując samotnie misję szpiegowską, czuła się potrzebna. Czytanie listów, gdzie chłodne raporty mieszały się z matczyną miłością, zakodowane w zwyczajnych słowach, było jak zdrapywanie strupa. Chłonęła lekturę z uczuciem, które nie miało jednej nazwy: to była jednoczesna niechęć i niecierpliwe wyczekiwanie, cierpkie poczucie winy i gorąca tęsknota. Niedługo po odejściu Kody wróciła z tarczą z własnej wyprawy do piwnic przeszłości. Szpiegowska korespondencja na temat zachodnich operacji była ukryta na samym dnie glinianego dzabka, za szafkami wypełnionymi oficjalnymi raportami. To był jeden, jedyny raz, kiedy musiała pominąć szyfr na rzecz przekazania wywiadu bezpośrednio. Przez moment była pewna, że patrolujący stróż ją wypatrzy, gdy wracała ze spotkania z łącznikiem, ale udało się. Dodatkowy trening na szpiega się opłacił, choć jeszcze bardziej pewnie pomogło szmuglowanie czadów pod osłoną nocy.
Just let 'em see my worst and
They'll never judge me for my best
Wciąż, każdego dnia tęskniła za poczciwym rzeźbiarzem. Przepłynęłaby całą rzekę w tę i z powrotem, od źródła po samo morze, żeby zobaczyć teraz choć na chwilę starego przyjaciela, któremu mogła opowiedzieć wszystko bez oglądania każdego słowa pod lupą i moczenia niecenzuralnych myśli w wybielaczu. Kogoś, kto rozumiał z doświadczenia, jak ciężko jest powstrzymywać płomienie zemsty przed objęciem wartości, za które walczyli, uchronić samego siebie przed zatraceniem. Nie wyobrażała sobie pozwolić jego wysiłkom pójść na marne. Jak nisko jeszcze będzie musiała upaść, żeby tego dokonać?
Także widzicie, nasz mózg jest mistrzem w przechowywaniu sprzecznych informacji najmniejszym wysiłkiem, niczym dobry gospodarz nadzorujący zwolenników różnych politycznych partii przy stole. Oddziela ich dźwiękoszczelną kurtyną, żeby się nie widzieli, nie słyszeli i nie pogryźli, a potem zadowolony idzie na "zasłużoną" przerwę.
Stępowała dumnie skrzącą się ulicą, acz bez przesady. Utrzymywała lekki krok, choć niepozbawiony pośpiechu. Kąciki jej warg unosiły się nieco wbrew woli. Przed sobą widziała już skrzyżowanie, i na jego rogach dwa kolejne cele: po prawej urząd, mniej ważny, a po lewej siedzibę zachodniego inspektora. Główna droga świeciła pustkami, za wyjątkiem przechadzającej się dwójki basiorów, zapewne urzędników po służbie. Naraz przeważający wzrostem osobnik kichnął, po czym spojrzał w jej kierunku, burcząc coś przy tym niewyraźnie. Drugi, potarłszy mocno nos łapą, odezwał się zachrypłym głosem:
— Fiu fiu fiu! — na przechodzącą Kalinę podniosły się małe, żółtawe oczy, przypominające wyrazem szakala. Łapa obcego powędrowała ku górze w geście, który mógł przypominać ukłon, ale w swoim roztrzęsieniu zatoczyła niekontrolowany łuk nad uszami i opadła na grunt bezwładnie, jak odrąbana gałąź. — Dzisiejsza noc będzie niezapomniana, o ile się wcześniej wszyscy nie podusimy. — rozległo pełne dezaprobaty cmoknięcie tego z chrypką, któremu zawtórowało prześmiewcze gwizdanie wyższego. — Sam nie wiem, co gorsze: patrzeć i się dławić, czy nie patrzeć. Chyba jednak spojrzę... — Mijając parę, znajdowała się w bezpośrednim zasięgu chciwych palców, lecz zrobiła zwrot w bok tak szybki, że musnęły tylko powietrze, i niewzruszenie maszerowała dalej. — Hejże, słuchaj, jak się do ciebie mówi! Już ja cię nauczę dobrych obyczajów, jak się patrzy.
Get your kicks and let's go
If you're sad don't let it show
Sens wiadomości odbił się od jej pleców, jednak ostry krzyk poniósł się echem przeszłości. Przeszywając czuły punkt w jej duszy, odebrał napęd do przodu i jasność umysłu. Na zewnątrz zastygła jak lód, a w środku serce waliło jak ptak w klatce. Towarzyszyło temu uczucie wirowania, niczym w zupie, którą ktoś zamieszał energicznie łyżką. Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa.
— A co ty, stary kmiocie, możesz wiedzieć o dobrych obyczajach? Dziewka wonna, a z twej paszczy zieje, jak z lochu. — odparł głośno jego towarzysz.
— Nie widzisz, że z panią rozmawiam, a nie z tobą?
— Ja jeno, co prawda, przypominam, kto tu ma gębę zdolną do romansu, a nie do szczekania.
— Mi do romansu gęba nie jest potrzebna. A ty zaraz będziesz swojej szukał na śniegu!
Say I'm happy, I'm happy, I'm happy today
(I'm happy, I'm happy, I'm happy today)
Samce. Dobrze, że w ich myśleniu sprowadzonym do okolic bioder ego równało się z libido. Podczas gdy tamci przerzucali się obelgami, automatycznie wdrożyła procedurę uspokajania. Znała te momenty, kiedy ciało ogłaszało systemowy strajk i wszelkie racjonalne wytłumaczenia nie działały. Musiała jak najszybciej wyrwać się z transu. Udawała, że rytmiczne skrzypienie śniegu pod ciężarem ich nóg to proste złudzenie. Zamiast tego wzięła się za liczenie oddechów, a każde tchnienie przeciągała coraz bardziej. Poruszała uszami na boki. Już po chwili poczuła, jak ziemia przestaje się kołysać i średnica gardła wróciła do normy. Wtedy wybuchła śmiechem - najpierw cichym, zduszonym, by wkrótce stał się serdeczną uciechą ku wygaszeniu żałosnej dyskusji, zanim przyciągnie niechcianą uwagę. Teraz, gdy skonfundowani amanci zamienili w słuch, popatrzyła nań jak na muchę tuż przed zgnieceniem ją łapą.
They say put on a happy face
Cause we're tick-tock, tick-tock, ticking like a time bomb
Pod jego powierzchnią kryło się wrzenie czystej pogardy, kłocące się z instynktem samozachowawczym. Być może pomylili ją z jedną z tych kurtyzan, których wyglądu nawet nie raczyli zapamiętać, a może w każdej waderze widzieli zwykły przedmiot; to bez znaczenia. Degeneraci przekonani o swojej dominacji, w istocie marni niewolnicy najprymitywniejszych odruchów. W skorodowanym systemie te genetyczne buble zamiast być wygaszane, mutowały w inwazyjny gatunek, jak toksyczny bluszcz oplatający wszystko wokoło. Chciałaby wierzyć, że pod każdą fasadą kryje się coś więcej, ale czasami najbardziej chciała zobaczyć właśnie taki durny łeb nabity na pal.
Hey! Put on a happy face
Then everything's okay
Put on a happy face
— Przyjęłabym twoją ofertę mentorską — zaczęła słodkim, udającym zawahanie świergotem, naśladując poniekąd królowe nocy z hangaru — ale widzę mały problem, bo jesteś już zajęty. — przybrała na pysk uśmiech niezręczny, który świecił się jak brzytwa — Mam nadzieję, że znajdę kiedyś kogoś, kto będzie miał na mnie oko tak, jak twój kolega. Dzielić taki skarb byłoby zbrodnią. Nie, nie... ja bym tylko przeszkadzała w tej pięknej chwili.
Hey! Put on a happy face
Po pyskach zdębiałych basiorów stopniowo rozlewała się czysta dezorientacja. Na koniec kiwnęła im uprzejmie głową, po czym oddaliła się, hardo trzymając cugle, które ciągnął naprzód zaprzęg zszarganych nerwów, aby nie zdradzić ironii. Z ulgą stwierdziła, że dywersja odniosła pożądany skutek i tubalne głosy oddalają się, tonąc w głupiej sprzeczce.
Podniosła czujny wzrok na blok z poszarzałych cegieł, mieszczący fotele najtęższych rybek w jeziorku kłamców i leni. Wcześniej wpadła tu raz w odwiedziny do działu rekrutacji, żeby podpisać ważne dokumenty, typu: Przyjęcie odpowiedzialności za straty osobowo-zdrowotne lub Deklaracja lojalności. Wszystko tam ociekało sztucznością jeszcze bardziej, niż w wojsku, gdzie przynajmniej ścierały się rzeczywiste siły, podległe bezlitosnym prawom fizyki, toteż łatwo było odgadnąć zwycięzcę. W pojedynkach na sekciarskiej arenie biurokratów używano abstrakcyjnych argumentów. To, kto miał rację, stało się rzeczą drugorzędną, jednak nawet najbardziej nadęte, najwspanialej zamaskowane wydmuszki nie oprą się uderzeniu zwykłego młotka. Niedługo będą mieli szansę osobiście zweryfikować tę prawdę.
Then everything's okay
Put on a happy face
Kilka razy przeszła w myślach całą trasę od zejścia na śniadanie, aż po nieplanowane spotkanie nad rzeką, w poszukiwaniu luźnych końców. Czy nie zostawiła jakichś poszlak? Czy na pewno nie było innych świadków, poza tym urzędasem na szczudłach? A jeśli byli... Skupię się na tym, co jest istotne na bieżąco, i co mogę zmienić. Mama zawsze mówiła, że jak się czegoś nie da zmienić, to nie ma co się tym przejmować. Za każdym razem zatrzymywała się na dłużej przy tej szarfie, która wchłonęła kilka niefortunnych kropel krwi. Czy wystarczy grać pewną osobę z prawem do bycia tutaj, by uniknąć niewygodnych pytań? Pozostało mocniej przycisnąć maskę do pyska i kontynuować sztukę, licząc na ślepotę widowni.
Bezszelestnie stawiała łapy na zimnym betonie, do czego skłonił ją panujący w środku martwy spokój, w przeciwieństwie do czasów poboru, kiedy przed gabinetem Żamichy czekała na bycie wywołaną do tablicy pośród gwaru wielu nowych żołdaków. Jeszcze łudziła się, że nie zastanie stróża, lecz ta nadzieja stopniała jak wiosenne śniegi od ciepła gwałtownego wydechu z lewej strony. Zatrzymała się, i niebawem w pozbawionym szyby okienku podniósł się rdzawo-brunatny, pokryty szramami pysk.
— Kurde, czy ja dalej śnię... — mruknął, pociągając intensywnie nosem z grymasem zaskoczenia, zabarwionym rozdrażnieniem. Powiercił w oczach knykciami, rozmazując drobne łezki, aż w wypolerowanych na błysk rogówkach odbił się ostry zarys jej stojących uszu i drobnej, smukłej sylwetki. Poprawił szybko siedzenie, aby przydać dostojności swej postawie. — Ekhm. — zlustrował ją krytycznym, lecz spokojnym spojrzeniem. Kalina poczuła, jak spadło jej z barków wielkie brzemię niepewności co do skuteczności zapachowego kamuflażu. Skoro nawet zaprawiony ochroniarz nie zgadł, że po ciemnoszarej sierści niedawno spływały strumyczki posoki, była bezpieczna. — A co ty tu robisz?
Say you're good, say you're fine
Girl, umm everything's alright
— Na imię mi Kalina, też miło poznać. — odparła cierpliwie, choć nie bez szczypty wyższości, z jaką przywódca zwraca się do poddanych, któych uważa za niewiele lepszych od ropuch. — Niosę rozkaz od samego głównego stratega do Inspektora Ziem Wschodnich. To pilne. — rzekła z pełną powagą.
— Dokumenty poproszę. — padło krótkie polecenie.
— Czy to nowa procedura? Nikt mnie nie uprzedził. — przekrzywiła nieco łeb na bok i nakryła się łapą, parodiując formalną konsternację. — Jesteś inspektorem? — milczenie strażnika w połączeniu ze ściągniętym w ciup pyskiem spokojnie można było uznać za przeczenie. — Nie? W takim razie twoim zadaniem jest ułatwienie mi przejścia. Mogę pożyczyć papieru na wypisanie pozwolenia, jeśli trzeba. — uzupełniła ofertę sympatycznym błyskiem w oku - "Hej, ja też tylko wykonuję rozkazy. Jesteśmy w tej samej łodzi".
— Przesyłki wewnętrzne realizują wyłącznie autoryzowani posłańcy. Gdzie twoja szarfa identyfikacyjna? — jego ślepia spod opuszczonych powiek i wydatnego czoła przypominały dwie wąskie szparki w murze.**
— Więc to kontrola mody? — westchnąwszy, przywdziała ironiczny uśmieszek — Taki delikatny materiał strasznie się niszczy na mrozie. Zgodzisz się chyba, drogi stróżu, że zniszczenie naszego symbolu byłoby równoznaczne z przestępstwem. — Otarła prędko z policzka pojedynczą łzę. Perfumy działały wyśmienicie, wręcz ciut za dobrze.
Hollywood on your timeline
Telling you what to wear or what to like and how to be
— Tak samo, jak wpuszczenie cię do środka bez dowodu tożsamości. — odparował wilk, zakładając przednie ramiona na piersi.
— To pilne. — wytłuściła słowa, ściszając przy tym mowę, co przypominało krzyczenie szeptem. Raptem chwyciła zębami za torbę, aby przesunąć ją do przodu i wyciągnęła list, zwinięty starannie w rulonik — Jeśli nie zamierzasz wpuścić mnie do środka, to racz doręczyć inspektorowi to pismo osobiście. — pomachała energicznie pismem, trzymając je za samą krawędź, jak relikwię — O, widzę wahanie. Czy to zadanie przerasta twoje kompetencje? — prawa brew wilczycy uniosła się, zdradzając napięte wyczekiwanie.
— Wykluczone. Nie mogę opuścić stanowiska. — prychnął, stawiając sprawę na ostrzu noża, i rozłożył bezradnie łapy.
— Szkoda. — przymknęła lekko powieki. Na moment oderwała wzrok od stróża, po to, by popatrzeć nań znów z chłodną intensywnością. W jej głosie pobrzmiewało ceremonialne znużenie — Czy jesteś gotowy podpisać się pod protokołem, w którym oświadczysz, że dostawa pilna została wstrzymana z powodu rutynowej weryfikacji, co skutkowało działaniem według przestarzałego planu, katastrofalnym w skutkach dla wszystkich członków NIKL-u? — przez cały czas nie pozwoliła, by kąciki warg opadły choćby o włos i podtrzymywała przyjazną manierę w lekkim drganiu końcówki ogona, jednocześnie twardo stojąc na ziemi.
— Nie podpisuję się pod żadnymi hipotetycznymi scenariuszami. — oświadczył rozmówca po dłuższej chwili milczenia, kręcąc przy tym powoli głową. — Nie wyglądasz, jakbyś tu biegła. Jeśli dostawa jest tak pilna, to ktoś powinien był mnie uprzedzić. Skoro tego nie zrobił, to albo kłamiesz, albo ktoś w waszej linii zarządzania zawalił. Zmykaj stąd, zanim zupełnie stracę cierpliwość. I węch. — pociągnął znacząco nosem, po czym wskazał na wyjście.
Say I'm happy, I'm happy, I'm happy today
(I'm happy, I'm happy, I'm happy today)
Phi. Powinien być wdzięczny, że wniosła powiew świeżości do tej zatęchłej dziury. Że też musiał dzisiaj na posterunku znaleźć się jakiś zrzędliwy dziad, a nie na przykład młody, przystojny basior! Zaczęła odpowiedź od potężnego przewrócenia oczami:
— Gdyby posłańcy wszędzie chodzili z fanfarami, to szpiedzy znaliby wszystkie szlaki lepiej, niż my sami. — dotknęła swojego czoła, demonstrując nieogarnięcie typa, i ile wysiłku kosztuje ułożenie sobie tego w głowie. — Ale jak już absolutnie musicie przygotować ten czerwony dywan, to nie będę się opierać. — uśmiechnęła się niewiele i zaczęła się powoli wycofywać z korytarza. Miała w głębokim poważaniu płynność operacji dowództwa, to znaczy obrotu coraz to nowych zabawek i liczenia danin od podległych watah, z całą ich papierologią. Pociągał ją widok pęknięć w tym lakierowanym monolicie. Myśl o ich poszerzeniu budziła niemal dziecinną radość, ale nie teraz, kiedy na szali ważyła się jej reputacja. Większa gratka czekała za innymi drzwiami, szansa na wbicie klina w sam środek machiny. Dla tej szansy mogła jeszcze poudawać posłańczego faszystę. — Mama uczyła mnie, że nikt nie jest idealny, więc wasze zawalenie linii obrony byłabym skłonna postawić poza nawiasem. Ale ciekawa jestem, co Nakideron powiedziałby na temat spania na warcie. — rzuciła przez ramię, niby mimochodem, nadając głosowi barwę sztucznego zainteresowania, ale na tyle głośno, w połączeniu z ogonem świszczącym w powietrzu, żeby usłyszał i nie miał wątpliwości co do tego, jak łatwo byłoby podłożyć mu bombę pod legowisko. Starała się zapamiętywać imiona wszystkich ważniejszych osobistości. Nakideron był kapitanem ochrony. Fakt, nie znali się bliżej, ale zawsze można było to zmienić. Wystarczyło słówko do odpowiedniej osoby przy kolacji, może cent balunów. Znajomości z przemytnikami, którzy kontrolowali dostęp do jedynej zachcianki, jakiej sama izba odmawiała wojakom, bywały bardzo przydatne.
— Zaczekaj. — w tej chwill zza pleców ognistej dobiegła deklaracja niechętnej kapitulacji. Pozwoliła na moment opaść żuchwie, którą miała zaciśniętą, i zamarła na progu betonowej twierdzy, z uszami obróconymi do tyłu jak radary. Trafiła kosa na kamień. — Zapraszam, żeby cię tylko Żamicha nie zobaczyła. Pierwsze drzwi po lewej. — szeptając, wskazał łapą właściwy kierunek.
They say put on a happy face
Cause we're tick-tock, tick-tock, ticking like a time bomb
Kali rychło zatrzymała się z jedną kończyną w górze i obróciła wokół własnej osi. Uśmiech wdzięczności rozjaśnił szare oblicze.
— Wiedziałam, że jednak potrafisz wyciągać logiczne wnioski.
— Wedapol. Nazywam się Wedapol. — oznajmił, po raz pierwszy przełamując pokerową maskę ochroniarza, którą utrzymywał od początku rozmowy.
— Pogadałabym, ale wiesz, trochę się spieszę. Powodzenia.
— Przyda się. Sterczę tu od wczoraj wieczorem w tym przeciągu. Łapy mi chyba zaraz odpadną...
Hey! Put on a happy face
Then everything's okay
Put on a happy face
Echo niezadowolonych pomruków stopniowo się oddalało, podczas gdy bezszelestnie podążała za wskazówkami stróża. Tuż za rogiem w gołej ścianie widniał ciemniejszy prostokąt drzwi, które musiały wieść do gabinetu wschodniego inspektora. Ostatnie, na co miała ochotę w tej chwili, to oglądanie pyska kolejnej zakłamanej szelmy i wysłuchiwanie kąśliwych komentarzy na swój temat. Rozwinęła po prostu pierwszy lepszy rulon i przeskanowała pismo w poszukiwaniu odbiorcy, a kiedy upewniła się, że złapała właściwy, zapukała trzy razy, wrzuciła z werwą kartkę przez dolną szparę, poprawiła sobie torbę i zrobiła perfekcyjny w tył zwrot. Gdy przechodziła znów obok budki Wedapola, ze środka wydobywało się miarowe chrapanie. Parsknęła z cichą wesołością. Oboje dostali to, czego chcieli - spokoju. To się nazywa dobry interes.
Dlaczego ja jeszcze żyję?, ni stąd, ni zowąd, ta myśl opanowała jej ducha. Jankes mógł zwyczajnie wysłać jednego ze swoich ziomków, żeby ukręcił jej kark. Chociaż rys humorystyczny basiora mienił się jak mozaika, to znany był z podejmowania wyważonych, strategicznych decyzji, którą tania sztuczka z trucizną na pewno nie była. Bo tak jest czyściej? Bo nie chce świadków? Znała śliskie indywiduum zbyt długo, by zaakceptować równie banalne wytłumaczenia. Może to rzeczywiście był test, żebym spanikowała, zrobiła coś głupiego? Ale ten jego wzrok, i ten listek w kubku... Przypadki nie istnieją.
Hey! Put on a happy face
Czy ktoś zapłacił mu za zabójstwo? Ale kto miałby je zlecić? Fakt, widok samicy w armii stanowił dla niektórych obrazę boską, lecz takie rodzynki jak ona przewijały się przecież w szeregach nie od dziś. Jedyne osoby wystarczająco wpływowe, żeby zaoferować szefowi gangu atrakcyjną kompensację, lub wywrzeć wystarczającą presję, prawdopodobnie nie uznawały istnienia Kaliny, dopóki nie została posłanniczką, a i tak ledwo je zauważały. Z drugiej strony, gdyby jakimś cudem izba wiedziała o jej prawdziwym pochodzeniu, nie zdążyłaby zabić Pomesta, bo sama przewracałaby się w grobie. Zamiast bawić się w herbaciane przyjęcie, mogli urządzić publiczną egzekucję. To rozwiązanie miało same plusy, chociażby pokazanie, jak potężną władzą dysponują. Sami najlepiej wiedzieli, że trzepot skrzydeł motyla jest zdolny wywołać huragan.
Then everything's okay
Put on a happy face
Sapnęła z irytacją i podrapała się energicznie za uchem, aż skóra zabolała od jeżdżenia po niej ostrymi pazurami. Co, jeśli w tej chwili szykuje kolejną pułapkę, a ja tu sterczę jak kołek? Przeczesała czoło z miną kogoś, kto właśnie zjadł cały słoiczek koncentratu desperacji. Samowolne opuszczenie NIKL-u przyciągnęłoby za dużo uwagi. Poza tym, jako dezerter zamknęłaby sobie drogę z powrotem do największych szych. Podsumowując, póki nie dostała obiecanych wakacji, nad jej głową wisiała podwójna gilotyna. I co teraz? Skoro ucieczka nie wchodziła w rachubę, musiała zagrać va banque; przekonać Jankesa, że jej śmierć będzie go drogo kosztować. Zacisnęła zęby. Bo jak, do diabła, miała podejść do przełożonego i rzucić mu w pysk prosto z mostu: "Wiem, że chciałeś mnie sprzątnąć. Myślałeś, że nie zauważę? Błagaj o wybaczenie na kolanach, albo twoją głową będą grali w golfa." Ale poradzi sobie. Nie pierwszy raz oszukiwała śmierć, gdy ta już patrzyła jej w oczy.
Death of my generation
Przerwała ponurą analizę, gdy stukot cementu pod pazurami zamienił się w skrzypienie śniegu. Uszy postawiła na baczność i jęła rozglądać się to w lewo, to w prawo, to znów w lewo, czuła na najmniejszy znak obecności zagrożenia, aż rozbolał ją kark od zadzierania łba; nowe ślady na ścieżce, zapachy, jeśli były na tyle świeże, żeby przedrzeć się przez ordynarną woń mięty, albo... dźwięk czyjegoś oddechu. Jakby z lewej. Stróż jest po mojej prawej, więc to nie on. Słyszę jakiegoś wilka. Dyszenie zaczęło się przybliżać i przyspieszać jednocześnie, mimo że nikogo nie widziała. Cofnęła się lekko i naprężyła tułów z szeroko otwartymi oczami, szykując się do walki. A potem dotarło do niej, co naprawdę się stało. Oczywiście, to był jej własny oddech. Położyła nastroszoną sierść i opuściła przybytek statecznym marszem, wyciągając szyję na wszystkie strony, żeby rozluźnić zesztywniałe mięśnie.
Za mieszkaniem południowych i północnych asystentów skręciła na łąki, kierując się na poligon, gdzie przebywał o tej porze Rapkud, kolejny zwyczajny adresat. Normalnie rozdawanie przesyłek zaczynała od obejścia centrum, skąd szła w stronę placu ćwiczeń. Dziś postanowiła odwrócić trasę, na wszelki wypadek, żeby zbić z tropu ewentualnych wywiadowców, tudzież ochronę. Zasadniczo: być o krok przed wszystkimi i nie dać się złapać. To była jedna z ulubionych maksym wilczycy, odkąd zaczęła pracować w tym parszywym miejscu.
Death of my generation
Ośnieżone łąki rozciągały się przed nią hen, po horyzont, zapewniając doskonałą widoczność tego pięknego, słonecznego dnia. Stwardniała, lodowata warstwa na wierzchu morza roślinności przyjemnie chrupała pod nogami, rozpraszając zmartwienia. Jednak wiedziała, że nic nie mogło się równać z momentem, gdy zimowe słońce, wyłoniwszy się zza chmur, oświetlało zbocza północnego łańcucha, niegdyś wyznaczającego granicę WJD, sprawiając, że mieniły się pod białą kołdrą jak góry diamentów. Westchnęła przeciągle i spuściła nos na kwintę. Czar chwili prysł. Znajdowała się na wrogiej ziemi, nieważne jak pięknej. Była przesiąknięta krwią. Na ułamek sekundy aromat perfum zastąpił kwaśny, metaliczny fantom.
W zdominowanej przez trawy przestrzeni ostał się jeden bastion złożony z kilku brzóz i otaczającego je podszytu, który zapewniał jako taki kamuflaż. Najlepszy w promieniu wielu sosen, więc nie mogła narzekać. Tam zatrzymała się na oględziny dowodów, a przy okazji krótki odpoczynek. Schowała się za bezlistną gęstwiną dzikiej róży, aby obejrzeć raz jeszcze plamki krwi na morskim materiale. Podrapała się trochę po głowie. O zaniesieniu jej z powrotem do biura nie było mowy. Stała się symbolem mordercy, nie oficjela... czyż to nie to samo? Ostatnia nitka wiążąca ją z tragicznym końcem Pomesta.
— Nosisz na sobie skazę. Z ubolewaniem zwalniam cię z obowiązku. — zadeklamowała cicho pełnym patosu głosem, uśmiechając się do siebie, podczas gdy ogień robił swoje. Po szarfie nie zostało nic, jedynie kupka prochu, którą z łatwością zmieszała ze śniegiem.
Następnie ujęła w palce list do byłego plutonowego, pozornie zwyczajny kawałek pożółkłego papieru. Istniał tylko jeden sposób, żeby zmusić go do odkrycia swoich tajemnic. Z tej przyczyny pozostawały niedostrzeżone przez niepowołane jednostki, póki nie nadszedł czas przedstawienia ich właściwemu wilkowi z jej pomocą. Zgarnęła parę gałązek spomiędzy korzeni, ułożyła z nich mały stosik, po czym rozpaliła niewielki płomień, nad którym przesuwała kartkę. Musiała robić to bez pośpiechu, kontrolując żywioł, żeby przypadkiem jej nie osmalić. Co chwila zerkała przez ramię na krzewy i pola za nimi. Na szczęście ciągle widziała to samo, czyli pustkę, a trenujący żołnierze znajdowali się za daleko, by dojrzeć waderę za krzakami. Wkrótce litery pisane niewidzialnym atramentem zaczęły wyłaniać się z niebytu, nabierać wyrazistości i układać w sensowne wyrazy.
Drogi Pomeście,
Agnieszka już idzie. Będzie nad jeziorem, pod liśćmi, tego popołudnia. Odprowadź ją do naszego mieszkania, rozbierz i wracaj do hangaru z czapką, zanim jopel skończy mieszać. Jak już konfident będzie zachwycony, masz mu powiedzieć, że ma przyjść na spotkanie do studni. Tam go rozwiniemy jak chodnik pod naszymi łapami. Jeśli nie przyjdzie, to cała wina leży po twojej stronie. I wtedy po tobie będę deptał.
Jankes
Położyła notkę przed sobą. Ktoś cię w tym ubiegł, cwaniaczku, pomyślała niejako z dumą, kiedy nagle zmarszczyła brwi. Podparła podbródek o prawą łapę. W mózgu zapaliła się czerwona lampka. Po co się tak starał, skoro nawet nie spodziewał się, że doręczę dilerowi ten list? Równie dobrze mógł mi dać czystą kartkę, i tyle... Zatem to wszystko jest prawda. Pewnie zamierzał doręczyć ją osobiście.
Wygląda na to, że uchroniła dziś kogoś przed nabiciem pigułą, a przy okazji zyskała nowego asa w rękawie. Gdyby tak położyć go na stół w finale gry, jako zakładnika, zamieniłoby się miejsca na szachownicy w zamian za immunitet... Przecież wystarczyłoby pokazać papierek, komu trzeba. Kalina, ty to jednak masz łeb. Fantastycznie się składa! To kolejny powód, żeby na jakiś czas zniknąć, a zarazem klucz do kajdanów mafii, które krępowały jej ruchy i ciążyły na sumieniu... Był jak wyrok uniewinniający, tyle że podpisany krwią, nie atramentem.
***
Rozrzuciwszy zwęglone patyki dookoła, zdemontowała dogasające się mini-ognisko. Następnie zaczęła badać teren pod sobą, wtykając nos w ziemię wzorem lisa polującego na nornice. Kali jednak zależało nie tyle posiłku, co na mieszkaniu gryzoni. Kiedy kopała dookoła jednej z brzóz, niedaleko pagórka tworzonego przez gruby korzeń śnieg raptem ustąpił, odsłaniając ciemny, jak noc wylot zacisznej norki. Upewniszy się, że jest opuszczona, włożyła "kukułcze jajo" do środka i zasypała ją z powrotem. Nie przyklepywała kryjówki, aby wszystko wyglądało naturalnie. Najważniejsze, że sama wiedziała, gdzie jest haczyk.
Gdy wyszła z zimowej oazy na targane wichrem łąki, w jej piersi zamiast krwi płynęła już sama stal. Ostatecznie trzeba było zachowywać się normalnie, spędzić dzień jak zawsze i zobaczyć, co się stanie. Zmrożone nową determinacją wargi zastygły w grzecznym uśmiechu i ani drgnęły, gdy oglądały ją krzywe spojrzenia, pyski odwracały się z pretensją, a zewsząd padały cyniczne komentarze. Nadal słuchała z uwagą - nie plotek o sobie, ciszy pomiędzy nimi, która świadczyła o tym, że jeszcze nie znaleźli ciała. Znajdą, nie znajdą, w sumie co za różnica? Tylko tyle, że będą mieli świeży kąsek w towarzystwie, o wiele soczystszy, niż pachnące gusta. Po wszystkim czuła dziwną pustkę. Całą sobą czekała na moment, kiedy będzie mogła powiedzieć, że ten sukinsyn nie żyje, a kiedy nadszedł, okazało się, że świat się nie zatrzymał, nie cofnęła wojny, nikogo nie wskrzesiła. Uciekła myślami w pracę, budując mur między sobą i tym, co kotłowało się w środku. Za tym murem czekali zmarli; wiedziała, że gdyby pozwoliła mu runąć, sama runęłaby jak długa.
Rapkud jak zwykle narzekał na nowych rekrutów, ich brak szacunku do czasu zbiórek i szlajanie się nie wiadomo gdzie, Tudewicz jak zwykle przezywał ją Rudolfem, generał jak zwykle pytał o zdrowie, ale zaraz sam zaczął kichać, oddziałowa Ronda w szpitalu czy nie ma czegoś mocniejszego na ból głowy, natomiast Wasja, sekundant ochrony, w milczeniu czekał ze zmarszczonym w dezaprobacie nosem, aż treść rozkazów dla przekupionych przez gang stróżów wykwitnie nad ogniem. Fragment, który zdążyła przeczytać, mówił o "przerzedzeniu patroli od południa". Kątem oka, ledwie, zanim wyrwał jej kartkę z łapy. Skrycie dziękowała opatrzności, że nikt nie wpadł na to, by zapytać o szarfę. Po prawie dwóch latach w wojsku wszyscy cię znają, przynajmniej z widzenia, zwłaszcza jeśli było się wilczycą.
Koło południa zaczął padać śnieg. Dopiero co weszła do gaju, a na jej pysku wylądowały pierwsze płatki. To, co zapowiadało się na lekkie opady, szybko przeobraziło się w śnieżycę z prawdziwego zdarzenia. Z północy nadeszły masywne, mroczne chmury, dojrzałe do tego, by pogrzebać świat. Za dnia zrobiło się ciemno, jak o zmierzchu. Wiatr świszczał w uszach. Nie trzeba było się w ogóle starać, żeby złapać śnieżki na języku. Nie prosiły o pozwolenie, same wpadały do oczu, pod rzęsy, do nozdrzy. Zawieja miotała zmarzniętymi gałęziami, które trzeszczały głośno w rytm mocniejszych podmuchów. W powietrzu wirowały kłęby lodowego pyłu. Co poniektóre sople pod dachami domów łamały się i rozbijały o pobocze, niesione na skrzydłach zamieci. Ciemnoszara sylwetka łapy podnosiła z większym trudem, niż zwykle, uderzanie poduszek o podłoże zrobiło się wręcz irytujące. Głowa, którą zwykle nosiła wysoko, zaczynała poddawać się grawitajci, i nawet miętowy bukiet, który towarzyszył waderze wszędzie, przestał ją denerwować. Tak dawno nie czuła większego zmęczenia, że na początku obawiała się, że to opary trucizny miały taki efekt.
Wolno, ale cierpliwie sunęła przez tę kurzawę. Czy to burza, czy słońce, poczta musiała dotrzeć do wszystkich tego samego dnia. Natomiast nieoficjalnie spieszno jej było zamienić z Jankesem parę słów na osobności. Bez ostrzeżeń i pogróżek, tyle aby wiedział, że stąpa po cienkim lodzie. I że jeśli jest choć trochę sprytny, sam zapyta, jakie stawia warunki.
Niebiosa uznały, że starczy bożonarodzeniowych dekoracji i przestały lukrować drzewa, gdy już wracała do bazy, z torbą pełną wojskowych raportów. Ptaszki się rozśpiewały, las wrócił do życia, słońce, choć już zachodzące, wyszło zza chmur, by na pożegnanie ozłocić dachy budynków czerwienią i pomarańczą. Ostatnie promienie zachodu muskały jej pysk. Ruszyła miękko w dół zbocza, tego samego, na którym wcześniej wywinęła orła. Obrośnięty suchymi badylami bluszczu, szary prostokąt szybko się powiększał. Wkrótce górował nad samicą, kiedy truchtem zmierzała do głównego wejścia. Wtedy na scenę wkroczył element niespodzianki, czyli ochroniarz, którego srebrne kosmyki w kruczoczarnej sierści wyglądały jak cienkie blizny. W rzeczywistości promieniejące entuzjazmem, okrągłe oczy, które przyszpiliły Kalinę, gdy tylko wyjrzały zza rogu, świadczyły, że nie miał za sobą wielu potyczek. Dlatego dali mu najnudniejszą robotę: robienie rundek dookoła papierowej twierdzy, której nikt normalny nie próbowałby atakować. Łaknął urozmaicenia w obowiązkach, jak wody na pustyni. Dzisiaj mu się poszczęściło.
Death of my generation
— Stój!
Smukła łapa zawisła nieruchomo w powietrzu nad drugim schodkiem, jakby ktoś odczepił ją od reszty ciała, które przeszedł gwałtowny dreszcz, kiedy obróciła się w stronę pędzącej groźby. Wilk zeskoczył przed nią z podestu, rozbryzgując śnieg na kamieniach i ciemnoszarej sierści. Wąskie wargi ułożyły się w korowód niemych przekleństw. Jeżeliby kły basiora zostały nawet lekko odsłonięte, była gotowa zrobić użytek ze swoich. Na szczęście wydawał się rozluźniony i skończyło się na efektownym wejściu. Aresztowania nie było, więc widocznie nie o Pomesta chodziło. Chciał zrobić na mnie wrażenie? Niedoczekanie. Uspokojona, odezwała się ściszonym głosem, który kontrastował z jego okrzykiem, nonszalancko strzepując biały puch z piersi:
— A ty jesteś...?
— Fakult. — gdy ten wziął głębszy wdech jej perfum po galopadzie, bezzwłocznie cofnął się o kilka kroków. Zadowolona, rozstawiła uszy na boki. — Sprawuję tu dyżur od jakiegoś pół księżyca? — zamrugał. Na ciemnym pysku pojawił się wyraz, w którym oburzenie, że można tego nie wiedzieć, mieszało się ze zwątpieniem kogoś, kto właśnie sobie uświadomił, że od pół księżyca sprawuje tu dyżur.
Death of my generation
— Kalina. — wyciągnęła doń łapę na powitanie. Trzymała ją w górze tak długo, aż młodzieniec się przełamał i odwzajemnił gest. Puściła go, po czym dodała już innym, rzeczowym tonem — Miło poznać, naprawdę. Lubię tych, którzy się cenią.
— Wzajemnie...? — Fakult otworzył pysk, zamknął, znowu otworzył. Najpierw odchrząknął, a potem wylał się z niego formalny potok słów, który ewidentnie wcześniej ćwiczył — Kapitan ochrony chce cię widzieć w punkcie obserwacyjnym. Natychmiast.
Tym razem Kali wyglądała przez chwilkę jak ryba wyjęta z wody. Serce na ułamek sekundy stanęło, po czym ruszyło galopem, tak głośno, że była pewna, że słychać je aż na recepcji. Każda sekunda ciągnęła się wieki. Pomimo siarczystego mrozu zrobiło jej się tak gorąco, że miała ochotę zdjąć własne futro. Dobrze, że pod sierścią nie widać rumieńców, bo inaczej pomylilibyście ją z rakiem. Starała się myśleć pozytywnie, ale przecież zawsze brała pod uwagę, że mogło się nie udać. Szkliwo się jednak wygadał? Wiedziałam, że zostawienie go przy życiu to był zły pomysł... Z drugiej strony, gdyby mieli dowody, pewnie przyszliby z bronią, nie przez sekretarkę. Przeskanowała wzrokiem wszystkie zaułki i cienie za drzewami, lecz żaden nie przypominał czyhającej na zeznania obstawy. Błyskawicznie odzyskała kontrolę nad sflaczałym uśmiechem i napompowała go z powrotem.
— Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? — własny głos wydał się jej niezmiernie odległy, jakoby słyszała go przez ścianę.
— Na miejscu się dowiesz. — odparł, wzruszając ramionami. — Mogę powiedzieć tyle, co powiedziałem koledze: nie wiem.
— Jakiemu koledze?
Fakult, który szykował się do odejścia, przystanął i obrzucił ją kamiennym spojrzeniem.
— Nieważne.
— Skoro już powiedziałeś, to co ci szkodzi doprecyzować? I tak się dowiem na miejscu. — ton poszedł w górę, mimo że ciało pracowało inaczej - wpatrywała się intensywnie w stary klon, rozpościerający koronę nad alejką, równocześnie przechylając się ku rozmówcy. Nacisk był niewidzialny, ale wyczuwalny.
Zawahał się na moment. Nie ruszając się z miejsca, ważył, czy warto podzielić się nowiną. W końcu rachunek wyszedł mu dodatni:
— Vexar. Pytał, czy coś wiem. Nie wiem. — mruknął, wycierając nos.
Hey! Put on a happy face
Then everything's okay
Put on a happy face
— Vexar. — powtórzyła za nim, jakby chciała wyryć to imię na skalnej tabliczce — Dzięki. — przeciągnęła słowo z lekkim uśmiechem.
Machnął jej łapą i poszedł dalej. W głębi serca odetchnęła z ulgą. Przełknąwszy ślinę, otrzepała się energicznie ze śniegu, poprawiła torbę, która swoim zwyczajem przesuwała się kratka po kratce do przodu, przygładziła sierść i ruszyła tą samą trasą, co rano, w stronę rzeki. Nogi miały ochotę uciec w przeciwnym kierunku, ale je przegłosowała. Nie miała innego wyjścia, jak sprawdzić, o co chodzi. Fakt, że badacz również otrzymał tajemnicze zaproszenie, całkowicie zmieniało postać rzeczy. Chciałaś poznać Nakiderona, no i wykrakałaś. Prychnęła śmiechem na tę myśl. Wbiła się w strach jak klin, na tyle głęboko, żeby odsunąć na bok najczarniejście rozważania o zagładzie. A nawet gdyby wieść o cieniu wilczycy w pobliżu trupa się rozeszła... jeśli wiedzą mało, da się to ostrożnie rozegrać. Bez paniki, panika zabija. Miała szczegółowy plan dnia i świadków, którzy mogli wszystko potwierdzić. Z kolei jeśli ptaszek ją wsypał i wiedzą wszystko, zawsze mogła odwdzięczyć się pięknym za nadobne. Powie, że chciał ją wrobić w morderstwo, żeby odwrócić uwagę od własnych, nieczystych interesów, i ma na to solidny dowód. Komu uwierzą: żółtodziobowi (w przenośni), co nawet nie jest wilkiem, czy mundurowemu z nieposzlakowaną przeszłością? To chyba jasne.
Pod warunkiem, że to nie kolejna pułapka Jankesa. Wprawdzie kapitan Wtedy nic ją nie powstrzymywało przed ucieczką. Była szybsza od większości; mogła zniknąć, zanim otworzą drzwi i sprawić, że sekretny list trafi w odpowiednie łapy. Szła więc spokojna, gotowa na kłody od losu najróżniejszych kształtów. Ten dzień już dziwniejszy nie będzie, prawda?
Hey! Put on a happy face
When everything's okay
Put on a happy face
Podczas gdy rozmawiała z Fakultem, nad łąkami zdążył zapaść mrok. Biegła przed siebie w kompletnej ciszy. Słyszała jedynie wzmagający się szum wiatru, który rzeźbił pomiędzy trawami zaspy w kształcie morskich fal. A przynajmniej tak sobie mówiła, bo morze znała powierzchownie z opowieści starszyzny przy ognisku. Na bezchmurnym niebie pojawiały się gwiazdy, których blask bledł, im bliżej horyzontu, gdzie w urzędniczej wiosce latarnik pewnie kończył zapalać latarnie. Miała wrażenie, że to sztuczne światło przyćmiewało wszystkim rozum. Jak można patrzeć w rozgwieżdżone niebo i widzieć tylko kolejne terytoria do podobju, kolejne używki do wypróbowania, kolejne istoty do zgwałcenia? Wszyscy udają, że to normalne, chociaż większość przenigdy nie przyznałaby się do tego poza granicami NIKL-u. Czy na pewno dobro to nasza natura, a zło jeno wypadek?
O ironio, drewniana, niepozorna chatka była jedną z najlepiej zachowanych budowli w całym miasteczku. Ponoć w gruncie rzeczy służyła dozorcom za skromne miejsce do nocowania po imprezie, zrzekłszy się dawnej funkcji na rzecz ruchomych patroli w miarę rozrastania się organizacji. Miała działające drzwi, dach nieznacznie zapadnięty po jednej stronie, mniejsze oraz większe szczeliny pomiędzy deskami były pozaklejane czymś białym. Jaśniej od zalepionych wyrw w ciemności świecił wyłącznie płomień lampy w jednym z okien. Na tylnej ścianie rysowało się kilka nakładających cieni, praktycznie nieruchomych. Czekają na nią - z rozkazem, czy z pętlą? Jeśli będzie musiała się ewakuować, to wielka okiennica w lewej flance najlepiej się do tego nadawała. W dowolnym momencie mogła też rozjuszyć świeczkę, zrzucić ją na podłogę i zatrzasnąć za sobą drogę ewakuacji. Pożar rozprzestrzeniłby się w mig, a potem wystarczyłoby powiedzieć: nieszczęśliwy wypadek, ledwo uszłam z życiem. No dobrze. Westchnęła cicho. Rozprostowała zesztywniałe nogi, z których posypały się kryształki lodu; śnieg zdążył roztopić się od ciepła, a potem zamarznąć na nowo. Nacisnęła zardzewiałą klamkę i otworzyła wrota szybkim, płynnym ruchem na oścież.
Tyłem do wejścia siedziały dwa basiory. W szerokim, płowym grzbiecie oraz przesadnie odstających na boki uszach w okamgnieniu rozpoznała Vexara. Od razu obejrzał się za siebie, jak gdyby spodziewał się jej nadejścia wieki temu, z uśmiechem sfinksa. Drugi wilk zaregował dopiero, gdy rozległo się głośne szczęknięcie zmrożonych zawiasów. Położył uszy po soibe, po czym wolno odwrócił ku wilczycy głowę. Był szary, z ciemnoniebieską końcówką ogona, która drgnęła kilka razy; ten sam błękitny pas ciągnął się aż na czoło i rozlewał w parę cieńszych linii, nadając mu wiecznie zmarszczony wyraz. Prawą stronę pyska znaczyła duża blizna - trzy równoległe pręgi gołej skóry. Ktoś musiał go kiedyś nieźle poharatać. Kali uchyliła delikatnie szczękę, ale zaraz ją zamknęła. Skinęła mu przyjaźnie łbem. Przypominała sobie, że widywała go często na warcie przy magazynie z bronią, lecz zawsze z daleka. Nie pytała o imię. Jego niebieskie, przenikliwe oczy przewiercały towarzyszkę z mieszanką ciekawości i lekceważenia. Przez moment popatrzyła twardo na nieznajomego, ale czym prędzej przeniosła swoją uwagę na przywódcę osobliwego kolektywu.
Stojący najdalej Nakideron, który wcześniej coś tłumaczył, umilkł, jak nożem uciął. Miał umaszczenie koloru oświetlonego letnim słońcem czystego piasku w sosnowym borze, po którym pływały ogniste refleksy z jedynego źródła światła, tej do połowy stopionej świecy w szklanej gablotce. Spojrzał prosto na nią przez całą długość pomieszczenia, bez żadnych emocji, po prostu notował, co podpowiadał mu szósty zmysł.
I tyle. Spodziewała się krzyku, szarpaniny, strażników, którzy się na nią rzucą. Nikt jednak nie okazywał ani gniewu, ani strachu. Panował spokój, taki, w którym zgęstniałe powietrze dało się jeść łyżkami i cisza piszczała w uszach do tego stopnia, że musiała walczyć z odruchem ich zatkania. Zamiast tego przestąpiła z godnością próg i zamknęła za sobą drzwi.
— Przedstawcie się. — zażądał przywódca osobliwego kolektywu.
— Kalina, posłaniec drugiego pułku.
Uniósł jedną brew, nic więcej, ale zdążyła wyczuć że nie podoba mu się to, co widzi: drobna, wychudzona sylwetka, zwichrzona sierść, ten intensywny zapach mięty, którego nie umiała się pozbyć, chociaż wytarła się dziś po drodze o milion drzew. Mimo to skinął głową, jakby coś postanowił.
— Wiem. Spóźniłaś się.
To trzeba było nie robić spotkania na ostatnią chwilę. Miałam wyhodować sobie skrzydła, czy jak?! Jak ja mam dość użerania się z tymi wszystkimi nadufanymi wariatami...
— Starałam się trzymać procedur, kapitanie. — powiedziała na głos bezpieczną część prawdy.
— Siadaj i słuchaj. Vexar, nasz niezastąpiony eksplorer dziczy. Kalina.
— O, my się już znamy jak łyse konie, kapitanie. Jesteśmy współlokatorami.
— Świetnie. A to Lancelot, stróż nocny. Kalina. — wśród niezręcznej ciszy podali sobie łapy. Ścisnęła jego trochę mocniej, niż to potrzebne. Nakideron przerwał im, zanim przerodziło się to w barowy pojedynek. — No, dosyć tych czułości. Ogarnijcie swoje szare komórki, bo zaczynamy.
Z tymi słowy schylił się ku jasnozielonemu, łuszczącemu się stolikowi i wyciągnął spod niego wielki, czarny gramofon. Metal lśnił niczym posmarowany syropem klonowym. Nie przypominała sobie, żeby tam był, kiedy wchodziła do pokoju. Basior jednym palcem przycisnął ramię w dół, i nagle całe pomieszczenie wypełniła Makarena.
Wszyscy przystąpili do balansowania na dwóch nogach, tańcząc w rytm skocznej muzyki. Na początku trochę gubiła się w ruchach, ale po chwili wywijała figury równie sprawnie, co reszta zespołu. Nie miała pojęcia, skąd znała całą choreografię, jednak miała poczucie, że robi wszystko dobrze. Chyba straciła na lekcji pląsania rachubę czasu, bo zrobiło się w środku zaskakująco jasno... a może słońce właśnie spadało na ziemię. To nie byłaby najdziwniejsza rzecz, która ją spotkała. Wtem Vexar bez żadnego ostrzeżenia wziął jej łapę i pociągnął do przodu...
***
Obudziłam się z głośnym wdechem, który przywrócił mnie do rzeczywistości i zniwelował nieprzyjemne uczucie spadania. Zamrugałam intensywnie, sprawdzając, czy teren jest bezpieczny, po czym z powrotem zamknęłam oczy. Moja głowa opadła bezwładnie i przewróciłam się powoli, niczym kurczak na rożnie, na drugi bok.
Co za porąbany sen. Jestem tak zmęczona, jakbym całą noc była na nogach.
Zaraz wszystko wytłumaczę... tylko jeeeszcze pięć minut.
*Wymyślona jednostka miary, 1 drzewiec = powierzchnia zajmowana przez jedno drzewo, bo nie chciałam używać ludzkich jednostek. Dziwnie to brzmi, ale nie mam więcej pomysłów 😅
**Albo oczy strażnika lasu. Kto wie, ten wie
CDN (albo i nie)
.png)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz