niedziela, 25 stycznia 2026

Od Kaliny (trening siły)

 Światło padało prostopadle na kępy stokłosy, pioniera wśród traw, i grzało przyjemnie w plecy zziajane wilki. Kiedy ukończyli program ćwiczeń zwinnościowych, szkoleniowiec zarządził krótką przerwę, którą wszyscy przyjęli z ulgą. Odwróciwszy się tyłem do wojska, począł zapisywać notatki w swoim dzienniku. Widziała, jak parę basiorów padło na płask i zaczęło czołgać się wolno w stronę lasu, pod osłoną bujnej o tej porze roku wegetacji. Nikt z reszty wojska nie reagował. Istniała niepisana zasada, że kto kabluje, ten dostaje później w zęby, która wydawała się Kalinie bardzo mądra. Kto nie miał wystarczająco silnej woli lub predyspozycji, żeby osiągać najlepszą formę, nieuchronnie musiał podlec selekcji naturalnej podczas rutynowych testów, które szeregowi musieli przechodzić co trzy księżyce, niezależnie od stopnia wykształcenia - rezerwowy i starszy szeregowy byli traktowani tak samo, gdy przychodziło do sprawności fizycznej.

... Tak was tylko wkręcam! Z ćwiczeń uciekały najczęściej stare wygi, a w czasie sprawdzianów sypały się na prawo i lewo łapówki. Flaszeczka dla ciebie, przepustka do dalszego życia na koszt NIKL-u dla mnie. Ognista miała tylko jeden atut - kartę przyrodzenia, którą mogłaby rzucić na stół jak trumpa... lecz trzymała ją w łapie, aż papier nie zmiękł od potu niechęci. Nigdy nie miała czasu na myślenie o miłości. Wydarzenia toczyły się jak kamienie młyńskie, miażdżąc wszystko na jej drodze na miałki pył przetrwania. Mimo to gdzieś pod żebrem, w miejscu, które nie znało dotyku, istniała tkliwa, pierwotna pewność, że to, co tutaj, to jest pismo odwrócone do góry nogami. Że miłość powinna być wzajemnym rozpoznaniem podobnych wilczych śladów na tej samej, wolnej ścieżce, a nie zimną monetą w gospodarce zniszczonego stada. Kamień spadł dziewczynie z serca, gdy list Kody potwierdził jej domysły: kurtyzany tkwiły na samym dnie hierarchii. Ich pozycja nie budziła zaufania ani szacunku, co za tym idzie, nie przybliżałaby do prawdziwych celów. Wspomnienie rozmowy rekrutacyjnej zawsze wywoływało w niej falę lekkiego ścierpnięcia. Spojrzenie, jakim zmierzył Rapkud młodą samicę, gdy potwierdziła, że istotnie, nie pomyliła drzwi, było bezcenne. Pozbierawszy zszokowane nerwy, wyśmiał Kalinę, lecz nie znalazłszy żadnego paragrafu, który wyraźnie zabraniał waderom wstępu do armii, musiał ją przyjąć. Z płomienną determinacją zdała egzaminy bez problemu i tej samej nocy w hangarze nie padły już żadne dwuznaczne przytyki. Usłyszeć, że pierwsza lepsza włóczęga, i to wadera, stanęła z basiorami na równi, to było zbyt wiele, ale od tej pory nikt już nie wytrącał jej kubka z łap, a jej głos przestał być powietrzem w dyskusjach. Pozostawało przesuwać granice własnej wytrzymałości cały czas dalej i dalej, żeby wszystkie wymogi były spełnione ponad miarę i nie pozostawiały komisji miejsca na śliskie aluzje. 
Podczas gdy Morwa liczyła płatki stokrotki, Kali zamknęła oczy i zaczęła ćwiczyć oddychanie tak, jak uczył ją ojciec, gdy była jeszcze szczeniakiem. Wypełniała płuca powietrzem do oporu, wstrzymywała je przez chwilę, po czym robiła wydech dwa razy dłuższy, niż wdech. Za każdym kolejnym oddechem zwiększała te interwały i przerywała trening, gdy pojawiał się wewnętrzny opór, jakby ktoś położył wam znienacka ciężki kamień na klatkę piersiową. W tym momencie otworzyła oczy, akurat w porę, żeby zrobić unik przed czyjąś łapą, która chciała zahaczyć o ucho.
— Co ty, śpisz? — zadarła nieco głowę, żeby spojrzeć w pysk, z którego wydostał się znajomy baryton. 
— Masz jakiś problem? Nie cierpię, kiedy ktoś nie potrafi uszanować czyjejś przestrzeni osobistej. — mruknęła z poirytowaniem, na co starszy szeregowy odwrocił łeb i jego łapa wykonała wskazujący gest.
— Możesz to powiedzieć Forue. Jeśli wolno mi poczynić sugestię, proponuję, żebyś zrobiła to w formie przygrywki przeprosinowej. — w uśmiech Lenarda zaplątał się cień samozadowolenia.
Podążyła za wzrokiem burego wilka przez zbierający się na jednej linii tłum kadetów, których wszystkie oczy były zwrócone na nią, a na końcu osądzającego korowodu znajdował się bardzo niezadowolony instruktor. Nagle poczuła się dziwnie mała, jakby ktoś skierował na nią promień zmiejszający. Brązowo-rudy basior zmarszczył brwi, po czym spytał, udając całkowitą powagę:
— Czy jesteście roślinką, Kalina? 
— Nie, poruczniku.
— A może wilki odżywiają się światłem słonecznym? To jakaś nowa dieta?
— Nie, poruczniku.
— To czemu tam sterczysz, jakby ci wyrosły korzenie? Piećdziesiąt krokodylków. I zapewniam cię, będę liczył!
Na końcu języka miała piekocą ripostę o tym, że nie tylko rośliny potrzebują w życiu trochę światła, ale nie oczekuje zrozumienia od prymitywu wychowanego w ciemnej norze... Czy ja nie mogę mieć nawet chwili spokoju? Zamiast tego przygryzła policzek i poczęła odrabiać karę. 
— Żałuję, że moja informacja nie dotarła do ciebie z należytą szybkością. — mruknął Lenard i pobiegł dołączyć do szeregu. Gdyby nie była akurat zajęta gimnastyką, chętnie odgryzłaby mu nosa. 
Drugą połowę dnia przełożony postanowił przeznaczyć na przeciąganie liny. Najpierw robili to w parach. Kali na zwiotczałych z wysiłku nogach wygrała parę rozgrywek tylko dlatego, że wpadła na pomysł szarpania sznurem na boki, czym wytrąciła niektórych gości z równowagi. Przyszło jej też zmierzyć się z Falconem. Czysto białe promienie słońca nie pozostawiały cienia wątpliwości co do wyzwania w jego oczach. Ledwo szkoleniowiec dał znak rozpoczęcia, została gwałtownie szarpnięta i przeciągnięta daleko za wyrytą w ziemi granicę. Zacisnęła pysk na linie tak mocno, że gdyby nie gwizd kończący starcie, mógłby ją zawlec do ludzkiego miasta. 
Następnie podzielono ich na dwa przeciągające się obozy. Każdy złapał w zęby kawałek ze swojego końca, i na sygnał lina naprężyła się jak żyła pod wpływem zbiorowego, dzikiego ciągu. Ona wpiła się w nią całym ciałem, jak zawsze dając z siebie wszystko. Chociaż w całkowitym bilansie sił jej wkład był pewnie bliski zeru, to jej drużyna i tak wychodziła zwycięsko niemal z każdego starcia.
Rozkaz rozejścia się od Forue zabrzmiał jak czysta woda w pustynnym gardle. Z ulgą, która od razu obróciła się w ciężkie, kościane zmęczenie, powlokła się w stronę lasu. Morwa przylgnęła do jej boku, nie mówiąc słowa, i jak raz wolała tę ciszę od plotek.



CDN

środa, 14 stycznia 2026

Od Kaliny (trening zwinności i szybkości)

Ciemnoszara wilczyca klepnęła łapą wygięty, jak pałąk wędki, pień znaczący linię mety. Przez jej pysk przemknął soczysty uśmiech triumfu. Gdy wyjrzała zza drzewa po okrążeniu go ciasnym łukiem, brwi ponownie były ściągnięte w skupieniu, uszy pochylone do tyłu, żeby nie łapały wiatru. Poczuła nowe natchnienie. Ruszyła z powrotem ku swojemu oddziałowi równie szybko, co przedtem. Falcon ze skwaszoną miną znajdował się o jedną długość sosny od finiszu, kiedy minęła go w pędzie. W tej samej chwili dotarło do niej stłumione warknięcie urażonej dumy. Basior również wystrzelił w stronę łąk jak z armaty, nie dając za wygraną. Poszła w długą w gęstsze zarośla, bardziej z prawej. Choć zafundowała tym sobie bardziej wymagający slalom, z drugiej strony zabezpieczały ją przed krętactwem rywala. Zerknęła na niego raz kątem oka, jak zawzięcie przedzierał się galopem przez wiosenny podszyt. Lecieli łeb w łeb, i tak też skończyli - remisem, na skraju puszczy. Jednak oficjalnie Kalina wygrała, i tylko to się liczyło. Czarny wilk rzucił jej spojrzenie spode łba i splunął na ziemię. Nagle wszystkie jego inteligentne przytyki stłoczyły się na końcu języka. Zniknął w tłumie kolegów, podczas gdy przełożony kiwnął lekko głową z uznaniem. Nie chciała się chełpić zwycięstwem, uśmiechnęła się tylko uprzejmie w odpowiedzi i wycofała się na "trybuny". 

Zrobili jeszcze kilka powtórzeń tego ćwiczenia w dwóch wariantach i za każdym razem w innych parach. Różnorodność przeszkód była raczej ograniczona. Zdarzyły się dwa czy trzy przewrócone drzewa, a najbardziej niebezpieczne były wystające korzenie, które pokazywały się dopiero w ostatniej chwili. Takie kłącze przyczyniło się do jedynej przegranej wadery tego dnia, w połączeniu z... drobnym rozkojarzeniem.

***

Cali wsunęła prędko łeb pod szarą głowę, która zaczęła niebezpiecznie mocno przechylać się w bok i przymykać oczy. Wytężyła niesamowicie wszystkie zmęczone mięśnie, żeby postawić starszą wilczycę z powrotem do pionu.

— Jeszcze tylko trochę... — resztę słów zachęty zagłuszył huk eksplozji z polany, którą chciały zostawić za sobą.

Świerkowe gałęzie zamykały się za złożonym z trzech wilków pochodem, niczym parawan oddzielający jedną rzeczywistość od drugiej. Jak na gust ognistej, stanowczo za wolno, ale matka nie była w stanie podkłusować więcej, niż parę kroków. Kątem oka mimowolnie zerkała ciągle na jej splamiony krwią brzuch. Medyczka cały czas orbitowała wokół pary jak sonda ostrzegawcza i była gotowa w każdej chwili zareagować, gdyby pojawiło się niebezpieczeństwo, ale to jakoś Cali nie uspokajało. Nigdy wcześniej nie widziała rodzicielki w takim stanie; słaniającej się na nogach, skurczonej i jakby nieobecnej powłoki. Czasami tylko stęknęła cicho, gdy trzeba było podnieść wyżej łapę na stromym podejściu albo przedrzeć się przez wyższą zaspę. Gdzie się podziała dumna samica Alfa, mistrzyni rozwiązywania kryzysów? Kiedy patrzyła w jej puste ślepia, ogarniał ją strach, że może nigdy nie wrócić. Że kochana mama przepadła na zawsze. Dusiła jednak w sobie niepotrzebne łzy i szeptała w kółko te same zaklęcia na pokrzepienie ducha, nie wiadomo, czy bardziej dla siebie, czy dla towarzyszek.

Jaskinia, w której miały znaleźć schronienie, wydawała się w tym momencie równie daleka, jak morze za górami i lasami. Kiedy wreszcie stanęły na progu skalnego schronienia, pokierowała eskortowaną ku jednemu z dołków pod ścianą i pozwoliła jej zsunąć się na chłodny grunt. Jutrzenka, bo tak miała na imię, dopiero w ostatniej chwili podparła się łapą, żeby zmiękczyć swoje lądowanie, jakby od niechcenia. Nie poświęciwszy reszcie ani krztyny uwagi, wbiła wzrok w twarde podłoże groty. Wyglądała na kogoś, który znajdował się w zupełnie innym świecie, lecz wcale nie w akcie ucieczki przed brutalną rzeczywistością; raczej przeżywała własny koszmar, który wypełnił pustkę w jej sercu. Z racji że natura bardzo nie lubi próżni, będzie wiecznie próbować się doszukać sensu w okrutnym losie, jednak bezskutecznie; fatum jest ponad siłami przyrody, ono może nadawać im kierunek, nie na odwrót. 

— Nie możesz jej zostawić. — zwróciła się Cali do medyczki, nie tyle prosząc, co stwierdzając fakt. — Jest bardzo słaba, jeśli dostanie infekcji w taką pogodę, sama mnie przecież tego uczyłaś, gorączka to najgorsze co może się w zimę przydarzyć... — wyrzucała słowa z prędkością karabinu maszynowego, aż jej głos załamał się ze strachu i wyczerpania. Płowa samica oderwała się od szukania ziół i rzuciła jej ostre spojrzenie, jednak pod tą powłoką surowości charakteru czaiła się troska.

— Kochanie, wcale nie mam takiego zamiaru. — podeszła do ognistej i objęła ją mocno swoją wielką łapą. —  Twoja mama to najtwardsza szycha w okolicy, a ja jestem jak ktoś, kto klei skały piaskiem. Ale tego cię uczy dekada w tym fachu. — roześmiawszy się z własnego żartu, ta na co dzień surowa profesjonalistka, którą praca uzdrowiciela nauczyła również, jak groźną, obosieczną bronią jest przywiązanie, zaprosiła ją skinieniem głowy do uścisku. Młoda z wdzięcznością wtuliła się w promieniejące ciepłem - dosłownie, i w bardziej metaforycznym sensie - objęcia. Taka okazja mogła się już nigdy nie powtórzyć, a jednak zmuszona była przerwać wzruszający moment tak szybko.

— Dziękuję ci, za wszystko. Ja i cała wataha jesteśmy ci winni. — odparła głosem, który mniej już przypominał skrzeczenie pisklęcia w gnieździe, a bardziej dorosłego wilka. Kątem oka dostrzegła utkwione w swojej osobie bursztynowe ślepia matki. Uśmiechnęła się do niej ledwo zauważalnie. — Przyprowadzę ich z powrotem, zanim się obejrzysz. A ty mamo odpoczywaj i słuchaj się Lori, proszę. 

— Dobrze ci córa radzi. — mruknęła medyczka przez zęby, zaciśnięte mocno na kawałku koca. Wnet jej źrenice rozszerzyły się w duchu nagłego zrozumienia. — A dokąd panno myślisz, że się wybierasz? Cali! — Odbiła się w nich sylwetka zbiegającej po śnieżnobiałym zboczu wadery, a zaraz potem zdenerwowanej Jutrzenki. — O nie, dwa jasie wędrowniczki to już przesada! Jutrzenka, nie wolno ci teraz wstawać. Leż, leż, o tak. Ma tę siłę po tobie, poradzi sobie. 

Tymczasem wadera, która właśnie wyfrunęła z jaskini, zbliżała się do epicentrum bitwy, w którą zamotane zostały kolejne dwie, bliskie jej dusze. W pewnym sensie nie mogła się tego doczekać. Patrzenie na załamaną mamę sprawiało niemal fizyczny ból. Nie wiedziała już, jak jej pomóc; to wykraczało poza kompetencje początkującej zielarki. Teraz potrzeba było watasze przede wszystkim silnego wojownika.

***

Potrząsnęła energicznie głową, żeby pozbyć się migawek wspomnień, i znowu przykładała się do treningu ze zdwojoną siłą. Tylko dobre wyniki na wojskowych testach mogły jej dać wgląd w przyczyny zagadkowego działania losu - względnie siły sprawiającej, że trzepot skrzydeł motyla zamienia się w huragan.


CDN

Od Katarakty do Puchacza - „Powrót z Wygnania”

 Nad jaskinią śledczych zapadł wieczór, kiedy do jaskini wojskowej wszedł Puchacz z grobową miną. Kolorowa wilczyca pochylała się sennie nad stosem papierów. Słysząc chrząknięcie podniosła na niego pytający wzrok.
– Co tam braciszku? – mruknęła, przekładając kolejną kartkę ze starych akt. Nudziło jej się. Niemiłosiernie. 
– Delta mnie wysłał. – odpowiedział basior i podrapał się po nosie. – Bo Domino umarła w dziwny sposób i… są przypuszczenia, że to morderstwo. 
–Morderstwo? – Sohea nastawiła uszy z ciekawością. – No to na co czekamy!
***
Ktoś mógłby powiedzieć, że Sohea była młoda i niedoświadczona i nie powinna prowadzić tak poważnego śledztwa, ale śledczych było dzisiaj jak na lekarstwo. Weszła w progi jaskini medycznej i uśmiechnęła się do taty.
–Sohea. Czekałem –mruknął Delta, kiedy podeszła bliżej. – Ciało Domino nadal jest w izolatce. 
–Dotykane? – Spytała. Delta posłał jej znużone spojrzenie. 
–Nie. – prychnął sarkastycznie. – Zbadałem ją kijem. Oczywiście, że dotykane! Chodź. – wyraźnie zirytowany pytaniem zaprowadził swoją byłą podopieczną do miejsca spoczynku starszej. – Jeszcze przy południu była żywa, jak zajmowałem się resztą chorych. – Delta usiadł sobie niedaleko wejścia. Sohea spojrzała na marne ciało leżące na legowisku z mchu i słomy. – Przy czym przychodzę, a ta martwa. 
– Domino była starsza, prawda? – Sohea dopytała. 
– Tak. Bliska śmierci ze starości czy ze swoich ran, ale nie to ją zabiło. Nie… utrata krwi i przebite płuco. – stary medyk zamlaskał po tych słowach. – Czekałem na ciebie żeby sprawdzić co dokładnie pozbawiło ją życia. Bo widzisz tą strużkę krwi na jej futrze? – Wskazał skalpelem na jej pierś. Obok na ziemi były już przyszykowane narzędzia do sekcji zwłok.
I chwilę tylko Delcie zajęło wyjęcia z nieszczęśniczki kawałka szkła, otarł je z krwi kawałkiem futra zmarłej
– Oczywiście, że to nie była śmierć ze starości. – mruknął Delta niezadowolony. – Życie byłoby za piękne, gdyby przyjaciele odchodzili spokojnie. Szkło w piersi. Domino miała się dobrze, nawet mogłaby wydobrzeć, gdyby nie to.
–Czy ktoś ją odwiedzał?– Sohea się zamyśliła. 
– Tak. Jej córka. Ta jasna. – Delta odłożył swoje narzędzie i bardzo smutno spojrzał na swoją córkę. No tak. Przecież przyjaźnił się bardzo z Domino. Pewnie już tęsknił. – Nikt inny nie wchodził tutaj dzisiaj poza mną i nią. Pory dnia podawane przez nich obu również były ze sobą zgodne.
–Nikt inny. Na pewno? 
– Na pewno. Każdy kto pragnie tu wejść spotyka się ze mną lub Talią w drzwiach i ma badane gardło. Nikt nie wchodzi bez naszej wiedzy, nie w trakcie epidemii. Poza najbliższą rodziną. – Odparł medyk. 
Sohea zanotowała te słowa i opuściła oczy. Żeby zabić własną matkę… jakim trzeba być potworem? 
 ***
Śledcza upewniła się co do wydarzeń tego dnia pytając się o wszystko ponownie i Talii. Wszystko się zgadzało. Delta wszedł rano, podał leki. Po południu przyszła podejrzana. Wieczorem Domino była martwa. Nie mógł to być nikt inny. No cóż. Jej zeznania również trafiły na dokumenty.
O zachodzie słońca odwiedziła stanowisko wypoczynkowe łowców, kilka zwalonych pni ułożonych w coś na kształt legowisk.
– Hej Myszko. –  Sohea przywitała się z poganiaczką. Ta obudziła się z drzemki. – Potrzebuję pomocy w wytropieniu kogoś, a nasz tropiciel umarł.
– Już, tylko..– Wadera kiwnęła łebkiem i pozwoliła sobie siewnąć.- O kogo chodzi?
– Potrzebuję znaleźć córkę Domino. Kataraktę. Wróciła z wygnania. Powinna pachnieć jeszcze trochę podobnie, co jej matka, skoro spędziła z nią trochę czasu. – Sohea przesunęła przed siebie kawałek materiału nasączony odrobiną krwi i zapachu zmarłej. – Powiedz, czy coś da się zrobić.
– Nie no, będzie okej. –Myszka pokiwała głową i zabrała się za pracę. Od jaskini medycznej przeszły przez sporą część watahy, tropicielka cały czas trzymała nos przy ziemi, oglądała ślady walki śniegu, połamane gałęzie. Przeszli tak spory kawałek lasu aż dotarły na plażę Kroki śledczej zrobiły się nagle ciche i ostrożne, jakby trafiła na wrogie terytorium. Szum fal nieco złagodził tą ciszę. Wiatr wiał tu nieco mocniej niż w lesie, dlatego myszka nie mogła polegać już na węchu, trop się urwał. Ślady na piasku i wgniecenia w szronie nadal były widoczne, prowadziły slalomem wzdłuż brzegu morza aż nad zwalone drzewo, całe zwęglone, chociaż już lodowate w dotyku.
 Ślady wiły się wstęgami dookoła pnia, śledcza postanowiła więc zajrzeć do środka. Spalone kawałki drwa wyrywały się z trzaskiem z zawiasów, gdy Sohea czyściła sobie drogę. “Spalone przybory domowe, zabawki, szmaty, przedmioty…cholera, to musiał być czyjś dom!”- pomyślała rozwścieczona. Pośród tego pobojowiska odkopała nieprzytomne ciało wilka, całe ciemne od sadzy. Wyciągnęła ją z widocznym zdenerwowaniem na śnieg i zaczęła wcierać w jej pysk zamarzniętą wodę.  Rozchyliła ściśniętą powiekę, a oko pod nią poruszyło się oślepione światłem. 
- Katarakta? Katarakta czy mnie słyszysz?- Potrząsnęła ciałem Sohea. W odpowiedzi usłyszała niewyraźny pomruk. - Dobrze. Wstawaj, jesteś zatrzymana.
Sprzedała jej cios w policzek, a biała aż odskoczyła, nadal walcząc z wycieńczeniem i niedotlenieniem. 
- Jesteś podejrzana pod kątem morderstwa bliskiego członka rodziny, podpalenia mienia watahy.- Zmierzyła wzrokiem zwalone drzewo, potem na poparzoną, ledwo żywą wilczycę.- oraz usiłowania samobójstwa jak mi się zdaje. Myszko, pomóż no.
– Dokąd ją niesiemy? Szara wgramoliła się pod uprowadzoną.
– Do jaskini alf.  Tam wszystko powinno już być gotowe.
-Ale na co?
-Na skazanie oczywiście.
***
Gdy dotarły do jaskini, na niebie wisiała już dawno srebrna tarcza, a cały las przybrał lodowato chłodny odcień. Wprowadziły podejrzaną pod dom Agresta, ten czekał już w gotowości u boku Puchacza i Legiona. Pod ich stopami paliły się dwa mniejsze ogniska po obu bokach, żeby nieco ogrzać chłód zimowej nocy, ale też nadać sali poważniejszy wyraz. Braki w rodzinie widać było w ich posępnych minach gołym okiem, bo głębokie zapadliska pod oczami były nie do przeoczenia w tym świetle. Sohea wymieniła spojrzenia z Puchaczem i poznała, że on poinformował już rodzinę o całej sprawie z wyprzedzeniem, a jej wizyta była bardziej niż spodziewana. Proces można było zaczynać. Zrzuciła sobie Kataraktę z pleców prosto pod ich stopy, a Myszce szepnęła, by przyniosła wody z jeziora.
- Wszczyna się postępowanie przygotowawcze w sprawie podejrzenia popełnienia czynu
z Księgi Czynów Niedopuszczalnych, polegającego na pozbawieniu życia wadery Domino, do którego miało dojść w dniu dzisiejszym na terenie Watahy Srebrnego Chabra. - Sohea przyjęła posągową sylwetkę, wczuła się w pełni w swoją rolę.
Agrest, nieco zmęczony, może ze starości, może z własnej oceny moralnej, nieco wsiąknął pomiędzy swoją prawicę i lewicę, przynajmniej udawał, że słuchał uważnie. Śledcza kontynuowała
-Wszczęcie postępowania uzasadnia uzyskana informacja o ujawnieniu zwłok
osoby zmarłej w jaskini medycznej, a także okoliczności wskazujące
na popełnienie czynu zabronionego. Dowody zbrodni zostały zabezpieczone.- Podała Legionowi kawałek szkła zawinięty w szmatkę.
- Alfo, po przeanalizowaniu zeznań świadków mogę potwierdzić, że ich relacje pozostają ze sobą spójne.- Ku uciesze Legiona, te słowa były skierowane do niego, a nie do Agresta.-  Zespół śledczych szczegółowo odtworzył przebieg wydarzeń z tamtego dnia i relacje świadka Delty pokrywają się z zeznaniami świadka Talii. - Wyjęła z małej torby pliki dokumentów.- Zgodnie z ich oświadczeniami, rano do pomieszczenia wszedł Delta, aby podać leki. W godzinach popołudniowych pojawiła się osoba wskazywana jako podejrzana. Wieczorem stwierdzono, że Domino nie żyje. Zbieżność czasowa oraz brak innych osób mogących mieć dostęp do miejsca zdarzenia wskazują, że (według świadków) nie było możliwości, aby sprawcą był ktoś inny. Takie są ustalenia wynikające z ich zeznań.
- Dobrze już dobrze.- Przerwał jej Agrest machnięciem ręką.- Dlaczego oskarżona jest nieprzytomna?
W tej chwili do kręgu wbiegła Myszka z wiadrem wody i po poleceniu śledczej wylała jego zawartość z chlustem na łeb białej wilczycy. 
- Tak lepiej?- Sohea parsknęła.- Oskarżona próbowała się podpalić razem z jej rodzinnym domem. Drewno jednak paliło się lepiej niż wychudły wilk.
- Dlaczego tak brutalnie... -Puchacz zmarszczył brwi, nie mógł na to patrzeć. Złapał za koc ze swojego posłania i zarzucił go na waderę. Legion nawet nie drgnął.
- P-p-p- Język Katarakty plątał się w spazmach. - Potwory!
Jej twarz przeszywał co chwilę ścisk bulu, gdy podnosiła się do pozycji siedzącej i odkrywała kolejne płaty poparzeń na swoim ciele. Pomimo tego, dygotała z zimna. Puchacz próbował głaskaniem po plecach przywrócić ją do spokoju. Otuliła się ciaśniej kocem.
- Czy to wszystko musi dziać się dzisiaj?- Zapytał ojca Puchacz.- Nie widzicie, że ona nie może się teraz obronić? Jak ma składać zeznania?
- To zbędne, mamy niezbite dowody.- Agrest wskazał na szkło w łapie syna.- Oświadczam z pełną mocą i konsekwencjami, że uznaję tu oto waderę za winną matkobójstwa.- Splunął tym plugawym zlepkiem słów oskarżonej pod nogi.- Legionie, jako mój zastępca możesz wybrać karę.
- Ale ojcze, ja?- Wlepił w niego wzrok zbity z tropu, jakby właśnie zmuszono go do czegoś plugawszego niż zbrodnia. Szybko przywołał się do porządku, zważając na atmosferę rozprawy i po chwili namysłu podniósł wzrok na Kataratkę.
- Sąd, po rozpoznaniu sprawy oraz ocenie zgromadzonego materiału dowodowego, uznaje oskarżoną za winną zarzucanego jej czynu.
Biała nie wydawała się poruszona tą wiadomością, nawet nie śmiała spojrzeć mu w oczy. Jedynie martwo wodziła pokrwawionymi oczami po posadzce i obserwowała falujące w ogniu cienie. Puchacz badał owe spojrzenie i nie dostrzegł, by jakikolwiek promyk nadziei tlił się jeszcze tam w środku. Jego serce ściskała litość i współczucie, co musiała przeżywać teraz ta młoda wilczyca.  Mogła mieć przecież jeszcze całe życie przed sobą. 
Ona natomiast nie mogła się podnieść spod przygniatającego ciężaru wspomnień i konsekwencji własnych czynów. Jedynie zamknięcie ich i przykrycie płachtą otępiającej umysł obojętności powodował, że w tej chwili nie pragnęła wskoczyć znów w płomienie. Ich ciepło szeptało jej obietnicę bólu tak niewyobrażalnego, że przestanie ona myśleć o tym psychicznym, który drążył ją na wylot. Odparła kuszenie, zamykając oczy. Kiwała się na boki, kierowana kojącym dotykiem Puchacza.
- Mając na uwadze stopień społecznej szkodliwości czynu, dotychczasową niekaralność oskarżonej oraz jej wątpliwą poczytalność, Sąd wymierza jej karę pozbawienia wolności w wymiarze dwóch lat.- Legion zerknął na ojca, by wydobyć jakąś aprobatę z jego spojrzenia.-  Ponadto Sąd orzeka wobec oskarżonej obowiązek wykonywania przymusowej, kontrolowanej pracy na cele społeczne w postaci pracy jakoo...gońca, jako środek probacyjny mający na celu wychowawcze oddziaływanie oraz odpłacenie się w służbie watahy w stopniu adekwatnym do popełnionego czynu. 
Tym razem spojrzał na Puchacza, zamyślił się, jakby kalkulował potencjalny bilans zysków i strat oraz możliwe zagrożenia tego, co zamierza zaraz powiedzieć. Brat jednak skupiał się bardziej na podtrzymywaniu wilczycy, niż na obserwowaniu młodego alfy.
- Ponadto, mając na uwadze stan zdrowia oskarżonej oraz konieczność zapewnienia jej właściwego wsparcia w okresie wykonywania orzeczonych środków probacyjnych, Sąd postanawia przydzielić jej opiekuna rehabilitacyjnego. Puchacza, pomocnika. - Puchacz nastroszył uszy nieco przerażony.- Do obowiązków opiekuna należeć będzie monitorowanie przebiegu procesu readaptacji, udzielanie wsparcia oraz składanie okresowych sprawozdań do właściwego organu nadzorującego.
-Ale bracie, nawet nie spytałeś mnie o..- Chciał mu wejść w słowo, ale Agrest uciszył go łapą.
- Spokój, przyjmij swoją misję z pokorą i grzecznością. Słowa Legiona są w tej sytuacji ostateczne. - Stary podparł autorytet swojego zastępcy.
Skinął głową na kolorową waderę z ciepłem i serdecznością.
- Dziękuję ci Soheo za sprawne i skuteczne przywrócenie bezpieczeństwa w naszej watasze. Twoja pomoc jest nieoceniona. 
Tymi słowami śledczej pozwolono opuścić teren jaskini.
- Mam spisać protokół Sekretarzowi? - Legion wrócił do ojca.- Żeby był powiadomiony o naszych decyzjach?
- Wstrzymywałbym się z tym. Wolę, jak nasze decyzje pozostają istotne, moja latorośli. Jeśli Sekretarz będzie chciał poznać szczegóły, sam o nie wystąpi.

<Puchacz?>

wtorek, 13 stycznia 2026

Od Agresta CD Kaliny - "Melodia zapomnianych dusz"

Cień wśród krzewów nie był przywidzeniem. Nie był też halucynacją, choć rzeczywistość aż się prosiła o dyskusję. Do tej pory zakrwawione wilki nawiedzały Szkliwo tylko w koszmarach, względnie w odległych już migawkach wspomnień, które zostały gdzieś bardzo daleko.
Może pomyślałby, że to tylko pierwszy lepszy mieszkaniec ceglanej dziury, który zgłodniał przed kolacją i właśnie wracał ze zwycięskich łowów. Może miałoby to jakiś sens, gdyby nie splamione czerwienią ostrze, na którym wilczyca zaciskała zęby. Może. Gdyby nie oczy rozwarte w nagłej obawie.
- Co cię tu sprowadza w taką paskudną pogodę... Szkliwo? - Jej ślepia lekkim ruchem zahaczyły o kamień, pod którym chwilę wcześniej spoczywał list od Agresta.
Czy mógł mieć tego dnia większego pecha?
Wiedział, że wilk, który się obawia, to zły wilk; zwierzę pełne agresji, skłonne do podejmowania nieprzemyślanych decyzji. W takim przypadku pozostają tylko dwie ścieżki: uspokoić albo przepłoszyć, dokładając przy tym wyrazistych wspomnień na resztę życia. Żadnej polemiki, dopóki lęk jest w niebezpiecznej fazie przejściowej. Niestety czasem obie opcje wydają się równie trudne do przeprowadzenia. Wtedy zazwyczaj szuka się najkrótszej z dróg umożliwiających nieprzerwany ruch w przeciwnym kierunku.
- Paskudną? Pogoda jak każda inna. - Nie miał pojęcia, jakim cudem zachował taki spokój. Życie wystarczająco skutecznie wbiło mu już do głowy, jak niebezpieczny potrafi być przeciwnik z nożem. Był przerażony.
Uważniej przyjrzał się jej rysom. Czy mogli się znać, czy też po prostu przypadkiem obiło jej się o uszy imię jedynego ptaka w siedzibie NIKL-u? Nie wykluczał, że ten pysk mignął mu kiedyś gdzieś w tłumie, ale za nic nie mógł sobie takiego momentu przypomnieć. A już na pewno nie zamienili ze sobą słowa.
Kim ona była? Przede wszystkim: wilczycą. A więc nie urzędniczką. W remizie też nie pracowała.
- Masz do mnie jakąś sprawę? - rzucił w końcu, przyłapując się na wyjątkowo długim wydechu. Pytanie było skrajnie nonsensowne i grząsko prowokatorskie, ale jednocześnie tak kusząco bezpośrednie, że napięcie wywróciłoby go na lewą stronę, gdyby zamiast niego wybrał kluczenie. Poczuł ulgę, gdy wreszcie wybrzmiało. Co więcej, gdy tylko miał już je za sobą, jakiś głos z głębi duszy zaczął uparcie podszeptywać, aby na tym nie poprzestawać.
- Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że poczta nawet w okresie końcoworocznym działa w zwykłym trybie. - Uśmiech, który przyozdobił jej pysk, był prawie jak fizyczny nacisk. - Czy coś mi się pomieszało?
- „W zwykłym trybie” to trafne określenie.
- Zatem to pewnie jakieś wyjątkowo pilne listy, które nie mogą czekać w kolejce? Może razem to ocenimy? - Jej przednie łapy zanurzyły się w przeręblu. Krew spływała z nich razem z wodą i znikała pod ośnieżoną taflą.
- Dziewczyno, wiesz, czym jest prywatna korespondencja? Ja cię nawet nie znam.
- Myślę, że najistotniejsze już o mnie wiesz. - Wilczyca potrząsnęła jedną, potem drugą nogą, rozbryzgując wokół odbarwione kropelki. Zrobiła krok naprzód. Dzieliła ich już tylko wąska wstęga rzecznego meandra. - Ale czy to bezpieczna wiedza dla kogoś, komu zapodziały się kły i małżowiny uszne... 
- Groźbami strasz szczenięta. - Odetchnął ciężko. Powoli i trochę niezgrabnie zaczął przedzierać się bokiem przez zaspy, dopóki nie poczuł pod nogami śniegu ubitego na ścieżce. Zatrzymał się, strzepnął z ramienia garść białych drobin, które opadły na nie z gałęzi porzeczki, po czym usiadł na ziemi.
- To tylko drobna sugestia, że czasem warto odwdzięczyć się ciekawostką za ciekawostkę.
- Powiedz lepiej, kim jesteś i co się stało. - Poklepał skrzydłem miejsce obok siebie. Jej ogon poruszył się nieśpiesznie, ale z pewną, trudną do przeoczenia sztywnością. Szkliwo odczekał jeszcze chwilę.
- No co, mam zadeklamować ci poemat? Daruj, nie pamiętam żadnego.
- Dlaczego chcesz to wszystko wiedzieć? - warknęła, z gracją ślizgając się po lodzie. Zastygł, uważnie śledząc ruchy szarej postaci, która lada chwila miała znaleźć się tuż obok. Jej kozik zniknął pod wodą, ale w razie konfrontacji miała godziwy arsenał w obrębie własnego ciała. Może trzeba było zwiewać, póki była na to pora? Tylko co dalej? Nie znał nawet jej imienia, a dopóki znajdował się w siedzibie NIKL-u, ona z łatwością mogła wyśledzić każdy jego krok. Okazji do likwidacji świadka miała aż nadto.
Cóż, żadna to nowina, że w Najwyższej Izbie trzeba umieć dogadywać się nawet z tałatajstwem pokroju morderców.
„Ach, Szkliwo. Ta relacja nie ma przyszłości, jeśli będziesz o niej myślał aż tak źle. Zupełnie, jakbyś sam nigdy nie trzymał w szponach zakrwawionego noża”.
- Muszę wiedzieć, co mam mówić, jeśli ktoś zapyta.
- W takim razie dlaczego chcesz mi pomóc? - Wreszcie stanęła po jego stronie zaspy, na wydeptanym trakcie i zniżyła głowę, aby znaleźć się na jego poziomie. Jej ślepia były uważne; pozbawione żądzy mordu. Dobrze wróżyło to pertraktacjom.
- Bo nie chcę przez resztę życia uciekać przed tobą jak szczur - mruknął, czując, że luźne pióra na jego piersi zadrżały, gdy odetchnęła głębiej. Dopilnował, by nie odsunąć się nawet o długość pazura. - Co ci takiego zrobił ten nieboszczyk? Oszukał, wykorzystał, zabił szczenięta?
Umilkł na chwilę, szukając na jej pysku choć jednej wskazówki. Nie, chyba nie o to chodziło... Jednak o coś bezsprzecznie chodziło. I to bardzo. Przypadkowość ofiary spadła już na ostatnie miejsce pod względem prawdopodobieństwa.
Gwałtowny wydech w jego gardle przez chwilę chciał być śmiechem, ale ucichł, zagłuszony skupieniem.
- Czyli nie wiem jeszcze o wielu ciekawych rzeczach, które się tu dzieją.
- Najpierw daj mi swój list. Nie mamy całego dnia.
„Twarda negocjatorka. Niedobrze”.
- Porozmawiamy i wrócimy razem. Każdy świadek, który da ci alibi, jest cenny, prawda?
Tylne nogi wadery drgnęły lekko, najwyraźniej jeszcze decydując, czy zgiąć się do końca, czy wyprostować. Wreszcie usiadła naprzeciwko niego. Jej łapy poruszyły się delikatnie, jakby szukały czegoś wokół siebie.
„Koleżanko, to bardzo zły pomysł. Dobrze wiesz, że jeśli teraz wybierzesz napaść, czeka nas walka na śmierć i życie”.
Ona jednak poruszyła ramionami i na powrót wyprostowała się szybko, jakby chciała tylko poprawić pozycję.
- No dobrze. - Chrząknęła. Jej pysk pozostawał rozluźniony i chyba znowu powrócił na niego łagodny uśmiech, bo oczy pojaśniały. Szkliwo nie był pewny, czy ma poczytać ten wyraz za przyjazny, czy za wyzywający, ale czy jedno musi wykluczać drugie? Chyba nie. - Na imię mi Kalina. A ta sprawa... nie, nie wynika z tego, o czym wszyscy zawsze myślą. On był tylko wyjątkowo niegodziwym trybikiem maszyny, która mieli dalej. Resztę na pewno doniesie ci miejscowa poczta pantoflowa, jeśli korzystasz z usług jakiejkolwiek poczty, oprócz tej pod kamieniem - mówiła, z zadowoleniem obserwując, jak kartka powoli rozkłada się w chudych palcach ptaka. - A teraz...
- Trybikiem, tak? - Kiwnął głową, już na nią nie patrząc. „Zaczynasz mi się podobać”.
Posłał listowi ostatnie, długie spojrzenie.

Szkliwo.
Wszystko, o czym piszesz, jest rzeczywiście niepokojące. Zamieniłem o tym słówko z sekretarzem, niestety nie doszliśmy do porozumienia. Moim zdaniem w każdym przypadku zbyt silna WSJ to zła WSJ! Powinniśmy skupić się na własnym wojsku, a tam nie szukać ani wsparcia, ani nawet narzędzi. Znam ja dobrze to barachło... Całe szczęście, że nie przyjęli ich na szkolenia w Najwyższej Izbie.
Ableharbin za to twierdzi, że obecnie wszystko, co na łapę NIKL-owi, nam tylko zaszkodzi. Cytuję: „To doskonale, że żołnierze z WSJ chcą się doskonalić!”. Już naradza się z tą swoją zgrają, jak najlepiej wkroczyć do Watahy Jabłoni, żeby przejąć ją bezkonfliktowo. Jak tylko pozna ich choć w połowie tak dobrze jak ja, zaraz przejdą mu te jednoczeniowe zapędy.
Działajcie tam, zwłaszcza Ty, mój wierny Przyjacielu. Zawsze wierzyłem w Twój intelekt, nawet jeśli nie zawsze się do tego przyznawałem. Chcę wiedzieć, co się tam u Ciebie dzieje.
Chcę Cię wreszcie zobaczyć w domu!
Agrest

„Ech, Agrest. Tak, tak, ja ciebie też”.
Kalina przejęła list, jeszcze zanim zdążył wyprostować kończynę. Również przebiegła wzrokiem po tekście.
- „Działajcie” - wymamrotała. - Już zaczynałam myśleć, że prawdziwie zorganizowane szpiegostwo tutaj to już tylko miejskie legendy. Może jednak w każdej jest ziarno prawdy.
- Daleko idące wnioski. Tylko nie zgub tego papierka z łaski swojej.
- Będzie u mnie bezpieczny niczym dziecko przyjaciela. - Wstała i przeciągnęła się rozkosznie. - Pora się zbierać, jeśli nie chcemy się tłumaczyć z tej wycieczki.
- Mam nadzieję, że gdy sprawa zostanie zamknięta i będziesz już bezpieczna, list do mnie wróci. - Również się podniósł i otrzepał ze śniegu. Wilczyca roześmiała się serdecznie.
- Sprawa zamknięta? Nie wyglądałeś na takiego optymistę. Chyba cały NIKL musiałoby najpierw piekło pochłonąć. Chociaż, z tego co widzę, wtedy nie byłby ci już potrzebny.
Ruszyła przodem, w o wiele lepszym nastroju.
„A może powinienem zostać terapeutą?”. Przechylił głowę, przyglądając się jej ogonowi, który z pełną swobodą kiwał się przy każdym kroku. „Całe szczęście, że nie ma pojęcia o liście w mojej kieszeni. Wyślę go następnym razem, nie pali się. Może zresztą jeszcze coś do niego dopiszę? W każdym razie czas przenieść urząd pocztowy Pod Kamieniem pod inny kamień”.
Im dłużej szli, tym bardziej Szkliwo miał ochotę zadać jakiekolwiek pytanie, byleby pociągnąć rozmowę i dowiedzieć się czegoś więcej o swojej wyjątkowo skrytej rozmówczyni. Było to już coś pomiędzy zachcianką a obowiązkiem.
Mimo to nie odezwali się do siebie, aż do ich uszu nie dotarło skrzypienie starego płotu, który kiwał się na chłodnym wietrze, przy jednym z domów, do połowy przewrócony.
„Przy okazji warto byłoby się zorientować, gdzie ona mieszka i gdzie może przechowywać list. Co by nie mówić, zniszczony byłby bezpieczniejszy”.
- Tu się żegnamy - oświadczyła nagle, zanim weszli między budynki. - Dopóki mam szansę nie tłumaczyć się z niczego, wliczając w to włóczenie się po polach z urzędnikami. Praca czeka. Miło było poznać!
- Do zobaczenia. Mam nadzieję.
„Idzie w stronę poligonu. Wojskowa? Całkiem logiczne”. Odwrócił się za nią i na dłuższą chwilę zawiesił wzrok na jej malejącej sylwetce. „Zresztą pal sześć list. Ma wystarczająco dobry powód, żeby go pilnować, przynajmniej jeszcze przez chwilę. A teraz są inne rzeczy do zrobienia...”.

< Kalina? >

wtorek, 6 stycznia 2026

Od Kaliny (trening zwinności i szybkości)

 Akcja tego opowiadania dzieje się w przeszłości

Kalinę obudziła symfonia męskich głosów z zewnątrz. W głębi nory, gdzie spała zwinięta w ciasny kłębek, było ciemno, jedynie w okrągłym wyjściu dało się dostrzec kawałki jaśniejszego, granatowego nieba. Jako że nie zauważyła śladów pomarańczu na firmamencie, wycofała głowę i z powrotem przytuliła się do ściany swojego mieszkania. Wszystko było jeszcze oblepione zimnym, nocnym powietrzem, zanim promienie złotej gwiazdy je rozpuszczą. Treningi zaczynały się nie wcześniej, niż słońce wspięło się cztery palce nad ziemię, toteż wadera zamknęła ponownie oczy. Próbowała wrócić do krainy snów, żeby jak najlepiej odpocząć przed kolejnym dniem wojskowej musztry. 

Zdawało się, że nie minęła chwilka, kiedy do rzeczywistości przywołał ją rytmiczny łomot z góry. Ziewnęła krótko, rozciągając łapy na tyle, na ile pozwalał metraż jamy, po czym wygramoliła się na zewnątrz. Sprawcą małego trzesięnia ziemi okazał się być nie kto inny, jak Falcon. Kali nastroszyła lekko sierść i obrzuciła go rozczarowanym spojrzeniem. Basior dokuczał jej, gdy tylko miał okazję, w najmniej elokwentny sposób z możliwych, tylko dlatego że była nowa i nie zdążyła udowodnić swojej wartości. 

— Patrzcie, księżniczka w końcu wstała. Coś taka wściekła? — rzekł przejaskrawionym tonem. Uśmiechał się przy tym wyniośle, tak żeby nie pozostawiać żadnych wątpliwości co do ironii. Grupa samców z boku nie przestała rozmawiać między sobą, tylko uszy dyskretnie przekręciła w ich stronę, jak antenki. Wilczyca przeciągnęła się raz jeszcze na otwartej przestrzeni, żeby rozluźnić zakwasy w mięśniach. Nie spieszyła się z odpowiedzią.

— Dzięki za pobudkę. — mruknęła tylko. Ostatnie, na co miała rano ochotę, to przepychanki z innymi szeregowymi.

— Nie jestem jakimś twoim budzikiem. — odsłonił nieco kły, niezadowolony z nieskuteczności ataku — Po prostu wiedziałem, że sama byś nie wstała. 

— Jak mam sama wstać, jak ty mnie budzisz? To taka samospełniająca się przepowiednia. — 

— Myślałem, że przed chwilą mi za to dziękowałaś.

— To nie myśl, bo ci nie wychodzi. — prychnęła miękko, wkładając w to zdanie całą swoją moc.

Podczas gdy wilk rozmyślał nad kolejną ciętą ripostą, ruszyła biegiem w stronę rzeki. Słyszała, że chciał pobiec za nią, żeby jeszcze waderze podogryzać, ale koledzy go czymś zajęli, więc odpuścił. W końcu i tak spotkają się znowu na śniadaniu. 

Wschód słońca jeszcze nie nadszedł. Szarości, brązy, czernie i ciemna zieleń dominowały w leśnej scenerii. Gdzieś daleko, znad połaci dzikich łąk niósł się śpiew samotnego skowronka. Poza tym jedynie wiatr poruszał trawą w pobliżu wilczych nor. Od czasu do czasu rozlegało się ostrzeżenie sroki albo sójki z wysoka, kiedy kłusowała między drzewami. 

Wkrótce dobiegła do mostu prowadzącego do wojskowego miasteczka. Na miejscu zeszła do wody, żeby nawilżyć wysuszone przez noc gardło. Gdy zaspokoiła pragnienie, usiadła z powrotem na szczycie stromego brzegu i wyciągnęła z woreczka, który nosiła na szyi, małą, czarną harmonijkę. Przyłożyła ją do warg i zaczęła powoli dmuchać kolejne nuty, naśladując brata z pamięci. Potem powtórzyła sekwencję szybciej, tworząc jako taką melodię. Praktykę przerwało jej nadejście Lenarda, jednego ze starszych szeregowych. Harmonijka wydała z siebie ostatni, nieco zaskoczony pisk, zanim ciemnoszara schowała ją z powrotem do lnianej torebki.

— Co to? — spytał po chwili. Basior miał burą sierść, za wyjątkiem białych skarpetek na nogach oraz końcówki ogona. Miał to przenikliwe spojrzenie wilka zachodu. — Nie no, pokaż mi. 

— Harmonijka. Mała pamiątka od przyjaciela. — wyjęła przedmiot z powrotem i położyła go sobie na łapie. 

— Ładna. Zagrasz nam dzisiaj na kolacji. 

— O nie, ja tylko umiem na niej rzępolić. I nie znam żadnych tutejszych piosenek...

— Po prostu zagraj coś od serca. To jest rozkaz. — mrugnął do niej, po czym zawrócił na szlak do hangaru.

***

Przetrwała śniadanie bez większego uszczerbku na psychice. Przesiedziała je obok jedynej towarzyszki w wojsku, Morwy, z dala od najgłośniejszej bandy szeregowców. Szybko pochłonęła swoją porcję i udała się na poligon. Minęło trochę czasu, zanim wszyscy dotarli na miejsce, więc zaczęła się rozgrzewać, podczas gdy koleżanka wolała wyplatać coś z długich źdźbeł trawy. Trzymały się razem bardziej dlatego, że obie były wilczycami, nie przez podobieństwo charakterów. Starsza, bardziej zamknięta w sobie Morwa nie nadawała się do ćwiczenia  ani zabaw nad wodą. Przyjaźń z Kaliną ograniczała się do bezpiecznych rozmów przy kozim mleku i dawania sobie oparcia w męskim środowisku.

 Baczność! — młoda wadera wiedziała już, że ma dokładnie tyle czasu, ile zając na ucieczkę przed lisem, kiedy padnie ten rozkaz. Porzuciła szlifowanie skradania się i pobiegła ustawić się w szeregu. 

Na początku przełożony pomęczył ich musztrą; baczność, patrz, lewo, prawo, spocznij, odlicz, marsz, raz, dwa, raz, dwa. Nie omieszkał podkreślić przy tym ruchu bioderek pań i zadać paru spóźnialskim dodatkowych pięćdziesięciu krokodylków. Najbardziej nienawidziła w rozgrzewce zapasów, które zawsze przegrywała. Całą resztę tresury znosiła bez szemrania, ale podczas rutynowego upokorzenia musiała się naprawdę skupiać na prawdziwym powodzie swojej obecności w NIKL-u, żeby nie cisnąć przysłowiową czapką w ziemię i odejść na zawsze. 

— Dzisiaj zrobimy sobie tor przeszkód. Finisz przy krzywej sośnie. Do startu, gotowi, ruszaj!

— Nareszcie coś, w czym jestem dobra — powiedziała radośnie do stojącej obok Morwy. 

Wyścig odbywał się parami. Kiedy nadeszła jej kolej, okazało się, że przeciwnikiem będzie nie kto inny, jak Falcon. Spojrzał na nią z lekceważeniem, na co tylko uśmiechnęła się lekko. Na sygnał do biegu Kali zerwała się pierwsza, ale samiec był szybszy. Zaczął zyskiwać przewagę, i pewnie ciągle by ją wyprzedzał, gdyby nie to, że trasa była pełna drzew i krzaków, jak to w lesie, tym gorzej, że brakowało w nim roślinożerców. Mniejsza, gibka wadera czuła się jak ryba w wodzie, podczas gdy większy towarzysz tracił czas na robienie pokaźnych łuków. Przebyli już prawie dwie trzecie toru, kiedy rywal zmienił taktykę i nagle skręcił w jej stronę. Poczekała, aż będzie ich dzielił jeden skok, chociaż serce waliło jej młotem, i w ostatniej chwili przesunęła się w lewo, za pień starego grabu. Usłyszała za sobą piękne "łup". Oczywiście skończyła wyścig jako pierwsza.



CDN


Gratulacje!

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Mediana, Pi i Sigma odchodzą!

Mediana - powód: śmierć

Pi - powód: śmierć

Sigma - powód: śmierć


Dalia i Talia dorastają!


Talia - pomocnik medyka
Dalia - szpieg