piątek, 12 grudnia 2025
Od Domino cz.4
środa, 10 grudnia 2025
Od Yrsy - ,,Na kogo wypadło na tego...'' cz. 2
Yrsa obudziła się gwałtowniej niż zwykle, jakby coś przycisnęło jej gardło od środka. Pierwszy oddech był szorstki, kolejny już trudniejszy, a przełknięcie śliny zapiekło tak mocno, że zmrużyła oczy. Spróbowała odezwać się choćby do siebie, krótkim, uspokajającym pomrukiem, lecz z jej pyska wydobył się tylko chrapliwy, suchy dźwięk, pozbawiony siły. Potarła łapą szyję, jakby to miało coś zmienić.
W teorii nie było to nowe doświadczenie. Jej ciało przez całe życie przypominało jej o swojej kruchości - raz delikatnym kaszlem, kiedy indziej niespodziewanym zmęczeniem czy bólem stawów.
Ale dzisiejsza słabość była inna. Bardziej uporczywa. Mniej… logiczna.
Powoli, z tą charakterystyczną dla siebie dostojnością, która przetrwała nawet najgorsze chwile, podniosła się i wyszła z nory. Zimny poranek owiał ją od razu. Powietrze pachniało wilgocią i zbliżającą się zmianą pogody, a choć niebo było jasne, w lesie unosił się ciężar, którego nie potrafiła nazwać.
Kiedy ruszyła w stronę strumienia, drapanie w gardle z każdą chwilą stawało się ostrzejsze, jakby ktoś poprowadził po jej wnętrzu cienką linię ognia. Im bliżej była wody, tym mocniej świat zaczął jej się wymykać. Najpierw lekki zawrót głowy. Potem kolejne. Aż w pewnym momencie droga przed nią oddaliła się o krok, jakby znajdowała się za cienką, przezroczystą szybą.
Przystanęła. Wciągnęła powietrze. Oparła się o pień.
„To minie” - pomyślała.
Zwykle mijało.
Ale nie tym razem.
Zanim wykonała kolejny krok, w krzakach coś zaszeleściło. Odruchowo uniosła głowę, a niemal natychmiast dostrzegła znajomą sylwetkę. Xiv. Choć tym razem jeno spojrzenie było inne. Nie rozbiegane. Nie rozkojarzone. Jakby skamieniał od środka gdy tylko się jej przyjrzał.
— Yrsa — powiedziało ledwie słyszalnie. Żadnego chaosu, żadnej nerwowej gestykulacji. Tylko napięcie, które wyróżniało się bardziej niż zwykle. — Ty… wyglądasz bardzo źle.
Spróbowała odpowiedzieć, ale znów z gardła wydobył się jedynie zgrzyt powietrza. Zmarszczyła brwi, wyprostowała się z godnością, jakby nawet choroba nie miała prawa jej upokorzyć.
— Rozumiem — powiedziało cicho Xiv, jakby wypełniało za nią lukę w rozmowie. — Delta. Musimy iść do Delty. Teraz.
Wcześniej próbowała bagatelizować drobne sugestie, ale dziś poczuła, że jej ciało traci posłuch szybciej, niż pozwalało na jakiekolwiek dyskusje. Skinęła więc głową. To wystarczyło.
Xiv ruszyło tuż obok niej, ostrożnie, dopasowując tempo do jej powolnych kroków. Gdyby była w pełni zdrowa, zapewne skomentowałaby jego ciszę jakąś lekką, ironiczną refleksją. Teraz jednak nie miała siły. Tylko ból. I to dziwne poczucie, że powietrze robi się coraz gęstsze.
Droga do jaskini Delty wydawała się dłuższa niż zwykle. Parę razy musiała się zatrzymać, a raz nawet przymknęła oczy, by świat znów „doszedł” na swoje miejsce. Xiv patrzyło wtedy, jakby bało się, że upadnie. Nie musiał nic mówić - jego milcząca troska wyrażała więcej niż wszystkie chaotyczne monologi z poprzednich miesięcy.
Gdy dotarli do jaskini, Delta od razu podszedł do nich szybkim, nerwowym krokiem.
— Gardło — mruknął, zanim jeszcze zdążyli cokolwiek wyjaśnić. — Pokaż.
Yrsa uniosła pysk, choć ruch ten kosztował ją wiele. Delta zajrzał do środka, a jego minę przeszedł cień, który mówił wszystko.
— No pięknie — mruknął poirytowanym tonem, który zwykle rezerwował nie tylko dla najbardziej opornych pacjentów. — I kolejna. Jakby mi mało było roboty.
Spojrzał na Xiv, a potem na Yrsę, jakby zastanawiał się, jakich argumentów użyć.
— Musisz zostać w izolatce. Natychmiast.
To była propozycja, albo nie? ale brzmiała jak rozkaz.
Yrsa uniosła na niego spojrzenie - chłodne, przenikliwe, pełne mądrej, nieprzesadzonej stanowczości.
Potrząsnęła głową.
— Wiesz, że tak jest bezpieczniej. — Delta zmrużył oczy. — I tak będę musiał cię izolować. Gardło wygląda… źle.
Ponownie bezgłośny ruch głową. Jeszcze jeden.
Delta westchnął ciężko, jakby naga upartość była mu bardziej znajoma, niż chciałby przyznać.
— Oczywiście. Zawsze muszę trafić na filozofkę — burknął, ale po prawdzie było mu to na łapę, im mniej pacjentów na głowie tym lepiej. — Dobrze. Zostaniesz w swojej norze. Ale ktoś musi z tobą być. Nie ma dyskusji.
Zanim Yrsa zdążyła wyrazić jakąkolwiek opinię, Xiv zrobiło krok naprzód z odwagą, której zwykle w nim nie było.
— Ja — powiedział stanowczo. — Zajmę się nią.
Delta spojrzał na niego ze zdziwieniem, które jednak po chwili ustąpiło aprobaty.
— Dobrze. — Spojrzał na Yrsę. — I nie próbuj twierdzić, że sobie poradzisz sama. W tej chwili nawet twoja mądrość cię z tego nie wyciągnie.
Nie odpowiedziała. Nie mogła. Ale jej spojrzenie - chłodne, eleganckie, przesycone pokorą wobec faktów - powiedziało wystarczająco.
Do nory wracali powoli. Bardzo powoli. Xiv szedł przy jej boku, gotów w każdej chwili ją podeprzeć, choć robił to z szacunkiem, zostawiając jej godność. A ona - mimo narastającego zmęczenia - nadal zachowywała swój spokojny sposób bycia, nawet jeśli stawanie kroków zaczynało wymagać coraz większej koncentracji.
Kiedy w końcu dotarli, świat wokół jakby przygasł.
Yrsa położyła się w swoim posłaniu, oddychając płytko. Zimno zaczęło wpełzać pod skórę - chłód nienaturalny, nie pasujący do temperatury jaskini.
Xiv zauważył, jak drobne drżenia przebiegają wzdłuż jej grzbietu.
— Zimno…? — zapytał cicho.
Skinęła ledwie zauważalnie.
Bez wahania ułożył się obok niej, ostrożnie, z szacunkiem, jakby bał się naruszyć jej przestrzeń. Jego ciepło rozlało się stopniowo, łagodnie, tworząc wokół niej miękką barierę przed nocą.
Yrsa zamknęła oczy.
Wreszcie.
Czuła, jak chłód w jej wnętrzu powoli ustępuje, choć wcale nie znika.
Czuła też, jak krew pulsuje w jej skroniach - zwiastun gorączki, której jeszcze nie dało się nazwać.
A jednak…
jakoś łatwiej było oddychać.
Nie przez zdrowie.
Przez obecność.
To była pierwsza noc, od dawna, w której Yrsa nie zasypiała sama.
wtorek, 9 grudnia 2025
Od Yrsy - ,,Na kogo wypadło na tego...'' cz. 1
Yrsa obudziła się powoli, z tym ospałym oporem, jakby sen wciąż trzymał ją za kark i nie chciał pozwolić jej odejść. W jej norze panował znajomy półmrok, chłód i zapach ziemi, który zazwyczaj koił, otulał ją jak dobrze dopasowany płaszcz. Zwykle budziła się z poczuciem delikatnej, ale stałej równowagi, lecz tym razem coś było inne. Coś subtelnego, prawie niesłyszalnego, jak fałszywa nuta w melodii, której słucha się od lat.
Ciche drapanie w gardle, lekkie i niegroźne, ledwie godne uwagi. Gdyby mogła opisać tę dolegliwość jednym słowem, użyłaby najpewniej „znajome”. Jej ciało miewało swoje kaprysy, słabości, drobne buntownicze chwile - przywykła do nich tak samo, jak przywyka się do samotności.
Podniosła się na łapy i dopiero wtedy poczuła zmęczenie. Głębsze niż zwykle, cięższe, choć równie ciche. Nie przestraszyło jej - choć inne wilki dawno już pospieszyłyby do medyka - ona widziała w tym jedynie kolejny z tych poranków, w których ciało uparcie zwalnia, próbując dogonić własne myśli.
Wychodząc z nory, natrafiła na świat ułożony w szarościach. Bladym świetle poranka było coś niepewnego, jakby słońce jeszcze do końca nie zdecydowało, czy ma dziś wzejść. Las milczał. A właściwie… brzmiał inaczej. Cichszy, przytłumiony, jakby ktoś położył na nim dłoń i nakazał mu milczeć.
Yrsa zatrzymała się na moment. Wciągnęła w płuca chłodne powietrze i spróbowała ocenić, czy cisza ma zapach. Czasem miała. Czasem, jak teraz, przypominała metal, mgłę, albo coś, co zwiastuje zmianę.
Zanim zdążyła pójść dalej, z krzaków wysunęło się Xiv - w swoim zwyczajowym, ciągłym, trochę zbyt szybkim tempie. Nigdy nie pasowało do ciszy. Zawsze w biegu, w zdaniach urwanych.
— O! Yrsa! Już myślałem, że… no, wiesz… nie wychodziłaś, i… — słowa wylały jeno się z pyska jak strumień, bez żadnego porządku i z wyraźnie przesadną troską, której najpewniej nie zauważało.
Ona spojrzała na niego spokojnie, jednym z tych delikatnych uśmiechów, które miały w sobie więcej przesłania niż całe przemowy innych.
— Nic mi nie jest, Xiv. Po prostu później wstałam.
— Wyglądasz… inaczej niż zwykle — dokończyło ostrożniej, niż zamierzało, jakby przestraszyło własnej śmiałości.
— Zmęczona? Tak. Bywa. Minie.
Powiedziała to tonem tak uprzejmym, tak pewnym, że trudno byłoby się z nią spierać. Jej głos miał w sobie tę miękkość, która łagodziła cudze obawy, zanim zdążyły się uformować.
Xiv patrzyło na nią jeszcze chwilę i to wystarczyło, by dojrzała to drgnięcie w jego spojrzeniu. Troskę. Niewyznaną, ale obecną, jak cienka żyłka światła pod lodem.
— Jeśli coś będzie nie tak… możesz mnie zawołać — mruknęło, a potem - jak zawsze - zniknęło zbyt szybko, jakby bało się, że gdy zostanie dłużej, wyrwie się jeno więcej niż powinno powiedzieć.
Yrsa długo patrzyła w ścieżkę, którą pobiegł. W jej spojrzeniu nie było zmartwienia, raczej spokojna analiza świata. Lubiła Xiv za jeno nieporadność. Świat potrzebował różnych temperamentów, by trzymać się w równowadze.
Tego dnia zbierała rośliny. Sama, tak jak lubiła. Zawsze mówiła, że las lepiej przemawia, kiedy jest się jedynym słuchaczem. Czasami pomagała Voqqunzie czy Mice, ale robiła to na swoich zasadach - nie dlatego, że musi, lecz dlatego, że ceniła sens bycia potrzebną, nawet jeśli nikt tego głośno nie mówił.
Ale dziś coś w niej słabło z każdą godziną. Oddech stawał się płytszy, kroki cięższe. „Przemęczenie” - pomyślała z tą samą łagodną mądrością, którą często posługiwała się w rozmowach z innymi. Czasem najprostsze wyjaśnienia bywały najbliższe prawdy. A przynajmniej tej prawdy, którą chciała przyjąć.
Wieczorem, kiedy wróciła do nory, powitało ją pierwsze uderzenie gorączki. Ciepło w karku było nienaturalne, lepka fala przechodząca pod skórą. Kiedy przełknęła ślinę, ból przypominał żar. Schyliła się nad taflą wody. W odbiciu dostrzegła czerwony nalot na gardle. Intensywniejszy, niż powinien być. Przyglądała mu się długo, analizując każdy szczegół, jakby próbowała odczytać tajemniczą runę, ukrytą w barwie i kształcie.
Niedługo później ołożyła się w norze. Księżyc oświetlał jej bok chłodnym blaskiem, przypominając spływający po futrze strumień srebra. Leżała nieruchomo, wsłuchując się w własny puls, w rytm oddechu, w ten narastający niepokój, który nie miał jeszcze kształtu ani nazwy.
To był tylko drapiący ból gardła, zwykła gorączka. Nic, czego nie znała. A jednak coś w powietrzu było nie tak. Cisza lasu nie była zwykłą ciszą. Miała w sobie napięcie, które znała aż za dobrze - to, które pojawiało się wtedy, gdy świat przygotowywał się na coś, czego nie umiała jeszcze dostrzec.
Czuła to w kościach.
A jej kości myliły się rzadko.
Od Delty - "Na Dobre dni i Spokojne noce - Epidemia" cz. 10
Delta spojrzał na swoje łapy i odetchnął głęboko. Jego wzrok powoli przeniósł się na Talię, która mieszała następną papkę potrzebną do opanowania tego… zamieszania. Delta doskonale wiedział co się stanie, w momencie kiedy Almette otworzyła pysk. Ta parszywa choroba rozprzestrzeniała się jak ogień po letnim lesie. Suchym, ciepłym i łatwym do spalenia.
Almette była pierwszym wilkiem, który zachorował. I Delta podniósł alarm bardzo szybko potem. „Trzymać się z dala od siebie. Badać się regularnie i z pierwszym objawem zjawić się u medyka. Każdym, nie ważne jak małym.”
Niewiele wilków na początku się go słuchało. No. Teraz spora część z nich miała za swoje!
Potem był Ry. Staruszek zjawił się z problemami z połykaniem i co? I chory. Od razu na legowisko. Delta już wiedział doskonale że chorych będzie dużo, więc normalna sala przyjęć stała się nową izolatką, a izolatka normalną salą przyjęć. Lepiej oddzielić tych, którzy nie chorują, od tych, którzy są chorzy niż odwrotnie. Zwłaszcza przy tak agresywnej chorobie. Agresywnej w zarażaniu oczywiście.
Potem Xochi przytupał z Yolotlem. Oba wilki od razu wylądowały na izolatce, bo już na gardle było widać nalot. Delta był niezwykle zirytowany faktem, że wszystkie badania zaczynał w progu jaskini zaglądając innym do gardeł.
Potem pojawił się Mika, Moss, Laponia i Janka. Wkrótce po nich Myszka, Oxide, Rana i Kamael. Wilków robiło się coraz więcej, a miejsca nie przybywało. Talia była za to bardzo dzielna. Pomimo że dalej była szczeniakiem, i że Delta zabronił jej się zbliżać, działała dzielnie mieszając leki.
Ostatnim wilkiem w pierwszej fali była Voqqunzie. Świeża wilczyca w watasze, a już posmakowała niedoli choroby.
Spokój i cisza nie towarzyszyły Delcie od dawien dawna. Cisza? Co to? – mógłby się wszystkich pytać, bo pomimo trudności z mówieniem, wszyscy ciągle mówili. I ktoś chciał kogoś ciągle odwiedzać Czy słowa : BARDZO ZARAŹLIWA, omijały komórki mózgowe wszystkich wilków? Najwidoczniej. Ta wataha nie świeciła nigdy inteligencją, ale Delta nie przypuszczał, że aż tak.
Na jego szczęście i nieszczęście, miejsca trochę się zrobiło w dwa tygodnie po rozpoczęciu. Voqqunzie wyszła zdrowa z jaskini jako pierwsza. Potem wyszedł Yolotl, ale martwy. Prosto do grobu. No cóż. Szczeniakowi się nie poszczęściło. Delta nie miał za bardzo czasu o tym myśleć, bo Kamael dostał zawału w międzyczasie. Kto by pomyślał, że tego wilka zgarnie serce, nie duchota jakiej doświadczał. Chociaż to pewnie się jakoś mogło do tego przyczynić.
Xochi i Mika przeżyli. Trochę poturbowani i słabi, ale zdrowi, zostali wygonienie do wypoczynku w swojej własnej jaskini. Oxide i Rana były następne. No i dobrze, ich rodziny przestaną go gnębić! Chociaż Myszka pozostawała chora, więc co do tego Delta nie był pewien.
Janka, Moss i Ry wyzdrowieli następni. Ry wydawało się że wykorkuje, jednak śmierć zdawała się darować mu tym razem życie pozwolić mu jeszcze pohasać. Chociaż jakie to życie bez swojej miłości, samotnie w jaskini, z bólem stawów na starość.
Almette dalej leżała chora i słaba. Staruszce nie wiodło się dobrze. I dobrze nie powiodło się także Laponii, która zaraz także szła do grobu. Jej rodzina chciała pogrzebać ją sama, jednak Delta tylko spojrzał na nich jak na idiotów. Jej ciał najpierw spędziło trochę czasu w śniegu, jak każde inne ciało chorego. Nie ma bata, że Delta najpierw nie wymorduje bakterii, które na nim są. Jeszcze następnej epidemii tego świństwa mu brakuje!
I ledwo miejsce się znalazło, a już następne osoby wlewały się do środka.
– Eh… Talia… Czeka nas tu przeprawa przez mękę.–
–Czemu przez mękę? Przecież… to tylko mała epidemia.–
–Nie ta epidemia jest tą męką, a ci którzy są zdrowi ,a zdaje się że zdrowi nie
chcą na długo pozostać…–
<CDN>
poniedziałek, 8 grudnia 2025
Od Domino cz.3
Minęło kilka chwil, gdy tak w milczeniu przewiercali się spojrzeniem, aż ciężar niepewności opadł i dławiąca cisza zaczęła stawać się spokojną, a potem nawet całkiem nudną. Pies, zrozumiawszy, że wilk nic nie zrobi, położył się na klepisku. Wilk, ku jego zaskoczeniu, zrobił to samo. I trwali tak, wsłuchani w świszczący zimowy wiatr śpiewający w kominach, aż jeden z nich nie przymknął powiek, zupełnie wyczerpany głodem i zimnem.
Psa zbudził dopiero okropny trzask łamanych desek. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, czy tylko zorientowałem się, że na końcu jego łańcucha zwisa pojedyncza spróchniała deseczka, a buda leży rozrzucona po śniegu w drzazgach. Biały wilk, teraz za jego plecami, patrzył na niego z triumfem.
Tymczasem łomot pękającego drewna wzbudził niemałą wrzawę tam na górze. Dobiegły ich zagłuszające się nawzajem krzyki wściekłości jakiegoś starszego mężczyzny. Domino pogoniła psa przodem w kierunku bramy. Drzwi do zaplecza sklepu otworzyły się z piskiem, na błękitnoszary śnieg padł oślepiający prostokąt ognia.
- A co do..-Stary, siwiejący, lekko otyły chłop wypadł na podwórze.- Ty mały pchlarzu! CHO NO TU!
Mógł tylko patrzeć, jak dwa niewyraźnie kształty znikają za winklem sklepiku.
Wybiegli na drogę, ślizgając się na lodzie. Pies rozglądał się w panice, rozumiejąc co się dzieje, uciekając przed hałasem, przed krzykiem i przed swoim rozwścieczonym panem. Nie pamiętał jak długo tkwił zamknięty na podwórku, wiedział jedynie, że zupełnie nie wie gdzie teraz jest. Nie znał świata poza swoją spleśniałą budą. Zobaczył jasny kształt, który przemknął mu nad głową w kierunku rzeki. Instynktownie obrał sobie to za cel, nie potrafiąc uspokoić paniki.
Tymczasem daleko za nimi stary wąsacz poprawił pomięty, oblany piwem frak, opinający jego śmierdzące od potu ciało i pomamrotał coś pod bulwiastym nosem. Zdjął wełnianą, czerwoną czapkę i wygrzebał z niej kilka dzwoniących przedmiotów. Z pleców zdjął metalową lufę.
Wzbiła się na nocnym niebie, nie pamiętając niestety, jak jej białe futro potrafi lśnić w świetle księżyca. Przeleciała ponad wodą, pas drzew jarzył się niewyraźnie w ciemności. Skupiła się tylko na tej ciemnej wstędze na horyzoncie, ich ratunku i wybawieniu.
Huk.
Skrzydło Domino przyozdobiła karminowa wyrwa. Zaczęła pikować w dół.
C.D.N
niedziela, 7 grudnia 2025
Od Domino cz.2
- Dziwne, byłem pewien, że były jeszcze..- Złapała go fala duszącego kaszlu- Że miałem jeszcze z dwa korzenie.
- Zima nas nie oszczędza.- Domino próbowała przenieść jego uwagę na co innego, żeby nie czuł tak rozczarowania w jej głosie.
- Nie oszczędza.- Podniósł coś z dołka z ziemi, w którym trzymał swoje rośliny korzenne.-Dziwne.
Wadera zerknęła szybko na to, co trzymał. Kilka brązowych włosków wypłowiałego futra.
- Wioski, oczywiście, że z wioski.- Kopnęła przydrożny kamień prosto w kupkę brudnego śniegu.
Widziała oczyma wyobraźni to oceniające spojrzenie, wspomnienia nie mogły opuścić jej myśli, ciągle biła się z poczuciem, że mogła to zrobić lepiej, gdyby tylko wiedziała, jak to wszystko się potoczy. Nic by jej tak nie uszczęśliwiło, jak możliwość cofnięcia się do poranka jeszcze raz. Niestety, mogła tylko pomarzyć o takich czarach, więc swoją drażniącą i uwierającą w tyle głowy sprawę musiała rozwiązać w bardziej konwencjonalny sposób: pójść po ten głupi imbir.
I może wtedy przestanie jej być tak okropnie wstyd.
Szum rzeki doszedł do niej niedługo po zapadnięciu zmroku. Przeszła po rozwalającym się pod łapami, butwiejącym mostku i bezszelestnym krokiem udała się w kierunku uliczki głównej. Na całej wsi stał jeden wyróżniającym się architekturą sklepik, który zamiast solidnej wapnowanej ściany z frontu posiadał ażurowy drewniany podcień, pod którym wystawiano produkty. Światła paliły się tylko na piętrze, co podpowiadało waderze, że właścicielka sklepu mieszka bardzo niedaleko, musiała być naprawdę cicho. Wcisnęła się ciasną bramą na podwórze budynku, na którym stał zardzewiały traktor zaparkowany pod płotem. Głębokie koleiny pełne zamarzniętych kałuż przecinały ziemię na ukos. Przeskoczyła nad wyrwami, jednocześnie bacznie obserwując sylwetki w oknach na piętrze. W tym skupieniu zapomniała zwracać uwagę na to, co ma za plecami. Do jej uszu dobiegło przeciągłe, gardłowe warczenie, podskoczyła jak poparzona. Za nią, w zbitej krzywo i w nieładzie budzie, leżał chudy jak kościotrup, smukły jak fretka pies. U jego szyi zwisał ciężki, pordzewiały łańcuch, dzwoniący ponurą balladę, jak tylko kundel podniósł się z błotnistego klepiska. Krótkie futro na jego grzbiecie stanęło dęba, był o krok od wszczecia alarmu, ale Domino nie potrafiła się zdobyć na poruszenie się choćby o krok, sparaliżowana strachem, instynktownie licząc na to, że bezruch uratuje jej życie.
czwartek, 4 grudnia 2025
Od Domino
- Ale nam się ładna zima trafiła tego roku.
- Och, co? A, tak, ładnie.- Delta prawie oderwał się od przeglądania zapasów leków.
Był dzisiaj w wyjątkowo dziwnym humorze. Co prawda, zawsze był lekko oderwany od rzeczywistości i gdyby mógł to nie jadłby i nie pił, byle tylko zostawić sobie nieco więcej miejsca na pracę, ale dzisiaj czuć było nienazwane, ale drażniące jego skórę napięcie, które stroszyło mu futro na karku.
- Dopiero ranek, a ty już wyglądasz, jakbyś przepracował dwa dni bez odpoczynku.- Westchnęła położna.
Delta posłał jej tylko przelotne, lekko żartobliwe spojrzenie, jakby wcale się tak bardzo nie pomyliła w przypuszczeniach, co podskórnie ją zirytowało.
“Temu to tylko kroplówkę podłączyć”- pomyślała. Zabawy z igłami to jednak nie jej konik.
-Myślałem, że masz wolne dzisiaj.- Mruknął, w tym czasie przesypał jakiś proszek z jednego słoiczka do glinianej miseczki. Miseczki autorstwa Domino oczywiście.- Nikt nie jest u nas w ciąży.
- To cię zaskoczę.- Podeszła bliżej, zaglądając mu przez ramię.- Brzoza od jesieni zarzeka się, że jest. Nie wiem z kim, nie chce mi zdradzić, ale ma symptomy.
-Symptomy? Tak jak 3 ostatnie razy…?
- M-może...ale zrozum, Brzoza bardzo chce zostać matką. Nie jej wina, że czasami nadinterpretuje pewne rzeczy, jeśli tak bardzo tego oczekuje.- Cmoknęła zmartwiona.- Ale tak. Jeśli tym razem też się pomyliła, będę musiała szepnąć słówko o wizytę do psychologa.
Basior westchnął, jakby zgadzając się z koleżanką z pracy. Chwila ciszy pozwoliła jej przeczytać pożółkłe papiery w nieładzie porzucone na jesionowym blacie.
-Nalotnik gardła…? -Wyrecytowała zbita z tropu.
Basior szybko położył łapy na notatkach, chciwie ich strzegąc, a flakon z zielonkawym płynem upadł potrącony bokiem do miski.
-Oj, ahh!.- W panice próbował uratować recepturę. - Świetnie…kto teraz będzie potrzebował proszek na wymioty w maści na odleżyny.
- Coś się tak rzuciłeś na te kartki no, ajj.- Próbowała też jakoś pomóc.- Nie było potrzeby tak reagować.
- Nie było potrzeby czytać prywatnych notatek.- Parsknął medyk, trąc łapą o skroń.- Stoisz za blisko.
Waderę odtrąciła nieuprzejmość przyjaciela, zwykle się tak nie zachowywał. Szkoda było leków, fakt, ale niesprawiedliwie przecież było się na niej tak wyżywać.
- Dobrze, przepraszam.- Pokręciła głową, nie chcąc dolewać oliwy do i tak piekącego ją ognia.- Ale nie ma tego złego, na pewno masz zapasy na zimę. Zawsze masz.
- Tego proszku? A widziałaś, żeby imbir u nas rósł?
-Delta..- Syknęła na niego trochę za głośno, wzbudziła zainteresowanie wszystkich pacjentów w leżakowni. Szybko ściszyła głos, zażenowana.- Więc skąd ty masz ten imbir?
Basior posłał jej kolejne spojrzenie, jakby niedowierzając jej zdolnościom dedukcyjnym.
-Z wioski. Mają tam taki sklepik spożywczy. - Czuła, że miał coś na języku dużo bardziej ciętego, ale powstrzymał się, widocznie zmęczony.
Spojrzenie wilczycy przeleciało ponad zimowy krajobraz zaśnieżonych sosen prosto na szare kłęby dymu unoszące się z odległych o kilka kilometrów kominów.
