Kaj już od poranka jak zwykle żłopał trunki.
Z Miodunką się już poddał, choć miał porachunki.
Mezularia tak jak zawsze, z kijem w dupie lata.
Siedzi sobie z Raną, sama, jak ta stara szmata.
Misung już się zapił, choć jeszcze nie dziesiąta.
Jakieś Puchło małe coś się przy nim krząta.
Nicpoń zażył trochę świeżego powietrza.
Poszedł jakby w długą, już tutaj nie mieszka.
A może i mieszka gdzie pod jakim krzakiem.
Może się już stał prawionym rodakiem.
Szkliwo w końcu wrócił, przywiały go wiatry.
A wywiać go powinny prosto do psychiatry.
Eilerta Kaj chciałby odwiedzić. Gdzieś w jego kniejach.
Ale Kaj pijany, chybota się nawet w marzeniach.
Bo poszedłby, ale z jakiegoś powodu stoi.
Siedziałby, ale chyba zwyczajnie się boi.
Latałby, ale skrzydła ma jak z ołowiu.
Oddychały ale, jakoś ciężko mu w tłowiu.
Wiec dlatego o zachodzie,
Można kaja znaleźć w wodzie…
Usnął sobie nieszczęśnik zuchwały
W kałuży, w te jesienne „upały”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz