czwartek, 24 września 2026

Od Saży - Pachnidła cz.6

Roztopy z pewnością nie ułatwiały wędrówki. Szlaki i wydeptane w lesie ścieżki erodowały pod naporem spływających z wyższych pięter śniegów, przez co chodzenie nimi mogło skutkować w najlepszym przypadku brudnym zadem, a w najgorszym skręceniem łapy lub spowodowaniem błotnego osuwiska. Kaj miał to oczywiście głęboko w poważaniu, skoro i tak był drogowskazem na niebie nie na ziemi, Saża natomiast…mogła tylko narzekać. I narzekała, każdego dnia, wyzywając go od przerośniętego kurczaka, a w nocy przymierzając go do niedoszłego rosołu. 

Mijały tygodnie, a ona wyjadła już wszystkie zapasy prowiantu, jakie schowała w tobołku. W podróży nie dało się polować. Nie żeby Saża rozważała tę opcję dłużej niż 5 sekund, nie pamiętała, kiedy ostatnio tknęła łapą surowizny...uch, i ta krew! Nie chciała się przed Kajem przyznać, że nawet nie wiedziała, JAK się poluje. NIKL może i był najgorszym miejscem na ziemi, ale dbał o swoich więźniów jak o królów. Musiała wydłubywać z ziemi dziką marchew żeby cokolwiek mieć w żołądku.
Gdy zatrzymali się nad rzeką, Kaj wskoczył na jedną z płynących z nurtem lodowych wysepek i wbił dziób w wodę. Z gracją wydłubał z rzecznego dna śliskiego, niepozornego okonka, który widać jeszcze nie obudził się z zimowego otumanienia. Saża wlepiła wzrok w ptaka, ślina ciekła jej po pysku, jak patrzyła na tego idiotę połykającego zdobycz w całości. Gdy zauważył, że jest obserwowany, zaśmiał się pobłażliwie.
- Nie jest ci za lekko na żołądku? Te korzonki chyba nie były zbyt pożywne.
Wadera zagryzła język ze złości.
- Co się ze światem stało, żeby mnie kurczak nadziewany pouczał.- Wymamrotała.- Tylko poczekaj aż..
- Czekam.- Zamachał ponętnie ogonem po czym wzbił się w powietrze.
Saża nie miała wyboru jak pobiec za nim przez lodowaty nurt, żeby go nie zgubić. Nawet nie myślał na nią czekać, zaklęła. Wszystkie ptaszyska są takie same. Samolubne i butne.

***
Równiny watahy nie wyglądały zbyt malowniczo o poranku. Kłębowiska zgniłych traw koloru rdzy położyły się stęchłym dywanem po pofalowanych polach, poprzykrywane na czubkach czapkami z brudnego, zlodowaciałego śniegu. Mgła unosiła się nisko nad trzęsawiskiem, psując widoczność i przyprawiając o dreszcze.
- Doberek.- Zawołał ptak, chyląc czoła do stróża granicznego; młodej, jasnej jak żonkile wilczycy.
- Kaj.- Sasanka kiwnęła łebkiem.- Przynosisz jakieś pilne wieści? Mam zawołać gońca?
- Nie trzeba.- Podał jej pogięty i rozmokły na krawędziach liścik - Możesz przeczytać sama. Ale to nie jedyna z dzisiejszych niespodzianek. Słuchaj tego, miałem przekazać wam wasz nowy nabytek!
Machnął skrzydłem na człapiącą w oddali opalaną wilczycę z przerzuconym przez bok skórzanym tobołkiem, z głową przykrytą czerwoną, haftowaną chustką. Smętny widok strudzonej podróżniczki.
- Cóż, teraz to wasze zmartwienie, ja jestem padnięty.- Kaj kłapnął z przekąsem dziobem i odfrunął bez pożegnania.
Opalana wadera dotarłwszy do granicy, sapnęła przeciągle i odgarnęła chustkę z czoła. Jej brzuch wyglądał zupełnie normalnie, pewnie dzięki temu, że wilczyca nie miała nic treściwego w zębach od tygodni.
- Przedstawi się?- Sasanka kiwnęła witająco na nieznajomą, nie ukrywając nieufności.
- P..- Ugryzła się w język, na co strażniczka zmarszczyła brwi.- Saża. Przepraszam, język mi się plącze, nie piłam nic od wczoraj. Z kim mam przyjemność?
- Na pogawędki może potem. - Odwróciła się w kierunku gór i zerknęła na towarzyszkę, by ta poszła za nią.

***

Saża upuściła na ziemię tobołek, jednocześnie zrzucając z siebie emocje po odbytej przed momentem audiencji u Agresta. Alfa Agrest, nieco podsiwiały i niedołężny już starszy basior o śmiesznym, chrapliwym susłowatym głosiku i srebrnym futrze poprzetykanym bielą. Ta Strażnika usiadła wyjątkowo blisko niego, pomyślała. Wydawało jej się że wysoko postawieni nie zniżają się do takich robót jak patrolowanie granic. Było to coś, co w jej starym domu było niespotykane. Może początkowo źle ją oceniła, jako kogoś, komu nie trzeba poświęcać zbyt wiele uwagi, bo i nic się z tego nie wyciągnie. Kim była? Za młoda na alfę, no chyba, że ten Agrest miał swoje...ciekawe upodobania. Wzdrygnęła się. Po jego prawej stronie usiadł ktoś jeszcze, dużo młodszy od niego, podobny jak dwie krople wody srebrny basior. To musiał być syn. Słuchał uważnie wszystkiego, co alfa miał Saży do powiedzenia, jednocześnie nie dbając o dobre maniery za grosz, gdyż świdrował ją wzrokiem bez przerwy. Wzięłaby to za groźbę, albo niezwykle gburowaty charakter, gdyby nie to, że szybko zmieniał obiekt zainteresowania, gdy tylko przyłapywała go na gapiostwie. 
Usłyszała za sobą czyjeś ciężkie kroki.
- Ten wasz Szkliwo musi być tu dość szanowany, skoro jedno jego słowo wystarczyło, żebyście przyjęli mnie z miejsca.- Rzuciła rozbawione spojrzenie w tył i nie ukrywała rozbawienia, gdy zgadła, do kogo należały kroki.
- Coś w tym jest. Ojciec darzy go zaufaniem.- Legion wzruszył ramionami. - Nie jestem pewien dlaczego, ale wydają się znać od bardzo bardzo dawna.- Posłał przelotne spojrzenie na oddalającego się, kuśtykającego starca, którego chcąc nie chcąc nazywał ojcem.
- Macie tu dość spokojnie.- Saża nie chciała kończyć pogawędki, skoro już nadarzyła się jej okazja. Nie mogła zmarnować tego, że młody alfa jest nią zainteresowany.
-  To coś nowego. - Srebrny basior strzepnął z brwi wizję zarazy, wojen i krwawych powstań. 
- Naprawdę?- Bawiła się kosmykiem na ogonie.- Możesz mi co nieco opowiedzieć, jak już mnie będziesz oprowadzał po okolicy.
Basior zamrugał kilka razy, nim doszło do niego, co mu zasugerowano. Zanim zdążył odpowiedzieć, wilczyca podniosła z ziemi tobołek i podała mu go, jednocześnie płynąc ciałem do przodu w czymś przypominającym pływanie, jak to robiła na scenie. 
- Może zaczniemy od spichrza? Umieram z głodu. - Koniuszek ogona posłużył jako wabik na jego ślamazarne, rozbiegane oczęta. Jest to jakaś ciekawa odmiana, pomyślała, śmiejąc się w duchu. Pierwszy raz nie musiała pytać Ildiri o pozwolenie. Sama sobie była sterem i okrętem, skoro mapę znała na pamięć.

C.D.N

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz