czwartek, 17 września 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Dziecko dwóch idei”, cz. 24


Jak jest? Jest jak jest. I tak chyba jest dobrze.
Wierzę w sprawiedliwość, ale wydaje mi się, że jest nieosiągalna wśród śmiertelników.
Było to tuż przed wschodem słońca, gdy przez lekki szum wiatru i gwizdy kosów w gałęziach drzew przebiło się dudnienie kroków. Nagła sztywność chwyciła jego żebra. Otworzył oczy, gotów w każdej chwili zerwać się na równe nogi, jednak nie ruszył się ani o włos. Kogo miałby się bać we własnym domu?
- Towarzyszu Szkliwo. - Dwa postawne basiory wkroczyły na polanę i zatrzymały się nad nim.
- Tak? - zamrugał, sennie marszcząc brwi.
- Sekretarz czeka.
- Od kiedy straż WWN osobiście fatyguje się na nasze tereny?
Wilki wymieniły się krótkimi, rozbawionymi spojrzeniami.
- Długo za granicą, co? - Jeden z nich wyciągnął łapę, dając subtelny znak, że w razie potrzeby jest gotów natychmiast pomóc mu wstać. - Szybko przywykniecie.
Ptak posłał jeszcze jedno spojrzenie berberysowym krzewom, które wciąż beztrosko kiwały się na wietrze. Westchnął i dźwignął się z ziemi.
Szukam prawdy, ale wydaje mi się, że każdy ma swoją, a ten, kto pozna wszystkie, nie pojmie żadnej.
Igiełki jałowców, gęsto pokrywających połać lasu, zadrżały, przeczesując sierść dwójki wilków, które właśnie wyszły na polanę, wciąż dysząc po pościgu.
- Nieźle polujesz. Ale ja umiem lepiej. - Sasanka figlarnie zerknęła na Legiona, który przegryzał skórę na brzuchu martwego jelenia.
- E, dzieciak jeszcze jesteś.
- Z nieba mi spadliście! - Znad lasu dobiegł ich głos Hiekki. - Zechcecie poratować strudzonego gońca racją żywnościową, która przecież mu się za tę ciężką pracę należy? Dorzucę jeszcze najnowsze doniesienia ze świata polityki. - Wyciągnął się tuż obok nich, bez pytania biorąc w zęby jelenią nogę.
- Proszę, spróbuj zaskoczyć mnie politycznymi nowinkami - odparł z rozbawieniem młody alfa. Przesunął się, robiąc mu więcej miejsca.
- Mam świeżutkie rozporządzenie sekretarza. Teraz nikt spoza Wschodnich Ziem nie może już adoptować naszych szczeniąt, nieważne jak bardzo by chciał. Słyszałeś?
Uśmiech znikł z pyska Legiona.
- Sekretarz zatem oszalał. Chce rozporządzać naszymi szczeniętami? Dlaczego on ma decydować o tym, czy będą cisnąć się w sierocińcu, czy dostaną prawdziwą rodzinę?
- Za wielką władzę trzyma. - Sasanka przytaknęła mu spode łba.
- Nic nie wiecie - mruknął goniec, z tajemnicza miną rozgryzając kawał mięsa.
- A ty pewnie wiesz? Stary ćpun. - Wilczyca przewróciła oczyma.
- Właśnie że wiem. Wszystko przez teczki.
- Jakie znowu teczki?
- Teczki z hakami. Na ciebie, na mnie. Na wszystkich! W NIKL-u takie mają. To znaczy, chyba mieli, bo nasi szpiedzy je wykryli i zniszczyli.
- Po co?
- Jak to? Za wolność waszą i naszą!
Szanuję wielkie słowa, ale wydaje mi się, że dla każdego z nas są zupełnie czymś innym.
- A w ogóle komu te teczki przeszkadzały? Ja tam nic złego nie zrobiłam i niczego się nie boję.
Legion milczał, w zamyśleniu przesuwając ogon po ziemi.
- Rzeczywiście, ojciec wspominał mi o jakichś aktach - mruknął. - Ten jego skrzydlaty pachołek ostatnio wrócił z NIKL-u. Pewnie on coś tam usłyszał.
- Nie mają czym się zajmować, tylko szpiegować na zachodzie. - Sasanka położyła przed Hiekką jeszcze jedną porcję. - Masz, pysk zatkaj.
- O wilku mowa! - Basior oblizał pysk, kiwając głową w stronę ścieżki, na której właśnie pojawił się ptak oraz dwóch strażników. - I to już z kumplami z WWN. Hej, może wy wiecie coś więcej o tych teczkach? Słuchajcie teraz - zwrócił się znowu do współbiesiadników. - Ja wiem, jak się załatwia takie informacje.
- Teczki? - Szkliwo zatrzymał się na ich wysokości. - Tak się to już rozniosło?
- Słyszycie. On wie.
- Nie ma o czym mówić. Teczki zostały zniszczone.
- Tak, zniszczone... - Legion skrzyżował łapy na piersi, zerkając na żurawia, a potem na basiory w jego towarzystwie. - To samo powiedziałeś ojcu. I wiesz co? Nie wierzę w to. Nikt rozsądny w to nie uwierzy. Nie zrobiłoby się o nich tak głośno, gdyby nie były potężną bronią. A potężnej broni się nie niszczy, tylko chowa dla siebie. To znaczy... - rzucił jeszcze jedno, ostentacyjne spojrzenie na strażników. - Dla sekretarza.
- Nie ma już na was żadnych teczek - odrzekł bezbarwnie ptak, czując na ramieniu łapę jednego z towarzyszy. Ruszył bez dalszej zwłoki.
Wyznaję własne wartości, ale wydaje mi się, że każda w pewnych warunkach może być podważalna.
Słońce rozweselało świat, a wiatr wyszywał na niebie śnieżnobiałe wzory.
Sekretarz rozmawiał przed swoją jaskinią z jakimś bardzo zdenerwowanym wilkiem. Uśmiechnął się ciepło, łapą dotknął jego łopatki. Na krzyk odpowiedział milczeniem. Widząc, że zbliżają się strażnicy, otwartą łapą grzecznie zaprosił go z powrotem do lasu. Przez chwilę zdawało się, że to nie poskutkuje. Osobnik odetchnął głośno, jakby w gardle zbierały mu się jeszcze jakieś słowa... ale ostatecznie tylko zacisnął wargi, spuścił wzrok i zniknął wśród drzew.
- Pozwolicie, towarzyszu rzeczniku, na krótki spacer. - Ableharbin jako pierwszy wstąpił na ścieżkę w głąb puszczy. Szkliwo podążył za nim, kątem oka dostrzegając, że dwa basiory, choć zostały w tyle, nie zamierzają ich odstępować. - Jutro rano wyrusza poselstwo do WSJ. Jeśli mają choć krztynę rozumu, tym razem nie odrzucą już naszej współpracy. - Przez chwilę przywódca nic nie mówił. W zadumie poruszył nosem. - Dzisiaj dostałem ostatnią wiadomość od Irosyła. Od tej pory do odwołania żadni listonosze nie będą wpuszczani do siedziby Najwyższej Izby. Spłonęła cała piwnica.
- Mam nadzieję, że Irosył jakoś się tam utrzyma.
- Ma być przesłuchiwany. Zaproponowałem mu powrót do domu, ale twierdzi, że nic mu nie grozi.
Ptak w milczeniu wpatrywał się w leśną ściółkę, omijając gałęzie leżące na najwyraźniej słabo uczęszczanej przez wilki ścieżce.
Po cóż komu cała wiedza świata? Wystarczy wiedzieć tylko kilka prostych rzeczy.
To, że czegoś nie rozumiemy, nie znaczy, że nie ma to wyjaśnienia.
- Uważam, że dobrze wywiązałem się ze swojej obietnicy wobec was i szczeniąt zmarłej Kawki, towarzyszu rzeczniku. Prymula to wyjątkowo pojętna... po prostu wyjątkowa wilczyca.
- Zapewne tak - odpowiedział cicho.
- A w ostatnich dniach wprowadziłem rozporządzenia zgodne z waszymi uwagami.
- Dziękuję, że mnie wysłuchaliście.
- Nie bez przyczyny jesteście rzecznikiem Watahy Srebrnego Chabra. Nie martwcie się. Na pewno nie sprzedamy naszych szczeniąt.
- Słyszałem o tym przed chwilą.
- Jaskinie medyczne mają natomiast gwarancję i obowiązek apolityczności, a każdy, kto przeprowadza się w związku z pełnionym stanowiskiem, ma mieć zapewnione tyle miejsca, by móc wziąć ze sobą bliskich. Nikomu nie wolno tego prawa odbierać.
Minęli grupkę wilków zmierzających w stronę podmokłych łowisk. Jedna z wader zwolniła na moment. Szkliwo posłał jej lekki uśmiech, a ona odpowiedziała mu tym samym. Uniosła łapę, tak samo jak kiedyś, wśród śliw przed remizą, ale tym razem na nic nie wskazywała; po prostu pomachała na powitanie, zanim przywołał ją ktoś z przodu.
- ...I jeszcze jedno. Cały las jest wspólnym dobrem watahy, zarządzanym przez jej przywódców, dostępnym dla każdego wilka.
Żuraw stąpał u jego boku, ponownie wbijając wzrok w ścieżkę.
- A co do was, towarzyszu: zadanie wypełniliście po dwakroć. Potwierdziliście to, czego się obawialiśmy, ale i odebraliście im broń, o której istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Chciałbym powiedzieć, że to koniec. Niestety to dopiero początek. Będą was szukać, bo nie wiedzą, co dokładnie zostało zniszczone... a co tylko zaginęło.
- Mam im wysłać oficjalny list, że wszystkie ich teczki zabrał ogień?
- To nie żarty. Niepokoję się o wasze życie.
- Z waszego niepokoju, towarzyszu, dziwnie najczęściej nic dobrego dla mnie nie wynika.
Zwolnił i obejrzał się. Strażnicy wciąż byli kilkanaście kroków za nimi.
To, że czegoś nie widzimy, nie znaczy, że tego nie ma.
- Długo myślałem, zanim podjąłem tę decyzję. Nie chciałbym, abyście czuli, że ktoś was wykorzystał, nawet z wami nie rozmawiając i nie pytając o zdanie. - Sekretarz skrócił krok, by znów mogli się zrównać.
„Technicznie rzecz biorąc, rozmawiamy, rzeczywiście...”.
- Ale wasza misja dobiegła końca, a przy okazji, jak rozumiem, w domu nie ma nikogo, komu musielibyście tłumaczyć się ze swojej nieobecności. Doszedłem więc do wniosku, że najbezpieczniejsze będzie dla was czasowe zejście z widoku. Oczywiście gdy alfa WSC będzie potrzebował jakiejś pomocy, będziecie mogli go odwiedzać.
Szkliwo przystanął i odetchnął głębiej. Dwoma placami chwycił krawędź jesionki i w zamyśleniu przesunął je w dół, wzdłuż poły. Agrest miał następcę. Prymula miała rodzinę. Sasanka pewnie nawet nie pamiętała jego imienia. Coś ścisnęło go w gardle, chociaż przecież sekretarz miał rację. Jak zwykle zresztą. To chyba właściwa pora, by w końcu... dać sobie spokój.
Tego dnia tyle właśnie mu zostało.
To, że czegoś nie słyszeliśmy, nie znaczy, że mówca milczał.
Gdy otworzył oczy, światło wpadło do nich tak szybko, że zakręciło mu się w głowie. Podniósł się na skrzydle, by usiąść. Przechylił głowę, wiodąc wzrokiem za ptakiem, który właśnie przepłynął po niebieskim tle i zniknął ponad koronami potężnych jesionów. Poleciał na zachód.
Nie bez powodu mówią: Nie sposób bezkarnie kontaktować się z szaleństwem.
Można co najwyżej udawać, że nie ma się ochoty zjeść mięsa pieczonego z solą w słodkim sosie. Pewnie przez jakiś czas chodzi to za każdym, kto wie, że już nigdy tego nie skosztuje. Ale kiedyś przechodzi. Ciało musi odcierpieć, a potem ozdrowieje.
„Ciekawe, co dzieje się teraz na Południu. Czy kozy wyskubały już z trawy wszystkie czterolistne koniczyny. Czy Walisa zebrała nasiona ze swoich kwiatów”.
A na Wschodzie? Po horyzont tylko lasy i łąki, znajome każde drzewo i każda ścieżka. Zapach kwiatów lipy i gładkie pnie brzóz. Zielony mech mokry po deszczu i barwne wrzosy. Rude pnie sosen i ich kłujące igiełki, ozdobione lśniącymi koralikami z czystej wody. Poranna mgła, zapach polnych traw i wieczorny chłód.
To, że czegoś nie poczuliśmy, nie znaczy, że nie może zaboleć.
- Wszystko w porządku? - Łagodny głos dobiegł znad skraju lasu.
- W porządku, Prymulko. Sekretarz pozwolił ci mnie odwiedzić?
- Powiedział, że mogę przychodzić zawsze, kiedy chcę. A szłam akurat do niego i pomyślałam po prostu, że tak tu siedzisz... Dziadek pyta, czy chcesz, żeby przekazać ci świeże dokumenty z jaskini wojskowej.
- Przy następnej okazji. Dziś muszę pomyśleć.
- O czym?
- O niczym szczególnym. I pogrzać się na słoneczku.
- A jak cień z lipy tu przyjdzie? 
- To się przeniosę tam, gdzie słoneczko dalej świeci.
Młoda wilczyca odwróciła się, planując zapewne odejść, ale zatrzymała się w pół kroku.
- Wiesz, że ja przez cały czas myślałam... jak cię nie było...
- Że jestem wilkiem?
- Tak - wymamrotała, niepostrzeżenie podkulając ogon. - Przepraszam. Po prostu spodziewałam się kogoś trochę innego...
- I ten ktoś inny nie wrócił. - Kątem oka zauważył tylko, że położyła uszy. - To ja przepraszam.
- Ale i tak jesteś moim bohaterem.
Uśmiechnął się blado. Jej ślepka wciąż patrzyły na niego tak samo, jak wcześniej. Spod ściągniętych brwi, z uwagą, właściwie do głębi badawczo, jakby nadal nie była przekonana, czy naprawdę do tego zwierzęcia pisała listy, odkąd tylko dziadek nauczył ją pisać.
Zanim odwrócił głowę, jej już nie było na polanie.
Jakkolwiek myślimy, być może znaczy to, że ktoś już pomyślał za nas.

***


Cicho. Pusto.
Przed oczami błękit nieba. Gałęzie drzew rosnących na skraju lasu poruszają się wraz z bezgłośnym podmuchem wiatru. Ziemia jest ciepła od dotyku słońca.
Patrząc na źdźbła trawy od dołu, czuje się trochę, jakby był martwy. Odkąd tylko rozpłynęły się deszczowe chmury, odkąd błysnęła za nimi niebieska przestrzeń... wszystko jest jakieś inne. Bezkres wydaje się z tej perspektywy tak dziwnie bliski.
Zawiał wiatr. Poruszył trawami. I znów jest spokojnie.
Przez sine pióro, które trzyma w palcach, przebijają się cieniutkie wiązki światła. Mruży oczy.
I, co by się nie działo, pamiętać:
Udzielać pomocy, ale nie udzielać kredytów.
„Oddałem ci wszystko, co miałem. Czy to coś da, zmieni przyszłość, a historię uchroni od powtórzenia się? Nie mam pojęcia”.
Popiół ze spalonych listów, raportów i teczek osiadł na polnych ścieżkach, odsłaniając miejsce, które powoli będzie zapełniać się na nowo. W barku wciąż stoją dwie butelki; jedna z naderwaną etykietą. Kościana zabawka będzie dalej przekazywana z łap do łap, dopóki nie zostanie porzucona pod paprocią, pamiętając historię, której już nigdy nikomu nie opowie.
Przyjmować pomoc, ale się nie zadłużać.
A ziemia milczy, ale, choć w milczeniu, przyjęła go przecież tym, czego nikt inny nie może mu dać. Przyjęła go z powrotem między swoich. W miejscu, w którym żaden wilk nie będzie przedmiotem.
„Czy naprawdę tego chciałem? Nie wiem. Ale to nie ma znaczenia. Nie każdy ruch musi być transakcją”.
Musi być tylko ziemia pod stopami. Wietrzyk, który krąży po ścieżkach nawet, gdy nikt nimi nie chodzi. Ciepło promieni na skórze. Bezkresny błękit gdzieś nad głową, nawet gdy zakrywają go chmury. I słońce u jego szczytu.
Życzliwością kształtować umysły.
„Ale jeśli ruch ten jest ceną za to, bym mógł kochać cię jeszcze bardziej i, nadal niczego nie rozumiejąc, znajdować w tym sens, to zapłacę ją za każdym razem, gdy tego zażądasz”.
Przyjemnie jest zwinąć się w kłębek i schować oczy w głębokiej trawie. To pewnie przez silne światło zaczęły tak szczypać.
Wybaczać. Zachować siły na tych, którzy chcą zranić z rozmysłem.
„Lecz ty wciąż milczysz. Tymczasem z pokorą przyjmuję więc i wolność; od gry, od oczekiwań, od zobowiązań. Pozwól mi przez chwilę wierzyć, że każdy krok to już nie tylko wspomnienie, ale i zapowiedź przeżywania tego samego bez końca. Że zdołam zapomnieć, jak to jest, pragnąć, łaknąć i pożądać nienasycenie. Osiągnąć ostateczny cel: spokój. Nigdy więcej walki, nigdy więcej lęku, że ten spokój może zostać odebrany”.
Letnie niebo powoli już łagodnieje, a na gałęziach jesionów odbijają się pierwsze pomarańczowe odbłyski.
Szukać odpowiedzi w przyrodzie: najmniej zawodnym ze wszystkich doradców.
Wiecznie zielone mchy i szum sosen zagłuszają tętent stada jeleni biegnących przez las. Srebrne chabry, żywe, świeże, razem z nim wylegują się na rozgrzanej ziemi. Myśli ulatują; na ich miejscu zostaje lekka senność, która namawia, by przymknąć powieki. I nie ma w tym nic ponad uczucie podobne zasypianiu po ciężkim dniu. I dobrze.
Słuchać rozsądku uważniej niż zasad, bo zdrowe zasady zwykły wynikać z rozsądku.
Pragnienie jest pierwszym słowem przekleństwa, jako i pierwszą drogą do odkupienia, choć nie zawsze wiesz, do czego zmierzasz. Czasem bywają to pojęcia w pełni tożsame.
A może po prostu nic już nie znaczą.

Żyć dobrze ze sobą, a po śmierci życiu pozostawić cokolwiek dobrego.



Koniec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz