środa, 16 września 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Akta przemocy”, cz. 23

Nie słońce, a księżyc,
który tylko odbija światło.


Przetarł oczy, które wciąż piekły od dymu. Gdy wdrapał się na ostatni stopień, wreszcie zdołał je otworzyć.
Kilka kroków przed nim stał stróż. Ślepia miał okrągłe, a łapy sztywne, jakby właśnie wyhamował z pełnej prędkości.
- Co ty tu robisz? Co to za zapach?! - Basior popchnął go, spadając po schodach niczym kula armatnia. Przez krótką chwilę z piwnicy nie dobiegał żaden dźwięk, poza stłumionym szelestem uczty płomieni. Szkliwo zresztą nie zamierzał czekać. Ruszył korytarzem w kierunku najbliższego okna bez szyby. - Kurwa mać! - dobiegło w końcu gdzieś z dołu. Zaraz potem kroki zaczęły znowu gwałtownie się zbliżać. - Skończony jestem, skończony... Ty! Stój!
Ptak wskoczył na parapet w tym samym pokoju, przez który wszedł, i odwrócił się na moment, by oszacować odległość pomiędzy sobą a wilkiem.
- Na Wschodzie jest jedna gościnna wataha, w razie gdybyś rozważał przeprowadzkę - odparł i wskoczył między imponujące pędy różowej malwy, porastającej pobocze drogi.
Świtało. Purpurowa łuna rozrastała się i rozkwitała na złoto, gdy w wiosce wszczęto alarm.
- Pożar! Pożar! - Stróż biegał pomiędzy budynkami i wołał przez puste okna.
Ktoś biegł już do studni z dwoma pustymi wiadrami. Z metalicznym hukiem wpadł w dwójkę asystentów inspektora Ziem Północnych, którzy taszczyli wodę w wielkiej balii.
Jeden z wilków przystanął na uboczu, nie udzielając się w ogólnej panice. Zasłonił pysk, ziewając ukradkiem, po czym przeciągnął się, rozbudzając zaspane ciało. Żuraw podkradł się do niego, torując własną ścieżkę między krzewami.
- Na oczy Matki Natury, Szkliwo! - Irosył drgnął i rzucił ostatnie spojrzenie w tłum wilków. Nadal biegały w popłochu i nawzajem wydawały sobie polecenia. - Wiesz, co tam się stało? Podobno urząd się pali.
- Kończę pracę. Już nic więcej tu nie zrobię.
- Dlaczego? Co to znaczy?
- Byłem w archiwum.
Basior zacisnął wargi i w zamyśleniu machnął ogonem.
- Wstąp do mnie. Niezbyt bezpiecznie tu teraz stać. Bez obaw, wszyscy pobiegli gasić.
- Nie zauważą twojej nieobecności?
- W tym chaosie? Żartujesz. Wystarczy że przesiąknę od ciebie zapachem spalenizny. - Skryli się za budynkami. - Archiwum. Teraz już nic nie rozumiem.
Dom wyższych urzędników był wielki, za to wnętrze pokoju na pierwszym z dwóch pięter: proste i ubogie. Niczym nie wyróżniało się spośród innych we wsi. Przez wielkie pęknięcie w zewnętrznej ścianie można było przecisnąć całą łapę.
- Wiedziałeś, że NIKL... - Ptak zatrzymał się zaraz za wejściem. Nie był przekonany, czy w jego sytuacji jakiekolwiek miejsce w siedzibie Najwyższej Izby mogło jeszcze zostać nazwane bezpiecznym. Współpracownikowi należało się jednak choć szczątkowe wyjaśnienie. - Że pozakładali sobie teczki na wszystkie watahy na swoich ziemiach? I na ich mieszkańców?
- Teczki osobowe? W starociach? - Irosył zanurzył nos w szafce wiszącej na ścianie.
- Tam za archiwum było jeszcze jedno uprzątnięte pomieszczenie. A w nim dziesiątki, jeśli nie setki teczek. - Zmierzył rozmówcę od stóp do głów. Uszy wilka zesztywniały, a ruchy zwolniły. Zza jego grzbietu dało się dostrzec stojącą na półce białą zastawę i szklane flaszki.
- A ty po prostu... spaliłeś te teczki? Jak tam w ogóle wlazłeś?
- Tak samo, jak wchodzi się do każdego innego miejsca w tym miejscu. Przez drzwi.
Basior wypuścił powietrze z długim pomrukiem.
- Muszę przyznać, że przerosłeś moje oczekiwania. A wcale się na to nie zapowiadało. - Odwrócił się, trzymając w łapach dwie butelki. Nie były pełne, ale w każdej przelewało się tyle samo przeźroczystego płynu. Jedna miała lekko naderwaną etykietę. - No, opowiadaj, co było w tych teczkach, bo umrę z ciekawości.
Ptak lekko zmarszczył brwi. W zamyśleniu przesunął pazurem po szczelinie w drewnianej podłodze.
- Czy to wódka?
- Myślałeś, że przekupili mnie tutaj swoim winogronowym soczkiem? Aż tak nisko nie upadłem. - Zaśmiał się, a jedna z jego łap drgnęła w stronę gościa. Zawahał się na moment; wyciągnął drugą i postawił przed nim butelkę. - A to coś pod twoim płaszczem, to nie przypadkiem jedna z tych teczek?
- Nie martw się, nie twoja. - Szkliwo opuścił wzrok na swoje palce, które bezmyślnie skrobały spróchniałe deski. - Ty nie chcesz wracać do domu?
- To mi obiecano. Ale to nie byłoby dobre wyjście. - Rozsiadł się wygodniej, opierając o wysokie łóżko pokryte zwichrzoną, zieloną narzutą. Dopiero teraz ptak zauważył ułożone na nim kępy mchu i dawno zaschniętych, leśnych kwiatów, które pokruszyły się od conocnego ugniatania. - To ostatnie chwile spokoju. Chcę wiedzieć, jak to zdarzenie wpłynie na decyzje Najwyższej Izby. Jeśli jest tak, jak mówisz, to właśnie przepadł arsenał, który budowali przez lata. Albo nasze słońce zgaśnie... albo niebo stanie w ogniu.
- Słońce. Nie słońce, a księżyc, który tylko odbija światło. Wystarczy zaćmienie, by niczego więcej nie oświetlił. To chyba odpowiednia chwila, żeby coś rzuciło ten cień.
- Och, żeby tak prosto było to znaleźć... - Irosył wyciągnął korek i przechylił butelkę. Odkaszlnął, gdy język nie powstrzymał zbyt dużego łyku przed wlaniem się do gardła. Wzrokiem zaprosił wspólnika do uczestnictwa w toaście. - Jeśli w domu spotkałbyś wilczycę imieniem Jemiołka, to powiedz jej... - urwał. Podrapał jednym nadgarstkiem o drugi, zastanawiając się przez dłuższą chwilę. - Przepraszam.
- W porządku. Nie śpieszy mi się. - Szkliwo posłał krótkie spojrzenie na wpół otwartej szafce. Oprócz butelek i fajansowych dzbanuszków stały w niej i kubki, podobne do tych, z których w remizie piło się wino.
- Nic jej nie mów - zakończył wreszcie, głosem ciężkim jakimś niewidzialnym ciężarem. - Pewnie już o mnie zapomniała. A nawet jeśli nie, po co rozdrapywać te rany. Wszystko miało być inaczej... Trzeba być twardym.
- Uważaj. Przy okazji można stać się kruchym, a to droga w jedną stronę. - Ptak dwoma palcami obrócił swój napitek na podłodze. Strzępek naderwanej etykiety zaszeleścił mu pod pazurem. - W każdym razie...
- I tak zostawisz mnie bez słowa więcej? Naprawdę umrę z ciekawości. Nigdy nie byłem w archiwum.
- Nie. Jeszcze jedno. - Ścisnął szyjkę butelki. - Napij się tego, proszę. - Przesunął ją w stronę wilka.
- Po co? - Ten przelotnie uniósł brwi. - Nie rozumiem.
- Nie musisz. Po prostu weź łyk. - Pochylił się, by przysunąć flaszkę jeszcze trochę bliżej. - Z butelki, którą mi dałeś.
Zapadła cisza. Irosył wyprostował się niespokojnie. Wciąż patrzył tym samym wzrokiem, jakby głębokie zaskoczenie przyrosło mu do pyska.
- Nie, Szkliwo - odrzekł wreszcie bezdźwięcznie. - Chyba rozumiem. Zdaję sobie sprawę, że jesteśmy w miejscu, gdzie nikomu nie można ufać, ale chyba zapominasz, z kim rozmawiasz. Boisz się, że chciałem cię otruć, prawda?
- Dlaczego po prostu się nie napijesz? Za zakończenie misji. Zwyczajnie zamieniamy się naczyniami.
- Wyobrażam sobie, co czujesz po tym wszystkim. Ale błagam, opamiętaj się. Nie mogę grać w tę grę i pogłębiać paranoi, w którą wpadasz.
Szkliwo wstał z westchnieniem.
- Wiem, że najlepszym dowodem twojej wierności Najwyższej Izbie byłoby ciało własnoręcznie zabitego zamachowca. Ale, wybacz, nie dziś, gdy wracam do domu.
Wilk przez bardzo długą chwilę trwał w bezruchu.
- Jednak ptaki mają coś z gadów.
- To działo się z każdym szpiegiem? Został ci już tylko strażnik uwiązany do drzwi remizy? Zakładam, że żyje, bo nie wie niczego ciekawego.
- Wie dużo ciekawych rzeczy. - Irosył opuścił wzrok na swoje pazury, które przez chwilę manewrowały po gładkiej powierzchni butelki. - Niestety tylko to, co może zobaczyć, nie ruszając się z miejsca.
- Jego szczęście. - Skrzydlaty wycofał się o krok w stronę drzwi. - Bywaj zdrów i wracaj do nas, gdy już pozałatwiasz wszystkie sprawy. Może jednak powinienem przekazać coś Jemiołce?
- Nie. - Nie poruszając głową, basior odwrócił wzrok gdzieś na ścianę. - Już nic.
Żuraw skrzywił się lekko, a może uśmiechnął, sam nie był już pewien. Był zbyt zmęczony, żeby o tym rozmyślać.
- Chciałbym umieć kłamać tak jak ty.
Na skwerku przed remizą trwał zwyczajny poranek. Stelkia wyprostowaną łapą zbierała sierść z rozłożonego na trawie koca, wyciągnięta nad nim jak wąż, aby nie deptać go tylnymi łapami, ubłoconymi od mieszaniny rosy z pylistą ścieżką. Obok niej szybko rósł stosik kłaków o przeróżnych kolorach, długości i strukturze.
- Jest Ildiri?
Wadera stęknęła i obejrzała się. Widząc niewilkokszałtne stworzenie, tylko przewróciła oczami.
- A czego ty od niej o tej porze chcesz?
- Poszła na spacer. Na spacer nad rzekę - wtrąciła Linami, która właśnie stanęła w wyjściu z budynku. - Stelki, przerwij na chwilę i chodź po miskę! Mówią, że w urzędzie coś się pali. Fijka każe wszystkim lecieć gasić.
- Niech se sama idzie stara ropucha. Ja zajęta jestem.
- No już, bo będzie awantura - warknęła i znikła wewnątrz budynku.
- No już! - huknęła za nią potężna wilczyca, ciężkimi, niewielkimi krokami złażąc z koca. Obie utonęły w mroku korytarza.
Na wodzie pod mostkiem pojawiło się drugie odbicie.
- Dzień dobry, Ildiri.
Sierść na jej karku zjeżyła się gwałtownie. Wilczyca zerwała się na równe nogi i natychmiast odwróciła do niego frontem. Otworzyła pysk, lecz nie wydostało się z niego ani odpowiedź, ani pytanie.
- Jak się czujesz? - położył skrzydła na poręczy. Przez dłuższą chwilę trwała cisza.
- Wiesz, ja...  - odparła w końcu półgłosem. - Czy ty wiesz, pamiętasz...
- O czym mówisz?
- Tak mi... - Uniosła łapę, jakby chciała poprawić uczesanie, choć to jak na złość już wyglądało nienagannie. - Przepraszam cię.
- Za co? - Podniósł głowę, czując na czole błogosławieństwo słonecznych promieni. Mieniła się od nich ciemna tafla wody, przez liście porzeczki i wierzby tryskała z nich świeża zieleń. Równina w oddali i stojące na niej domy jaśniały jak złoto.
- Bo... wczoraj w ogóle nie było mnie w pracy.
„Ależ proszę. Mnie również tam nie było”.
- Po tym wszystkim, po tym, jak Korni... Ale już dzisiaj będę.
„No cóż. A ja nie”. Skinął głową, lekko w bok, nieco obojętnie.
- Przynajmniej przez jakiś czas - dokończyła na jednym wydechu. Żuraw mocniej oparł się na barierce.
- Do czego zmierzasz?
- Potem będę miała przerwę, ale tylko na chwilę. - Przystanęła obok niego i również ścisnęła metal łapami. - Jestem w ciąży.
- O nie. - To, co usłyszał, musiał odtworzyć w myślach słowo po słowie. - Te szczenięta...
- Nie musisz liczyć księżyców. Tak czy siak będą szczeniakami, nie pisklakami - stwierdziła chłodno.
- Jeszcze raz proszę: uciekaj stąd. Kilka dni drogi i jesteś na Wschodzie. Tam cię przyjmą. Twoje dzieci będą żyły, a ty już nigdy nie będziesz musiała robić tego, co robisz.
- Nie.
- Zajmę się tobą jak siostrą. Jedzenia i miejsca będzie pod dostatkiem.
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Nie zrozumiesz. - mruknęła. - Oni mają na ojca masę haków. Naraził się już wielu moim ważniejszym... pacjentom. Wszyscy, co o nich wie więcej, niż powinien. Wszyscy ci, co spotykają się z dziewczynami, które mają z nim na pieńku. Jak mnie zbraknie, to oni go zniszczą.
- Co sprawia, że tak ci na nim zależy? Przez całe życie wykorzystywał cię jako przepustkę. Jako szpiega. Nigdy nie traktował cię jak córki, więc dlaczego usilnie próbujesz grać tę rolę? Możesz mi to wytłumaczyć?
- Mogę nawet jednym słowem, co tak się go boisz. Mił...
- A czy on tak samo cię kocha? - przerwał jej cicho.
Właśnie w tamtej chwili, gdy wodził wzrokiem po czarnych kosmykach na jej szyi, zdał sobie sprawę, że widzi ją po raz ostatni. Oczy wilczycy błyszczały, tego dnia wyjątkowo wyraźnym blaskiem, a pod nimi, na powiekach, tworzyły się pojedyncze zmarszczki goryczy.
„Nakideron... Oby twoje królestwo zepsucia upadło, ciągnąc cię za sobą. I obyśmy się więcej nie spotkali”.
- Nadal nie wiadomo, co z Awitą?
- Ona odeszła. - Wilczyca objęła łapą przeciwległe ramię.
- Dokąd?
Wzruszyła ramionami. W milczeniu zaczęła zdzierać z poręczy grudki rdzy.
- Skąd to wiesz?
- Odeszła do swojej rodziny. Może być? - burknęła.
„Po prostu odeszła. Dobry losie, niechby to była prawda...”.
Jej słowa zastąpiło skrobanie pazurów o metalową rurę. Nie wyglądała, jakby miała jeszcze coś dodać, a on nawet nie wiedział, o co mógłby zapytać. Ominął ją płynnie.
- A ty dokąd? Nie do pracy? - usłyszał za plecami.
- Z pracy.


Po jednej stronie szumiał mu las, po drugiej wróble świergotały na łące. Bujna trawa uginała się pod stopami. Wszystko było jakoś tak. Jakoś tak... że nawet nie chciało mu się przyspieszać kroku. Unoszące się nad ścieżką bielinki i cytrynki wyglądały jak zerwane przez wiatr liście baśniowych drzew. Od wschodu wiał lekki wiatr. Niósł woń suchego, sosnowego drewna.
Został sam. Właściwie nic się nie zmieniło. Dalej miał płaszcz na grzbiecie. Pióra na piersi drżały przy każdym powiewie, na kilku pazurach widniały drobne rysy po otarciu kamieniami.

Ile zim, ile lat
Ile wody upłynęło
Ile życia minęło beze mnie
Ile żyć odeszło ode mnie

Im dalej na wschód, tym bardziej pochyła była ścieżka, to w górę, to w dół. Usiadł w trawie, na zboczu łagodnego wzniesienia. Spał na nim kiedyś; dawno, gdy szedł tą drogą pod raz ostatni. Wtedy też obok nie było nikogo. Choć dopiero tym razem czuł, że naprawdę nikt nie patrzy. Nikt niczego nie oczekuje. Nikt właściwie wcale na niego nie czeka.
A na co on czekał? Co czekało go w domu?
Położył się wśród żółtych oczek wrotyczy. Zbliżał się wieczór.
Zdawało mu się, że spał krócej niż trzy uderzenia serca, a mimo to sen przyniósł mu ciszę w głowie i pustkę w myślach. Była jeszcze noc, gdy ruszył dalej.
Im bliżej był celu, im dalej odpływała biała wioska, tym mocniej czuł, że nie ma żadnego planu. Czy musiał go mieć? Stało się coś, czego ciągu dalszego nie dało się jeszcze w pełni przewidzieć. Pozostało mu czekać - bez próżnych pytań.

Po wysokiej, wysokiej trawie
Pójdę wyprostowany
Pełną piersią zaczerpnę powietrza z tych pól
Których smak już dawno zapomniałem

Rankiem dnia trzeciego obudził go blask pioruna. Niebo zasnute szarością i wielkie krople, które bez opamiętania chłostały gałęzie krzewów, nie zachęcały do dalszej podróży, ale był już zbyt blisko, żeby myśleć o zwlekaniu. Na ziemi Watahy Szarych Jabłoni nie spotkał żywej duszy. Wszyscy zapewne przysypiali w swoich norach.
Oto i ostatnia granica, orientacyjnie wyznaczona na przełomie jednej z polan i krawędzi lasu. Stała tu stabilnie, nieruchomo, tak samo, jak ją zostawił; jakby było to ledwie wczoraj. Wszystko tak zwyczajnie. Słyszał tylko wszechobecny szum i nieskończony stukot.
Zwyczajnie. Właśnie tak. Przecież nic tu się nie zmieniło. Tylko jemu gardło ściskało się przy każdym wdechu i skrzydła zaczęły drżeć. Rozłożył je lekko, by poczuć odbijające się od nich chłodne drobiny. Kałuże na ścieżce pluskały mu pod stopami.
Szarość chmur przybrała tak dziwnie ciepły odcień. Promienie lądowały prosto na rudych pniach sosen. I oczy od nich pojaśniały. I w piersi coś zaczęło mrowić. Deszcz kapał na czoło, przecierał strużki na policzkach, choć chyba nie sam.

Wśród stogów wysokich
Złote ściernisko
Postawię bosą stopę
Ziemia przyjmie mnie życzliwym ciepłem

Dokąd indziej mógłby udać się najpierw, jeśli nie do jaskini alf... lecz dziwnie byłoby tak po prostu zameldować się w środku. Nie ostrzegł, że wraca. Zasadniczo kazał im już nawet nie pisać do siebie listów.
„Ale obiecałem, że wrócę. No, to jestem”.
Jak to możliwe, że kiedyś nie było dla niego żadnego NIKL-u? Że jego świat ograniczał się do berberysowej polanki i tej jaskini, do której codziennie właził bez pukania?
Przystanął.

Parę kroków
I pole mnie wspomni
Witaj z powrotem, powie, w domu
Witaj w domu, stary

- Słyszysz? - Nie rozpoznał tego głosu, choć z pewnością należał on do wilczycy. - Ktoś tam się kręci przy wejściu. Czy to nie goniec z wiadomością?
Kroki zaczęły gwałtownie przybliżać się do jego bezpiecznej pozycji. Zamarł.
- Jaki goniec? Hiekka po prostu by wkroczył. - Drugi, chrypliwy... To był Agrest. Nawet przez szumną zasłonę deszczu czuć było czas, który upłynął, odkąd Szkliwo słyszał go po raz ostatni. - Malutka, wyjdź zobaczyć, co to za spóźnialski zawraca głowę o tej porze! - Udawał poirytowanie, lecz beztroska, która przez nie przebijała, jasno świadczyła, że, nie bacząc na popołudniową już porę, wcale nie jest znużony przyjmowaniem interesantów.

Ni domu, ni klamki
Ktoś powie z wyrzutem
Niczego nie zdobyłem, nie odłożyłem
Tylko służyłem - wiernie i uczciwie

Brzmiał jak dawno zapomniana piosenka. Szkliwo słuchał każdego dźwięku, jakby poznawał ją na nowo, i jakoś nie mógł uwierzyć, że to wciąż ten sam utwór.
Wtedy z jaskini wysunął się zgrabny pysk o uniesionych z zaciekawieniem brwiach i szeroko otwartych oczach. Wilczyca strzepnęła uchem, na które spadła duża kropla. Złączyli spojrzenia.

Lecz bogatszych ode mnie
Nie ma na świecie
Odkąd na ziemi rodzimej stanąłem
Odkąd przeszedłem po niej boso

Ptak przypominał kilka innych, które musiała znać, lecz jego oblicze było jej obce. Zastygli naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem. Cień niepewności w jego oczach naraz przerodził się w uśmiech; dziwnie przeźroczysty, jakby uśmiechnął się do siebie samego. On rozpoznał tę złotą sierść, a na niej beżowe plamy, po wielokroć większe niż ostatnim razem.
„A więc to ty. To szczeniątko, które pisało listy... to ty”.
- Dzień dobry... - Wilczyca subtelnie odchyliła głowę, by zawołać do wnętrza jaskini. - To jakiś... Nie, to nikt z WSC. To jakiś ptak.
- Ptak?! - Zachrypnięty głos wybrzmiał z mocą. Głęboko w jaskini rozległo się sapnięcie; wilk zerwał się na nogi. Zaraz po nim jednak dało się słyszeć zadyszkę i klapnięcie na piach. - No gdzie on jest, niechże wejdzie!
Odwróciła głowę i uprzejmie odsunęła się od przejścia. Deszcz wybawił jaskinię od pogrążenia się w ciszy.
- Szkliwo, niech mnie jasność nie opuści - stary głos w połowie zdania przerodził się w szept. Chude łapy wyciągnęły się najdalej, jak mogły. - Bracie ty mój.
Posłusznie zbliżył się na tyle, by owinęły się na jego karku. Przełknął ślinę. Zdawały się kruche; tak znajome, tak bliskie, a jakoś dziwne obce. Drżący oddech basiora urwał się na jego ramieniu i rozbrzmiał ponownie.
- Ale... jak to? - dobiegło z tyłu. Zagłębił palce w chłodnym piasku. Czując, że uścisk starego wilka słabnie, odsunął się delikatnie i odwrócił. Wilczyca spuściła wzrok, jakby z nieśmiałości, choć nie zatrzymała go na ziemi, a gdzieś na jego nogach; dwóch nogach i bordowym płaszczu. - Cześć, Szkliwo.
- Cześć, Prymulko.
Zdumienie, które przed chwilą uniosło jej brwi, powoli więdło. Pomimo niezręczności chwili, nie mógł oderwać wzroku. Obserwował, jak czerń źrenic zaostrza się, jak zaczyna błyszczeć. Wreszcie ukazało się w pełnej krasie ono: szczere, niewinne rozczarowanie. Spodziewany ciąg zjawisk dopełnił się co do szczegółu.
- Sia... siadaj. - Stary wilk sam usadowił się wygodniej. - Prymulka zaraz pójdzie do łowców. Pewnie zgłodniałeś w podróży.
- Nie, nie! Dziękuję, nie kłopoczcie się. I tak najpierw muszę odwiedzić sekretarza.
- Sekretarza? - Agrest skrzywił się przelotnie. - Po deszczu będziesz biegał? Dopiero co wróciłeś, pewnie ledwo na nogach stoisz. Po co ci teraz sekretarz?
- Nie chcę, żeby dowiedział się od przypadkowych świadków, że już jestem.
- No dobrze, niech ci będzie. Więc wróć wieczorem. Rozpalimy ognisko. Będziesz miał duuużo do opowiadania. Prawda, Prymulko? Odkąd przestałeś pisać, bez końca suszyła mi głowę, żebym pisał do NIKL-u o urlop dla ciebie, żebyście mogli razem wybrać się na polowanie. - Zaśmiał się z cichym świstem, a oni jak na komendę zaczęli wzrokiem szukać czegoś w piasku. Odkaszlnął.
- Jasne, przyjdę wieczorem.
Wilczyca jeszcze niżej opuściła pysk, podniosła łapę i w jednym mgnieniu przesunęła nią po policzku. Spojrzeniem odprowadziła żurawia do wyjścia, nie wypowiadając ani słowa.
I to wszystko. Znowu był w domu. Nagle byli blisko: Prymula, Agrest i sosnowy las. A jednak praca jeszcze się nie skończyła.
Ścieżka na południe w kilku miejscach zaczęła zarastać, w innych nieco zmieniła kształt. Nie spodobała mu się ta zmiana. Kto nią chodził? Banda pijaków? Dopóki Agrest deptał ją codziennie, od początku do końca na swoich obchodach, trzymała się w lepszej formie.
Znad jeziora dobiegały jakieś krzyki. Wyjrzał z lasu. Na Polanie Życia zebrało się całkiem spore grono znajomych pysków z obu watah.
- Dziś miał być dzień naszego zebrania!
Lagimira. Jedna z towarzyszek z rady sekretarza. Za nią stali i inni jej członkowie. Co robili w WSC?
- Wykluczone. Dziś w nocy będę ze szczeniętami podchodzić tu zwierzynę. Wszystko przepłoszycie! Nie macie w swojej watasze miejsc na zebrania?
- Dogadamy się. - Wilczyca potarła czoło łapą. - Przyjdźcie z dziećmi na zebranie. Gonić dziki możecie codziennie, a okazja do obcowania z ideą to już nie oczywistość.
- Wiesz co? Pluję na tę waszą ideę - warknął nauczyciel. Odwrócił się, by odejść. Szkliwo niemal równocześnie zrobił to samo, by nie rzucić się w oczy nikomu ze zgromadzenia. Wtem znów rozległo się wołanie.
- Towarzyszko Prymulo! Jesteście wreszcie. Nie wiem, jak mam to rozumieć. Czy towarzysz Agrest nie zgodził się na dzisiejsze zebranie w WSC?
- Zgodził się, oczywiście, że się zgodził! - Wybiegła z lasu. Ptak odwrócił się jeszcze na chwilę. - Przecież trochę wilków od nas też chciało uczestniczyć.
Zatrzymał się, zanim ruszył swoją drogą. Skrzydłem mocniej przycisnął do siebie gruby plik kartek. 
„Irosył miał jednak trochę racji. Najwyższa Izba wypaczyła mnie bardziej, niż myślałem, jeśli wszędzie widzę podstęp i kalkulację. A jednak... nie umiem inaczej”.
Zamiast do WWN, skręcił na inną ścieżkę.
Po sosnowych igłach spływały lśniące krople. Każda gałąź, ozdobiona dziesiątkami koralików, błękitniała, odbijając obraz piór oświetlonych świeżym słońcem. Pod sam wieczór wyjrzało po deszczu i nagle cały las zaczął inaczej mówić spokojniejszym głosem.
Wszelkie ziele na mokrej ziemi, wilgotna kora i igliwie pachniały po stokroć mocniej. Chciało się wdychać tę świeżą woń pełną piersią.
- Delta. - Ptak zajrzał do jaskini medycznej, cofając się o pół kroku, gdy tylko dostrzegł krzątającego się wewnątrz medyka.
- O, wróciłeś już z krain dalekich?
- Potrzebuję pomocy.
- Nie wyglądasz. Pilne?
- Nie, mogę poczekać.
- To czekaj.
Usiadł więc przed jaskinią, w głębokiej trawie. W zadumie powiódł po niej skrzydłem. Ze stojącej naprzeciwko sosny ze stukotem spadła sucha gałązka.
Niebawem z jaskini wyszła dwójka wilków. Nawet ich nie znał. Możliwe, że przybyli z Watahy Wielkich Nadziei. A może to jacyś wędrowcy korzystający z miejscowej gościnności?
- No dobrze, co ci tam potrzeba? - chrypliwy głos starego basiora dobiegł zza wejścia. Delta nie fatygował się na zewnątrz. Gdy ptak ponownie znalazł się w jego czterech ścianach, on już stał przy swoim schowku z lekami. - Zwalili się dzisiaj ci od Nadziei na łeb, że ledwo przyszło zaopatrzyć szczeniakowi skręconą łapę. Kiedy ja mam się nimi niby zajmować? - gderał, przekładając swoje słoiczki z miejsca na miejsce. Na pierwszy rzut oka można było odnieść wrażenie, że wykonuje zupełnie przypadkowe ruchy, jednak po dłuższej chwili nie dało się nie zauważyć, że obok siebie kończą tylko te same liście i identyczne kolory proszku. Jednym ślepiem obejrzał się przez ramię, a spojrzawszy, rozluźnił pysk i zatrzymał łapy. - No, mów. Już mam czas.
- Na karku mam kawałek skóry do wycięcia.
- Co też ci przyszło do głowy. - Odbił się od ścianki z suchych gałęzi, w które powtykane były flakoniki i pudełeczka. - Zapamiętaj sobie, że ostatnie zdanie w tej sprawie ma wilk uczony.
- Widzisz, głupia sprawa. - Nachylił się, aby malutki basior mógł zapoznać się z powodem wizyty.
- A co to za zawijas? No, jest tu wokoło lekki stan zapalny, ale księżyc o połowę się skurczy i wszystko się zagoi, jak dwa i dwa to cztery.
- Muszę się tego pozbyć.
- Zmyć się nie da? Albo zetrzeć?
- Owszem, razem ze skórą.
- Ki diabeł - wymamrotał Delta, gładząc łapą wibrysy na swoim pysku. - Zaklęcie jakieś? Co to robi?
- Teraz już nic - odrzekł ciszej.
- W takim razie nie ma sensu tego ruszać. I tak nie widać pod piórami.
- Delta. - Ptak chrząknął. - Proszę. Jak mi nie pomożesz, to sam jakoś to zrobię. Okaż trochę współczucia i zajmij się tym tak, żeby mniej bolało.
- Zostanie ci po tym blizna jak stąd nad morze.
Nie słysząc już w ustach medyka bezwzględnego zacięcia, Szkliwo uśmiechnął się łagodnie.
- Wszystko jedno. Wolę taką pamiątkę.
Mały wilk poruszył nosem, zastukał palcami w ziemię. W końcu pokręcił głową.
- Czekaj, przyniosę nożyk i spirytus... i nici, tak. - Westchnął. - Ech, wy politycy. Uparte toto jak kozioł.
Noc osiadała na trawach, a cienie z rodzącego się właśnie ogniska tańczyły po skałach i drzewach. Agrest samotnie siedział przed swoją jaskinią i stękał, jedną łapą wachlując płomień liściem paproci, a drugą namiętnie trącając go giętkim patyczkiem. Jego tylne nogi ułożone były krzywo, jakby mięśnie przestały już trzymać je w ryzach. Grzbiet wyginał się przy każdym mocniejszym ruchu.
Ptak przysiadł się do ognia.
- Jesteś wreszcie! I co powiedział sekretarz?
- W końcu u niego nie byłem. Gdzie Prymula? I Sasanka, i Legion?
- Prymulka poszła do łowców. Pewnie jesteś głodny? Może uda się coś jeszcze dostać, to od razu będziemy mieli na śniadanie.
- Dla mnie nie trzeba. Najadłem się po drodze liści chrzanu.
- Nie można tak o samej trawie, bo ci twoje piękne berberysowe oczka od tego zzielenieją!
- A Sasanka i Legion?
- Ach, Legion. Legion dyżuruje dziś w jaskini wojskowej. Ostatnio w ogóle dużo czasu tam siedzi. A Sasanka pewnie przyjdzie na noc. Albo i nie.
Ogień sunął po równo ułożonych gałęziach. Dotarł do kępy mchu, która zasyczała i zaczęła się kurczyć.
- Tyle czasu... I nic nie powiesz? - mruknął stary wilk. - Nie kazałeś do siebie pisać, a teraz zachowujesz się, jakby twojej wyprawy w ogóle nie było. - Gdy spojrzał na niego, być może mając nadzieję do czegoś go tym zachęcić, ptak w bezruchu wciąż gapił się na ognisko. Na słowa, a następnie niecierpliwe chrząknięcie, nie odpowiedział wcale. W końcu basior przestał pytać. Tylko jego świszczący oddech mieszał się z trzaskiem płonących gałązek. - Powiem ci, że ja ostatnio już za niczym nie nadążam. Sekretarzowi uwidziało się, że może rządzić nami wszystkimi i robi nam tu wielki sojusz watah. Wiesz co? Czasem mam ochotę sam pójść do tego twojego NIKL-u i powiedzieć, żeby zrobili z nim porządek! Może dlatego tak drań chce z nimi walczyć? - zachichotał.
„I co ja mam niby mu odpowiedzieć?”.
Skrzydlaty podniósł się i ruszył ku jaskini.
- No i co z tobą się dzieje?! - zawołał Agrest, sztywno odwracając głowę, na tyle, by nie musieć zmieniać pozycji. - Martwy wróciłeś, czy co?
Zatrzymał się zaraz za ścianą, w zupełnej ciemności. Szumiało mu w głowie.
„Jeśli się wycofam, niczego nie zmienię. Wszystko pójdzie na marne”.
- Myślisz, że nikt nie widział, co się z tobą dzieje - dobiegający z zewnątrz głos basiora nieco przycichł. - A ja po każdym twoim liście się bałem, że to będzie ostatni.
W kątach jaskini tańczyły nikłe echa płomieni. Cienia wilka nie było stąd widać. Szkliwo zacisnął palce na chłodnym piachu. Jeden oddech, drugi, trzeci. Wszystko, byle nie pociekło z oczu.
- Masz czyste kartki? - rzucił za siebie.
- Są na dnie schowka - burknął alfa. - O, malutka, jesteś wreszcie! Łowcy mieli coś dla nas?
- Akurat zbierali się na polowanie. Powiedzieli, że z samego rana przyniosą.
„Zło dobrem zwyciężaj... a jeśli dobra nie ma?”.
Ptak wrócił po chwili, niosąc kilka żółtawych stron i zwęglone polano. Rzucił krótkie spojrzenie Prymuli, która usiadła tuż przy Agreście, wtulając się w jego sierść. Widział teraz wyraźniej, że w istocie była jeszcze dzieckiem. Jej zielone ślepia obserwowały teraz odbiorcę swoich dziecięcych listów spod nieznacznie ściągniętych brwi. Basior objął ją ramieniem i końcami palców zaczął gładzić jej złotą sierść.
„Mniejszym złem pokonuj większe”.
- Trzeba to wszystko spisać. - Szkliwo położył kartkę przed sobą, na trawie. 
- Co? - Alfa nieufnie uniósł głowę.
- To, co powinien wiedzieć sekretarz.
Agrest tylko westchnął ciężko. Uchylił pysk, ugryzł się w język. Zamknął pysk. Suchym kijkiem poruszył drewno w ognisku. Potem siedzieli w ciszy, słuchając długiej, monotonnej pieśni świerszczy.
Następnego ranka mgła unosiła się aż do koron drzew. Pogoda była leniwa. Kto mógł, otwierał tylko jedno oko, by sprawdzić, jak wysoko może być już słońce, i spał dalej. Kto zwlókł się z posłania, temu powieki kleiły się jeszcze przez dłuższy czas, a stopy szurały po przemoczonym piasku.
Szkliwo zawiesił się w stanie pomiędzy, zwinięty w kłębek wokół schowanej pod płaszczem, papierowej przesyłki. Nie chciało mu się spać, ale jakoś nie mógł pozbierać się z ziemi, choć podejrzewał, że jeśli będzie zwlekać, spóźni się na śniadanie do jaskini alf. Wszystko jedno; i tak nigdy nie zjadano tam wszystkiego za jednym razem. A jeśli nie zostałyby żadne ostatki, łąki były pełne szczawiu i nornic. Przeciągnął się więc i dalej wsłuchiwał w odgłosy pojedynczych kropel spadających na trawę z gałęzi berberysu.
„I co, gdy mniejsze zło pokona większe? Pozostanie mieć nadzieję, że zwycięzcy rozpoznają złe w gorszym i nie pozwolą historii powtórzyć się na własnej ziemi”.
Nieopodal jaskini sekretarzowskiej przesiadywała grupa bliżej nieokreślonych wojskowych. Okrzyk rozpoczynający pieśń poniósł się w niebo jak echo gromu po górskich szczytach. Mimo że słońce dopiero wzeszło, ogień już wesoło trzaskał w centrum i zdawał się bujać w rytm śpiewnych słów.
Przed samą siedzibą władzy stało kolejnych dwóch strażników.
- Kto idzie? - rzucił jeden z nich.
- Rzecznik WSC.
Wilk już odwracał się, by ruszyć do przywódcy z meldunkiem, gdy z wewnątrz dobiegł krótki rozkaz.
- Wpuścić!
Odstąpił od przejścia. Ptak wszedł do środka, prewencyjnie lekko pochylając głowę. Coś ścisnęło go w piersi. Minęło sporo czasu, odkąd rozmawiali oko w oko. Odkąd w ogóle rozmawiali, bo listy, które wymienili, rozmowy nawet nie przypominały. Tak wiele się zmieniło. A jeśli sekretarz oczekiwał... na przykład dalszej korespondencji i ustalenia kolejnych kroków? Jeśli postanowi wyciągnąć konsekwencje z samowolnego działania i powrotu swojego szpiega? Jeśli zebrane informacje nie wystarczą?
Ableharbin właśnie był w trakcie samotnego śniadania. Oblizał wargi i powitał gościa uśmiechniętym milczeniem. On był jak posąg. Wcale się nie zmienił.
- Towarzyszu sekretarzu, skończyłem pracę. - Sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej zgiętą na pół kartkę i położył przed wilkiem. Ten spojrzał na nią w milczeniu. - Wydaje mi się, że zrobiłem tyle, na ile pozwoliły mi okoliczności.
- Słucham was z pełną uwagą.
Szkliwo odetchnął, dając sobie czas do namysłu. Jego skrzydło poruszyło się pod płaszczem.
- NIKL ponad wszelką wątpliwość planuje interwencję na naszych ziemiach.
- Jak udało się to ustalić?
- Rozmawiałem z przewodniczącym.
Basior kiwnął głową, z lekka marszcząc brwi, choć ruch ten szybko przykrył pojedynczym mrugnięciem.
- Czy udało się ustalić, jakimi siłami dysponuje?
- Pozwalam sobie załączyć przykład.
Dwie teczki z hukiem uderzyły w głaz. Delikatnie uśmiechnięte oczy Ableharbina zatrzymały się na nich bez cienia czytelnych emocji.
„Jeśli ten okruszek władzy ma pomóc ci poznać smak chleba, którym karmiła się Najwyższa Izba... Przynajmniej teraz wiem, w czyich znajduje się łapach”.
- Zastrzeżone. Mundus, Szkliwo - przeczytał. Powolnym ruchem przesunął łapą okładkę leżącą na górze i odsłonił tę spod spodu. - Zastrzeżone. Ableharbin. Ach tak.
- Pomyślałem, że gdy się o nich dowiecie, będziecie woleli być spokojni o własną.
- O własną. - Basior skinął głową. - A to? - Podniósł plik dokumentów leżący na górze; otworzył.
- Akta jednej osoby, które wolno mi upublicznić. Wiem, co się z nimi stanie.
- Pieczęć NIKL-u... po wewnętrznej stronie okładki.
- Oznaczali dla siebie, nie na pokaz.
Basior kiwnął głową. Przekartkował zbiór, w kilku miejscach zatrzymując się na dłuższą chwilę. Szkliwo obserwował jego pysk, nie ważąc się poruszyć nawet piórkiem.
- No, no, ciekawe rzeczy.
- Zważywszy na to, do jakiej szczegółowości i cierpliwości jest zdolny NIKL nawet w przypadku najniższego urzędnika, Wataha Szarych Jabłoni raczej nie będzie wątpić, że ten sam aparat tak samo zdolny jest planować wojnę. Jest tam też... dowód na istnienie obozu pracy dla więźniów.
- Coś pięknego. - Ableharbin doczytał stronę i odłożył teczkę. Ujął w łapy drugą, podpisaną swoim imieniem. Otworzył, przerzucając kilka stron. - Nie pytam, czy do niej zaglądaliście.
- Nie odpowiadam.
- „Profil w trakcie uzupełniania”.
- Nie zdążyli jeszcze spisać wszystkiego, co ich interesowało.
- I już nie zdążą. - Basior umilkł, przesuwając łapą po krawędzi kartki. Wreszcie podniósł wzrok i westchnął głęboko. - Dobrze. W porę. Czy potraficie oszacować, ile podobnych mają w posiadaniu?
- Jedną.
- Słucham?
- Akta WSJ zostały przez kogoś wypożyczone. Reszta spłonęła przed kilkoma dniami.
- Spłonęła - powtórzył sekretarz wolno. Położył jedną teczkę na drugiej, swoją ponownie chowając pod spodem. - Przechowam je. Doskonale rozumiecie, że to zbyt ważne zasoby, aby chodzić z nimi po lesie. Ta jaskinia będzie najbezpieczniejszym miejscem.
- Miłej lektury.
Wilk uśmiechnął się uprzejmie.
- Chcę, żebyście wiedzieli, że doceniam tę ofiarę - oświadczył tonem równie oficjalnym co wcześniej.
Skrzydlaty skłonił się lekko.
„Ofiarę ze zgody na to, byście zobaczyli dokument wytykający mi odruchy, których jesteście w tej właśnie chwili beneficjentem?”.
Wziął wdech, zanim zdążył przemyśleć, co powinien powiedzieć. Przełknął ślinę.
- Polecam się na przyszłość.
- Fakt, jak spójne są ukryte w was sprzeczności, nie przestaje mnie zadziwiać, towarzyszu rzeczniku. - Wilk rozłożył łapy w uprzejmym geście pożegnania. - Cieszcie się wolnym dniem. Pewnie to wam teraz najbardziej potrzebne. Znajdę was, gdy zajdzie taka potrzeba.

Cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz