czwartek, 26 marca 2026

Od Katarakty CD Puchacza - „Powrót z Wygnania”

 Kapanie w stęchłej części jaskini wojskowej roznosiło się rytmicznym pluskiem po korytarzach. Skazana leżała skulona, wciśnięta pomiędzy wilgotne, pobielane wapnem stalagmity. Wiosenne roztopy sprawiły, że najniższe dołki w rozpadlinie były ciągle pełne od zimnej wody, co nie zostawiało jej zbyt wiele miejsca na leżenie o suchej łapie. Pomimo wilgoci i zimna, nie ruszyła się z tego miejsca od…w zasadzie nie wiedziała jak dawna, nie miała dostępu oglądać słońca. Nieopodal niej stała nienaruszona szarawa breja w kawałku wklęsłej kory, którą wojskowi czasami podrzucali jej w dół osuwiska, żeby nie czuć, że głodzą więźniów. Dzisiaj wyjątkowo głośno szczury chrobotały w szczelinach. Wyjątkowo cicho rozmawiali szeregowi. Coś się stało? Ich ognisko nadal jaśniało w górze korytarza, pozwalając jej widzieć cokolwiek w tej ciemności. Katarakta łypnęła w górę, strosząc uszy. Kropla wody zwisała ze skalnego kła nad jej głową. Wisiała tam w roli jej jedynej wyroczni i co kilka  być może minut, może godzin, uderzała z pluskiem albo w podłogę albo w jej czoło. Był to jej osobisty metronom, po którym liczyła upływający czas. Osiem i pół kapnięć dzieli jeden posiłek od drugiego. Niedługo nastąpi szósty. Pokuśtykała do drewnianej miski. Piski szczurów drapały jej czaszkę od środka. Odwróciła się nagle, żeby zobaczyć kilka biegnących przez ciemności kształtów. Przynajmniej to było realne.
***
Rzucała kamieniami w ściany, żeby przegonić te piszczące szkodniki. Gdy kamienie się skończyły, rzuciła garściami z papką.Te jednak zamiast uciekać, przychodziły na dno jej osuwiska jeszcze liczniej, żeby zlizywać breję ze ścian. Czarne i szare kształty przemykały na krawędzi jej pola widzenia, a gdy próbowała je przyłapać, wydawało się jej, jakby to cienie cofały się z powrotem do szczelin, przestraszone światłem jej jasnego futra. Podchodziła bliżej, a ciemność rozstępowała się, lecz czuła, że nie z przestrachem, ale ze wstrętem.  
***
Czasami latające kształty przylatywały, żeby wyłapać muchy latające nad jej niedojedzonym glutem. Skrzydlate, bezgłośne demony, jeszcze bardziej nieuchwytne i niedostrzegalne od tych drepczących. Wadera nigdy nie umiała ocenić, czy właśnie przelatują kilka metrów stąd czy wiszą dosłownie przed jej pyskiem. Czasami niejeden się pomylił i zanurkował w jej futro, a jego ostre, szpilkowate palce skrobały ją po grzbiecie. Katarakta nazwała je szperaczami. Ich ugryzienia nie były bolesne, ale mało rzeczy w jej aktualnym padole były równie nieprzyjemne.
***
Kapnięcie metronomu. Leżała na plecach, do połowy zanurzona w płytkiej kałuży lodowatej wody. Jeden ze piskaczy przebiegł jej po brzuchu, ta jednak nie drgnęła.
- Chesz trochę? -Wyszeptała, jak poczuła, że coś ją podgryza.- Masz.- Rzuciła kawałek sarniej chrząstki w ciemność. 
Ciche dreptanie po mokrej podłodze, małe łapki przystają, cień cichnie, praktycznie nie oddycha. Znowu ciche kroki, po nim szuranie chrząstki po granitowej posadzce. Kolejne piski, reszta stada zbiega się do łupu. 
Często rozmawiała z piskaczami, będącymi jej jedynymi stałymi towarzyszami. Rzadko była w stanie je odróżnić, ale nie mogła się ich pozbyć, więc uznała to za zrządzenie losu. Jednego nazwała Kapryś, drugi Jełop, inny Zgredek, Tłusty i Tyci. Większość była w odcieniach brązu i szarości, ale tak długo się im przypatrywała, że jakoś nauczyła się je rozpoznawać. Głównie wtedy, gdy wojskowi akurat palili ognisko. Zdążyło się nawet, że obudziła się, a jeden z nich spał przytulony do jej pleców.
***
– Dzień dobry. - Usłyszała z góry osuwiska, co wnet przegoniło jej towarzyszy z powrotem do szczelin. Coś spadło z głuchym tąpnięciem na dno.– Jedzenie. Dzisiaj pierwszy dzień pracy. Jedz. 
Spojrzała w górę. Dawno nie widziała takiego kształtu cienia. Był ogromny w porównaniu ze szperaczem. 
- Wrócę w południe z listami od Agresta i torbą.- kontynuował.- Dzisiaj idę z Tobą. Zapoznasz się z drogą, z załogą Sekretarza i może nim samym.
Rozpoznawała ten głos jak przez mgłę. Słyszała go już gdzieś, ale oczami wspomnień widziała tylko wirujące, złoto-krwawe płomienie, a nie twarz, do którego należał głos. Pomyślała więc, że musi być bardzo ciepły, ale lepiej nie podchodzić zbyt blisko. Cień znikł zanim zdążyła przypomnieć sobie, jak wypowiedzieć odpowiedź. 
Znów oplotła ją obezwładniająca, lodowata cisza.
- Zostawiłaś mnie.- Z głębi jaskini dobiegło szeptanie dziecka…z jednej ze szczelin.
Kataraktę przeszył dreszcz lęku. Szukała w bladym, nikłym blasku kogokolwiek. Obeszła niepewnie rzędy formacji skalnych, brodząc przez płytkie kałuże aż do ściany naprzeciw niej. Widziała tylko delikatny zarys jej własnych łap wystawionych na wprost, błądzące skały.
- Halo?- Wyszeptała.
- Jak mogłaś.- Znów ten cichy głosik. Usłyszała, skąd dochodzi.
- Ja?- Jakiś gruchot upadającej skały dobiegł z prawej. Spojrzała wprost na dziurę po odłamanym kamieniu w rogu jamy. We wnętrzu błysnęły żółte, wilcze ślepia. 
- Tak się bałam. Nikt mnie nie zauważał. A potem jeszcze ty.- Znała ten głos…nie słyszała go od dawna.
- Domael…? - Szepnęła z niedowierzaniem, jakby miała już nigdy nie użyć tego imienia.
- Zostawiłaś mnie. -Jej głowa sterczała w ciemnościach otworu, a wzrok wlepiony miała prosto na nią.- Nawet nie przyszłaś, żeby się pożegnać. Byłam ci tak obojętna?
- Siostrzyczko, ja nie wiedziałam, jak mogłam.- Zaczęła się plątać we własnych słowach, śmiejąc się nawzajem i przepraszając.
- Porzuciłaś nas. Dla czego? Dla tych wilków, którzy również cię nie zaakceptowali? Bo byłaś obca?
- Wcale nie.- Cofnęła się.- Byli wielokrotnie bardziej otwarci niż wy wszyscy.
- A ja?- Słyszała płacz przebijający się przez słowa.- Czym ja ci zawiniłam siostro, żeby o mnie tak zapomnieć.
- Nie, Domael to nie tak. - Rzuciła się w kierunku szczeliny i próbowała wyciągnąć ją ze środka. -Jej łapa zatrzymała się na nicości.
- Może pożegnasz się jak przystało na rodzinę, co?- Męski głos za jej plecami, odwróciła się w jego kierunku.- Tak się odpłacasz po tym, jak cię wychowałem?
Biała podkuliła łapę pod brzuch. Jej umysł nie potrafił sklecić jednej dobrej myśli w obliczu przerażenia.
- “Dobrze mu tak”?- Warknął z ciemności, już dużo bardziej agresywnie. Był krok od skoczenia jej do gardła.
- RUSZAMY! - Trzeci głos, tym razem ze szczytu osuwiska.
Przerażona łypnęła w górę na wilka, nie będąc do końca pewną, czy to nie kolejna zjawa.Stała w bezruchu aż sam podirytowany nie ruszył w jej kierunku.
- Nie przypominam sobie, żebyś ogłuchła. No, tu jest worek.- Zarzucił jej na plecy.- Idziemy.- Zirytowany, ale niegroźny.
Jej oczy prawie wyskoczyły z orbit. Pamiętała jednak. Ogień. Ciepły, nie zbliżać się. Wzdrygnęła się na jego dotyk, oczekując poparzenia. Gdy ten wskazał jej drogę, w górę jaskini, musiała mimo wszystko w końcu się ruszyć. Przeszła niczym cień obok wojskowych, oczekując jakiegoś zagrożenia z ich strony. Gdy dotarli do wyjścia, blade słońce zimowego poranka paliło jej oczy. Wszystko wydawało się tak okropnie białe, jakby skierowane było na nią kilka słońc. Chodziła przez to praktycznie nie patrząc, gubiła się na trakcie.
- Matko, no chodź.- Ciągnął ją co chwilę na właściwe tory, aż oczy przestały piec. - Zaczynam rozumieć dlaczego potrzebujesz przewodnika. 
Odnajdywała pewnego rodzaju komfort w byciu prowadzoną pod bok. Uspokajała ją świadomość, że nie musi zwracać aż takiej uwagi na otoczenie. Nawet gdy jej oczy już przywykły do światła dnia to celowo opierała się na Ogniu. Jak w zasadzie cień miał na imię? Zapytała go o to, czuła się dziwnie słysząc swój własny, chrapliwy, potykający się o sylaby głos-
- Hm? Puchacz. Myślałem, że się znamy
- Puchacz. Ty?- Zapytał z konwenansu.
- K…Ka…ra…kta…ta.- Jej pamięć i język nie chciały współpracować. Była wyczerpana samym próbowaniem, żałowała że w ogóle musiała mówić.
- Wiesz co, zostańmy przy Ra
- Ra.
- Ra. Mi też będzie prościej.- Westchnął. 
W lesie, przez który się przeprawiali, nie dostrzegła żadnych piskaczy. Dyskomfort z tym związany potraktowała jako tęsknotę. Zaczęła sobie przypominać wydarzenia sprzed ciemności. To, jak zmusili Puchacza, żeby ją doglądał. Czuła jego frustrację, że w ogóle musi w tym brać udział, winę, że to ona jest powodem tego wszystkiego. Oj jak lepiej byłby wskoczyć wtedy w ten ogień…albo do morza. Skądkolwiek, dokądkolwiek, byleby w nicość. Nie, nie mogła tak biczować się nienawiścią innych. Zdepczą ją, jak tylko nadarzy się okazja. Musi się bronić, bo będzie dla nich wiecznie tylko workiem treningowym. Rzeczą godną pogardy, niewartą traktowania jak wilk, tylko jako problem. Kto ma czelność mówić, że jest problemem? 
Zerkała na niego dużo bardziej nerwowo. Puchacz czuł to spojrzenie, a więc jej nagły zryw nie był niespodziewany. Popchnęła go z furią w krzaki malin i pognała w las, gubiąc po drodze worek z pakunkami, śmiejąc się triumfalnie w niebo. Nie ważne były dla niej wicie malin raniące ją po kostkach, chwilowa wolność od całego świata był upajający dla jej umysłu. Do tej mieszaniny determinacji i wściekłości wlała się jednak kropla dziegciu, w postaci tęsknoty za cieniami. Jej cieniami, do których zdążyła się już przywiązać. Zatrzymała się, nie mogła ich tak zostawić. Dyszała na szczycie trawiastego wzgórza, lecz nawet nie dbała o to, dokąd dobiegła. Z paraliżu wybiło ją uderzenie ciężkiego, wilczego cielska zza jej tyłu.
(Puchacz?)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz