niedziela, 1 marca 2026

Od Agresta - „Oko nieba. Znakiem krwi”, cz. 10

Bez walki, bez ucieczki.
Stabilnie, powtarzalnie.
Potrzeby zaspokajane na zawołanie.
W zimie ciepło, jedzenie smaczne
i codziennie podstawione pod nos...
Ze współpracownikami da się żyć.
Samice nie pytają o urodę.


Zimno. Zimno.
Jest okropnie nieprzyjemne. Skóra zdaje się tracić połączenie z ciałem i przywiera do niego jak obca powłoka. Wszystko pod nią sztywnieje... i zaczynają kłuć skronie.
Pierwszym, co przebiło się przez chłód, był ostry ból głowy.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że obudziło go nietaktowne kopnięcie w bok. 
Otworzył oczy i skrzyżował spojrzenia z Birastem. Zasępiony basior stał na ścieżce, a w jego ślepiach kołatały się zawód, napięcie oraz lichy ślad współczucia. Z tej żabiej perspektywy wyglądał wyjątkowo ponuro. Przez chwilę obaj milczeli.
Szkliwo poruszył się lekko. Prawie nie czuł zimna, ale widział jego znaki na swoim ciele. Palce poruszały się wolniej i zginały tylko do pewnego poziomu. Szron osiadł na piórach. Jesionka zesztywniała i pokryła się cienką warstwą sypkiego śniegu, która przy najmniejszej zmianie pozycji pękała i stopniowo spadała na ziemię wokół.
Wreszcie w górze rozległo się długie i bardzo znaczące westchnienie.
- Przepraszam - odezwał się ptak półgłosem.
- Wiesz, co teraz powinno nastąpić? - zapytał inspektor ze stonowanym ubolewaniem.
- Wiem.
- Jak to się w ogóle stało? Przecież ty tego wina prawie nie piłeś. Wczoraj, zdaje się, wyszedłeś z remizy przed chłopcami. Gdzie potem byłeś?
Zawahał się. Nie powinien o tym mówić. Z drugiej strony, właśnie stanął w obliczu zagrożenia wydaleniem z Najwyższej Izby. Niektóre szkoły radzą walczyć do końca.
- Jeśli wolno mi jeszcze mieć słowo na swoją obronę, to moje spożycie alkoholu nie było podyktowane przymusem wewnętrznym. Jestem gotów nigdy więcej nie spojrzeć na wino.
- Nieszczęsny, przecież nie o to chodzi. Wino to nasz główny napój. Nie możemy na niego tak po prostu nie patrzeć! - Basior w emocjach uniósł łapę, lecz jeszcze szybciej opuścił ją i tylko skinął na budynek urzędu. - Chodźmy. Nikt nie może cię tu zobaczyć w takim stanie. Na litość Matki Natury...
Gdy stanął na nogach, tępy ból pod czaszką nasilił się, ale przynajmniej świat przestał już wirować. Zamrugał, aby przywrócić ostrość widzenia i właśnie wtedy dostrzegł, że z głębi wsi do urzędu zmierza jeszcze jeden osobnik. Omal nie uśmiechnął się na jego widok. Po fali ostatnich porażek pojawienie się Irosyła było jak wyciągnięcie zagubionego w stosie kart asa.
- Dzień dobry, Birast! Szkliwo, chodź ze mną. Musimy porozmawiać - rzucił wilk niemal w biegu i ruszył dalej, znikając w budynku.
- No to koniec. Teraz już cię z tego nie wyratuję. - Inspektor załamał łapy. Zrezygnowany ruszył swoją drogą, do gabinetu, pozostawiając asystenta na pastwę owego wysoko postawionego basiora.
Kiedy znaleźli się w bezpiecznym, pustym pokoju, Irosył wyjrzał za okno, niby swobodnie, bez pośpiechu, a jednak wyraźnie intencjonalnie.
- Ach, nawet nie wiesz, jak często muszę teraz odrywać urzędników od ich pracy, żeby prosić o jakieś bzdury albo dawać do podpisania dokumenty, które zaraz po tym lądują w ognisku. Muszę jakoś uzasadnić, że i ciebie tak często wzywam.
- Wiesz, czasem mam wrażenie, że ta siatka szpiegowska liczy tylko nas dwóch - zauważył skrzydlaty, sprawdzając, czy może bez przeszkód poruszać szyją. Pozycja, w której się obudził, nie była zbyt wygodna.
- Nie, nie. Są inne wilki - odparł basior lakonicznie. - Ale my dziś nie o tym.
- Już o wszystkim wiesz? Trochę spartaczyłem robotę. Przepraszam.
- Nieważne, to bez znaczenia. - Machnął obiema łapami. - Liczy się co innego. Jesteś w tej ochronie! Teraz trzeba się tam bardzo uważnie rozejrzeć.
- Zdaje się, że Birast powinien mnie wyrzucić.
- Nie tak łatwo jest wywalić ochroniarza, nawet jeśli inspektor nie ma pojęcia, że nim jesteś. Dzieją się wtedy różne cuda i szczęśliwe zbiegi okoliczności. Powiem mu, żeby się nie wygłupiał. Twoja noc przy drodze była jednorazowym i absolutnie uzasadnionym wypadkiem.
- Czym go uzasadnimy? - dopytał trzeźwo przedmiot zamieszania.
- O to już się nie martw. Ważne, żeby był spokojny, że nie zrobisz tego ponownie.
- Za nic w świecie, o ile tylko tamten świr nie zażyczy sobie powtórki.
- Nakideron? Rozmowy wstępne rzeczywiście są dość... wymagające psychicznie, a on gra swoją rolę z prawdziwą pasją. Najgorsze już za tobą. Od tej pory nie powinieneś się go obawiać.
- Doprawdy? Dopóki nie wiedziałem, że istnieje, rzeczywiście niczego się nie obawiałem. A teraz pozostaje mi świadomość, że ulubionym zajęciem mojego nowego szefa jest...
Wiesz, kim jestem?
Zesztywniał. Poczuł, jak ciężka łapa palec po palcu osiada na jego ramieniu. Oddech stanął mu w gardle, a nacisk nie ustępował.
- Bywa trudny w obejściu, ale...
- Przepraszam, czy możesz chwilę zaczekać? - Napiął skrzydła w odruchu obronnym i podniósł się z miejsca.
- Szkliwo, co się dzieje? - głos basiora był spokojny; oczy niezwykle uważne.
- Nic, muszę tylko odetchnąć. Jakoś duszno mi się zrobiło... - Szerokim półokręgiem wyszedł z gabinetu.
Tuż za wyjściem z pokoju, grzbietem oparł się o ścianę, by mieć absolutną pewność, że obejmuje wzrokiem przestrzeń wokół. Zupełna pustka, jakby tego ranka w urzędzie nie było żywej duszy. Po korytarzu niosło się echo każdego jego oddechu.
Twój czas się kończy, przyjacielu. Dobrze bawiłeś się na tym świecie?
„Odejdź. Zabawa dopiero się zaczyna”. Zerknął w bok. To tylko wiatr poruszył gałęziami za oknem.
Wiesz, kim jestem?
„Nikim istotnym. Już od dawna”.
Myślę, że jednak kimś bardzo istotnym. Twoim przekleństwem.
„Pewnie tego nie zrozumiesz, ale dla porządku wyjaśnię. Temu, co przez całe życie próbowałeś niszczyć, ja właśnie mam szansę pomóc. Nie przeszkadzaj, gdy chcę ją wykorzystać”.
Czy wszystko poświęcisz, żeby dotrzeć do tych informacji, nie wiedząc nawet, gdzie cię doprowadzą? A kim ty sam się staniesz?
Ptak rozejrzał się jeszcze raz, uważnie, jakby spodziewał się dostrzec gdzieś obok siebie choć ledwo widoczny cień. Głos był wyraźny, dobiegał z bardzo bliska. I wreszcie zaczął... rozmawiać, zamiast jedynie mówić.
„Cóż, to będzie tylko upadek z własnej wysokości. Nie jest wielka, kości sobie nie połamię”.
A więc powoli godzisz się z końcem. Myślisz, że cię za to upamiętnią choć dobrym słowem? Czy ktoś, kto właśnie stał się moralnym nędznikiem zredukowanym do instynktu, zasługuje na szacunek?
„Nie chcę szacunku. Najważniejszy jest wynik pracy”.
Zgodziłeś się oddać całego siebie, nie biorąc nic w zamian. To wynaturzenie. Prowadzi tylko do opadnięcia z sił. Dokonałeś tego wyboru ubiegłej nocy, tylko dlatego, że alkohol szumiał ci w głowie.
„Zbyteczna troska. Muszę wracać do pracy”.
Dobrze, ptaszku. Zdążę jeszcze wrócić, zanim spotkamy się w piekle.
Długa szyja zadrżała pod zimnym dreszczem. Fałszywe poczucie czyjejś obecności zniknęło. Podłoga nie niosła żadnych tajemniczych kroków, sufit nie wyglądał, jakby miał zaraz zawalić, a wszystko, co za oknem, od ziemi aż po niebo, tonęło w spokojnej bieli. Szkliwo nieco opieszale oderwał grzbiet od ściany. Okruchy starego tynku zaszeleściły na płaszczu.
- No dobrze. - Wszedł z powrotem do pokoju, wyprostowany, z pogodą w oczach, jakby nigdy nic. - Żebym jeszcze wiedział, co mam robić. Zdaje się, że wczoraj wyszedłem przed końcem spotkania.
- Jak się pewnie domyślasz, Nakideron nie będzie mieć dużego kłopotu z zaproszeniem cię na kolejne. Niedługo wyjaśni ci szczegóły.
- Dobrze znasz realia pracy w ochronie?
- Niestety, prawie wcale. Znam tylko jej dowódcę.
- A pamiętasz o mojej prośbie dotyczącej archiwum?
- Ach, racja. Jeśli uważasz, że to takie ważne, postaram się dostać te klucze. A na razie skup się na najistotniejszej rzeczy. Mam nadzieję, że dowódca będzie z ciebie zadowolony. Tylko tak możemy pójść do przodu z naszym śledztwem.
- Masz rację. Śledztwo to priorytet. Irosył... Czy ty też tak tęskniłeś za domem? - wypalił, zanim zdążył sto razy przemyśleć to pytanie. Zdawało się, że basior nie dosłyszał w nim drugiego dna. Uśmiechnął się poczciwie.
- Kolego, ja tam zostawiłem miłość życia. Wiesz, jak to bolało?
- I co z nią?
- Nie mam pojęcia. Nie widziałem jej od tamtej pory. Nie słyszałem. Znikła. Był wtedy problem z listami. Wymieniliśmy ich ledwie kilka. Nie mieliśmy skrzydlatego posłańca.
Szkliwo miał wrażenie, że na tego typu pytania wszyscy w tym miejscu odpowiadają identycznie. Sam nie wiedział, po co je jeszcze zadaje.
- A po prostu za domem, za lasem nie tęskniłeś? Nie tęsknisz czasem nadal?
- Co to za bóle fantomowe cię dotykają? - Pysk Irosyła pojaśniał. - Tamto wszystko zostało w przeszłości. Żyj tym, co tu i teraz. To dobry dzień, towarzyszu! Wracaj teraz do siebie i niczym się nie przejmuj. Wszystko idzie po naszej myśli!
„Żyj tym, co tu i teraz. A co jest tu i teraz? Tylko siedzenie w za ciasnej klatce i nadzieja, że kiedyś będzie można z niej wyjść i w końcu się wyprostować. Mówi tak, jakby już dawno zapomniał o świecie poza tym zgniłym miejscem”.
Pogrążony we własnych myślach, wycofał się powoli, by już nie patrzeć basiorowi w oczy. Napuszył pióra na szyi i otrzepał się z kurzu.
„A może to ja zatrzymałem się na etapie, który powinien naturalnie minąć z czasem. Naprawdę zapomnieć o domu. Dać się wypatroszyć ze wszystkich swoich przekonań. W końcu gdzie indziej byłoby obiektywnie lepiej? Bez walki, bez ucieczki. Stabilnie, powtarzalnie. Potrzeby zaspokajane na zawołanie. W zimie ciepło, jedzenie smaczne i codziennie podstawione pod nos... Ze współpracownikami da się żyć. Samice nie pytają o urodę”.
Pożegnali się bez słowa, oszczędnymi uśmiechami. Przez chwilę Szkliwo wodził wzrokiem po przesuwających się obok niego ścianach. Jeden zakręt, drugi. Gdzieś w kąciku stara, korkowa tablica.
„Ale w domu czekają na wieści”.
Ponieważ jednak dobrych wieści wciąż nie miał, wrócił do siebie, a ściślej rzecz biorąc, do pokoju asystentów Birasta. Rasz i Hapenir nie mieli akurat niczego do roboty i popijali swoje porcje mleka.
- Czekamy na coś? - zapytał, biorąc kubek, w którym napitku było dziwnie mniej niż zazwyczaj. - Kto wychłeptał mi śniadanie?
- Oj, łyczek tylko. - Rasz naburmuszył się. - Nie zwracałbyś już uwagi. A my na nic nie czekamy, tylko siedzimy oburzeni.
- Co się stało?
- Pamiętasz tego gnoma, który zarzucał nam zgubienie regulaminów? Okazało się, że wcale nie poszedł do Żamichy, żeby upewnić się, czy je nam przekazała. I co się jeszcze okazało? Oczywiście, że zaplątały się gdzieś między innymi i niczego nie dostaliśmy.
- Więc sprawa załatwiona?
- Tak, ale jakim kosztem! Jak już stoisz, byłbyś tak miły i wybrał się do cholernych asystentów z cholernego zachodu, żeby oddać im te ich cholerne podpisane papiery?
- Jasne. - Bez namysłu chwycił podsunięty mu folder. - Co to w ogóle jest?
- Takie tam nowe rozporządzenia.
- Drzwi na korytarz powinny być zawsze otwarte. Przydziały mleka mają zależeć od opinii współpracowników... - Przewrócił stronę. - Co to za pomysły?
- Regularnie wprowadzają jakieś zmiany w regulaminie - odparł Hapenir, grzebiąc we własnych dokumentach. - Nawet nie chce mi się tego czytać.
- Inaczej zaśpiewasz, jak nie zdążę obrobić się z raportami. - Rasz skrzyżował łapy na piersi. - Widziałeś ostatni punkt? Za niedopełnione obowiązki odpowiada cały zespół.
- Więc zdąż. No, nie ma gadania, do pracy, chłopaki!
Szkliwo, nie ociągając się dłużej, udał się we wskazane miejsce. W gabinecie Inspektora Ziem Zachodnich panował gwar. Po pokoju krążyło czterech asystentów, wyraźnie zajętych ożywioną dyskusją. Od razu wychwycił wśród nich niziutkiego, szarego wilka o okrągłym czole.
- Dzień dobry. - Gdy obecni posłali mu obojętne spojrzenia, położył teczkę przed sobą. - Regulaminy, których ostatnio szukaliście. Mam coś pokwitować?
Denuvelin zmierzył go krytycznym spojrzeniem, wysoko unosząc głowę, by nadrobić wzrost. Przekartkował dokumenty.
- Dzięki - mruknął. - Niczego nie brakuje. Jak Birast się na tym podpisał, to nie musisz niczego kwitować.
Jego chłodny wzrok odprowadził ptaka aż do zakrętu.
- Kto to był? - rzucił jeden z wilków z tyłu.
- Taki jeden z betoniarni. - Den tylko machnął łapą i schował się z powrotem do swojej jamy. Stary Nikrosz mógł wrócić w każdej chwili, a żadnemu z jego podwładnych nie były potrzebne kłopoty.

Kochany Szkliwo!
Cieszę się, że Ty i ja jesteśmy przyjaciółmi. Sasanka chyba znalazła sobie innych przyjaciół, bo całe dnie spędza poza domem, ale nie chce mi powiedzieć, gdzie. Ja też zaprzyjaźniłam się z taką jedną Ziutką z WWN. Pomagała mi nauczyć się piosenki, którą śpiewaliśmy z wujkiem Sahelem na zajęciach. Leci tak:
Niech nam płynie dobry czas
Niechaj rośnie każdy z nas
Niech nam jasny płynie dzień
Razem łatwiej cieszyć się!
Tatuś Ziutki jest przyjacielem towarzysza sekretarza! Sasanka powiedziała, że też chciałaby się z nią zaprzyjaźnić, ale tylko, jeśli to Ziutka przyjdzie do WSC, a nie odwrotnie. Powiedziała, że to dlatego, że dziadek nie lubi, gdy spędzamy dużo czasu w WWN, ale myślę, że tak naprawdę chodzi o co innego. Dużo ją teraz obserwuję i myślę, że ona też nie lubi wilków z WWN.
Ja wreszcie byłam dziś u nich na obiedzie. Nie wiedziałam, że towarzysz sekretarz ma aż tylu przyjaciół! To było najpiękniejsze przyjęcie, na jakim byłam! Wszyscy śpiewali piosenki. Kawałek jednej nawet zapamiętałam. Jak wrócisz, to Ci ją zaśpiewam. I pójdziemy razem na obiad do przyjaciół z WWN. Chcesz? Towarzysz sekretarz zapraszał mnie z całą rodziną, ale dziadek na pewno nie zgodzi się, żebym go kiedyś zabrała. Poza tym ostatnio bardzo bolą go nogi. Odkąd wyzdrowiał, ciągle tylko siedzi w domu. Obiecaj, że wybierzesz się ze mną do WWN!
Pozdrawiam, Prymula

Ach, Prymula. Niewinna jak kwiat rumianku i czysta jak kropla deszczu w drodze na ziemię. Chętniej czytał nowości od niej, niż pisał własne, ale nawet najmocniej nakręcony bączek potrzebuje czasem ręki, która na nowo wprowadzi go w ruch. Schował list pod siennikiem, w miejscu przeznaczonym na korespondencję. Przez chwilę siano szeleściło mu w palcach. Znalazł ostatnią czystą kartkę. Należało uzupełnić zapas.

Kochane Słoneczko,
nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć, jak śpiewasz. Gdy wrócę, rozpalimy ognisko i będziemy śpiewać. Niegdyś tak spędzaliśmy wieczory z Twoją mamą, Agrestem i jego rodziną. To był wspaniały czas, ale teraz nadejdzie jeszcze wspanialszy, bo w czasie pokoju. Mam nadzieję, że choroba, która rozprzestrzeniła się po naszej ziemi, też niedługo odejdzie w niepamięć i nie zabierze ze sobą ofiar.
Oczywiście, że wybierzemy się do WWN. Rzeczywiście śpiewają tam ładne piosenki. A co sądzisz o tym, co mówią? To dopiero ciekawa sprawa. Jeśli posłuchasz uważnie, zrozumiesz, dlaczego dziadek Agrest żywi do nich taką niechęć. Wzrastał w czymś innym i patrzy na świat z zupełnie innej strony. Nigdy się nie dogadają. Nie przejmuj się tym. Przyglądaj im się i słuchaj. Dzięki temu ty masz szansę zobaczyć świat z obu stron.
Szkliwo

Wyćwiczonym gestem złożył stronę idealnie na pół i schował ją za pazuchę.
W domu było cicho. Pozostali dwaj współmieszkańcy tym razem widocznie wybrali się gdzieś sami. Dziwne, że Hapenir nie ćwiczył swoich utworów dla Epei, jak czynił ostatnio każdego dnia. Jednocześnie odkąd otrzymał pamiętny list i zaczął przebąkiwać coś o opuszczeniu Najwyższej Izby, częściej spędzał czas ze swoim przyjacielem, trochę jakby na nowo zdał sobie sprawę z jego obecności i chciał wykorzystać ją na zapas. Rasz najwyraźniej czuł tę zmianę, ale nie sprawiał wrażenia wniebowziętego. W urzędzie był głośny i wesoły jak zwykle, a przed kolacją dąsał się jak wcześniej. Po kolacji jednak najczęściej kierował się od razu do śmierdzącego zielskiem zakątka Siemisza, nie oglądając się już na przyjaciół. W chatce asystentów pojawiło się subtelne napięcie.
Zanim Szkliwo wyszedł z domu, przystanął na schodach. Przez bujny gąszcz chmur przebijał się bezkresny błękit. Zimą wyjątkowo rzadki i wyjątkowo wciągający widok. Obraz namalowany ręką absolutu, miejsce nieskończone i niedostępne. Symbol wolności. Nie do porównania z niczym innym, co mogą oglądać oczy śmiertelnika.
Dziwnie było mu przyznać to przed samym sobą, ale... ostatnio czuł się lepiej. Choć nadal sen miał płytki, nie mógł sobie przypomnieć ostatniego koszmaru. Za wyjątkiem postaci, które zaczęły odwiedzać go na jawie i zdawały się ostatnio wyjątkowo stonowane.
- Listy pod drzwi! - wykrzyknął stłumiony, chrypliwy głos z wewnątrz budynku poczty, gdy tylko usłyszał, że ktoś nadchodzi.
- Tak, tak, wiem. Dziękuję. - Był tam tyle razy i za każdym słyszał to samo. Ani przez chwilę nie ciekawiło go, co dzieje się w środku. Było oczywiste, że ktoś czyta korespondencję. Ba. Podobno jego samego miało to czekać już niedługo, zakładając oczywiście, że Birast, w przeciwieństwie do Rasza i Hapenira, pisał lub przynajmniej otrzymywał listy.
Wracał szybkim krokiem, nie dlatego nawet, że śpieszył się do remizy, bo jasność nieba z każdym dniem była coraz łaskawsza, licząc czas wolnego popołudnia. Po prostu mroźny wiatr robił swoje. Najwyraźniej wszyscy mieszkańcy siedziby Najwyższej Izby byli tego samego zdania, wioska wyglądała bowiem na opuszczoną.
Był mniej więcej w połowie drogi powrotnej do domu, gdy zza jednej z chat wyszedł wilk. Szkliwo nie chciał gapić się bez powodu; podniósł wzrok dopiero, gdy przybysz zrównał z nim kroku. Zmierzył go spojrzeniem i westchnął w duchu.
- Idziemy - oznajmił krótko Denkin, jeden z pomocników dowódcy ochrony, pyskiem wskazując na ścieżkę. Skrzydlaty tylko skinął głową. Zasadniczo i tak zmierzał w tym kierunku, jedynie cel uległ niewielkiej zmianie.
Przemierzanie drogi ramię w ramię z basiorem było o wiele wygodniejsze niż bycie targanym siłą. Potraktował to jako swego rodzaju awans, z cichą nadzieją, że dalej sprawy potoczą się podobnie. Weszli do tego co ostatnio budynku i wdrapali się po stromych schodach, z których poprzedniego razu udało mu się nie spaść chyba tylko cudem. Podwładny Nakiderona wpuścił go do pokoju, a sam został pod drzwiami.
Znów tam był. Poszarzałe prześcieradła kiwały się lekko na osłoniętych nimi meblach.
- Dobry wieczór - powiedział sucho do żółtawego basiora stojącego pod oknem. Ten odwrócił się ku niemu i przywdział na pysk szeroki uśmiech.
- Kłaniam się waszmości! Wspaniale widzieć cię w dobrym zdrowiu. Miałbym ogromne wyrzuty sumienia, gdybyś źle się teraz czuł. Ale muszę oddać ci szacunek. Zniosłeś mój spirytusowy żart z godnością.
- Wątpliwe, czy można to było nazwać godnością - mruknął. - Czy możemy dokończyć rozmowę?
- A nie chcesz najpierw się czegoś napić?
- Bardzo zabawne.
- No dobrze już, dobrze. Na czym skończyliśmy? Aaach, już wiem! Nadzorca. Ten, który trudni się poznawaniem tajemnic. Twoje zadanie będzie proste. Masz dowiedzieć się jak najwięcej o codziennym życiu swoich współpracowników, a preferencyjnie także o życiu innych mieszkańców naszej siedziby. Musisz dobrze dogadywać się z domownikami, skutecznie podlizywać się swojemu inspektorowi i zostać duszą towarzystwa przy kolacji. Będziesz regularnie sprawdzać korespondencję. Wygląda to tak: idziesz na pocztę, mówisz, że atrament ci spleśniał. Wtedy sortownik wpuszcza cię bez gadania i daje wszystko, o co poprosisz. Gdy dowiesz się czegoś nowego, dreptasz do mojego biura. Na dole, przy schodach, jest komoda. Otwierasz ją, wyjmujesz karteczkę, piszesz. Wkładasz karteczkę i zamykasz komodę. Bajecznie proste. Im więcej informacji przekażesz, tym większa będzie twoja szansa na awans.
„Właściwie zbieranie informacji to coś, co robię tu od początku. Tyle, że do tej pory zatrzymywałem je dla siebie, na wypadek, gdyby mogły przydać się sprawie watahy. Teraz... mam zbierać informacje dla samego NIKL-u? Czy jedno z drugim się nie kłóci? Nie zamierzałem przykładać palca do wzmacniania Najwyższej Izby. Jej siła to nasza słabość. Ale przecież na to stanowisko zaproponował im mnie Irosył, nasz wilk, musiał mieć zatem jakiś cel. Może ma nadzieję, że korzyści przewyższą straty. Zawsze mogę nie pełnić swojej funkcji nadzorcy tak rzetelnie, jak robiłby to ktoś inny. Dzięki temu będę blokować całkiem szkodliwą posadę... Awans? Ciekawe, jaki awans ma na myśli Nakideron”.
- Dokąd prowadzi taki awans?
- Możesz wierzyć lub nie, ale hojnie nagradzam wierność. Na dobry początek, prowadzi na stanowisko jednego z moich pomocników. Tacy mogą rzucić swoją mozolną pracę w urzędzie i to intelektualnie koślawe towarzystwo opasłych szczurów. Informacji też nie muszą już zbierać. Przez większość czasu mają wolne, a okazyjnie, głównie w nocy, robię wezwanie i świetnie się bawimy w terenie lub w biurze.
- W porządku. - Szkliwo przestąpił z nogi na nogę, gdy utrzymywana od dłuższej chwili pozycja nagle zaczęła go męczyć. - Ostatnio powiedziałeś, że dowiem się też, kto był poprzednim nadzorcą.
- Dotychczas tę rolę pełnił u was Hapenir - odparł dowódca bez wahania. - Ale był z nim jeden kłopot.
- Hape... - nie dokończył. Wspólny spacer po łące, ich niezapowiedziane spotkanie na mostku. Szczera troska w ślepiach wilka, gdy chciał samotnie odpocząć przed kolacją... i łapa, która chwyciła wtedy za list. Powoli wypuścił powietrze i kiwnął głową.
- Mianowicie nie był w neutralnych relacjach z Raszem. Przyjaźnili się bardzo blisko jeszcze w swojej starej watasze i zachodziło podejrzenie, że nie jest w stosunku do niego obiektywny. Cóż, odkąd nie mieliśmy trzeciego, był przynajmniej lepszy niż sam Rasz: bezczelny pyszałek, którego wszystko interesuje, a co wie, to wypaple. Jest za głupi na nadzorcę, ale jako przekaźnik nieźle dopełniał swojego przyjaciela, nie narażając go jednocześnie na zdemaskowanie.
- Rozumiem - odrzekł matowo. Bez dopytywania i wyrażania wątpliwości czekał, aż mówca dokończy myśl, która z każdej strony wyglądała na urwaną w połowie.
- Zejdźmy na dół. Coś ci pokażę. - Gdy basior ominął go i stanął w wyjściu, Szkliwo odruchowo odwrócił się przez ramię. Miał dziwne wrażenie, że za jego plecami coś się poruszyło. To płachta na starym fotelu.
Okazało się, że pod schodami, oprócz komody z białymi firankami, która rzeczywiście majaczyła w kącie, jest jeszcze wejście do jakiegoś zamkniętego pomieszczenia. Poprzednio ominął je, nawet nie rozglądając się za ewentualnymi innymi zakamarkami. Jego przewodnik popchnął drzwi, które otworzyły się z szelestem.
W głębi pokoju dostrzegł duży, podłużny kształt, który nabrał barw i szczegółów dopiero, gdy za ich plecami pojawił się jeden z pomocników, dzierżący zapaloną pochodnię. Nakideron zbliżył się do leżącego na ziemi wilka. Ujął go za szyję i podniósł jego podbródek. Na skrępowanych łapach zatrzeszczał gruby sznur.
- Szkliwo! - Basior szarpnął całym ciałem, gdy jego oczy napotkały stojącą w cieniu oprawcy, szczupłą sylwetkę. - Szkliwo, pomóż mi!
- Jak się czujesz, Hapenir? - Palce dowódcy mocno przywarły do spiętego gardła. Nieszczęśnik zasyczał, szczerząc zaciśnięte zęby. - Nie bój się, nie będę cię dusić. Tylko ćwiczę chwyt - dodał w skupieniu.
Żuraw zatrzymał się tylko krok za nim. W jego głowie plątała się długa sieć wniosków, ale jeszcze nie potrafił uchwycić żadnego z nich. Nie miał pojęcia, czy patrzy na przyjaciela, czy na podstępną świnię, patrzył więc w cierpliwym milczeniu. Mimo tej niepewności, jasne było jedno: więzień cierpiał.
Nawet nie zauważył, kiedy jego brwi ściągnęły się lekko.
- Proszę, ja chcę tylko wrócić do domu. Pozwólcie mi o tym wszystkim zapomnieć. Nigdy tu nie wrócę! - jęczał tymczasem jego współpracownik. Nakideron pokręcił głową.
- To bez znaczenia. Musisz posłużyć jako rekwizyt dla tego pana. - Skinął na stojącego obok towarzysza. Ten lekko zmarszczył czoło. - Tak więc, Szkliwo, widzisz tu rzadki przykład wilka, który jest żywy, ale już praktycznie nieżywy. Już niedługo spocznie pod ziemią.
- Dlaczego mi to powiedziałeś...? - szepnął na wpół odruchowo.
- Ponieważ jako następca musisz przeprowadzić zwolnienie poprzednika. Mówiąc prymitywnie: pozbyć się go.
„A więc tak to działa. Mam umoczyć się w waszym bagnie na dobre i na złe. Tylko po to, żebyście i mnie mogli kropnąć, gdy znajdziecie kogoś lepszego?”.
- Dlaczego? - Przełknął ślinę. Wprawdzie dobrze, oj, doskonale było mieć świadomość, jak maleńkim pionkiem jest się w wielkiej grze, równie dobrze, jak znać jej zasady. Wolałby jednak dowiedzieć się tego w zgoła inny sposób. Mniej... zobowiązujący.
- Transakcja wiązana. Zaszczycił cię ktoś kiedyś taką propozycją? No powiedz. - Wilk gwałtownie wypuścił z łapy głowę Hapenira. Opadła na ziemię, nie amortyzując uderzenia na czas. Po ziemi rozniosło się głuche łupnięcie. - Ktoś dał ci kiedyś szansę na taką nobilitację?
- A dajesz mi pole na dokonanie wyboru?
- Ależ wybieraj. - Uśmiechnął się łagodnie i wyciągnął łapę, wskazując na coś za ptasimi plecami. Gdy Szkliwo odwrócił się, jego wzrok padł na dwa basiory stojące tuż za drzwiami, niedyskretnie wpatrzone w rozgrywającą się w komórce scenę. - Sporo pytanych ma wątpliwości, ale zazwyczaj szybko się z nich leczą. A gdy zaczną pracę, to już idzie z górki. Posłuchaj, posłuchaj teraz. - Machnięciem łapy przywołał go bliżej siebie i nachylił się, zniżając głos. W jego ślepiach rozbłysła znajoma już iskra: znak, że dowódca pogrążał się w świecie wyobraźni. - Pobił cię ktoś kiedyś do nieprzytomności? Naprawdę do nieprzytomności. Do tej chwili, gdy przestajesz już czuć. -  Z uprzejmą dokładnością zacisnął palce w kształt młotka. - Wyobraź to sobie. Jeden trzyma za jedno skrzydło, drugi za drugie. A trzeci robi swoje. Nie śpieszy się, żeby trafiać w odpowiednie miejsca. Próbujesz się szarpać, ale nie masz przestrzeni na uniki. Czekasz na przerwę między ciosami, ale przerwy nie ma. Pole widzenia się zwęża, wdech napotyka opór w gardle. Zaczynasz czuć, że obrona jest bezcelowa. Mięśnie stopniowo się rozluźniają, świat się oddala. I już wiesz, że zaraz cię nie będzie. Tę metodę mniej lubię. Łatwo przez nią kogoś uszkodzić, a ja jestem wilkiem niesłychanej łagodności i nie lubię krzywdzić.
- Więc pozwól mi odejść! - dobiegł głos z dołu. - Obaj jesteśmy z jednej watahy. Pamiętasz moją ciocię? Rozdawała przysmaki...
Nakideron jednym krokiem odsunął się i zamachnął łapą. Szkliwo odruchowo przymknął powieki. Otworzył je z lekkim opóźnieniem, zdając sobie sprawę, że to nie on krwawi. Głos Hapenira ucichł.
- Często zdarza się, że nowi jednak nie potrafią dobrze spełniać swojej roli? - odezwał się cicho. - Przerywacie współpracę, tak jak z nim?
- Bardzo rzadko. Ale wiesz, jak to się mówi: kiedy rzeka wylewa, to nie upijasz łyka, tylko rozwalasz tamę - odparł basior oględnie. - No, najpierw odpowiedz na moje pytanie. Zdarzyło ci się kiedyś stać na nogach, czując, że następnego razu już nie wystoisz? - Zbliżył się jeszcze trochę. Jego łapy naprężyły się jak struny.
- Nie. Nigdy.
- Ależ nudne było to twoje życie na wschodnim podwórku. Podczas twojego urzędowania będziemy mieli do omówienia wiele kwestii. W każdym razie! To nie jest skomplikowane zadanie, a profity warte uwagi. Przede wszystkim wchodzi się na poziom wyżej w naszej hierarchii. Wie się więcej, obraca się w gronie wyżej postawionych, zyskuje się szasnę na lepsze stanowisko i większą decyzyjność.
- Ach.
Szkliwo stał w bezruchu, nie reagując już nawet na nieprzyjemną bliskość wilka. To chyba to miał na myśli Nakideron, gdy mówił o biernym oczekiwaniu na koniec. Cóż było robić po tym wszystkim, co usłyszał? Prosić, żeby pozwolił mu odejść i wrócić do bycia po prostu asystentem? Żeby zapomnieli o tej rozmowie? Niektóre szkoły radzą walczyć gdy trzeba, uciekać gdy można. A gdy i jedno i drugie skazane jest na porażkę? Co wtedy? Pozostaje chyba się poddać.
- Ktoś tu mnie oszukał - stwierdził nagle dowódca, głosem wolnym od czytelnych emocji.
- Niby ja?
- Nie, nie ty. Informatorzy. Wiesz, jakie instrukcje dostałem od gości, którzy przyglądali ci się w postępowaniu rekrutacyjnym? Powiedziano mi, że się boisz. Tak po prostu masz. I że powinieneś się bać, bo wtedy będziesz wierny. Taki typ.
Obaj pozwolili ciszy zapaść, choć każdy z innego powodu.
- No, wróćmy do mojego gabinetu. - To mówiąc, ruszył do wyjścia. Ptak spojrzał na leżącego na ziemi skrzypka, w pośpiechu szukając śladu ruchu: drgnięcia łapą czy rozgięcia żeber. Dostrzegł je na moment przed tym, jak od strony drzwi dobiegło zniecierpliwione chrząknięcie. Ruszył za swoim przewodnikiem, stawiając kroki trochę wbrew sobie.
- Nie zdziwi cię pewnie, że zgodziłem się na twoją rekrutację również dlatego, że liczyłem na coś miększego od wilka - podjął ten znowu, wspinając się po schodach. - Wszystkie wilcze urzędasy są takie same. Mają w sobie tyle dumy, że dwukrotnie rekompensuje im przetrącony przez Najwyższą Izbę kręgosłup moralny. - Pchnął drzwi łapą, wpuszczając do korytarza snop białego światła, w którym zamigotały drobiny kurzu. - A jednak widzę, że ty się boisz, ale wcale nie stajesz się dzięki temu spolegliwy. Zaczynasz się po prostu wycofywać. A może ty się nawet nie boisz, po prostu masz takie wielkie oczy.
- Zwyczajnie nie wydaje mi się, żebym był odpowiednią osobą - odrzekł ostrożnie. Sam nie był już pewny, co byłoby gorsze: przyjęcie do ochrony, czy odesłanie z kwitkiem. Pierwsze wiązało się z ostatecznym upadkiem i wstąpieniem do grona, które coraz bardziej go przerażało. Drugie - takie przynajmniej zyskał już przekonanie - z zagrożeniem własnego życia.
- Poprzednio sprawiałeś inne wrażenie. - Westchnął, rozsiadając się na swoim miejscu pośrodku pokoju. - No, powiedz, jak było z Ildiri? Zobaczyłeś przynajmniej, co traciłeś przez cały czas? Teraz już jesteś nasz. Doskonale wtopiony w szare, brudne tło.
- Nie stałem się przez to nikim nowym. Moja decyzja, żeby z tego skorzystać i moja, żeby z tym skończyć - oświadczył, na poły sam do siebie. Zawahał się na moment. - Wieści rzeczywiście szybko się roznoszą.
- Więc widzisz, Szkliwo. Musisz być szczery.
- W porządku. Nie umiem kłamać.
- No to ćwicz, bo oszukać też trzeba potrafić. Masz być szczery tylko teraz, ze mną. - Kłaczkowate futro Nakiderona zadrżało na wietrze. Prześcieradło wiszące na starym krześle zaszeleściło cicho. Ptak posłał mu krótkie spojrzenie, sam nie wiedząc, po co. - Oczywiście zawsze możesz uciec. Tacy też już byli. Wielka życiowa wygrana czasem popycha do czynów brawurowych. Tylko że nie pozwolimy, by ktoś już zaznajomiony z naszym systemem po prostu uciekł. Potraktowalibyśmy to jako szpiegostwo i ukarali watahę, która się na nie poważyła. Na naszych ziemiach nie ma miejsca dla grup, które usiłują zaburzyć doskonale działający porządek.
„A więc tak to działa. Czy dlatego prawie nikt stąd nie wraca? Posłuszeństwo albo śmierć. Z łap wilków NIKL-u lub własnej watahy, na którą sprowadzono niebezpieczeństwo. Najwyższa Izba wiąże więc pętami pragnień, potrzeb, uzależnień, a potem, dla pewności, przez resztę życia trzyma nóż na gardle. Co staje się w tej sytuacji wyjściem? Czy jest jakieś? Czy istnieje coś, co może dać nieważkiej jednostce nadzieję na przeważenie masy całej organizacji? Jak wyważone musiałoby być wahnięcie szalek, by wystarczyło i by nie spowodowało przy tym tragicznych konsekwencji?”.
- Co mam robić? - zapytał zduszonym głosem. - Ja... przejmę obowiązki Hapenira. Tylko nie każcie mi go zabijać. Co on zrobi Najwyższej Izbie? Zniknie, tak jak obiecał. Jeśli i tak jest już w waszym systemie, to musi znaczyć, że macie na niego haka. Też zabił, prawda?
- Tak, zabił. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Jest mordercą. Nadal tak ci go żal?
- To samo powiecie mojemu następcy - bardziej stwierdził, niż zapytał. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Nie zamierzał przykładać do morderstwa choćby kawałka pióra. Nawet, jeśli miałby... wataha miałaby zyskać dzięki temu dostęp do nowych informacji. Są chyba jakieś granice, których przekraczać nie można. Prawda?
Ten wilk nic złego mu nie uczynił. Donosił, być może, i co z tego? Szkliwo nie zdradził się przed nim ani słowem.
„Ach, siła. Wpływy. To ciągnie. Trzymaj się w garści, Szkliwo. Nie sprzedaj się jak dziwka na zakręcie, tylko tyle i aż tyle. Wytrwaj”.
- Tak to u nas działa. Twojemu następcy niczego nie powiemy, jeśli będziesz się sprawdzał w tej pracy. Ale gdybyśmy wypuszczali każdą niedojdę, nasze wewnętrzne rozwiązania szybciutko rozwiałyby się z wiatrem po całych naszych ziemiach. Jak się spodziewasz, mogłoby to mieć przykre skutki.
Ptak napiął palce i w zadumie stuknął nimi o ziemię. Cóż jeszcze pozostało sobie poradzić? Walcz dopóki tylko możesz. Zawsze zdążysz się poddać.
- Hapenir dostał ostatnio list z domu. Od jakiejś swojej dawnej miłości. Planowali do siebie wrócić. Chciał opuścić Najwyższą Izbę. Po co wyważać otwarte drzwi? On ma dla kogo żyć, nie będzie szedł z wami na wojnę.
Nakideron uśmiechnął się lekko.
- Widzę, że już wchodzisz w swoją rolę. Bardzo dobrze. I mówisz, że sumienie już cię gryzie. To niedobrze. Ale co ja poradzę, nie znam się na sumieniu ptaszków. Wilcze łatwiej mi rozgryźć. Niemiła bogu ofiara? Chodź, cielę, do domu.
- Co to znaczy?
- Powiedzmy, że nie będziesz musiał go zabijać. Wyobraźmy sobie, że opuszcza Najwyższą Izbę cały i zdrowy, a ty mimo wszystko zaczynasz pracę.
- Zróbmy to.
- Ale, ale! On nie wróci do domu. Stanowi zbyt duże zagrożenie. - Jego pysk wykrzywiło złowróżbne zadowolenie, które nie pozostawiało wątpliwości, że fakt ten niezbyt mu przeszkadza.
„Coś tu nie gra”.
- Zatem co z nim zrobicie?
- Już znajdziemy dla niego miejsce. Ciche, spokojne. Czyste prawie jak twoje nieskazitelne sumienie. Zostanie usunięty jeszcze dziś, jakby nigdy go tu nie było. - Wilk z cichutkim kliknięciem rozprostował nogi i rozciągnął grzbiet. Zamaszystym ruchem podwinął płachtę okrywającą staroświeckie biurko.
„Ach tak. Już wiem, co nie gra. On wcale nie chciał, bym zabił Hapenira. Czyhał na mnie z tym rozwiązaniem i liczył tylko na to, że sam zacznę o nie prosić. Dałeś sobą rozegrać udaną partię, Szkliwo, nie ma co”.
- On ma powód, żeby milczeć. Dlaczego nie może po prostu wrócić do domu? - zapytał bezdźwięcznie.
- Żartujesz? Pozwalam ci darować mu życie. - Basior odwrócił się gwałtownie. Jego zęby błysnęły w przelocie, zanim schowały się pod zaciśniętymi wargami. W łapach trzymał kartkę. - Jeśli nie ty, następny zrobi to z pocałowaniem łapy. Myślisz, że mało mamy chętnych? - Przystanął, zanim zbliżył się na odległość wyciągniętej nogi. Westchnął ciężko. - Szkliwo. Na pewno wiesz, jak to jest, martwić się o wspólne dobro. Gdyby było inaczej, siedziałbyś beztrosko na swoich śmieciach, a nie pracował dla Najwyższej Izby Kontroli Leśnej. Nie wolno nam narazić całej wspólnoty na niebezpieczeństwo przez jednego nieudolnego pracownika. - To mówiąc, położył przed nim dokument i podsunął pióro z kałamarzem. - Jeden podpis. A potem jesteś na stanowisku i nigdy więcej do tego nie wracamy.

PROTOKÓŁ DOSTOSOWANIA OBSADY STANOWISKA NADZORCZEGO
W wyniku stwierdzonej niewydolności dyspozycyjnej jednostki .........., dotychczasowo pełniącej funkcję nadzorcy, podjęto decyzję o zmianie jej statusu bytowego. Z dniem .......... zostaje ona wyłączona z obiegu jawnego i przeniesiona w tryb zamknięty.
Nowy nadzorca potwierdza zasadność zastosowanej procedury oraz przyjmuje wynikające z niej konsekwencje operacyjne.
..........

Szkliwo ujął gęsią lotkę bez pośpiechu, wpatrzony w rząd czarnych kropek, zwieńczający tchnienie bezimiennego jeszcze, biurokratycznego hycla. Kartka była czysta; biała i pozbawiona skaz w postaci zagięć czy wyrw. Spisana z kronikarską pieczołowitością.
- Mogę wiedzieć, gdzie zostanie przeniesiony? To nie brzmi dobrze.
- Zgodzisz się chyba, że w obliczu wszystkiego, co powiedziałem, czas mu najwyższy na emeryturę, albo raczej... na rentę dla niewydolnych. Każdego z nas kiedyś w jakiś sposób to czeka. Więc jak, chcesz jego stanowisko, czy mam brać następnego? Możesz jeszcze nie znać dobrze najbardziej lubianych kursów obieranych przez moje łapy, ale w takim wypadku powinieneś próbować nadążać za kontekstem. A kontekst mówi, że nie każdemu wręczam pismo, które właśnie przed tobą leży. - Jego głowa poruszyła się lekko, ale oczy pozostały niedyskretnie wbite prosto w czaszkę żurawia.
Na dokument padł nikły cień pióra. Trzymające je szpony poruszyły się nieznacznie. Jeszcze jedno zatrzymanie w powietrzu, niezauważone przez nikogo drgnięcie. Wreszcie nakreśliły podpis. Potem bezgłośnie zetknęły się z ziemią.  Nakideron podniósł kartkę powolutku, jakby w każdej chwili mogła się rozpaść.
- W takim razie wszystko uzgodnione. Witam w moich szeregach!
- Jak rozumiem, nie muszę już zgłaszać się z niczym bezpośrednio do ciebie?
- Znajdę waćpana sam, gdy tylko będzie mi waćpan potrzebny.
- Do czego potrzebny?
- Zależy, czy umiesz się bawić, czy lepiej idzie ci bycie zabawką. Mam pewne podejrzenia, ale przez swoją wrodzoną delikatność jeszcze ci ich oszczędzę.
Szkliwo sztywno skinął mu głową na pożegnanie, mówiąc sam sobie, że nie rozumie za grosz. Niestety, coś jednak dotarło do niego przez ścianę przekonań. Czuł, że powinien bać się tego osobnika. Unikać go jak ognia. Z drugiej strony był on, w tym miejscu pełnym wilków wypranych z emocji, pozbawionych marzeń, z popędami uwiązanymi i prowadzanymi na postronku przez szczodre kierownictwo, wyjątkowo... intrygujący.
Wyszedłszy z budynku, pozwolił zimnemu powietrzu napłynąć do swojego gardła i wypełnić płuca. W oddali coś zagwizdało. Zmrużył oczy, szukając wzrokiem drobnego ptaszka. To kos, który usadowił się na szczycie jednego z dachów.
„Niektórzy uważają, że zawsze trzeba być dobrym, a dusza zapamięta to na zawsze. Czy to możliwe, by taka chwila na Ziemi wpływała na wieczność? Chyba w to nie wierzę. Zresztą nie wiem”.
Wieczór zbliżał się wielkimi krokami. Kolacja pewnie już czekała, nie opłacało się więc wracać do domu. Tego dnia mieli biesiadować sami z Raszem.
„Ciekawe, czy ktoś jakoś go powiadomił, że Hapenir opuszcza Najwyższą Izbę i więcej się nie spotkają”.
Nie rozglądał się, nie szukał ptaków na drzewach ani znajomych sylwetek w cieniu murów. Coś właśnie się skończyło. Jakiś rozdział został tym spotkaniem zamknięty i to on napisał jego ostatnie słowo. Niepokój osiadł mu na karku, ciężki i brudny jak ołowiany pył.
„Żeby coś osiągnąć, trzeba czasem się komuś narazić. A najwyższy czas, żebym osiągnął wszystko, co od początku miałem w planach”.
- Hej, płaszczaku! Widziałeś Hapa? Nie byliście razem? - Pełna energii łapa zatrzymała go wpół kroku. Podniósł wzrok z nieuchwytnym oporem. Napięte czoło basiora wyrażało podniecenie zbliżającą się ucztą, a jednocześnie zdradzało pierwsze oznaki niewypowiedzianego jeszcze złego przeczucia.
- Nie.
- Może jest już w remizie. Nie poczekał na nas, zdradziecki knur!
Jednak Hapenira oczywiście nie było w remizie. Jego biedny przyjaciel zaczął pytać miłych kolegów i piękne panie, ale wszyscy zbywali go wzruszeniem ramion lub krótkim zaprzeczeniem.
- Idę. - Szkliwo podniósł się i przeciągnął.
- Ja tu jeszcze zaczekam. Może on zaraz przyjdzie.
„A jeśli nie przyjdzie? Co zrobisz? Czy ochrona ma procedury na usuwanie wilków po cichu? Jakieś musi mieć. A może wszyscy są przyzwyczajeni, że czasem urzędnicy odchodzą bez pożegnania, a jedynie nadgorliwe uczuciowo jednostki są w takich chwilach zostawiane same sobie?”. Ale nie zastanawiał się nad tym długo. Ledwie współpracownik znikł mu z oczu, troski zgubiły się wśród panującego wokół graczy harmidru. Karty strzelały w łapach, ciskane na ziemię, jakby na świecie nie liczyło się już nic poza nimi. Gdzieś z tyłu siedział i Kirłan z kubkiem wina w łapie. Gdy tylko zobaczył nadchodzącego żurawia, zamachał do niego przyjaźnie. Jego drewniany skarb już czekał na nich w kąciku, gotowy do rozgrywki.
- Dobrze cię widzieć - przywitał go Szkliwo, kierując od razu na właściwe miejsce. - Bez twoich szachów strasznie tu nudno.
- Jestem o tym głęboko przekonany! Aż mam ochotę zostać jeszcze parę dni, zamiast znowu wybywać.
- No tak, praca jest najważniejsza. Jak idzie biznes? Czym ty właściwie się zajmujesz? - rzucił mimochodem, przestawiając jeden ze swoich pionków.
- Wytwórstwo! To, na czym opiera się świat zwycięzców.
- Czyli co wytwarzasz?
- Ja? Osobiście nic. Ja tylko spinam handel.
- Mhm. - Milczenie pozwoliło partii rozwinąć się trochę, jednak przeciwnik był w stanowczo zbyt dobrym nastroju, żeby grać w ciszy. Wziął taki łyk wina, że nastroszyła się szara sierść pod jego brodą.
- Żeby wykarmić dziesiątki urzędników i wszystkich, którzy ich tu obsługują, stada gości z różnych stron i żołnierzy na szkoleniach, jak myślisz, ile trzeba? NIKL to wielka kobyła, pełna robactwa, którego ogromna większość nie kala się polowaniem. Kilku tutejszych łowców nigdy nie zaspokoiłoby ich potrzeb. Jestem głęboko przekonany, że prawdziwa potęga tego miejsca to produkcja. Produkcja i handel. Za kozie mięso, skóry i mleko zachodnie ziemie przysyłają nam frykasy, jak cukier, sól czy owoce, których tutaj się nie zna.
- Kozy? Zajmujesz się tymi ich kozami?
- Ja tylko spinam handel. Od głaskania kóz po wymionach mam swoje wilki.
- Ciekawe. Do tej pory słyszałem o nich jedynie legendy.
- Ale mleko, które pijasz, nie jest chyba tylko legendą, co? - Basior przymrużył jedno oko. - Jakoś musi się tu materializować.
- Więc ty je przywozisz?
- Dokładnie tak!
Szkliwo skinął głową, wpatrując się w szachownicę. Zabawna sytuacja. Po obu stronach dwie wieże, dwa pionki i król.
- Teraz coś mi się wykrzaczy - wymamrotał, stukając pazurami w ziemię.
- Przyjrzyj się uważnie... A zresztą nic nie mówię, bo zaraz mnie ograsz.
Jeszcze kilka ruchów. Odkąd Szkliwo wbił sobie do głowy schemat poruszania się skoczka, bardzo polubił tę figurę i zaczął wykorzystywać zupełnie nowe posunięcia. Kirłanowi coraz trudniej przychodziło szachowanie. Może miał na to wpływ opróżniony przez niego kubek wina, a może rzecz w jego ulubionych strategiach, które w trakcie gry coraz częściej zaczynały się powtarzać. Chyba za to nie zauważył jeszcze, że wymiana hetmanów na początku partii nie robi mu najlepiej.
- Pat - oświadczył z lekkim zawodem, oblizując krawędź swojego kubka. - Ale widzę, że oczy ci się już zamykają. Kolorowych snów. Jutro mnie nie ma, wyprawiam się na południe. Ale jak wrócę gramy dalej?
- Pewnie - odrzekł skrzydlaty, odkładając zbite figury na miejsce.
- Wracasz teraz do domu, czy śpisz tu?
- Skąd pomysł, że miałbym nie wracać do domu?
- Nie chodzisz przypadkiem do dziewczyn?
- Jakie to ma znaczenie?
- Ha! Pytasz, jakie. Dla mnie wszystko, co się dzieje w remizie, ma znaczenie. Już wyjaśniam! Im więcej wilków... ach, pardon! Im większe powodzenie mają dziewczyny, tym więcej potrzeba ich do pracy. Im więcej ich tu jest, tym więcej jedzenia i towarów trzeba im zapewnić. A więc potrzeba więcej mleka, więcej mięsa, mój biznes kwitnie!
- Teraz rozumiem. Muszę cię zmartwić. Póki co nie zajmuję dziewczynom wiele czasu.
- Chcesz mnie wykończyć nie tylko w grze. - Zaśmiał się serdecznie. - No nic, i tak cię lubię.
Punkt pierwszy wieczoru odhaczony. Zdobywanie znajomości szło mu opornie, ale przynajmniej zagrał w szachy. Pora na punkt drugi. Dużo trudniejszy. Inna rozgrywka strategiczna jeden na jeden, w ciemności i za zamkniętymi, rzeźbionymi drzwiami. Bez podpowiedzi i możliwości poddania partii, gdy coś pójdzie nie po jego myśli.
- Och, to ty, słodziaku. - Ildiri machnęła ogonem po przesadnie dużym okręgu, aż całe jej ciało poruszyło się sprężyście. - Poczekaj chwilę. - Odprowadził ją wzrokiem do kącika, gdzie dwie wilczyce rozmawiały przyciszonymi głosami, co chwilę chichocząc i kiwając się rozkosznie. Ominęła je jak powietrze; znikła w pomieszczeniu bez drzwi, do którego jeszcze nie zaglądał. Co się w nim kryło? Nie miał dobrego wytłumaczenia na wtargnięcie tam bez pytania.
„No cóż, Szkliwo. Dałeś się wciągnąć w tę grę, więc teraz przynajmniej naucz się w nią grać”.
Jego wzrok mimowolnie padł na wydzielone pokoiki za zasłoną. Tego wieczora było cicho, ale momentami i tak rozlegały się niejednoznaczne odgłosy, przypominające, do jakich celów służył ów zakątek. Miejsce łączyło cechy prymitywnej obrzydliwości z dziwnie przytulną atmosferą, którą nie sposób nawet stwierdzić skąd się pamięta. Zmuszało, by przestać zwracać uwagę na urywane wdechy, pojękiwanie zza kotary i ślady rytmicznych ruchów na jej fałdach. A zapomnienie okazywało się zaskakująco łatwe. To wszystko stawało się tu tak... oczywiste. Jak codzienna kolacja albo jedna z gier, którym oddawano się całymi, wesołymi grupami. Robili to wszyscy. Urzędnicy przychodzili tu, powierzając wszystkie swoje troski miłym paniom, a te z radością uwalniały ich od smutków i napięć dnia powszedniego, do przesytu zatapiając w poczuciu bezpieczeństwa.
Czy ktoś jeszcze przychodził tu nie po to, by nie czuć... ale mimo tego, że czuje?
Zza kotary wysunął się jeden z asystentów inspektora z północy. Nie podniósł wzroku na stojącego w półmroku żurawia. Złożył pocałunek na okrągłym policzku wadery i powlókł się do wyjścia. Gdy tylko znikł, zalotny uśmiech wilczycy przerodził się w czystą obojętność.
- Mam go dosyć! - dał się słyszeć jej podniesiony głos, gdy przysiadała się do koleżanek. - Dureń, miał mi załatwić kamforę...
Przy akompaniamencie oburzonych pomruków, Ildiri wyłoniła się z tajemniczego pomieszczenia. Ocierając się bokiem o swojego gościa, łapą uchyliła jedną z zasłon.
- No chodź, zrobię powtórkę. Wypiłam kubek gorącego mleka - szepnęła z przewrotnym uśmiechem. - Poparzyłam sobie język, ale będzie ci dobrze.
Przeszedł go dreszcz wstrętu. To wybitnie zły moment, żeby przypominać sobie cokolwiek z poprzedniej nocy. Uśmiechem jej więc odpowiedział; krótkim, odruchowym, jakim reaguje się na formułę grzecznościową.
- Masz gest, Ildiri, ale dziś wolę co innego.
Ledwie znaleźli się na własnej, wydzielonej przestrzeni, ciało postanowiło przejąć inicjatywę. Oddech pogłębił się sam, wbrew nieustającej czujności. Po mięśniach przebiegło napięcie, które pamiętało urok chwili słabości przy ich pierwszym spotkaniu. Tym razem jednak umysł był trzeźwy i obecny. Wyrazistszy był i smak wstydu, pozostawał jednak, bardziej niż kiedykolwiek, tylko przykrą koniecznością; kosztem operacyjnym.
Ujął jej łapę, zanim dosięgła granic, poprzednio zupełnie zatartych.
- Połóż się.
Jej z lekka krzywy uśmieszek znikł. Nie była przyzwyczajona do poleceń wypowiadanych tonem, w którym brakowało miejsca na afekt i niewinne gierki. Stał w bezruchu, dopóki nie wykonała polecenia. Zlekceważył nasilające się bicie serca.
„Opanuj się, Szkliwo. Masz tylko proste zadanie do wykonania. Żadnego fałszywego kroku... jakbyś stał przed lustrem”.
Tak więc, jak kazano zapomnieć - zapomniał. Nie słyszeć - nie słyszał. I było mu dalej życzliwie wszystko jedno, od początku, aż do końca.
- Cicha woda! Wiedziałam, że masz doświadczenie z wilczycami.
- Prawie żadnego - mruknął, odsuwając się pod ścianę. Ildiri przeciągnęła się z błogim westchnieniem i przekrzywiła głowę. Siedzieli naprzeciwko siebie, w bezruchu, jak dwoje dzieciaków chowających się w komórce przed gośćmi, którzy nawiedzili ich dom w święta, po latach całkowitej nieobecności.
- No widzisz, to takie proste było, a ty tak długo nie mogłeś się zdecydować. Żebyś jeszcze został na noc. Wtedy miałabym święty spokój od reszty tych pijanych frajerów.
- Od spania mam własny dom.
„Jeśli wierzyć temu, co mówił Kirłan, wader musi wystarczyć dla wszystkich urzędników, a zatem im bardziej są zajęte, tym więcej kierownictwo musi rekrutować kolejnych. Do tego też nie mam ochoty przykładać choćby palca... chociaż nie przestaje mnie ciekawić, jak się to odbywa”.
- Ale ja... jakoś to załatwię. - Chrząknęła. - Może chociaż jutro przyjdziesz wcześniej?
- A może wcale. Jeszcze nie wiem.
- To straszne - jej głos ochłodził się, a postura zmęczonego ciała przygarbiła lekko. - Że też nie trafił mi się wcześniej żaden bezpłodny. Albo impotent. Już bym go nie wypuściła. A ja musiałam wkopać się w najbardziej bezduszną łachudrę w NIKL-u, tylko dlatego, że ma skrzydła zamiast łap.
- Wcześniej, wieczorem, mamy partię szachów.
- Z Kirłanem? Zostawił dziś Fijce to swoje pudełko na przechowanie. Ale ma go teraz nie być przez kilka dni.
- Tak, właśnie z nim. Znasz go?
- Nie... Nie jest moim pacjentem.
- Pacjentem. Dorabiasz na boku jako medyk?
- Idiota! - żachnęła się. - Nie nazywam wilków, które tu przychodzą, klientami, tylko pacjentami. Oni wszyscy są bardzo chorzy. - Jej wzrok na chwilę zabłądził w chyboczącym się w przeciągu materiale zasłony. Szybko jednak rozchmurzyła się, by skończyć myśl. - A ja zdrowię dusze.
- Chciałaś powiedzieć, uzdrawiam.
- Wszystko jedno.
- Czy dusze, tego nie byłbym pewny. Ale bezsprzecznie jeden z układów. - Na te słowa wadera prychnęła głośno.
- Miałam nadzieję, że będziesz wyjątkiem - burknęła, poduszką łapy ścierając kurz z ziemi. - Nie tylko dlatego, że nie wrobisz mnie w szczeniaki... Zresztą nieważne. Jeśli jesteś tu, gdzie jesteś, to jesteś taki sam, jak oni.
- „Tu”, to znaczy, gdzie? W siedzibie Najwyżej Izby? W remizie? W tym pokoju?
- Wszystko naraz.
- Interesujące jest zwłaszcza to ostatnie. - Oparł się wygodniej o ścianę. Z tej perspektywy łatwiej mu było objąć ją wzrokiem, choć nie wiedział, jakiej wskazówki w niej szukał. Prześliznął się po wilczycy i zatrzymał na oczach, które skierowały się ku ziemi i za nic nie chciały podłapać tego spojrzenia. - Ja nie proszę. Ty tego chcesz. Mnie to nic nie kosztuje, ty tylko marnujesz na to czas i energię, ale i tak oferujesz. Musisz więc coś z tego mieć. Nie ode mnie, więc od kogo? Komu na tym zależy?
- Oj, Szkliwo. - Poruszyła się, a jej miednica zafalowała umiejętnie, jak łódka zagubiona na morzu. - Już ci to tłumaczyłam.
- Nie. Nie wyjaśniłaś, dlaczego w ogóle tu jesteś. Jakie korzyści daje ci ta praca? Mogłabyś być gdziekolwiek indziej, robić cokolwiek innego. Tyle watah przyjęłoby cię z otwartymi ramionami.
- Cóż możesz wiedzieć - odparła gorzko i odwróciła pysk. Jej ruchy nagle straciły płynność.
- Przepraszam. - Westchnął. - Przecież choćbym się tu pokroił, i tak nie powiesz. Masz rację, idiota.
- Oj, nie chciałam tak powiedzieć! - Chyba przypadkowo wcisnął jakiś ukryty guzik, bo Ildiri przysunęła się do niego, zapamiętale trzepocząc rzęsami. Wyprostował się, by jej mokry nos nie znalazł się za blisko jego policzka.
- Przestań. Nie tak łatwo mnie obrazić. Chyba, że w ramach zadośćuczynienia podzielisz się choć kawałkiem swojej historii. Masz jakąś rodzinę?
- Ta.
- Daleko?
- A co cię właściwie to obchodzi? - rzuciła podejrzliwie, choć nie dosłyszał w jej głosie złości.
- Jestem po prostu ciekaw.
- A ty masz? - Uniosła pysk, jakby oddawała cios, a nie zadawała pytanie.
- Już nie.
- Mam ojca - oświadczyła nagle. - Tyle z istotnych rzeczy, jeśli tak bardzo cię to interesuje.
- No dobrze. Mam nadzieję, że niczym cię nie uraziłem. Będę się zbierać.
„Nierozsądnie byłoby dociskać ją mocniej. Nastroszyła się jak jeż zwinięty w kulkę”.
- A idź. Wcale mi nie zależy, żebyś tu siedział, jeśli mam znosić te przesłuchania. Wolę już twoich rozrywkowych kolegów.
O ileż łatwiej było wracać do domu tej mroźnej nocy, niż poprzedniej. Nawet mimo senności, zmysły pozostawały w gotowości do odbioru kolejnych bodźców, a umysł wiernie je przetwarzał. Śnieg chrobotał na ścieżce, z nagie gałęzie krzewów stukały o siebie cicho, jak mysie cymbałki.
W chatce asystentów nie było nikogo; nic zresztą dziwnego. Hapenir miał się więcej w niej nie pojawić. Być może już był daleko. Gdzieś... w drodze. Za to Rasz pewnie wciąż czekał na niego w remizie. Wypytywał kolejne wilki i nie otrzymywał odpowiedzi. A może zaszył się w kącie pełnym dymu, żeby zdusić w nim niepokój i troskę. A może już zgłosił zaginięcie? Jedno było pewne: nieobecny już przyjaciel towarzyszył tej nocy nie tylko Szkliwu.
W ciemności majaczyły zarysy pokoju. Nikłe światło dogasającej pochodni wpadało przez okno i osiadało na płaszczyźnie drewnianego stołu. Ptak oparł się o niego grzbietem. Zerknął na leżący na piecu futerał, który troskliwie obejmował dawno niestrojone skrzypki.
Było cicho i ta cisza kłuła w uszy, jakby była ostateczna; jakby już nigdy nie miała zostać przełamana muzyką.

Cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz