sobota, 3 kwietnia 2021

Od Tory CD Julij "Cicha woda"

 Tora nie wiedział czemu zaczął tak wesoło brykać wraz z ledwo poznanym wilkiem w morzu, zwłaszcza w trak wietrzny dzień i w czasie kiedy wiosna dopiero wychylała swoją obecność zza objęć chłodnej i bezlitosnej śmierci, którą dla świata przyniosła zima.  Jednak Julij wzbudzał w nim przedziwne zaufanie, które do tej pory dzielił tylko ze swoją siostrzyczką. Kochaną siostrzyczką, która pewnie teraz podpalała jakieś drzewa maniakalnie zanosząc się śmiechem, a on? On skakał między falami z radością małego szczeniaka, której tak dawno nie czuł ,będąc tym "bardziej odpowiedzialnym" z dwójki rodzeństwa. Jego beztroskie rozmyślanie i zabawę przerwało zderzenie się z innym ciałem. Tora wpadł w Julija z lekkim rozpędem przez co oboje wylądowali w wodzie. Julij od razu z niej wyskoczył czując jak jego sierść przemaka. Tora zrobił pobodnie. Oboje czuli jak nieprzyjemny nagle zrobił się wiatr, który do tej pory tylko delikatnie drażnił ich skórę pod futrem. Teraz przemoknięci uciekali po piasku w stronę granicy drzew aby choć odrobinę się tam skryć. Gdy znaleźli się na brzegu Tora otrzepał się zarzucając długim ogonem na boki. Wdział jak Julij poszedł w jego ślady. Jako że oboje mieli w miarę krótką sierść zapewne wyschliby szybko, jednak noc powoli chyliła się ku światu ze swoim mrocznym, usłanym gwiazdami płaszczem zimna. 

-Rozpalimy ognisko- postanowił bez względu na to co powie trzęsący się z zimna starszy wilk. Tora jak powiedział tak zaczął zbierać patyki i suche pozostałości poprzednich dni, aby mieć cokolwiek do podpalenia. Julij pomógł mu, chociaż jego przemarznięte ciało poruszało się wolniej, od tego Tory, które przez palący się w jego ciele ogień szybko wyschnął i zagrzał się.

Jakiś czas potem na brzegu plaży uzbierał się stosik suchego drewna. Julij poruszał się jeszcze wolniej jednak wyglądał jakby dalej czegoś szukał, pomimo że drewna na pewno by już wystarczyło.

-Czego szukasz?- Tora przystanął przy nim. Ich futra zgrały się niemal w jedno.

-Kamienia...krzesiwa. Musimy czymś rozpalić ogień. - Tora zaśmiał się cicho. 

-Ja się tym zajmę - obiecał i pociągnął wilka do kupy drewna. Usadził go na ziemi i spojrzał na ognisko, które po chwili buchnęło wyjątkowo jasnym płomieniem. To była jedna z mocy Tory. Jego ogień był wyjątkowo jasny i piekący, a zarazem trawiący w bardzo powolnym tempie swoje "ofiary" dając przy tym dużo ciepła przez długi czas. Zielony basior spojrzał na zachwycony pysk drugiego i rozłożył się przy ognisku. Ciche westchnięcie wydobyło sie z pyska starszego kiedy położył się tuż obok niego.

Tora nawet nie widział kiedy jego oczy zaczęły się niemiłosiernie kleić. Niebo przybrało już odcienie granatów i świeciło się jasnymi punkcikami, które tylko gdzieniegdzie zasłaniane były przez ciemne kształty chmur gnanych przez wiatr. Oboje, Julij i Tora siedzieli wręcz na sobie, ponieważ wiatr był nieprzyjemny, a ogień Tory i jego naturalne ciepło ogrzewało ich oboje jeszcze lepiej. Tora podwinął swoje łapy i ułożył się na tych Julija, któremu najwyraźniej to nie przeszkadzało i przymknął oczy.  Lumina pochłonęła go w swoje objęcia bardzo szybko, tak że nie zdążył się zreflektować w jaki sposób usnął...

<Julij?>



Od Delty CD Pandora "Krwawy księżyc"

 Delta od razu zareagował. Nie zwrócił uwagi na to że wadera wypowiedziała jego imię bez żadnych wyzwisk czy wrzasków. Posłusznie wycofał się w krzaki następnie wspinając się sprawnie po drzewie co było umiejętnością, którą posiadało niewiele wilków. Potem spojrzał się na walczącą waderę. Jej mięśnie pracowały i wyginały się wraz z unikami i atakami. Jeden z psów uciekł w popłochu nawet nie wiadomo kiedy. Jednak zapach krwi szybko obudził w Delcie dawne wspomnienia i dom, którego nie chciał pamiętać, a który snuł się po zakamarkach jego pamięci zaplątany w sieci czasu i strachu. 

Pandora była dla niego wojownikiem godnym podziwu. Sam o sobie tego powiedzieć nie mógł. Siły nie miał za wielkiej, a pochwalić mógł się tylko zwinnością i szybkością. I oczywiście swoim niezaprzeczalnie przydatnym wspinaniem się po drzewach, co zazwyczaj służyło mu do zbierania roślin lub chowania się przed drapieżnikami w czasie wiosny i lata. Siedząc tak skryty cieniem gałęzi widział jak czarno-biała wilczyca zostaje ranna w tylną łapę a po chwili jej przeciwnik pada kawałek dalej oblany krwistą cieczą. Na Delcie nie zrobiło to wrażenia, w życiu widział za pewne więcej śmierci niż Pandora w ciągu swojej ścieżki wojownika. Dlatego jedynie spojrzał w kierunku kłusowników. Jeden z nich unosił strzelbę celując w waderę, która dopiero rozprawiła się z niezbyt wymagającym przeciwnikiem jakim był pies gończy. Jednak wiedział, że nie zdążyłaby uniknąć kuli. Dlatego postanowił napsocić odrobinę. Jego telekineza bardzo mu w tym pomogła. Gdy kłusownik nacisnął spust nic się nie stało. Tak jakby wszystko się zacięło. A Delta wiedział że wystarczy im jeszcze tylko kilka ruchów aby strzelba oddała strzał w tył. Dlatego bez skrupułów utrzymywał kule w lufie. Widział jak Pandora rozpędza się w ich kierunku. Starszy z nich pochwycił strzelbę i nacisnął spust parę razy szybkim ruchem. Rozległ się huk i krew obryzgała pobliskie drzewa, a martwe ciało upadło na ziemię w akompaniamencie kwiku drugiego mężczyzny, do którego też wtedy dotarła wilczyca. 

"Zabij" na krótko, ułamki sekund przebiegł przez jej myśli, aby nie naruszyć stanu jej ducha i nie zakłócać działania jej ciała. Dał jej prosty przekaz, nic skomplikowanego. Zabrzmiało nieco jak rozkaz, ale musiało to przyjąć taką formę aby nie musiał za długo przesiadywać w jej umyśle. Nie był nawet pewien czy wadera na pewno ot trzymała przekaz lub czy nie został zagłuszony przez jej własne myśli. Jednak widział jak jej łapy powalają bezbronnego napastnika na ziemię, a kły zatapiają się w grdyce i przebijając się przez pobliskie tętnice, które wyrzuciły od razu z siebie krew. Delta westchnął i zeskoczył z drzewa lądując na widoku wadery. Ta uniosła się znad ciała i otrzepała. Rana na jej nodze  wydała się pomocnikowi medyka dość głęboka i był pewien że będzie musiał ją zagoić. Dlatego zbliżył się do wadery i bezceremonialnie dotknął jej tylnej łapy od razu lecząc jej ranę. Widział jak skrzywiła się jednak nie zabrała kończyny. Chwilę potem po odbitych zębach psa, który swoją drogą leżał teraz martwy kawałek dalej, nie było śladu. Uśmiechnął się do wadery szeroko.

-Dziękuję.- nie miał z dziękowaniem problemów. W dodatku otarł się o jej bok co czasami mu się zdarzało kiedy gubił na sekundy panowanie nad swoimi własnymi ruchami. Ten zwyczaj, który co jakiś czas wychodził z jego wnętrza został przywieziony zza dalekiego morza, kiedy jeszcze przemierzał kocie tereny na dalekich sawannach. Jednak teraz musiał zignorować swoje nieodpowiednie odruchy i znowu zwrócić się do wadery.

-Uciekamy. Huk na pewno zwrócił uwagę wilków. Będziemy mieć ich na ogonie!- westchnął. Nie miał z tym problemu, jednak wolał mieć jakąś drogę przewagi nad zabójczymi kłami wilków zerwanych z jabłoni. Dlatego nie patrząc się na reakcję wadery ruszył w przeciwnym kierunku wycierając łapy z krwi. Aby potem wskoczyć na pień drzewa i po gałęziach przemknąć we właściwym kierunku na trawę schodząc z dala od kałuży czerwonej cieczy. Rzucił potem spojrzenie waderze, która jakby dopiero zrozumiała co zrobił...

-Ruszajmy. Do gór jeszcze kawał drogi.- szepnął basior czując jak niepokój i adrenalina wzrastają w jego sercu

<Pandora?>


Od Kali CD Hyarina - ''Szkarłatny Tulipan''

– Nie przejmuj się tym – powiedziała, opierając sennie głowę o ramię basiora. Z zewnątrz dobiegało do niej stłumione, delikatne szeptanie wiatru. Serce wadery ożywiło się nagle na dźwięk tego wezwania. Niezwykle spieszyło jej się, by zobaczyć, jak bardzo ten świat zdążył się zmienić po przeskoku w przedwiośnie. – I przede wszystkim nie słuchaj tego, co mówią. My znamy prawdę. 
– Z pewnością. – Basior parsknął ponurym śmiechem. Delikatnie poruszył głową, a cienie przebiegły po jego twarzy, podpalając wylewające się z oczu łzy, aż rozbłysły one blaskiem na kształt drogocennych kamieni. – Prawda jest taka, że nawet to, co się stało wczoraj... 
– Uwierz mi, nie pamiętam już, co się wydarzyło wczoraj – przerwała mu, kładąc swoją łapę na jego. – Za to dzisiaj, jestem pewna, oboje jesteśmy żywi i zdrowi. 
– A jeśli kiedyś będzie inaczej? 
Kali wzruszyła ramionami. 
– Nie obchodzi mnie to, co będzie kiedyś – stwierdziła pewnie, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. 
– Ty niczego nie rozumiesz. – Basior odetchnął, ocierając pysk ruchem drżącej łapy. Mimo wszelkich starań, jakich chwytał się jeszcze z desperackim uporem, burza w jego duszy pozostała przejrzyście widoczna, odbita nie tylko obrazem oczu, ale całego ciała. Ten widok wywoływał w Kali niezręczne uczucie, dziwną mieszanką żalu i wściekłości. I, choć próbowała, nie mogła znaleźć żadnego sposobu, by jakkolwiek ukierunkować którąś z tych emocji, by stały się czymś więcej niż tylko przeszkodą na drodze do celu. – Nie chcę cię skrzywdzić. Nie mógłbym żyć ze świadomością tego, co się... co by się stało. 
– A jeśli ja chcę, żebyś to zrobił? – Wadera poderwała się nagle, czysto impulsywnym gestem uderzając basiora w pierś. Przez chwilę oddychała szybko, jakby tak prosta czynność całkowicie wybiła się spod jej kontroli, po czym nagle uspokoiła się, wracając do poprzedniej, siedzącej pozycji. I tylko smutny uśmiech, który niezauważenie przebiegł po jej twarzy, stłumiony zasłoną cieni, stanowił jakikolwiek dowód prawdziwości osobliwego zdarzenia. – To znaczy, nie zrozum mnie źle, ale... Naprawdę nie miałabym nic przeciwko.  
Basior tylko zerkał na nią zdziwionym wzrokiem. 
– Wszyscy mówią, że chcą mojego dobra. Że się o mnie martwią. Ty nie jesteś inny, ale... ja sama chcę decydować za siebie – ciągnęła wilczyca. – Jeśli zgadzam się na podjęcie takiego ryzyka, powinnam dostać na to szansę. Nie mam wątpliwości, że to, co zdarzyło się wczoraj, z pewnością się jeszcze powtórzy, nie ważne jak bardzo oboje będziemy się starać. Ale mimo to nie mogę odpuścić. Jeśli pewnego dnia nie będę mogła się obronić, to... niech tak będzie. – Wzruszyła ramionami. – Ja się na to zgadzam. Dlaczego ty też nie możesz? 
Niewielki pokój opanowała cisza. Kali nie odzywała się, do reszty pochłonięta rozważeniami na temat tego, czy może rzeczywiście, zgodnie z tym, co od tylu dni próbowało wepchać do jej świadomości całe jej całe otoczenie, była szalona. Pomimo wszystkich emocji, jakie nieustannie walczyły o miejsce w jej sercu, dynamiczne jak suche liście na jesiennym wietrze, nie umiała żadnej z nich powiązać ze zbrodnią, by móc nadać tej koncepcji wartość jakąkolwiek inną od absolutnej obojętności. Przyszłość przestała mieć znaczenie, podobnie jak wszystkie gesty i słowa, które mogła powiedzieć, stały się nagle na dłuższą metę prawdziwie pozbawione jakiegokolwiek celu. Śmierć, która nieustannie stała na progu, przeobraziła się w koncepcją dużo bardziej spokojną, prawie poetycką, a przy tym na wskroś prostą i znajomą. Jak rozkaz z góry, jedyny z którym po prostu nie wypada walczyć. 
– Może to po prostu część ciebie? – odezwała się po chwili. Jej twarz rozjaśniła się, gdy podniosła głowę prawie dostojnym gestem, a wbite w ścianę oczy zdawały się momentalnie rozbłysnąć jak diamenty, podpalone pewnego rodzaju ekscytacją. – Ostatnio coś sobie uświadomiłam. Nie jestem Vitale. Nie zamierzam zmieniać cię ani prostować i nie chcę, żebyś ty próbował zrobić to samo ze mną. I, na wypadek gdybyś rzeczywiście nie był jeszcze tego świadomy, wolałabym żyć krótko u twojego boku, niż przeżyć całe swoje żałosne życie nie poznając ciebie.  
Basior milczał. Kali odwróciła głowę, chcąc ujrzeć na jego twarzy choć cień jakiejkolwiek reakcji; ona jednak rzeczywiście od jakiegoś czasu pozostała niezmieniona, z wyrytą pod skórą rozpaczą i oczami pełnymi łez, które z każdą kolejną chwilą zdawały się chłodnieć i zastygać jak wypluta na powierzchnię ziemi lawa. Może rzeczywiście już dawno wiedział, przeszło waderze przez myśl. 
– Poza tym – powiedziała, podnosząc się z miejsca. – Lata temu usłyszałam gdzieś pewną starą legendę. Czy wiedziałeś, że podobno tragiczni kochankowie, którym nie dane było zaznać szczęścia na ziemi, odradzają się jako bliźnięta w swoim następnym życiu? – Uśmiechnęła się, wpatrując się w pustą ścianę. – Nie miałabym nic przeciwko, gdyby to była prawda. 
– Kali. – Wadera odwróciła się, słysząc za sobą stanowczy głos. 
– Przecież żartuję. – Zaśmiała się jakby na poparcie własnych słów. – Dość już tego gadania. Chodźmy stąd. 
Zdążyła postawić nawet pierwsze kroki do przodu, lecz wtedy zatrzymała się nagle, rażona dwoma niesamowicie kuriozalnymi myślami, a może takie jej się tylko w tamtym krótkim momencie wydawały. Po pierwsze: przecież i tak nie miała dokąd iść. Po drugie: czy ona właśnie powiedziała to na głos? 
Kochankowie. Czy to pierwszy raz, kiedy któreś z nich odważyło się powiedzieć to głośno? Czy te określenia towarzyszyły im jeszcze chwilę wcześniej, przed rozpoczęciem tej osobliwej rozmowy? Zaśmiała się w duchu. Pieprzyć etykiety
Przecież oboje dobrze już wiedzieli, że ich spotkanie nie było przypadkowe. Że są stworzeni do tego, by przejść przez życie ramię w ramię. 
Wystarczyło tylko wreszcie się stąd wydostać. A jeśli nie będą w stanie dokonać tego tradycyjną drogą... być może niedługo znów trzeba będzie puścić w ruch maszynę manipulacji i kłamstw. Przez chwilę, przez bardzo krótką chwilę poczuła w sercu ukłucie skruchy, uczucie, co do którego nie była pewna, czy bardziej ją wystraszyło, czy ucieszyło. Po chwili pokręciła jednak głową, przysiadając pod popękaną, białawą ścianą. Dźwięki dobiegającego z zewnątrz wiatru ponownie ukoiły jej zmęczoną duszę niczym klasyczna muzyka. 

Posłuchaj wiejącego wiatru

Popatrz na wschód słońca 

Biegając pomiędzy cieniami 

Przeklnij swoją miłość, przeklnij swoje kłamstwa.

Otworzyła oczy i zobaczyła, jak tuż naprzeciw niej Hyarin podnosi się ociężale z miejsca ich niedawnej rozmowy, by zaraz zwinąć się na łóżku. Żałosne, że tylko tyle byli w stanie zrobić - kręcić się jak duchy po małym pomieszczeniu, przechodząc bezcelowo z jednego miejsca na drugie. Zamknięci w najdalszej części tak dużej jaskini, odizolowani od świata i samotni jak nieszczęśliwe ofiary naturalnej katastrofy. 

I jeśli teraz mnie nie kochasz, to nie pokochasz mnie już nigdy

Wciąż słyszę, jak mówisz 

Że nigdy nie przerwałbyś tego łańcucha. 



Zdawało się, że od czasu niedawnego wybuchu emocji ich prawie klaustrofobiczne pomieszczenie znalazło sposób, by jeszcze trochę się skurczyć. Atmosfera była duszna i nieprzyjemna, chociaż z każdą kolejną chwilą na nowo przysypywały ją kolejne, świeże warstwy zbierających się niechęci i marazmu. Leżąc na łóżku, Kali wpatrywała się we własną łapę wyciągniętą w stronę sufitu, jednocześnie angażując się w swoje ostatnio ulubione zajęcie, jakim było słuchanie zagubionych melodii zamkniętego przed nimi świata. 
– Hyarin? – odezwała się nagle. Grafitowy basior, z pozoru do reszty przesiąknięty bezczynnością, podniósł powoli złote oczy znad szarego koca. – Co zrobisz, kiedy wreszcie wrócimy na wolność?
Basior nie odpowiadał, choć wyraz jego twarzy dynamicznie się zmienił, dając nadzieję, że być może milczy dlatego, że potrzebna mu chwila, by głębiej rozważyć tak ważną kwestię. 
– Ja chyba potrzebuję jakieś wycieczki – zaśmiała się wadera. – Przysięgam, przez cały tydzień będę tylko spacerować po górach. Do diabła z pracą. Do diabła z tym wszystkim! 
W tym samym momencie odwróciła się nerwowo, jakby dotknęła ją irracjonalna obawa, że grafitowy wilk zdążył w międzyczasie wymknąć się na korytarz i przyszło jej teraz mówić do ściany. Ponieważ jednak jej towarzysz z krwi i kości wciąż znajdował się zaledwie o wyciągnięcie łapy, uspokoiła się, pozwalając, by wraz z zagnieżdżającą się w jej sercu ulgą także szeroki uśmiech pojawił się na jej twarzy. 
– A wieczory będę spędzać nad morzem – ciągnęła bez zastanowienia, jakby zachęciła ją zastana reakcja. – Wiesz, że od kiedy nas zamknęli, wieczory znacznie się wydłużyły? Tyle zachodów słońca. – Westchnęła, jakby nie do końca była w tym krótkim i obiektywnie szczęśliwym momencie świadoma, że i tak nie będzie mogła ich zobaczyć. Po chwili jednak spochmurniała, zamaszyście kręcąc głową. – To i tak za mało, nie uważasz? Ten świat jest tak cholernie ciasny! 
Opuściła wzrok, wbijając niezadowolone spojrzenie we własne łapy, jakby nagły wybuch zburzył porządek jej myśli i jakby potrzebowała z tego powodu chwili, by ponownie uchwycić utracony wątek. 
– A może odejdziemy stąd, gdzieś daleko? – odezwała się po chwili tym samym, na wskroś radosnym tonem. – Ty i ja w całkiem obcym kraju. Byłoby pięknie, nie sądzisz? 
Nie usłyszała odpowiedzi, a może tylko nie chciała jej słyszeć, do reszty zaaferowana własnym wywodem. 
– Ty trochę pewnie podróżowałeś, prawda? Tyle się znamy, a nigdy mi nawet o tym nie wspominałeś. – Spojrzała na niego z udawanym wyrzutem, po chwili jednak zaśmiała się, rozpędzając cały akt jak wstążki mgły na wietrze, jakby był to stan o wiele za trudny do utrzymania nawet o sekundę dłużej. – A ja urodziłam się tutaj i tutaj żyłam przez całe życie. Wszystko było dobrze, więc po co miałabym uciekać, prawda? – Przetarła łapą oko, jakby powoli zaczęło udzielać się jej zmęczenie. Po wielu dniach tego beznadziejnego marazmu nie tylko jej umysł, ale także ciało domagało się ruchu. – No więc wychodzi na to, że nic nie było dobrze. Odnoszę wrażenie, że gdzieś popełniłam jakiś błąd. Nie wiem, czy podróż jest tym, czego potrzebuję, by go naprawić. Ale jeśli nie spróbuję, to nigdy się nie dowiem, nie uważasz? 
Kolejne pytanie retoryczne postawione na miejscu, w którym powinna znajdować się kropka, nie prowokowało żadnej szczególnej reakcji ze strony pechowca, któremu los przydzielił rolę słuchacza. 
– Z tobą pewnie jest na odwrót, prawda? Przybyłeś tutaj, szukając spokoju? – Kali przekręciła głowę, by móc na bardzo krótką chwilę zerknąć w oczy towarzysza. – Wiesz, to w porządku. Zrozumiem. Jeśli nie będziesz chciał, pójdę sama. Ale mam wrażenie, że za tobą będę szczególnie tęsknić. 
Pospieszne, ociekające nieskładnymi emocjami refleksje przesuwały się po jej głowie, tym razem ku wielkiemu zdziwieniu uświadamiając waderę, jak niewiele wie jeszcze o swoim towarzyszu i, co gorsza, jak wiele może ich jeszcze od siebie różnić. Nie mogła jednak powiedzieć, by przejmowała się tym jakoś szczególnie. Przecież sam fakt, że się różnili, nie był jeszcze tożsamy z niedopasowaniem. Wystarczyło jedynie znaleźć sposób, by owo dopasowanie doprowadzić do skutku. 
– Wiesz, co ja uważam? – odezwał się ostrożnie basior, jakby pomimo narastającej ciszy nie był do końca pewny, czy jego towarzyszka skończyła już wywód. Kali zdziwiła się, kiedy dotarła do niej ta myśl. Dopiero teraz zauważyła, że pozwolił jej się wygadać, a zgodnie z niestałym uczuciem, jakie aktualnie znalazło miejsce w jej sercu, odniosła wrażenie, że pomógł jej tym samym dużo lepiej niż ich wspólny, ulubiony psycholog. – Myślę, że niepotrzebnie robisz sobie taką nadzieję. Może minąć jeszcze wiele czasu, nim wreszcie nas stąd wypuszczą. 
– Czy fałszywa nadzieja jest gorsza niż jej całkowity brak? – zapytała ciekawsko wadera, wpatrując się w sufit. – Jeśli tak, to mam nadzieję, że szybko mnie z niej wyleczą. 


Kolejnym wydarzeniem, które jakkolwiek odznaczyło się na tle wyglądających identycznie godzin, była kolacja. Oprócz oprawionych ze skóry porcji mięsa, których, patrząc ze wszystkich stron, w żaden sposób nie można było nazwać głodowymi, przyniesiono im także ciepły napój w dwóch drewnianych kubkach. Kali ostrożnie podniosła naczynie, drugą łapą ściągając z nosa kawałek materiału, który w tym pomieszczeniu zdarzało jej się nosić chyba tylko z przyzwyczajenia, a może też z tęsknoty za czymś, co ciężko było nazwać. Napar pachniał słodko, a przy tym ziołowo, niczym kwitnąca późną wiosną łąka. Jakby na żywe potwierdzenie tego skojarzenia, w zabarwionej na zielono wodzie pływały drobne fioletowe kwiatki. 
– Herbatka? – spytała, uśmiechając się niepewnie. 
Basior przyjrzał się swojej porcji, po czym wzruszył ramionami. 
– Nasze zdrowie – powiedział cicho. Kali zachichotała. 
Resztę wieczoru wadera spędziła na progu, wyglądając przez korytarz na główną część medycznej jaskini. Bardziej jednak niż obserwacją codzienności pozostałych mieszkańców zajęta była chyba własnymi myślami. 
Myślisz, że dzisiaj też możemy spróbować wymknąć się na zewnątrz? Chciała zapytać, a jednak mimo upływu czasu żadne słowa nie wydostały się dalej niż na krawędź jej przytępionego przedłużającym się brakiem zajęcia umysłu. 
W końcu jednak w jakiś bliżej nieznany sposób musiała odnaleźć drogę do łóżka, w tym bowiem miejscu zastał ją nie tylko poranek, ale nawet pierwsze godziny przedpołudnia. Choć dawno już nie spała, pozostawała bezczynna, jakby tego jednego poranka zdążyła uznać, że jej czynione pod kocem przemyślenia są warte więcej niż wszystko, co mogłaby zdziałać, wyciągając łapę na ten mały, nieprzyjazny świat. Nie zareagowała na przyniesienie śniadania i tylko druga wizyta któregoś z asystentów Flory była w stanie zmusić ją do jakiegokolwiek ruchu, wywołując ją na spotkanie z psychologiem, którego się przecież spodziewała i na które w głębi serca była mniej lub bardziej gotowa. 
Wyskakując spod koca, przeczesała łapą włosy, po czym podniosła leżącą gdzieś z boku opaskę, by naciągnąć ją sobie na gorszą połowę twarzy. Kierując się do wyjścia, pomachała dziwnym, prawie nietrzeźwym gestem do grafitowego basiora, w którego wąskich oczach odbijał się ułamek troski i śmiała deklaracja, że w razie czego chętny byłby zająć jej miejsce. Nim opuściła pomieszczenie, wzięła jeszcze szybki łyk zostawionej u progu wody, po czym bez dalszych przygotowań ruszyła na spotkanie z przeznaczeniem. 
Była dobrej myśli, choć nie umiała jasno stwierdzić, dlaczego tak było. Biorąc pod uwagę suche fakty, po ostatnich wybrykach ich sytuacja znacznie się pogorszyła, ale przecież nie było niczym nowym, że waderze nie po drodze było z samą tylko logiką. Siadając naprzeciw psychologa uśmiechała się pod maską, chociaż nie wydawało jej się, by jakiekolwiek odbicie tego gestu przedostało się przez oczy, zostawiając czarnego wilka w nieświadomości, niewykluczone, że w błogiej jej odmianie. 
– Więc – spytała, opierając się wygodnie o chłodną ścianę. – O czym dzisiaj rozmawiamy? 
– Och, dzisiaj będzie krótko – zapewnił basior, poruszając się nieznacznie. Jego czerwone oczy połyskiwały dziwnym, nieznanym uczuciem, jakby basior celowo je szyfrował, grając w zagadki z otaczającym go światem. 
– Wypuszczacie nas? – Wadera wykrzywiła usta w kretyńskim uśmiechu. 
– Co? Nie, chociaż – basior przyłożył łapę do ust, jakby przez krótką chwilę intensywnie się nad czymś zastanawiał – można powiedzieć, że przynajmniej jedno z was czeka niewielka zmiana otoczenia. 
Serce Kali na chwilę stanęło, co zdecydował się wykorzystać psycholog: 
– W wyniku dokładnej analizy ostatnich wydarzeń doszliśmy do wniosku, że nie powinniście być trzymani razem. Jedno z was otrzyma osobny pokój – wyrecytował. 
– Ty chyba nie... – wyksztusiła wadera. 
– A także otrzymywać będziecie zwiększoną dawkę leków – dokończył, choć do wilczycy nie dotarły już te słowa.  
Znowu poczuła, jak w jednym krótkim momencie traci nad wszystkim kontrolę, a porzucone przez jasność umysłu ciało rozbija się na części. Jej oddech, jej serce, nawet jej oczy; bo nie widziała już niczego, wszystkie kolory jaskini powymieniały się miejscami, tworząc psychodeliczną mozaikę. Tylko własne reakcje trzymała jeszcze na więzi jednym kurczowym zaciśnięciem łapy, ale coś z tyłu głowy szeptało jej, by odpuściła, a ona nie mogła odnaleźć żadnego argumentu, którym mógłaby być w stanie uciszyć te głosy. Co powinna zrobić? Poddać się wściekłości i w ostatnim geście sprzeciwu zabić szczerzącą się przyczynę wszystkich jej nieszczęść? Dlaczego, dlaczego w tym pojedynczym momencie zastanawiała się, jak smakowałoby jego oddzielone od kości mięso? A może powinna postarać się nie tracić jeszcze całej nadziei; rozpłakać się, błagać, szukać argumentów? 
Koniec końców nie zrobiła nic. 
Przeklęła tylko siarczyście, zakrywając usta łapą. Dopiero po dłuższej chwili poczuła, że z jej oczu spływają łzy. 
Nie pamiętała, w jaki sposób znalazła się poza pomieszczeniem, natomiast każdy kolejny krok zbliżający ją do Hyarina był aż na wskroś realny i niezwykle bolesny, okupiony niesamowitym wysiłkiem wspólnej pracy każdego najmniejszego mięśnia w jej drżącym z niepokoju ciele. 
Ile czasu im zostało? Nawet nie przyszło jej do głowy, by o to zapytać. I tak nie byłaby w stanie. Cichy szept gdzieś z tyłu głowy, odbicie odradzającej się dopiero po niedawnym załamaniu nadziei, przekonywał ją, że doprowadzenie takich pomysłów do skutku zajmuje zazwyczaj trochę więcej czasu niż tylko kilka godzin. Jedna noc – o tyle modliła się do wszystkich znanych i nieznanych bogów. Niech dadzą im spędzić razem jeszcze jedną noc. Tyle wystarczy, by pokazać mu wszystko, na co dotąd nie miała odwagi i pożegnać się tak, by później tylko trochę za nim tęsknić. 
Hej, przecież nie będzie tak źle, powiedziała do samej siebie, przecierając oczy. Przecież z pewnością znajdą jeszcze jakiś sposób. Jak wtedy, kiedy wymknęli się nie tylko do spiżarni, ale nawet na zewnątrz, jakby po raz kolejny udowadniając sobie i światu, że nie było dla nich rzeczy niemożliwych.

Łańcuch trzyma nas razem, kiedy biegamy pomiędzy cieniami. 

Nie zauważyła, kiedy znalazła się u kresu zbyt krótkiej drogi, dlatego tuż na progu zatrzymała się nagle, zaglądając do pokoju ostrożnie, jakby była to jej pierwsza wizyta na całkiem nowej planecie. Pociągnęła jeszcze nieznacznie nosem, odpowiedziała gestem na nieme powitanie odpoczywającego na łóżku basiora, który był tak nieświadomy, że wyglądał w jej oczach naprawdę niewinnie, zupełnie jakby nigdy nie popełnił tych wszystkich zbrodni. Niespiesznym krokiem przebrnęła przez pomieszczenie, by zająć miejsce koło towarzysza. 
– Jak było? – zapytał. 
Wzruszyła ramionami, zwijając się w kłębek na szarym kocu. 
– Wspominał coś o tym, że teraz moja kolej? 
Pokręciła zamaszyście głową. Proszę, nie spiesz się, myślała. Nie odchodź tak szybko.
Podniosła głowę, patrząc na basiora spojrzeniem pełnym smutku. 

Przerwij ciszę 

Przeklnij ciemność, przeklnij światło.* 

– Hyarin – szepnęła, zwinnie jak kot znajdując drogę pomiędzy jego ramiona. – Musisz mi to powiedzieć, bo nie wiem, komu innego mogę zaufać. Musisz mi powiedzieć – podniosła na niego spojrzenie błękitnych oczu – czy ja jestem szalona?

< Hyarin? >

*Fleetwood Mac - The Chain

czwartek, 1 kwietnia 2021

Od Hyarina CD Delty - ''Dziecko eliksiru''

Poranek przyniósł bezchmurne niebo, piękny wschód, lekką mgłę rozciągającą się na polach i katar. Prawdopodobnie objaw przeziębienia, którego wilk dawno już nie przechodził. Hyarin kichał i prychał, ale żaden z tych wysiłków nie był w stanie udrożnić zapchanego nosa, który od razu mocno zaczął mu doskwierać. Gdy doszedł do wniosku, że sam sobie nie poradzi, co swoją drogą było dla niego pewną ujmą na honorze, ruszył do jaskini medycznej, by skorzystać z jednego z dóbr jakie dawała mu przynależność do stada. Mianowicie, mógł poradzić się kogoś, kto zna się o wiele lepiej na tego typu problemach, zamiast samemu błądzić, szukając sposobu.

 
- Potrzebujesz czegoś, Hy? - wesoły głos powitał go już w progu, na co basior zareagował nieznacznym skrzywieniem pyska. Ten niebieski osobnik był zawsze pozytywnie nastawiony, nawet w obliczu jego posępnego usposobienia. Wilk kiwnął głową i ostrożnie wszedł do sporego przedsionka, który jak na jaskinię był zaskakująco jasny dzięki światłu słonecznemu.
- Chciałbym coś na katar – powiedział krótko, a Delta kiwnął energicznie głową, prowadząc szarego wilka do sporego regału z różnymi buteleczkami i wiązkami ususzonych roślin.
- Słychać po twoim głosie, że jest nie za bardzo – rzucił wesoło, jakby to był powód radości. Dla Hyarina bynajmniej nie był, męczył go okrutnie brak możliwości zaczerpnięcia powietrza przez nos, przez co musiał stać z otwartym pyskiem, przypominając kogoś ewidentnie niespełna rozumu. Kątem oka zauważył trzy postacie parę metrów od nich, które wyglądały na bardzo czymś zafrapowane. Stały w kącie, z jednej strony oddzielał je parawan, przez który widać było cień jednej z nich. Pozostałe dwie stały nieco dalej z wyczekiwaniem wyrysowanym na twarzach. Podszedł bliżej, chcąc urozmaicić sobie czas, zanim Delta znajdzie dla niego lekarstwo. Zaraz, jednak srogo tego pożałował, policzki spłonęły mu rumieńcem wstydu, a pysk stężał w wyrazie dziwnego strachu. Oto bowiem zastał dobrze mu znaną główną medyczkę podczas dość krępującej czynności, a obok niej dwóch basiorów, którzy niemal przebierali łapami w niemej ekscytacji.
- Wybacz – mruknął Hyarin, odwracając się, lecz wadera zdążyła mu jeszcze rzucić uspokajające spojrzenie.
- Nie przejmuj się. Prawdopodobnie jestem w ciąży, w ten sposób mogę to sprawdzić – wyjaśniła, podnosząc się na równe łapy. Wilk przekręcił łeb wyraźnie zaskoczony. Flora wydawała się od razu zrozumieć, co go zaskoczyło i zaśmiała się krótko.
- To dziecko obecnych tu panów – wskazała na rudego i Yira, którego Hyarin zdążył poznać wcześniej. To tłumaczyło ich zbytnie, jak wcześniej sądził, zainteresowanie. Basior kiwnął głową i, po złożeniu krótkich gratulacji, wrócił do Delty, który mielił właśnie coś w moździerzu.
- To powinno postawić cię na nogi. Wsyp to do wody, zagotuj i wypij gorące. Jak nie pomoże to wtedy będziemy się martwić – pomachał mu łapą na pożegnanie i poszedł w głąb jaskini. Hyarin wyszedł na zewnątrz, gdzie słońce zdążyło już wyłonić się zza linii drzew i teraz przyjemnie grzało grzbiet. Ruszył w stronę domu z zawiniątkiem w pysku, odpływając myślami gdzieś daleko poza terytorium watahy.
 
Jakiś dłuższy czas później
Nic na niebie ani na ziemi nie wskazywało na pojawienie się anomalii, która niespodziewanie nawiedziła jaskinię Hyarina, zaburzając jej spokój i ład. Basior był akurat w trakcie przepisywania jednej ze zniszczonych kronik, która nie przetrwała bezlitosnego ataku ze strony czasu. Zadanie było żmudne i czasochłonne, nim się obejrzał minęło południe i słońce ruszyło w stronę zachodniej części nieba, by u kresu dnia udać się na spoczynek za pasmem gór. Wokół panowała niczym niezmącona cisza, którą przerywało właściwie tylko skrobanie rysika po papierze i cichy oddech wilka. Wtem coś z piskiem wpadło do jaskini jak pocisk i uderzyło o jej tylną ścianę. Hyarin zerwał się na równe nogi, nie wiedząc za bardzo, co się właśnie stało. Obiekt wpadł w stos zakurzonych koców, które leżały od jakiegoś czasu, błagając o wytrzepanie. Nagle materiał uniósł się i zaczął lewitować. Basior przełknął ślinę i ze zdumieniem podążał wzrokiem za tym zaskakującym zjawiskiem. Wtedy spod przykrycia wyłoniła się łapa, a potem reszta ciała. Tak drobnego i kruchego, że musiał to być … szczeniak. Hyarin odsunął się o krok, gdy stworzenie zaczęło szybować w jego stronę. Miało niespotykanie wielokolorowe umaszczenie i wielkie, różowe oczy, które wpatrywały się teraz wprost na niego. Błagam, tylko nie to...
- Dzień dobry! - zawołało to radośnie, jednocześnie zaliczając fikołka w powietrzu. Wstrząsnęło ognistą grzywą i wyszczerzyło zęby w uśmiechu, obijając się lekko o sufit, a potem o wystającą ze ściany skałę.
- Miałam szczęście, że tu trafiłam. Mogłam przecież wylądować na drzewie, a tak to lądowanie nie było aż tak bolesne – mówiła dalej, nie zwracając uwagi najwyraźniej na szok przyklejony do pyska basiora, któremu właśnie ktoś bez zapowiedzi wparował do domu.
- Kim jesteś? - zapytał możliwie najspokojniej, nie wiedząc czy to tak powinno postępować się z dziećmi. Czy to pytanie w ogóle było odpowiednie? Może powinien zapytać po prostu o imię. Nie czekał, jednak długo na odpowiedź, bo szczeniak był bardzo skory do rozmowy.
- Mam bardzo długie imię, które ciężko mi jeszcze zapamiętać. Ale moi tatusiowe mówią na mnie Pinezka – rzekła chętnie i uniosła się trochę wyżej, zahaczając ponownie o skalny sufit. Hyarin zbaraniał. Tatusiowie? Tatusiowie... Klepnął się łapą w czoło, gdy dotarło do niego z kim ma do czynienia. Zatem to jest latorośl Yira i Paketenshiki. Nie był świadomy, że Flora zdążyła już urodzić, jak na kronikarza wiele mu jeszcze umykało.
- Zatem, co tutaj robisz? - zadał kolejne pytanie, ostrożnie przesuwając się w stronę wyjścia.
- Troszkę zabłądziłam. Widzi pan, unoszę się tak cały czas, czasami wiatr zawieje mocniej i nagle nie wiem, gdzie jestem – zaśmiała się głośno, zdając się zupełnie nie przejmować tym, że się zgubiła i jest z dala od rodziny. Hyarin skrzywił się lekko.
- Żaden ze mnie pan... - mruknął niemal bezgłośnie, po czym wyjrzał na zewnątrz. Zachmurzyło się, odkąd ostatni raz sprawdzał pogodę i czas po wędrówce słońca. Westchnął ciężko, nie wierząc do końca w to, co postanowił.
- Robi się późno. Odstawię cię do rodziców – powiedział z lekkim ubolewaniem, na co Pinezka klasnęła w łapy.
- Super! Szykuje się przygoda!
Oby nie – pomyślał ze zgrozą Hyarin, który, nim na dobre wyszedł z jaskini, już marzył, by zaszyć się w niej i rozkoszować błogą samotnością.
 
Paplanina wadery nie miała końca. Opowiadała o wszystkim, co było możliwe, nie czekając nawet na reakcję basiora, który w zasadzie nie miał zamiaru jej odpowiadać. Priorytetem było odprowadzenie jej do domu, a ponieważ mieszkał dość daleko od centrum watahy, a Pinezka, co chwilę zbaczała z kursu lub wznosiła się zbyt wysoko – wędrówka była mozolna i dłuższa niż zwykle.
- Unosisz się tak od urodzenia? - zadał pytanie które przerwało na moment monolog szczeniaka o arcyciekawej wspinaczce na największy głaz, jaki do tej pory znalazła.
- O tak, ale nie umiem nad tym zapanować. Dlatego tak często się gubię, tak jak wtedy, gdy... - i zaczęła kolejną historię, która nie miała końca, bo koniec był początkiem kolejnej. I tak bez przerwy. Szary wilk spuścił łeb, czując, że jego cierpliwość zostaje wystawiona na bardzo ciężką próbę. Rzadko miał do czynienia z dziećmi, a już na pewno nigdy nie musiał się nimi opiekować. Na szczęście to już niedaleko. Lecz nagle głos Pinezki zaczął dziwnie cichnąć, jakby się oddalać. Hyrain odwrócił gwałtownie łeb i zobaczył, że szczeniak odlatuje do góry, wciąż z uśmiechem na pyszczku.
- Niech się pan nie martwi! Kiedyś zejdę niżej! - krzyknęła, choć jej głosik zabrzmiał dziwnie rozpaczliwie. Basior zaklął siarczyście w duchu i rozstawił szerzej nogi. Nie wiedział czy mu się uda, wszystkie próby zwykle nie kończyły się zbyt przyjemnie, ale coś wręcz nakazywało mu pomoc temu nieporadnemu berbeciowi, który zagubił się, przecież nie z własnej winy. Złoty symbol na jego piersi rozjarzył się, gdy łapy wilka oderwały się od ziemi, a całe ciało uniosło się wyżej, ku kolorowej kulce, miotanej przez wiatr. Kronikarz skupił wszystkie swoje myśli na celu, odrzucając niepewność i lęk przed upadkiem. Jego wątpliwości nie były teraz najważniejsze. Coraz szybciej zbliżał się do targanego żywiołem szczeniaka, który z ulgą i zaskoczeniem wpatrywał się w niego.
- Dziękuję, że pan po mnie przyleciał! Chcę już wracać do domu – zawołała, przywierając do jego ramienia i, mrużąc oczy przed jasnym światłem, bijącym z piersi basiora. Hyarin poczuł dziwne ciepło, gdy Pinezka dotknęła jego łapy, a na jej pysku zagościł spokój. Udało mu się. Wszystko szło dobrze do momentu zrównania się z koronami drzew. Gwałtowny podmuch wiatru uderzył w dwójkę wilków, przez co basior stracił panowanie nad swoją mocą i oboje runęli w dół. Kronikarz w ostatnim desperackim ruchu objął Pinezkę, zasłaniając ją własnym ciałem przed suchymi gałęziami martwej sosny. Upadek odebrał mu na moment dech. Szczeniak zdążył wygramolić się spod jego łapy cały i zdrowy.
- Proszę pana, niech pan nie umiera! Ktoś idzie w naszą stronę! - zawołała, przyjmując pozycję bojową, gotowa najwyraźniej chronić rannego własną piersią.
- Kogo my tu mamy? Musiałeś nieźle gruchnąć, przyjacielu – Szkło spojrzał na połamane gałęzie drzewa i na wykrzywioną bólem twarz Hyarina, który taksował go właśnie spojrzeniem. Śledczy na ten widok zaśmiał się głośno, po czym zerknął na malucha, który stał na szeroko rozstawionych nogach i szczerzył zęby. Płowy basior uniósł łapy w geście poddania.
- No już, spokojnie. Jestem po waszej stronie – powiedział z lekkim uśmiechem. Hyarin przewrócił oczami i spróbował się podnieść, ale zaraz z powrotem upadł z cichym sykiem.
- Zaprowadź ją do Pakiego i Yira. Ja postaram się jakoś wrócić do siebie – nakazał cicho, przymykając na moment oczy.
 
<Szkło?>

Od Ciri CD Admirała - "Taniec z Aniołami"

Stanęłam jak wryta, patrząc na Admirała z zakłopotaniem. Wynieść się? Do WSJ? Ale WSJ wcale nie wydawało się fajniejsze od naszego WSC. Przecież nasze tereny były większe i dużo bogatsze. Spędziłam już dużo czasu wśród gór, kiedy uciekłam przed samą sobą i zdecydowanie wolałam nasze lasy i morze.

- Mooże… - zaczęłam po krótkiej chwili ciszy, która dłużyła się niemiłosiernie. – Najpierw zjemy, dobrze? – spytałam patrząc na niego uważnie i starając się dokładnie przetrawić jego słowa. Admirał był dla mnie wszystkim. Moja dusza bez niego cierpiała, serce domagało się by był zawsze obok, ale czy byłam w stanie porzucić dla niego rodzinę i dom, który tu stworzyłam? Dopiero co mieliśmy ułożyć sobie życie w tej jaskini… Rozumiem, że przybycie Achpila nim wstrząsnęło, ale żeby tak nagle wszystko zmieniać? Wiosna dopiero się zaczynała, wiem że to często czas na zmiany, ale ja nie czułam się jeszcze na siłach, by robić taki wielki krok. Chyba.

- Nie rozumiesz! Nie mogę tu zostać, a to wszystko i tak nie jest ważne. My jesteśmy ważni. Tylko to się liczy, a lepiej nam będzie gdzie indziej. – Serce zabiło mi mocniej, ale zaraz zdałam sobie sprawę, że mógł to powiedzieć tylko po to żebym się zgodziła. Chce być dla niego najważniejsza, tak jak on jest najważniejszy dla mnie, ale co jeśli mnie zostawi? Nie dam sobie rady sama… bez taty, bez Nymerii, nawet bez mamy. Czy powinnam mu po prostu zaufać? Spojrzałam mu w oczy chcąc dojrzeć coś co mnie natychmiast przekona. Czułam, że byłam blisko tej decyzji, moje serce galopowało jak stado oszalałych mustangów, jakby chciało zmusić mnie bym bez pytań powiedziała tak. Jednak strach, który pojawił się gdzieś z tyłu mojej głowy nie pozwalał mi trzeźwo myśleć. Potrzebuje czasu.

- Tylko dlaczego WSJ? Nie podejmujmy takiej decyzji bo chcesz się zemścić, zjedzmy, odpocznijmy i zdecydujemy jutro dobrze?

- Ciri…

- Jutro, proszę Cię. – powiedziałam błagalnym tonem, jednocześnie mu przerywając. Nadal patrząc na niego i starając przekonać do swoich racji, dostrzegłam nagle ruch w głębi jaskini. – Oni na pewno też są głodni. – powiedziałam znajdując w dwóch nieznajomych szansę na zdobycie trochę czasu.

- Ma raszje… - wysapał jeden z nich, jedynie łypiąc na nas okiem bo nadal nie mógł podnieść zbyt ciężkiej głowy.

- Przed jaskinią jest jeleń, którego pomógł mi upolować Magnus. – powiedziałam i wybiegłam z jaskini, by wrócić za chwile ciągnąc w pysku, pokaźnych rozmiarów zwierzynę. Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam stróżkę śliny wypływającą z pyska Admirała. Nie jadł od długiego czasu i pwnie nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest głodny. Przynajmniej na chwilę oddaliłam tą rozmowę. Na pewno wolałam nie podejmować tego tak nagle, nie mówiąc już o dwóch parach uszu, które zdecydowanie nie powinny uczestniczyć w tej rozmowie.

---

Ucieknę z nim. Zrobię to. No bo właściwie czy byłam komuś coś winna? Rodzice na połowę mojego dzieciństwa zniknęli. Matka uważa mnie za niedorozwiniętą, a do tego jak oboje dowiedzą się o moim związku z Admirałem, to mnie wydziedziczą, więc i tak nie będę miała czego tu więcej szukać. Tylko może… porozmawiam z nimi. Powiem im o Admirale i zobaczę jak zareagują. Wtedy podejmę decyzję, to będzie mój warunek odejścia. To nie będzie pochopne, prawda? Przemyślałam to, nikt nie jest ważniejszy od Admirała. Nawet moja matka, albo tatko… nawet Nymeria. Nymeria, ona, ona wie o mnie i Adku, ale akceptuje to. Ona jedyna mnie zna, nawet Admirał nie zna mnie tak dobrze. Ygh, dlaczego to wszystko jest takie skomplikowane!?

Otworzyłam oczy, choć ledwo udało mi się dzisiaj zasnąć. Miałam szczęście, że poprzedniego dnia Admirał nadal był zmęczony po dniu spędzonym w półświadomości, był więc wyjątkowo łatwy do przekonania. Nawet pozwolił mi wyrzucić z naszej jaskini swoich dwóch „przyjaciół”, którzy po wybudzeniu z chorobowej śpiączki, zaczęli zachowywać się co najmniej dziwnie. Nie oni więc byli powodem mojej dzisiejszej bezsenności. Był nim mój skonfundowany umysł, który próbował znaleźć rozwiązanie na trapiącą mnie sytuację. Wstałam na równe łapy, patrząc zmęczonym wzrokiem na nadal śpiącego Admirała. Jak się obudzi to mnie już tu nie będzie, ale coś czułam, że nie będzie się martwił. Przynajmniej z początku. Miałam jednak nadzieję, że wrócę do niego szybko, z uporządkowanymi myślami.

Wybiegłam z jaskini i od razu skierowałam się do swojego starego domu. Po drodze, przeszłam się wzdłuż plaży, jakbym miała zrobić to ostatni raz. Słońce ledwo pojawiło się na horyzoncie, ukazując światu pierwsze swoje promienie. Tafla morza mieniła się niczym rozgwieżdżone nocą niebo, a wiatr delikatnie muskał moją sierść.

- Nie chcesz tego robić, Ciri. – usłyszałam za sobą przyjacielski, acz ostrzegający głos.

- Muszę. Tak będzie najlepiej.

- Tylko tak Ci się wydaje. – wadera usiadła obok mnie i tak jak ja, wpatrywała się w przebudzające się słońce.

- Przecież ty nienawidzisz kłamstwa.

- Czasem kłamstwo jest lepsze niż prawda… Czasem…

-  O matko… Ty wiesz co się stanie, prawda!? – spojrzałam na nią, nie wierząc, że próbuje mnie przekonać do dalszego ciągnięcia tej farsy. Ona, ze wszystkich wilków, które znałam. Najbardziej prawa wadera, jaka stąpała po tych ziemiach, śmiała mnie przekonywać bym dalej żyła w kłamstwie?

- Wiem jak Twoja matka znosi takie rzeczy. A tak się składa, że tą samą cechę odziedziczyłaś po niej. Jestem pewna, że obie zrobicie rzeczy których będziecie żałować.

- A co, mam ukrywać to przez całe życie!? – odburknęłam, podnosząc głos, ale jednocześnie starając się nad nim panować.

- Po prostu odejdź. Mogę im powiedzieć, że poszłaś odszukać siebie… cokolwiek. Tylko, niech to nie będzie WSJ, znajdźcie sobie nowe miejsce. Gdzieś daleko.

- Przestań! – nie mogłam już tego wstrzymać. – Wyjdź z mojej głowy!

- Nie wchodzę do niej. – jej opanowanie działało mi na nerwy. Ona nigdy nie podniosła głosu, nigdy się nie pomyliła, zawsze wiedziała co dokładnie powiedzieć. Była zbyt idealna by mnie rozumieć. – Wszystko z Ciebie wylatuje jak woda z wodospadu. I mylisz się. Nie jestem idealna. To, że ja wiem o Tobie wszystko nie znaczy, że Ty wiesz wszystko o mnie.

Nymeria odwróciła się z gracją jaka wiecznie jej towarzyszyła i odeszła bez ani jednego słowa więcej. Stałam jak wryta próbując przetrawić całą naszą rozmowę. Po kilku chwilach z lekkim uśmiechem na ustach, ruszyłam w drogę wzdłuż plaży.

---

- Admirał! – krzyknęłam widząc już wejście do jaskini. – Admirał! – sapnęłam wpadając do środka ostatkiem sił. Basior siedział w głębi jaskini, w miejscu w którym go zostawiłam. Wyglądało na to, że przed chwilą się obudził, a jego oczy niemrawo przesuwały się po mojej twarzy.

- Wynieśmy się stąd! Do WSJ! I nigdy tu nie wracajmy! – wypaliłam, przerywając każde zdanie głuchym sapnięciem zmęczenia. Na pysku Admirała, pojawił się delikatny cień uśmiechu, jego oczy zabłysły w ciemności, która go okrywała, a z pyska wydobyło się krótkie:

- Dziwna jesteś, Ciri.

A ja po raz kolejny poległam w tej walce.

<Admirał?>

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 13

Dzień zaczął się na pozór spokojnie. Świeżo wycyklinowane podłogi aż błyszczały czystością, a nowo wybudowane skrzydło laboratoryjne zachęcało do nowych odkryć i badań. Generał Fiodorow, który właśnie przejął dowodzenie nad eksperymentem, chodził po kompleksie czując nową nabytą przez niego władze. Poprzedni dowodzący zbytnio pobłażał pracownikom, Fiodorow nie miał zamiaru popełnić tego samego błędu.

- Poproszę raport. Jakie są najważniejsze obiekty na wyspie? – spytał Generał wchodząc do głównej sali, która monitorowała wyspę i znajdujące się tam stworzenia. Canis Lupus… niby tylko wilk, ale jednak coś więcej. Jeden z młodych pracowników drgnął, gdy stanął obok niego dowódca. Od razu wstał i zasalutował jak na dobrego żołnierza przystało, reszta obecnych poszła jego śladem.

- Od miesięcy monitorujemy CL0032, to córka CL0015 i CL0018. CL0015 była genetycznie zmodyfikowana, ale jeden ze zbiegłych CL zabił ją w trakcie eksperymentu. Mamy nadzieje, że dziecko odziedziczy moce po matce. – pracownik wyrecytował wszystko z pamięci nadal stojąc na baczność. Generał spojrzał na niego ze spokojem, ale bez emocji na twarzy.

- Spocznij. – powiedział, a wszyscy usiedli z powrotem i już tylko rozmawiający z nim żołnierz stał i czekał na dalsze instrukcje. – A gdzie zbiegły CL? Dlaczego był zbiegły?

- Został wyeliminowany z eksperymentu… zbiegł przez niedopatrzenie jednego z naszych pracowników. Z nim też już – żołnierz zatrzymał potok słów widząc podniesioną rękę swojego dowódcy.

- Tak, tak. Resztę znam. Wiem dlaczego się tu znalazłem. Dziękuje, żołnierzu, wracaj do pracy. – Generał odwrócił się na pięcie i dumnie opuścił pomieszczenie wracając do swojej kwatery. Czekało go dużo pracy, żeby dobrze zapoznać się z CL0032, CL0015 i CL0018.

---

Patrzyłam z oczekiwaniem w oczach na ruchy starszego brata. Jego zwinne łapy, kawałkiem zaostrzonego kamienia sprawnie zdzierały skórę z zabitego kilka minut wcześniej królika. Chyba jednego z ostatnich na naszej wyspie. Nie wiedziałam dlaczego, ale zaczęło brakować nam jedzenia. Od kilku miesięcy zwierzęta nie pomnażały się mimo dopiero co zaczętej wiosny, część ginęła w dość dziwnych okolicznościach, sprawiając, że ich mięso było już niezjadliwe. No bo kto by jadł tygodniowego jelenia, który spadł z urwiska? Albo zająca który utopił się w morzu? Nawet ryby opuściły nasze płycizny, a im dalej w morze tym niebezpieczniej, nie mogliśmy sobie pozwolić na straty w wilkach. Przynajmniej tak mówiła matka, choć nie do końca rozumiem o co w tym wszystkim chodzi.

- Trzymaj. – zwrócił się do mnie Kortez, wręczając mi ledwie połowę i tak niewielkiego królika. – To dla Twojej rodziny. – poczułam napływającą ślinę do pyska, ale starałam się powstrzymać przed rzuceniem na świeże mięso. Nie byłam jedyną, która chciała pożywienia.

- Pamiętaj, że możecie śmiało jeść jagody i inne owoce z lasu! – wykrzyczał za mną basior gdy już wychodziłam z jaskini. Tak, jagody… tylko czemu one nie smakowały mięsem? Wtedy może z większą chęcią bym je jadła. Trzymając w pysku kawałek króliczego mięsa, pognałam do jaskini swojej matki. Dopiero niedawno pozwoliła wychodzić mi kiedy chciałam i na ile chciałam, musiałam tylko wracać do domu przed zmrokiem. Skończyłam jednak miesiąc temu rok… najwyższy więc czas żebym poznała coś więcej niż tylko łąkę przed naszą jaskinią. Zwykle swoje dnie spędzałam na poszukiwaniu pożywienia. Matka byłą już zbyt słaba, żeby polować, opiekowała się niechcianymi szczeniakami od lat, ale przychodził już kres jej sił i możliwości. Głodówka zmusiła nawet Magnusa do wstania z leża i ruszenia na polowanie. Od jakiegoś czasu żywiliśmy się głównie rybami, ale i one znalazły jakiś sposób by od nas uciec. Matka opowiadała mi, że za młodości brata, mieliśmy podobny problem z wodą pitną, zupełnie jakby co jakiś czas na wyspę spadały plagi, które testowały naszą siłę i cierpliwość. Musieliśmy to przetrwać, nie było innego wyjścia, w końcu gdzie indziej mielibyśmy się udać? Z każdej strony otaczało nas morze po horyzont, każdy uważał, że wyprawa w nieznane była bardziej niebezpieczna niż pozostanie na naszej kapryśnej wyspie.

- O jesteś Karo… - szepnęła matka na mój widok. Jej głos był jeszcze słabszy niż wczoraj, przy normalnych porcjach pożywienia miała problem ze wstaniem, a teraz nawet rozmowa była dla niej zużyciem resztek sił. Magnus zdawał się tego nie zauważać, ale coś czułam, że bardzo mocno przejmował się stanem matki. Nawet jeśli nas nie urodziła, to całe swoje życie poświęciła by wychować nas i naszych starszych braci… Gdyby tylko ojciec znalazł sobie jedną waderę, a nie lubił każdą którą spotka, to może bylibyśmy prawdziwym rodzeństwem, a nie tylko połowicznym.

- Zjedz mamo, może będzie ci lepiej. – powiedziałam kładąc niewielki posiłek przed jej pyskiem. Gdy poczuła zapach mięsa, od razu poruszyła lekko nosem, jakby chciałam upewnić się, że to na pewno to.

- Lepiej ty zjedz… musisz być silna, żeby rosnąć. – powiedziała z wysiłkiem, a ja pokiwałam głową niezadowolona. Musiała jeść! Ja byłam młoda i mogłam wytrzymać dłużej głodna, albo pożywiając się roślinami, a ona? Przecież nie mogła nas opuścić…

- Musisz jeść. Ja i Kara inaczej sobie poradzimy. – powiedział Magnus stojąc w wejściu do jaskini. Jego oczy zabłysły w ciemności która go spowiła, wyglądał jakby dopiero co zmartwychwstał, albo jeszcze gorzej… jakby nawiedzał nas jako duch. Matka spojrzała na niego niemrawo, ale nie powiedziała już nic więcej. Jej pysk przysunął się do pożywienia, by powoli zacząć przeżuwać świeże mięso w pysku. Uśmiechnęłam się, odwracając znowu głowę w stronę brata. Niestety już go nie było. Zniknął równie nieoczekiwanie jak się pojawił. A może wcale się nie pojawił? Może miałam już majaki z głodu, który wwiercał mi się w żołądek niczym mrówka w suchą i zbitą ziemię? Opadłam na podłogę jaskini, przytulając pysk do jednej z łap matki. To nieważne. Mogłam całkowicie opaść z sił, ważne, żeby ona z nami została. Ze mną została.

CDN

Nasz Głos nr.13 - "Oj, pechowa trzynastka"

DOWCIP NUMERU

Twoje życie.

BÓSTWO NUMERU

Latający Potwór Spaghetti - jedyny prawdziwy bóg, którego istnienie ogłoszono dopiero w 2005, bo wcześniej wszyscy ludzie się go niemiłosiernie bali.

W RAZIE NUDY

Za wykonanie drugiego zadania zyskuje się jeden dodatkowy punkt umiejętności, a przy ponad 1000 słów aż dwa.
1. Zakończ światowy głód.
2. Opisz lany poniedziałek. Punkty do wybranej umiejętności.

COŚ ZE ŚWIATA

Kilka wersji Muminków wraz z krajem produkcji, tłumaczeniem datami:
ムーミン (Mūmin) - Japonia; "Muminki", 1969
しんムーミン (Shin Mūmin) - Japonia; "Nowe Muminki", 1972
Opowiadania Muminków - Polska, 1977
Moomin - Japonia-Finlandia-Holandia; Opowiadania z Doliny Muminków, 1990
Moominvalley - Finlandia-Wielka Brytania; Dolina Muminków, 2019

SZYBKIE PRZYPOMNIENIE

Nic się nie działo. Ach, dorośli Nymeria i Theodore. I dołączyła Valo. I konkurs był. Adaptacja piosenki bodajże.

WYWIAD

Wywiad przeprowadzony z Puchłem?
Jak się Panu podoba w WSC?
Iip iip!
Czy wilki są dla Pana miłe?
Iiip!
Jak sobie Pan radzi, otoczony wilkami?
Ip ip ip iip!
Którego wilka lubi Pan najbardziej?
Iiiiip ip!
Dogaduje się Pan dobrze z tym wilkiem?
Ipipipipipipipipip-
Dobrze, rozumiem. A co Pan myśli o jego bracie?
Iip?
Tak... Szkło ma brata...
IPIPIPIPIPIPIPIPIPIPIPIP
Dziękujemy za udzielenie odpowiedzi, życzymy miłego dnia.

OTO KONIEC NUMERU. ŻYCZĘ NAJLEPSZEGO WSZYSTKIM CZŁONKOM WATAHY SREBRNEGO CHABRA i wesołego Prima Aprilis!!!

Autorem tego numeru był Paketenshika