Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magnus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Magnus. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 października 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 20

- Kara! Kara! – usłyszałam swoje imię, ale moje powieki były zbyt ciężkie. – Obudź się! Błagam Cię, Kara ocknij się!

Otworzyłam lekko oczy, nie mając siły by nawet wstać. W ciągu ostatnich dwóch dni przybyło mi mnóstwo nowych ran i pojawiały się tylko kolejne. Mój organizm był wykończony regeneracją.

- Co się stało? – szepnęłam z wysiłkiem. Moje gardło było tak zaciśnięte i suche, że ledwo wydobył się z niego jakikolwiek dźwięk.

- Levi… on.

- Lepiej się czuje? – spytałam zamykając na powrót oczy. – Tak wiem, wczoraj pomagał innym, wychodzi już z jaskini medycznej? – mówiłam lekko majacząc i starając się uporządkować w głowie to co działo się przez kilka ostatnich dni. Nasze rozmowy, wzajemne bandażowanie, a nawet śmiech jak znaleźliśmy na to siłę. Cieszyłam się, że jest z nim tak dobrze.

- Nie, Kara. On odszedł.

- Gdzie? Daliście mu jakaś ładną jaskinie? Może niech… - nie dokończyłam bo zabrakło mi tchu. Cholerne płuca.

- Kara. Spójrz na mnie. – z trudnemu otworzyłam oczy. Malfoy patrzył na mnie z przerażeniem i smutkiem w oczach. Tak mi się wydawało. Nie był zbyt wyraźny.

- Levi nie żyje. – powiedział dosadnie, jakby w gniewie. Ponownie zamknęłam oczy i odetchnęłam mocno, jakby to miał być mój ostatni oddech. Nie żyje. Opuścił mnie.

- Kara?

- Zostaw mnie. Jestem zmęczona. – powiedziałam odwracając się do niego tyłem i zamykając ten rozdział raz na zawsze. Przecież nawet go nie znałam. Nie znałam go choćbym tego chciała. Był tylko wspomnieniem. A teraz już naprawdę… i na zawsze pozostanie, tylko wspomnieniem.

Spazm szlochu przeszedł przez moje ciało jeden raz. Później drugi. Pozwoliłam sobie też na trzeci. Gdy jedna łza skapnęła na zimną podłogę jaskini, wiedziałam, że to będzie i ostatnia.

---

Czy życie może doświadczyć Cię bardziej niż zsyłając śmierć kogoś bliskiego? Kilka miesięcy temu powiedziałabym, że nie ma nic gorszego. Teraz jednak wiem, że się myliłam. Jest coś gorszego. O wiele gorszego. I jest to śmierć wielu bliskich. Tak wielu, że przy kolejnej wiadomości, tylko kiwasz głową jakby to był chleb powszedni. Tylko kolejne imię do zapisania, zupełnie jakby nic nie znaczyło. Jakby nie należało do niedawno żywego wilka.

Magnus podpalił ostatnie zwłoki. Nie chciał, żebym tu była, jednak musiałam to przejść razem z nim. Nikt z nas nie spodziewał się, że i Malfoy nas opuści, zwłaszcza, że jeszcze wczoraj to on czuł się z nas najlepiej. A dzisiaj…

- Powiedz mi od razu jak poczujesz, że coś jest nie tak. Nie wiemy czy u nas dobre samopoczucie też nie jest chwilowe.

Jego słowa z jednej strony mnie przeraziły. A z drugiej zdałam sobie sprawę, że wiedziałam o tym, że ja nie umrę. Kto wie, może ci co czuli się dobrze przed śmiercią, tylko grali, żeby nie robić nam przykrości zawczasu. Żebyśmy zapamiętali ich w pełni sił. Tak też będzie. Malfoy, Kortez… Levi. W moich wspomnieniach będziecie silni.

---

Kolejny dzień i kolejne spotkanie kadry dowodzącej. Generał Fiodorow właśnie wrócił ze zebrania w sprawie wyspy. Jego szefowie nie byli zadowoleni, ale informacja o mocy substancji jaką udało im się uzyskać zaciekawiła ich na tyle by nie przerywać eksperymentu w pełni. Teraz już wiedzieli jak funkcjonowały Canis Lupus w naturalnych warunkach i co mogli zyskać na okiełznaniu ich i ich mocy.

- Potrzebujemy kilku miesięcy, żeby wznowić program. Tym razem skupimy się na łapaniu okazów i badaniu pod względem wydobycia z nich substancji. – słowa dowodzącego echem odbijały się od ścian sali konferencyjnej. Każdy w pokoju uważnie patrzył i słuchał Generała, jednocześnie się bojąc, czując szacunek i starając się nadążyć nad przebiegiem wypadków. Ostatnie tygodnie były niespodziewanie gorące dla wszystkich. W momencie gdy cały projekt może pójść na dno, każdy czuje lęk przed stratą posady. A jednak tego typu projektu raczej nie wpiszesz do CV.

- Musicie w końcu ją nazwać, jakoś krótko i dźwięcznie. – westchnął dowodzący. Był szczęśliwy, że szefostwo nie zamknęło projektu, jednocześnie jednak bał się, że ponownie nie spełni ich oczekiwań. Czuł, że nie ma kontroli nad przebiegiem wydarzeń, ale wiedział już, że nie odda nigdy więcej całej władzy tym przebrzydłym Canis Lupus. Gdyby tylko nie ginęli tak łatwo…

- Pracujemy nad tym. – powiedział jeden z medyków, dokładnie ten który odnalazł istnienie substancji.

- Już niedługo panowie. Niedługo zdobędziemy to czego szukaliśmy tak długo. – uśmiech zagościł na twarzy Generała, a na jego widok uśmiechnęli się też inni. Pełni nadziei na wzbogacenie i na międzynarodową sławę, podpisali nowe kontrakty. Kolejne pięć lat badań. Tym razem jednak miały być bardziej owocne niż poprzednie.

---

Oboje mogliśmy śmiało powiedzieć, że byliśmy zdrowi. Ostatni z całej watahy. Przez tydzień czyściliśmy jaskinie i tereny najczęściej uczęszczane. Stos spalonych ciał ulokowaliśmy w miejscu gdzie rzadko zaglądaliśmy, żeby nie musieć na niego patrzeć. Właściwie i tak zostały praktycznie same kości, ale powietrze w tamtym rejonie jeszcze długo będzie pachniało śmiercią i spalenizną. Chciałabym powiedzieć, że już się z tym wszystkim pogodziłam. Tym razem przecież powinnam już krócej to przeżywać. Doświadczenie kazałoby się na to uodpornić, ale… mam wrażenie, że nie da się ani uodpornić na śmierć, ani zyskać doświadczenia w żałobie niezależnie jak często by się ona pojawiała. Moja właściwie pojawiła się drugi raz, bo choć straciłam wielu… to straciłam wszystkich na raz. Właściwie straciliśmy.

Magnus chyba miał się gorzej ode mnie. Nie byłam pewna, bo nigdy nie był zbytnio wymowny. Jednak teraz czułam w  nim zmianę, jakby utrzymywał się na powierzchni tylko ze względu na mnie. Znikał nie wiadomo gdzie, choć zwykle szybko pojawiał się znowu. Czasem łapałam go jak długo się we mnie wpatrywał i szeptał coś do siebie, albo tylko pogrążał się w rozmyślaniach, w których nie było dla mnie miejsca. Martwiłam się o niego, ale jednocześnie musiałam jeszcze zadbać o siebie. Mogłam mieć tylko nadzieję, że zdążę z pomocą zanim mój starszy brat już nie da rady.

---

Tamtego dnia obudziłam się później niż zwykle. Słońce już było wysoko na nieboskłonie, a Magnusa nie było tam gdzie zwykle można było go zastać. Nie oczekiwałam od niego, że będzie czekał aż wstanę, ale mógłby przynajmniej kręcić się w pobliżu, tak jak zwykle. Gdy po kilku godzinach nadal go nie znalazłam postanowiłam pójść w miejsce, w którym miałam nadzieję go nie znaleźć. To właśnie w trakcie spacery przez las usłyszałam za sobą podejrzanie znajomy dźwięk. Odwróciłam się i zobaczyłam dziwnego latającego czarnego ptaka. Miał jedno oko, które chyba otwierało się i zamykało systematycznie i było krwisto czerwone i świecące. Skrzydła miało dziwne, poruszały się obrotowo i zupełnie inaczej niż u innych latających stworzeń, które znałam. Patrzyłam chwile na to nowe stworzenie, dopóki nie zaczęło we mnie czymś rzucać. Przy mojej łapie wylądowała pewnego rodzaju strzałka, albo strzykawka. Kilka sekund później pojawiła się kolejna, znowu chybiając. Nie zastanawiając się długo, ruszyłam w drugą stronę, czując wewnętrznie, że to stworzenie nie chciało dla mnie niczego dobrego. Musiałam jak najszybciej odnaleźć Magnusa.

Dziwny ptak poruszał się za mną, próbując mnie dogonić, jednak bez skutku. Widać było, że nie znał dokładnie lasu i co chwile znikałam mu z oka (chyba miał tylko jedno). Pogoń nie trwała długo, bo po kilku minutach zasapana dobiegłam do skarpy, na której miałam nadzieje (nie) znaleźć Magnusa. I właśnie tam go znalazłam.

- MAGNUS!!! – wrzasnęłam widząc co się dzieje. Gdy jego ciało, niemal bezwładne, zniknęło za kamienną skarpą, wyprułam do przodu jakbym jeszcze mogła go złapać. Oczywiście nie mogłam. Serce galopowało mi szybciej niż moje łapy, a piszczący dźwięk nadciągającego po raz kolejny stworzenia, tylko mnie pospieszał. Z impetem odbiłam się tylnymi łapami od końca skarpy i dopiero wtedy spojrzałam w dół. Zobaczyłam jak ciało mojego brata uderza o rozgniewane fale i wiedziałam, że z moim zaraz stanie się to samo. Moje ciało się obróciło i ostatnie co udało mi się zobaczyć to ten dziwny ptak oddalający się coraz bardziej i obserwujący uważnie jak znikam w ciemnej i zimnej wodzie.

A później? Później ocknęłam się w nowym świecie. Na nowym lądzie. Myślę jednak, że tą historię już dobrze znacie.

KONIEC

sobota, 9 października 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 19

Czuliście się kiedyś jakby nic nie zależało od was? Jakby waszym światem sterował ktoś z zewnątrz niczym Władca Marionetek cieszący się z waszych niepowodzeń i zanosząc się śmiechem gdy podrzuca kolejne kłody pod łapy. Nie? To wam zazdroszczę.

W tamtym momencie mojego życia, chciałam zniknąć. Modliłam się do tego wyimaginowanego Władcy, żeby pozwolił mi odejść, nawet jeśli miałoby to oznaczać moją śmierć. Miałam dość tego, że nigdzie nie należałam, byłam postacią drugoplanową w swoim własnym życiu. Że przejmowałam się nieznajomym bardziej niż swoim własnym zdrowiem, czy zdrowiem swoich braci. Że pamiętałam kogoś, kogo nie pamiętał nikt inny. Że darzyłam uczuciem kogoś kto zaraz miał umrzeć. Choć w mojej głowie znałam go zaledwie kilka dni, w sercu czułam, że znam go całe swoje życie. Był mi bliższy niż ktokolwiek inny, nawet wychowująca mnie matka. Nie potrafiłam uporać się z tymi uczuciami, które przybyły tak nagle jak odludek przyniesiony przez niespokojne fale.

- Jak on się czuje? – spytałam medyka, który bandażował Levi’ego. Nie było już sensu uciekać przed chorymi. Ktoś musiał nam pomóc, nazbierała się nas już ponad dwudziestka, a większość nawet nie miała wcześniej styczności z chorymi. Choroba była w powietrzu, w wodzie, w zwierzynie… nie mogliśmy przed nią uciec. Mieliśmy tylko nadzieję, że Ci najsilniejszy przeżyją.

- Możesz jego spytać. – powiedział z lekkim uśmiechem. To chyba był uśmiech dumy, że prawdopodobnie udało mu się wyleczyć najcięższy przypadek. Piaskowy basior spojrzał na mnie zmęczonymi oczami. Na jego twarzy było jednak widać szczęście i większą siłę w jego ruchach.

- Może jednak nie jestem skazany na śmierć. – powiedział z przekąsem uśmiechając się zawadiacko. Moje serce podskoczyło na ten gest, nie wiedziałam jednak czy to moje teraźniejsze uczucia zareagowały czy może moje wspomnienia. Nie potrafiłam tego rozróżnić.

Cokolwiek jednak był prawdziwe, widziałam jedno. Ten basior był już moim światem.

- Myślałem o Tobie, wiesz? – powiedział patrząc na mnie nieprzerwanie. – Gdy Oni mnie… w każdej chwili. W każdej chwili myślałem.

Chciałam zapytać kim byli Ci „Oni”, o których czasem wspominał. Jednak ukłucia bólu, które widziałam w jego oczach za każdym razem jak o nich mówił mnie powstrzymywał. Levi coś wiedział. Więcej niż my i prawdopodobnie zagrażało nam coś więcej niż tylko nagle przyniesiona zaraza. Mimo wszystko… jeden poważny problem na raz?

- Ja, nie…

- Wiem, nie mogłaś mnie pamiętać. Żadne z was nie mogło. – uśmiechnął się smutno i przymknął oczy, najwyraźniej zmęczony konwersacją. – Dobranoc, Kara.

- Dobranoc, Levi. – powiedziałam także kładąc głowę na ziemi. Byłam w lepszy stanie niż on, jednak tak jak każdy podejrzewał, pomoc nieznajomemu miała ogromny wpływ na moje własne zdrowie.

---

Generał wszedł po raz kolejny tego dnia do Sali monitoringowej. Tłum jego pracowników dokładnie badał zachowanie każdego wilka dzięki ukrytym kamerom i nadajnikom określającym położenie i stan danego osobnika. Od kiedy na wyspie zastało jedynie osiem żywych osobników CL, sytuacja w całym budynku stała się napięta. Na pewno nie pomagał fakt, że jedyny wilk znający się na właściwościach ziół zmarł kilka dni wcześniej. Wydawało się, że nie było więcej nadziei na przetrwanie. Barczysty mężczyzna przeszedł dwa razy w jedną i drugą stronę środkowego przejścia sali, jakby nie mógł zebrać się do tego co miał zaraz powiedzieć. W końcu westchnął i skapitulował opuszczając pomieszczenie. Idąc długimi i krętymi korytarzami, skierował się do centrum całego budynku, gdzie pomieszczenie mieli pułkownicy i medycy zajmujący się projektem.

- Jest źle. – powiedział krótko, chcąc zwrócić na siebie ich uwagę, jakby myślał, że samo jego wejście nie stawiało ich do pionu wystarczająco mocno. – Projekt nie przetrwa jeśli wilków będzie zbyt mało. Wirus trzeba opanować, jak najszybciej złapać jeszcze żywe wilki i dać im antidotum.

- Antidotum? – spytał jeden z trzech głównych medyków. Pracownicy spojrzeli na siebie, wiedząc co się zaraz stanie i najwyraźniej bojąc się tego. – Generale… nie mamy antidotum.

- Jak to nie macie!?

- Zaczęliśmy je przygotowywać jak tylko wypuściliśmy CL0033 na wyspę, jednak okazało się, że to nie jest takie proste. Bardzo nam przykro Generale Fiodorow, ale praca nad antidotum może potrwać jeszcze przynajmniej kilka miesięcy.

Wściekłość ich dowódcy była wręcz namacalna. Pytanie czy był wściekły na nich, że nie mają tego czego potrzebuje, czy na siebie bo popełnił olbrzymi błąd.

- Nie mamy kilku miesięcy! – wrzasnął waląc pięścią w jedno z biurek, które stało obok niego. Siedzący przy nim Pułkownik, aż podskoczył przez niespodziewany wybuch.

– Panowie… - zaczął po chwili najwyższy stopniem, uspokajają jednocześnie swój przyspieszony oddech. – powiedzcie mi coś co może polepszyć naszą sytuację.

- Wygenerowałem już składniki substancji, którą pobraliśmy w znikomej ilości od CL0115. – zaczął jeden z medyków, wstając od swojego biurka. – przy odpowiednim podaniu i rozcieńczeniu  może stać się swoistym eliksirem siły, Generale. Jestem pewny, że jest to coś czego szukaliśmy w tym projekcie od lat.

- Jaki jest haczyk? – zapytał od razu Generał.

- Wydobycie substancji zabija osobnika, a odnalezienie takiego, który ją posiada jest niezwykle trudne. To niczym mutacja, ukazująca się nieregularnie i bez określonego porządku. Do tego osobnik w chwili pozyskiwania substancji musi być zdrowy i silny, ponieważ jego śmierć w połowie zabiegu, może zniszczyć właściwości eliksiru. – medyk zaczął się lekko trząść ze strachu nie wiedząc, czy jego słowa zadowoliły Generała czy nie.

- Porozmawiam z innymi i załatwię co będzie trzeba. Nawet jeśli będziemy musieli wybić wszystkie wilki i zacząć od nowa. A wy… – powiedział wskazując na każdego z pracowników z osobna. – Zatrzymajcie dla siebie informacje, które właśnie usłyszeliście.

Podmuch wiatru i zamykające się drzwi, sprawiły, że pułkownicy i medycy odetchnęli z ulgą. Przynajmniej na chwile.

<CDN>

piątek, 24 września 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 18

- Puść mnie! – krzyknęłam do Malfoya, który odciągnął mnie od nieznajomego. Jego oczy wciąż we mnie wpatrzone, stały się powoli puste i czułam, że życie z niego ucieka. Wątły oddech zwalniał, a ja miałam wrażenie, że słyszę tylko to powolne wypuszczanie powietrza z lekko otwartego pyska piaskowego basiora. Patrzyłam na to ze strachem, po raz kolejny ostatnie słowa i wzrok skierowany na mnie. I ostatni dech stracony na nic nie znaczącym imieniu.

- Pomóżcie mu! – krzyknęłam patrząc na tych, którzy pozostali przy nas. Alfa spojrzał na medyka jakby była to sprawa tylko i wyłącznie białego basiora. Malfoy stał za mną i się nie odzywał, a sam medyk… Medyk otworzył pysk jakby już chciał coś powiedzieć, po czym zamknął go i pokiwał przecząco głową jakby wilcze życie nic dla niego nie znaczyło. Wtedy już wiedziałam, że nie mogłam na nich liczyć.

Wyrwałam się z lekkiego już uścisku Malfoya i pobiegłam do pisakowego wilka walczącego ze śmiercią. Wszyscy jak na zawołanie krzyknęli moje imię, ale nie było już nic co mogli dla mnie zrobić. Położyłam łapy na piersi basiora i zaczęłam rytmicznie napierać, masując mu serce. Nie miałam pojęcia czy robiłam to dobrze. Pomocnica medyka opowiadała mi o tym jak razem zbierałyśmy zioła, ale była to czysta teoria. Nigdy nie miałam okazji spróbować tego w praktyce. Do teraz.

- No zróbcie coś! – krzyknęłam patrząc jak innych zamroziło. Chaotyczny i wściekle przestraszony wzrok podziałał na nich jak płachta na byka. Spojrzeli na mnie ze wściekłością. Nie dałam im jednak szansy na wydobycie ze swoich pysków żadnego dźwięku. – Trzeba go opatrzyć. Ja to wszystko zrobię, tylko przynieście mi to co jest potrzebne!

Medyk popatrzył na mnie analizując sytuację, po czym odwrócił się w stronę jaskini medycznej. Alfa powiedział coś o przeciwdziałaniu chaosu i zniknął pomiędzy drzewami. To byłoby tyle z jego pomocy.

Nie ustając w miarowym uciskaniu klatki, spojrzałam na nieprzytomnego wilka. Był tylko nieprzytomny prawda? Mogłam go jeszcze uratować, czy tak? Jego głowa była odrzucona do tyłu więc nie mogłam zobaczyć jego oczu. Wzroku, który mówił mi wszystko co musiałam wiedzieć.

- Co Ci mówi jego wzrok? – spytałam Malfoya, który jako jedyny jeszcze ze mną został. Basior westchnął niezadowolony i spojrzał na wilka.

- Jego oczy się zamknęły. Kara nie powinnaś…

- Ale to zrobiłam. Nikt inny nie był chętny, więc nie miałam wyjścia. – powiedziałam na jednym wydechu.

- Miałaś wyjście.

- Dać mu umrzeć!? – Moje łapy traciły siłę. Pomimo treningów  nadal nie byłam w najlepszej formie po mojej żałobie.

- I tak możesz go nie uratować.

- Ale przynajmniej próbuje, w przeciwieństwie do was.

- Jeżeli medyk ma racje i on jest chory, to…

- To najwyżej umrę razem z nim.

- Kara…

- DOŚĆ! – wrzasnęłam i w tej samej sekundzie poczułam ruch pod łapami. Klatka piersiowa wilka naparła na moje łapy. Basior nabrał powietrze w płuca i wygiął się w przedziwny łuk. Uśmiechnęłam się szczęśliwa z własnego zwycięstwa, a z moich oczu zaczęły płynąć łzy ulgi. Pustynny basior spojrzał na mnie i po raz kolejny tego dnia wypowiedział jedno słowo.

- Kara.

Przybiegł medyk z potrzebnymi przyborami do odkażenia i zabandażowania ran. Westchnęłam ciężko i złapałam oddech ze zmęczenia. Podeszłam do rzuconych na ziemie rzeczy i wzięłam te które były na samej górze, najczystsze. Podeszłam ponownie do wilka i zaczęłam od rany na jednej z łap. Basior jednym ruchem wyrwał swoja łapę z moich i warknął, odsuwając się ode mnie.

- Widzisz. Nawet on wie, że nie powinnaś go dotykać.

- Zamknij się, Malfoy. – warknęłam na niego po czym skierowałam się ponownie do chorego. – Już Cię dotykałam. Cokolwiek to jest i tak już to mam. – na te słowa w jego oczach pojawił się strach.

- Nie… - jęknął. Niezdolne do określenia emocje zaczęły pojawiać się w jego oczach. Zawiesił się na kilka chwil, nieprzerwanie na mnie patrząc. Spojrzałam pytająco na Malfoya, a on tylko lekko wzruszył ramionami w odpowiedzi.

- Kara, nie możesz. Oni właśnie tego chcą. – Zaskrzeczał chory. Spojrzałam na niego po raz kolejny, tym razem to jemu zadając nieme pytanie. – Jeśli którekolwiek z was się zarazi, zabiorą was. – Jego głos się łamał, kolejne słowa zatrzymywane były ciężkim oddechem wilka. - Tak jak zabrali mnie… ale ja już nie jestem im potrzebny. – Wraz z ostatnimi słowami padł bezwładnie na ziemie i z wciąż otwartymi i skierowanymi w moją stronę oczami dokończył. - I tak zaraz umrę.

- Nie, nie możesz umrzeć Levi. Nie możesz. – powiedziałam niewiele myśląc i ponownie pochylając się nad jego słabym ciałem.

- Ty znasz…

- Jak go nazwałaś? – spytał Malfoy patrząc na mnie z nieukrywanym podejrzeniem.

- Ja… nie wiem. Samo wyszło. Ja.

- Pamiętasz. Ja też już pamiętam. Nawet nie chciało im się mnie wymazać… jestem skazany na śmierć.

Niezrozumiałe dla mnie łzy i ogromny smutek i poczucie zdrady opanowały moje ciało. Spazmy szlochu przeszły przeze mnie razem z dreszczami.

- Ja. Nie. Co się dzieje. Malfoy. – Jęczałam nie mogąc się uspokoić. Wiedziałam tylko jedno. Nie chciałam, żeby Levi umarł, wilk którego ponoć nie znałam. Którego imię znam jak własne, ale w życiu wcześniej go nie widziałam.

- Może to już choroba przez Ciebie przemawia. – powiedział medyk, który najwyraźniej przyglądał się całej scenie swoim doktorskim okiem.

Stałam, szlochałam nie widząc co robić. Znalazłam się w jakimś innym świecie, nakładającej się rzeczywistości, może przeniosłam się w czasie? Albo to Levi… nic nie wiedziałam, nic nie rozumiałam. Jednak uczucie, które kojarzyłam dotąd tylko ze śmiercią matki, nie chciało mnie opuścić. Przypomniałam sobie o nie tak dawno złożonej obietnicy, że będę silna. Czy uda mi się jej dotrzymać?

CDN.

wtorek, 21 września 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 17

Mówią, że czas leczy rany. Nie byłam pewna, czy to prawda, ale na pewno wiedziałam, że z czasem trzeba ruszyć dalej. Moja droga choć wyboista, w końcu zaczęła układać się tak jak chciałam. Pomimo nadal świeżych ran na sercu, zajęłam się pracą. Codziennie pomagałam bratu w kuchni, albo drugiemu bratu w polowaniach. Dużo się uczyłam, bo w końcu najwyższy czas żebym w końcu stała się dorosła. Nie brakowało mi już wiele do pełnoletności, a nadal nie czułam się na to gotowa. Dlatego chodziłam od jaskini do jaskini, od wilka do wilka, szukając tych, potrzebujących pomocy i skorych do nauczenia mnie czegoś nowego. Doświadczenie. Tak, właśnie tego potrzebowałam. Doświadczenia.

- Coś się dzieje. – usłyszałam zaniepokojony głos Korteza.

Byłam w trakcie skórowania jelenia, gdy usłyszeliśmy krzyki i nawoływania dochodzące z jednej z najbliższych plaż. Brat wyjrzał z jaskini zaniepokojony, po czym dając mi twarde spojrzenie rozkazał mi:

- Zostań tu. – I zniknął za otaczającą mnie skałą. Choć niezmiernie ciekawiło mnie niewiadomego pochodzenia zamieszanie, wróciłam do pracy, aby jak najszybciej wrzucić oddzielone od kości mięso do przygotowanej przez Korteza zalewy. Moje ruchy stały się już niemal automatyczne, jednak teraz skupiłam się na pracy tylko po to, żeby wykonać ją jak najszybciej i wyjść na zewnątrz by zobaczyć przybliżającą się sensację.

- Do medyka z nim! – ktoś krzyknął przebiegając tuż obok wejścia do jaskini. – I niech nikt kto nie musi go nie dotyka.

W głowie zapaliła mi się alarmująca lampka. Nie brzmiało to dobrze. Choć nie myślałam, że to możliwe moje łapy zaczęły pracować jeszcze szybciej. W kilka minut zdjęłam skórę i pokroiłam na przyzwoite kawałki nasz zapas na następne dni. Lekko ogarnęłam miejsce pracy i wyskoczyłam z jaskini szukając wzrokiem zgromadzenia. Niestety żadnego nie dojrzałam, ale słyszałam, że mówili o jaskini medyka, dlatego postanowiłam właśnie w tamtą stronę się udać. Marszobiegiem ruszyłam przed siebie, bojąc się, że ominie mnie coś ważnego.

- Odejdźcie wszyscy!

- To dajcie go do jaskini! A nie tu na zewnątrz leży!

- Nie ma mowy! On sam mówi, że to zaraźliwe!

- Jak zaraźliwe, jak ma rany cięte… A to podobno ty jesteś medykiem.

- Cisza! – gromki wrzask alfy zatrzymał nadchodzące zdania. Nastała cisza, w czasie której alfa podszedł do medyka i powiedział cos tylko jemu. Basior pokiwał głową i zniknął zaraz w ciemności jaskini.

Podeszłam do najbliżej stojących wilków. Było to ogniste rodzeństwo pomagające w łowach. Przysunęłam delikatnie łeb pomiędzy ich bure czupryny.

- Co się dzieję? – spytałam cicho, żeby nie zwrócić na siebie zbędnej uwagi.

- Znaleźli kogoś na plaży. Jest strasznie poturbowany i pocięty, jakby ktoś zadawał mu ciosy nożem. Basior majaczy i twierdzi, że to zaraźliwe… Niektórzy sądzą, że to dlatego bo ten co mu to zrobił jest z nami na wyspie, ale medyk uważa, że to może być choroba. – powiedziała wadera nie odrywając wzroku od panującego przed nami zbiegowiska. Krótko podziękowałam za wyjaśnienia i odeszłam kawałek, chcąc znaleźć miejsce z lepszą perspektywą. Przed jaskinią zebrała się chyba cała wataha. Choć ostatnio nasze szeregi mocno się zmniejszyły, to nadal było nas dużo i tłum był nie do wytrzymania. Jednak ciekawość była dla mnie silniejsza. Okrążyłam prawie całe zgromadzenie zanim znalazłam dogodne miejsce.

Zerknęłam z daleka na leżącego na ziemi nieznajomego wilka. Miałam silną ochotę, żeby podejść bliżej, ale przeszkadzały mi wilki siedzące przede mną. Widziałam jednak basiora dość dokładnie. Krótka, gęsta sierść w kolorze mokrego piasku, była zbita i poklejona krwią w wielu miejscach. W wielu miejscach ze świeżych ran wyciekała krew. Tylko dlaczego to wyglądało, jakby nacięcie zostało zadane kilka minut temu… Jego pysk leżał bezwładnie na ziemi, więc nie mogłam mu się dokładnie przyjrzeć. Choć basior wyglądał zwyczajnie, nie licząc jego nadzwyczajnego stanu, czułam jakieś dziwne wrażenie, że go znam… albo powinnam znać.

- Rozejdźcie się proszę. Razem z medykiem rozwiążemy tą sprawę, a jeżeli któryś z was będzie mógł nam pomóc to na pewno po was poślemy. – odezwał się ponownie alfa, stanowczym głosem. Z pomrukami niezadowolenia, tłum zaczął się rozchodzić. Niewiele myśląc, korzystając z nieuwagi wszystkich, podeszłam do rannego i wyciągając szyję jak tylko mogłam, zaczęłam go wąchać, myśląc że może poznam tak jego zapach.

- Kara! – usłyszałam za sobą i poczułam silne pociągnięcie w tył. W tym samym momencie pysk leżącego wilka poruszył się, a oczy otworzyły się gwałtownie pokazując mieniące się we łzach, idealnie lazurowe oczy.

- Kara… - powtórzył po moim bracie patrząc na mnie nieprzerwanie. Tak jak ja patrzyłam na niego.

CDN.

niedziela, 20 czerwca 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 16

Dzisiaj udało mi się wstać. Choć chłód w jaskini był wyjątkowo przyjemny, wyszłam na zewnątrz w lipcowy gorąc parzący całe ciało. Był środek dnia, więc większość wilków chowała się z dala od słońca, w swoich jaskiniach lub między drzewami. Ja za to stanęłam w południowym słońcu i pozwoliłam mu ogarnąć całe moje ciało. Nie czułam ciepła na pysku od miesięcy i to z własnej nieprzymuszonej woli. Moje brudne i zlepione futro wyglądało jeszcze gorzej w pełnym świetle, na pysku czułam wyżłobione bruzdy od łez, które spływały prawie nieustannie przez minione trzy miesiące.

Powrót.

Zostało mi pół roku do dorosłości, a nie chciałam jej przywitać w takim stanie. Ból po stracie nie zmalał… miałam nawet wrażenie, że tylko się powiększył przez moją bezczynność. Wreszcie mogłam powiedzieć, że rozumiem Magnusa. Rozumiem go zupełnie jakbym weszła w jego łapy i szczerze mówiąc wolałabym żyć w błogiej nieświadomości. Narzekanie na jego zachowanie teraz wydawało się tak dziecinne i nieczułe. Jego cierpienie było mi teraz tak bliskie, zupełnie jakbyśmy się zbliżyli przez te miesiące, chociaż praktycznie go nie widywałam i z nim nie rozmawiałam. Przynosił mi pożywienie i wodę gdy spałam. Nie pytał, nie nakłaniał, właściwie nic nie mówił. Czasem leżał na drugim końcu jaskini, w ciemności, tylko będąc i dając mi samą swoją obecność. Lepszego opiekuna nie mogłam sobie wymarzyć, Kortez i Malfoy już dawno spadli na niższe miejsca najlepszych braci.

Ruszyłam do najdogodniejszego stawu, żeby obmyć z siebie bród z przeszło trzech miesięcy. Wybrałam taki, na pełnym słońcu, żeby zmniejszyć szansę na ewentualnych gapiów. Wchodząc do wody, poczułam dreszcz obrzydzenia przechodzący przez całe moje ciało. Lepko zimna ciecz okalała moje ciało coraz bardziej. Jednocześnie widząc jak woda zmienia kolor na brunatno brązowy czułam jak opuszczają mnie myśli poprzednich miesięcy. Smutek, strach, żałoba, pustka, a nawet złość zaczęły powoli spływać ze mnie i mieszać się z krystalicznie czystą wodą zbiornika. Ostatnie łzy zaczęły spływać po moim pysku, jak dodatek do tej przedziwnej mieszanki żałości. Oczyszczenie nastąpiło nieoczekiwanie szybko, wraz ze zniknięciem oblepiającego mnie piachu, łez i krwi, zniknęła cała negatywność. W głowie miałam już tylko myśl, że Matka chciałaby żebym żyła dalej i starała się być szczęśliwa. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko żeby tak było. Miłość do opiekunki płonęła we mnie jak żywa, ale nie było już uczuciem smutku. Była radością i chęcią do życia.

Stanęłam w ogarniętym z każdej strony przez cień, kręgu słońca. Spojrzałam przed siebie, a uśmiech na moim pysku rozszerzył się delikatnie.

- Magnus! – krzyknęłam do brata i popędziłam w jego stronę, czując jak promienie słońca odbijają się od mojego mokrego futra. Niebieski wilk spojrzał w moją stronę, przez kilka sekund w jego oczach pojawiło się zdziwienie… później ból, a w końcu dobrze mi znana obojętność.

- Wstałaś. – oznajmił nie patrząc już w moją stronę. Zwolnił jednak trochę kroku, żeby mogła mu dorównać.

- Wstałam. – powiedziałam z uśmiechem, czując się jak nowo narodzona. Stałam na swoich własnych nogach i wiedziałam, że niezależnie jak mocno życie będzie chciało mnie z nich walić, ja będę wstawać ponownie by zmierzyć się z przeciwnościami losu. Już zawsze. Nawet jeśli odbierze mi wszystko co mam.

CDN.

piątek, 4 czerwca 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 15

- Jakie straty ponieśliśmy? – spytał generał przychodząc tego ranka do głównej Sali monitoringowej. Większość pracowników wróciła na święta do domów, jedynie niektóre jednostki, najwięksi pracoholicy zgodzili się na pracę w ten grudniowy czas.

- Ostatecznie w trakcie eksperymentu i po nim, w wyniku głodu zmarło trzynaście wilków. – powiedział najstarszy z pracowników, wdowiec, bezdzietny. Nawet nie miał po co wracać do domu na Boże Narodzenie.

- Głównie były to jednostki słabe, stare lub po chorobach lub wypadkach. – dokończył za niego kolega z biurka obok. Urodzony ateista, największy pracoholik firmy. Wolne brał raz do roku, gdy wyjeżdżał na miesiąc w dzicz, żeby odciąć się od świata zewnętrznego. Obserwował wtedy zwierzęta żyjące na wolności. Pomimo młodego wieku, jego doświadczenie i wiedza były prawie że nie do zastąpienia. Prawie, ponieważ każdy wie, że nie ma ludzi niezastąpionych. Są tylko tacy, którzy potrafią się utrzymać.

- Czyli osiągnęliśmy założony cel. – podsumował Fiodorow, biorąc łyka trzymanej w lewej ręce kawy. Jeszcze chwile patrzył na rozległe ekrany i wyliczenia, z których rozumiał ledwie połowę. – Jakieś postępy w sprawie… tego osocza?

- To płyny mózgowe Generale. – poprawił go delikatnie starszy pracownik. – Na tą chwile nie mamy dobrych wyników, ale lada moment będziemy mogli rozpocząć próbne operacje.

- To świetnie. – odparł zadowolony Fiodorow. Wszystko szło zgodnie z jego planem, nawet jeśli niektóre sprawy trwały dłużej niż z początku przypuszczał. – Oby tak dalej Panowie. – odwrócił się i już miał wracać do swojej kwatery, gdy zawrócił nagle gwałtownie.

- Jeszcze jedno. Ile już minęło od ostatniej fali?

- Trzy miesiące, Generale.

- Dobrze… Dobrze… Za tydzień rozpocznijcie kolejną. Może tym razem jakiś wirus?

Fiodorow zostawił swoich pracowników z kolejnymi zadaniami, a sam wrócił do domu, gdzie jego żona i dzieci czekały z kolacją Wigilijną. Cała jego rodzina była dumna, że prowadził coś tak ważnego jak Rezerwat przyrody zagrożonych wyginięciem gatunków i robił wszystko by te biedne zwierzęta zostały na ziemi dla przyszłych, młodszych pokoleń. Dosłownie wszystko.

---

Minęły dwa miesiące zanim wszystko wróciło do normy. Większość wilków szybko zapomniała o głodzie czy braku sił. Treningi wróciły do łask, a dawno nieużywane mięśnie w końcu mogły zostać zaspokojone tak długo wyczekiwanym wysiłkiem. Tylko ja i Magnus byliśmy ciągle w amoku, starając się pogodzić ze śmiercią matki. No… może to tylko ja byłam w amoku. Mój brat zaczął wracać do życia, polował, często wychodził wieczorami, raz nawet słyszałam jak z kimś rozmawiał. Nie byłam pewna czy mnie to cieszy, czy smuci. W końcu po stracie swojej ukochanej dochodził do siebie półtora roku, a teraz? Przeleżał ze mną w jaskini dwa dni, podejrzewam z resztą, że tylko dlatego, bo głupio było mu mnie zostawiać od razu.

- Karaaa! – usłyszałam pewnego wieczoru wołający mnie głos. Od raz wiedziałam kto to, dlatego udawałam, że nic nie słyszę i zwinęłam się mocniej w kłębek, mając nadzieje, że wytarty dołek pode mną zdoła mnie zasłonić.

- Wstawaj Ruda! – Malfoy wszedł do jaskini jak do siebie i stanął nad moim małym, zwiniętym ciałem. – Wstawaj, bo zabiorę Cię siłą. – ton jego głosu zmienił się na ostrzejszy, ale ja wiedziałam, że basior nigdy nie zrobiłby mi krzywdy i wcale nie użyłby wobec mnie siły. Podniosłam lekko łapę z pyska, pokazując i otwierając jedno oko. Spojrzałam na przybysza beznamiętnym wzrokiem, po czym ostentacyjnie obróciłam się do niego tyłem, poprawiając ułożenie w wyżłobionej w ziemi dziurze.

- Zaraz zawołam Korteza… - kolejna nic nie znacząca groźba.

- Też mi coś. – szepnęłam pod nosem, co lekko rozjuszyło i rozbawiło mojego rozmówce.

- Co tam szepczesz? Panie i Panowie oraz wszystkie inne płcie świata! Ta niemowa przemówiła! – jego donośny głos rozszedł się po całej jaskini wywołując ciarki na moim ciele. Wzdrygnęłam lekko i sapnęłam ospale, zmęczona już całym tym przedstawieniem. Czy nikt nie potrafił zrozumieć, że chciałam być sama? Magnus mógł siedzieć w zamknięciu kilka miesięcy, nawet prawie rok, a ja? Nawet ćwiartki roku nie dostałam, żeby oswoić się z żałobą po najważniejszym wilku w moim życiu.

Zamknęłam oczy i postanowiła ignorować dochodzące do mnie głosy. Przed jaskinią zebrało się kółeczko adoracji, rozważające sprawę mojego zastania i niechęci do życia. Zanim się zorientowałam, byłam już w krainie snów, która w tym momencie bardziej stała się krainą moich wspomnień sprzed głodu i śmierci matki. Mało wtedy rozumiałam, ale nikt nie miał mi tego za złe. Matka dawała z siebie wszystko, żeby mimo swojego wieku i chorób, dać mi wszystko czego potrzebowałam. Pragnęłam wrócić do tych momentów ze swoich wspomnień i dziękować tej waderze, aż do utraty sił. Życie jednak nie było tak proste i wspaniałe jak mi się wydawało. Pytanie tylko, czy warto tkwić w miejscu, czy przełknąć ból i ruszyć dalej… na to chyba musiałam odnaleźć odpowiedź sama.

<C.D.N.>

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 14

Nastał kolejny dzień głodu. Pożywialiśmy się roślinami i marnymi resztkami od ponad pół roku. Każda rodzina dostawała przydział, wcześniej był on codzienny, teraz dostawaliśmy go już co drugi dzień. Alfa starał się jak mógł, jednak sam z uwagi na swój podeszły wiek, podupadał na zdrowiu i każdy z nas wiedział, że jego dni są policzone. Jego syn, który miał być jego następcą, nie pałał się do władzy… Malfoy mi mówił, że w głowie ma fiu bźdźiu i nie chce mieć takiego alfy. Ja nie znałam go zbyt dobrze, więc zwykle tylko potakiwałam przy rozmowach o nim.

- Kara. – usłyszałam wołający mnie głos z zewnątrz jaskini. Byłam właśnie u Korteza po porcję jedzenia dla mnie, Magnusa i Mamy. Kortez i Malfoy radzili sobie jakoś sami, oboje mówili, że nie będą odejmować od ust schorowanej matce i szczeniakowi.

Magnus wszedł do jaskini i spojrzał na mnie stałymi, obojętnymi oczami. Stały się takie już dawno, jak tylko basior zaczął wygrzebywać się z długiej i niszczącej go żałoby. Gdyby tylko miał czas, żeby stanąć na nogi, zanim napadła nas ta plaga… Niestety każdy z wilków w watasze wyglądał teraz jak suche kości z narzutą z suchego i szorstkiego w dotyku futra. Niektórym futro nawet zaczęło wypadać, tworząc gołe placki w kilku miejscach na chudym ciele.

- Musimy iść.

- Za chwile. – powiedziałam odwracając się w stronę rozmówcy. – Tylko odbiorę nasz przydział.

- Teraz, Karo. – jego głos zniżył się nieznacznie, aż zjeżyło mi się futro na kościstym karku. Uśmiechnęłam się smutno do Korteza i wyszłam z jaskini, podążając za starszym bratem.

- Co się stało? – spytałam, doganiając go i starając się zerkać na jego pysk. – Naprawdę nie mogło to poczekać? Później znowu będę musiała robić tą samą rundę, a alfa mówił, żeby oszczędzać nasze siły… -  mówiłam z żalem, ale mój towarzysz nie odezwał się już więcej. Szliśmy żwawym krokiem, nie biegnąć, ale też nie spacerując. Bardzo szybko zdążyłam jednak poczuć zmęczenie, które bardziej już mnie denerwowało niż martwiło. Ciągłe zawroty głowy, burczenie w żołądku i niemożność wstania z legowiska to była już nasza codzienność.

Gdy doszliśmy do naszej jaskini, Magnus wszedł pierwszy.

- Przyszła z Tobą? – usłyszałam pytanie matki, a gdy weszłam do środka, jej oczy rozświetliły się na kilka sekund widząc mnie. Jednak różnicę mogłam zobaczyć tylko tam… nawet nie podniosła głowy, tak jak zwykle to robiła. Podbiegłam do niej momentalnie czując, że coś jest nie tak. Jeszcze wczoraj miała siłę, by się podnieść, choć trwało to niezmiernie długo. Dzisiaj już na pewno to się nie stanie i jeśli miało to coś oznaczać, to oznaczało tylko jedno…

- Skarbie… - zaczęła bardzo cicho i powoli. Jej łapa ledwo przykryła moją łapę, gdy znalazłam się obok niej. Złapałam ją w swoje chude kończyny i trzymałam, ta mocno jak tylko mogłam. Nie mogła mnie zostawić. Nie teraz. Nie po tych wszystkich dnach walki. – Mój czas już się kończy.

- Zostawię was. – powiedział Magnus i wyszedł z jaskini. Jego wymówka, by dać nam przestrzeń to było pewnie zwykłe kłamstwo. Nie chciał patrzeć, na ostatnie chwile matki, wiedziałam o tym. Tracił właśnie drugą najważniejszą waderę w swoim życiu i to w przeciągu niecałych dwóch lat.

- Nie, nie mamo. Nie zostawiaj mnie jeszcze… Tyle życia przed nami, proszę Cię. – mówiłam patrząc na nią błagalnym wzrokiem. Jej oczy się zeszkliły, tak samo jak moje.

- Dasz sobie radę, Kara. Jestem pewna, że bez ciężaru jaki wam stawiam, szybciej rozwiniesz skrzydła. – jej słowa wdzierały mi się w głowę sprawiając mi większy ból niż ciągle towarzyszący mi głód.

- Poczekaj, przyniosę Ci jedzenie. Ja i Magnus nie będziemy jeść, jak zjesz większą porcje to na pewno będzie ci lepiej. – już miałam wstawać, będąc pewną, że to jest idealne rozwiązanie sytuacji, gdy poczułam wbijające się w moją łapę pazury.

- NIE! – stanowczość i podniesiony głos matki zatrzymał mnie w miejscu z mętlikiem w głowie. Jednocześnie marzyłam by ta chwila się skończyła, by było już po wszystkim, ale równie mocno też tego nie chciałam. Koniec tego rozrywającego moje serce momentu, oznaczał koniec życia matki i ból psychiczny którego jeszcze w swoim życiu nie przeżyłam. Chciałabym móc się od tego dogrodzić jak Magnus. Wyjść i udawać, że wszystko jest w porządku. Schować ból do środka i żyć dalej, nie czując go przy każdym kroku.

Położyłam się z powrotem przy waderze i zawiesiłam głowę, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. Gdy podniosłam głowę po paru chwilach ciszy, zobaczyłam zamknięte oczy matki.

- Muszę Ci coś powiedzieć, dziecko. – jej wargi ledwo się poruszały. – Jest coś co zmieni Twoje życie i to bardzo ważne być się o tym dowiedziała już teraz… - ciężkość z jakimi wypowiadała słowa była aż namacalna. Jej oczy otwierały się co minutę po to by zamknąć się znowu. Jej siły uchodziły z niej jak woda z wyciskanej gąbki.

- Magnus… on

- Matko. – basior wszedł do środka przerywając chwile zwierzeń. Wadera spojrzała na przybyłego, zatrzymała na nim wzrok na kilka sekund, po czym przeniosła go na mnie.

- Magnus się Tobą zaopiekuje. – szepnęła z lekkim uśmiechem na pysku. To był jej ostatni uśmiech. To były jej ostatnie słowa i ostatnie spojrzenie w moją stronę. Patrzyłam jak światło w jej oczach oddala się, po czym znika całkowicie, zostawiając mnie samą… Tego dnia nasza wataha poniosła kolejną ofiarę głodu. Następnego dnia do naszego lasy wróciły zwierzęta, a nasze wody ponownie były pełne ryb.

CDN

czwartek, 1 kwietnia 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 13

Dzień zaczął się na pozór spokojnie. Świeżo wycyklinowane podłogi aż błyszczały czystością, a nowo wybudowane skrzydło laboratoryjne zachęcało do nowych odkryć i badań. Generał Fiodorow, który właśnie przejął dowodzenie nad eksperymentem, chodził po kompleksie czując nową nabytą przez niego władze. Poprzedni dowodzący zbytnio pobłażał pracownikom, Fiodorow nie miał zamiaru popełnić tego samego błędu.

- Poproszę raport. Jakie są najważniejsze obiekty na wyspie? – spytał Generał wchodząc do głównej sali, która monitorowała wyspę i znajdujące się tam stworzenia. Canis Lupus… niby tylko wilk, ale jednak coś więcej. Jeden z młodych pracowników drgnął, gdy stanął obok niego dowódca. Od razu wstał i zasalutował jak na dobrego żołnierza przystało, reszta obecnych poszła jego śladem.

- Od miesięcy monitorujemy CL0032, to córka CL0015 i CL0018. CL0015 była genetycznie zmodyfikowana, ale jeden ze zbiegłych CL zabił ją w trakcie eksperymentu. Mamy nadzieje, że dziecko odziedziczy moce po matce. – pracownik wyrecytował wszystko z pamięci nadal stojąc na baczność. Generał spojrzał na niego ze spokojem, ale bez emocji na twarzy.

- Spocznij. – powiedział, a wszyscy usiedli z powrotem i już tylko rozmawiający z nim żołnierz stał i czekał na dalsze instrukcje. – A gdzie zbiegły CL? Dlaczego był zbiegły?

- Został wyeliminowany z eksperymentu… zbiegł przez niedopatrzenie jednego z naszych pracowników. Z nim też już – żołnierz zatrzymał potok słów widząc podniesioną rękę swojego dowódcy.

- Tak, tak. Resztę znam. Wiem dlaczego się tu znalazłem. Dziękuje, żołnierzu, wracaj do pracy. – Generał odwrócił się na pięcie i dumnie opuścił pomieszczenie wracając do swojej kwatery. Czekało go dużo pracy, żeby dobrze zapoznać się z CL0032, CL0015 i CL0018.

---

Patrzyłam z oczekiwaniem w oczach na ruchy starszego brata. Jego zwinne łapy, kawałkiem zaostrzonego kamienia sprawnie zdzierały skórę z zabitego kilka minut wcześniej królika. Chyba jednego z ostatnich na naszej wyspie. Nie wiedziałam dlaczego, ale zaczęło brakować nam jedzenia. Od kilku miesięcy zwierzęta nie pomnażały się mimo dopiero co zaczętej wiosny, część ginęła w dość dziwnych okolicznościach, sprawiając, że ich mięso było już niezjadliwe. No bo kto by jadł tygodniowego jelenia, który spadł z urwiska? Albo zająca który utopił się w morzu? Nawet ryby opuściły nasze płycizny, a im dalej w morze tym niebezpieczniej, nie mogliśmy sobie pozwolić na straty w wilkach. Przynajmniej tak mówiła matka, choć nie do końca rozumiem o co w tym wszystkim chodzi.

- Trzymaj. – zwrócił się do mnie Kortez, wręczając mi ledwie połowę i tak niewielkiego królika. – To dla Twojej rodziny. – poczułam napływającą ślinę do pyska, ale starałam się powstrzymać przed rzuceniem na świeże mięso. Nie byłam jedyną, która chciała pożywienia.

- Pamiętaj, że możecie śmiało jeść jagody i inne owoce z lasu! – wykrzyczał za mną basior gdy już wychodziłam z jaskini. Tak, jagody… tylko czemu one nie smakowały mięsem? Wtedy może z większą chęcią bym je jadła. Trzymając w pysku kawałek króliczego mięsa, pognałam do jaskini swojej matki. Dopiero niedawno pozwoliła wychodzić mi kiedy chciałam i na ile chciałam, musiałam tylko wracać do domu przed zmrokiem. Skończyłam jednak miesiąc temu rok… najwyższy więc czas żebym poznała coś więcej niż tylko łąkę przed naszą jaskinią. Zwykle swoje dnie spędzałam na poszukiwaniu pożywienia. Matka byłą już zbyt słaba, żeby polować, opiekowała się niechcianymi szczeniakami od lat, ale przychodził już kres jej sił i możliwości. Głodówka zmusiła nawet Magnusa do wstania z leża i ruszenia na polowanie. Od jakiegoś czasu żywiliśmy się głównie rybami, ale i one znalazły jakiś sposób by od nas uciec. Matka opowiadała mi, że za młodości brata, mieliśmy podobny problem z wodą pitną, zupełnie jakby co jakiś czas na wyspę spadały plagi, które testowały naszą siłę i cierpliwość. Musieliśmy to przetrwać, nie było innego wyjścia, w końcu gdzie indziej mielibyśmy się udać? Z każdej strony otaczało nas morze po horyzont, każdy uważał, że wyprawa w nieznane była bardziej niebezpieczna niż pozostanie na naszej kapryśnej wyspie.

- O jesteś Karo… - szepnęła matka na mój widok. Jej głos był jeszcze słabszy niż wczoraj, przy normalnych porcjach pożywienia miała problem ze wstaniem, a teraz nawet rozmowa była dla niej zużyciem resztek sił. Magnus zdawał się tego nie zauważać, ale coś czułam, że bardzo mocno przejmował się stanem matki. Nawet jeśli nas nie urodziła, to całe swoje życie poświęciła by wychować nas i naszych starszych braci… Gdyby tylko ojciec znalazł sobie jedną waderę, a nie lubił każdą którą spotka, to może bylibyśmy prawdziwym rodzeństwem, a nie tylko połowicznym.

- Zjedz mamo, może będzie ci lepiej. – powiedziałam kładąc niewielki posiłek przed jej pyskiem. Gdy poczuła zapach mięsa, od razu poruszyła lekko nosem, jakby chciałam upewnić się, że to na pewno to.

- Lepiej ty zjedz… musisz być silna, żeby rosnąć. – powiedziała z wysiłkiem, a ja pokiwałam głową niezadowolona. Musiała jeść! Ja byłam młoda i mogłam wytrzymać dłużej głodna, albo pożywiając się roślinami, a ona? Przecież nie mogła nas opuścić…

- Musisz jeść. Ja i Kara inaczej sobie poradzimy. – powiedział Magnus stojąc w wejściu do jaskini. Jego oczy zabłysły w ciemności która go spowiła, wyglądał jakby dopiero co zmartwychwstał, albo jeszcze gorzej… jakby nawiedzał nas jako duch. Matka spojrzała na niego niemrawo, ale nie powiedziała już nic więcej. Jej pysk przysunął się do pożywienia, by powoli zacząć przeżuwać świeże mięso w pysku. Uśmiechnęłam się, odwracając znowu głowę w stronę brata. Niestety już go nie było. Zniknął równie nieoczekiwanie jak się pojawił. A może wcale się nie pojawił? Może miałam już majaki z głodu, który wwiercał mi się w żołądek niczym mrówka w suchą i zbitą ziemię? Opadłam na podłogę jaskini, przytulając pysk do jednej z łap matki. To nieważne. Mogłam całkowicie opaść z sił, ważne, żeby ona z nami została. Ze mną została.

CDN

wtorek, 9 marca 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 12

Patrzyłam z zaciekawieniem na wprawione łapy jednego z moich braci. Szaro-niebieski basior z pomocą krótkiego noża usuwał skórę z jeszcze ciepłej tkanki upolowanego zająca. Niespełna minutę później, skóra leżała już na podłodze, zostając już tylko odpadkiem. Kolejne nacięcie wykonał na brzuchu zwierzęcia, wyciągając następnie wnętrzności, które odłożył na bok. Część z nich zostanie zjedzona, a gorsze części wysuszone i użyte do innych celów. Nie wiedziałam jeszcze do jakich, bardziej interesowała mnie konsumpcja mięsa niż inne części tego zwierzęcia.

- Teraz wrzucamy wszystko tutaj. – uśmiechnął się Kortez, pozwalając kawałkom mięsa zanurzyć się we wcześniej przygotowanej marynacie. – Sól z morza i zioła wnikną w mięso, dając mu aromat i lepszy smak. Po dniu spędzonym w tej zaprawie, można spokojnie całość zjeść na surowo bądź podpiec na ognisku. – uśmiechnęłam się na myśl o ciepłym mięsie. Nawet jeśli dopiero co jadłam, nie mogłam się doczekać by zjeść ponownie. Posiłki były moimi ulubionymi momentami w ciągu całego dnia. No dobra… spanie też było niczego sobie.

- Kiedy zjemy kolacje? – spytałam patrząc na marynujące się w ziemistej dziurze mięso. Mój rozmarzony wzrok na pewno dostrzegłby każdy, kto by teraz na mnie spojrzał.

- Dopiero co jadłaś śniadanie, Karo… Co za dużo to nie zdrowo, a teraz wracaj do domu zanim matka będzie Cię szukać. – westchnęłam ponuro na te słowa, ale ruszyłam w stronę wyjścia z jaskini.

- Tylko prosto do domu! Nie chce znowu dostać za Ciebie po głowie młoda panno! – krzyknął za mną rozbawiony, ale jednocześnie wiedziałam, że lepiej dla mnie jak zrobię co mówi.

Ruszyłam leśną drogą, żeby jak najszybciej dostać się do jaskini mojej matki. Nie było to daleko, zdecydowanie jednak dalej niż pięćset metrów, ale Kortez przekonał ją, że będę bezpieczna w trakcie podróży do jego jaskini. Nie wiedziałam, dlaczego nie mogłam sama wychodzić, ale od mojego urodzenia atmosfera była tak napięta, że wolałam się nie kłócić. Każdy wyglądał jakby uśmiech na pysku nigdy u nich nie zagościł, każdy oprócz Korteza. Starałam się ich rozweselić nie raz, chciałam się bawić, rozmawiać, a jedyne co dostawałam to słaby smutny grymas litości, który pewnie miał być jakąś nieudaną formą uśmiechu. Tylko dlaczego nie zasługiwałam na nic więcej?

- … znalazłeś? – usłyszałam znajomy głos pomiędzy drzewami. Nawet nie zauważyłam jak zboczyłam ze ścieżki, wchodząc głębiej w las.  Gdy zauważyłam Magnusa w towarzystwie nieznanego mi wilka, schowałam się w pobliskich krzakach, zanim oboje mnie zauważyli.

- Nic. – powiedział brązowy basior. – Typ zapadł się pod ziemię. Zupełnie jakby nigdy nie był na tej wyspie. – Magnus warknął cicho i spuścił łeb w dół. Łapy aż mu się trzęsły z emocji, które w nim buzowały. Zwykle widziałam go tylko leżącego w spokoju w jaskini. Teraz wyglądał jak ktoś zupełnie inny, chociaż wychudzone ciało na pewno należało do niego.

- Co z Ciebie za tropiciel, skoro nie potrafisz go znaleźć!? – krzyknął po kilku chwilach nieudanego dążenia do opanowania emocji.

- Uspokój się narwańcu. Wierz mi, że robię co mogę. Od 3 miesięcy biegam po całej wyspie w poszukiwaniu poszlak, jego zapach był wyczuwalny dzień po jej śmierci. Później zniknął. Albo odleciał na niewidzialnych skrzydłach, albo leży gdzieś głęboko w morzu. Innej opcji nie widzę.

- Już by dawno wypłynął… - sapnął ponuro niebieski basior.

- Słucham?

- Gdyby był w morzu to fale już dawno wyrzuciłyby go na brzeg. Minęło już prawie pół roku.

- Nie wiem, nie znam się na tym. Ale znam się na tropieniu i mówię Ci co wiem. Jeśli jest na tej wyspie to go znajdę, ale po takim czasie nie miałbym wielkich nadziei.

- Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale masz go kurwa znaleźć, bo inaczej…

- Bo inaczej co!? – przerwał Magnusowi nieznany mi basior i przybliżył się do niego niebezpiecznie blisko. Jego postura przewyższała posturze mojego brata, który dopiero dwa miesiące temu wstał ze swojego żałobnego posłania. – Już jestem omegą, nic nie znaczę i każdy w dowolnej chwili może mnie zabić, jem ochłapy po was, chyba że przyjmę zlecenie takie jak to… Tak swoją drogą, to ja staram się jak mogę by znaleźć tego Twojego skurwiela, a ty tylko leżysz i pachniesz, mając w dupie naszą umowę.

Magnus sapnął krótko i zrobił krok do tyłu, by nie stać twarzą w twarz z omegą.

- Nie martw się, dostaniesz żarcie. Potrzebuje wrócić do formy, ale o wywiązanie się z umowy nie musisz się martwić. Czekam na jakieś sensowne informacje.

- A ja na całą sarnę, najlepiej już oskórowaną. – w tym samym momencie wiatr zwiększył się nagle, wiejąc od moich tułów i wzburzając moje futro. Omega od razu odwrócił głowę w moją stronę, a później ponownie spojrzał na Magnusa. – I zajmij się tą swoją córą, lepiej żeby nikomu nie palnęła o tym co tu słyszała. – tropiciel odwrócił się i odszedł w stronę zachodniej części wyspy. Magnus za to spojrzał w moją stronę i odkrzyknął jeszcze odchodzącemu basiorowi.

- To moja siostra! Przecież wiesz, że nie mam córki. – zaśmiałam się cicho na myśl, że ktoś mógł pomyśleć, że jestem córką Magnusa. Przecież nawet nie byliśmy do siebie nijak podobni.

- Wychodź mała. Wracamy do matki. – powiedział mój brat przechodząc obok mnie i nawet na chwilę nie zawieszając na mnie wzroku. Nie rozumiałam o co chodziło w jego rozmowie z tym wyrzutkiem i raczej rozumiałam, że mam nie pytać. Pobiegłam za nim radośnie, bo w końcu po raz pierwszy odkąd stąpałam po tym świecie, widziałam go na równych nogach. Szedł powoli i niemrawo, jakby każdy krok sprawiał mu trudność, ale i tak moje krótkie nóżki ledwo za nim nadążały.

- Pobawisz się dzisiaj ze mną? – spytałam, gdy byliśmy już przy naszej jaskini.

- Nie dzisiaj… Kara. – wymawiając moje imię, spojrzał na mnie uważnym wzrokiem. A później schował się do jaskini, pewnie by ponownie położyć się na swoim zużytym posłaniu.

CDN

poniedziałek, 8 marca 2021

Od Kary – ”Rezerwat” cz. 11

W poprzedniej części:

Nasi główni bohaterowie żyją na pięknej wyspie, odgrodzonej od reszty świata kilometrami morskiej toni. Ich życie usłane jest problemami. W ciągu ostatnich dziecięciu części tej serii, dowiedzieliśmy się, że wyspa monitorowana jest przez grupę ludzi, którzy eksperymentują na żyjących tam wilkach w przeróżny sposób. Coroczne porwania, wymazywanie pamięci, susze lub brak pożywienia to tylko część problemów z którymi zmagają się mieszkańcy wyspy, choć żadne z nich nawet nie ma pojęcia dlaczego tak się dzieję.

W momencie gdy nasza para, Karou i Magnus, dowiadują się o swoich mocach, dostrzegają, że ich cudowna kompatybilność i dopasowanie, wcale nie są takie idealne. Karou zaczyna się zmieniać co powoduje pomiędzy nimi spięcia, kłótnie, a chęć wadery do wyrwania się z wyspy prawie doprowadza do rozpadu ich kruchego związku. Niestety żadne z nich nie miało pojęcia o ogromnej ingerencji ludzi w zmianę zachowania rudej wadery i w pojawienie się jej psychicznych, kontrolujących mocy.

Po pewnym czasie, za sprawą zajścia w ciążę, wadera zmieniła ponownie swoje zachowanie. Wszystko wróciło do normy jak za sprawą magicznej różdżki, nie było już mowy o opuszczaniu wyspy, dla wadery znowu najważniejsza stała się rodzina. Niestety, gdy wszystko szło już we właściwym kierunku, pojawił się nieznany nikomu basior, który oczerniając ukochaną Magnusa zasłużył sobie na przepędzenie i interwencje samego zainteresowanego. Nikt jednak nie przewidział, że przed samą ucieczką, intruz postanowi zadać jeszcze jeden ostateczny cios, który obrócił życie niebieskiego basiora o 180 stopni…

Śmierć Karou i ich dwóch szczeniaków wstrząsnął basiorem do tego stopnia, że zajęcie się jedyną ocalałą córką, przerosło jego możliwości. Zanim więc do reszty pogrążył się w rozpaczy, oddał córkę na wychowanie swojej matce, przestrzegając ją, żeby nigdy nie wyjawiła jej prawdy o prawdziwym pochodzeniu. Mała Kara, kopia jej rodzonej matki, żyła więc w przeświadczeniu, że jej ojciec to także ojciec Magnusa, a matka zostawiła ją zaraz po urodzeniu. Miała nigdy nie dowiedzieć się, że jej brat, to tak naprawdę jej ojciec.

Część II naszej historii:

Słowa, które chciałbym Ci powiedzieć

Duszę w sobie od zeszłego lata

Nigdy pewnie tego Ci nie powiem

Że czułem coś po wielu, wielu latach

Mój starszy brat znowu śpiewał tą swoją dziwną piosenkę. Leżał w kącie jaskini, zwinięty w kulkę, z zamkniętymi mocno oczami, jakby wszystko dookoła było niemożliwe do oglądania. Matka, a raczej przyszywana matka, tłumaczyła mi coś, że Magnus stracił kogoś ważnego i nadal był pogrążony w żałobie, ale ja nie do końca to rozumiałam. Wszystkie inne szczeniaki miały fajne rodzeństwo, które bawiło się z nimi nawet jeśli było starsze. A on? Nic tylko leżał i leżał, nucąc bądź śpiewając tą swoją piosenkę. Nawet jedzenie ledwo co tykał. Mama mówiła, że jeszcze niedawno był jednym z najsilniejszych basiorów. Teraz był raczej chudy, szary, wymęczony. Patrząc na niego nie mogłam uwierzyć, że kiedyś był silny. Miałam ledwo trzy miesiące, ale mogłam zobaczyć różnice pomiędzy silnym basiorem, a umęczonym basiorem. Magnus zdecydowanie należał do tego drugiego rodzaju.

Kosmiczne energie, Kosmosy

Wysyłam do Ciebie marzenia

Na Twoją planetę, daleko

Już leci do Ciebie meteor

Westchnęłam, będąc po raz kolejny rozczarowaną. Dlaczego nie mogłam mieć normalnego brata? Chciałam, żeby pokazał mi jak działa jego moc, żeby ze mną polował i zwiedzał watahę. Matka nie miała na to czasu, jednocześnie nie pozwalając mi się oddalać dalej niż na pięćset metrów. Wszyscy dorośli byli jacyś dziwni, niektórzy patrzyli się na mnie uważnie, jak tylko się gdzieś pojawiałam, słyszałam nasilające się szepty. Inne szczeniaki były zgryźliwe lub mnie omijały, choć nie wiedziałam dlaczego. Podchodziłam do nich nie raz, chcąc się bawić lub zapoznać. Byłam albo ignorowana, albo słyszałam szybkie wymówki, że przecież muszą już iść i nie mają czasu na zabawę. Dobrze, że miałam jeszcze Malfoya, który jako jedyny znosił moje nachodzenie. Z resztą nie miał nic więcej do roboty, odkąd zaczął kuleć na tylną łapę i polowania przestały być jego głównym zajęciem w ciągu dnia. Malfoy opowiadał mi o przeszłości Magnusa, ale mało co rozumiałam z jego słów. Nie pytałam też o ich znaczenie, bo wiedziałam, że wtedy basior ucichnie i więcej się nie odezwie. A ja lubiłam jego głos, był miłą odmianą od głosu przyszywanej matki, która mimo że mnie kochała, to ledwo mogła się mną poprawnie zajmować.

- Ta piosenka, którą tak śpiewa, była ich piosenką. – powiedział kiedyś Malfoy, gdy bawiłam się przed jaskinią. Basior czasem przychodził, żeby napić się na świeżym powietrzu. Pił coś mocnego, wiedziałam po zapachu, bo smaku przecież jeszcze nie znałam. – Często ją śpiewali jak byli mali… śpiewał ją też jak umierała w jego ramionach. – basior patrzył na mnie uważnie, a ja biegałam w kółko, starając się złapać motyla, który latał wokół nas od pewnego czasu. Informacje, które przekazywał mi Malfoy wlatywały i od razu wylatywały z mojej głowy. Pewnie nawet jakbym chciała to nie byłabym w stanie tego zapamiętać.

- Wyglądasz zupełnie jak ona. – jego słowa doszły do moich uszu i sprawiły, że spojrzałam na niego, doskonale rozumiejąc jego słowa.

- Jak to? – spytałam, spuszczając z oczu motyla, który korzystając z okazji odleciał, uciekając od polujących na niego wilków. Malfoy świdrował mnie wzrokiem, jakby chciał zobaczyć we mnie coś więcej niż tylko kilku miesięcznego szczeniaka. Jego pysk nie otworzył się już do mnie tego dnia ani razu, ale oczy nadal skupiały się na każdym moim kroku jakby szukał we mnie czegoś ze swojej przeszłości. W jego wzroku można było zobaczyć jednocześnie miłość, smutek i wściekłość, mieszające się w przedziwnym koktajlu, którego dziecko nie potrafiłoby przejrzeć. Malfoy później już do mnie nie przychodził, choć ja nie wiedziałam dlaczego. Z resztą lepiej mi się żyło jak nie znałam powodu.

CDN

poniedziałek, 9 listopada 2020

Od Magnusa – ”Rezerwat” cz. 10

Minął już prawie miesiąc odkąd dowiedzieliśmy się o ciąży Kary. Rozmiary jej ciała znaczenie się powiększyły, byliśmy więc pewni, że zyskamy więcej niż dwa szczeniaki. Cieszyłem się niezmiernie i pomimo naszych pierwszych problemów po suszy, od ślubu wszystko układało się jak trzeba. Mój mały wybuch na ślubie był już tylko zabawnym wspomnieniem o mojej niebywałej zazdrości.

- Twoje rany już się zagoiły. – powiedziałem do wadery, gdy leżeliśmy rano w jaskini. – Mówiłem ci wtedy, że skakanie przez ogień nie jest dobrą zabawą.

- Wiem! – zaśmiała się wadera. – I chyba będziesz mi to wypominał do końca życia!

- Nie wiem czy do końca. Ten dzień zostanie w mojej pamięci jako pełen grozy i szczęścia zarazem. W końcu wtedy dowiedzieliśmy się o Twojej ciąży.

- Dowiedzielibyśmy się prędzej czy później. – odarła Kara. – W końcu nie sposób nie zauważyć tego! – wskazała łapą na swój ponad dwa razy większy brzuch.

- Aaaa Tak się cieszę, Skarbie! – krzyknąłem szczęśliwie i wziąłem jej łapy w swoje. – Będziemy wielką szczęśliwą rodziną.

- Tak, będziemy. – jej uśmiech rozświetlił resztę mojego dnia.

Kilka dni później, w pierwszy dzień nowego miesiąca, spacerowaliśmy po głównej polanie watahy. Robiliśmy ostatnie kroki przed „zamknięciem” mojej ukochanej w jaskini medycznej. Nasza położna chciała mieć na oku Karę, żeby jak najszybciej zareagować w przypadku rozpoczęcia porodu.

- Zostanę z Tobą, w razie czego. – namawiałem waderę silnie.

- Nie, naprawdę nie trzeba. Będę miała dobrą opiekę, a ty masz dużo roboty jako zdobywający jedzenie. – powiedziała i spojrzała na szczeniaki bawiące się na środku polany. – Zobacz! Ktoś musi przynieść pożywienie tym biednym sierotkom. Kto inny im przyniesie jak nie ty.

- Ehh… - jęknąłem. Niechętnie ale musiałem przyznać jej racje. Po przejściu Malfoya na przymusową emeryturę zdrowotną, na moich barkach spoczywało wyżywienie jego i reszty potrzebującej watahy. – Dobrze, ale będę wam też przynosił jedzenie. I jak tylko się zacznie macie po mnie posłać!

- O nic więcej nie proszę, Skarbie. I oczywiście poślę po Ciebie. – Szliśmy w spokoju, gdy nagle podbiegł do nas nieznany mi wilk. Pochodził pewnie z najbardziej wschodnich terenów watahy. Nie było tam plaż, tylko wysokie góry oddzielające tamtą stronę wyspy od morza.

- Cześć, Karou. – powiedział do mojej żony. Spojrzałem na nią ale była tak samo zdziwiona jak ja.

- Cześć… znamy się? – spytała przybyłego. Wilk uśmiechnął się i parsknął śmiechem.

- Już nie udawaj. Przy nim możesz sobie udawać idealną żonkę i matkę. Przecież wiesz, że przy mnie nie musisz.

- Słucham? – wtrąciłem się nie do końca rozumiejąc co się dzieję.

- Od miesiąca do mnie nie przychodzisz. Jak rozumiem to wina tego? – spytał i wskazał na brzuch Kary. Poczułem gule podchodzącą mi do gardła, która mogła powodować nie lada wybuch.

- O czym ty mówisz? – spytała wadera wyraźnie się bojąc i przysunęła się w moją stronę, odsuwając się od napadającego ją basiora.

- Kim ty w ogóle jesteś i czego chcesz od mojej żony? – spytałem na pozór spokojnie, ale płomienie przy moich łapach pokazywały coś zupełnie odmiennego.

- Noo faktycznie zazdrosny ten Twój mężulek. Dobrze go opisałaś, Kochana. – warknięcie opuściło mój pysk, alarmując wszystkich wokół o zbliżającej się aferze.

- Karo, znacz go? – spytałem stojącej teraz za mną wadery, starając się upewnić.

- Pierwszy raz go widzę. – zapewniła mnie ciężarna żona, co było dla mnie wystarczające. Ufałem jej bardziej niż sobie.

- Słuchaj koleś, albo umkniesz stąd na swoją stronę wyspy, albo zostanie z Ciebie tylko kupka popiołu. – warknąłem tak, żeby tylko zainteresowany usłyszał, jednocześnie przybliżając się do niego i pokazując rosnące wokół płomienie.

- Myślisz, że tylko ty coś takiego potrafisz? – spytał a ziemia wokół niego zaczęła przybierać lodem.

- No proszę… czyżby nowa moc w watasze? – spytałem z przekąsem.

- Może i nowa, ale Twoja żoneczka dość szybko na nią poleciała. Mieliśmy jak najszybciej wynieść się z wyspy, ale wasza mała ciążą nam w tym przeszkodziła. – powiedział z coraz większym uśmiechem. Odwróciłem się do Kary.

- Odejdź gdzieś dalej, nie chce, żeby stała Ci się krzywda. – powiedziałem stanowczo.

- Ale..

- Bez ale, zbyt kocham Ciebie i te dzieci, żeby coś wam się stało przez jakiegoś nachlanego czy naćpanego wariata. – wadera nie dyskutowała dłużej i odsunęła się o dobre kilka metrów dalej. Wolałbym, żeby w ogóle nie było jej w pobliżu, ale znając ją nie mogłem na to liczyć.

- O tak, schowaj swoją biedna kłamliwą żonkę. Jak tylko przestanie udawać, wyjedziemy stąd jak najszybciej. – jego słowa wywołały we mnie chwile konsternacji. Jakby mózg mi mówił, że coś z jego słów było prawdą. Otrząsnąłem się jednak w momencie, gdy w moją stronę poleciał naostrzony sopel lodu. Rzuciłem w jego kierunku płomień, który w kilka sekund stopił jego broń.

- Przestań kłamać, szczylu. – warknąłem i rzuciłem w jego kierunku kulę ognia. Jeśli chciał się bawić na poważnie to właśnie to dostanie. Przerzucaliśmy się żywiołami dopóki nie poczuliśmy ogromnego zmęczenia. Czułem, że mam przewagę, myślę, że mój przeciwnik też to czuł. Zaczął rzucać rzadziej, bardziej chaotycznie, w sposób którego nie potrafiłem odgadnąć. Z mojej łapy i prawego boku sączyła się powoli krew, odbierając mi resztki sił. Ten drugi jednak był już w połowie czarny od przypaleń i równie, jeśli nie bardziej, poturbowany co ja. Wokół zebrała się dość spora grupka gapiów, oczywiście we względnie bezpiecznej odległości. Medycy przyszli, aby być blisko na wypadek mocnych obrażeń, a reszta miała ubaw większy niż na moim weselu. Tylko Kara wychylała się co jakiś czas i patrzyła ze strachem. Nie rozumiałem jaki związek mógł być pomiędzy nią a tym lodowcem, ale wierzyłem, że to co mówiła moja żona. Większość czasu od ślubu spędzaliśmy razem, była na moich treningach mocy i chodziła ze mną na polowania. Kiedy niby miałaby się spotykać z tym tępym mięśniakiem? Ostatni rzucony przeze nie płomień wywołał odgłos jęku w moim przeciwniku. Upadł na ziemie i zaczął okładać się wytworzonym przez siebie lodem. Medycy podbiegli do niego. Z nieukrywaną dumą mogłem przyznać sobie zwycięstwo siadając ciężko i robiąc wszystko by nie upaść. Z lewej podbiegła do mnie Karou, podtrzymując mnie trochę na nogach.

- Wszystko w porządku? – spytała z troską w oczach. – Tak się bałam! Nie powinieneś był tego robić jak jestem w ciąży! – skarciła mnie klasycznie, lubiła to robić, ale nie mogłem jej winić.

- Przecież nie mogłem mu tego puścić płazem. Wygadywanie takich kłamstw o Tobie, nawet na haju, jest niedopuszczalne. – wadera uśmiechnęła się. Chwile później jednak jej mina zrzedła. Zobaczyłem grymas bólu na je twarzy. Później wszystko potoczyło się bardzo szybko, ktoś krzyknął, medyczki przyszły do mnie i do Kary. Patrzyłem na rozlewającą się krew, na znikający dowód zbrodni i puste, zamrożone miejsce na trawie, z którego przed chwilą uciekł morderca. Położyłem się obok ukochanej i złapałem ją za łapę. Patrzyłem wielkimi oczami na dziurę w jej brzuchu, wielkości mojej łapy. Kolec stworzony z lodu zdążył już stopnieć od ciepłego ciała  i krwi mojej żony. I krwi moich dzieci. Starałem się powstrzymać łzy, żeby wspomóc ukochaną.

- Wszystko będzie dobrze. – powiedziałem starając się przekonać samego siebie. – Wyjdziesz z tego. Dzieci też wyjdą.

- Magnus… - jęknęła wadera. – Kocham Cię, ale wiem, że nie umiesz kłamać. – uśmiechnęła się tak jak zawsze, a po jej futrze spłynęła pojedyncza łza. Później jej twarz ponownie wykrzywił grymas bólu, a z pyska wydobył się przeraźliwy krzyk.

- Dziecko się rodzi, szybko. – słyszałem obok mnie.

- Trójka nie żyje, jedno pragnie się wydostać. Karo… - jedna z medyczek spojrzała na moją żoną. – … wiem, że ból jest niewyobrażalny, ale spróbuj przeć. Jedno z nich może przeżyć.

Kara rodziła krzycząc niewyobrażalnie, nie wiedziałem z którego powodu bardziej i wbijając mi pazury w łapę. Nie obchodził mnie jednak własny ból. Bo mimo iż wiedziałem, że medycy postawili już krzyżyk na mojej żonie, to z całej siły błagałem o cud. Oddałbym swoje życie za jej. Zamknąłem oczy i pozwoliłem łzom po cichu płynąc, trzymając zaciskającą się na mnie łapę mojej jedynej ukochanej. Wokół był chaos, ale ja czułem tylko jej zapach i jej dotyk.

- Magnus! – krzyknęła nagle. – Nie wiem co robisz, ale rób tak dalej. – Jęknęła a ja otworzyłem oczy. Płomień z moich łap przeszedł na ciało Kary. Czułem jak moje siły spadają coraz bardziej, ale widziałem też, że ona ma ich więcej. Nie przestawałem więc dopóki moje własne ciało nie zaprotestowało.

- Kocham Cię Karou. – powiedziałem i poczułem jak moje ciało upada.

- Ja Ciebie też, Magnusie. – wyszeptała ostatnimi siłami moja żona.

---

Ocknąłem się następnego dnia z ogromnym bólem głowy. Byłem w jaskini medycznej i chwile mi zajęło zanim przypomniałem sobie co się stało.

- Gdzie ona jest!? – krzyknąłem do wadery stojącej nieopodal.

- O, obudziłeś się. O kogo pytasz? – zwróciła się do mnie. Już miałem jej odpowiadać, gdy zrobiła to za mnie. – Przykro mi Magnus… Karou odeszła wczoraj, zabierając ze sobą trójkę waszych dzieci.

Mimo, że wiedziałem, że to może się stać, to i tak był to dla nie cios.

- Jednak dzięki Tobie udało nam się uratować tą małą istotkę. – powiedziała i odwróciła się na chwile. Po kilu sekundach w moich niezbyt po radnych łapach leżała mała zwinięta, ruda kulka.

- Kara… - szepnąłem cicho. Od razu zobaczyłem uderzające podobieństwo. Nachyliłem się i polizałem małą waderę z zamiarem umycia jej futra. Dziecko momentalnie otworzyło oczy i spojrzał prosto w moje. Wtedy już wiedziałem, że nie byłem w stanie wychować tego dziecka. Te piękne zielone oczy i czerwono rude futro… W ten sposób nigdy o niej nie zapomnę.

- Oddaj ją komuś. – powiedziałem spokojnym, beznamiętnym głosem. – Najlepiej partnerce mojego ojca, jej futro jest podobnego koloru.

- Jesteś pewny? Przecież to Twoja córka… - powiedziała wadera odbierając ode mnie dziecko.

- Tak… dlatego nazwijcie ją Kara, ale nigdy nie może się dowiedzieć, że jestem jej ojcem, a Karou matką. Lepiej dla niej jak będę tylko starszym bratem.

- Zrobię co będę w stanie. – powiedziała medyczka i zostawiła mnie z własnymi myślami.

<KONIEC CZĘŚCI I>