Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wayfarer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wayfarer. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 października 2024

Odchodzą!


Wayfarer - powód: podróż na obczyznę

Paco - powód: podróż na obczyznę

środa, 16 października 2024

Od Wayfarera

Way oglądał swoją watahę z daleka. Watahę, w której dorastał, którą przez lata nazywał domem i do której z chęcią wracał każdej wiosny. Teraz jednak zmienił zdanie.

W rzeczywistości to stwierdzenie szeroko mijało się z prawdą. Nie zmienił zdania, bolało go, że jego serce dokonało takiego wyboru, ale całe życie słuchał się swojej natury i nie zamierzał teraz od tego odchodzić. W końcu taka była jego filozofia od… zawsze.

Po raz ostatni widział znajome sobie srebrne chabry, a po jego policzkach popłynęły łzy.

Wiele wilczych lat spędził na podróżach na południe i z powrotem, stając się zwiastunem wiosny dla swojej rodziny. Często śmiali się, że wiosna nie nadeszła, dopóki Wayfarer nie postawi łap na terenach Watahy Srebrnego Chabra. To by znaczyło, że w tym roku jesień nadeszła wyjątkowo szybko, a wiosna już nigdy się tu nie pojawi.

Potrzeba odejścia pojawiła się nagle, tak jak każdego roku, jednak tym razem była inna. Nie prowadziła na południe, do ukochanej i jej watahy, a gdzieś dalej, w zupełnie nieznane miejsca, do których żeby dojść, należało podróżować więcej niż rok. Najlepiej, aby droga trwała kilka lat. Najlepiej, by nigdy więcej nie prowadziła z powrotem.

Paco, teraz już podrośnięty i nauczony podróży, szybko znalazł swojego ojca. Jego zielony kapelusz kiwał się na boki, gdy basior kłusował w kierunku starszego, zadowolony i szczęśliwy. A jednak w jego oczach tlił się smutek. Również i on otrzymał znak od losu, że pozostanie w Watasze Srebrnego Chabra nie jest jego przeznaczeniem. Wayfarer wiedział o tym dobrze, miał w końcu doświadczenie w czytaniu podróżników, których niejednokrotnie spotykał. Takich samych podróżników jak on, bez domu, bez obowiązków. Bez rodziny. Nomadzi, których dom pozostał daleko w tyle, pojawiając się wyłącznie podczas snu.

– Ty też, co? – zapytał Paco, mimo że dobrze znał odpowiedź. Way kiwnął głową. – Jest jakaś szansa… że rozpoczniemy podróż razem?

Starszy ponownie kiwnął potwierdzająco, cały czas się nie odzywając. Był bardziej przyzwyczajony do posiadania domu. Czuł w piersi, jak jego serce rozpada się na kawałki, nie chciał płakać przy swoim synu.

Dwójka identycznych do siebie wilków stanęła ramię w ramię, tyłem do miejsca, w którym oboje dorastali. Nie zobaczą go już więcej, a jeśli wiatry nie będą przychylne, nie zobaczą również i siebie. Zapewne tak kończą wszyscy podróżnicy. Takie już jest ich przekleństwo.

Nigdy nie przywiązuj się do posiadania domu.

Jeszcze zanim znajome doliny zniknęły za horyzontem, Vadrareshika rzucił im smutne, ostatnie spojrzenie, w głowie żegnając wszystko, co było mu znane. A więc to tak wygląda bycie Włóczykijem.

Koniec

sobota, 5 października 2024

Od Wayfarera – "Nad Jeziorem Dziewięciu Cieni" (opowiadanie konkursowe)

Świat dookoła spowijała wczesnoporanna cisza. Słońce zapowiadało już swoje powstanie, rozjaśniając wschodnią część nieba, jednak ptaki wciąż śniły o robaczkach i nasionach. Pojedyncze nietoperze jeszcze próbowały złapać ostatnie owady nocy, zanim ostatecznie udały się na spoczynek. Gałęzie wysokich drzew nie miały póki co z kim zatańczyć, bo wiatr korzystał właśnie ze swojej dwugodzinnej przerwy na drzemkę. Świat albo jeszcze się nie obudził, albo już szedł spać.

Wyjątkiem od tego był zbyt rozbudzony jak na obecną porę brązowy wilk o wielu imionach, z czego najbardziej popularnym było Wayfarer. Spacerował on powoli, uważnie kładąc krok po kroku tak, by w późniejszych godzinach nikt nie mógł go śledzić. Znał się na tym. Wiele lat podróżował w stronach nieznanych tutejszym mieszkańcom, musiał uważać na drapieżniki i ludzkich kłusowników.

Droga prowadziła tego basiora w głąb lasu, który z każdym przebytym metrem stawał się coraz gęstszy. Nie był do końca pewien, dlaczego udawał się w to miejsce. Czy może były to legendy? Zwiewna nadzieja, że będzie mógł zobaczyć swoją rodzinę, swoich przodków i się im wytłumaczyć ze swojej nieobecności? A może zwyczajnie pragnął spojrzeć po raz ostatni na twarze, z którymi nie zdołał się pożegnać? Jakikolwiek był powód ku jego akcjom, dobrze wiedział, jaki jest cel obecnej podróży.

W końcu po wieczności przybył nad brzeg tajemniczego Jeziora Dziewięciu Cieni. Zanurzył łapy w jego chłodnych wodach, spojrzał w mroczną głębię i… się zawahał. Według legendy opowiadanej z pokolenia na pokolenie, ktokolwiek napiłby się choć kropli prosto z tego ukrytego w lesie zbiornika, miał on szansę na spotkanie jednego ze swoich zmarłych bliskich, a szczęśliwcy mieli możliwość ujrzeć nawet swoją przyszłość. Wayfarer nie był pewien, czy ufał tym pogłoskom, ale promyk, nie, ledwie cień szansy na zobaczenie swojej rodziny kazał mu spróbować. Nie mógłby spojrzeć w oczy swojego odbicia, gdyby zaszedł tak dalego i nie spróbował.

Przecież to było jego marzenie. Największe pragnienie po przybyciu na tereny Watahy Srebrnego Chabra, z której się wywodził. Po wielu długich latach podróży, zwiedzając lody i puste ziemie Arktyki, ostatecznie odważył się postawić łapę w miejscu, gdzie kwitną chabry w kolorze srebra. Wszystko dla tego jednego momentu, dla kropli tej podobno magicznej wody. Nie, nie wycofa się teraz. Musieliby go zabić na miejscu.

Wziął łyk wody, która w jego gardle rozpaliła się na wzór płynnego lodu. Chłód obszedł ciało strażnika, wbrew pozorom przyjemnie zalegając w żołądku. Przypominało źródła pitnej wody na północnych terenach podbiegunowych, do których Way był tak bardzo przyzwyczajony. Tam faktycznie piło się płynny lód, wodę, która tylko cudem nie zamarzała, choć zdawała się mieć temperaturę niższą od otaczających ją białych kryształów. Wspomnienia wydawały się basiorowi dziwnie przyjemne.

Obserwując falującą pod nim wodę, Wayfarer coś zauważył. Kształty, niektóre ciemniejsze, niektóre jaśniejsze, jednak każdy z nich przypominał z grubsza wilka. Wymieniały się tak, że przed twarzą Wafla widniał tylko jeden kształt naraz, wszystkie zaś zajmowały miejsce jego własnego odbicia. W końcu basior zaczął rozróżniać niektóre z nich. Przed oczami stawały mu obrazy dalekich przodków, których znał z malowideł i portretów w jaskini rodziców. Oni też się zresztą pojawili. Tak samo jak dziadkowie. I pradziad Dymitr…

Natłok wspomnień, jakie wlały się do umysłu byłego podróżnika, spowodowały wyciek pojedynczej łzy z ciemnobrązowego oka. Łza ta spłynęła po policzku, następnie w dół po brodzie, aż na końcu osunęła się z krótkiej sierści i spadła do wody, powodując owalne zafalowanie i zniknięcie obrazów.

Wszystkich oprócz jednego. Ten jednak nie zajmował odbicia strażnika, a stał obok, wpatrując się w ponurą minę na tafli wody. Zszokowany Wayfarer podniósł wzrok, kierując ją na wilka stojącego tuż obok, wilka, który bez cienia wątpliwości był jego pradziadkiem. Posiadał atramentową sierść, jego brzuch oraz prawa przednia i lewa tylna łapa były jasnoszare, natomiast grzbiet, ogon i uszy posiadały wręcz czarny kolor. Dokładnie tak też wyglądał na starych obrazach wiszących na ścianach jaskini rodziców. Stojący przed strażnikiem wilk posiadał nawet to samo spojrzenie, przenikliwe, ale skrycie łagodne, które nigdy nie uciekło Wayfarerowi z pamięci. Jedyna różnica między znanymi Wayowi malowidłami, a stojącym przed nim basiorem z krwi i kości była taka, że ten drugi był młody i pełny sił życiowych.

Przez chwilę dwójka patrzyła się na siebie, trochę niema, trochę zagubiona w tym, co się właśnie dzieje. Wayfarer widział w platynowych oczach to samo ogłupienie, które teraz wypełniało jego mózg. Wszystkie przewody się poprzepalały, a jedyne, co zdołał z siebie wydusić, to:

– Kim jesteś?

Również i tamten wilk działał na wyuczonych reakcjach, co było zauważalne w szybkiej odpowiedzi.

– Ja, yyy, jestem Teler.

Way cofnął się parę kroków, by wyjść z wody i usiadł na suchej ziemi. Głaz zwany szokiem przeciążył jego organizm, ledwo utrzymując go na przednich łapach. Choć w swoich podróżach i poza nimi widywał wiele rzeczy, w życiu nie spodziewał się, że legendy potrafiły być tak prawdziwe.

Teler się z kolei nie cofnął, tylko stał z łapami w płytkiej wodzie, kompletnie zdębiały. Owszem, widywał już duchy różnego rodzaju, ale nigdy żaden z nich nie był aż tak realny. Dodatkowo ten siedzący przed nim w pewien sposób kogoś mu przypominał, jednak z miejsca nie potrafił sobie przypomnieć, kogo.

Koniec. Na podstawie opowiadania "CD od Loova"

poniedziałek, 6 maja 2024

Od Wayfarera – "Piórko i kapelusz" cz.1

Południe jak zwykle było ciepłe i egzotyczne. Słodkie owoce karmiły Wayfarera cukrami, a drobne ssaki zapewniały mu źródło białka. Słońce świeciło intensywnie cały czas, oczywiście z wyłączeniem nocy, zapewniając brązowemu basiorowi zastrzyk witaminy D3. Życie w takich okolicach było przyjemne i wypełnione słodyczą, jednak Way nie chciał sobie wyobrażać znoszenia absolutnych upałów odwiedzających to miejsce latem.

Wilki tutaj miały jasne, skąpe futro, były wątłej budowy i mniejszego wzrostu niż średni mieszkaniec rodzinnej watahy. Za to miały większe uszy i poczucie społeczeństwa. Tu nie tylko polowało i jadło się w grupie, tu zwykłe budowanie nor było zajęciem dla całego stada, a nawet pójście na siku odbywało się co najmniej w dwójkach. Wayfarera jednocześnie zachwycał i irytował taki stan rzeczy, bo osobiście wolałby srać bez czyjegoś wzroku na sobie, ale gościnność, z jaką go przyjmowali i otwartość na pojawienie się półczłonka watahy były doprawdy wyjątkowe.

Istniała na tych ziemiach jeszcze jedna rzecz, a raczej osoba, która sprawiała, że pobyt tutaj aż przeciekał magią. Imię jej było Haizea i była prześliczną waderą o pastelowocytrynowym futrze, wąskim ciałku i falowanych włosach sięgających niewiele poniżej żuchwy. Oczywiście ten krótki opis nijak oddaje urodę Haizei, więc przejdźmy może do formy bliższej sercu Wayfarera.

Haizea była o pół głowy niższa od podróżnika, co dla tutejszych wilków było normą. Jej pysk był wąski, długi, zakończony ostrym, małym noskiem o szarej barwie, zupełnie jak wilgotny, miękki kamyczek, a tuż pod nim jawiły się światu zgrabne, powabne usta niemal cały czas wygięte w uśmiech, za który basior przeniósłby każde góry. Przystrajał on świat niczym najpiękniejszy, najdelikatniejszy kwiat, o który trzeba nieustannie dbać, gdyż jest ostatnim przedstawicielem swojego gatunku. Niewysoko nad pyszczkiem patrzyły na świat ciemne, okrągłe oczy, z najżyźniejszą ziemią uwięzioną w ich głębi, gdzie można było sadzić zboża miłości i najszczersze ze szczerych uczuć. W tej glebie nie wyrastały nigdy chwasty nienawiści, a jedynie ukazywały się kwiaty smutku, jeśli Haizeę coś przygnębiło. Jednakże nawet w takich sytuacjach ogród wyglądał cudowniej od boskiego Edenu. Głowę stroił czarny wodospad gęstych loków, układających się wokół twarzy wadery niczym ramka dla muzealnego obrazu. Nie sięgał on zbyt nisko, jedynie trochę poniżej żuchwy, ale pasowało to waderze idealnie, nadając szczupłej twarzy odrobinę objętości. Czerń włosów odbijała promienie słoneczne w ten sam sposób, co robiły to krucze pióra, przez co zauroczony podróżnik był przeświadczony, że Haizea była stworzeniem zesłanym z niebios i choć na nią nie zasługiwał, trafiła właśnie na niego. Smukła sylwetka również była boska, każdy łuk ciała miał idealną krzywiznę, każdy wirek znajdował się w doskonałym miejscu. Sierść może i nie była puszysta, ale za to niesamowicie błyszcząca i zadbana, jakby po waderze spływało płynne złoto w barwie o kilka odcieni intensywniejszej od plażowego piasku. Na wierzch bardzo jasnej cytryny wybijała się prawdziwa biel, gdy tylko słońce trafiło w złoto pod odpowiednim kątem. Łapki poruszały się z kocią gracją, każdy krok leciutki i zwiewny, jakby Haizea ważyła tyle, co dmuchawiec, jej ogon niczym smuga goniąca za gwiazdą podążał za nią w zadziwiająco prostej linii. Duże, zaokrąglone uszka wiecznie były w ruchu, z wyjątkiem gdy wadera rozmawiała ze swoim brązowym kochankiem. Wtedy całkowicie była skupiona na nim, tak jak on nie widział poza nią świata, gdy pojawiała się na horyzoncie.

Tak, Wayfarer był zakochany. Zakopał się w tej miłości ponad uszy i ani myślał się wykopywać. Dopóki miał Haizeę, świat miał dla niego sens.

Spędzali ze sobą wiele nocy, zazwyczaj jednak tylko i wyłącznie dla towarzystwa. Choć oboje zostali celnie zestrzeleni przez Kupida, nie przyszło im do głowy wykonać krok dalej w ich relacji. Było dobrze tak, jak było. Way znikał na niecały rok, wracając jeszcze zanim zaczęła się zima. Haizea zawsze czekała na niego w ich wybranym miejscu, odwiedzając je od pierwszych dni, kiedy czuła, że jej kochanek może lada chwila wrócić. Nikt nie kwestionował ich miłości, nikt nie próbował jej rozbić, nikt im nie przypominał, że przecież widzą się tylko przez kilka miesięcy w roku, więc jaki sens ma ich związek? Wręcz przeciwnie, cała wataha Haizei cieszyła się, że ich wadera w końcu kogoś ma.

Tak było już kilka lat. Już kilka lat para była prawie-że-oficjalnie razem, już kilka lat przez kilka miesięcy w roku spędzali ze sobą każdą minutę, aż nadchodził dzień rozłąki i ze łzami w oczach byli zmuszeni się pożegnać. Haizea próbowała pierwszego roku zatrzymać Wayfarera, ale on wytłumaczył, że czeka na niego rodzina i choć kocha waderę całym swoim sercem, za swoją rodziną również tęskni. Haizea rozumiała. Dlatego tkwili w swojej beznadziejnej sytuacji, z sercami wypełnionymi najmocniejszym ze znanych uczuciem, twierdząc za każdym razem, że tak będzie już zawsze. Że Haizea nigdzie nie odejdzie, z nikim innym się nie spotka, a Wayfarer będzie co roku wracał, nie mając w żadnym innym miejscu kogokolwiek, kogo nazywałby kochankiem.

Jednej zimy jednak w końcu nie wytrzymali. Do czego doszło w norze należącej do wadery, to wiedzieli tylko oni, ale następnego dnia byli jeszcze bardziej do siebie przytuleni niż zazwyczaj. Stare, doświadczone życiem wilki wymieniały porozumiewawcze spojrzenia, w towarzystwie kochanków zachowując się niewinnie. To była najsłodsza zima, jaką Way przeżył i zanim jeszcze opuścił ziemie watahy, zatęsknił za kolejnymi nocami ze swoją waderą.

Przez cały rok myślał o nadchodzących, zimowych miesiącach. Jasne futro śniło mu się po nocach, wywołując w sercu nieznaną wcześniej tęsknotę. Była to tęsknota nie do znajomych od najmłodszych lat terenów i twarzy znanych przez całe życie, a tęsknota do jednej, konkretnej twarzy, którą chciałby spotkać gdziekolwiek, byle była to ona.

Podróż na południe minęła szybko, a może były to większe kroki, które same chciały jak najszybciej dołączyć do tych zgrabnych, kocich, tak obecnie odległych. Gdy na horyzoncie pojawiły się znajome szczyty górskie, serce przyspieszyło bicia. Podróżnik bez zastanowienia pobiegł do miejsca spotkania, które widziało więcej szczerych pocałunków, niż niejedne kościelne ściany. Chciał już zobaczyć ciemne, żyzne oczy, chciał zatopić nos w czarnym wodospadzie.

Spotkał się z pustką.

Było to tak nierealne, że Wayfarer musiał wykonać kilka kółek, opuszczając i wracając na polanę, zanim przekonał się, że to prawda. Haizei nie było w ich miejscu. Nie czekała na niego. Nie dopełniła obietnicy, którą zawsze odnawiali, gdy nadchodził dzień rozłąki. Nie było jej, by pochwyciła zmęczone podróżą łapy i przytuliła do piersi. By użyczyć swojego ramienia ciężkiej głowie. By swoim słodkim, leczącym głosem odgoniła ponure myśli, uraczyła uszy, pocieszyła serce. Nie było jej. Nie było.

Basior jak najszybciej pobiegł do centrum watahy, gdzie zawsze odpoczywało najwięcej wilków. Musiał poznać prawdę, musiał dowiedzieć się, dlaczego obietnica została zerwana. Haizea nie zrezygnowałaby z niego, nie przestałaby go tak nagle, tak nieoczekiwanie kochać, zostawiając w swoim miejscu pustkę. Coś musiało się stać tej podarowanej przez niebiosa bogini i jej wataha z pewnością wiedziała, co to było.

Przywitały go zaskoczone spojrzenia znajomych już wilków.

– Haizea na ciebie nie czekała? – zapytała zaskoczona staruszka, która zawsze pakowała Wayowi małe przekąski na drogę.

– Nie. Czy coś jej się stało? – Podróżnik czuł, jak coraz więcej głazów przygniata jego duszę. Szczególnie wielkie spadły na niego, gdy zobaczył, jak staruszka rozgląda się po swoich towarzyszach zagubionym wzrokiem, jakby była niepewna, co odpowiedzieć.

– Jakby to ująć… – zaczęła. – Zależy, co masz na myśli poprzez „coś”?

– Wypadek, nieszczęście, cokolwiek, co spowodowałoby, że nie była w stanie po mnie przyjść!

Gdyby wilki się pociły, Wafel z pewnością miałby teraz na czole niejedną stróżkę zimnego potu. Nie uważał się za szczególnie religijnego, za dużo zwiedził świata, ale teraz modlił się do każdego znanego mu bóstwa, każdej siły wyższej, żeby był to tylko niefortunny zbieg okoliczności. Haizei coś wypadło, nie zapomniała, nie była w stanie przyjść, choć z całej siły chciała, ale nie grozi to jej życiu. Basior jakoś nigdy wcześniej nie był świadomy, jak bardzo można o kogoś się bać. Rodziną przejmował się w zupełnie inny sposób. Może nigdy nie powinien się zakochiwać.

– No cóż, jeśli „cokolwiek, co spowodowałoby, że nie była w stanie po ciebie przyjść” wlicza się do twojej definicji „czegoś, co jej się stało” – wtrąciła się inna wadera, dużo młodsza – to czuję się zaszczycona poinformować cię, że Haizea urodziła i ma szczeniaki. – Młodsza zwróciła wzrok ku staruszce, potem z powrotem skierowała go na Waya. – Choć szczerze mówiąc, spodziewaliśmy się wszyscy, że będzie czekać jeszcze mocniej, żeby ci o tym sama powiedzieć.

Wśród leżących wilków rozległ się szum plotek. Wiele z nich zmartwiło się zaistniałą sytuacją i wyraziło współczucie względem podróżnika. Ktoś zapytał, czy skoro Haizea nie chce się pokazać Wayowi, to nie znaczy to, że szczeniaki nie są jego. Agresywne syknięcie uciszyło bluźniercę.

– Żartujesz sobie? Paco wygląda zupełnie jak Wayfarer, jakby był jego miniaturową wersją! A Corla wygląda jak świętej pamięci brat Haizei, co jest zaskakującym zbiegiem okoliczności, owszem, ale nie nie do przewidzenia.

Szczeniaki. Paco i Corla. Way miał wrażenie, że zaraz zemdleje, i to nie od gorąca. Jeśli dobrze rozumiał zamieszanie, jakoś w ostatnim czasie stał się tatą, nawet o tym nie wiedząc. Po jego nocy z Haizeą był świadomy, że mogą powstać jakieś owoce, ale z jakiegoś powodu myśl ta nie wypaliła się na stałe. A tu proszę. Dwa szczeniaki. Wayfarer był w takim szoku, że nawet nie podziękował uczynnym wilkom, tylko od razu pobiegł do nory Haizei, gdzie miał nadzieję ją znaleźć.

Już na odległość zobaczył mały, ciemny kształt, przypominający bawiącego się szczeniaka. Zwolnił, by go nie przestraszyć, ale bardzo szybko się przekonał, że o dziwo wcale nie było to potrzebne (albo nie o dziwo, patrząc na to, że Way jako szczeniak był gotowy bić się z niejednym dorosłym wilkiem).

– Hej! Jesteś obcy, czego tu chcesz? – Młoda kulka zjeżyła sierść i pokazała swoje ząbki. Nie był już taki mały, w końcu miał swoje kilka miesięcy i choć nie pomogło mu to w odstraszeniu potencjalnego zagrożenia, Wayfarer mógł uświadomić sobie, jak bardzo tamten wilk miał rację.

Patrzył na miniaturową wersję siebie. Dosłownie. Ten sam kolor futra, te same oczy, te same jasne odbarwienia na pysku i brzuchu. Przypomniał sobie te wszystkie razy, gdy za dzieciaka przyglądał się swojemu odbiciu w wodzie. Właśnie odnosił to samo wrażenie, ten sam szczenięcy zachwyt, jak coś zupełnie innego może być tak podobne do niego samego. Jedyne, czego brakowało temu odbiciu, to żółty kapelusz i wąska, długa grzywka między oczami. Ta kopia miała krótszą grzywkę rosnącą w bok.

Z nory, którą odważny Paco zastawił swoim ciałem, wyjrzała druga mała kulka. Miała futerko w kolorze perły, turkusowe oczka patrzące z ciekawością na zamieszanie i wyrastające powoli ciemne włosy. Nie były tak kruczoczarne jak włosy jej matki, ale wciąż miały ten cudowny, kolorowy blask, który jako jedna z pierwszych cech zawróciła Wayowi w głowie. To musiała być Corla. Gdy wytoczyła się z wyjścia, stawiając nogi jak mały kociak, podróżnik stracił wszelkie resztki wątpliwości, że to dzieci jego i Haizei.

– Cola, nie zbliżaj się do niego! To obcy! – warknął braciszek, zastawiając siostrze drogę.

– Na pewno? – Corla przekręciła główkę. – Wygląda jak ty. Dokładnie tak, jak ty. I ma żółty kapelusz! – Uszczęśliwiona z jakiegoś powodu waderka podeszła bez strachu do dorosłego wilka. Paco nieszczególnie był z tego faktu zadowolony, ale nie miał już jak stanąć między obcym a siostrą bez zbytniego zbliżania się do nieznajomego. Corla odwróciła się na chwilę, by sprzedać mu złośliwy uśmiech, po czym wróciła do rozmowy z dorosłym. – Jesteś naszym tatom?

– Tak… tak myślę? – Wayfarer wyraźnie się zmieszał. – Wyglądacie jak moje dzieci.

– Wayfarer? Czy to ty? – ktoś zapytał z nory, podniecony. Podróżnik od razu rozpoznał właściciela słodkiego głosu.

– Haizea!

Para kochanków związała się w ciasnym, pełnym miłości uścisku, który wyrzucił tęsknotę z ich serc. Więc to tu się schowały delikatne łapki i miękkie ramię. Wafel nie posiadał się z radości i słuchając uderzeń drugiego ogona wiedział, że nie jest w tym uczuciu jedyny. Ciężko było dwóm kochankom rozplątać się z własnych ramion, ale głos brązowego malucha wyrwał ich z przeżywanej właśnie ekstazy.

– To nasz tata?!!

Krzyk z pewnością rozniósł się echem po całej dolinie, którą zamieszkiwała wataha, ale nikt się nim nie przejął. Haizea się zaśmiała, a podróżnik poczuł, jak jego wnętrze rozpływa się na ten boski dźwięk. Wszystkie głazy pokruszyły się razem z uroczym chichotem, spadając z grzbietu basiora i pozwalając mu wreszcie oddychać. Jednak warto było się zakochać.

– Tak, kochanie, to wasz tata. Porzucił swoją rodzinę, by się z nami spotkać, tak jak robił to co roku, zanim wy się pojawiliście – wytłumaczyła Haizea, najlepsza mama pod słońcem. Przynajmniej tak widział ją Way.

– A zostanie?

Corla patrzyła na swojego tatę wzrokiem pełnym nadziei. Wayfarer również pragnąłby zostać i stworzyć z nimi szczęśliwą rodzinę, ale niestety wiedział, jak to na niego wpłynie. Nie był typem, który zostaje. Który osiada w jednym miejscu, zakłada rodzinę i do końca życia pracuje, by zapewnić jej dobrobyt. Niestety nie to leżało w jego naturze i choć nieraz pragnął, by było inaczej, taki był stan rzeczy. Wiedział to aż za dobrze. Nierzadko tęsknił za czymś, czego nigdy nie miał, co nigdy nie było częścią jego i nigdy nie będzie mu dane, ale niezależnie od ilości tej tęsknoty, w jego naturze było odejść. Dlatego nigdy nie zostawał w Watasze Srebrnego Chabra. Dlatego nigdy nie zostawał z Haizeą. Dlatego Haizea podniosła jego ciężar razem z nim i dzielnie weszła w pole pełne cierni, jakim jest wytłumaczenie tej rzeczy dziecku.

– Nie, słońce. Wasz tata jest podróżnikiem i nigdy nie zostaje w jednym miejscu na stałe. Za kilka miesięcy wyruszy w podróż i zobaczymy go dopiero za rok.

– Co? Nie! – W oczach małej Corli zakręciły się łzy. Miała prawo płakać, z pewnością od zawsze pragnęła poznać swojego tatę. A jej tata okazał się szmatą, która przychodzi, rozkochuje w sobie wilki i odchodzi, nie patrząc nawet w tył. Tak czuł się w tym momencie Way. Jak najgorsza szmata.

– Wiem, że jest to przykre, ale nie wolno nam zmieniać natury innych. Jak myślisz, jak czuła by się ryba, gdybyś zamknęła ją w szklanym pudle?

– Źle – wymamrotała waderka, pociągając nosem.

– A jakbyś zamknęła jaskółkę i nie pozwoliła jej odlecieć?

– Też źle.

– Widzisz? Czasem, jeśli kogoś naprawdę kochamy, musimy pozwolić mu podążać za swoją naturą. Nawet, jeśli to nas boli.

Corla wytarła nosek łapką. Było jej przykro, ale postanowiła zacisnąć ząbki i przeboleć tą ciężką sytuację. Wayfarer poczuł nową falę miłości zalewającą jego istnienie, zarówno do troski i wyrozumiałości jego kochanki, jak i do dwójki małych istnień, które może nazywać swoimi biologicznymi dziećmi. Ich dojrzałość emocjonalna z pewnością wynikała z dobrego wychowania, za które odpowiadała Haizea.

– A ja się nie zgadzam, żeby tata odchodził! – zawołał Paco. – A jak chce odejść, to ze mną u boku. – Młody wypiął dumnie pierś, próbując swoją postawą przekonać dwójkę dorosłych, że nie zrezygnuje ze swojego pomysłu. Way na ten pokaz pewności siebie zaśmiał się ciepło.

– Nie sądzę, żeby twoja mama się na to zgodziła.

Haizea szybko przegoniła swojego kochanka na stronę. Zdążyła jeszcze dzieciom powiedzieć, żeby wróciły do nory, bo zbliża się największy upał, po czym zwróciła się do podróżnika.

– Przepraszam, że na ciebie nie czekałam – wyznała, uciekając wzrokiem w dół. Uszy położyły się wzdłuż głowy, ogon podkulił między nogi.

– Hej, nic się nie stało. – Basior pocieszająco trącił nosem jasnofutrą. – Ta dwójka to z pewnością masa roboty.

– Ha, mało powiedziane. Corlę trzeba ciągle pilnować, żeby nie wciskała nosa w nie swoje sprawy, a na Paco trzeba mieć oczy dookoła głowy! Czy ty też ciągle gdzieś uciekałeś, jak byłeś mały? – Zea spojrzała podejrzliwie na podróżnika, który cicho się zaśmiał.

– No ba. Tata po pewnym czasie poddał się z pilnowaniem mnie i mogłem chodzić, gdzie mi się podoba, o ile nie wychodziłem poza granice Srebrnego Chabra, eh. I zazwyczaj miałem mówić, w którą stronę się mniej więcej wybieram, żeby wiedział, gdzie szukać ciała, eh.

Wadera pomachała nerwowo ogonem, co dość wyraźnie poinformowało Waya, że nie spodobał jej się ten żart.

– Paco nie może chodzić, gdzie mu się podoba. Nasze tereny nie są takie bezpieczne – zaczęła cicho. Wafel stwierdził, że lepiej nie przyznawać się, co miało miejsce w WSC. – Tłumaczyłam mu to niejeden raz, ale on nie rozumie. Albo rozumie i celowo robi inaczej, nie wiem, które gorsze.

– Ryba zamknięta w akwarium?

Pytanie wzięło Haizeę z zaskoczenia. Przerwała swój wykład, przekręcając głowę w podobny sposób, co zrobiła to wcześniej Corla, kiedy próbowała zrozumieć, z czym ma do czynienia. Świetliki zrozumienia zapaliły się dopiero po kilku sekundach, które basior cierpliwie przeczekał.

– Tak, masz rację. Zamykam dziką rybę w akwarium. Ale co innego mogę zrobić, kiedy on się wręcz panoszy i ciągle wpada w tarapaty? Jak inaczej mogę go chronić?

– Mogę ja go ze sobą wziąć.

Wayfarer zrobił dokładnie, co powiedział, że zrobi. Już przed południem dwójka identycznych kopii wyruszyła w niedaleką drogę, by mały Paco mógł poznać smak podróży. Haizea przygotowała im manierki z wodą, które Way po kryjomu schował do kapelusza. Dostali również małe paczuszki z przekąskami, które doczekały się tego samego traktowania. Do tego wszystkiego doszedł zakaz odchodzenia za daleko od nory, który jako że był wykonany wyłącznie ze słów niesionych przez powietrze, nie mógł podzielić losu swoich poprzedników, ale w pamięci wyrył się równie dobrze.

Paco dreptał za swoim tatą w zadziwiająco szybkim tempie, którego pozwoliło dorosłemu basiorowi utrzymać zwykły chód, zamiast przystosowany pod szczenięce nogi. Młody nie narzekał, nie prosił o powrót do domu, tylko brnął dzielnie do przodu, czasem nawet wyprzedzając bardziej doświadczonego podróżnika i okazjonalnie zatrzymując się na krótką chwilę, by przyjrzeć się czemuś, co przykuło jego uwagę. Way był naprawdę zaskoczony, jak dobrze szło jego synowi i zastanawiał się, czy za dzieciaka był taki sam. Szybki, pewny siebie, pierwszy na drodze, nieważne, w którą stronę. Tak, chyba był taki sam. Teraz już wiedział, dlaczego Paki w pewnym momencie poddał się z pilnowaniem szczeniaka i jedynie nasłuchiwał, czy coś się nie dzieje.

Paco. Paki. Czy Haizea wiedziała, co robi?

Pakoshika.

Chyba nie wiedziała.

Dorosły przystanął w pół kroku, zaintrygowany kolorowym motylem tańczącym wśród drobnych listków krzewu. Szczenię od razu podłapało i podbiegło bliżej, obserwując tego samego motyla. Stali tak we dwóch, dzieciak między nogami ojca, aż Wayfarer nie zorientował się, że zrobiło się zdecydowanie za cicho wśród drzew i traw. Nie wiedział, czy nie zwrócił wcześniej uwagi, czy zrobiło się cicho dopiero teraz, ale w każdym razie totalna cisza, stojące powietrze i zapach wilgoci w powietrzu rozkazały mu szukać jak najszybciej schronienia. Chwycił szczenię za kark, co spotkało się z bardzo głośnym protestem i rozglądał się za jakąś bezpieczną jamą, sadząc przy okazji duże susy, by zwiększyć prędkość.

Usłyszał z oddali agresywny szum, bardzo dobrze mu znany. Zbyt dobrze. Do licha, trzeba było się pospieszyć.

Pierwsze krople pojawiły się, gdy basior wcisnął swojego synka do szczeliny skalnej, która wyglądała na dobrze osłoniętą. Sam wcisnął się zaraz po nim. Gdy w szczelinie zniknęła końcówka ogona, ściana wody uderzyła w ziemię, atakując i miażdżąc wszystko to, co nie zdążyło się schować. Paco obserwował to zjawisko z fascynacją zmieszaną z odrobiną strachu.

– Łał… – wyszeptał, jego głos ledwo słyszalny w szumie wody. Dużo głośniej zwrócił się do taty. – Skąd wiedziałeś, że zaraz uderzy?

– Zrobiło się cicho. Żadnych ptaków, owadów czy innych małych żyjątek, eh. Powietrze stało w miejscu, nie poruszały się żadne liście i nie było zapachu morza. Za to był bardzo mocny zapach wilgoci. A gdy ulewa była bliżej, dało się słyszeć jej szum, eh.

Szczeniak słuchał wyjaśnień dorosłego z otwartym pyszczkiem. Był zachwycony wiedzą i doświadczeniem, z pewnością będzie pytać o więcej. Cała ta sytuacja zamiast go przerazić, wywołała u niego żądzę więcej. Więcej niebezpieczeństwa. Więcej podróży. Więcej ważnych informacji.

Patrząc w te brązowe, błyszczące oczka, Wayfarer widział siebie. Widział swoje odbicie sprzed wielu lat, kiedy świat był jeszcze jedną wielką zagwozdką. Kiedy to, co znał, kończyło się na określonych granicach i dla niego było to za mało. Szczenię, dla którego każda droga to kierunek, w który musi się udać. Gwiazdy były jedynym miejscem, gdzie nie można było dotrzeć, ale zamiast tego można było marzyć. Jakakolwiek opowieść spoza znanego światka była na wagę złota, pożądana, słuchana z całą intensywnością.

Dla Waya czasy tej ciekawości zdążyły się skończyć, teraz była zwyczajna żądza drogi. Wiedza nie była już tajemniczym owocem, a doświadczeniem, które trzeba było po prostu zdobyć. Świat nie miał granic, był otwarty, gotowy do zwiedzania. Szczenięce pragnienie podróży zostało zastąpione bardziej dojrzałą potrzebą, do której jest się przyzwyczajonym i jest ona oczywista. Może i Wayowi nie świeciły się już tak oczy, jak Paco, ale gdyby teraz ktoś chciał przywiązać dorosłego basiora do jednego miejsca, złamałby go w pół i pokruszył jego duszę na drobny pył. Paco był jeszcze podatny na zmiany. Trzeba było tylko zmienić go w dobrą stronę.

Dwójka przeczekała wielogodzinną ulewę, posilając się zapasami i popijając czystą wodę z manierek. Choć Paco bardzo podobało się oglądanie deszczu, a Wayfarer lubił ciszę, w końcu oboje byli zmęczeni robieniem tego samego i zaczęli ze sobą rozmawiać.

– To twoja pierwsza ulewa? – zapytał starszy, przytulając basiorka do siebie, by przypadkiem nie zasnął na twardej, skalnej ziemi. Wyglądał na zmęczonego.

– Nie. Były gorsze, ale zazwyczaj mama nas ostrzegała i biegliśmy do nory. Nigdy nie wiedziałem, w jaki sposób wie, że zaraz zacznie padać. Teraz już wiem.

– Jestem prawie pewien, że twoja mama akurat po prostu obserwuje chmury. U was dobrze widać, kiedy zacznie padać.

Szczenię przymrużyło podejrzliwie oczy.

– To czemu ty robisz inaczej?

– Bo w miejscach, które odwiedzam, często nie widać nadchodzącej ulewy. Bierze cię znienacka, jeśli nie umiesz jej wyczuć, eh, i jeśli nie zdążysz się schować, kończysz cały mokry, a nawet i podtopiony.

– Podtopiłeś się kiedyś?

– Wiele razy. – Way zaśmiał się w głos. – Zanim nauczyłem się dobrze wyczuwać zawczasu ulewy. A i dzisiaj zdarza się, że jakaś się do mnie podkradnie i mnie zmoczy, choć teraz już nie panikuję, gdy tak się dzieje. Po prostu idę mokry do przodu i uważam na swoje kroki.

– Brzmi nieprzyjemnie, chyba nie chciałbym, żeby mnie jakaś złapała znieznacka – przyznał maluch. Na te słowa jego tata wzruszył ramionami.

– Znienacka. No niestety takie jest życie podróżnika. Spotykamy po drodze ulewy, śnieżyce, zapadają się pod nami mosty, musimy sobie jakoś radzić. Niejeden raz spotkałem kogoś, kto miał krzywo zrośniętą łapę, albo nie miał jej wcale. Podróże to wcale nie prosta sprawa.

– Co to śnieżyca? – Paco nastroszył uszu. Oczywiście, przecież tutaj nie mają czegoś takiego jak śnieg.

– To takie zjawisko podobne do ulewy, ale zamiast deszczu padają bardzo, bardzo zimne, białe, mokre kulki. Są tak zimne, że kłują w oczy, nos i łapki. W ulewie możesz jeszcze spróbować podróżować, ale śnieżycę powinieneś przeczekać, bo możesz zamarznąć na śmierć.

Paco nie wiedział, jak czuje się bardzo, bardzo zimną rzecz ani czym jest zamarzanie, ale mimo to wyraźnie zaniepokoił się, że takie rzeczy istnieją.

– A te kulki pojawiają się tylko, jak jest śpieżyca, czy można je spotkać w formie zwykłego deszczu?

– Śnieżyca. Tak, pojawiają się w formie zwykłego deszczu. Wtedy te kulki są mniejsze, delikatniejsze i mówimy, że pada śnieg.

Mózg młodego zaczął się tak nagrzewać, że Wayfarer prawie widział, jak z uszu leci dym. Choć szczeniak nic nie rozumiał, wciąż próbował pojąć, czym jest śnieg i śnieżyca, i zimne, białe kulki. Jego dedykacja w tym zakresie była naprawdę godna podziwu. W końcu jednak się poddał i bardzo potężnie ziewnął w wyniku zmęczenia.

– Dużo tych rzeczy we świecie. Zabierzesz mnie kiedyś, żebym mógł je zobaczyć? Ale nie śnieg, śnieg brzmi ble.

Cichy, ciepły śmiech wydostał się z ust basiora.

– Jeśli twoja mama się zgodzi.

Zadowolony z odpowiedzi młodzik wtulił się w brązowy bok większej kopii siebie i zamknął oczy. Wkrótce jego oddechy zrobiły się powolne, a głowa zsunęła się z łapek na ziemię. Way patrzył na ten widok z uśmiechem, zastanawiając się, jakim cudem nigdy wcześniej nie czuł potrzeby posiadania własnego potomstwa. Adoptowanie było w porządku, ale patrzenie na pyszczek, który tak bardzo przypominał jego własny, budziło w nim zaskakująco głęboko ukryte emocje. Czy tak wygląda instynkt opiekuńczy?

Paco codziennie podróżował u boku swojego taty, zwiedzając tereny rodzinnej watahy, aż nadszedł dzień rozłąki.

Rodzina bardzo nie potrafiła się rozstać. Przytulali się wciąż na nowo, niby wypowiadali pożegnalne słowa, ale nikt nie odchodził nawet na krok. Było bardzo mokro, bardzo głośno i bardzo smutno. Choć spędzili ze sobą zaledwie kilka miesięcy, stali się niezwykle zżyci, a mimo to Wayfarer wiedział, że nie może tu zostać. Jego serce by tego nie wytrzymało.

– Ja chcę iść z tatą! – Mały, brązowy basiorek wytarł kolejne łzy.

– Jak ty idziesz, to ja też chcę iść! – zawołała Corla, sama nie będąc w lepszym stanie. Jej oczka były czerwone od płaczu, policzki całe wilgotne i miała problemy z oddychaniem. Haizea przytuliła ją do siebie.

– Wiem, kochani, że bardzo chcielibyście towarzyszyć tacie, ale żadne z was nie może. To nie w naturze taty, opiekować się małymi szkrabami podczas jego podróży.

Way ugryzł się w język, zanim wspomniał o dwudziestu czterech problemach, jakie musiał przeprowadzić przez pół kontynentu, by wziąć je do Watahy Srebrnego Chabra i podrzucić młodszemu bratu. To była jedna z tych historii, o których się nie mówi.

– Też będę za wami tęsknić, dzieci. – Głos Wayfarera tkwił jak ostra kula głęboko w gardle, ale basior próbował dzielnie ją przełknąć. – Ale zobaczymy się za niecały rok na tej polance i znowu będziemy się wszyscy razem pięknie bawić. Obiecuję wam.

W końcu udało im się uścisnąć na dobre. Wadera i dwójka szczeniąt machały podróżnikowi na pożegnanie, kiedy ten opuszczał polanę. Nikt nie był w stanie już nic mówić, każdy chciałby, by była już późna jesień, by Way był z powrotem. Sam brązowy basior przyłapał się na takich myślach.

„A może by zostać?” wpadł na pomysł, jednak bardzo szybko został on odrzucony. „Dostaniesz depresji, brachu, eh. Możesz ich kochać całym sercem, ile tylko chcesz, możesz za nimi tęsknić, ile pragniesz, ale jeśli zostaniesz, nie poradzisz sobie. Ja to wiem, ty to wiesz. Wszyscy to wiemy.”

Z głębokim westchnięciem podróżnik przyznał swojemu wewnętrznemu rozsądkowi rację. Nie ważne, jak bardzo kogoś kochał, nigdy nie mógł z tą osobą zostać na zawsze. Takie było przekleństwo włóczykija.

Pierwszy wieczór, pierwszy odpoczynek od początku podróży. Wayfarer wyjął z kapelusza paczuszkę z suszonym mięsem i zabrał się do wyjadania królika. Już przestał myśleć o swojej rodzinie, zarówno tej stworzonej, jak i tej rodzonej, zamiast tego jego myśli cieszyły się tym, co było tu i teraz. Samotność była miła, jeśli ktoś wiedział, jak z takiej samotności korzystać, a tak się zdarzyło, że Wayfarer miał tą umiejętność we krwi. Jeszcze kilka godzin temu przecież płakał, że musi opuszczać swoje rodzone dzieci. Teraz pałaszował suszonego królika, całkowicie spokojny, skupiony na swoim otoczeniu i na sobie.

Gdzieś w krzakach strzeliła gałązka. Way przerwał jedzenie, by nasłuchiwać, co spowodowało ten dźwięk, aż w końcu dosłyszał małe łapki. Były zdecydowanie zbyt małe, by mu jakkolwiek zagrażać, więc wrócił do swojego posiłku bez większego problemu.

A potem kroki pojawiły się bliżej.

I bliżej.

Brązowy basior odwrócił głowę, by stanąć oko w oko z mniejszą wersją siebie. Bardzo umorusaną i nieco zmęczoną, ale nie miał wątpliwości, że widzi całkowicie znajomą twarz. Bez słowa zaprosił swojego syna między nogi i zaczął wylizywać błoto z futra. Pytania zostawi na rano.

„Nie chciałam nic mówić przy Corli, by nie zaczęła narzekać. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Kocham Cię. Haizea.”

List był krótki, ale tłumaczył wszystko, co wydarzyło się wczoraj wieczorem. Haizea pozwoliła swojemu synowi podążyć za Wayfarerem, by dwójka podróżowała przez najbliższy czas razem. Podróżnik miał czas odstawić syna z powrotem pod norę matki, ale nie chciał się tłumaczyć ze swojej decyzji. Postanowił więc zrobić to, co zrobił mało który ojciec w Watasze Srebrnego Chabra i zaopiekował się swoim rodzonym synem. Postanowił zabrać go do swojego domu i dać mu wybór, czy chce wrócić do watahy, w której się urodził, czy chce zostać, czy chce podróżować na własną łapę. Decyzja będzie jego, jak przyjdzie czas, żeby ją podjąć. Na razie Way spełni życzenie Haizei i zaopiekuje się Paco. Koniec końców to jego syn, czyż nie?

Lekcja 1: pod górkę nie kombinuj jak koń

Podróż zaczęła się miło, wyglądała identycznie do tych, które miały miejsce na terenie watahy Haizei. A potem zaczęło robić się pod górkę. Dosłownie i w przenośni.

Młody narzekał, że muszą pokonywać strasznie dużo gór i ciągle pytał, kiedy się skończą. Próbował cieszyć się naturą, naprawdę próbował i Wayfarer to widział, ale ciężko zostać pozytywnym, gdy trzeba skakać po skałach, które twój opiekun pokonywał jednym krokiem. Od strony Waya problem natomiast wyglądał tak, że zwyczajnie nie znał innej, bardziej dostosowanej pod szczenięce nogi drogi, a bardzo chętnie by z niej skorzystał, chociażby po to, by nie słuchać już więcej tych wszystkich narzekań. Nagle bycie ojcem przestało być takie przyjemne.

Na szczęście życie postanowiło wziąć naukę Paco w swoje własne łapy i wykorzystało w tym celu jedną z najbardziej stromych gór, jaką rodzinka musiała pokonać.

Paco dalej stękał, że nie miał ochoty już iść, że chce odpocząć, że dlaczego tak pędzą, aż wpadł na wyśmienity pomysł. Wayfarer nie wiedział, jaki to jest pomysł, bo szedł przodem i nie obserwował cały czas syna. Pytał jedynie co minutę, czy idzie i nie wykonywał kroku, dopóki nie dostał potwierdzającej odpowiedzi.

Dlatego nie spodziewał się, kiedy małe, ostre ząbki zatopiły mu się w ogon. Gdyby wiedział, co planuje ten urwis, z pewnością zacisnąłby zęby i pozwolił mu się tak wspinać, ale to było zbyt nagłe i zbyt bolesne, by to wytrzymać. Basior wygiął się, kopnął tylnymi nogami, a gdy usłyszał spadający w dół miękki przedmiot, odwrócił się na dwóch łapach i na moment stanął jak wryty.

Brązowa kulka staczała się po kamienistym zboczu, skomląc przy każdym uderzeniu o kamień. Był to moment, w którym podróżnik poznał, jak szybko i jak zgrabnie potrafi zbiec po niebezpiecznie stromym zboczu, jak celnie potrafi chwycić kłębek futra i jak gwałtownie potrafi zatrzymać się na skałach, nie tracąc przy żadnej z tych czynności równowagi ani świadomości otoczenia. W tym momencie poczuł się jak superwilk, choć z pewnością był to jedynie zastrzyk adrenaliny.

Gdy dostali się na bezpieczną półkę skalną (dostali, czyli Way niósł Paco w zębach), nie obyło się bez reprymendy.

– Nigdy więcej tak nie rób, rozumiesz?! – podróżnik podniósł głos. – Jeśli chcesz mnie chwycić, najpierw mi powiedz, bo ja nie wiem, czy to ty, czy jakieś agresywne stworzenie! Chociaż w twoim przypadku drugie się nie wyklucza…

Prychnął, powodując, że Paco skulił się jeszcze bardziej. Nie miał czasu ani ochotę się z tym męczyć. Kurwa, prawie stracił swojego syna przez jakiś głupi pomysł, który wyjątkowo nie był jego. Wayfarer poprzysiągł sobie, że gdy zejdą z drugiej strony, wyjątkowo zmieni trasę, żeby trzymać się jak najbardziej płaskiej ścieżki, nawet jeśli ich podróż na tereny Srebrnego Chabra miałaby zająć o miesiąc dłużej. Cholera, nie będzie ryzykował czyjegoś życia.

– Przepraszam – usłyszał za sobą piskliwy głosik. Odwrócił się, by zobaczyć wciąż skulonego Paco, wylizującego sobie rany.

Dzieci są delikatne.

Podróżnik pomógł swojemu synowi się wylizać, zanim dwójka ruszyła w dalszą trasę. Teraz Paco dreptał przed nim i miał absolutny zakaz schodzenia mu z oczu.

Paco?

sobota, 23 grudnia 2023

Od Almette DC Wayfarera - "Otwarte Szklaki"

Almette odetchnęła głośno, kiedy jej gardło zacisnęło się wokół powietrza. Nie chciała płoszyć tych kulek pełnych życia, które cichutko teraz układały się wokół ognia. Ten bujając się wesoło, aczkolwiek leniwie rzucał blask na zielone i brązowe futra. Wayfarer jakiś czas temu zakończył już swoją piosenkę, a wiatr poniósł ją w ciszę nieba. Serka spojrzała na gwiazdy, ledwie wyglądające zza chmur nadciągających z północy. Jej serce zabiło w piersi, kiedy na myśl wrócił jej dom. Uśmiechnęła się pod nosem. Czasy dzieciństwa, bycia małą kuleczką. Zawsze radosna i wesoła, obecna wszędzie i prowadząca monologi o rzeczach najbardziej trywialnych. Była właśnie szczeniakiem i jak szczeniaki pozostała, idąc w swoje dorosłe życie. Pomimo swojej infantylności Almetka miała w sobie dozę odpowiedzialności. W końcu była już samodzielną osobą. Podejmuje własne decyzje, ponosi za nie konsekwencje, poluje, dba o siebie. Tak dla niej wygląda właśnie dorosłość. Ale te szczenięta, te maluchy kręcące się wokół ogniska, one nie umiały zrobić tego same. Układające się do snu, pozwalały aby ciemność pochłaniała ich oczęta, zapadając w lekkie drzemki zanim zapadną się całkowicie w niewinne sny.
—I co teraz tak dokładnie? — Serka miała tyle wątpliwości w głowie. Jej oczy przymknęły się wracając z nieba do ognia, który przygasał powoli. Wayfarer uniósł na nią swoje oczy.
—Na ten moment – spać. Tą — machnął łapą w kierunku tworzących się kupek szczeniąt. — sprawą zajmiemy się jutro. —
Serka tylko kiwnęła głową, przyjmując tą wiadomość z delikatnym uśmiechem otuchy, która dawno uciekła z jej oczu. Była młodą waderą, otoczoną dwoma tuzinami szczeniąt. Jej mózg nie mógł uspokoić się nawet na chwilę. W końcu Almette nigdy nie zajmowała się szczeniakami pewno nie w takiej ilości. To ona zawsze była tym szczeniakiem, którym trzeba było się zajęć. Lęk wdarł się w jej serce kiedy układała się niedaleko ogniska. Zmartwiona, niepewna rzuciła tylko krótkim „dobranoc”, usypiając kiedy tylko monolog w jej głowie przycichł wraz z postępem nocy.
Czas płynął powoli, ognisko w końcu wygasło, niekarmione drewnem, które mogłoby pochłonąć. Dym ustał, popiół uciekał z wiatrem, a noc robiła się coraz to chłodniejsza. Alemtte, pomimo że jej sierść nie była bardzo długa, spała komfortowo, zakrywając łapy ogonem. A przynajmniej do czasu. Księżyc wisiał niewiele poza swoim tronem, zmierzając ku dniu, ale nadal utrzymując niebo w granatowej ciemności. Samica przebudziła się. Jej wdechy, spokojne, ale jakieś długie, napotykające opór, ciężkość na klatce piersiowej. Serka uniosła głowę, sen jeszcze trzymający jej powieki w przymknięciu. Pod jej brodą ktoś zamlaskał. Szczeniak jaki tam leżał nagle stracił oparcie, teraz przesuwając się bliżej do ciepła. Almette odetchnęła. Kiedy usypiała, czuła jak ktoś przybliża się do niej, jednak nie spodziewała się zastać swojego ciała okupowanego przez małe ciałka. Trzy szczenięta rozłożyły się na jej brzuchu i klatce piersiowej, w kłębkach i rozłożone, pochrapując do wiatru nocy. Pod jej ogonem z kolei spały dwa inne, skryte przed światem, a wystawały tylko łapki, ogonki i noski. Starsza wadera miała także małe kłębki wtulone w jej bok. No cóż. Odetchnęła ciężko, poprawiając zdrętwiałe ciało w delikatny sposób. Nie chciała nikogo obudzić, ale jednocześnie nie zamierzała płacić swoim ciałem i komfortem. Położyła głowę z powrotem, szczeniak który leżał przy niej zakręcił się, cichy oddech uciekający z jego pyszczka. Serka wbiła oczy w niebo. Chmury zasłaniały świat, odcinały gwiazdy od obserwowania pyłków życia pchanych wiatrem życia przez świat. A jednocześnie zabierały drogowskazy, odpowiedzi, których Serka szukała. Sen uciekł od niej na dobre, pozostawiając oczy i umysł szukające zaczepienia, uziemienia. Myśli szalały w monologu żalu i strachu, kiedy kolejne małe ciała poprawiały się na niej. Nie można było zaprzeczyć, ciężkość innych ciał, wtulone w siebie mozaiki sierści były uczuciem przyjemnym. Małe łapki od czasu do czasu przesuwały po jej ciele, poruszając instynktami, o których Almette nie była świadoma. 

Dzień nadszedł dla niej ze zmęczeniem i ciężkością. Jej obolałe mięsnie wprowadzały ją w niebyt przyjemny humor, a jednak uśmiechnęła się pod nosem widząc jak niektóre ze szczeniąt były równie niechętne do pobudki co ona. Delikatnie strącając ze swojego ciała kolorowe futra, w końcu mogła wstać i rozciągnąć swoje zdrętwiałe kości.
—Jak się spało? — Wayfarer zdawał się być równie wyczerpany tą nocą.
—Ciężko. — odparła. Było to dobre słowo, bo ciężko było jej zasnąć, a jak już usnęła to spała pod równie ciężkim przykryciem i świadomością nowych wyzwań. — To co? W drogę? — Otrzepała futro, jej łapy przebierając w miejscu przez chwilkę. Szczeniaki obok gromadziły się i przebiegały pomiędzy łapami.
—Zdaje się, że tak. —
—A my z wami! — jedno ze starszych szczeniąt fuknęło w ich kierunku. Almette tylko przytaknęła, wiedząc że obietnica to obietnica. A przecież im obiecali że się nimi zajmą.
—Znajdziemy wam po drodze jakiś fajny dom, gdzie nie będą wami tak pomiatać po kątach. — Wayfarer poprawił kapelusz na głowie i odetchnął. Szept zaszumiał pośród szczeniaków, a niewypowiedziane nadzieje rozpostarły skrzydła tak dawno podcięte przez innych. Więc ruszyli. Z racji, że prowadzili ze sobą małe przedszkole ich droga dłużyła się i kręciła niczym serpentyny. Góry, doły, nie ważne, postanowili wracać do domu. Do watahy. Do rodziny.
—Ciekawe co się pozmieniało w ciągu tego czasu! — nos Almetki zmarszczył się delikatnie jak pomyślała, że może zastanie nowe rodzeństwo. Że może papciu i mamcia czekają tam na nią ciekawi jej przygód, a może i sami przeżyli jakieś. Kto wie co i jak zadziało się w tej pięknej watasze pod pieczą Agresta.
—Fajna ta wasza wataha? — jeden ze szczeniaków zagadnął wesoło.
—A no ba że fajna! Mamy chabry, wiele gór i bardzo przyjemnego Alfę. Nazywa się Agrest i ma przyjaciela Mundusa. Mamy tez bardzo dużo różnych rodzajów Pucheł i parę szczeniaków w watasze na pewno! Mamy też bardzo ładne tereny, wielkie i nawet dostaliśmy kiedyś jakieś jeszcze od lisów! Bardzo ładne, bardzo piękne drzewa i jeziora. Zwłaszcza Wodospad różany! Różany bo latem kwitnie tam mnóstwo krzewów róż i czasami nawet bławatków. Mamy łosie, jelenie i bardzo smaczne zajączki. Wszystko jest najlepsze w domu. Tam mam tez mamkę i tatę i rodzeństwo. Mam siostrę Ciri, ja byłam w ogóle adoptowana w tą rodzinę i za sobą nie przepadałyśmy, ale nie było tak źle. Została też ciocią. Ciekawa jestem jak te dzieci się trzymają. Pewnie teraz są już dorosłe i mają własną pracę i może własne rodziny, kochające. To może i własne szczeniaki też już, bo przecież trzeba przekazywać krew swoich dalej. Mam też spokrewnienie, częściowe z Alfą, tylko no właśnie jestem adoptowana, ale on chyba mnie lubi. Może jeszcze mnie pamięta! — rozgadała się i tak umilała im drogę dopóki nie trzeba było zatrzymać się na obiad.

Droga niby się dłużyła, a jednak jej ubywało. Taką wielką grupą z pewnością także przyciągali uwagę, jednak mimo to nikt nie chciał przygarnąć takiej ilości obowiązków na siebie. Zdawało się że 24 kłopoty naprawdę stanowiły kłopot i to już nie tylko dla przemierzających świat dwóch towarzyszy, ale także dla każdej watahy którą Alemtte z Wayfarerem mijali. Jedna za druga odmawiała i kręciła nosem.
—Jedno, może dwa jesteśmy w stanie przyjąć. — pokiwali głową.
—No może z pięć. Ale 24! —
—Czy może tylko jeden? —
—Nie. W ogóle, nie mamy miejsca na tyle dzieci, przepraszamy! —
Każde podejście zakańczało się delikatną żałością i goryczą rozlewającą się w wilczych sercach. Zwłaszcza, że te dzieci one były takie piękne i cudowne. Ich zdolności przekraczały normalne. Niektóre były wyjątkowe, ze skrzydłami, niektóre mniej sprawne, ale dzieciaki nadrabiały inteligencją. One wszystkie szybko podłapały od nich jak polować, jak rozpalać ogień, jak bezpiecznie podróżować. W ogóle to cudowne małe aniołki, ale…
Nie dla Almetki. Przerastały ją powoli. Ona nie umiała być mamą, a więc tylko Wayfarer kombinował jak zająć się tymi wszystkimi małymi demonami. Gadatliwe, równie co Serka, rozbiegane i chociaż zamienicie szybko się uczyły, nadal były tylko szczeniakami. Głupie błędy, potykanie się, zabawy. Wszystko to nakładało się na hałas i opóźnienia.
—Nikt nas nie chce? — w końcu któryś, chyba Talerzyk, najmłodszy ze wszystkich, jeszcze sepleniący, spytał z żałością.
— To nie tak. Po prostu tak z Nienacka nie każda wataha może przyjąć dwadzieścia cztery szczenięta, prawda? —
—Prawda. — jej towarzysz podróży przytaknął. Atmosfera pomimo że nadal nieco ponura rozjaśniła się odrobinkę.
—Czyli ktoś w końcu nas przyjmie? — Brzoza, ona dzielnie niosła swojego braciszka na grzbiecie przez wszystkie te kilometry.
—Oczywiście, obiecaliśmy wam to, prawda?

Byli coraz bliżej WSC. Ich dni dobiegały końca, a szanse dzieci na znalezienie rodziny zmniejszały się. Do czasu spotkania Watahy Białego Pióra. Kimże oni byli? Serka nigdy o nich nie słyszała, więc ich nagłe pojawienie się na ich drodze było nieco zaskakujące.
—24 SZCZENIAKI?! — ich alfa, przemiła wadera, aż otworzyła oczęta szeroko. Spojrzała na swojego syna z zadumą.
—Powinniśmy mieć tyle miejsca i mamy tez emerytów. Oni bardzo lubią dzieci. Pewnie damy radę. Ale…—
—Wszystkie albo nic. — Odparła Almetka. Nie miała zamiaru rozdzielać tych uroczych stworków. I szybko tak w ten sposób rozpoczęła się rozmowa o tym co te maleństwa przeżyły już w życiu. To tak bardzo ujęło Alfę i jej syna, że wyjęli otwarte ramiona w ich kierunku.

—to jeden problem mniej prawda? — Almetka odetchnęła z lekkością.
—Problem? —
—No tak. Ja wiem, że nie powinnam tak mówić, ale ja się nie nadaję jeszcze na dorosłego. — pokręciła głową. — Nie mogę zajmować się dziećmi. Są kochane, ale nie radzę sobie z nimi. —
—Z taką ilością to nawet doświadczone matki miałyby problem. — Way próbował ją pocieszyć, uśmiechając się lekko.
—I tak. Czas… wrócić do domu. Wiedziałeś że.. ! — i zaczęła swoje monologi, a wiatr rozwiał dym, który Way puszczał z fajki.

Almette wpadła do watahy z rozpędem, z radością, jednak noc przerwała im słodkie bajanie. Co prawda rozeszli się na swoje strony w ten spokojny wieczór, jednak w przypadku Almetki położyła się ona na jednym z kamieni, jaki był pod ręką. Z westchnieniem opadła na ciepławą jeszcze nawierzchnię kamyka. Jej mięśnie rozluźniły się i wkrótce poddała się morfeuszowi, który otulił ją rękoma niczym ciepłym kocykiem. W chłodną noc, jej było ciepło, i na ciele i na duszy. Tylko.. odrobinę ciężko.
—Almette… — Wayfarer, jego głos był tak wyraźny w jej śnie. — Mamy mały problem… —  Jej oczy uchyliły się, ale świat przesłaniała kępka zwiniętego w jedno futra.
—Hymm? — zaspana podniosła głowę. Jej ciało czuło się przygniecione, jak w noce przez ostatnie tygodnie. Rozejrzała się.— Ale..
—Jednak nas tam nie chcieli… —

 

<Way?>


środa, 18 października 2023

Od Wayfarera - "Miska"

Spis treści:
Wzgórza
Dom
Podróż
Rozmowa
Morze
Karty



Wzgórza

Ziemia pod łapami Wayfarera była niezwykle miękka i sprężysta, aż przyjemnie się na niej stało. Po przyjrzeniu się basior zauważył, że stał na grubej warstwie mchu, bardzo delikatnego w dotyku mchu, jakby stał na bawełnie, choć był w stu procentach pewien, że był to mech. Gdzie sięgnął wzrokiem, po horyzont rozpościerały się gładkie wzgórza o delikatnych zboczach, wszystkie pokryte tą samą rośliną, aż po patrzeniu przez dłuższy czas robiło się monotonnie. Wszystkie wzgórza wyglądały dokładnie tak samo. Dopiero przy trzecim obrocie w poszukiwaniu czegoś ciekawego przed Wayfarerem ujawnił się mały, kolorowy domek, bardzo płaski i krzywy, jakby narysowany przez ludzkie dziecko. Gdyby Way tyle nie podróżował i nie widział, pewnie by nawet nie wiedział, co to jest. Na szczęście wiedział. I może nie powinien tam iść, ludzie bywali niebezpieczni, ale cholera, miał dość tych bezkresnych wzgórz. Więc udał się do tego źle narysowanego budynku, przy okazji odkrywając, że choć poduszkowy mech był bardzo wygodny do stania (i zapewne leżenia), bardzo kiepsko się po nim chodziło. Jak to dobrze, że dom również szedł w stronę brązowego basiora, przynajmniej dystans był krótszy.


Dom

Dom w środku był bardzo przytulny. Mały zagajnik otoczony wysokim, betonowym płotem (nieciekawy widok, ale może były to po prostu ściany) nie był już pokryty mięciutkim mchem, co o dziwo było przyjemną zmianą dla łap wilka. Mech był sztywniejszy, bardziej naturalny, a gdzieniegdzie pokazywały się kapelusze grzybów, zarówno jadalnych, jak i trujących. Nawet drobne kwiatki odważyły się pokazać swoje kolorowe płatki, aż Wayowi przypomniała się bardzo fajna, skoczna piosenka.
"Stokrotka rosła polna, a nad nią szumiał gaj..."
Nagle basior nabrał ochoty na piosenki. Usiadł pod jedną z niewyrośniętych sosen, której jeszcze dużo zostało do w pełni wyrośniętego drzewa i wyjął spomiędzy korzeni swoją zaufaną gitarę.
"W moim ogródecku rośnie rózycka~
Napój mi, Maniusiu, mego kunicka~
Nie chcę, nie napoję, bo się kunia boję,
Bo się kunia boję, bom jesce młoda~
Nie chce, nie napoi, bo się kunia boi,
Bo się kunia boi, bo jesce młoda~"
Gdzieś w połowie piosenki dołączył się drugi, nieznajomy głos. Way spojrzał w górę, by ujrzeć zasiadającą na gałęzi, kolorową papugę. Choć widział te ptaki nie raz podczas swoich podróży, nie znał się na ich gatunkach, więc umiał tylko powiedzieć, że ta konkretna papuga była całkiem spora. Dotknął łapą kapelusza, by przywitać się z nieznajomą.
"Witam drogiego pierzaka."
"Witam."
"Chcesz wyruszyć ze mną w podróż?"
"W sumie czemu nie. Siedzę tu od tak dawna, że mam już dość. Zejdę ci na plecy."
"Zapraszam."


Podróż

Na dworze zrobiło się o wiele ładniej. Wzgórza mchu zmieniły się na wzgórza kwiatów, a od drzwi domu prowadziła kamienista ścieżka. Wayfarera bardzo ucieszył widok ścieżki, gdyż były jego ulubioną rzeczą na świecie. Ścieżki są po to, by nimi iść i gdzieś nimi dojść. Gdzie? To była właśnie najlepsza rzecz - odkrywanie, dokąd prowadzą. Więc bardzo wesołym krokiem nasz drogi Way wyruszył z Bujką na plecach w dal, by zobaczyć, co chowa się za okwieconymi wzgórzami. Och, jaki był jego zawód, gdy na samym końcu znalazło się morze wypełnione jabłkowym sokiem. Nawet nie cydrem, którego można by się chociaż napić, tylko zwykłym, jabłkowym sokiem, który sądząc po zapachu nawet nie był smaczny. I co teraz? W jaki sposób ma przeprawić się na drugą stronę? Nie było tu na brzegu żadnej łodzi, a nawet gdyby była, nie było za to żadnego wiatru, a wilcze łapy miewały problem z korzystaniem z wioseł. Och, i co teraz? Co teraz?
"Wayfacet, zobacz" zawołała Bujka, wskazując skrzydłem na lewo.
Leżał tam wypoczywający smok, bardzo duży i bardzo spokojny. Nie miał skrzydeł, więc Wayowi przyszło podejrzewać, że był to wodny typ, ale azjatyckie lungi też skrzydeł nie miały a latały. Podróżująca parka postanowiła zapytać dużego gada o pomoc.


Rozmowa

"Och, nie, przepraszam, ale ja już nie przewożę podróżników," uprzejmie odmówił wielki smok, przyglądając się papudze i wilkowi niebieskimi ślepiami. Jego oczy wydawały się być zrobione ze szlachetnego kamienia, w którym dodatkowo schował się miniaturowy kosmos. Według Wayfarera niesamowity widok.
"Dlaczego?" zapytała Bujka, przekrzywiając po papudzemu głowę, jakby w ten sposób jej ptasi móżdżek miał zrozumieć więcej.
"A widzicie..." Smok imieniem Bali wydawał się zaniepokojony tym pytaniem, ale po głębokim oddechu ponownie się uspokoił. "Kiedyś przewoziłem podróżników na porządku dziennym, był to mój sposób zarobku. Moja praca, można by rzec. Ale pewnego razu zaskoczył nas sztorm, a ja, nierozsądny, stary Bali, zamiast pływać po grzbiecie fal, pływałem pod nimi... Straciłem całą swoją załogę i było mi tak głupio, że postanowiłem nigdy więcej nie przewozić kogokolwiek na swoim grzbiecie."
Wayfarer pomyślał chwilę.
"Nic nie szkodzi, Bali. Nie wydaje mi się, że to pora na sztormy, więc powinniśmy być bezpieczni. Proszę, zabierz nas z tych zielonych wzgórzy, wolimy obejrzeć nowe, ładniejsze rzeczy."
Bali westchnął. "Zgoda," powiedział. "Ale nie będę opłacać waszego pogrzebu, jeśli się utopicie! Dosyć straciłem na pogrzeby tamtej załogi!"
"Oczywiście :3"


Morze

Podróż, wbrew obawom Baliego, minęła bardzo spokojnie i przyjemnie. Trójka rozmawiała ze sobą, wymieniali się informacjami i plotkami, Way opowiadał, jak kiedyś latał na cykadzie, która była bardzo głośna, ale wygodna do siedzenia. Bujka i Bali zaśmiali się na tą historię.
"Chciałbym móc polatać," odezwał się tęsknie Bali.
"Dlaczego nie polecisz balonem na gorące powietrze? Powinny być wystarczająco duże na twoje rozmiary," zaproponowała Bujka, uśmiechając się tak bardzo, jak ptak mógł. Czyli w sumie wcale, z wyjątkiem oczu i lekko otwartego dzioba.
"Bo z drugiej strony boję się wysokości..." Biedny smok był tak zażenowany swoją sytuacją, że schował pysk pod sok jabłkowy, ale tyle, żeby jego uszy jeszcze słyszały, co wilk i papuga mają do powiedzenia.
"Myślę, Bali, że nie masz czego się bać," pocieszył Wayfarer. "Jesteś odważnym i dzielnym smokiem, taki jeden lot nie będzie wcale dla ciebie problemem."
"Skoro tak mówisz..." Gad zdecydowanie nie był jeszcze przekonany, ale nie chciał, by było to po nim widać.
Delikatny, jabłkowy wiatr zaczął wiać od wschodu, przynosząc ze sobą dodatkowo zapach smażonego mięsa. Wayfrajer zauważył wyłaniającą się powoli wyspę, na której jakaś grupa bliżej nieokreślonych, humanoidalnych stworzeń, robiła grilla. Na ten widok pociekła mu ślina z pyska.
"Mam nadzieję, że będą mieli coś dla nas. Jestem głodny."


Karty

Kiedy Wayfarer otworzył oczy, zakopany w swoim prowizorycznym legowisku z trawy (które już nie przypominało legowiska, po tym jak najwyraźniej w nocy kręcił się do tego stopnia, że przykrył się wspomnianą trawą), poczuł, że niemiłosiernie burczy mu w brzuchu. Nie był tym zdziwiony, wczorajszego ranka nie przyszło mu zjeść choćby nogi zająca, ale zdenerwowało go to uczucie. Skoro był tak głodny, musiał zapolować, a tereny, na których obecnie się znajdował, nie były w najmniejszym stopniu bezpieczne do polowania. Nie było tu watahy wilków, zamiast niej tereny zamieszkiwały jadowite jaszczury sporych wielkości. Pewnie przez nie przyśnił się ten cały Bali o niebieskich oczach. Tylko skąd, do licha, wzięła się papuga? Może przypomniał sobie we śnie jedną ze swoich licznych podróży... I w głębi duszy coś mu w tym momencie podpowiedziało, że warto będzie postawić sobie karty Tarota. Ale to kiedy nie będzie miał w głowie tylko jednej myśli brzmiącej "jeść", bo w takim stanie Tarota stawia się bardzo źle. To co? Szybka przekąska z małej jaszczurki?



(Koniec✨🦜🦎)

piątek, 13 października 2023

Od Wayfarera

"Możesz mi powiedzieć, dlaczego uciekłaś?" zapytał agresywnie brązowy basior, przypinając Wayfarera do ziemi. Oj, ale będzie miał zdziwko, skubany, że gada z chłopem.

"Jestem facetem, idioto," odpowiedział równie agresywnie Way, próbując wyrwać się spod ciężkiej łapy. Siła nigdy nie była jego forte, więc miał bardzo nikłą nadzieję, że uda mu się przepchać agresora, ale może złapie moment, kiedy łapa ześlizgnie mu się spomiędzy barków i będzie mógł spierdolić, gdzie nogi poniosą. Nawet prawie mu się udało, basiora nad nim tak zaskoczyła ta ważna informacja, że przeniósł ciężar na tylne kończyny, ale szybko mu przeszło. Niestety drobna szansa ucieczki zniknęła prawdopodobnie bezpowrotnie.

"Nienawidzę takich jak ty," warknął obcy.

"Takich jak ja?"

"Udajecie inną płeć, niż jesteście."

Wayfarer zamrugał dwa razy z szoku. Faktycznie miał do czynienia z idiotą.

"Nie moja wina, że twoje IQ mogłoby się równać ze wzrostem toczygnojka. Puść mnie, chuju, zanim zacznę warczeć."

"Ohoho, czyżby ktoś nie lubił mieć kutasa w dupie? Pewnie wolisz sam wkładać."

"Spierdalaj, to było gejowe w chuj."

"To homofobiczne."

"To rasitowskie."

"Co?"

"Gówno."

I z tym ostatnim słowem Wayfarer wyswobodził się z niewygodnego nacisku i spieprzał, gdzie pieprz rośnie, byle by nie trafić w powrotem do pseudo-więzienia, w którym przypadkiem się znalazł, wyruszając przedwcześnie w długą nie w tą stronę, co powinien.

<Koniec ✨✨>


czwartek, 19 stycznia 2023

Od Wayfarera CD. Almette - "Otwarte Szlaki"

U swoich stóp wilki zobaczyły przepiękną dolinę, najbardziej urokliwą, na jaką zdarzyło się trafić nawet Wayfarerowi. Otoczona była ze wszystkich stron wysokimi, ale delikatnymi górami, po których z pewnością przyjemnie spacerowałoby się wieczorami. Ich ogrom dawał poczucie bezpieczeństwa w tej odizolowanej od świata dolinie, a spiczaste, niebezpieczne górzyska widoczne w oddali, niby niedaleko ścieżki, którą przybyli, groziły wiecznym kalectwem, jeżeli ktoś ośmieli się skrzywdzić ten piękny raj. W oddali, po drugiej stronie, oświetlone promieniami słońca w zenicie, błyszczało na srebrno morze, spokojne i zachęcające wręcz do kąpieli przy nadchodzących upałach. Wyglądało jak przedłużenie tej doliny, jakby tam, po drugiej stronie, ciągnęły się srebrzysto-niebieskie pola, a nie głęboka i niebezpieczna woda. Tam, gdzie gęste, zdrowe lasy, przypominające zielony puch kiwający się od niechcenia w rytm łagodnego wiatru, nie zakrywały ziemi, szerzyły się magiczne kolory, piękniejsze od tych tęczowych, niby wiosenne dywany utkane z kwitnących o tej porze roku kwiatów. Między drzewami i wśród barwnych łąk połyskiwał wąski strumień, z pewnością tam dalej wpadający do morza, bo gdzieżby indziej miał płynąć. A w samym centrum tej wyjętej z najmagiczniejszej baśni doliny stał wysoki, niebieski dom z czerwonym dachem, z którego komina obecnie wylatywała stróżka siwego dymu, rozpływającego się w nicość zaledwie kilka metrów nad domem. Dom był całkowicie okrągły, ulokowany na wzgórzu, a wokół niego rozciągała się łąka zakończona linią drzew. Ale to dużo niżej. Wystarczająco, by dom rzucał się w oczy.

– O Huku... – wyszeptała Almette. Way nieznacznie się wzdrygnął, zachwycony pięknem doliny zapomniał, że przybył tu z kimś. – To najcudowniejsza dolina, jaką kiedykolwiek widziałam! Kto tu mieszka? Znasz tu kogoś? – wadera zwróciła się do trolla obecnie obserwującego dolinę z wysokiego kamienia. – Jak nazywa się ta dolina? Są tu inne wilki? Rany, jak fajnie byłoby spotkać jakieś tutejsze wilki! Może będą mówiły w naszym języku. Mogłyby nam opowiedzieć o tej dolinie, a my opowiedzielibyśmy im o Watasze Srebrnego Chabra, może nawet zechciałyby nas tam odwiedzić. Ale byśmy zrobili innym niespodziankę! Moglibyśmy się wymieniać wiedzą, poznanymi terenami, moglibyśmy się nawzajem odwiedzać...

– ...Muminków – cichy głos przebił się przez gadaninę Almetki. Podróżniczka zamilkła i zwróciła się w stronę źródła, to jest tego małego Włóczykija, z którym przyszli.

– Jeszcze raz?

– To Dolina Muminków. Opowiadałem już o niej twojemu przyjacielowi. Czeka tu na mnie ktoś, do kogo muszę natychmiast się udać. Miło było z wami podróżować.

Maluch ukłonił się i ruszył w stronę doliny, pozostawiając dwa wilki na szczycie góry. Para jeszcze przez jakiś czas oglądała rozciągający się przed nimi krajobraz, po czym ruszyła śladami swojego teraz już byłego towarzysza podróży.

– Był całkiem miły – zauważyła Serka, teraz już nieco wyciszona i spokojniejsza. – Może go jeszcze spotkamy w Dolinie. Mógłby nam pokazać jakieś ciekawe miejsca, bo nie wiem, czy sami zdążymy wszystko odkryć. Chyba, że się rozdzielimy. Ale musielibyśmy znaleźć jakiś punkt, w którym byśmy się spotkali jak już będzie pora wracać. W sumie ten dom na wzgórzu jest całkiem spoko. Na pewno będzie go łatwo znaleźć, bo jest praktycznie w centrum. Ja bym poszła na lewo, ty możesz na prawo i jak się spotkamy to się wymienimy tym, co znaleźliśmy, i jedno zabierze drugie do ciekawych miejsc, i będziemy mieli co opowiadać, jak wrócimy. Chociaż sama ta Dolina Muminków to już dużo, no bo spójrz przecież, jaka ona ładna! Znajdziemy tam jakieś przytulne miejsce, żeby spędzić tu trochę czasu, pewnie parę, paręnaście dni i potem zaczniemy wracać do domu, bo w sumie się za wszystkimi stęskniłam. I oni pewnie za nami też. Chociaż ty nie wyglądasz, jakbyś za specjalnie tęsknił.

– Zacznę tęsknić jak będziemy wracać. – Wayfarer poprawił swój kapelusz, żeby widzieć nieco więcej schodząc w dół. Wiedział dobrze, że w przeciwieństwie do Almette on zacznie tęsknić dopiero, gdy zacznie myśleć o rodzinnym domu. Gdy zacznie wspominać srebrne chabry wyrastające w pobliżu pól, uśmiechnięte pyszczki dobrze znanych wilków, przede wszystkim swojej rodziny. Kurde, przez Serkę zaczął myśleć już teraz. Potrząsnął głową, żeby pozbyć się melancholijnych myśli.

– Łał, trochę to smutne. Tęsknić do kogoś tylko jak o nim myślisz. Chociaż ja też tak mam, tylko pewnie po prostu myślę dużo więcej od ciebie. Bo wiesz, fajnie by było zrobić wianki ze srebrnych chabrów. Myślisz, że tutaj rosną jakieś chabry? Ja strzelam, że tak. To całkiem dobre miejsce na chabry. Może znajdziemy całe pole chabrów i będziemy mogli się w nich tarzać jak takie dwa małe szczeniaki. A wiedziałeś...

Całą drogę do Doliny Muminków spędzili na rozmowie o wszystkim i o niczym, z różnymi kwiatami w roli głównej. Właściwie bardziej od rozmowy przypominało to długi i nieprzerwany monolog Almette, do którego Way tylko okazjonalnie przytakiwał, żeby udawać zainteresowanego. A może był zainteresowany, tylko nie było tego po nim widać, bo za bardzo skupiał się na obserwowaniu ścieżki przed nimi. Tak, to z pewnością to. Ścieżka czasem chowała się pod trawą, czasem przecinała z inną, całkiem podobną i gdyby ktoś nie zwrócił uwagi mógłby się pogubić. Minęli kilka domów, mniejszych, większych, niektóre były wielkości ich łapy, inne spokojnie mogły pomieścić pięć ruchliwych wilków i wciąż byłoby dużo miejsca do przyjmowania gości. Część przypominała grzybki, część wyglądała jak zwykłe, ludzkie domy, a trafiały się i takie, których kształt trudno było uznać za wydajny i wygodny do zamieszkiwania. Ale mieszkańcom to raczej nie przeszkadzało. Drzewa były normalne, kwiaty i zwierzęta też, tylko że wszystko było tu bardziej kolorowe niż na domowych terenach i miało żywsze barwy. Almetka nie mogła przestać się zachwycać, szczególnie gdy na jej nosie usiadł nietypowy, bardzo ładny motylek. Zdążyła się nim nawet Wayowi pochwalić, zanim odleciał. Zdecydowanie podobała jej się ta wizyta.

– Co zjemy na kolację? – zapytała, gdy na koniec dnia umościli się w grocie umieszczonej tuż nad morskim brzegiem. Morze szumiało przyjemnie, nieco przypominając domowe wybrzeże, a jaskinia miała w suficie otwór, przez który wpadało dodatkowe światło tak długo, jak świeciło słońce. Zapach soli wypełniał grotę, mieszając się z zapachem tutejszych mieszkańców, którzy z pewnością odwiedzali to miejsce regularnie. Teraz na szczęście nikogo nie było. – Upolujemy coś?

– Ryby.

– Cooo? Ale ryby są takie mdłe i mają masę śluzu. Przecież jest tu tyle zwierząt, które możemy upolować! Widziałeś te jelenie? A konie? Nie kojarzę, żebym jadła kiedyś jakiegoś konia. A ty? Myślisz, że są dobre? Albo możemy upolować jedno z tych śmiesznych, białych, okrągłych stworzeń, które biegały wcześniej po łące. Były takie grube, na pewno mają dużo miejsca.

– Nie! – Wayfarer wstał na nogi tak gwałtownie, podnosząc głos, że Almette podskoczyła w miejscu. – Te białe stworki to Muminki i nie wolno na nie polować. Nałapiemy morskich ryb albo poprosimy kogoś, żeby nam je dał, bo jesteśmy głodni. One smakują inaczej od rzecznych, zobaczysz. Szczególnie z tego morza będą dobre.

– No niech będzie. Chociaż i tak wolałabym spróbować Muminka.

Wafel wywrócił oczami na tą sugestię, po czym żwawym krokiem opuścił grotę. Oczywiście Serka poszła w jego ślady, trzymając się kurczowo jego ogona, jakby oddalenie się o dwa metry oznaczało zgubienie brązowego basiora na jasnej plaży. Wagabunda już nauczył się ignorować to zachowanie, po tak długiej wspólnej podróży przyzwyczaił się do skrajnych zachowań Almetki, jednak w tym wypadku wolałby na spokojnie skupić się na szukaniu potencjalnego rybaka, który oddałby dwóm wilkom trochę ryb, zamiast straszyć ich z daleka obecnością wielkiej wadery. Ale może trafi się jakaś przyjazna dusza, która się nie spłoszy i będzie można się z nią skontaktować w sprawie jedzenia.

Ha! Takiego wała. Po jakiejś godzinie spacerowania wte i wewte w poszukiwaniu choćby porzuconej łódki, którą mogli by wykorzystać, nagle na plaży pojawiły się jakieś humanoidalne istoty. Pal licho, że były to pewnie trolle zamieszkujące tą krainę i dlatego wyglądały tak dziwnie - niektórzy mieli rogi, inni bardzo długie i okrągłe nosy, jeden był chyba Muminkiem i nosił na głowie czarny, elegancki kapelusz - dużo gorszy był fakt, że niemal każdy z nich trzymał w rękach (łapach?) broń palną. I kroczyli prosto ku parze wilków, wyciągając lufy w ich stronę. Way dobrze wiedział, co się święci. Pieprzyć ryby, od biedy najedzą się nawet korzonkami. Swoich żyć już nie wymienią.

Brązowy rzucił się do biegu, pchając po drodze waderę, by też zaczęła przebierać nogami. Nie ważne, gdzie, ważne, żeby oddalili się od bandy świrusów, którzy bezpodstawnie postanowili pozbyć się intruzów z Doliny Muminków. A podobno jest tu tak miło. Jasne. Widać nie u wszystkich ta gościnność się objawiała.

Nie prowadzili się żadną ścieżką, to by było zbyt oczywiste. Zamiast tego obrali drogę między drzewami, niezwykle krętą i pełną krzaków, które mogły zmylić napastników. Nieważne, gdzie, byle jak najdalej. Słońce zdążyło schować się dobrze za horyzontem, zostawiając tylko pamiątkę swojej obecności w postaci resztek dziennego światła, jednak w gęstym lesie już było niepokojąco ciemno, drzewa zlewały się ze sobą, ich gałęzie przypominały łapy potworów, które bardzo chętnie pogłaskałyby wilcze futro, najlepiej pazurami aż do krwi. Wilki nie miały problemu z poruszaniem się w takich warunkach, czego nie można było powiedzieć o kłusownikach. Ich krzyki zdążyły już zamilknąć w oddali, zostawiając podróżników samych z ich przerażonymi myślami. Miła dolina, dobre sobie. Trzeba było pozostać w cieniu, zamiast iść główną ścieżką. Trzeba było użyć mózgu.

Wayfarer szybciej poczuł, że zagrożenie zostało daleko w tyle i raczej ich nie dogoni, dlatego zaczął wcześniej od Almette zwalniać. Wadera natomiast pobiegła dalej przed siebie, przeganiając basiora i rozpędzając się, aż znikła mu z oczu. Jej losy zdradziło głośnie uderzenie o coś metalowego, po którym nastąpił paskudny pisk i równe głośne "AŁA!". To dało Wayowi znak, żeby się zatrzymał, zanim sam uderzy w ukryty w gęstwinie metalowy płot wykonany z cienkich prętów, umieszczonych wystarczająco gęsto, żeby wilk przez nie nie przeszedł. Almetka siedziała obok, pocierając łapą miejsce uderzenia. Oj, będzie guz.

– Co to jest, do cholery? Wszystkie płoty, jakie mijaliśmy w tej dolinie, były drewniane! – Almette wściekle uderzyła łapą o pręty, jej emocje ze zrozumiałych przyczyn ją zaczęły ponosić. – Nikt nie stawiał metalowych płotów, a teraz nagle jak uciekamy, /jakimś cudem/, na naszej drodze pojawia się metalowy płot. To jakieś kpiny!

Basior dał Serce się wyżyć, podczas gdy on przyuważył jakiś ruch za ogrodzeniem, na którym postanowił się skupić. Kilka... naście? Małych sylwetek, niemal wszystkie pochowane pod krzakami i zamarznięte w bezruchu. Tylko niektóre odważyły się poruszyć. Trzy cienie podobnej wielkości przemknęły gęsiego od kamienia pod niskie drzewko. Jakieś piórka zahaczyły o gałęzie krzewu i narobiły rabanu, zanim wyrwały się z pułapki. Ciche popiskiwanie powstrzymywanie przez jeszcze cichsze szeptanie. Masa małych stworków pochowana za zamkniętym ogrodzeniem, zdecydowanie przerażone i niechętne do kontaktu. Way postanowił wziąć sprawy w swoje łapy.

– Serka, morda – warknął na wijącą swój monolog towarzyszkę. Ta agresja była czymś zupełnie nowym, co momentalnie uciszyło waderę, która nie miała pojęcia, co się stało ani dlaczego tak spokojny zawsze Wafel nagle tak ostro ją zbeształ. – Tam, widzisz? – wskazał za płot.

Nie tylko były tam małe cienie, ale też pojawił się bardzo duży, ubrany w garnitur i zdecydowanie niezadowolony, że ktoś obudził go z wieczornej drzemki. Wilki same schowały się pod krzaki na jego widok. Dozorca parku wymachiwał lampą naftową na prawo i lewo, jakby czegoś szukał. Światło ujawniło kawałek białego futra skulonego pod krzewem róży. Można je było łatwo pomylić z korą brzozową, ale Way nie miał iluzji, że to jakieś żywe stworzenie. O ile nie szczeniak. Dozorca na szczęście nie zauważył białej kulki.

– Jeszcze raz! – wrzasnął. – Jeszcze raz narobicie hałasu i będziecie próbowały uciec to przysięgam, że oddam was do schroniska, w którym was uśpią, bo nie będą chcieli niegrzecznych szczeniaków!

Szczeniaki. Bingo. Paketenshika by się ucieszył. Wayfarer cieszył się nieco (znacznie) mniej, ale jeżeli było by to koniecznie, był gotowy pójść w ślady ojca. Na razie trzeba było poczekać, aż dozorca parku, w którym zostały zamknięte szczeniaki, wróci do swojej drewnianej kanciapy i pójdzie dalej spać. To na szczęście nie zajęło długo. Ale za to chyba wystarczająco, by Almetka zapomniała, jak odezwał się do niej Wafel.

– Szczeniaki! Ty też to słyszałeś, co nie? – wyszeptała do niego, wyraźnie podekscytowana i gotowa do akcji. – Ma tam zamknięte jakieś szczeniaki i chce je oddać do schroniska. Co to schronisko? Dlaczego usypiają tam niegrzeczne szczeniaki?

– Schronisko jest dla zwierząt bez opiekuna. A usypianie... Nie chodzi o położenie ich do łóżka – podróżnik podłapał, dlaczego jego towarzyszka o to zapytała. – Chodzi o to usypianie na zawsze.

Wrodzony, wesoły błysk w oku Almette zniknął, jakby ktoś zdmuchnął schowaną tam świeczkę. Oboje pomyśleli o tym samym. I oboje dostali taki sam pomysł.

– Wyciągamy je – powiedzieli wspólnie.

Obeszli ogrodzenie, szukając jakiegoś bezpiecznego, cichego wejścia, które nie obudziłoby dozorcy. Wygięte pręty. Być może wina jakiegoś zwierzęcia, które próbowało kiedyś dostać się do środka albo wynik jednej z wielu prób ucieczki. W każdym razie dziura nie została naprawiona i dorosłe wilki mogły dostać się do środka bez wszczynania alarmu. Najpierw Wayfarer, żeby upewnić się, że nic na nich się nie czai, potem Almette z lekkimi trudnościami, ale równie cicho. Znalezienie przerażonych szczeniaków będzie problematyczne, ale jeżeli dobrze to rozegrają, wyciągną je stąd w tajemnicy i dozorca niczego się do rana nie domyśli. A do rana na szczęście daleko.

Skradali się ostrożniej niż podczas polowania na zające, nasłuchując i węsząc w poszukiwaniu sierot. Way czuł, że niektóre były całkiem blisko, tylko chowały się przed znacznie większymi osobnikami. Obrócił się w stronę Almetki. Kiwnęła do niego, że myśli to samo. Zamiast zbliżać się do dzieciaków, powinni przekonać je, że one mogą spokojnie się zbliżyć do nich.

– Cześć, maluchy. Co tam u was? – zaczął cicho basior. Usłyszał szuranie wśród liści, część sierot się odsunęła. Kilka za to jakby zbliżyły się bardziej, zaintrygowane dwójką nieznajomych. – Nie musicie się nas bać. Jestem Wayfarer.

– A ja Almette! – wesoły ton wadery jeszcze bardziej zaciekawił te odważniejsze szczeniaki. Z trawy wyłoniły się dwie pary błyszczących ślepi, wpatrujących się w podróżników. – Słyszeliśmy, co ten straszny pan do was mówi. To okropne! Jak można tak mówić do szczeniaków?

– On nam tak zawsze mówi.

Cichy głosik wyłaniający się z kępki trawy tuż obok wilków zaskoczył dwójkę powsinóg, aż się wzdrygnęli. Ktokolwiek tam siedział, zachichotał jak typowy dzieciak. Way mimowolnie się uśmiechnął na ten mały żart. Ten szczeniak dobrze wiedział, jak się ukryć i umiał to wykorzystywać. Mądry bachor, może reszta będzie za nim podążać.

– Nie wolno nam robić żadnego hałasu, ani bawić się, ani ćwiczyć polowanie, ani kopać dziur, ani spać w miejscach, gdzie dozorca sobie tego nie życzy, a jak złamiemy zasady to nam grozi, że zawiezie nas do schroniska, gdzie nas uśpią. – Mała główka wyłoniła się spomiędzy źdźbeł. Futro kolorem mocno przypominało trawę, a zapach też wiele się od niej nie różnił. – My nie jesteśmy psami, żeby nas tak tresować, ale on tego nie rozumie. Cały czas nam grozi schroniskiem. My już mamy tego dość, ale nie mamy, dokąd pójść. On może nas złapać i naprawdę wywieźć!

– Nie sądzę, żeby to zrobił – wtrącił Way.

– Tego nie wiesz – naburmuszył się trawiasty malec.

Akurat w tym momencie drzwi od szałasu, w którym sypiał dozorca parku, ponownie się otwarły i wyszła z nich ta sama postać, tym razem ubrana w szaroburą koszulę nocną. Teraz szedł agresywnym chodem, wyraźnie zły, że szczeniaki znowu robią hałas. Miał pasek w dłoni. Wayfarer poczuł strach bijący od maluchów, część z nich zaczęła piszczeć. Chyba było ich więcej niż z początku przypuszczał. Może nawet dużo więcej, tego nie był w stanie stwierdzić, ale za to jedno wiedział na pewno. Tego złego dozorcy trzeba było się pozbyć, żeby szczeniaki czuły się na tyle bezpiecznie, żeby stąd odejść. Wilki miały na szczęście smykałkę do zastraszania niewinnych osób.

Wafel poczekał, aż dozorca zbliży się na odpowiednią odległość. Oczywiście zaczął grozić. Wyzywał, kazał malcom wyjść z ukrycia, żeby mógł sprać ich tyłki za zakłócanie mu spokoju. Padły ponownie słowa o schronisku. Basiorowi nic z tego się nie podobało. Przycisnął uszy do ciała tak mocno, jak pozwalał mu na to kapelusz. Dozorca parku nie miał tym razem lampy, więc nie widział ukrytych w trawie wielkich Canis lupus. Kapelusz podróżnika pomylił z jednym ze szczeniaków. Bardzo dobrze. Wyśmienicie. Zbliżył się niebezpiecznie blisko, zanim zorientował się, że to nie jest jego "wychowanek".

Za późno.

Brązowy basior skoczył na trolla, warcząc i odsłaniając możliwie najszerzej zęby. Pozwolił swojej dzikiej stronie wziąć górę. W imieniu Paketenshiki powstrzyma tego stwora przed krzywdzeniem szczeniąt. Nawet, gdyby miała polać się krew.

Na tę krótką chwilę wyłączył swoją świadomość. Instynkty, które chował głęboko w duszy, wydobyły się na zewnątrz, prowadząc zęby i pazury do boju. Wilk nie celował w szyję, ale za to wielgachny nos bardzo skutecznie chwycił szczękami, odrywając jego kawałek. W sumie tyle wystarczyło. Krew polała się po twarzy przerażonego dozorcy, który sparaliżowany siedział tak, jak przewrócił go drapieżnik i nawet nie drgnął. Po chwili i koszula nocna była cała nasiąknięta czerwoną cieczą, przy nocnym świetle robiąc się niemal czarna. Trochę mu zajęło, zanim jego umysł dopuścił do siebie, co się stało. I jeszcze dłużej, żeby na to zareagować. Z perspektywy Wafla zabawnie było patrzeć, jak troll z zakrwawioną koszulą nocną i dziurą w nosie piszczy jak mała dziewczynka i potyka się o własne nogi, biegnąc do swojego bezpiecznego mieszkanka. Gdy drzwi nareszcie się zatrzasnęły, basior wybuchnął śmiechem.

– Nie wiem, czy to takie śmiesznie - burknęła Almetka, cały czas leżąc w bezruchu wśród traw.

– Na pewno fajne! – pisnął tajemniczy nowy znajomy, wyskakując ze swojej kępki traw. Szczeniak nie był za wysoki, jak to szczeniaki, ale przynajmniej był dobrze wykarmiony. Jego mowa ciała mówiła o pewności siebie i chęci poznania obcych wilków. Zdecydowanie nie był tak wystraszony jak pozostała ekipa. – Dobrze mu pokazałeś! Teraz zastanowi się dwa razy, zanim nam pogrozi. Zostajecie na dłużej? Fajnie by było, może byście go nauczyli szacunku dla nas.

Wayfarer na moment patrząc na tego brzdąca widział małego, brązowego szczeniaka zakrytego przez wielki, żółty kapelusz. Bojowy błysk w oku, pewność siebie, swego rodzaju otwartość na otaczający świat. Ślepe zaufanie, że nikt przecież nie zrobi mu krzywdy, na pewno nie śmiertelnej. Dziwnie znany widok. Tylko brakuje natury podróżnika, ukrytej głęboko w sercu. No cóż, nie każdy ją posiada.

– Raczej liczyliśmy, że to pójdzie w drugą stronę. Że to wy pójdziecie z nami.

Malec zesztywniał, przekręcając nieufnie głowę. Nagle nie spodobali mu się nieznajomi, poczuł się przy nich niepewnie. Przez moment brązowy basior, że szczeniak przed nimi ucieknie, ale zaraz odezwał się inny głosik, z właścicielem ukrytym pod gęstym, okrągłym krzakiem.

– A po co?

– Żeby ten dozorca się nad wami nie znęcał – Way obrócił się powoli, nagle przybierając ciepły i opiekuńczy ton głosu. Sam siebie nie podejrzewał o taką mowę, ale widać życie z basiorem, który przygarniał każdego spotkanego szczeniaka zostawiło po sobie ślady.

Pojawiły się szepty i dyskusje. Jakieś plotki. Niektóre ufały, inne nie, część chciała się po prostu stąd wydostać, nieważne, z kim. Małe łebki zaczęły się wyłaniać z ukryć, ślepia zabłyszczały w ciemności. Mała grupka zaczęła się zbliżać, pozostali zostali na swoich miejscach. Szczeniak, który jako pierwszy się ukazał parze podróżników, ponownie przejął rozmowę.

– A zaopiekujecie się nami?

– Oczywiście.

– Będziecie nas karmić?

– No raczej nie inaczej.

– A będziecie nas straszyć schroniskiem?

– Nigdy w życiu!

– Dobra! – Mały zaczął machać ogonem, odzyskując pewność siebie. – To idziemy! Chodźcie, wszyscy! Hosse, wołaj ich, idziemy stąd!

Nagle cała zgraja zaczęła się zbierać dookoła dwójki podróżników. Szczeniaki głównie zielone i brązowe, zaledwie mała cząstka była w innych kolorach, jednak jasnym było, że wszystkie były świetnie zgrane i traktowały się jak rodzeństwo. Way nagle poczuł się nieswojo. Zaczął liczyć każdy zestaw czterech łapek, ale wierciły się jak mrówki w słoneczny dzień i mieszały się w oczach. Basior nie miał żadnego doświadczenia ze szczeniakami, może poza młodszym rodzeństwem, których ledwo widywał i nie miał pojęcia, jak podejść do takiej zgrai, która spokojnie zrobiłaby całą nową watahę. W końcu nie wytrzymał, kiedy był zmuszony zacząć po raz piąty.

– Możecie przestać się bujać?! Szału można dostać! Jednego policzyłem pięć razy.

I w tej chwili został zasiany mak.

⟬jakiś czas później, tej samej nocy⟭

Dwadzieścia cztery wilczęta i dwa dorosłe wilki siedziały w kole dookoła ogniska, jego ciepłe płomienie oświetlające na pomarańczowo futra. Część szczeniaków rządziła i dokazywała, część leżała w spokoju, odpoczywając, a niektóre skuliły się wokół nóg swoich wybawicieli, poszukując bezpieczeństwa. Wayfarer i Almette dyskutowali na temat tego, co zrobią dokładnie ze szczeniakami. Zdania mieli podzielone, choć zgadzali się na pewno, że szczeniąt porzucić nie mogą.

– Wujku Waflu? – cienki głosik odezwał się spod nóg basiora. Way spojrzał w dół, by zobaczyć białe futro w ciemne paski, przypominające brzozę. To był jeden ze szczeniaków, którego imię pamiętał. Brzoza. – Czy moglibyście nam zaśpiewać piosenkę? Na noc... Dozorca nigdy nam nie śpiewał.

Wujek spojrzał na ciotkę. Ciche westchnięcie symbolizowało niemą zgodę.

<Almette?>

środa, 11 stycznia 2023

Od Wayfarera - "Partnerka i przyjaciółka Emmanuela" cz.1

– Zastanów się, ile ode mnie wymagasz – poprosił Wayfarer. Starał się być pomocny w zamian za schronienie i strawę, które otrzymał, ale zdecydowanie nie chciał łamać swoich własnych zasad na czyjąś prośbę.

– It's a single favor! I know it's not simple, but I don't believe you think it's that much!

Rozmówca Wayfarera, wilk zwany Emmanuel, który pozwolił basiorowi przenocować w swoim namiocie, nie mówił co prawda w języku ziem srebrnego chabra, ale nie miał problemu ze zrozumieniem podróżnika. Tak samo działało to w drugą stronę, więc konwersacja dwóch włóczykijów odbywała się w różnych językach. Takie rozmowy wcale nie były wśród podróżników rzadkością.

– Emmanuelu, chcesz, abym nadstawiał karku dla jakiegoś człowieka, którego nawet nie znam, eh. Ja nie zadaję się z ludźmi. Jeśli sytuacja wymaga to jasne, mogę z nimi współpracować, ale nie zamierzam wtrącać nosa w ludzkie sprawy.

– But she's my friend! – zapłakał ciemnoszary wilk. Widać było, że mu strasznie zależy. Jego czarna obroża przyciskała puszyste futro na szyi, co nie podobało się Waflowi, ale co on tam ma do powiedzenia, nosząc kapelusz przywiązany do uszu.

– Rozumiem i przykro mi, ale dla mnie to i tak za dużo, eh.

Emmanuel spojrzał na niego z rozpaczą schowaną w oczach. Najwyraźniej nie widział innej szansy uratowania swojej przyjaciółki niż z pomocą innego wilka. Way nie rozumiał tego myślenia, zawsze działał solo, ale starał się być mimo to miły. Na pewno nie nastawi karku dla jakiegoś człowieczka, to nie w jego naturze.

– Wayfarer, please! I can't do this alone! And she's not the only one, they also have my mate.

...Szlag by to.

<CDN>

piątek, 11 listopada 2022

Od Wayfarera - "Znalezisko"

Pinezka patrzyła na szklaną tubę wypełnioną zielonkawym płynem. Skrzywiła się z obrzydzenia.

– Chcesz mi powiedzieć, że to...

– Tak... Niestety.

Kolorowa wilczyca wraz ze swoim brązowym bratem u boku wpatrywali się w organizm unoszący się w środku płynu. Miał bez dwóch zdań wilczą sylwetkę, aczkolwiek ułożony był w pozycji płodowej, więc ciężko było ujrzeć jego twarz. Zielonkawy, gęsty płyn oraz słabe oświetlenie pomieszczenia nie ułatwiały sprawy, nawet kolor futra był trudny do rozpoznania. Ten twór na pewno nie miał bardzo jasnych barw, tylko tyle mogli stwierdzić. Istota była żywa, na co wskazywały drobne ruchy oraz pikająca linia na ekranie postawionym tuż obok tuby. Wokół ekranu leżały nieskładnie różne ludzkie zapiski, które Zendayafiri zdołała rozkodować z pomocą znającego się podróżnika. Tylko dzięki temu wiedzieli, na co patrzyli.

– Myślisz, że powinniśmy to wyciągnąć? – zapytała wadera, zbliżając się ostrożnie do szkła.

– Nie wiem. Niby to rodzina, ale nie czuję się z tym jakoś powiązany. Słyszałaś? Ma geny naszych ojców, ale zmutowane. To może być niebezpieczne.

W pomieszczeniu słychać było tylko szumienie płynu oraz basowe buczenie instrumentów, zapewne mających na celu utrzymanie eksperymentu przy życiu. Wilki nie wiedziały, jak to działa, ale miały w sobie na tyle rozumu, żeby nic z tego nie dotykać. Mimo wszystko nie chciały przypadkiem zabić nowo znalezionego krewnego. Nawet jeśli był efektem jakiegoś chorego pomysłu wymyślonego przez gatunek ludzki.

– Nie wierzę, że przypadkiem udało ci się znaleźć takie laboratorium. – Way sięgał już do kapelusza, by wyjąć swoją fajkę, jednak zrezygnował. Nie wiadomo, jak ten budynek zareaguje na tytoniowy dym.

– To lepiej uwierz – zirytowana Pinia wywróciła oczami. – Bo musimy coś z tym zrobić. Nie wiem, wydostać to, zabić...

– Tylko nie zabić – przerwał jej basior.

Biała cisza ponownie wypełniła pomieszczenie. Eksperyment drgnął, jakby reagując na propozycję, że mogą go zabić. Chyba nie chciał. Nic dziwnego, mało kto chciałby zostać zabity jeszcze zanim zdążył zobaczyć świat. Cztery ogon zawinęły się ciaśniej wokół ciała, węże podpięte do organizmu napięły się niebezpiecznie. Pinezka wycofała się w popłochu. Wayfarer zauważył błysk oka, jakby to coś ich obserwowało. Nagle sam poczuł się nieswojo. Coś z tym stworem było poważnie nie tak.

W dokumentach utworzonych przez ludzi była zapisana historia tego eksperymentu. Grupa naukowców przybyła przeszukać miejsce, gdzie kiedyś stało jakieś stare laboratorium. Podobno nic po nim nie zostało, jednak w okolicach ludzie naukowców znaleźli DNA jakichś dziwnych wilków, które postanowili wykorzystać do stworzenia jakiejś nowej hybrydy. Rozłożyli znalezione DNA na czynniki pierwsze, poznali, jakie geny przenosi i zmienili je według swoich wyobrażeń. Dokumenty, które zawierały dokładne informacje na temat tych zmian, zostały zniszczone, prawdopodobnie podczas ucieczki ludzi. Przed czymkolwiek uciekali. W jakiś sposób ci naukowcy utworzyli za pomocą tego DNA całkiem nowy organizm, dokładnego procesu Wayfarer nie rozumiał, za dużo skomplikowanych słów. Eksperyment urósł bardzo szybko dzięki specjalnym substancjom (ponownie, Way nie miał pojęcia, co ludzie tam napisali, gdyż słowa były zbyt obce), w pewnym momencie zaczął nawet rosnąć bez tych substancji, co wystraszyło naukowców, jednak mimo to nie przerwali projektu. W dokumentach istota widniała pod nazwą, czy raczej numerem "RSC-091". Inne dokumenty również posiadały podobne oznaczenia, ale bez odnośnika wilki nie wiedziały, o jakich istotach mówią. Pinezka dziwnie zareagowała, gdy usłyszała, że "RSC-057" powstał na bazie kota sfinksa połączonego z człowiekiem, ale szybko się opanowała. Podróżnik nie wnikał.

Oczywiście nie mogli się domyślić po samych tych informacjach, że RSC-091 powstał z DNA Yira i Paketenshiki. Co na to bezsprzecznie wskazywało to były obrazy, które naukowcy stworzyli bazując na genotypie znalezionym w pozyskanym DNA. Wilk o trzech ogonach, z umaszczeniem podobnym do lisiego i posiadający zdolność panowania nad piaskami (Pinezkę zaskoczyła informacja, że moce mogą być przekazywane przez DNA, ale stwierdziła, że pewnie dzieci eliksiru się to nie tyczy). Druga postać to był basior o ciemnoniebieskiej sierści i czarnych włosach. Była też mowa o kolorowych oczach, które prawdopodobnie owy osobnik posiadał, jednakże naukowcy nie mogli się upewnić, więc tego nie zawarli w rysunku. Te opisy były zbyt spójne. Wayfarer kojarzył, że jego rodzice kiedyś udali się na jakąś dziwną wyprawę. Citlali wiedziała dokładnie, że jej ojcowie odwiedzili kiedyś jakieś laboratorium, chociaż na głos nigdy tego nie powiedziała. Dlatego oboje mieli pewność, że RSC-091 jest ich rodzeństwem. Musieli się tylko zastanowić, co z tym faktem, do licha, zrobić.

– Nazwiemy to jakoś? – wadera przerwała ciszę.

– Po co?

– Żeby był dla nas bardziej wilczy. Wtedy będę się go mniej bać.

– No dobra. – Wafel zbliżył się do szkła, wbijając wzrok w dziwny twór. Instynkty podpowiadały mu, że to coś jest niezwykle niebezpieczne i powinno się od tego uciec. Pewnie by tak zrobił, gdyby nie fakt, że to jednak rodzina. Nie powinni tego zostawiać, tym bardziej, że wygląda na to, że żaden człowiek tu nie został. – Masz jakiś pomysł?

– Eeeee...

No tak. Łatwo rzucić pomysłem, trudniej faktycznie się do niego przyłożyć. Wygląda na to, że jak zawsze to Way musi przejąć inicjatywę. Nie pierwszy raz musi wymyślać imię, więc miał już w tym nieco wprawę. Tym razem miał całkiem niezłą weną na imię, takie idealnie pasujące do kogoś, kto nieustannie ich męczy swoim istnieniem. Podczas ostatniej podróży nauczył się nowego języka i poznał, w jaki sposób nazywa się w nim dzieci. Świetna okazja, żeby tą zdolność wykorzystać.

– Niedamirshika – rzucił.

– Pojebało cię.

– No dobra. Biezdarshika?

– Możesz być dla niego milszy?

– OKEJ! Łapię! Niech ci będzie... – A jednak jego siostra też rozumiała znaczenie tych imion. Niech to piorun trzaśnie. – To może jednak masz jakieś pomysły?

– Tak. Żeby to imię miało pozytywne znaczenie.

Teraz to Wayfarer wywrócił oczami. Taka ważna sprawa, a zaczynają się kłócić o głupią drobnostkę. Dobra, niech będzie, będzie miało ładne, pozytywne imię. Męskie, bo męskie, ale będzie pozytywne, jak życzy sobie tego Zendayafiri.

– Sobieborshika. Albo nie, Siecieborshika. Widać, że wyczuwa, kiedy myślimy o zabiciu go, więc to imię będzie mu pasować.

– A co ono dokładnie znaczy? – Pinia podejrzliwe zerknęła na brata.

– "Siecie" znaczy czuć. "Bor" znaczy walka. Czyli Sieciebor znaczy "ten, co wyczuwa przyszłą walkę".

– Okej, wierzę ci. Niech będzie. Siecieborshika. Myślisz, że tata byłby zadowolony z tego imienia?

– Nie wiem – odpowiedział szczerze Vandrareshika. – Nazwaliśmy to zgodnie z rodzinną tradycją, bo niby jest rodziną. Tata zawsze chciał jak najwięcej szczeniąt.

– Siecieborshika jest akurat dorosły.

– Ale jest dzieckiem taty.

RSC-091, teraz już przemianowany na Siecieborshikę, poruszył się w swoim cylindrycznym zbiorniku. Tym razem nie było to jednak zwykłe drgnięcie będące efektem losowego spięcia mięśni. Ogony rozłożyły się jak płatki kwiatu, a głowa, wcześniej przytulona do piersi, podniosła się ku górze, pozwalając istocie lepiej spojrzeć na dwójkę przybyszy. Kolorowe oczy zabłysły delikatnym światłem, przepełnione ciekawością, co też wygadują te dwa śmieszne stworki. Czy to naprawdę rodzina? Sieciebor powoli wyprostował całe ciało, próbując odwrócić się w stronę rodzeństwa, jednakże jego ruchy powstrzymały wciąż przypięte do niego węże i tuby. Citlali w strachu schowała się pod starszym bratem.

Brązowy podróżnik podniósł rondo od kapelusza, by lepiej przyjrzeć się stworowi przed nim. Teraz mógł obejrzeć go w pełnej okazałości, skoro postanowił wyprostować się na pokaz. Cztery ogony były bardzo widoczne od początku, więc im Waf nie musiał się przyglądać. Nowa pozycja Sieciebora ukazywała jego brzuch, co odsłoniło podobne do lisich odmiany - na nogach znajdowały się skarpetki, a cały brzuch oraz spód szyi były jasne. To samo tyczyła się pyszczka, zaskakująco podobnego do pyszczka Paketenshiki. Samą głowę stroiła ciemna grzywka z prostych włosów, łudząco przypominających te należące do Yira. W przeciwieństwie do Pinezki Cieć faktycznie wyglądał jak dziecko Yira i Paksa. Wayfarer poczuł, że wyjdzie z tego rywalizacja. Niebezpiecznie. Ale przynajmniej ostatnie wątpliwości zostały rozwiane i basior wiedział już, co musi począć.

Zbliżył się do ekranu tuż obok szklanego cylindra. Zauważył tu wcześniej przycisk, którego nie wyczytał na głos Zendayafiri, żeby przypadkiem nie zaczęło jej odbijać. Prosty, czerwony przycisk, podpisany "Otworzyć", niewątpliwie nawiązujący do otworzenia tego więzienia. Oby odnosił się tylko do tuby Siecieborshiki, pomyślał podróżnik do siebie, kiedy wcisnął guzik.

– Way!

Zielonkawy płyn stopniowo zaczął opuszczać pojemnik. Wraz z jego opadaniem, każdy z węży po kolei został automatycznie odłączony od ciała eksperymentu, powoli opuszczając je na dół. Wreszcie Siecieborshika stanął chwiejnie na nogach, w bardzo niepewnej pozycji przypominającej małe koźlę sarny, które dopiero uczy się chodzić. Szklana ściana podniosła się ku górze, wystawiając nieporadne stworzenie na bodźce ze świata dookoła. Mokre, rude futro przykleiło się do skóry, tak samo jak czarne włosy, przez co wilk jeszcze bardziej wyglądał jak świeżo odebrany z dróg porodowych. Ktoś inny może nawet poczułby litość w kierunku tego czegoś, jednak Wayfarer nie przejmował się nim w żaden sposób. Spełnił swój rodzinny obowiązek, tylko tyle. Cieć łypnął na niego okiem.

– Gdzie... Gdzie są moi stwórcy? – stworzeniu ciężko było oddychać po tej nagłej zmianie ze środowiska wodnego na lądowe. – Kim jesteście?

Głos RSC-091 był cichy, ledwo słyszalny wręcz, przez co trzeba było się dobrze wsłuchać, żeby go zrozumieć. Pinezka wciąż trzymała się brzucha starszego braciszka, więc to on postanowił przejąć inicjatywę. Trzeba było wprowadzić to... coś... do ich rzeczywistości, nawet jeśli od razu za tym nie przepadał.

– Nie wiemy, gdzie zniknęli ludzie, którzy cię stworzyli. A my jesteśmy twoją rodziną, więc nie musisz się nas bać.

Uszy Siecieborshiki zastrzygły do góry na te słowa. Były dość długie i szpiczaste jak na wilka. Geny, które nosił w sobie Paks.

– Też jes... teście... RSC?

– Wiesz, co to RSC? – Nere'e nareszcie wydostała się spod brzucha basiora, od razu unosząc się w powietrze. Ich nowy krewny nie wydawał się tym poruszony. Być może gdy się przekona, że to wcale nie jest normalne, będzie bardziej dopytywał o powód takiego zachowania.

– Rosea Sol Consilium – wyrecytował wolno Sieciebor. – Projekt Różowego Słońca.

Pinezka odskoczyła do tyłu jak poparzona. Vandrareshika nie wiedział, o co chodzi, ale domyślał się, że jego siostra ma tej wiedzy całkiem sporo. Nie bez powodu strach zawitał w jej różowe oczy, a białe futro najeżyło się jak u wystraszonego jeżyka. Tylko czy był jakiś sens pytania, o co chodzi? Jeżeli młoda coś przed nim ukrywa, nie będzie się przecież dobijał do prawdy, z kolei Cieć był zbyt ogłupiony zmianą środowiska, żeby odpowiadać, o ile w ogóle miał jakieś pojęcie o Projekcie Różowego Słońca. Mogło mu się to tylko obić o uszy, kiedy zyskiwał na krótkie momenty świadomość, co nie robiło z niego znawcy. Spokojny umysł przejdzie przez największy chaos. Wayfarer odetchnął.

– Nie, nie jesteśmy RSC. Ale według notatek zostawionych przez twoich "stwórców" powstałeś z genów Paketenshiki i Yira, którzy byli naszymi rodzicami. Więc tym samym jesteśmy twoją rodziną, choćby ci się to nie podobało.

– Czemu ma mi się nie podobać? – Siecieborshika przekręcił głowę w sposób, który przyprawił Waya o ciarki. Przypominał drapieżnika, który przygląda się ofierze złapanej w pułapkę i się z niej śmieje. Jak mogłeś być taki głupi, żeby tu wpaść? Teraz zostaniesz zjedzony i nikt nie będzie za tobą tęsknić.

– Nie wiem, tak mi się tylko powiedziało...

Way ukrył wzrok pod kapeluszem, unikając drapieżnego spojrzenia. Natomiast Citlali poczuła się pewna siebie i wyfrunęła do przodu. Nagle jej strach gdzieś zniknął, w gałkach zabłysnęła ciekawość i chęć poznania zaginionego brata. Niebiesko-fioletowy ogon machał na boki w przyjaznym geście, uszy nastawione do przodu gotowe były słuchać. Siostrzyczka już teraz chciała zabrać Ciecia ze sobą do domu, najlepiej przedstawić go od razu wszystkim członkom rodziny oraz watahy. Dobrze, że rozumiała przynajmniej, że póki co Cieć jest za słaby, żeby gdzieś iść. Więc zamiast tego postanowiła go pomęczyć rozmową.

– To pasuje ci, że jesteśmy twoją rodziną? Bo wiesz, jest nas trochę więcej. Tata i ojciec już nie żyją, ale my przyjmiemy cię z otwartymi łapami. Nadaliśmy ci już nawet imię, bo nie wyglądało na to, że takie masz. Siecieborshika. Co o nim myślisz?

Sieciebor zastanowił się chwilę. Jego wzrok wpatrzony był w ziemię, choć Way miał przeczucie, że i tak ten twór uważnie ich obserwuje.

– Nie. Nie podoba mi się – rudzielec odwrócił głowę w kierunku Pinezki w ten sam drapieżny sposób, który wciąż przyprawiał Wayfarera o ciarki. – Możesz mi nadać inne?

– No... dobra. Way, mógłbyś...

– Nie, nie Way – ostry głos zaskoczył dwójkę rodzeństwa. Do podróżnika nagle dotarło, dlaczego ten głos był dla niego taki niepokojący. Wcześniej nie zwrócił na to takiej uwagi, ale głos RSC-091 nie był zabarwiony żadną płcią. Nie miał ani damskiego, ani męskiego brzmienia, nie był też niczym pomiędzy. Był po prostu bezbarwnym, pozbawionym wszelkich emocji głosem. Być może tak brzmią bogowie, kiedy przemawiają. – Chciałbym dostać imię od ciebie. Od... siostrzyczki.

Brązowy basior skrzywił się na to słowo. Nie kombinuj, koleś, pomyślał do siebie. Może i uznaliśmy cię za członka rodziny, ale nie próbuj zaskarbić sobie naszej sympatii takimi słodkimi słówkami, bo to się źle skończy.

Waflowi nie umknął groźny błysk w kolorowym oku stwora.

– No dobra – zgodziła się niepewnie Pinezka, nie zauważywszy tego błysku. – Ale ostrzegam! Nie jestem w tym dobra.

<>

Variaishika podążało za swoim nowo odnalezionym rodzeństwem, ledwo trzymając się na łapach. Wayfarer oraz Pinezka co prawda oferowali mu pomoc, jednak uparcie odmawiało. Jak twierdziło, "w ten sposób najszybciej nauczy się chodzić". Basior nie oponował.

– Trochę nam to zajmie – skomentował, kiedy znowu musieli się zatrzymać, by Variaishika złapało oddech.

– Oj tam, daj spokój! Przynajmniej uczy się samodzielności – zbeształa go Pinia. – Poza tym, między tobą a mną, nawet się cieszę, że nie musimy go nieść. Te ogony ciężko by było ogarnąć.

– Prawda, eh. Przecież ojciec często na nie narzekał, kiedy musiał nosić tatę, a tata miał tylko trzy.

Strażniczka spojrzała na brata rozbawiona.

– Dawno nie słyszałam, żebyś używał swojego akcentu!

– Zdarza się. Czasem, kiedy jestem zmęczony albo poirytowany, eh. Albo kiedy strasznie się nudzę i wracam do korzeni. – Teraz, gdy opuścili laboratorium, podróżnik mógł spokojnie zapalić fajkę, co nareszcie poczynił. Siwe dymki uniosły się w górę, szybko rozwiane przez delikatny wiatr. Mimo, że trwała jesień, ten dzień był wyjątkowo ciepły. W górze rozległ się znajomy hałas. – Kaczki. Niedługo pora się zbierać. Dobrze, że przyszłaś z tym do mnie teraz, eh.

– Też się cieszę. Nie chciałabym sprowadzać tu kogoś z trójki.

– A gdybyś musiała, kogo byś wzięła?

Zendayafiri zastanowiła się chwilę.

– Nie wiem. Nikt z młodych nie zna tak dobrze ludzkiego języka ani technologii jak ty. Pewnie wzięłabym Mi, bo jest pewna siebie i zawsze stara się robić najlepiej. I jest mocno nastawiona na rodzinę, tak jak ty.

– Nastawiony na rodzinę, dobre sobie, eh – w głosie pojawiła się nieskrywana pogarda. – Dobre określenie dla kogoś, kto na dniach zostawia tą rodzinę, żeby iść w długą.

– Ale wiem, że wrócisz. Nie musiałbyś, przecież nikt by cię za to nie gonił, bo i tak nie umieliby cię znaleźć. I tak nie lubisz powracać do tego samego miejsca dwa razy. A jednak do nasz wracasz co roku i zostajesz aż do jesieni. Robisz to specjalnie dla rodziny. Włóczykij z domem, do którego zawsze może wrócić.

– Wiesz, że kiedyś nie wrócę. Po prostu stwierdzę, że to niekonieczne.

– Wiem.

Zamilkli, wsłuchując się w dźwięki otaczającego ich lasu. Variaishika dyszał ciężko gdzieś z boku, oparty o drzewo. Wbrew ich przewidywaniom, nie zachwycał się światem dookoła, nie przyglądał się każdej spotkanej roślinie i zwierzątku, tylko skupiał się, żeby za nimi iść. Teraz dopiero wziął głęboki wdech, napełniając płuca czystym, leśnym powietrzem. Było o wiele zimniejsze niż to w laboratorium, więc bez przeziębienia się później nie obędzie, ale przynajmniej mógł nabierać odporności. Kolejny atak kaszlu wstrząsnął słabym ciałem.

Mimo że z początku nie miał tego w planach, Wayfarer postanowił się zlitować. Zgasił fajkę i schował ją do kapelusza.

– Dobra, ty, Pinia, znajdź dla nas bezpieczne i osłonięte miejsce do spania. Ja idę zapolować. Przypilnuj, żeby Cieć się nigdzie nie zgubił.

– Możesz przestać nazywać go "cieć"? To nie jest miłe!

– Mi nie przeszkadza – wymamrotał pomiędzy kaszlnięciami Vari.

Nere'e tylko wywróciła oczami.

<>

Nocne niebo przystroiło się w szal ciemnych barw obrzucony białym brokatem, migoczącym w miarę, jak się w niego wpatrywało. Las zasnął, zniknęły wszystkie dźwięki. Nawet wiatr ukołysał sam siebie, zwijając się w w senny kłębek gdzieś daleko między wysokimi wzgórzami. Ursa Major patrzyła na samotnego podróżnika i nawoływała do drogi.

U boku Wayfarera nagle pojawił się wieloogoniasty rudzielec o bliżej nieokreślonej płci, który sam czasem mieszał się z rodzajem, kiedy mówił o sobie. Tak zwany Variaishika, a po wayfrajerowemu, Cieć.

– Cześć – rzucił brązowy basior, nawet nie odwracając się w stronę dziecka probówki.

– Cześć – w ten sam sposób odpowiedział Vari, naśladując zachowania swojego rodzeństwa. – Dokąd idziesz?

– Jeszcze nigdzie.

– Jeszcze.

Vandrareshika odetchnął głęboko. Tak, jeszcze. Nie potrafił przyznać się Pinezce w twarz, ale po zobaczeniu kolejnego klucza kaczek postanowił, że właśnie ta noc idealnie nadaje się na podróż na południe. Robiło się coraz zimniej, grube futro porosło już każdego wilka w tej okolicy (może z wyjątkiem Variaishiki, który dopiero co się urodził). Ta spokojna, księżycowa noc aż prosiła się, by ją wykorzystać. Odejść bez słowa, bez żadnego pożegnania. Jak ostatnio często zdarzało się Wayowi. W ten sposób było łatwiej, nie musiał patrzeć, jak jego krewni płaczą za nim, bo znika na długie miesiące. Jemu wystarczyło nie myśleć. Zapomnieć i od razu droga była przyjemna. Owszem, póki co przewidywał, że w przyszłym roku ponownie wróci, z nowymi historiami do opowiedzenia, nowym poznanym językiem i szczęśliwą piosenką na ustach. Ale do tego dnia było jeszcze daleko, a póki co czekała wędrówka w drugą stronę, na południe, daleko od rodziny. Pora ruszać i nikt nie mógł temu już zapobiec.

– Co roku to robię, eh. Na okres zimowy idę na południe, żeby zwiedzać. Wataha ma jedną gębę mniej do wykarmienia, a ja mogę spełnić swoją potrzebę podróży. I ostatnio mam brzydki zwyczaj, żeby robić tak bez zapowiedzi, eh.

– Pinezce będzie przykro.

– Wiem. Nic na to nie poradzę, taką mam naturę. Ale nie martw się, zobaczysz wiosną, jaka Pinia będzie szczęśliwa, eh. Rzuci mi się na szyję, o ile nie do szyi.

– Co to wiosna? – zaciekawione oczy Ciecia spojrzały na starszego basiora. No tak, mimo że był dorosły, nigdy nie miał okazji nawet usłyszeć o wiośnie.

– To taka pora roku. Wtedy wszystko robi się zielone, na drzewach rosną liście, kwitną pierwsze kolorowe kwiaty. Kwiaty ładnie pachną, a część z nich można nawet jeść. Pinezka na pewno ci je pokaże, kocha je zbierać, gdy się pojawią, eh. W lasach pojawia się więcej zwierzyny. Kojarzysz tego królika, którego dla ciebie przyniosłem? One wiosną mają dzieci i robi się ich więcej. Myślę, że przez zimę zdążysz nauczyć się tych wszystkich pojęć i co mam na myśli, eh. Wiosna to pora odrodzenia, kiedy świat budzi się z zimowego snu. Wszyscy się wtedy cieszą, robi się ogólnie weselej, eh. Zobaczysz, spodoba ci się ta pora roku. Może nawet będzie twoją ulubioną, jak poznasz wszystkie – Way uśmiechnął się delikatnie. Widział ten błysk w kolorowych oczach, kiedy Vari go słuchał.

– A ile ich jest?

– Cztery. Teraz mamy jesień, kiedy świat szykuje się do snu. Drzewa robią się kolorowe i gubią liście, zwierzyna zbiera się w grupy albo też szykuje do snu zwanego hibernacją. Po jesieni przyjdzie zima, spadnie zimny śnieg, wszystko będzie białe i będzie trudno o jedzenie, ale niektóre wilki lubią zimowe widoki. Po zimie przychodzi właśnie wiosna, wtedy ja wrócę i świat zrobi się na nowo zielony. A pomiędzy wiosną a jesienią jest lato, jest bardzo gorące i leniwe, czasem aż za bardzo, ale można kąpać się w jeziorkach bez obawy, że się pochorujesz. To całkiem fajne.

Variaishika wpatrywało się w Wayfarera jak zaczarowane. Wcześniej, przez całą drogę, nie okazywało żadnych emocji, teraz jednak wyraźnie zaintrygowało się opowiadaniami starszego brata. Dalej poruszało się jak drapieżnik, ale nabrało przyjaźniejszej mimiki ciała. Może jednak ich relacja nie będzie taka zła.

Vandrareshika zacisnął kapelusz na uszy. Podniósł zad z ziemi, obejrzał się na wnękę, w której przywiązana do kamienia spała Pinezka, po czym ruszył ścieżką w głębię lasu. Vari zastrzygł uszami. Dużo słuchał.

– Więc teraz idziesz?

– Tak. Teraz tak.

<Koniec>