Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szpak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szpak. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 sierpnia 2025

Od Szpaka CD Smoły - "Ciche Szepty Nieba"

—Czekaj Smoła… — Szpak przeskoczył nad nią jak olimpijczyk. Jego łapy uderzyły o trawę kiedy odwrócił się na pięcie, jego wzrok zdeterminowany. —Może trochę dramatyzuję, ale.. cóż. Trochę mnie już znasz. — zaśmiał się pod nosem całkowicie zawstydzony swoją spiralą w niewiadome strony, w światy, które nigdy nie powstały, nigdy nie zakwitły i były odległe jak planety, którym nigdy nie dane się było zderzyć. —Ale… Smoła… To zabrzmi odważnie … albo szalenie ale… co jakbyśmy spróbowali? — jego pierś opadła zrezygnowana swoimi słowami. Ale Szpak był zadowolony, dumny, że w końcu słowa, które tkwiły w jego gardle wyszły na świat jak sowa na wiatr.

Te niebieskie oczy, które były dalekie od tego co chciał, czego szukał, spoglądały na niego zaskoczone.
—Brzmię szalenie, prawda? — odsapnął w końcu. Jego pysk wykrzywiając się nieco w tym silnym zażenowaniu, po głupich sytuacjach. — Zapomnij o tym. Nie wiem co mi odbiło. Może to że szukam znaczenia wszystkiego co nie musi mieć znaczenia i może, że… psuję wszystko. Miłej nocy. —  i tym razem to on rozłożył skrzydła i zanim odpowiedzi padły i wybory zostały podjęte zniknął w odmętach nocy, powiew jego startu porzucając parę ciemnych piór za sobą.

Żałował? Tak. Ale jednocześnie też nie. Nie był pewien co powinien czuć. To ona pocałowała go pierwsza, on zarzucił się na nie, ona odparła mu luźno, a on wyskoczył z czymś tak… pozornie prostym .Sensownym. Lubią się. Może nie kochają. Oboje szukają w pewnym sensie zbliżenia, które było dla nich obce do czasu. Dzieci we mgle, które znalazły siebie nawzajem. A jednak jednocześnie to brzmi tak desperacko. „Spróbujmy?” Co? Parę nocy? Miłości? Żalu? Goryczy jak jedno porzuci ten pomysł? Banalne acz niewykonalne. Nie dla Szpaka. Jego serce było proste, jego umysł zaplątany, szybki, biegnący. Oba szukają tego co miałoby zaspokoić ten ogień, tę pustkę, która prześladowała jego wnętrze. To nie miało sensu.

Lądowanie było niezwykle intensywne. Jego łapy prawie ugięły się pod nim kiedy uderzył w ziemię z impetem. Polana, kolejna nic nie znacząca cząstka jego życia. Był tu trzecią noc, bo nie chciało mu się szukać nic nowego, a i teraz tu wrócił, jego ciało działając na automatycznym kierowaniu. Drzewa, na których miewał w nawyku spać zdawały się patrzeć na niego i kwestionować jego wybory. Gorzki smak łez i frustracji pomieszały się w jego gardle, kiedy zawarczał sam na siebie. Tyle emocji na jego zazwyczaj spokojnym pysku. Tyle emocji, które czuł rzadko. A może często? Czy nie był ciągle sfrustrowany na swoją sytuację? Na swoje myśli? Brak tego zaparcia? Wolności? Rozumienia świata? Kolejne warknięcie, cichsze. Racja… Co on miał jeśli nic? Nie dom, nie wolność, tylko skrzydła i pułapka jego własnego umysłu, plątająca liny wokół jego ciała aby trzymać go przy ziemi.
—Wszystko okej? — Szpak podniósł oczy, bardzo szybko. Jego kark poczuł to szarpnięcie prawie w ogonie. Stanął prosto, jego skrzydła nieco rozłożone aby wyglądać na większego. Jego zielone oczy zabłyszczały gniewnie w blasku księżyca, aby szybko uspokoić się i może nieco zakłopotać.
—Tak. — skłamał, te słowa jak jego tarcza.
—Na pewno? Warczysz do siebie. — Dana podeszła bliżej, jej oczy pełne zaufania, ognia. Błękit, który odrzucał go coraz bardziej.
—Trochę sfrustrowany Spadłem z drzewa w trakcie snu. Nie zdarza się często. — zamachał ogonem, odrobina prawdy przedzierając się przez jego ściany.
—Ah. Nic ci nie jest w takim razie? —
—Nie. Jest okej. — pokiwał głową. Jego łapy deptując źdźbła trawy w niepokoju i oczekiwaniu. Jego umysł pracował intensywnie, oczy wbijając się w waderę. W jedyne co teraz zdawało się być mu znajome. Przyziemne. Zbliżyła się jeszcze bardziej. Pozwolił jej. Jej nos zetknął się z jego, kiedy źle oceniła odległość między nimi w cieniach nocy. Szpak odetchnął ciężkim oddechem. Czy mógł być samolubny? Kosztem innych? Może… Może… może…
Jego umysł biegł, jego serce dudniło. Głos utknął w gardle. A ona nachyliła się i złączyła ich usta. Pocałunek był pusty, dla niego. Dla niej… to było wszystko o czym marzyła. Ciepło jego futra, jego łapy na jej ciele, oddech na futrze. Trawa była zimna i morka pod ich plecami , kiedy oboje w nią opadli. Danie zakręciło się w głowie od tej sytuacji. Jej serce biło mocno, chociaż umysł podpowiadał, że to tylko raz, tylko na teraz. Ale serce mówiło na zawsze.

Ale kiedy rano wstała Szpaka nie było. Pozostało jej tylko wspomnienie jego ust na jej ciele, jego duch w odciskach na jej sierści. Jedna noc. Czy była zadowolona? Oj tak. Wywalczy sobie jeszcze wiele takich!

 

<Smoła?>


wtorek, 3 czerwca 2025

Od Szpaka CD Smoły - "Ciche Szepty Nieba"

Przez wszystkie swoje lata na ziemi Szpak nauczył się jednego. Że on kompletnie nie rozumie siebie. Jego reakcje były dla niego często zagadką. Kiedy jego rodzina się rozsypała, każdy poszedł w swoją stronę, namiastka przynależenia przepadła w odmęty zapomnienia, myślał że będzie płakał, tęsknił. Jednak ani jedna łza nie spłynęła po jego policzku, nie załkał, nie żałował, po prostu poszedł w swoją własną stronę. Jego skrzydła poniosły go tam gdzie czuły się bezpieczniej, gdzie wielki świat nie przerażał go jeszcze. Potem kiedy mało nie połamał się po nieudanym lądowaniu, kiedy leżał w jaskini medycznej noc za nocą, odcięty od nieba, myślał że będzie się bał. Ale jedyne co czuł to niepokój, nie o siebie konkretnie. Nie potrafił go wtedy ulokować. Z perspektywy czasu martwił się bardziej o to że nie widział nieba i jego spokój nie mógł otulić go do snu. Kiedy Dana spojrzała w jego oczy po raz pierwszy z tym ogniem w oczach, tym płomieniu, który muskał jego czarną sierść jak ogon diabła, myślał że będzie odwzajemniał to uczucie. Jednak spoglądał na nią i nie czuł nic. Pustka, stres i  spięcie towarzyszyły mu na każdym kroku postawionym u jej boku. „Czy starczę ci na jedną noc?” było jego sposobem na pokazanie tej przepaści, która jest między nimi.
A teraz. Musiał spytać się siebie kim była dla niego Smoła? Parę już tygodni spotykali się regularnie. Łączyły ich treningi i miłe rozmowy. Szpak mógł wywodzić się na swoje tematy, które wisiały mu na duszy, które prześladowały jego myśli jak cienie i światła. Ale czy tam było coś więcej. Spoglądał na nią i widział tylko przyjaciela. Może nawet znajomego. Jakaś relacja kwitła między nimi, rosnąc powoli i kwitnąc jak przebiśnieg, przebijając się przez warstwy chłodu jakie Szpak zbudował przez te dwa lata swojego istnienia. Czy ją kochał? Nie. Jej oczy były koloru nieba, które było dalekie jego sercu. Nie przypominało tego nad nim, po którym płynęły puchate chmurki. To na którym słońce wstawało co rano w pomarańczach i zachodziło wieczorami przykryte fioletami. Gdzie noc odbijała się srebrnym blaskiem na deszczu, nie łzami w kącikach oczu.
Szpak zastygł. Ona nie wie co się z nią dzieje, a on ma wiele pytań. Dlaczego każda osoba w jego życiu w jego okolicy spogląda na niego i określa go jako coś warte kochania. Czy to bycie miłym powoduje, że waderom w jego okolicy gną się kolana? Dlaczego? Po co? Jak? Pocałunek trwał tylko chwilę, sekundy, które Szpakowi dłużyły się jak lata. Myśli wariowały w jego głowie, plącząc się w skomplikowane wiązania. Jak zapomniana włóczka w kącie, która już dawno nie nadawała się do niczego. Kłębek poplątanych supłów, które z łatwością trzymają resztkę prostych kawałków w ryzach.
Spojrzała na niego. Jej oczy odbiciem nieba, a jednak było w nich coś obcego. Coś dalekiego. Czy to był ten ogień, który mógłby się tam palić.
—Nie wiesz… ?— powtórzył, jego mięśnie zaciśnięte w miejscu. Była odrobinę za blisko, jej futro nadal ocierało się o jego. Jej futro rozjaśniło się od rumieńca, który wkradł się na jej policzki. —Ja też nie. — przyznał i zrobił krok w tył.
—Nie wiesz...czego? — dopytała, panika w jej słowach, w jej oczach. Ale jej ciało pozostało w miejscu.
—Dużo nie wiem. Ale nie wiem co się z Tobą dzieje i jak zareagować. Nie wiem co mam czuć… Co jeśli nie czuję nic? — mruknął. Jego oczy podążyły do góry, do nieba jakby szukając odpowiedzi, w cichej nadziei, że gwiazdy udzielą mu swojej mądrości. — nie jestem zły na ciebie, ale… obawiam się, że tu…  nic nie ma. — Szpak dotknął swojej klatki piersiowej. —Pusto. Ty, Dana. Ten ogień w oczach, miłość która się pali jak tak ciepło, a ja… chłód, zima. Nie wiem… Czy to jest normalne? — zwrócił się do niej, jego słowa niepewne, zagubione, jakby szukały wsparcia. Odpowiedzi od niej nie oczekiwał. Jego pytanie nie miało poprawnej odpowiedzi. — Czy to normalne, że nie umiem kochać? Że nic mnie nie ekscytuje w innych? Że nie ma motylków, oczekiwań, ognia, ciepła? Co ty czujesz? — desperacko wydobyły się z niego jego obawy, jego chęć przynależenia do pewnej normy, która była dla niego tak daleka, prawie nieosiągalna. —Nie wiem… czego oczekujesz? — już tylko szepnął, jego krok w tył dłuższy, głos spokojny i miarowy.

 

<Smoła?>


wtorek, 27 maja 2025

Od Szpaka CD Smoły - "Ciche Szepty Nieba"

Powyjmowali sobie z piór każdy kawałek gliny i jeszcze chwilę w milczeniu dryfowali w wodzie, ciało obok ciała już bez dotyku. Noc pochłaniała niebo coraz bardziej, cienie rosnąc na górach schowanych w tle. Łuk księżyca wisiał nad światem, kołysząc sny do spokojnego odpoczynku. Woda poczerniała w ramach odbicia gwiazd w swoich odmętach. Małe kulki zawisły tam, wysoko, błyszcząc i spoglądając na spokojny i śpiący las.
—Wolność? — Smoła zerknęła na niego po dłuższej chwili ciszy w akompaniamencie nocy. Świerszcze, żaby – cała orkiestra lata towarzyszyła im jeszcze w moczeniu futra.
—Wolność. Szukam i szukam. I gdziesz ona jest?— Szpak odetchnął, jego łapy wystawione do nieba. —Nic nie jest jak dom. Nie ważne gdzie idę,  gdzie jestem, żadne miejsce nie jest odpowiednie. Nie nory, nie jaskinie, nie polany. To trochę jak ciągle palący się w sercu ogień, bolący, którego nie da się zgasić, i który je cię od środka jak diabeł, a ty tylko możesz  krążyć tu i tam i udawać, że wszystko jest okej. — odetchnął. Jego oczy wbite w błyszczące się nad nim niebo.
—Trochę to pesymistyczne.— Smoła odparła na jego słowa, ciekawość i zamyślenie w jej głosie.
—Może… ale tak właśnie się czuję. I loty trochę gaszą ten ogień, po czym on znowu się zapala i tak w kółko. To męczące. — obrócił się w dryfie na plecy, jego skrzydła jak dwie łódki, dwa żagle, pchając go na powierzchnię. —Późno się robi. — stwierdził.
—To prawda. —
—Czas na mnie. Chociaż pewnie daleko nie podejdę. — mruknął, jego łapy odpychając się od tafli aby dopłynąć do brzegu. Smoła poszła w jego ślady.
—Mówił Ci ktoś kiedyś, że straszny z ciebie filozof. — zaśmiała się otrzepując krople wody z futra.
—Nie. Inne wilki rzadko ze mną rozmawiają. Poza Daną… — Szpak sam poszedł w jej ślady. Cała ta sytuacja, pomimo dziwnego dyskomfortu i komfortu pojawiającego się jednocześnie, była znośna. Nawet zaczepiała o przyjemność. Może łączyły ich nie tylko skrzydła. Może Szpak po raz pierwszy w życiu znalazł przyjaciela… znajomego, który mógłby go wysłuchać, zrozumieć. A nawet jeśli nie zrozumieć, to posłuchać uważnie, bez oceny, bez porady. Być. Albo może on po prostu nadpisywał sobie przyszłość. Wydarzenia, które tylko w jego głowie odgrywały się już w przyszłych tygodniach, dniach i godzinach. Marzenia, można by rzec. Nic nieznaczące pragnienia zlęknionego i głodnego uwagi serca, któremu przecież nie powinno łatwo się ulegać. Pewna zapora umysłu powodowała, że patrzył na swoje myśli i serce i rozważał czy w ogóle słuchać się tych z pozoru niepozornych szeptów pragnienia. Czy to nie będzie droga donikąd? Kolejna, którą musiałby przejść z zawodem, sam, przebrnąć przez nią jak przez rzekę z szybkim nurtem, która zabiera mu grunt spod nóg. I co znajdzie na końcu? Porażkę i zawód czy może wygraną? I czy to jest warte zachodu i starań, jeśli wszystko skończy się niczym…

Szpak usiadł na trawie, łagodny wiatr, ciepły pomimo że nocny, plątał się na jego futrze.
—Masz ciemną skórę. — Smoła usiadła kawałek od niego, jej oczy błyszcząc w mdłym świetle księżyca. Niebieskie i głębokie, chociaż tak różne od nieba.  Brak w nich było pomarańczy poranka, błękitu dnia przeplatanego miękką bielą, fioletu zachodu i gwiazd nocy. Wyglądały smutno, acz szczęśliwie tam gdzie były, na jej ciemnym pysku, wśród tego co znały i co kochały.
—Wiem. Jest tak czarna jak ja. — odparł. —Lecisz do domu, idziesz? Sama? Mam cię odprowadzić? — zagadnął, jego mięśnie już zmęczone i płaczące na samą myśl o następnym dniu i polowaniu, które na nie czekało.
—Pójdę sama. — odparła. Jej ton zagadka.
—To był bardzo przyjemny dzień. — Szpak pożegnał się w ten sposób, niema nadzieja na jego języku, że się jeszcze kiedyś spotkają. — Śpij dobrze. — i zniknął w odmętach ciemności, aby krążyć po polanie, znaleźć sobie kawałek zmoczonej rosy trawą. Gdy już to zrobił jego ciało upadło na niego zmęczone. Zapach mokrego pyłku kwiatowego ukołysał go do snu idealnie. Pozostało czekać na światło dnia.

Mój niedoszły Romeo
Taki byłeś wyśniony nocami,
taki idealny,
gdym Cię we śnie dotknęła ustami
Rozum
Wola
Moje grzeszne ciało
Dostało skrzydeł wolności
Tylko serce-
choćby w proch się sypało
nie uwierzy, że to koniec miłości

Magda

Dana była milczącą obecnością w jego dniu. Oczywistością. Rzeczą nader wszystko banalną, prostą, a jednak tego dnia zdawała się być skomplikowana. Zawsze była otwarta, jasna i radosna. Dzisiaj jej niebieskie oczy krążyły za nim jak smutne kule lodu. Ogień w jej źrenicach zmalał, wyblakł, zgubił gdzieś w głębi, ale nadal tam był. Gdzieś pod tym chłodem i nagłym milczeniem znajdował się kawałek jej zwyczajowego podejścia. Nie mogła go schować. Jej ruchy łap, jej urywane spojrzenia i zawiedzone wzdechnięcia, jakby oceniała go za coś czego nie zrobił. Jakby dopowiedziała sobie sytuacje, słowa albo myśli, których Szpak nie miał, których w nim nie było i o które nigdy by siebie nawet nie posądził. Albo w końcu uświadomiła sobie, że jej bliskość jest dla niego tylko i wyłącznie bliskością powierzchowną, ozdobą jego dnia, którą wiatr łatwo mógł porwać w niepamięć. A może tylko znudziła się w swojej namiętnej miłości. Kto wie.

Polowanie zmęczyło go, ale satysfakcja i pełny żołądek sprawiły, że szedł. Przed siebie. Sam na razie. W oddali słyszał znane mu kroki, goniące go jak ogień goni tlen. Tak jak zawsze, jakby nic się nie zmieniło. Jej błękit oczu znów palił się jasnym ogniem, determinacją, która sprawiła, że Szpak miał ochotę uciekać. Uciekać w dal i nie spoglądać za siebie. Miłość paraliżowała go, sprawiała że słowa utykały mu w gardle, że mdłe „nie”, które wyrwie się z jego serca, będzie o ton za ciche.
—Widziałam Cię wczoraj nad jeziorem na Polanie życia. — poinformowała go, ton je głosu pewny i jasny. Widziała go?
—No tak. Byłem tam. Pomagałem wczoraj dzieciom przenieść dość sporą ilość gliny. Glina lepi się do piór jak rzepy do sierści i nie chce puścić, więc… jezioro. — odparł. Stres nieco opadł z jego spiętych ramion. To nie ten dzień, nie to starcie, nie ten most, który wali się pod jego łapami.
—Byłeś z tą… Smugą… — Dana fuknęła. Szpak zmarszczył brwi. O co chodziło. Było w ruchu wadery coś co zastanowiło go na tyle, że sobie przystanął i spojrzał na nią z głową pełną myśli. Jego wzrok był przebijający, dogłębny. Co to było? Co było w jej wzroku, w jej ruchu. Co się zmieniło?
—No tak. Smoła. Opiekowała się dziećmi, nosiła glinę razem z nami. Też musiała się wymyć. Ta sama droga, więc poszliśmy razem. — fakty. On mówił tylko fakty, bo tak to widział. Przyjemne spotkanie, ta sama droga, dzień zakończony kąpielą w zimnej wodzie jeziora podczas letniej nocy. Platoniczne, pierwsze rozmowy i może… może nadzieja o bliskość inną niż w oczach Dany. Bardziej odległą, pustą, pozbawioną miłości, która pali gardło i opala żyły od środa. Oczy Dany byłe go pełne. Oczy Smoły miały więcej emocji, innych. Ciekawszych, bo nieznanych. Oczy Dany… Tam była tylko miłość i ogień i … coś jeszcze? Nieznanego, ciekawego. Szpak mrugnął dwa razy i odetchnął. Co to… co to było? Czym to jest?!
—Tak… I… kim ona jest dla ciebie?! — Dana fuknęła ponownie jej ogień nie czerwony z miłości, a biały z… zazdrości?! Zazdrość. Takie śmieszne uczucie. Silne i ogłupiające, a jednak dla wielu warte uwagi i poświęcenia miejsca w sercu. Pcha wilki do czynów zawodnie słodkich. Bronienie swojego – można powiedzieć. Basior będzie warczał na innego kiedy zbyt zbliży się do jego samicy. Samica będzie kręcić nosem, jeśli jej basior będzie mówił za długo z innym basiorem. Niektórzy zmieniają się w potwory pod wpływem zazdrości, mordują, biją, gryzą. Inni peszą się, płaczą, skarżą. Kim byłby Szpak gdyby sam nie znał zazdrości. Tylko on zazdrościł niebu jego wolności. On zazdrościł innym lekkości w postrzeganiu swojego miejsca na świecie. On zazdrościł rodziców i rodziny, każdemu kto szczęśliwie spędzał z nią czas. Ale on milczał. Jego zazdrość nie czyniła go chętnym zabrania, wręcz przeciwnie. Melancholia wdzierała się w jego serce, żal… raczej nie smutek. Może marzenie? Pragnienie? Może po prostu ciekawość. Tak. Zazdrość budziła w nim ciekawskie żale, korzenie rozmyślań jak by to było gdyby miał wszystko co inni.
—Znajomą. Znam ją cały… jeden dzień. Więc może nawet nie znajomą, a czymś mniejszym. Poza tym… nie wiem jeszcze. Nie mi oceniać kim dla mnie jest, jeśli jej jeszcze dobrze nie znam. — odparł. Jego głos był miarowy, spokojny, jakby właśnie stwierdzał, że pogoda jest słoneczna.
—W takim razie… Szpak. Kim ja jestem dla Ciebie? — to pytanie chciałoby zrzucić go z nóg, ale nie podołało. Szpak był przekonany, że kiedy Dana je zada, zawaha się, stchórzy, nie będzie wiedział co powiedzieć, ale…
—Nie wiem. — prawda wylała się z jego ust. Dana zdawała się zawahać, tak jak on miał. Jej oczy rozszerzyły się zaskoczone, na pewność i siłę jego słów.
—Jak to nie wiesz? — w końcu wydukała. Szpak usiadł sobie.
—Nie wiem. Po prostu nie wiem. Patrzę na ciebie i nie umiem przypisać do ciebie właściwego słowa. Czy to jest przyjaciółka? Czy to jest znajoma? Czy to jest wadera, czy wilk, czy rozmowa, czy spacer. To wszystko mi umyka. Nie wiem kim dla mnie jesteś. Relacje są dla mnie ciężkie, bo jedyne jakie miałem to te powierzchowne z wami, kiedy żyliśmy jak rodzeństwo, jak dzikie dzieci. Nie mam. Nie wiem. Nie wiem czy chcę wiedzieć. 
—Przypominam Ci… siostrę? — mruknęła.
—Wyjęłaś z tych słów chyba najgorsze wnioski. — Szpak zaśmiał się. — Nie. Właściwie nigdy nie widziałem was jako rodzeństwa. Byliście pewną dozą rodziny, której nigdy nie zaznałem, ale tylko dozą. W pewnym sensie zawsze byłem sam, jak paluszek w tym wielkim świecie. Zagubiony, szukający swojego miejsca. Sam… Sam. Sam. Sam. Kiedy jest się samemu tak długo nie wie się jak zbudować relację na czymś innym niż tylko słowie „rozumiem”. — rzucił jej pewne siebie spojrzenie. Teraz to jego oczy paliły się ogniem. Ale innym niż jej. Jego paliły się determinacją, zrozumieniem. Bo zrozumiał. On rozumiał zawsze tak wiele.
—Może w takim razie nie chcesz już być sam? — zbliżyła się na krok. Jej oczy w nieznanym kolorze niebieskiego. —Może w takim razie dość rozumienia słowem. Może czas żebyś poczuł!—
— I co jeśli nie poczuję? Jaki będzie zawód w Tobie? Wystarczę ci na jedną noc, jeśli nadal większy komfort odnajduję w samotności? — niepewność wdzierała się w jego słowa. „Normalny basior kocha normalną waderę.” – i to normalne, standardowe. To ma być wolność, miłość, prosty przepis na uczucia dla każdego. Na dzieci, rodzinę, partnera.
—To miłość… — mruknęła, jej oczy na ziemi.
—Co znaczy kochać, Dana? Jak mam odpowiedzieć kiedy nie wiem, co to znaczy? Kiedy nie czuję?—
—Strasznie dużo używasz metafor! — spojrzała mu w oczy z determinacją.
—Taki jestem. Taki jestem od całkiem dawna. I taki będę. Myślę w metaforach, nie mam miejsca na świecie, nie jedno przynajmniej. Jestem tu i tam, a czasem mnie nie ma. Przeszkadza ci to? —
—Nie. Po prostu mnie zaskoczyło… —
—Czyżbyś nie znała mnie tak dobrze jak sądzisz? —
—Znam cię Szpak. Znam cię. Jesteś moim wsparciem, moją miłością. Moim Romeo. Tym kogo chcę mieć. Ty mnie zawsze słuchasz, i milczysz, i w Twoich oczach zawsze widzę że mnie rozumiesz. Czuję się przy Tobie bezpieczna i… czuję że nie mogę tego tak po prostu poddać. Widzę że lubisz polować i lubisz spacery. Nawet jeśli nie ze mną. Wiem że mnie lubisz, na swój sposób. Wiem że cenisz naszą bliskość, może nie tak jak ja i… Widzę cię. —
—Nie Dana. Wszystko co wymieniłaś wiąże się wyłącznie z Tobą. To nie jestem ja, nie pełny. Nie lubię spacerów. Lubię latać. Latanie sprawia że czuję się wolny od ziemi, problemów. Nie lubię polować, to po prostu praca, która nie sprawia mi problemów. Często jest przyjemna, ale… każda inna, która by mi odpowiadała tez jest przyjemna. Nie lubię milczeć, chociaż nie… lubię milczeć, ale nigdy nie rozumiem. Nie ciebie. Nie lubię po prostu ranić innych. Struktury społeczne są delikatne i… może i lubię bliskość, ale twoja zawsze mnie stresuje, bo wiążą się z nią pewne oczekiwania jakie wobec mnie masz. Duszące oczekiwania, bo nie mogę im sprostać. Ty czujesz się przy mnie bezpieczna, ale czy spojrzałaś kiedyś dalej niż na siebie? — nie miał jej za złe żadnego jej słowa. Nie zawarł też w swojej wypowiedzi niczego więcej niż spokoju, który teraz pożerał jego ciało. Nie był zły, nie był smutny.
—Rozumiem… — jej oczy zalśniły łzami. — Może rzeczywiście powinnam poznać Cię lepiej...—
—Może… ale co jeśli to cię nie zaspokoi?—
—Nie wiem… Być może wtedy wystarczy mi jedna noc… —

<Smoła?>
zostawiam tobie ich kolejne spotkanie ;3 Dana na pewno będzie dalej wciskała nos w relacje Szpaka, bo ona się łatwo nie poddaje.


piątek, 23 maja 2025

Od Szpaka CD Smoły - "Ciche Szepty Nieba"

Glina była bardzo nieprzyjemnym przyjacielem na skórze. Wdzierała się pomiędzy futro i zastygała na twarde skorupy, aby tylko nie puścić i nie umrzeć zdeptana pod łapami. Pył  osadził się na Szpaku jak pelerynka, okrywając przede wszystkim jego plecy i sprawiając, że całkowicie spłowiał. Chciałby się zobaczyć w takim kolorze, niestety w okolicy nie znalazło się nic co pokazałoby mu jego odbicie. Mógł tylko zerkać na swoje popruszone szarością łapy i ciężko odetchnąć. Był zmęczony, ale czuł się usatysfakcjonowany. Zapomniał już jak to było być szczeniakiem. Jak miło spędzało się czas w obecności niewinnych oczu i jeszcze niewinniejszego myślenia. Nie żałował nic a nic, chociaż następnego dnia pewnie będzie obolały do kości. Nie szkodzi. Jest tylko blokerem, nie musi tropić ani za bardzo się wysilać. Tylko trochę pobiega. Dobrze mu to zrobi po dźwiganiu.

Ale wizyta nad jeziorem brzmiała dobrze. Na tyle dobrze, że Szpak odbił się od ziemi bez rozbiegu. Dobry rozbieg nie był zły, jednak w ten sposób prościej było nie nabawić się pyłu w oczach. Szare i brązowe drobinki zatańczyły wokół niego, a on z łatwością pozostawił je pod sobą. Jak miło było po całym dniu wzlecieć w górę. Niestety, a może stery jego nowa koleżanka nie miała za wiele szczęścia w tym zakresie. Jej rozpęd i lot zakończył się liśćmi na plecach i poobijanymi kośćmi. Szpak wylądował zaraz obok niej. Jego skrzydła niewygodnie zawisły nad nim, niezdolne wygodnie złożyć się pośród niskich zarośli.
—Matko, wszystko w porządku? — Szpak odetchnął ciężko. Sam zaliczył więcej niż jeden taki wypadek. Za szczeniaka nawet skręcił łapę w ten sposób. Ah, te czasy kiedy jego skrzydła były niczym innym jak ozdobą. Jak przypomnieniem o jego nieumiejętności. Tego czego chciałby, a nie może mieć. Wrócił do niego na chwilę wstyd i żal jaki wtedy czuł. Może dlatego niebo było mu teraz czymś tak bliskim. Może dlatego teraz tak szukał wolności i ukojenia w locie, bo za małego tak tego chciał. Chciał rodziców, chciał latać. A teraz szuka oczu, które ledwo pamięta i wolności, której nie może dotknąć.
—Wszystko w porządku! — odpowiedziała mu, wyrywając go z jego myśli.
—Pewna jesteś...?— zagadnął raz jeszcze. To wszystko wyglądało boleśnie. Wadera otrzepała się. Liście, piękne zielone, oznaka życia w naturze, posypały się z jej pleców, lądując na krzakach i ziemi dookoła.  A on tylko patrzył. Na pewno niczego nie złamała? Czemu się tak martwił? Może przypominała mu jego, kiedy był mały… bezbronny i wiecznie zły, bo rany zostawione przez niezrozumienie wszystkich dookoła były prostsze w ukryciu niż zasklepieniu. Jej niebieskie oko błysnęło na niego, ledwie na sekundę, może dwie, ale było w nim coś nagle znajomego dla niego. Wstyd… Oh jak on dobrze go znał.
— Nie jest to dla ciebie dziwne, że w genach można dostać skrzydła, na których nie da się latać? — jej słowa były pełne goryczy, pełne tej jeszcze niezaognionej wściekłości… a może bardziej żalu? — Tym bardziej, że każdy w rodzinie ma jedną i tą samą jebaną cechę wspólną. — jej łapa nagle kopnęła gałąż i Szpak miał nadzieję, że nie zauważyła jak on zjeżył się z zaskoczenia, a jego nadal nieco rozciągnięte skrzydła napuszyły się jak u sowy. — To co innego niż rodzinne stanowisko, które się z pokolenia przekazuje, bo nikt nie ma na skórze wygrawerowane sekretarz, łowca, czy medyk. A tu proszę, jednak ma! — zatrzęsła skrzydłami i Szpak poszedł w jej ślady, próbując położyć swoje oznaki nagłego zlęknienia. Bo co za wilk boi się nagłego dźwięku?! — I nic nie mogę na to cholerstwo poradzić.— i na tym skończyła. Wściekła, smutna, zawstydzona, jak nie na miejscu. Szpak trochę rozumiał, trochę już nie. Jak to było nie latać, kiedy miało się skrzydła. Na chwilę zmętniał, zamyślił się.
—Czasami po prostu za dużo mówię. Chodźmy już, zanim stratuję więcej lasu. — jej ton nie był najweselszy, pomimo żartu kryjącego się pod jej słowami.
—Czekaj, bo… Ja rozumiem wiesz? — odetchnął. Widział tylko jak jej ogon drga, a plecy zacieśniają się pod napiętymi mięśniami.
—Rozumiesz? — zaśmiałą się gorzko.
—Rozumiem… Ha. — „Ty tak wiele rozumiesz.” Przeszło mu znowu przez myśl. — Sam nie latałem. Łamałem gałęzie. Łamałem nogi. Zawsze chciałem wyżej, więcej, dalej, a nigdy nie mogłem. I Inni tylko mówili, że kiedyś mi się uda. Nie rozumieli, że to nie o to chodziło. Że chodziło o przynależenie. Chodziło o pewną wolność, którą daje świadomość, że jak latam, to zawsze znajdzie się ktoś kto mnie rozumie. Nie jestem sam. Nie jestem inny. — właściwie czemu jej o tym mówił? Raczej nie był wylewnym wilkiem. Nie odkąd wydoroślał i odciął się nieco od swojej rodziny. Chociaż czy to rodzina jeśli to tylko banda szczeniąt w jego wieku, z którą spędził cześć życia? Może. Nie wiedział już jak zdefiniować rodzinę. — Tylko, że ja… Miałem szczęście. Skrzydła urosły, zaparcie zostało i latam. Zdaje się, że twoje po prostu nigdy nie stały po twojej stronie, huh… — dołączył do jej boku. Nie patrzył na nią. To był bardzo intymny moment i obawiał się zobaczyć na jej pysku to samo współczucie, które wzbudzało w nim zawsze ogień gniewu. — Więc rozumiem. Ja zawsze mówię, że wszystko rozumiem… Może to moja wada, ale teraz… w tym momencie, na tej płaszczyźnie, rozumiem aż za dobrze. Niektóre rany we mnie samym się  jeszcze nie wygoiły… zostawione przez obcość jaką czułem dłuższą część życia. Chociaż… to trochę inna obcość. Moja była przed tym czego nie mogłem mieć. Twoja… mam wrażenie, że wyrasta z innego miejsca… Z rodziny, której ja sam nie mam  tak do końca… Ciekawe czy to dlatego tak teraz szukam samotności? Bo tylko ją znałem, cale życie. Samotny wśród tłumu, to jak miałbym znać towarzystwo. Hymm… Teraz to ja za dużo mówię. — zaśmiał się, jego bok uderzając zaczepnie w jej. Posłał jej szeroki uśmiech, najszczerszy od całkiem dawna. —Kto pierwszy? — po czym rozpędził się. Nie miał za wiele siły, ale ogólna radość i ich śmiech był tego warty.

Polana życia tętniła życiem, bo czym innym. Świetliki swawolnie latały na wietrze, który przedzierał się przez wilgotną trawę, która została właśnie zmoczona rosą. Światło słońca ledwo już rzucało cienie na niebo, zachodząc za horyzont coraz głębiej. Fiolety barwiły ciemniejące chmury, które wolnym krokiem przemierzały niebo w kierunku znanym tylko sobie. Księżyc, od dawna już na niebie, teraz zyskał na blasku, niepełny i malejący, ale pewny swojego miejsca. Wysoko ponad nimi, sprawiając że polana nakrywała się coraz mocniej pelerynką ze srebra jego światła. Jezioro milczało, niewzruszone. Szpak odetchnął. Wszystko pachniało świeżością, poza nim. Jego krok był pewny, szybki a woda zimna. Tafla zadrżała przebita jego osobą. Szpak przeskoczył nad brzegiem, jego skrzydła wspomagając go w krótkim locie i nagłym zanurkowaniu. Jak kamień – wpadł w wodę aby po chwili wynurzyć się jak belka przemokłego drewna. Jego zęby zazgrzytały, ale miło było zdjąć z siebie zapach gliny i przylegający do niego pył. I coś jeszcze. Szpak, jak na wilka Bral kąpiele zaskakująco często. Może dlatego , że niebo, loty i polowania należały do jednych z najbardziej brudzących zajęć, zaraz po kopaniu w ziemi, ale też zapachy wilków. Tyle czasu spędzał z Daną, że nocami chciał pachnieć tylko i wyłącznie sobą. Mokrym, wilgotnym, obojętne. Spał z nosem włożonym w wieczorną rosę we własne skrzydła. Zagłuszał zapachy ziół, ptaków i wilków na swoim futrze, jak mógł. Może był czasem przewrażliwiony, bo były noce kiedy mu to zupełnie nie przeszkadzało, ale ostatnio Dana drażniła go na jego skórze. Ocierała się o niego częściej, machała ogonem chętniej. Szpak zawisł w wodzie na plecach, jego oczy wbite w ciemne niebo.
—Hej… — odezwał się. Jego czy poszukały tych niebieskich swojej towarzyszki, która właśnie też przebiła się przez pierwszy chłód wody. — To był intensywny dzień. Wiem że to trochę dziwne pytanie, ale… — zagadnął. Ona tylko uniosła brew. Złożył nieco skrzydła płasko ułożone na powierzchni jeziora, wyrównując swój dryf w jej kierunku. — Pomożesz mi wydłubać glinę z lotek? Duże skrzydła mają swoje zalety, ale… eh… Ciężko się je czyści samemu. Mogę się odwdzięczyć. — uśmiechnął się i obrócił na brzuch podpływając. To było naprawdę wstydliwe pytanie. Jego skrzydła były jego opoką, bezpieczeństwem, ale naprawdę… od czasu do czasu należało im się gruntowne czyszczenie, zwłaszcza po 40-stu kilogramach gliny. A samemu.. ciężko było sięgnąć. Miał nadzieję, że osoba ze skrzydłami jak on – może niezbyt sprawnymi, ale jednak skrzydłami – zrozumie. Może będzie miała ten sam problem.  — Plecy zawsze sprawiają mi problem. —

<Smoła?> 

Ah te problemy uskrzydlonym. Sięgnąć piór na plecach. Matka natura dała im skrzydła ale nie dałą karku do obrotu XDDD


Od Smoły CD Szpaka - ,,Ciche Szepty Nieba"

Patrzyła jak z gracją unosi się nad ziemią, jakby nic nie ważył, jak prędko szybuje nisko nad wysoką trawą i wyprzedza ich wszystkich o kilka minut spaceru. W jego wykonaniu latanie wydawało się tak łatwe i niewymagające wysiłku. Skrzydła ma bardzo duże, to pewnie dlatego. Wstyd jej się zrobiło na myśl, że tak miernie reprezentuje swoją rodzinę, która lotnictwo ma we krwi. Pomyślała o Domael, która przecież posiadała dwie pary silnych skrzydeł i chociaż była od niej dużo dużo młodsza, potrafiła ją przegonić. Jeśli Szpak jest rzeczywiście zwinnym, lekkim szpakiem to Domael byłaby sójką, jej mama sową śnieżną ze swoim bezdźwięcznym lotem, tata sokołem o sile uderzenia skrzydeł. A ona? Ona mogłaby być co najwyżej bażantem. Albo indykiem. Nielotem z głodem dotknięcia nieba. Jakież to było upokarzające. - Będą miały przykrą niespodziankę.- Wyszeptała do niego, gdy już dotarli do skraju lasu. - Hm?- Uniósł brwi. - Zobaczysz. Spacer nie trwał długo, tym bardziej że dzieci chciały jak najszybciej wrócić do swojego zajęcia. Ich jęk, gdy zobaczyły martwe rybki, rozniósł się po polanie. Płakały, posmutniały, zamilkły, w każdym razie nastroje nie były najweselsze. -Ej ej, znajdą się nowe rybki.- Szpak próbował pocieszyć Jałonkę, która widocznie czuła się już dość zżyta z pomysłem stawu. - W tej suszy na pewno wiele sadzawek już wysycha. - Szpak ma rację.- Widera próbowała podeprzeć jego wiarygodność.-Jak skończymy staw, będziemy mogli przeczesać jeszcze raz tereny. A ja dowiedziałam się czegoś istotnego. Jałonka i inne dzieci przysłuchały się krótkiej historyjki o wizycie w domu Wdowy Konstancji, która nieco odwróciła ich uwagę od tej małej tragedii. Dostały nowe zadanie, które zapaliło w ich umysłach dozę nadziei i rozproszyło na tyle, że można je było ruszyć z miejsca. - To co, glina się sama nie przeniesie. - Ajaj!- Kilka szczeniaków nieco się rozweseliło, reszta jakoś podążyła za tłumem. Smoła mogła odetchnąć z ulgą. Czuła się dla tych dzieci autorytetem i nawet jeśli nie starczało jej cierpliwości czy współczucia, musiała stawać na wysokości zadania. Nawet jeśli wewnętrznie sama czuła się jak szczeniak. - Szacując dół jaki dotychczas wykopali, potrzebujemy 30-stu może 40-stu kilogramów gliny.- Wymamrotała posępnie. - To…dużo.- Czarny basior widocznie usłyszał, jak mówi do siebie, co wytrąciło ją z namysłu. - Tak. Może to być ich zajęcie na najbliższy tydzień. Zobaczymy czy ich zapał się nie wykończy do tego czasu. - Może pójdzie trochę szybciej, jakbym pomógł? Nie była pewna, czy proponuje jej to z grzeczności, czy rzeczywiście szkoda mu się zrobiło ich kręgosłupów. Niezależnie od prawdy, każda pomoc się przyda, pomyślała. - Może rzeczywiście.- Powtórzyła.- Ale tylko trochę, kilka minut mniej.- Parsknęła z przekąsem. - Bardzo zabawne. Teraz to już się muszę wykazać. - Pociągnął żart dalej, ale zaraz potem mina mu zrzedła.- Jutro z rana mamy polowanie. - Ach, musisz się wyspać? Dobrze, nie będę wymagać za dużo.- Miała ton, jakby rzeczywiście minutę temu go zatrudniła, a teraz wyliczała urlopy pracownicze.- Im szybciej zaczniemy, tym szybciej pójdziesz spać. *** Słońce kierowało się leniwie ku horyzontowi, a niebo przybrało złotawy odcień. Obok olchy ustawiona została solidnej wielkości kupka glinianych grudek, Z kilku z nich wystawały drobne rośliny bagienne i mchy, co mogło pomóc później zazielenić staw o potrzebną florę. Pracę wstrzymano, dzieci rozeszły się do swoich nor, mając rodzicom sporo do powiedzenia (a przynajmniej ci, którzy rodzinę mieli). - Dziękuję za pomoc. Gliny powinno być aż ponad. Wadera rozprostowała się z mruknięciem, a kilka słyszalnych kliknięć rozeszło się po jej kręgach. Spojrzała na Szpaka, już nie tak kruczo-czarnego, bo całego w szarym pyle i w wyschniętych, glinianych skorupkach, które przykleiły się do jego futra jak rzepy. Jego oczy zdradzały, jak wiele wysiłku włożył w dzisiejszy dzień. - Nie ma za co.- Zauważył jej wzrok.- Aż tak źle? Chyba naprawdę powinienem się umyć. Obejrzała również siebie, sama nie wyglądała lepiej. - I ja..- westchnęła.- Ale zanim dojdziemy do polany życia nad jezioro, będzie już całkowicie ciemno. Rozłożył skrzydła, a pył posypał się na trawę. Wadera rozumiała jego aluzję: Oboje mają skrzydła, mogą po prostu polecieć. Spojrzała poddenerwowana na słońce, które jeszcze nie dotknęło granatowych wzgórz. Jeszcze za wcześnie, nie ma nocy, ale może o zachodzie się uda? Musiała, nie ma czasu się kompromitować. - No to chodź.- Szpak rozpoczął lot z miejsca, nawet nie brał rozpędu. Smołę przejął chłodny dreszcz, jakby właśnie jej fasada miała roztrzaskać się na kawałki. Ma skrzydła, jest lotnikiem, powtarzała sobie w kółko, przygotowując się do startu niczym sprinter na maratonie. Basior całe szczęście nie obserwował jej na tyle bacznie, by zauważyć jej rosnący stres i niepokój. Wzięła duży rozpęd i jak kaczka startująca z jeziora próbowała niezdarnie złapać trochę wiatru pod pióra. Wymagało to sporo wysiłku i trzepotania, ale szybowała stabilnie kilka metrów nad ziemią. Basior zaraz spostrzegł, że zaraz może ją zgubić daleko w tyle, postanowił zwolnić i poczekać. Myślała, że zaraz zapadnie się pod ziemię. Na pewno porównuje jej umiejętności do jego i jego opinia o niej koziołkuje właśnie na łeb na szyję. Nie mogła pokazać ani przez sekundę, że właśnie panikuje. - Ekhm, nie przypuszczałam, że jesteś aż tak zmęczona. - Próbowała wymyślić jakąś wymówkę, uspokoiła głos na bardziej pewny siebie.- Ta ziemia była naprawdę ciężka. Szpak widocznie przyjął wyjaśnienie za zrozumiałe i zniżył lot, ale tym razem bardziej zwracał uwagę na jej ruchy, co tym bardziej pogorszyło jej galopujący natłok myśli. Każdy ruch lotki musiał być perfekcyjny, by nie zauważył, że coś jest nie tak.
-Agh!
Nie zauważyła jak zahaczyła łapą o koronę młodego drzewka, gałęzie połamały się z trzaskiem, a ona zaliczyła twarde lądowanie.
- Matko, wszystko w porządku?
- TAK! Tak.- Podniosła się ile sił z niewygodnej pozycji supła marynarskiego.- Wszystko w porządku!
- Pewna jesteś..?- Basior nie brzmiał na przekonanego.
Zrzuciła z siebie pelerynkę z liści i poprawiła neurotycznie futro. Pomimo tego, że wzbraniała się przed patrzeniem mu w twarz, coś podkusiło ją do szybkiego kontaktu wzrokowego. I jak się zahaczyła o ten łaknący wyjaśnień wzrok to już nie tak łatwo było się wyplątać. Rozejrzała się dookoła, byli sami.
- Nie jest to dla ciebie dziwne, że w genach można dostać skrzydła, na których nie da się latać?- mruknęła z nazbieraną głęboko w krtani goryczą.- Tym bardziej, że każdy w rodzinie ma jedną i tą samą jebaną cechę wspólną.
Kopnęła połamaną gałąź.
- To co innego niż rodzinne stanowisko, które się z pokolenia przekazuje, bo nikt nie ma na skórze wygrawerowane sekretarz, łowca, czy medyk. A tu proszę, jednak ma!- Walnęła gniewnie skrzydłami o powietrze, jakby chciała je sobie wyrwać z pleców. - I nic nie mogę na to cholerstwo poradzić.
Szpak nie wyglądał, jakby wiedział, co ma odpowiedzieć. Możliwe, że w ogóle nie brał możliwości takiego wypadku rzeczy pod uwagę, co jeszcze bardziej wpędziło waderę w poczucie bycia anomalią. Potarła skronie.
- Czasami po prostu za dużo mówię.- Przerwała ciszę, obawiając się jego odpowiedzi.- Chodźmy już, zanim stratuję więcej lasu.
(I tu naprawdę nie wiem, jak Szpak by odpowiedział, więc zostawiam *** i możesz wrócić w twoim cd do tego miejsca )
***
Do jeziora dotarli na chwilę przed zmierzchem. Atmosfera była urocza. Z okolicznych zarośli unosiły się drobne, migoczące robaczki, a niebo przybrało kolor głębokiej purpury i lawendowego fioletu poprzetykanego kuleczkami gwiazd. Sierp księżyca lśnił bladym blaskiem pomiędzy pierzastymi, rzadkimi chmurami, a jego siostra odbijała się w nienaruszonej żadnym szmerem zwierciadlanej tafli jeziora. Wyglądało na to, że naprawdę byli sami. Pociągnęła w nozdrza zapach wrzosów, glonów i jeziornego aromatu, ale coś jeszcze kryło się pośród tego wszystkiego. Znała już ten zapach, był blady i ledwo wyczuwalny. Nie była tropicielem, więc nie potrafiła określić, jak stary był ów trop, czy dopiero nadlatywał z wiatrem, ale tożsamości była pewna. Zapach tej wadery, tej brązowej, na którą wpadła dzisiaj rano, która podała jej imię Szpaka. A może po prostu nadal miała jej zapach na własnym futrze, skoro się o nią otarła?
Tak, pewnie tak. (Szpak?)

środa, 21 maja 2025

Od Szpaka CD Smoły - ,,Ciche Szepty Nieba"

Dana zabrała go na spacer. Szpak nie był jednak tego dnia zbyt zainteresowany jej nowym pomysłem, czy słodkimi słówkami. Przytakiwał jej, dodawał lakonicznie parę słów to tu, to tam. Nie chciał być nie miły. W końcu on zawsze był dla niej miły. Nagłe stracenie pewnej dozy siebie brzmiało bardzo  brutalnie. Może nie chciał chodzić z nią codziennie na spacery, może nie chciał jej kochać i nie chciał spędzić z nią reszty swojego życia. I ogólnie jej nie chciał, ale nie chciał też jeszcze tracić dozy wilczej obecności. Ale też nie chciał być niemiły. Trochę egoistycznie i trochę nie. Tak jak Szpak, typowo dla niego. Wszystko na nie, ale tego nie – nie powie.  Kiedyś, jako szczeniak, to by to nie krzyczał jakby z niego skórę zdzierali. Teraz? Wydoroślał. Tyle razy już sobie to powtarzał ,że teraz jest kim jest i szuka wolności. Więc dlaczego pozwala tą wolność tak ograniczać przez przymuszone spacery i słowa.
—Co o tym uważasz? — Dana w końcu zapytała, jej ogon machając na boki. Szpak zerknął na nią. Wyglądała na podekscytowaną.
—Nie wiem, jeśli mam być szczery. Chciałem trochę dzisiaj polatać, pobyć sam.— odpowiedział. Proponowała mu kolejny spacer, wieczorem. Więc próbował ominąć ten temat.
—Rozumiem. Może w takim razie jutro? — Dana uśmiechnęła się szeroko. Szpak odetchnął ciężko. Jego zielone oczy podążyły po korach drzew. Wrócili prawie tam gdzie początkowo byli, niedaleko jaskini medycznej, daleko od miejsca w którym Szpak mógłby być samotny w spokoju.
—Zobaczymy. Jutro mamy polowanie, nie wiem czy nie będę chciał odpocząć. Bieganie zawsze mnie tak męczy. — odpowiedział omijając ten temat szeroko. Bez bezpośredniego „nie”, omijając jej zauroczone spojrzenie.
—Dobrze. Do zobaczenia jutro! — Dana pomachała mu, wahając się chwilę w miejscu i rezygnując z tego co kręciło jej się po głowie – cokolwiek to było. Szpak miał nieswoje myśli, że wiedział o co jej chodzi. Ale dobrze, że zrezygnowała. To nie był dobry czas na rezygnacje i odrzucenia. W końcu dzień był taki piękny jeszcze. Jasny i przejrzysty. Niebo zapraszało swoją szerokością, białe chmury tocząc się po nim powoli w nieznaną dal. Szpak odetchnął. Kroki Dany zniknęły w szumie lasu, jej zapach jeszcze unosząc się na wietrze. Basior westchnął ciężko, jego łapy przesuwając się po runie i odsuwając parę roślinek na boki. Trawa była wysoka, nieco wilgotna przy korzeniach. Zasłaniała wszystkie kwiaty na tej polanie, sprawiając, że wyglądało to smutno. Na Polanie Życia byłoby znacznie przyjemniej. Tam trawa była nieco bardzie sucha, niższa, więc słońce muskało ją całymi dniami z całą przyjemnością. Maki, stokrotki i resztki mleczy wystawały ponad żółkniejące źdźbła i zaglądały na świat. Szpak pomyślał, że mógłby się przejść w tamtym kierunku. Przelecieć może?

Rozłożył skrzydła, jego łapy spięły się pod jego ciężarem kiedy je ugiął. I wtedy jego uszy zatrzęsły się. Wiatr przywiał do niego spanikowane głosy, tupot małych łapek i warkot czegoś co ciężko było z takiej odległości określić. Szpak był już wystartowany, więc kiedy próbował się zatrzymać, jego ciało przerzuciło ciężar jego ciała na przednie łapy powodując, że jego pysk schował się w trawie, a jego tylne łapy i ogon nakryły jego uszy. Pozbierał się z ziemi raczej szybko, jego skrzydła wspierając go we wstaniu. Zaskoczony, że te głosy nadal niosły się panicznie przez drzewa, Szpak zawył aby im odpowiedzieć. I to chyba przypieczętowało to, że glosy zaczęły zbliżać się do niego. Szpak przysłuchał się. Było w nich trochę płaczu i paniki, a to warczenie? Jakieś zwierzę. Basior zawył ponownie, nawołując i odsuwając się na cztery kroki od granicy z drzewami. Szpak był przy tym bardzo nastroszony. Przypominał trochę wilka, trochę ptaka. Jego pióra nastroszyły się, skrzydła przywarły częściowo do ciała, czyniąc go większym i szerszym niż rzeczywiście był. Zachowanie trochę jak u sowy , ale łapał się na Tm, że mu się to zdarzało. I oczywiście, jego sierść stanęła prosto na jego karku, kły błyszczały w słońcu, a w gardle utknęło mu warknięcie. Na polankę wpadło stadko szczeniąt. Bardzo spanikowanych i zapłakanych szczeniąt, a za nimi dwa borsuki. Dwa? Borsuki lubią polować i żyć samotnie, chociaż to mogła być matka z dzieckiem. Ale oba wyglądały na dorosłe. Były wielkie, ale widocznie głodne krwi. Szpak odetchnął ciężko, zanim gromadka szczeniąt schowała się za nim. Cóż za ciekawa sytuacja. Wilk zniżył się, jego skrzydła rozkładając i zasłaniając widok na tych nieszczęśników za nimi. Jak miały na imię? Nie było czasu o tym myśleć. Wilk odetchnął ciężko i zamachnął się łapą. Walka była krótka. Szpak był z pozoru większy, groźniejszy. Nie wart walki o parę chudych kości. Borsuk – najpierw jeden – wycofał się, prychnął i zniknął w lesie. Jego przyjaciel… przyjaciółka… pogoniła za nim. Szpak mógł się wyprostować. Cóż za ciekawa sytuacja w jakiej się znalazł.
— Nie miałem dzisiaj w repertuarze ratowania szczeniąt przed borsukiem. — Szpak odetchnął, bardziej do siebie i polizał się po boku, próbując położyć nastroszone futro.
— Nawet z dwoma! — jedno ze szczeniąt pozbierało się już z paniki i zerkało na niego z szerokim uśmiechem.
—Nawet z dwoma. — potwierdził. Szpak westchnął ponownie. Kiedyś sam był szczeniakiem, ale to zdawało się już być tak dawno. To tylko dwa lata, nawet mniej, odkąd dorósł. Rok? Czy on był już dorosły? Miał pracę… ale ledwie zimę temu, biegał po polanie wiedząc jak polować poprawnie. Może już był dorosły? Może nie.  — Co one was tak pogoniły po lesie? —
—Jak to co! Rzuciły się na nasze rybki! To je próbowaliśmy bronić! — kolejne ze szczeniąt szczeknęło w odpowiedzi. Ich głosy były wysokie, dziecięce jeszcze. Może jego też jeszcze taki był? —Ale one wtedy stwierdziły chyba, że my wyglądamy lepiej. To uciekliśmy! —
—Dziękujemy za pomoc. — jedna z dziewczynek nachyliła głowę w dół, panika nadal rozszerzała jej źrenice.
—Spoko. Rozumiem to. Ale gdzie się bawiliście? — Szpak pokręcił głową po drzewach. W którą stronę zabrać tą gromadkę? Na szczęście zanim ktokolwiek zabrał się do odpowiedzi, jego szczęście uśmiechnęło się. Na polanę wpadła … Smuga? Szpak nie pamiętał. Jej imię zatarło się pomiędzy jego myślami. Pomiędzy jego niebieskim niebem, które nie było w jej oczach. Niebieskie oczy… gdzie były te niebieskie oczy, których szukał…? Czy to ważne? Nie teraz, nie teraz!
—Ah… To chyba Twoje!  — Szpak uśmiechnął się do zmachanej wadery wskazując na gromadkę szczeniąt po środku polany, które powoli zbierały się z szoku i zaczynały szczekać przeinaczone wizje tej całej przygody.
—To moje. Tak… — wysapała, przerażenie widoczne na jej karku. Szpak zaśmiał się sam do siebie. Przed chwilą sam wyglądał dwa razy gorzej. Już ubił pióra do dołu, ale jego kark nadal był nieco napuszony. Cała ta sytuacja wydawała mu się nieco jak śmiech losu. Zamiast uśmiechu dostali nieciekawą sytuację, z której można by tylko się śmiać, bo co innego?

Szpula ominęła go, jej skrzydła przyłożone ciasno do ciała. Szpak zamrugał dwa razy. Jej loki były krótkie, jak jej pióra. Jak jej skrzydła. Sam rozłożył nieco swoje, niepostrzeżenie – miał nadzieję – i wpatrzył się w ich czerń. Ta błyszczała na niego zielenią i złotem. Kolorami, które czasem widywał na skrzydłach szpaków, kiedy szybowały pod gorącym słońcem i odbijały na piórach jego promienie. Tak i on teraz odbijał światło dnia, barwiąc się na kolory zupełnie różne od czarnego, ale nadal pozostając czarnym. Co za ciekawa sytuacja. Ale tak… po krótkim namyśle niezwiązanym z jego kolorem, doszedł do wniosku, że Szpula… Smuga… miała skrzydła nieco mniej proporcjonalne niż on. Ciekawe czy niosły ją tak samo wysoko jak jego. Czy mogła dotknąć nieba? Czy wiatr przyjemnie wchodził pomiędzy jej lotki? Czy szybowała nad morzem przy nutach szumu fal? A może nie mogła latać? Czy to byłaby tragedia dla wilka ze skrzydłami? Gdyby Szpak nigdy nie umiał latać, czy wtedy nadal pragnąłby mieszkać na niebie, jeśli nigdy by go nie zaznał?

—Dziękuję za pomoc. — w końcu wybudził go głos wadery, której niebieskie oczy znalazły się zaskakująco blisko niego.
—Nie ma problemu. Ale… powiedz mi. Jak masz na imię? — Szpak nie często bawił się w słodkie otoczki, ale zachowywał pewną dozę uprzejmości. Nie potrafił też powiedzieć nie z całej tej fasady, którą wykreował. Cóż za złota klatka, cieśniejąca coraz bardziej. A może to była po prostu obroża, którą mógłby zdjąć?
—Oh… — wadera wydawał się być zaskoczona. —Smoła. —
—Ah… Smoła. Ja jestem Szpak. Skąd ta zgraja tu przybiegła? — zaśmiała się. Powietrze nadal pachniało tym stęchłym zapachem napięcia. Trzeba było jakoś je rozładować ,aby jego skrzydła nie nastroszyły się jak u kury na gnieździe.
—Spod jaskini medycznej. Budowały tam staw kiedy… —
—Rozumiem. — odpowiedział Szpak. „Ty tak wiele rozumiesz” – głos Dany odbił się echem od jego czaszki. — Odprowadzę was. Osiem łap to więcej niż cztery do zagonienia tej bandy z powrotem… —
—NASZE RYBKI!— i jak na zawołanie masa małych łapek rozpędziła się w stronę jaskini medycznej.
—Czekajcie! — Smoła krzyknęła za nimi, ale musiała pobiec, bo dzieci się nie zatrzymały. Kto by pomyślał. Szpak ze śmiechem ruszył za nimi, jego skrzydła dając mu niesprawiedliwą możliwość wyprzedzenia szczeniąt zanim dobrze dotarły w głąb lasu, gdzie już nie było mu tak dobrze…

 

<Smoła?>


Od Smoły CD Szpaka ,,Ciche Szepty Nieba"

Drogę powrotną Smoła spędziła na przeklinaniu swojej lekkomyślności. Przecież czuła, że nie można tak po prostu podejść do obcego sobie i liczyć na ciepłe przywitanie. Może w wieku szczenięcym to tak funkcjonowało, ale teraz nie, nie pomiędzy dwoma dorosłymi, którzy nie wiedzą o sobie zupełnie nic. Dojrzały wilk by próbował poznać się przez kogoś, może zainicjować sytuację, w której byłaby możliwa rozmowa bez niezręczności spowodowanej brakiem powodu. A ona przecież miała już 2 lata. Powinna wiedzieć co należy robić.
Tymczasem szczeniaki wykopały już całkiem głęboki dół. Płytki, ale szeroki, nadający się na szeroką kałużę niż basen, ale nic nie wskazywało, że małe stawowe rybki miałyby cos przeciwko.
-Niezła robota.- Mruknęła Smoła, próbując zmyć z twarzy stres.
-A nic im nie pomagałem...- Kezuko obrócił się na drugi bok rozgrzanej od słońca, już przyklepanej trawie.
Smoła pozwoliła mu dalej spać i przejęła uwagę zgrai, chociaż nie była pewna, co powinni dalej zrobić. Czuła, że woda wsiąknie w glebę szybko, musiały więc czymś wyłożyć dno stawu. Nie przychodził jej żaden znawca ekosystemów na myśl, co prawda mają zielarza, ale co on by wiedział o stawach, nie zaufałaby Mikaelowi tej sprawie, jest za młody. Ale może ktoś z doświadczeniem….Eureka. kłamała zębami w powietrzu, jakby łapiąc przelotny pomysł: Konstancja! Często pilnowała jej sióstr i wydawała się naprawdę mądrą, doświadczoną życiem wilczycą. Zerknęła więc na towarzystwo, zajęte znoszeniem kamieni z okolicy na dekorację, później na śpiącego, rogatego basiora, którego niebieskawe futro falowało na delikatnym wietrze popołudnia. Co mogło im się stać pod jej nieobecność.
***
-Dzień dobry?- Głęboki głos wadery poniósł się echem po małej, acz przytulnej wilczej norce. 
Ciepłe słońce wpadało do środka przez krągłe otwory wydrążone tuż pod sufitem, wsparte krzyżowym stelażem z patyków, a obramowane szmacianymi firankami, każda w inny wzorek. Ściany wydawały się nas wyraz zadbane i schludne, a to za sprawą gładkiej pokrywy z czerwonej gliny, w której co jakiś czas dało się zobaczyć odciśnięty kształt wilczej łapy. Na środku nory stała duża bela przepołowiona tak, żeby płaska połowa tworzyła blat stolika. Na blacie leżała kolejna nakrapiana szmatka i gliniany wazonik polnymi makami. Smoła rozpoznała ów naczynko. Jej matka zwykła lepić podobne jak była młodsza.
-Zień dobry, dzień dobry, złociutka, jak ty wydoroślałaś!
Babcia Konstancja wyglądała jeszcze bardziej jak uschnięta na słońcu rodzynka, niż ją zapamiętała z dzieciństwa. Jej oczy były już praktycznie cały czas przymknięte, możliwe, że już całkowicie ślepe. Komplement z dorośnięciem musiał więc być co najwyżej nawykową grzecznością.
-A babcia też się nieźle trzyma.- Podeszła do stołu.- Maki już kwitną?
- W końcu Maj, to i maki.- Zaśmiała się jak nienaoliwiony ludzki wihajster. - Nazbierałam też nagietka to ci zrobię herbaty bo na pewno się zmahałaś.
- Ja trochę w pilnej sprawie, praca czeka. 
-A na kogo została obsadzona, he?
- Na dokarmiacza. Chociaż gdy dzieci są najedzone to zazwyczaj po prostu mam na nie oko.
- Ach, to były czasy, kiedy sama pilnowałam tej bandy zgrywusów. Ciebie też, oj tak. A ta twoja siostra ciągle mi uciekała i gubiła się w le…
- Na pewno to długa historia, a ja przyszłam po krótką poradę.
Staruszka jakby zgubiła wątek, zamilkła, po czym na jej siwym pysku wymalował się wesoły grymas palącej tajemnicy.
-Na pewno jakiś kawaler.
-Co? Nieee, co pani!
- No przecież toć widać po tobie, żeś cała w motylkach….starej Konstancji możesz powiedzieć.
Dlaczego w pierwszym odruchu przypomniała sobie o dzisiejszym spotkaniu tego czarnego nieznajomego. Nie, to jakaś głupota, niedorzeczność jakaś. Dlaczego on pojawił się jako pierwszy?
-Chodzi mi o poważne sprawy. Takie jak budowanie przyszłości czy pilnowanie bezpieczeństwa!- Parsknęła zakłopotana.- Budujemy sztuczny staw obok jaskini medycznej i potrzebujemy ją jakoś zabezpieczyć przed wysychaniem.
-Oh, no dobrze.- Pani Krzemkowa wróciła do przelewania herbaty.
- Czy ma babcia pomysł jak to zrobić?
- Cóż, moja jaskinia jest całkiem wodoszczelna. A wszystko, co należało zrobić to wyłożyć ją gliną i pozwolić jej wyschnąć na skorupę. Dodałam sporo żwiru, żeby była bardziej stabilna, znaczy…mój mąż dodał.- Rozmarzyła się melancholijnie.- On wiedział jak budować.
Postawiła dwie czarki na stole wypełnione ziołowym naparem. Smoła wypiła połowę jednym łykiem.
-A skąd on.- Ugryzła się w język- ta glina została zaczerpnięta?
- Tu niedaleko jest takie osuwisko, dużo odsłoniętej ziemi, gliniasta. Dobra.
Pomlaskały obie rozprowadzając po języku kojący smak nagietka, a Smoła wlepiła wzrok w zieleń serwetki na stole.
***
Wilczyca wróciła pod jaskinię medyczną, by powiedzieć dzieciom, czego się dowiedziała. Nie zastała jednak nikogo. Krótki ogon podkulił się, gdy zobaczyła obskrobaną korę na pobliskim drzewie i ślady walki na polanie. Pojemniki z rybkami, ustawione w cieniu pod dużą szarą olchą, były stratowane i rozlane, a srebrno-rude rybki leżały bez życia na udeptanej trawie.

(Szpak?)


piątek, 9 maja 2025

Od Szpaka CD Smoły

Lato było piękne. Wszystko wokół kwitło i niebo było ciepłe. Ten błękit przypominał mu kolor oczu, którego szukał. Czegoś pięknego, niejednolitego. Odzwierciedlenia wolności, której tak pragnął. Szpak leżał na plecach, jego skrzydła rozłożone po jego bokach, zielona trawa wbijając się między pióra z największą delikatnością. Uśmiechał się. To niebo, ta wolność przytaczały do jego myśli spokój, wspomnienia. Pewne wspomnienia, które sprawiały że w jego sercu ponad spokój narastała tęsknota. Znał te oczy, których szukał – z dzieciństwa. Czarne futro, zapach zimy i błękit kochających oczu. Ale czy pamiętał dobrze? Może przez lata wpatrywania się w chmury wyobraził sobie swoją mamę z dokładnie takimi oczami jakie sam chciałby mieć. Może jej oczy były zielone,  a jej futro wcale nie było czarne. Może sobie to wszystko ubzdurał przez lata. W końcu nie pamiętał jej. Pamiętał tylko zbitek sierści, który przyszedł wraz z jego rodzeństwem.

Szpak odetchnął ciężko. Wolne dni były jego ulubionymi, kiedy mógł się zrelaksować. Ale lubił też pracować, to też były jego ulubione dni. Czy można mieć wiele ulubionych dni, kiedy w każdym z nich dzieje się inna dobra rzecz? Może. Ale czy to nie czyni słowa ulubione nic nie znaczącym? Jego skrzydła zadrgały niespokojnie, świerzbiąc do lotu. Ale Szpak nie chciał teraz nigdzie lecieć. Ta polanka witała go ciepłem letniego słońca, spokojem i chłodnym kamieniem, który leżał pod jego plecami, zapewniając dozę ulgi w ten gorący dzień. Powietrze było suche, wilgoć i wiatr prawie nieistniejące. Lot w takiej pogodzie byłby trudny. Nie niemożliwy, tylko bardzo wymagający. I Szpakowi zwyczajnie nie chciało się aż tak wysilać. Nie kiedy mógł leżeć na ziemi i wpatrywać się w niebo, sam ze swoimi myślami.

Tyle nocy i spacerów i Dana nadal nie powiedziała mu nic o swojej miłości, a Szpak miał problem określić czy trzyma odpowiedni dystans i nie daje jej za wiele możliwości do pokochania go bardziej. Ale nie mógł jej też odmówić. Dlaczego? Skąd w nim taki problem powiedzieć nie. Podobno to było słowo bardzo proste do wypowiedzenia, a jednak zamierało mu w piersi kiedy na nią spoglądał. Zamierało w panice. Wadera nie była nachalna, ale była w jego życiu niemal codziennie, zawsze szukając go i znajdując od czasu do czasu. I była taką dziwną obecnością w jego codzienności. Jakby nie mógł się jej pozbyć na żadne sposoby. Szpak chciał też aby jego dni były spokojne jak ten. Bez niej w nich. Nie kochał jej – w końcu przyznał przed sobą otwarcie. Nie było w nim ani szybkiego bicia serca, ani motylków w brzuchu. Była tylko myśl o ucieczce, o zakończeniu tego, ale był zbyt miły, za mało asertywny. Jak uciec? Jak powiedzieć nie? Czekał na nią. Na jej ruch. Kiedyś ona zbierze się na odwagę, której Szpakowi brakuje i mu powie. A wtedy on wybroni się, ucieknie od tego uczucia, przestanie chodzić z nią na spacery, powie jej  - a ja nie. Ja nie kocham, nie wiem czemu.

Lato męczyło jego myśli i ciało prawie codziennie. Jakby o tym pomyśleć to lato było piękne, ale Szpak wolał wiosnę. Wtedy było chłodniej, słońce nadal odpoczywało po zimie i nagrzewało się powoli. Teraz było parszywie gorąco. Ciemna skóra pod ciemnym futrem niczego nie ułatwiała. Ale sen zawsze był dobrą pomocą. Szpak właśnie zamykał oczy, kiedy pospieszne kroki wpadły na polanę.

—Hej! — ktoś krzyknął. Ktoś obcy, głos, którego Szpak kompletnie nie znał. Coś nowego, coś świeżego co zakłóciło jego spokój.  Obrócił się do źródła tego dźwięcznego głosu, który przerwał zaczątki jego błogiego snu.
—My się znamy? — zapytał, jego pysk wykrzywiony z wypracowanym uśmiechu, nie do końca szczerym, po prostu miłym. Nie wstał pleców, po prostu podniósł na nią głowę. Może to było niezbyt miłe, ale jednak właśnie przed sekundą jego ciało rozluźniało się aby zapaść w bezruch snów.
—Nie wydaje mi się. — przyznała, jej osoba nagle bardzo blisko jego. Szpak zamrugał, w pełnym słońcu jej futro było ciemne jak jego, ale pod nimi mieniła się skóra. Zupełnie różna, różowiutka jak u szczenięcia. Piękna. Czemu Szpak uznawał skórę za piękną? Ciężko powiedzieć. Po prostu uważał niektóre rzeczy za piękne, wbrew sobie. A może właśnie w zgodzie z sobą. Wilk położył z powrotem głowę na trawę, a wadera zawisła nad nim. —Dopiero co wróciłam z długiej podróży, niewielu zdążyłam poznać. — Ach… A więc podróżniczka. Ciekawie. Pewnie wiedziała wiele nieba. Ciekawe czy niebo jest wszędzie takie samo?  Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Szpak powinien czuć się nieswojo, może trochę tak było, ale jego myśli o kolorze nieba zabrały większość uczucia w niepamięć.
—Przynajmniej oczy masz inne. — wadera przerwała jego myśli, sprawiając, że te oczy spojrzały w jej. Oh… Błękit. Wadera miała błękitne oczy. Szpak odetchnął – to nie był ten kolor, którego szukał. Jej oczy było chłodniejsze, nieco zbyt nieobecne, głębokie. Przypominały bardziej zimny ocen niż niebo. Może diament, bo odbijały światło jak te małe kamyczki nie zabierając go dla siebie nawet w najmniejszym kawałku. Wadera  była ciemna, czarna jak on. Ale to już widział. Miała skrzydła jak on. Miała  ogon, krótki, inny od jego. Ale rzeczywiście z daleka byli bardzo do siebie podobni.
—Co myślisz, że jestem klonem? — zaśmiał się, jego uśmiech nieco bardziej szczery. Ta sytuacja właściwie była nieco zabawna i Szpak właśnie znalazł w sobie to rozbawienie.
—Nie mam pojęcia, jakim cudem istniejesz i nie jesteś w mojej rodzinie. Kogo masz za rodziców? — spytała. Pytanie zawisło na chwilę w powietrzu. Zrobiło się niezręcznie. Szpak zamyślił się, zmieszał, rozbawienie zniknęło z jego pyska. Nie miał rodziców, prawda? Każdy miał rodziców. Tylko nie każdy ich znał. Nie mógł powiedzieć, ż ich nie ma. Czy jego mama w ogóle była ciemna jak on? Czy może powinien należeć do jej rodziny? Dlaczego to wszystko było tak dziwne? Jej pytanie wzbudziło w nim myśli i tęsknotę, którą chciał przespać jeszcze przed chwilą. Już miał mówić, już odpowiedzieć, ale na polanę wpadły kroki, które Szpak dobrze znał.
—Szpak, tu jesteś. — Dana weszła w ich rozmowę jak burza, roztrzaskując resztki słów jak wiatr. Szpak podniósł głowę, a nowa koleżanka spłoszyła się jej przybyciem odstępując parę na parę kroków w tył.
—Muszę już iść. Pilnuję dziś dzieci. Ubzdurały sobie, że wykopią staw dla rybek. — przynajmniej rzuciła mu jakieś pożegnanie, zanim uciekła w las. Ale Szpak nie znał nawet jej imienia. Huh…

Dana podeszła bliżej, równie zaskoczona jak Szpak. Nachyliła się nad nim.
—A tej co? — zapytała, jej pysk skonfundowany, jej błękitne oczy – te pełne ciepła, spoglądały w te jego.
—Nie wiem. — odpowiedział zgodnie z prawdą. — Nie jestem do końca pewien kto to. — przyznał przed Daną. Rzadko mówił jej takie rzeczy. Starał się raczej trzymać rozmowy płaskie, nieistotne. Ale Dana zawsze znajdowała sposób aby go dalej kochać. Dlaczego?
—Ah. To… Wydaje mi się, że to jednak z córek Domino. Szkoła? Spólka? Sadza. Chyba Sadza. — Dana szepnęła jej wzrok obserwując miejsce gdzie zniknęła. — Sadza, Domel i Katerek, czy coś podobnego. Jest młodsza od nas chyba… Nie wiem. Nie znam jej za dobrze.—
—Rozumiem… —
—ah… Ty zawsze wszystko rozumiesz. — Dana uśmiechnęła się szeroko. — idziemy na spacer? —
—No dobrze. — Szpak nie potrafił jej odmówić. Zgodził się. Znowu i znowu. Czy on szukał jej towarzystwa czy w końcu go nie chciał. Skąd to zawahanie w jego sercu i panika w jego żołądku? Poszli. Na spacer. Kolejny z wielu. Ale Szpak się jeszcze zastanawiał trochę o Sadzy. Ciekawiła go, jak wiele rzeczy w jego życiu. A może była tylko wygodna wymówką, żeby nie myśleć za dużo o uczuciach wadery u jego boku.

<Smoła?>


Od Szpaka - "Ciche szepty nieba" cz.3

Szpak spojrzał w górę. Nad nim niebo przebijało się przez zielone liście. Wiosna zawitała do WSC pełną siłą, martwy las wracając do swojego stanu zieloności. Wszystko wyglądało cudownie, pięknie. Zapachy kwiatów i szum wody towarzyszył Szpakowi jak oda do tej pogody. Basior leżał, zaspany pod krzakiem róży przy Różanym Wodospadzie. Poranek przywitał go ciepłem i hukiem wodospadu. Jednak żadna z tych rzeczy mu nie przeszkadzała. Zapewniała za to pewien spokój. Monotonny dźwięk Wiosenny wart targał drzewami, które szykowały się do lata.

Szpak wstał. Dni wolne powoli narastały, więcej i więcej, częściej i częściej. Wraz z wiosną przyszedł czas aby łowcy odpuścili trochę. Ten czas przynosił znacznie lepszą zwierzynę. Była też znacznie prostsza do znalezienia i złapania. Spichlerz był pełny po jednym dobrym polowaniu. Dlatego łowcy spotykali się raz na trzy, może cztery dni. Tak aby mięso nie zepsuło się za szybko, schowane w norze, w której chłodna ziemia trzymała ich temperaturę w odpowiedni sposób. Potem polowanie i znowu dni wolne. I tak to się powtarzało. Latem to samo. Łowcy mieli proste życie. Banalne wręcz. Szpak lubił tą pracę coraz bardziej, chociaż kiedy pracował tak rzadko zdarzało mu się, że nie miał jak oderwać myśli od swoich problemów.

Wolność nadal go męczyła. Jakby nie chciała dać mu spokoju. Miał wrażenie, że to była jego udręka. Właśnie ta wolność, której nie potrafił znaleźć. Ona była kajdankami, które trzymały go na ziemi, kiedy jedyne co chciał to być na niebie. Ale dzisiaj nie mógł. Wczoraj latał do późnego wieczora i jego skrzydła bolały dzisiaj od wysiłku. Bolały, więc chciał dać im odpocząć. Tak jak on sam potrzebował odpoczynku. Spacer zawsze dobrze robił innym wilkom na humor, tak mu powtarzały. On sam też próbował spacerów. Dana często wyciągała go na nie. Nudziło mu się czasem ,a czasem nie. Jednak kiedy musiał przejść się sam odkrywał, że jego myśli błądzą. Znowu i znowu. Wolność, miłość, a raczej jej brak i przynależność. Trzy wartości, które nie potrafiły znaleźć sobie miejsca w jego sercu, duszy czy chociażby umyśle. W ciągłym ruchu – jak on.

Wolność. Ten temat poruszał dzień w dzień. Szpak miał wrażenie, że to była już jego mantra, którą powtarzał jakby nie wiedział co to słowo znaczy. Bo nie wiedział. Dla każdego znaczy w końcu coś innego. Dla niego to było niebo i wolny lot. Gdzie ziemia i ciało nie stanowią granic, gdzie mógłby zlać się z błękitem i pozostać na zawsze. A jednocześnie była to dla niego możliwość wyboru. Gdyby chciał to mógłby zmienić stanowisko na inne. Mógłby wybrać sobie miejsce do zamieszkania i uznać za swoje. Mógłby znaleźć sobie kogoś i założyć rodzinę. Ale mógłby też nigdy tego nie zrobić. I nie robił. Był w ciągłym ruchu, jak jego myśli. Niespokojny, acz pogodzony z tym faktem.

Miłość. Coś co zdawało mu się obce. Czasem Szpak patrzył na pary chodzące bok w bok wzdłuż morza. Mezularia i Rana? Wyjątkowa para – niespotykane żeby ptak kochał wilka i wilk ptaka. Ale jednak. Niegdyś, jeszcze przed zimą, można było spotkać Ry i Florę, spokojnym krokiem przemierzających piaski. No i była też Dana. Dana jak rzep na jego ogonie. Ale nie mógł narzekać. Podobno to miło kiedy ktoś jest w Tobie zakochany i daje ci tyle miłości. I miłość ma być bezcenna, bezinteresowna. Ale Szpak jakoś tego nie czuł. Dziwnie było spoglądać w ten ognisty błękit oczu wadery i wmawiać sobie, że może cos jednak do niej czuje, kiedy jego serce wiało pustką. „Motylki i szybkie bicie serca!” – tak podobno wilk się czuje kiedy kocha. Ale Szpak jedyne co czuł panikę i dyskomfort na słowa Dany. Miłość zdawał się go unikać. Czy to dobrze? Czy to źle? Ciężko określić. Może miłość też jest wolna, jak on i po prostu nie chce do niego przyjść, jeszcze w ruchu. W ciągłym ruchu.

I przynależność. Gdzie Szpak przynależał. Mógłby wymienić parę swoich przynależności i nie zawahać się, a jednak nie czuć niczego w sobie. Podobno przynależenie na długą metę zostawia w sercu ciepło, bo wiesz że masz gdzie wrócić, ale Szpak tego ciepła nie potrafił znaleźć. A przynależał do wielu rzeczy. W pierwszym rzędzie był wilkiem ze skrzydłami. Przynależał do takowych, prawie jak do podgatunku własnego gatunku. I mógłby udać się do wilka o swoim wyglądzie i pytać go o latanie i oboje wiedzieliby o co chodzi. Ale… czy to ma sprawiać, że ciepło mu w środku. Niekoniecznie. Sam też wiedział jak latać. Przynależał też do samego gatunku wilków. Przynależał do WSC – miejsca, które śmiał nazywać domem. Ale… nie miał domu tak w rozumienia tego słowa jako węższe. Ciągle chodził. Więc do czego przynależał wtedy? Czy musiał przynależeć? Jego praca, gatunek, miejsce zamieszkania – czy to wszystko czyniło go wilkiem, czy on sam kreował się na tego kim jest? Czy da się uniknąć przynależności?

Szpak przeszedł się aż pod Trawiaste Góry czy jak temu tam było. Czasem zapominał jak daleko sięgają tereny WSC. Bywał tutaj rzadko, raczej trzymając się centrum. Tam było prościej spotkać się z innymi wilkami, a tu było… spokojnie. Wysoka, zielona trawa opowiadała o wiośnie kołysząc się w delikatnym wietrze. Góry przed nim straciły śnieg, niższe go gór , które pięły się do nieba na horyzoncie. Tamte jeszcze bieliły się na czubkach. Odgradzały lasy WSC od stepów. A te? Te stanowiły granicę WSC z czymś dalej. Z czymś więcej! Co było poza nimi, jak daleko ciągnął się świat? Czy tam były wilki z problemami takimi jak jego? Może. Może. Ale były daleko. Nie znaczyło to nic. Nie teraz.

Wodospad Skalisty, skałkowy, cokolwiek – był dość ładny. Schowany pomiędzy szczytami w dolince, tocząc się w dół jak mała kaskada.  Spokojny i niewzruszony światem i niedawnym roztopem. Lądował w małym zbiorniczku po czym uciekał gdzieś w dal strumieniem. Skąd się tu wziął i dlaczego spadał? Natura już taka była, że robiła niektóre rzeczy wyłącznie dla piękna. A może to piękno było też przydatne. Szpak rozłożył się na brzegu, wsłuchując w szum spadającej wody. Jego ciemne futro nagrzewało się od gorącego słońca, sprawiając, że uchylił pysk aby trochę się schłodzić. Po dłuższej chwili takiego leżenia zbliżył się bardziej do wodospadu, gdzie kropelki rozpryskiwały się na boki i spadały na niego. Każdy dodatkowy sposób chłodzenia się był przydatny. Jego ciemna skóra nie ułatwiała życia w słońcu. Ale też sprawiała, że raczej nie marznął, nawet zimą, kiedy słońce było znacznie chłodniejsze.

Otrzepał się. Leżał tak, spał i rozmyślał, aż słońce zeszło prawie do samego horyzontu. Mógłby niby zostać tutaj na noc, ale jednak lepiej czuł się w centralnych terenach WSC. Szpak podniósł skrzydła w górę. Jego pióra zabłyszczały w resztkach słońca, pokazując wszystkie skryte kolory w jego czerni. Po czym rozpędził się i wzleciał. Rzadko latał w górach. Było to dość ciężkie, bo ciężko latało się w górach i ciężko szukało się gór, w których można było latać. Powietrze, tutaj było rześkie, ciepłe, wiosenne. Wszystko czego można by chcieć od tej pory roku. Szpak mógłby powiedzieć, że wiosna to jego ulubiona pora. Nie za ciepło, nie za zimno, nic nie kwitnie za mocno i niebo jest koloru delikatnego błękitu. Nie jest tak zimne jak zimą i nie jest ciepłe jak latem. Jest… idealne. Szpak uwielbiał takie niebo.

Docierając do jakieś małej polany wybrał sobie kawałek trawy i na niej położył, składając zmęczone skrzydła. Leciał tylko chwilę, do Lasku. Tam zawsze znajdowało się jakieś miejsce na jego osobę. Zawsze.
—Szpak! — i wtedy też usłyszał ją. — Szpak! — Dana wpadła na polanę uradowana. — Szukałam Cię wszędzie! — oznajmiła mu jakby to było coś oczywistego. Szukała go? Po co? Mieli wolny dzień, mogła robić co chce, dlaczego więc szukała akurat jego?
—Ah. Potrzebujesz czegoś? — zapytał, spoglądając w te pełne ciepła błękitne oczy. Jego zielone oczy obijały się w jej. Szpak marzył czasem aby mieć oczy koloru nieba. Takie idealne. Zimne zimą, ciepłe latem i błękitnie perfekcyjne wiosną. A jesienią? Jesienią błyszczące gwiazdami. Nocne niebie w końcu też było interesujące. Gwiazdy – nawigatorzy, błyszczące w górze.  Nocne loty sprawiały, że on sam był prawie niewidoczny, że jego marzenie o zlaniu się w jedno z niebem spełniało się w pewnej dozie. Ale Szpak preferował błękit nieba, nie jego czerń. Może po prostu musi nauczyć się je  doceniać.
—Nie. Chciałam po prostu pość z Tobą na spacer, pogadać. To co zawsze. Moi bracia dzisiaj poznikali gdzieś. Danny pewnie walczy,  a Dally jeśli nie jest u kronikarza to siedzi u  Bleu. — odetchnęła, jej krok zbliżając się do miejsca gdzie Szpak leżał spokojnie.
—A, rozumiem. — Szpak nie rozumiał, ale czy musiał to komuś przyznawać? Nie.
—Wiem. Ty zawsze wszystko tak dobrze rozumiesz. Wiesz co powiedzieć, kiedy ja nie wiem. — przyznała siadając bardzo blisko i kładąc się obok niego. Jej bak oparł się o jego, a ona odetchnęła ciężko, jej oczy tracąc na chwilę całe ciepło i stając się odzwierciedleniem nocy. Ciemne pomimo swojej jasności. — Nie wiem już co ja mam zrobić z braćmi. Oboje są szaleni. Jeden pracuje do późna, drugi walczy do krwi. Oboje traktują mnie jak dziecko, jakbym nie umiała nic sama zrobić. Nie tak jak ty. — przyznała.  — Ty widzisz mnie tym kim jestem. Doceniam to, wiesz? — jej oczy wróciły do tego ciepła. Co za zmiany w czymś tak prostym jak wzrok. A jednak. Szpak poczuł nieprzyjemny dreszcz. Przez chwilę miał nadzieję, że jej miłość, czymkolwiek była w końcu stała się czymś obcym dla nich obu. Jednak nie.  Jednak to uczucie nadal było  w jej środku i nagle jakoś tak silniejsze. Bardziej przytłaczające. Szpak nie wiedział co zrobić, więc po prostu leżał, milczał.
—Dziękuję, że jesteś wiesz. Bo jesteś jedną stabilnością jaką mam. — mruknęła, jej oczy wbite w ciemniejące niebo. — Nasze spacery, nasze rozmowy, to wszystko sprawia, że przestałam się czuć cieniem moich braci.  — pokiwała głową. — Pozwolisz, że zostanę dzisiaj na noc tutaj, z Tobą? Nie chcę wracać do pustej jaskini. —
—No dobrze. — zgodził się. Zawsze się zgadzał. Czy kiedy powie mu że go kocha to też się zgodzi? Zgodzi się czy po prostu ucieknie do wolności błękitu, który kocha? Czy miłość powinna go przerażać?
—Dziękuję. — szepnęła Dana i położyła głowę na łapach. Szpak nie poszedł jeszcze w jej ślady. Futro innego wilka na jego boku było dziwnym, obcym uczuciem. Zaschło mu w gardle, oczy zaszły łzami – był przerażony tym wszystkim, ale tylko zamknął oczy na to uczucie. Oczy i serce. Ułożył się wygodniej i z pędzącymi myślami zasnął. Panika nie miała sensu nad czymś tak bezsensownym.

<CDN>


czwartek, 8 maja 2025

Od Smoły do Szpaka - ,,Ciche Szepty Nieba"

Fala upałów nawiedziła las, zalewając okolicę utęsknionym oczekiwaniem najcieplejszej pory roku. Bujna roślinność, która wystrzeliła z wilgotnej po roztopach i wiosennych powodziach ziemi, teraz jakby zaskoczona nagłą zmianą warunków, uginała się na pochylonych, wiotkich szyjach z powrotem do własnych korzeni. Klapnięta trawa na łąkach przywiodła przeróżne dzikie trawojady, które szukając odrobiny wody, wyskubują jej choćby najmniejszą, zamkniętą w liściach cząstkę. Rzeczułki zwęziły się, niektóre całkowicie wyschły, a zamknięte w błotnistych kałużach drobne rybki ściskały się ze sobą. Smoła rozejrzała się ze szczytu wysokiego wzgórza, wypatrując zagrożeń.
- Czysto.
- Ej, ostrożnie! - Jałonka jęknęła gdzieś na dole.- Zgnieciesz ją!
- Mogłabyś ciszej?
Jałonka była zbyt zajęta piorunowaniem Dalię wzrokiem, by przyuważyć, że Talia bierze w łapki kolejną rybkę ze stawiku.
-Patrz na to.- Mruknęła cichutko.
Z jej dodatkową parą łapek mogła nieść aż dwie rybki.
- A już się bałam, że będziemy chodzić głodni.- Smoła zbiegła do dzieci.- Dobra robota, młodzi łowcy.
Jałonce oczy się rozszerzyły w oburzeniu.
-My nie będziemy ich jeść.- Parsknęła.- Zbudujemy im staw.
-Staw?.-Kezuko, drugi opiekun dzisiejszego psiego patrolu, widocznie podsłuchiwał.- Macie pomysły naprawdę.
Ale pomimo sceptycznego nastawienia dorosłych, dzieciaki były nieugięte. Smoła zaproponowała, żeby przenosić rybki we wklęsłych kawałkach kory, żeby ryby przeżyły tę morderczą przeprawę do centrum watahy. Smoła prowadziła, wypatrując, a Sasanka i Prymulka zamykały pochód, gdyż były najmniejsze i nie nadążały za starszymi dziećmi. A staw? Gdy dotarli pod jaskinię medyczną, dzieci Kezuko uznał, że to całkiem dobre miejsce, nieopodal olchy która rzucała pełny, kojący dla zmysłów cień. Talia była pierwsza do kopania, ale jej siostry nie dało się namówić na nic więcej niż na parskanie na błędy wykonawcze.
- Ble- Dalia przetarła zniesmaczona pysk.- Uważaj jak sypiesz.
Prymulka przyglądała się pracy sześcionożnej z wielkim zaciekawieniem, mimo iż jeszcze nie potrafiła mówić, kładła łapki na grudkach ziemi i zmiatała je z drogi z siłą opadającego liścia.
Smoła natomiast, wiedząc, że może spuścić oko z podopiecznych, ułożyła się wygodnie na trawie i wlepiła wzrok w błękitne niebo. Obłoki posuwały się leniwie na zachód, delikatne powiewy poruszały szeleszczącymi liśćmi srebrzystej olchy. W pewnym momencie ciemny kształt przefrunął z lewej strony. W pierwszym odruchu pomyślała, że to ptak, ale tak duży? Kształt zatrzymał się powietrzu, rozglądając się dookoła, a wadera miała nieodparte wrażenie, że właśnie wlepia ślepia we własne odbicie. Czarny jak smoła wilk z parą silnych skrzydeł. A może wilczyca? Ciężko było ocenić z takiej odległości. Zanim jednak mogła wstać i krzyknąć do nieznajomego, ten już zniknął ponad koronami drzew.
- Kezuko?
-Tak?
-Przypilnuj dzieci, muszę coś sprawdzić.
Próbowała wznieść się w powietrze, jednak było na tyle parno i sucho, że zdawała się być dwa razy cięższa. Jej krótkie skrzydła nie podołały, po kilku wznosach musiała opaść na trawę z poczuciem porażki i zażenowania.
- Niezbyt poręczne te skrzydła.- Parsknęła Dalia.
Smoła pobiegła więc na 4 łapy. Podążała w kierunku lotu nieznajomego, nie mogła mieć jednak pewności, czy nagle nie skręcił.
Zupełnie z głową w chmurach w końcu wpadła na kogoś z hukiem.
-Matko, przepraszam.- Wadera podniosła brązową waderę z gleby.
- To ja przepraszam, myślałam, że jesteś kimś innym.- Zaśmiała się.- Szukam przyjaciela.
- Kogo?
- Taki zupełnie jak ty, Szpak się nazywa. Widziałaś go może?
- N-niezupełnie. -Obejrzała się po niebie.- Dam znać, jak spotkam tego twojego przyjaciela.
- W zasadzie.- Zarumieniła się.- On jest kimś więcej niż tylko przyjacielem. Nie mogę jednak znaleźć słowa, żeby to opisać. Taka wieczna niepewność, jakby most pomiędzy jednym a drugim, czymś co znam, a czego nigdy nie próbowałam. Rozumiesz mnie?
-Emm…-Zmieszała się.- Może lepiej pójdę już.
Uciekła ze spotkania, zanim wadera zdążyła się pożegnać. Wbiegła na nie zalesioną polanę o lepszym i szerszym widoku na okolicę. I wtedy go wypatrzyła.
-Hej!- Zupełnie nie wiedziała, co robi, ani jaka niestworzona siła pcha ją do tak lekkomyślnych i frywolnych akcji. Czy nie powinna zachowywać się jak przystało na dorosłego i nie biegać za byle kim po lesie? Być może. Ale coś sprawiło, jakiś niezrozumiały dla niej zapał odkrycia zagadki, która stanęła przed jej oczami, by po chwili kapryśnie zniknąć.
Wilk odwrócił się w jej kierunku, zaskoczony bezpośredniością.
- My się znamy? - Uśmiechnął się nieco wymuszenie.
-Nie wydaje mi się.- Zmierzyła się nos w nos z młodym.- Dopiero co wróciłam z długiej podróży, niewielu zdążyłam poznać.
Mówiła coraz ciszej, aż wreszcie zamilkła, oczarowana podobieństwem ich obu. Nie znalazła na jego futrze ani jednej jasnej plamki, skrzydła były dużo większe od niej, co postanowiła dyskretnie ukryć, podkulając swoje pod boki. Wyprostowała się dumnie i nachyliła się nad jego pyskiem.
- Przynajmniej oczy masz inne.
Zielone, duże, szkliste. Przypomniała sobie szybko, jak nietaktowna mogła być ta inspekcja, więc szybko cofnęła głowę.
- Co, myślisz, że jestem klonem?- Rzucił żartem na rozluźnienie atmosfery.
- Nie mam pojęcia, jakim cudem istniejesz i nie jesteś w mojej rodzinie. Kogo masz za rodziców?
Nie spodziewała się takiego zmieszania na tak proste pytanie. Może naprawdę go onieśmiela?
-Szpak, tu jesteś.- Znajomy głos brązowej, której nawet nie spytała o imię, dobiegł zza jej pleców.
Wadera poczuła nieprzyjemne ukłucie w głębi trzewi, jakby pojawienie się tej wilczycy psuło jej humor, albo komplikowało sytuację. Zrobiła kilka kroków w tył.
-Muszę już iść. - Jej wyraz twarzy zmienił się z niezdrowie zaciekawionej do beznamiętnej z kilka chwil.- Pilnuję dziś dzieci. Ubzdurały sobie, że wykopią staw dla rybek.
(Szpak?)

środa, 7 maja 2025

Od Szpaka - "Ciche szepty nieba" cz. 2

Szpak odbił się od ziemi jak mała piłeczka. Jego krok był pewny, jego bied szybki. Okiem zerkał na bok gdzie w panice biegła sarna, dotrzymując mu kroku, a jednak to  on panował na sytuacją. Zgrabnie manewrował pomiędzy drzewami, trzymając ofiarę tylko na brzegu swojego spojrzenia. To była pogoń. Pogoń, która dla niego była codziennością, dla sarny natomiast – skończeniem życia. Szpak jej nie zazdrościł. Nie chciałby być na jej miejscu. Spanikowany, bez drogi ucieczki z przekonaniem, że może jednak się uda. Jednak Myszka – ta zgrabna błękitna wilczyca o niebieskich oczach pełnych ognia siedziała jej zaraz pod kopytami, kłapiąc na nie zębami. Jeśli sarna nie chciała stracić życia musiała biec. Więc biegła. A wilki razem z nią. Szpak wyskoczył ze swojej ustalonej trasy na znak od Irysa. Basior właśnie rozpędzał się w kierunku ofiary, a czarnemu basiorowi zostało tylko jedno. Wypadł przed sarnę nadal biegnąc przed siebie, jakby uciekał. Wypadł na polanę pierwszy, jego skrzydła rozłożone momentalnie jak ściana przed sarną. Ta zawahała się, zęby Myszki wbijając się w jej kopyto i przewalając ją na bok w panice. I potem była już tylko krew, kiedy Irys dopadł się do jej gardła sekundy później. Szpak nie odwrócił głowy. Krew pachniała mu dziwnie obco, jakby nie była częścią jego diety. Jakby pod jego skórą wisiała zapomniana obietnica aby jej już nigdy nie wąchać. A jednak tylko zamykał się na te uczucia. Praca była pracą, jedzenie jedzeniem i niczym więcej. Dlaczego więc dreszcz przechodził mu po karku kiedy się kaleczył? Kto wie.
Rozciągnął się. Jego skrzydła wielkie ponad jego posturą. Bardzo przydatna narzędzie dla jego stanowiska. Kiedy blokuje się ucieczkę zajmowanie jak największej ilości miejsca na takową jest bardzo użyteczne. Jednak w lesie, pomiędzy korami i chaszczami, które wkrótce powrócą do gleby, wszystko będzie trudniejsze. Zawsze jest trudniejsze. Latem nie widać nieba w lesie. Drzewa zamykają się na nim jak klatka. Złota, bo może z niej wyjść, a jednak nie chce. Duszące uczucie zamknięcia trzymało go przy ziemi gdzie jego zmęczone ciało mogło ukryć się przed rześkimi deszczami i burzami. Ale jednak niebo – ta wolność. Ta tęsknota. Gdzieś nad nim zakrakał kruk, jego czarne skrzydła bijąc powietrze z potęgą jaka tylko to zwierze może mieć. Szpak zadarł pysk, cień uśmiechu pojawił się na jego pysku. Czasem chciałby móc pomówić ze zwierzętami zamiast drzewami.
Zmęczenie dopadło jego mięśnie, jak codziennie. Ten zgrzyt w kościach, to ciągniecie w nogach, swędzenie w skrzydłach, które chciałyby trochę więcej.
—Na dziś starczy. Złapaliśmy wystarczająco. Jutro wolne.— Irys oświadczył, kiedy spotami się wszyscy. Wszyscy, którzy polują na rzecz watahy. Szpak był jednym z nich. Powinien być dumny. Karmi w końcu medyków, szeregowych i polityków. A jednak w jego sercu pusta. Nie było to jego ulubione zajęcie, ale było to zajęcie. Z pewnością.
—Kolejny dzień wolnego? — Miguel uniósł oczy. Jego drużyna złapała dwie sarny i parę zajęcy.
—Tak. Nie możemy forsować za mocno. To starczy na parę dni, a jeśli będziemy polować za dużo skończy się na co polować.— Myszka przemówiła od boku Irysa. Niby to Irys nieoficjalnie im wszystkim przewodził, ale Myszka często miała większą władze słowa niż on. Nie przeszkadzało to nikomu. Oboje byli w tej pracy dłużej od nich, Myszka trenując polowania jeszcze za szczeniaka. Irys ze stażem ponad dziewięciu lat  był jeszcze bardziej imponujący. Więc kiedy oboje dzielili ich na grupy i wysyłali to tu, to tam, Szpak nie protestował. Nikt nie protestował.
—Spotkamy się potem i określimy czy to nie będą dwa dni wolnego. Trzy sarny to sporo jedzenia, nawet dla tak dużej watahy. Te zające też. Sporo ich wygrzebaliście. Musimy się trochę powstrzymać z nimi, żeby miały się jak rozmnożyć kiedy zrobi się jeszcze cieplej. Nie ma co przedobrzać! —
I tak zostało. Jego słowa jasne jak słońce. Szpak tylko uchylił głowę i obrócił się aby odejść. Czas było mu znaleźć sobie przyjemne miejsce do spania. W powietrzu wisiała burza, pierwsza z wielu, które przyjdzie mu znieść, schowanym pod jakimś kamieniem albo w jakiejś wyrwie skalnej. Może jeszcze zdąży dolecieć do gór zanim go ta zawierucha złapie.
—Hej Szpak! Zaczekaj! — Dana podbiegła za nim, jej krok nieco zbyt wesoły jak na jego dzisiejszy humor. Ale mimo to uśmiechnął się, jego oczy najcieplejsze jakie był w stanie przybrać.
—Tak? — obrócił się. Jej oczy jak zwykle były zupełnie inne od nieba. Czemu błękit tak chwiał się i znikał w oczach takich wilków jak ona. Mieć oczy koloru pięknego świata, tego który lotem wisiał nad nimi to był traf, szczęśliwy i niezwykły. A jednak nie było w nich często żadnej wolności. Nie tej samej co w górze.
—Pójdziemy znowu na spacer? Wczoraj było tak fajnie! — uśmiechnęła się do niego całą sobą. Jej oczy mało nie zniknęły w dwóch księżycach tak szeroki uśmiech mu podała na tacy. A on mógł tylko przejść z łapy na łapę.
—Nie dzisiaj. Idzie burza. — odpowiedział jakby to było dla niej jasne wytłumaczenie odrzucenia. Dana spojrzała na niego, jej głowa przechylona nieco na bok, nieme pytanie wypisane w jej zmarszczonych brwiach. Szpak odetchnął, jego oddech jeszcze chmurka na wietrze. Już niedługo. Ciepło wręcz wisiało w powietrzu, ale noce i wieczory raczyły jeszcze siarczystym zimnem. —Muszę znaleźć miejsce na spanie z dachem.— wiedział też, że może mu się nie udać. Czasem spał w deszczu, schowany pod swoimi zdrętwiałymi skrzydłami. To też działało. W końcu woda spływała po nich jak rzeka, prosto do spragnionej ziemi.
—Nadal nie znalazłeś stałego miejsca? — Dana spojrzała na niego jakby z dezaprobatą, ale co mu jej niezadowoleniu? Wolności nie dało się po prostu usidlić i nie dawała mu ona spokoju. Dwa dni w jednym miejscu męczyły jego umysł jak duchy szepczące za uchem.
—Nie. Jakoś nic mi się nie podoba. — przyznał. To było zgodne z prawdą. Nie podobało mu się nic. Wszędzie swędziały go łapy i wołało niebo. Ale tam nie dało się spać.
—Musisz w końcu coś znaleźć. — wadera wręcz to wyszeptała, a jednak jej głos był jak grzmot. Przekaz jej wypowiedzi był też bardzo niewygodny. Co ją to obchodziło? Jemu dobrze na razie było w ruchu.  —Ta burza ma być paskudna. — dodała po chwili. — Chodź dzisiaj do nas. Nie masz wystarczająco czasu, żeby coś znaleźć. Niezamieszkałego oczywiście. — powiedziała. Cóż to była za propozycja. Sierść Szpaka miała już się zjeżyć, ale ten uspokoił ją. Miała rację, jednak wstąpienie w jej progi było myślą przerażającą.
—Okej. Dziękuję. — oczywiście, że się zgodził. Czasem nie umiał  odmówić. Jej to aż za często.
—Czyli jednak spacer! Chodźmy! — rzuciła i zaraz szła w innym kierunku niż góry. Szpak odetchnął zaglądając w kierunku wspinających się do nieba szczytów. Czy tam może w końcu zaznałby wolności i domu, którego tak szukał, siedząc jak orzeł w gnieździe ponad światem? Może. Ale to nie było na dzisiaj. Dzisiaj zaczęło padać szybciej niż się spodziewał. —Połowa drogi! — Dana miała rację, nie miał wystarczająco czasu. Źle policzył, jego myśli zbyt zajęte niebem , które teraz płakało jak wdowa za ukochanym.

Wchodząc do jaskini był już nieco mokry. Z racji że był wilkiem miłym Dana weszła do środka pod jego rozłożonym skrzydłem, praktycznie sucha. Jaskinia była mała. W rogu leżał skulony Dally, w jego łapie pióro, przed nim  kartka papieru i świeca rzucająca długie cienie na kamienne, nierówne ściany. Dana przywitała się z nim bardzo siarczyście, na co ten tylko odetchnął ciężko i jej pozwolił. Prawdziwe rodzeństwo.
—O Szpak. Dawno cię nie widziałem. — Dally wydoroślał. Teraz już nie był tym samym wygadanym dzieckiem. Wyższy, dłuższy, piękniejszy niż wcześniej. Jak wszyscy. Czy Szpak też wypiękniał?
—No. — przytaknął.
—Zostanie dzisiaj z nami na noc. Złapała nas burza, a on dalej nie ma stałego domu.— Dana rzuciła te słowa jakby jeszcze niedawno nie były dla niej oznaką nieodpowiedzialności. Ale Szpakowi dobrze było w ruchu.
—Okej. — Dally nie kwestionował. — Czuj się jak u siebie. — ale Szpak nigdzie nie czuł się jak u siebie.
—Dzięki. —

Danny wkroczył do jaskini niedługo potem jak Dana ułożyła się na Dallym, któremu nie przeszkadzało to w dalszym pisaniu. Szpak ułożył się na ścianie przeciwnej, jego skrzydło przyległe do ściany. Samiec zatrzymał się w pół kroku, jego zabójczy wzrok wbijając się w zaproszonego gościa. Szpak zerknął na niego. Dlaczego ten błękit w jego oczach był tak różny od nieba? Jego siostra paliła się ogniem od środka, on … on palił się płomieniem tak zimnym, że jego oko mogłoby zamrozić świat. To nie był błękit nieba, nie. To był błękit śniegu, lodu. Coś tak obcego, przyziemnego. To nie było niebo. Danny był przemoknięty i wściekły. Czy Szpak zajął jego miejsce.
—Już się tak nie spinaj. Dana go zaprosiła na noc. — Dally był pierwszym, który przebił ciszę, ledwie sekundy po wejściu jego brata do środka.
—Po co?— jego głos był ochrypły. I wtedy do Szpaka dotarł zapach krwi. Nie zwierzęcej, nie takiej jak na polowaniu, nie. To była krew wilcza. Po boku Dannego spływała kropelka za kropelką, a on stał nieprzejęty.
—Złapała ich burza. —
—A co? On nie ma własnego domu? — warknął samiec.
—Jego dom jest bardzo daleko Danny. To niebezpieczne aby do niego szedł. — Szpak był mu wdzięczny, że nie powtórzył słów o braku domu. Bo Szpak miał dom. Na niebie. Ale tam… nie da się spać. I teraz nie widział go. Zasłonięte chmurami, rozświetlane przez błyskawice wisiało nad nimi jak kołdra, z dala od jego wzroku. Aż żal ścisnął jego serce. Danny prychnął tylko w odpowiedzi, ale już nie kwestionował. To było zaskakujące. Jak bardzo te trojaczki różniły się od siebie, a z jaką łatwością się dopełniały. Trzy różne energie, trzy różne wilki. Złość, spokój i radość. I Szpak, obok, patrząc na to jak na obrazek. Wszyscy ułożyli się obok siebie i wkrótce blask świecy zgasł. Szpak zamknął oczy, jego sierść jeżąc się na zimno i chłód wpadające do środka. Tej nocy ciepło drugiego wilka nie zjawiło się w jego snach.

Wstając przywitały go zdrętwiałe kości i chłód na skórze. Deszcz ustał i słońce wyszło, ale tylko ledwo. Jeszcze nawet nie wstało ponad drzewa. Tylko pomarańczowa poświata oświetlała niebo, stare burzowe chmury odchodziły już w niepamięć, ale zapach deszczu jeszcze nosił się w powietrzu. Szpak rozciągnął się, jego zmęczone mięśnie łapiąc pierwsze chwile rozbudzenia. Bardzo powoli podniósł się. W  rogu swojej jaskini, Dana i Dally jeszcze spali skuleni w swoje futra. Bardzo spokojny i miły widok. Szpak uśmiechnął się pod nosem i przeskoczył z łapy na łapę aby jeszcze trochę rozluźnić zaspane kości. W końcu wyszedł. Było miło, ale wzywał go otwarty świat. Trawa była morka, nie od rosy a od siarczystej ulewy, które jeszcze gdzieś daleko pewnie lała na ten świat.
—Wyspany? — nieprzyjemny ton jaki go powitał sprawił, że humor Szpaka zepsuł się odrobinę. A tak przyjemnie wdychało się zapach mokrego poranka.
—Tak. Dziękuję za gościnę. Zmókłbym do skóry gdyby nie wasza gościnność. — odbił słowa Dannego z wyrafinowaną uprzejmością. Wiatr zawiał niespokojnie, pozostałość po burzy.
—To zjeżdżaj. Nie wiem co moja siostra w tobie widzi. — Szpak odetchnął. Większy wilk zdawał się zapomnieć ich młodzieńcze lata. Trojaczki były nierozdzielne, ale on i Szpak dogadywali się jak dwa diabły. Psotnicy z ogniem w żyłach.  A teraz… co się zmieniło?

Wydorośleli – byłoby doskonałą odpowiedzią. Ogień w żyłach Dannego nigdy nie zgasł, kiedy Szpak nieco się uspokoił. Danny walczył, nielegalnie i legalnie, agresywny. A Szpak? On chciał tylko znaleźć wolność, gdzieś tutaj. Może nawet w sobie, bo w końcu tam musiał szukać najpierw. Nie znajdzie spokoju, jeśli nie będzie wiedział czego szukać. Rozłożył skrzydła i wkrótce zimne powietrze przywitało go z otwartymi ramionami. Zostawił wściekłego dorosłego i jaskinię Dany w tyle. Jednak w jego głowie była pewna myśl. Że on ciągle był w ruchu…

 

<CDN>


wtorek, 6 maja 2025

Od Szpaka - "Ciche szepty nieba" cz. 1

Słońce wisiało jeszcze dość nisko nad horyzontem. Wznosiło się powoli, jak każdego poranka. Powietrze, już nieco wiosenne, otaczało cały świat jak miły uścisk od mamy. Oddechy nadal uciekały z wiatrem w postaci chmurek, podobnych do tych które przewracały się po niebie. Piękny zapach świeżych liści i kory roznosił się nad polanką, na której Szpak ułożył się poprzedniego wieczoru do snu. Jego łapy były wyciągnięte na przemokłej roztopami trawie. On sam rozłożył skrzydła szeroko, aby nie kłaść się na nich po raz kolejny. Wiedział, że kiedy wstanie słońce wstanie i on. Wstanie i z pewnością chciałby znowu zasmakować w przestworzach. Od paru dni robił nic tylko biegał, czy to za zwierzyną czy to do spichlerza ze zdobyczą. Dawno już nie miał szansy przelecieć się porządny kawałek, zażyć zimnego powietrza jakie władało w górze.

Ale jak to bywa, a zwłaszcza w przypadku Szpaka, wstał on później niżby sobie tego życzył. Słońce wstało ponad czubkami drzew i zaglądało w jego oko. I to właśnie obudziło go z jego leniwego snu. Bardzo przyjemnego swoją drogą. Śniła mu się ciepła sierść i przyjemne ciepło u jego boku. Jednak kiedy resztki jego nocy odeszły w niepamięć Szpak rozejrzał się. Gorzko musiał przyznać, że u jego boku nie było nikogo. Nawet zapach drugiego wilka nie unosił się wokoło. Polanka milczała, w ciszy. Przynajmniej takiej, którą zapewniały poranki na brzegu lasu. Ptaki śpiewały, liście rozkładały się powoli, a drzewa kołysały w delikatnym wietrze. Dzień dla Szpaka zaczynał się jak każdy inny, bez dzień dobry do drugiej duszy.
—Dzień dobry. — więc przywitał się z wiewiórką, która przeleciała na skraju drzew. Ktoś mógłby powiedzieć, że to już szaleństwo, ale dla Szpaka to był normalny poranek. W końcu zawsze budził się sam. Zawsze w innym miejscu, jakby świat nie pozwalał mu zasiedlić się  na stałe. Nigdzie nie było mu dobrze. Polanki, jaskinie. Wszystko zawsze wydawało się nieprzyjazne i niewygodne. Spanie na trawie sprawiało, że Szpak wstawał mokry i zdrętwiały. Spanie w jaskini powodowało w nim poczucie silnej klaustrofobii. Kiedy nie widział nieba było mu niezwykle nieswojo. Może to było niezdrowe – być tak zależnym od czegoś tak wysoko. Ale to było właściwie wszystko co teraz miał. Każdy wilk w jego wieku dorósł. Ich więzi rozluźniły się. Wszyscy się zmienili.

Szpak tez się zmienił. Wydoroślał. Zrobił się spokojniejszy, z pozoru. W jego głowie nadal było bardzo dużo myśli i pomysłów, jednak nie miały one żadnego upustu. Szpak nie widział w nich większego sensu, kiedy nie sprawiały mu przyjemności albo były zwyczajnie niemożliwe do wykonania. Ale fajnie było tak sobie pomarzyć, leżąc plecami na trawie i wpatrując się w swoje ulubione niebo. Kiedyś Szpak nawet by nie pomyślał o bezczynnym leżeniu. Teraz przynosiło mu to pewien spokój, którego nic innego nie zapewniało. Kiedy nie było drugiego wilka do rozmowy bywało mu ciężko. Czasem odszukiwał Danę po sesjach polowania i zamieniał z nią jedno słowo lub dwa.  Jednak Dana nie była już wilkiem, którego towarzystwo znosił dobrze. Jej obecność i te niebieskie oczy wpatrzone niego jak w słodki obrazek sprawiały, że w Szpaku mielił się niepokój.
—Szpak! — Dana zawsze wołała jego imię zanim zdążył odejść. Czasem mu to nie przeszkadzało. — Co powiesz na mały spacer? — I nigdy nie potrafił jej też odmówić. Może to jej podejście i zawód w oczach kiedy mówił „nie”, a może to po prostu jego słabe serce. Więc zgadzał się o ile nie miał już wcześniej ustalonych planów. A nie miał praktycznie zawsze.
—Na chwilę. — odpowiadał. I tak szli kawałek w tą lub w tamtą i Dana mówiła do niego. Oboje wychowali się w jednym sierocińcu i w teorii byli rodzeństwem, ale jednak nie. Jej jedyne rodzeństwo to Dany i Dally. Dwa przeciwieństwa. Dally – nieśmiały i porządny i Dany – zawadiaka z nożem w zamiast serca. Oboje martwili się o siostrę i Szpak często widywał nienawiść w oczach Danego. Bo właściwie szło się domyślić, że Dana – pomimo tej dziwnej rodzinnej sytuacji, zakochała się w Szpaku po uszy. Jednak Szpak nie potrafił znaleźć w sobie tego samego uczucia. Coś wewnątrz mówiło mu, że nie może. Spoglądał na Danę i widział tylko wilka. Wilka i nic więcej. Znajomą. Ale nie miał serca jej jeszcze tego powiedzieć. Nie naprowadzał jej też nigdy za mocno. Tylko rozmawiali, dwa zające odległości od siebie, idąc gdzieś. I tam gdzie doszli Szpak zazwyczaj zostawał na noc.
Kiedyś jej powie, że jej nie kocha. Może jak ona powie mu, że chciałaby czegoś więcej. Kiedyś.

Ten dzień był piękny, pomimo przemokniętego brzucha. Jego skrzydła łapały wiatr pomiędzy pióra z wielką przyjemnością, kiedy rozpędzał się do wzlotu. Jego łapy odbiły się od ziemi, potem od drzewa. Skrzydła rozprostowały się po czym zabiły w powietrze. Chłód i wiatr wdarły się w sierść Szpaka, kiedy nabierał wysokości. Czasem cieszył się za swoje grubsze futro, czarne jak u Szpaka. Ciekawe kto mu nadał to imię? Szpak nie do końca pamiętał. Jego łapy złapały powietrze przebierając w nim, skrzydła wyrównały lot, wiele długości lisów ponad drzewami. Świat wyglądał tak spokojnie i bezczynnie z tej wysokości. Błogo wręcz.  Szpak szybował niczym swój imiennik, wiatr niósł go tam gdzie chciał, a on się nie stawiał. Jego myśli wciąż wracały do jego imienia, teraz kiedy sobie o nim przypomniały. Ile on miał miesięcy kiedy jego mama zniknęła z jego życia? Miał w głowie parę wspomnień po niej, ale potem była tylko rodzina pełna małych łap i ciepłych futer. Pamiętał za to zapachy, które towarzyszyły jego  najmłodszym dniom. Wszystko pachniało zimnem i wilgocią. Wszystko poza jego mamą. Jej miękkie, ciemne futro nadal odbijało się w jego snach. Tęsknił czasami. Nie wiedział w końcu co się z nią stało, ale tęsknił. Życie jako dziecko lasu nie było złe. Miał dużo łap do psot. Dużo pysków, do których mógł otworzyć swój. Rozmowy, ciepłe futra i przytulne miejsce do spania zaraz pod zagubionym ogonem, z czyjąś łapą włożoną pod jego żebro. Te czasu przynosiły mu wiele uśmiechu na pysk. Potem było tylko lepiej. W WSC odnalazł się jak aniołek w niebie. Tutaj znalazł pomoc w lataniu, miejsce gdzie przynależy, pracę, w której czuje się dobrze. Niebo, które wita go z otwartymi ramionami. Jednak potem dorośli. Zmienili się.  Ilu ich zostało w granicach tej watahy? Trojaczki. Dally zadecydował się zostać, a że zawsze przewodził swojemu rodzeństwu jak gwiazda na niebie, to i oni zostali. Moss, został bo tu znalazł wilki, które go słyszą i słuchają – co bywało ciężkie w tym wielkim świecie. Szalka została bo znalazła tu swoje powołanie, jej dobre serce w dobrym miejscu. I Brzoza, która została bo mogła. Bo chciała stabilności dla swojego brata, który i tak uciekł. Tak przynajmniej mówi Brzoza, z taką zawiścią, że Szpak czasem żałuje że się do niej odezwał. A Szpak… Szpak został bo się bał. Niebo niby wszędzie było tak samo niebieskie, jednak tutaj pewna przewidywalność tego co już znał zapewniała mu odrobinę komfortu.

Jego lot był płynny, spokojny. Pędzące myśli zostały ukojone przez wiatr w futrze. Gdzieś niedaleko pod nim przeleciało parę ptaków, ścigając się o lepsze miejsce na drzewie. Nad nim chmura za chmurą płynęły po błękicie nieba niczym po rzece, a on razem z nimi. Pomimo, że w taki chłód nie miał odwagi podlecieć aby być na ich wysokości to starał się im dorównać w ich spokoju. Kiedy lato nadejdzie i słońce będzie cieplejsze, może wleci między te drobinki wody pędzące nad światem. Białe owieczki setki lisów ponad ziemią. Tam było zimno, wilgotno i ciężej trzymało się poziom lotu, a jednak było to niezwykle przyjemne. Dawało pewną namiastkę wolności. Może to była iluzja tej wolości? W końcu kto tak prawdziwie jest wolny kiedykolwiek. Do ziemi zamyka nas ciało, do ciała dusza, a do duszy pewne powiązanie ze światem, a świat? Świat jest ziemią i koło się zamyka. Niektórzy mówią o tym jak o błogosławieństwie, dla niektórych jest to przekleństwo. Pozostaje tylko zastanowić się każdemu, czym jest życie w rzeczywistości. Dla Szpaka było ono lotem, było nocą spędzoną pod otwartym niebem, było wolością w rutynie i wolnością pośród zasad. Jego skrzydła – jego życie.

Lądując zaczepił o jakąś gałąź, jego potężne skrzydła łamiąc ją ze sobą. Szpak nie zawahał się, nie zachwiał nawet. Jego łapy płynnie wylądowały na ziemi, a jednak wilk musiał przywrzeć do niej z zamkniętymi oczami.  W jego głowie rozległ się krzyk. Przeszywający i puszczający ciarki po jego plecach. Wiele wilków oddałoby swoje nowonarodzone dziecko za moce, jednak Szpak często żałował, że je posiada. Całe dnie i noce w jego głowie pojawiały się szepty. Przez tyle lat, tak właściwie odkąd pamiętał rozmowy drzew odbywały się wokół niego, a on je słyszał i rozumiał. Te szepty nigdy mu nie przeszkadzały. Szybko nauczył się ignorować ich obecność. Zimą zawsze były cichsze, narastając wiosną i latem. Jesienią szemrały, niektóre krzyczały gdzieś w oddali, ale wszystko to dało się ignorować, wyciszyć. Jednak w sytuacjach jak ta, kiedy Szpak bezpośrednio wpadł w nieszczęśnika na swojej drodze i jego głos narastał w głowie wilka jak  krzyk nadany przez megafon, ciężko było ignorować jakiekolwiek słowa. Tym bardziej kiedy był to krzyk złamania. Te zawsze były najgorsze. Przerażające, że coś co normalnym wilkom zdaje się być tylko codziennością, ma tyle uczuć. Tyle myśli. Dlaczego? Chwilę zajęło mu pozbieranie się po tym zdarzeniu, jego oczy nadal trochę rozproszone, obraz przed jego łapami rozmyty.
—Wszystko okej? — nad jego głową zawył głos, ale Szpak musiał chwilę pomyśleć kto i co do niego mówił.
—Tak. Jest okej. — przyznał, z pamięci recytując te słowa po raz n-ty. W młodości tak wymykał się od kłopotów. Teraz była to tylko ominięcie prawdy. Dana podała mu łapę, którą przyjął trzepiąc głową na boki, pozbywając się resztek ogłuszającego krzyku z głowy. On nadal gdzieś tam był, zamieniając się powoli w płacz. Ale już było dobrze, już było okej. — Dziękuję. —
—Nie ma sprawy. — wadera uśmiechnęła się do niego. Jej oczy były tak niebieskie, prawie jak letnie niebo. Przyjemne do wpatrywania się, jednak to palące się uczucie nie pasowało do nich zupełnie. Szpak kojarzył niebo z chłodem, przyjemnym wiatrem i wolnością. W jej oczach  był ogień, ciepło i miłość. A miłość – Szpak miał wrażenie – że uziemi go w sposób w jaki bał się zostać uziemionym. Czy to dlatego, kiedy szukał, nie mógł znaleźć nic co mogłoby wskazywać na jakieś uczucia w jej stronę? Inne niż znajomość. Taka ciepła i powierzchowna, ale jednak tylko znajomość. Tyle razy już mielił ten temat, że szkoda mu było teraz spędzać nad nim czas ponownie. W końcu myślał już o tym codziennie. Czy to już nie męczące? Może. Ale myśli nie pokonasz.
—Na pewno? Wydajesz się być trochę blady. — Dana przeszła z łapy na łapę, mrugając trochę za szybko jak na normalną interakcję.
—Blady? — Szpak uśmiechnął się z rozbawieniem. — Ja w życiu nie byłem blady! — wilk zaśmiał się. Dana dołączyła do niego. — Po prostu wpadłem w drzewo. — przyznał Szpak. Ale Dana nie rozumiała. Ona słyszała drzewa tylko kiedy chciała. Słyszała zwierzęta kiedy to było dla niej komfortowe. A on, słyszał je zawsze. I inne dzieci się czasem z niego śmiały, bo był inny. Ale to było w dobrej wierze. Chyba.
—Ah. Nic sobie nie zrobiłeś prawda? — zmartwienie w jej oczach było nieprzyjemne. To Szpak zazwyczaj dbał o innych. Był miły dla innych. Niekomfortowo…
—Nie. Jestem okej! Jestem dobrym lotnikiem. Po prostu… drzewo krzyczało. Wiesz… moje moce, niestabilne i te sprawy. — wilk odetchnął. Dana mogła tylko pokiwać głową, rozchmurzając się odrobinę.
—Co powiedz na mały spacer? — zaproponowała po chwili stania naprzeciwko siebie.
—Pewnie. Ale tylko chwilę. Zmęczyłem się lotem. — Szpak chciałby się wyrwać, ale… nie umie powiedzieć nie.

I tak tej nocy spał na kamieniu na polanie, nad paroma przebiśniegami wystającymi spod roztopionego śniegu. Ciemniejące niebo zaglądało na niego, kiedy jadł kolację. Małego zająca, mizernego, ale wystarczającego dla niego. Krew spływała po jego łapach i brodzie, brudząc go. Poranek przywita go rosą, wymyje się wtedy. Teraz rozłożył skrzydła, ułożył się wygodnie i zamknął oczy. Szepty drzew ukołysały go do snu, gdzie ciepło drugiego ciała i zapach jego narodzin odwiedziły go po raz kolejny.

 

<CDN>