wtorek, 19 lipca 2022

Od Całki CD Mediany "O Krok Bliżej - do granicy" 2.3

 Droga była szeroka. Noc zapadła, burza przeszła. Deszcz ustał. Niczym oni wschodzili ponad górami, słońce wkroczyło powolnym krokiem na niebo. Całka zadarła głowę w górę pozwalając aby jeszcze delikatne, bo poranne, promienie ogarnęły jej pysk. A mimo to jej łapy nie przestawały się poruszać. Noc odeszła jak wiatr odchodzi i zmienia się. Niczym rzeka, której nurt zawsze sprawia że jest różna. Niczym chmury zmieniające swoje kształty na niebie, nigdy niepodobne jedna do drugiej. Monotonnie przesuwała się pomiędzy drzewami. Droga udeptana przez ludzkie i wilcze stopy dawno zniknęła z ich oczy. Krok w krok niczym nomadzi szli w nieznane, gotowi zmierzyć się z tym co na nich czeka. A czeka na nich wiele. Za wiele można by rzec.

Jednak teraz droga była otwarta przed nimi niczym ramiona kochającej matki. Całka dążyła na przedzie. Za jej ogonem, prawie u jej boku szedł jej brak, Sigma. Jego oczy rozglądały się uważnie, wyraźnie zmęczone, wyczerpane dwudziesto cztero godzinną wędrówką.  Jednak widocznie w jego głowie zakodowało się, że nie bez powodu podążył za siostrami wbrew sobie. Potrzebowały ochrony, może nie jego. Może to on jej potrzebował. Tak czy siak. Uważał na otoczenie. Chociaż było piękne, nie mogło być bezpiecznie.
—czas się zatrzymać— ich głos rozsądku odezwał się za plecami. Oboje zatrzymali się. Sigma nieco ospały wszedł w siostrę. Cofnął się więc o dwa kroki i otrzepał. Loczek na jego głowie zawirował niczym poruszony wichrem, który zrywa dachy z domów. Całka sama zachwiała się na nogach wyraźnie zmęczona. Odetchnęła ciężko.
—To dobry pomysł. — co prawda chciała iść dalej. Jak najdalej od miejsca swojej nikczemnej udręki, a ciągnęło ją w kierunku unoszącego się słońca. Coś w jej sercu cichutko śpiewało o jaśniejącej ziemi na wschodzie. Jednak o czym mowa była w słodkiej muzyce? Nikt nie wie. Nawet ona sama. Odetchnęła ponownie rzucając tylko ostatnie spojrzenie. — Nie jesteście głodni? — spytała kładąc się pod jednym z drze. Jej mięśnie odetchnęły z ulgą. Pi otrzepała się, podrapała i usiadła obok.
—Jestem. — pokiwała głową.
—Nie dziwię się. Ledwo zeszliśmy ze stepów. Cholerstwo ciągnie się w nieskończoność. — Sigma stęknął. Całka długo nie leżała. Zmusiła się do wstania. Teraz czuła jak jej żołądek zaczyna przylegać do jej pleców. Dawki w WSC, te jakże wojskowe i  żałosne przekąski były stanowczo za małe aby utrzymać ją tyle na nogach bez odruchu głodu. Zamlaskała.
—Musimy zapolować, prawda? — jej uszy opadły nieco. Nikt ich nigdy tego nie nauczył. Urodzili się w wojnie i wychowali w wojnie.
—A umiesz? — Sigma zerknął na nią.
—Władza nie nauczyła. — westchnęła zerkając na jego pysk. Skrzywił się, gdyż wiedział, że miała rację. Bo kto miałby ich nauczyć? Ślepy Anubis czy ich... ojciec?
—Ojciec... — westchnął najstarszy zerkając za siebie. Miał wyrzuty sumienia. De facto pozostawili go tam bez wiedzy, gdzie się podziali. Czy tak postępują dzieci?
—Zrozumie. — Pi podążyła za jego spojrzeniem.
—Jedzenie! — Całka zastękała. — To będzie podobne do walki z wrogiem nie? Znaleźć, podejść od tyłu i rzucić się do szyi, huh? —
—Prawdopodobnie. — Sigma także się podniósł się z ziemi. — No to co? Wspólnie, czy się rozdzielamy? —
—Może pójdź z Pi. Jesteś większy, pomożesz jej. — Całka mruknęła.
—Nie doceniasz naszej siostry Całka! — samiec nastroszył się.
—Nie. Ona ma trochę racji. Nie umiemy polować, a ja nie uczestniczyłam w żadnej walce jedynie otrzymując racje żywnościowe. Wasza dwójka ma znacznie większe doświadczenie w walce. — pokiwała głową Pi stając przy bracie. — Mogę być racjonalniejsza, ale z pewnością nie bardziej doświadczona! —
—Rozumiem. — Sigma nieco sie speszył, mając ochotę schować za kimś. Całka uśmiechnęła się pod nosem, chociaż niewiele z jej uśmiechu pokazało się na pysku. Zyt dawno gościł tam jakikolwiek wyraz inny od zdegustowania i niezadowolenia.
— Do zobaczenia. Znajdę wam. Rozpalcie ogień na jakieś fajnej polance! — i zniknęła między drzewami.

Szybko węszyła. Szukała zapachów Nie znała za wiele. Bądźmy szczerzy. Do tej pory szukała znaków wilków. Innych stworzeń, rzadko. Ale wszystko co nie jest wilkiem, pachnie inaczej, czyż nie? Skoczyła. Raz, dwa. Płynnie przechodziła pomiędzy krzakami. Cichutko. Jakby planowała zamach na króla swojego królestwa. Ironiczne czyż nie? Może odrobinę.
Ale złapała to. Nieznany i stanowczo nie wilczy zapach. Skradała się. Uniosła uszy. Przyjrzała się. Jeleń. I to dość spory. I to potężny. I to kurwa cię jego mać był nie jeleń, a łoś. Ewidentnie łoś. Co robił tutaj? Pewnie jadł trawę. Całka zawahała się. Sama nie zdejmie tego stworzenia. Nie ma szans. Wycofała się. Poszukać czegoś innego.

Znalazła sarnę. Nie za wielką, ale na dwa wilki starczy na jakiś czas. Westchnęła i rzuciła się w jej kierunku. Niedoświadczony łowca z niewielką szansą sukcesu. Jednak nawet jeśli wyjawiła się za szybko. Była szybsza, zwinniejsza i z pewnością miała silniejszą szczeknę niż ten roślinożerca. Wpiła się w skórę na karku. Usłyszała jedynie pękające pod jej zębami kości. Upadła na ok, sarna razem z nią. Stęknęła. Jej własne mięśnie zabolały, zwłaszcza w prawej łapie na która upadła. Prawdopodobnie sobie coś naciągnęła. Cóż. Bywa. Zwierzę na które się rzuciła padło martwe. Jednak na wszelkie wielkie postanowiła podjąć się tej jakże ciężkiej pracy i pozbyć się całkowicie głowy zwierzaka. Natargała się, ale mięśnie puszczały pod jej szczęką, a nadwyrężone atakiem kości nie opierały się za mocno. Porzuciła ją na boku i załadowała ciężkie ciało na plecy wcześniej biorąc sycącego na sekundy gryza.

Nie szukała rodzeństwa długo. Dym bowiem wzniósł się ponad drzewa dając jej wyraźny znak Odetchnęła kiedy na miejscu zastała rzeczywiście swoją siostrę. Rzuciła sarną o trawę i zerknęła na drugą. Ta nachyliła się. Powąchała. I sama wgryzła się na szybko. Głód nie mógł czasem czekać na przygotowanie jedzenia na ogniu, na wzór ludzkiego nawyku. W końcu wypadałoby pozbyć się futra. Nie było na to miejsca. Na ten moment.
—Gdzie Sigma? — spytała Całka przecinając pazurami powłokę przykrywającą mięso. Zdejmując ją powolutku Pi zerknęła w kierunku przeciwnym, z którego przybyła siostra.
—Jeszcze nie. Kazał mi rozpalić ogień na tej polanie, a sam poszedł polować. — odparła. Po chwili i mięso było czyste. Rzuciły je bardzo blisko ognia w kawałkach. Trochę do samego ognia. Osmoli się, spali na wiór, ale będzie to nawet trwała, nieco węglowa, ale trwała przekąska na drogę zapychająca na chwilę żołądek.

Czekały na niego dłuższą chwilę. Aż zjawił się. Mokry, w błocie, brudny i niezadowolony.  Z nędznym , chudym zającem w pysku. Całce chciało się z niego śmieć, ale skrzywiła się w złudnym współczuciu.
—Jakim cudem? — spytał rzucając trupem o ziemię. Widział bowiem sarnią skórę, mięso grzejące się obok ognia. A on. On przytargał tylko nędzny kawałek kości.
—Znalazłem jak spierdzielałam przed łosiem. Może poszedłeś w zła stronę. — pocieszyła go siostra z czarną łapą. Ten tylko zmrużył oczy. — Tak w ogóle. Jesteś mokry. Gdzieś niedaleko jest tu woda? —
—Tak. Zaraz tam za rogiem jest jezioro. — odpowiedział. Pi i Całka wstały.
—Zajmij się mięsem i swoim zającem. My się napijemy. — Powiedziała Pi poprawiając swoje włosy, które opadły na oko. Obie były zmęczone, ale brakowało im wody.

Napiły się. Jezioro było brudne, woda mulista, ale lepsza niż jej brak. Do pełna. Wracając nie napotkały się na żadne problemy, prawda? Tak. Zaszły do ognia. Zgasiły jego resztki, pomimo że był środek dnia. Słonce wspięło się na swój tron zerkając na nich z całą swoją wielmożnością. Cień był dla nich osłoną. Drzewa przyjaciółmi. Ułożyli się pod nimi, zamykając oczy. Usnęli. Słodkim, mlecznym snem w środku dnia.

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mediana wspięła się na kolejną niedużą skarpę. Jej oczy zarzuciły za siebie. Prawie płasko, ciemno, szeleszcząco wręcz, po sam horyzont. Mętna trawa zeschła pod pocałunkami słońca. Parę pomierzwionych  wiatrem krzaków złożonych z zaschłych kijów, udających zdrową roślinę. A przecież nic zdrowego nie jest w stanie urosnąć na tak gorącej, prawie że pustyni. Brakowało tu wody, więc i jej chciało się pić. Dzień zastał ją szybko, a ruszyła przecież z rana, wiec teraz kiedy słońce uchylało się przed swoim przyjacielem, księżycem, była już wyczerpana. Jednak nie mogła tak łatwo poddać swojej podróży. Zmartwiona, spocona i odwodniona nadal miała swój cel. Znaleźć te małe parszywe wilki, które pozostawiły ją samą w watasze, opierdzielić ich od góry do dołu, nie powstrzymując żadnego przekleństwa jakie wyjdzie z jej pyska. Oi oberwie im się. A zaraz potem zatarga ich za uszy z powrotem do watahy. Nie będą przynosić złego imienia ani jej rodzinie, ani jej watasze! Napędzana złością ruszyła dalej. Drzewa daleko próbowały skusić ja swoim cieniem, jednak był do nich jeszcze kawal drogi. Dobrze, że chociaż chłód zaczął rozjaśniać jej zmysły. Przyłożyła nos do ziemi. Nie mogła stracić ich tropu, bo  nigdy ich nie odnajdzie. A musi. A wie że musi!

Noc skończyła się szybko. Musiała przetrzeć oczy aby nie usnąć na stojąco. Zdeterminowana szła dalej. Drzewa otuliły ją swoim słodkim cieniem niczym kołdra. Ich zapachy były coraz wyraźniejsze. A kiedy zaszła do porzuconego ogniska i resztek jedzenia była pewna. Byli tu całkiem niedawno. Jakby ruszyli z nadejściem dnia. Westchnęła. Pożywiła się resztkami zdejmując je z kości i porzuconej skóry. To było lepsze niż głodowanie. Szybko odnalazła też muliste jeziorko zanurzając w nim pysk. I tutaj czuła ich obecność. Pili z tego jeziora, po czym udali się tam gdzie słońce ukazywało swoją twarz z samego rana. Zatem była coraz bliżej. Już prawie na wyciągnięcie łapy.

Pospiesznym krokiem, z pyskiem, z nosem przy ziemi, szła dalej  i dalej w las. Drzewa tutaj rosły wyżej, gdyż stały ciasno między sobą. Każde małe drzewo było duszone niczym najmniejsze szczenię w miocie. Mordowane w zalążku bez szansy wzniesienia się ku niebu. Dlatego też tak łatwo przemieszczało się między pniami. Nic poza wytrwałą trawą nie rosło pod ich koronami.  Czuła ich. Jednak była wiele godzin na nogach, aż jej się wierzyć nie chciało, że zaszła tak daleko. Tak prędko. Jeszcze. Jeszcze

Jeszcze dalej, do cholery! Niech ja ich dorwę!

Przeskoczyła nad strumykiem. Wściekła. Widziała jak znikają za pagórkiem tuż przed nią. Rzuciła się biegiem. Jej kły wyszły na wierzch. Jej ciałko, pomimo że pulchne, może nawet nieco grube, nie przeszkodziło jej w rozpędzeniu się. Stała się małym pociągiem. Stworzeniem łaknącym zemsty i niezgody na zmiany!

Całka w tym czasie też zauważyła ją wystarczająco wcześnie aby odskoczyć na bok. Mediana więc z impetem uderzyła o ziemię, potykając się i przetaczając parę razy. Jej siostra miała nieco więcej zwinności w swoim nader szczupłym ciele.
—Mediana! — Sigma doskoczył do niej pomagając jej wstać. Po jej policzku stoczyła się stróżka krwi, która od razu zniknęła pod językiem brata. — Co ty tu robisz? —
—To bardzo dobre pytanie. — Całka zawahała się i nie podeszła. Jej brat miał wszystko w łapach, dobrze mu szło.
—Jak to co?! — zirytowana najniższa z nich wszystkim odwróciła głowę w kierunku czarnołapej wadery.  — Zostawiliście mnie, samą, bez żadnego dowidzenia, pa! IDZIEMY! — tupnęła swoją małą nóżką. — Nie powiedzieliście nic! Nawet ty Sigma. Po prostu do chuja poleciałeś za tymi debilkami! —
—Mediana. — zamruczał Sigma spuszczając po sobie uszy.
—Nie Medianuj mi. Jesteś idiotą. Wracamy! Wszyscy. — zażądała zbliżając się do stojących niedaleko sióstr — Ten świat ma wystarczająco zmartwień.  W dodatku przyprawiacie nas o haniebne imię! Jesteście potrzebni! —
—Do niczego nie jestem tam potrzebna, Mediana. — Całka wyszeleściła to imię spomiędzy zębów jak największe przekleństwo. Jej oczy zmrużyły się. Nawet jej siostra nieco bała się tego wzroku, zwłaszcza, że ta górowała nad jej osobą. Mediana cofnęła się o krok. — Powiem ci tak. Ja nie wracam i wiem że Pi też nie. — wspominana pokiwała głową. — Sigma, niech robi co chce. Zawsze był posłusznym tym wielkim ideom szczeniakiem. Ja ich nie cierpię. Nie mam zamiaru umierać za ich widzimisię. A ty. Ty która nigdy nie walczyła. Nigdy nie zaznała rany na ciele. Nie odzywaj się lepiej na ten temat. Księżniczko. —
—Nie nazywaj mnie księżniczką, Całka! Dobrze wiesz że każda łapa jest potrzebna! —
—Po co? Po to żeby odzyskać coś co nigdy nie  było nawet moje? Nie będę walczyć tylko dlatego, że ktoś tego ode mnie wymaga. Mam ochotę żyć i mieć własne zdanie i własne życie. Nie przebijesz tego argumentu. Nie staraj się nawet. Wracaj do domu!—
—Do domu? Nie! Obiecałam sobie, że wracam z wami i tak będzie! —
—NIE. Mediana. — tym razem Sigma się wypowiedział. — To nie... Nie. Całka ma trochę racji. Urodziliśmy się w wojnie i... ja kocham tą watahę, ale to może być dla nich męczące. W sensie dla naszych sióstr. Ja lubię jak mi mówią, lubię walczyć za innych, ale... Całka i Pi to nie ten rodzaj wilka. —
—Co masz na myśli? Nawet ty się odwracasz ode mnie? — Mediana zawarczała.
—Nie odwraca się od ciebie debilko. Po prostu patrzy na kogoś więcej niż tylko siebie. — Całka widziała w oczach brata, że nie wypowie tych słów na głos.
—Więcej niż siebie huh? Nie powinnaś wypowiadać tych słów po podjęciu tak egoistycznego wyboru jak odejście z watahy w środku wojny! —
—Może to było egoistyczne z mojej strony, ale wyłącznie dla was. Ja czuję się z tym dobrze. Pi tego potrzebowała. Sigma poszedł za nami. Mediana. To była jedyna moja decyzja dla mnie. Do tej pory jedyne co robiłam to chodziłam uklepaną ścieżką, pomagałam innym. Zaniedbałam siebie i jakby tak dalej było jedyne co byś po mnie miała to trupa wiszącego na jakimś drzewie. Z winy wroga albo mojej samej. Ale ty. Ty w przeciwieństwie do mnie, masz o wiele więcej samolubnych decyzji, wiesz. Chociażby proszenie o odwieszenie twojego stanowiska bo boisz się walczyć jak na wilka przystało. Próbowanie zatargania nas z powrotem, bo co? Bo ucierpi TWOJA reputacja? — Całka podeszła bliżej do siostry. Ta zaczęła się cofać. Słusznie trochę. Zawsze się jej odrobinę obawiała. — TWOJA reputacja huh?
—... —
—Milczysz. Czemu milczysz? Czyżbym miała rację? — Całka zacmokała stając przed pyskiem siostry i nachylając się. — Wracaj do domu.—
—Nie mogę. Nie bez was! — Mediana mało sie nie popłakała.
—I co? My nie wracamy. Przynajmniej nie ja. Idę tam. — wskazała na wschód. — Tam wiem .. czuję, że jest coś czego wszyscy jesteśmy ciekawi, wiesz. — pokiwała głową.
—C- co? —
—Nasza przeszłość, Mediana. —
—Skąd to wiesz? — Pi podeszła bliżej.
—Przeczucie? Może. Chyba. Pamiętam też parę... małych szczegółów i tamtą górę. — Całka pokręciła głową. Ciężko to było wytłumaczyć, gdyż pamiętała siebie, koszyk i rodzeństwo jakby to było wczoraj.
—Przeczucie? I idziesz tylko za tym? — Mediana skrzywiła się.
—No wiesz. I tak miałabym iść. Więc warto mieć chociaż jakiś cel! — wyminęła ją. Jej ogon powoli przesunął się pod brodą najniższej. Ta zamrugała. — Idź do domu Mediana. —
—Nie bez was... Pójdę z wami. —zamruczała. Trzeba było przyznać, że i ją zaciekawiło. Bo jeśli Całka ma rację, jeśli ma... to tam gdzieś leży ich historia. Ich rodzina może nawet.
— Z nami? Skąd ta zmiana, huh? — sarkazm przesiąkał te słowa. Czarnołapa prychnęła.
—No cóż. Skoro nie mogę was przekonać teraz, pójdziemy na przygodę i ... wrócimy potem, huh? — powtórzyła „huh” zaraz po niej, ale stanowczo bez tego sarkazmu.
—... Rób co chcesz. Chodźmy. —
—Ale chce mi się spać... —

<Sigma? Mediana? Pi?>

czwartek, 14 lipca 2022

Od Kawki - „Rdzeń. Na wieki wieków”, cz. 3.13

Teraz opowiedz mi o tym, o czym chcę wiedzieć. Tato.
To, o czym chcesz wiedzieć.
Przez rok, jeśli nie dłużej, kłamałeś mi w żywe oczy. Najwyższy czas to naprawić.
No dobrze, ale od początku. Musisz wiedzieć, że wszystko nie było takim, jakim widzieliście je wy.


Zaczęło się, gdy nasz wspólny znajomy, Mundus, odwiedził mnie, nie zapowiedziawszy się wcześniej. Początkowo myślałem, że przyszedł w sprawie moich badań nad wirusami. Czasem odnosiłem wrażenie, że nic nie sprawiało mu takiej przyjemności, jak nękanie mnie przypominaniem o obowiązkach, które sam na mnie nałożył.
Zdziwiłbyś się.
Wracając... 

- Hej, Adm...
- Czego chcesz?
- Mam propozycję.
- Od ciebie? Ciekawe, ale doświadczenie każe mi przypuszczać, że skończy się to jakąś katastrofą.
- Jak chcesz. Potrzebuję tylko twojego czasu, w zamian za worek żył i krwi, ciepłej, do jednego z twoich badań.

Szybko okazało się, że z moją dawną pracą nie ma to wiele wspólnego. Przyszedł w sprawie narastających niepokoi społecznych, choć byłem przeciwnikiem Agresta i dobrze o tym wiedział. Pytałem, dlaczego z tak nietypową sprawą zwrócił się akurat do mnie i czy nie jest przypadkiem większym wariatem, niż wygląda, ale on odpowiedział pytaniem, czy w razie, gdyby doszło do protestów, miałbym ochotę spróbować swoich sił jako ich przywódca.
No, zgadnij, czy się zgodziłem.
Zawarliśmy więc umowę. Miałem za wszelką cenę opanować niebezpieczne wilki w niebezpiecznych sytuacjach, a w zamian za to, otrzymać możliwość przeprowadzenia kilku doświadczeń na żywym zwierzęciu, w dodatku zwierzęciu, którego nienawidziłem całym sercem. Dlatego właśnie nie planowałem go zabić; z początku mowa była jedynie o próbie uspokojenia naszych przeciwników, zanim dojdzie do rozlewu krwi. To jednak wiązałoby się z dużym ryzykiem ujawnienia, jakie naprawdę są moje zamiary, stracenia moich wpływów u wszystkich, którzy dotychczas mieli mnie za pewnego sojusznika i zwiększenia czujności wrogów. Zaczęliśmy rozważać upozorowanie zabójstwa, dzięki któremu zamiast podejrzanym krętaczem, stałbym się rewolucjonistą i mistrzem. Taki wstrząs mógł być przy okazji dobrym sposobem, by WSC w końcu wzięła się do roboty i załatwiła kilka spraw, które od środka toczyły ją jak choroba.

- Myślisz, że tylko z tobą rozmawiam półsłówkami, gdy zamykam zeszyty z notatkami? Nie do jednej pracy się nająłem.
- Chcesz mi powiedzieć, że słyszysz głosy?
- Może zacznę. Jeśli nie wpuszczą cię do piekła, gdy już dobiorę się do twojego gardła. A póki co... Niedługo nasze szczenięta staną się na tyle samodzielne, że będziemy mogli na powrót przenieść się do WSJ.

Szkliwo napatoczył mi się właściwie przypadkiem; gdzieś na południu, na najdalszych kresach naszej ziemi. Pewnie nigdy nie zwróciłbym na niego uwagi, gdyby nie to doskonałe podobieństwo do kogoś, kogo nie tylko wtedy, a w dowolnych innych okolicznościach rad bym zadusił gołymi łapami.
Byłem tamtego dnia ni to na polowaniu, ni to na zwykłym spacerze. Ot, włóczyłem się, jak to mam w zwyczaju, w poszukiwaniu oświecenia, sam na sam z własnymi myślami, gdy mignął mi na widnokręgu znajomy odcień, pióra jakby wyszyte na wzór policyjnego munduru. Początkowo myślałem, że to nasz Mundek, jednak znałem go zbyt dobrze by się pomylić, zwłaszcza że widywaliśmy się wtedy często. W tym stworzeniu coś mi nie pasowało. Zresztą co asystent alfy robiłby w godzinach pracy na bezwilczym pustkowiu, poza granicami swojej ukochanej WSC? Odruchowo krzyknąłem: Poczekaj! Proszę!
Słyszysz, powiedziałem, proszę. Zadziałało, zwierzak się zatrzymał, popatrzył na mnie i, wierz lub nie, ale po tym jednym spojrzeniu potrafiłem orzec, że za chwilę będę mieć go w garści.
No, cóż, za chwilę, za dzień czy za tydzień, wszystko jedno.

- Jednak się zdecydowałeś? Szybko łapiesz. Chwilami myślę, że mógłbym cię polubić. - Gdy poklepałem go po ramieniu, skrzywił się lekko, jednak taktownie nie zwrócił uwagi na ten gest. - Musisz tylko... coś mi się w twoich ślepiach nie podoba. Przestań się gapić jakbyś chciał mnie zeżreć. On tak nie robi.
- Zeżreć? Niby czemu, uśmiecham się przecież.
- Właśnie... No, tak czy inaczej, przestań.
- W porządku, fatygowałem się tu po konkrety. Mówisz, Admirał, że mam z wejścia pomóc ci w morderstwie. - Podszedł do ściany mojej jaskini i zsunął się po niej na ogrzaną słońcem trawę.
- Duże słowa.
- Prawdziwe.
- To moja robota. Zresztą co to za morderstwo, jeśli ofiara sama oczekuje moich kłów, a oprócz nas wszyscy będą przekonani, że żyje?
- Trudny jest ten wasz świat jak diabli.
- Przyzwyczaisz się - oświadczyłem stanowczo.
- Nie wątpię.
- I to chcę słyszeć.
- Biorę stanowisko asystenta alfy, polanę. Widziałem ją dzisiaj, całkiem przyjemna. Dobrze mi się powodzi. Coś jeszcze?
- Jeśli wszystko się uda, być może zajdziesz dużo wyżej.
- To wszystko: aż nadto. Myślę bardziej o rodzinie. Mam szczerą nadzieję, że nie wrobisz mnie w stado „własnego” potomstwa.
- O to się nie martw. Wygląda na to, że nie gustujesz w kimkolwiek, kto mógłby dać ci potomstwo.
- Wybacz, ale...?

Pytał, a ja odpowiadałem, bo doskonale wiedziałem, że nie poszedłby na długotrwałe ryzykowanie współpracy przy zupełnym braku wiedzy, a ja drugiego takiego zamiennika nie znalazłbym w promieniu... chyba żadnym. Nowy znajomy był moją przepustką do ułaskawienia przez was i całą WSC.
Ułaskawienia? O czym mówisz? Przez cały ten czas nie dałeś mi znaku, że Mundus żyje, nawet kłamliwej nadziei. Teraz, gdy wszyscy myślą, że wcale go nie zabiłeś, mi mówisz... prawdę?
Po kolei. Po kolei.

- Podejmuję się współpracy, pomożemy sobie nawzajem. Mam tylko jedną prośbę, co do tego nieszczęśnika, który ma zginąć. Myślę, że to rozwiąże nasz wspólny kłopot.
- Doskonale, ptaszyno. No, co tam chcesz? Dla swoich wszystko.

Dosyć szybko zdałem sobie sprawę, że nowy wspólnik prześciga mnie w wyciąganiu wniosków. Choć nie żył w naszej watasze i znał ją głównie z moich opowieści, zdawał się rozumieć jej rzeczywistość równie dobrze, jak ja sam. Bez wątpienia był rasowym manipulatorem, co było mi rzecz jasna na łapę, biorąc pod uwagę, w kogo już niebawem miał się wcielić na naszej scenie. Tym, co skutecznie krępowało mu ruchy i naginało pode mnie, był brak doświadczenia; biedak musiał spędzić w samotności sporo czasu.

- Nie tylko z tobą rozmawiam po godzinach.
- Tak mówisz? A jednak coś każe mi sądzić, że tylko ze mną, Admirale. Psuje się wśród tych, których uważasz za mniej lub jeszcze mniej udaną rodzinę. Widzisz to?
- Mamy to naprawić, czy dopchnąć do końca? Czy nie uważasz, że i jedno i drugie mogłoby to do cna zepsuć tę ziemię?
- Chciałbym powiedzieć, że, parafrazując, to tylko paranoja i za kwartał będzie tu tak zwyczajnie, jak było kwartał temu.
- Ale nie powiesz.
- Ja nie umiem kłamać.
- Ode mnie, ani od ciebie, podobno nic nie zależy.
- A gdybyśmy zmienili choć parę szczegółów?
- Zaskoczyłoby to naszego drogiego alfę. I nie tylko jego. - Uśmiechnąłem się pod nosem na samą myśl o owych drobnych, taktycznych zmianach.
- Być może udałoby nam się namieszać komuś w planach. Ale tu koło się zamyka.
- Czy bowiem nie uważasz, że mogłoby to do cna zepsuć tę ziemię?
- Chciałbym powiedzieć, że to tylko paranoja...
- Kto byłby w stanie z zasłoniętymi oczyma przejść przez pole bitwy?
- A jak daleko szukasz?
- Jak najdalej. - Usiadłem na zmarzniętej, jesiennej ziemi.
- Ja to zrobię. Ale musisz mi pomóc. Dla wspólnego dobra.
- Pamiętasz, co mi obiecałeś, prawda? Jak zamierzasz dać mi to po robocie?
- Po robocie? Będziesz miał to tuż pod nosem.
- Zważ, że postanowiłem zawrzeć w planie twój pomysł z czystej życzliwości.

Wszystko się zmieniło. Mundus też chyba to czuł. A może tylko sprawiał takie wrażenie, za sprawą drżącego w piersi, zajęczego serduszka.

- Zabijesz mnie, jak...
- Ciebie? Kuszące! Uważaj, bo wciąż nikogo nie zabiłem. Ale jeśli już raz się odważę, stracę opory.
- Mam nadzieję, że jednak nigdy do tego nie dojdzie. Jeśli cię to zadowoli, tak, boję się tego.
- Słusznie. A jeśli jest jeszcze ktoś, kto czeka na twoją śmierć?
- Kto?
- Nie domyślisz się. A gdybym naprawdę postanowił cię zabić?
- Wtedy zmienilibyście jedynie szczegóły historii.
- Bledsze, niż ci się wydaje.
- Bez wątpienia, ale czy wiedziałbyś, co robić dalej?
- Mógłbym liczyć, że wszystko samo się ułoży.
- Zwracając się do ciebie uznałem, że mimo wszystko to co robisz nie bywa niedorzeczne. A niedorzecznym byłoby połamanie drabiny, gdy wlazło się na nią do połowy.
- A może jestem po prostu bardziej pomysłowy niż ty i mam swój własny plan?
- Stąd moje pytanie.
- Więc wszystko co robisz, robisz dla WSC? Nie boisz się o siebie samego?
- Boję się.
- I słusznie. Tylko ja jeden wiem, co naprawdę robimy, a od repliki do autentyku mam krok. Nikt stąd nie wie o naszej umowie, więc jeśli wybiorę drugie, nikt nigdy nie odpłaci mi za twoją śmierć.
- Nikt? Czy masz pewność, że mówiłem prawdę?
Nieco nieoczekiwanie, po jego ostatnich słowach zapadła cisza. Powstrzymałem się od rzucenia mu podejrzliwego spojrzenia. W końcu otworzyłem pysk, pomijając pytanie milczeniem.
- Byle tylko nikt się nie domyślił.
- Istnienia naszej umowy, czy tego, że ją złamałeś?
- Ale nie. Nie ma się czego obawiać. Kto ma wiedzieć, ten wie, że cię jak psa nienawidzę.

Mieliście... umowę. Ty z Mundusem.
Zabawne, prawda? Jeszcze zabawniejsze, że choć nie zakładała ona jego śmierci, zabijając go, właściwie dobrze wykonałem zadanie, które sam mi wyznaczył. Był tylko jeden kłopot, widzisz. Nie miałem pewności, że ta kanalia nie miała innych współpracowników, którzy za to drobne przeoczenie, mogliby mnie... no wiesz. Jeśli za waszymi plecami dogadał się ze mną, być może dogadał się i z kimś innym.
Uważaj na słowa.
Wybacz. Tak czy inaczej, dopóki miałem Szkliwo, miałem żywy dowód, że wywiązałem się z zadania. Ha! Jak wyraziście to brzmi. Zupełnie żywy dowód, gotów potwierdzić każde moje słowo.


- Wstawaj.
Na chwilę podniósł na mnie wzrok, a gdy go opuścił, ten spoczął na leżących w kącie pojemniczkach. Probówce z przekłutym wieczkiem i pustej strzykawce. Jego oczy powędrowały wyżej. Wpierw na mnie, ale na dużo dłużej zatrzymały się dopiero za moim grzbietem, w ciemności.
- Dziękuję, Admirał.
- Jak zawsze do usług. Podziękujesz mi inaczej. Oto zaczynamy nowy etap współpracy, moje drogie Szkliwo. Jak ci się podoba nasze nowe miejsce działania?
- To Wataha Szarych Jabłoni?
- W rzeczy samej. Ale bez obaw. To najbezpieczniejsze zacisze na całych wschodnich ziemiach. O tym, że tu jesteś, wiedzą tylko dwaj moi współpracownicy.
- Dlaczego kazałeś im przywlec mnie tu w worku jak kawałek mięsa?
- Wczuj się w rolę. Według prawa teraz tym właśnie jesteś, czyż nie?
- Co mnie podkusiło, żeby ci zaufać...
- Dobra intuicja. Masz szczęście, że jesteś do niego taki podobny, nawet pod tym względem.
- Ha, stul pysk, bo sam uwierzę w to kłamstwo.
- Kłamstwo? To by znaczyło, że to nasze wspólne kłamstwo. A ty podobno nie umiesz kłamać...
- Nie umiem kłamać. Dlatego czasem po prostu milczę.

Z biegiem czasu zacząłem dostrzegać dla siebie nowe możliwości. Miałem wiernych podwładnych. Wyjawienie, że działałem dla WSC, osłabiłoby moją pozycję we własnym stronnictwie. Nie tylko przestało zależeć mi na podarowaniu wam tego zwierzaka na znak przyjaźni, ale wręcz zacząłem zastanawiać się, czy nie lepiej będzie nigdy nie wypuścić go ze swojej strefy wpływów.
Dlaczego?
Czy wiesz, czym jest kalkulator?
Nie.
To taki ludzki wynalazek. Dajesz mu liczby i wskazówki dotyczące działania, a on oddaje ci wynik.

- Po prostu to co się dzieje... - mówił - Zastanawiam się, gdzie leży granica pomiędzy dobrymi i złymi, jeśli tak niewiele trzeba, by zamienić wybór pomiędzy dobrem a złem na ślepe instynkty.
- Wiesz, znałem tylko jednego gościa, zabawne, bo ty też go znałeś... któremu chciało się tracić energię na rozmyślanie nad takimi rzeczami. I zgadnij, co się z nim stało? 
- Czy słusznie wyczuwam w tym pytaniu sugestię?
- Masz rację, nie żyje. Przypadek?
- Zabawne.
- No, tośmy pogadali, a teraz dawaj łapkę. Zaboli.
- Co to jest?
- VCQ.

Opowiadałem mu coraz więcej o naszym świecie. Im więcej wiedział, tym więcej rozumiał. Im więcej rozumiał, tym lepsze rozwiązania mógł dla mnie wymyślić... a jednocześnie tym większe było prawdopodobieństwo, że w końcu postanowi wykorzystać swoją wiedzę i wyrwać się z mojej reduty. Niestety domyśliłem się tego za późno. Przez długi czas nie słyszałem w jego głosie tego zaciekawienia waszymi losami, które zaczynało graniczyć z sympatią; ową szczenięcą sympatią. Zaiste, podobny był do naszego Mundurka.

- Admirał. Powiedziałeś?
- Co?
- Powiedz jej. Błagam, powiedz. Jedno słowo. Jedno słowo, zrozumie!
- Doprawdy?
- Wiem, że lubisz sprawiać ból. Jeśli już musisz, niech mnie boli, Admirał. Nie ją. To twoja córka.
- A może właśnie to zabolałoby ją najbardziej? Wszak im mniej wiedzą, tym lepiej śpią. A tak między nami... Jeszcze nie wiecie, co to prawdziwy ból. Ale cierpliwości. I odradzam ci wepchnięcie mi noża w plecy, przyjacielu. Nasz dobry znajomy, płowy śledczy... ach, wybacz: nowy plutonowy watahy, obiecał mi to pierwszy. A ja zamierzam jeszcze dłuuugo pożyć.
- A ty? Co planujesz, Admirał? Zobowiązałem się zapłacić ci za pomoc i to robię. Ale nie jesteś w stosunku do mnie całkiem uczciwy.

Stopniowo nasza współpraca zaczynała przekształcać się w bardziej kruchą współzależność, aż wreszcie dotarło do mnie, że wszystko wprost wisi na włosku. Na szczęście ja wciąż rosłem w siłę, a on przez cały czas polegał na mojej pracy i na moim wywiadzie. Cała reszta była niczym prosta gra o losy watahy, w której to ja byłem o krok przed nim.

- Zanim cokolwiek... Powiedziałeś Kawce?
- Kiedyś powiem, pewnie.
- Kiedyś porozmawiam z nią sam, bez twojej łaski!
- Ach, i nadal tak ci zależy? Zatem masz świadomość, że z biegiem czasu ta wiadomość będzie traciła na znaczeniu.
- Gdybyś zrobił to od razu, zgodnie z umową, wszystko byłoby inaczej.
- Być może popełniłeś błąd, nie ufając jej. Albo ufając mi, wszystko jedno.
- Wiesz, że wtedy ona musiałaby zaufać mi.
- A ty nie potrafiłbyś okłamać jej dla jej dobra, prawda?

Nasze różnice poglądów jaskrawiały praktycznie z dnia na dzień. Nie byłoby to kłopotem, gdyby nie to, czym powoli stawał się dla mnie wspólnik. Potrzebowałem uniezależnienia, toteż ostatnim punktem mojego osobistego planu powinno być pozbycie się Szkliwa. Niestety wraz z każdym podejmowanym przeze mnie krokiem był mi potrzebny coraz bardziej, musiałem więc ograniczyć się do, by tak rzec, czasowego zmiecenia go z planszy. Zachorowanie wydawało się doskonałym powodem. A ja, w tym samym czasie, miałem zająć się czymś przełomowym: podbiciem WSC.
Chwileczkę. Epidemia. Czy przyłożyłeś do niej łapę?!
Niechcący, naprawdę.

- Proszę bardzo, słucham cię uważnie. Właściwie po to przyszedłem.
- WWN.
- Ty ich chyba nie lubisz - zauważyłem, uśmiechnąwszy się szelmowsko, gdy tylko wyobraźnia, zanim skończył myśl, podsunęła mi zaiste barwne obrazy tego, czego mógłbym dokonać na południu. Praktycznie miałem to już w łapach. Gotów byłem wstać i udać się tam już jako przywódca, nawet bez krwawej walki.
- Dlaczego? Przecież ja sam jestem... trochę z WWN.
- Pomożesz mi zatem uczynić ich mądrzejszymi od reszty naszego piekiełka?
- Z przyjemnością.
- I powodzeniem.
- Ja inaczej nie robię. Możemy wrócić do pracy. Jest na południu WSC miejsce z bardzo ciężką historią. Na pograniczu. Ani to teraz teren watahy z północy, ani watahy z południa. Wciąż czeka na gospodarza.
- Gdzieś na stepach? W Borach Dworkowych?
- Właśnie na stepach. Nie pożałujesz wzięcia naszej strony, Admirał.
- Kawka przyszła dziś do nas. Porozmawiam z nią.
- Kawka jest w jaskini medycznej?
- Co mam jej powiedzieć? Oprócz rzecz jasna krótkiej wzmianki, kto żyje i ma się dobrze?
- Poza tym? Prawdę. Od miesięcy mamy do czynienia z równią pochyłą, a podjęcie radykalnych działań okazało się najpewniejszym. Powiedz jej, że Wataha Srebrnego Chabra osłabła. Ale to nie przyszło z wewnątrz; to wynik działania obcych. Powiedz, jak było: o naszej umowie. Powiedz, żeby ci zaufała i żeby czekała.
- Mogę nie mieć racji. Mogę skłamać. Czy składanie oświadczeń w tym labilnym czasie jest zasadne?
- Admirał, największym twoim kłamstwem jest teraz milczenie.

Pamiętasz naszą rozmowę, tego dnia, którego opuściliśmy jaskinię medyczną?
W końcu coś się układa.

- Rozmawiałem z Kawką, wiesz?
- I co, pytała o coś, coś mówiła? Co jej powiedziałeś?
- Żeby była dobrym dzieckiem. Bo z każdym moim wrogiem zrobię to samo.
- Ja cię... Ja ci tego nie daruję.
- Co zrobisz? Zabijesz mnie? Chyba musiałbyś ustawić się do tego w kolejce. Różnica jest taka, że ty póki co możesz jedynie mi to obiecać. A ja dzisiaj, za twoją obietnicę, wepchnę ci drut po samo serce.
Zanim zdążyłem go powstrzymać, był już przy wyjściu z groty. Dopiero tam odwrócił się ku mnie.
- Och, co to? To skrzydła. Dziesięć minut i jestem na stepach. Dwadzieścia minut i jesteś skończony dla swoich wilków. Pół godziny i jesteś skończony dla WSC bardziej, niż byłeś kiedykolwiek. O WWN postaram się jutro i uwierz mi, wiem co mówię.
Nie przestraszyłem się groźby. Tylko... lekko zaniepokoiłem. Mimo wszystko, musiałem ustąpić. Nie jestem bałwanem.

Długo wahałem się, co ci powiedzieć. Historia wydawała się zbyt zagmatwana, by wyrazić ją w tylu słowach, w ilu pragnąłbym ci ją przekazać. Bałem się, że poślesz mnie do wszystkich czortów, ale teraz, gdy stopniowo poznajesz prawdę, sama widzisz... zresztą dokonaj własnego wyboru.

- Lepiej dla ciebie, być tylko lustrem wspomnienia.
- Dopóki jestem tutaj, mnie po prostu nie ma. A ja chciałbym żyć, Admirał.
- Co to znaczy: żyć. Co to dla skrzydeł, sto czy dwieście kilometrów. A potem, oczywiście dopiero gdy zakończymy współpracę, dalej żyć sobie spokojnie, gdziekolwiek. Tylko nie na tym jednym kawałku ziemi.
- Podczas gdy wy będziecie wprowadzać tu własne porządki.
- My, czy kto inny: jaka to dla ciebie różnica? Lasy i wilki wszędzie są podobne. Czy nie szkoda ci zelżyć niewinnego? Ofiarę nazwać sprawcą, poświęcenie kłamstwem?
- Wroga przyjacielem.
- Och, stronniczo oceniasz. A ty sam? Chciałbyś wleźć w skórę kogoś takiego? Możesz stać się kimkolwiek innym; taką ładną opowiastkę już ułożyliśmy. To była bardzo nieciekawa śmierć. Bez pożegnania bliskich, bez ostatniego słowa.
- Któreś musiało być ostatnie.
- Jeśli dobrze pamiętam... „Dziękuję”, czy jakoś tak. Miałem na myśli, bez żadnej wiekopomnej mowy.
- Racja, nieładna śmierć. Ale jakoś nie żałuję, że nie powiedział ostatniego słowa.

Aż wreszcie... stało się. Tę historię już znasz; oczy, które mogą kłamać oraz naiwny wilk zaślepiony wspomnieniami. Wilk, który niestety jest przywódcą i którego słowa traktowane są jak słowa wyroczni.

- Nie za jasno na spacer?
- Nie, nie dziś.
- Co robisz poza domem? Pamiętasz, im mniej wiedzą, w tym większym spokoju możemy pracować.
- Oprócz tych, którzy powinni wiedzieć już od dawna. I wiedzieliby, gdybyś, jak zapowiadałeś, grał ze mną do jednej bramki. Od początku mówiłem, co zamierzam.
- Sądziłem, że gdy nadejdzie czas, jakoś cię od tego odwiodę. Lub po prostu powstrzymam.
- Od początku miałeś też świadomość, że tam, na miejscu, zrehabilitowałbym cię w pół minuty. Mogę uznać już za oczywiste, że nie zamierzasz porzucić własnego planu, który zupełnie nie pokrywa się z moim?
- Jeśli mam do wyboru Agresta lub siebie, masz rację, wybiorę siebie.
- A więc to nasza ostatnia rozmowa tutaj. Za dużo się dzieje. Nie dajesz sobie rady z WWN. I nie dasz. Jeśli nic się nie zmieni, dojdzie do tragedii.
- Nie zastaniesz Agresta.
- Doskonale wiem, gdzie go zastanę.
- Nie zdążę cię schwytać, ale mogę zrobić jeszcze wiele, żebyście nigdy się nie spotkali.
- To groźba?
- Jeśli chcesz.
- Ciągnie cię do władzy. Mógłbyś jeszcze pożyć sobie u jego boku. Dostałbyś stanowisko. Ale jeśli wolisz... sprawdźmy, czyj plan był lepszy: twój, czy mój.
- To wyzwanie?
- Dobrego dnia, Admirał! Mój będzie wspaniały.


Teraz już wiesz, po co to wszystko. Teraz już wiesz, że jestem z tobą szczery jak ze wspólnikiem. W gruncie rzeczy, bardziej.
Trudno w to uwierzyć. Zresztą nie wiem, czego prostszego się spodziewałam. To boli... Nie wiem, kim jesteś. Wrogiem, czy przyjacielem.
A może nie warto tak tego traktować? Nie jestem twoim przyjacielem, jestem twoim ojcem. Nie jestem twoim wrogiem, ani wrogiem WSC. Jestem... jej przyszłym przywódcą.
A ty, przyszłą przywódczynią.
Czemu milczysz?

C. D. N.

poniedziałek, 11 lipca 2022

Od Mediany CD Całki - "O Krok Bliżej - do granicy" 2.2

Dzień był koszmarny. Przynajmniej dla Mediany, o ile ta słodka wadera niewiele jeszcze wiedziała jakie dylematy wkrótce na nią czekają. Kręciła się koło wojskowej jaskini. Tam gdzie jest jej miejsce. Wokół leżały wilki, nie martwe, spokojnie. Wojownicy odpoczywali po walkach wylizując się z ran. Sigma także. Jej kochany brat. Siedział niedaleko wejścia uporczywie liżąc ranę na tylniej nodze. Ojciec dość szybko poskładał ich wszystkich po tym nagłym wypadku. Najgorsze, że Mediana wiedziała dokładnie że WWN nie zeszło jeszcze z ich terenów, chyba. Tak przynajmniej rozumiała z rozmów jakie odbywały się w panice, właściwie na każdym kroku. Chociaż, czy to panika, czy już spokojne wyrachowanie?
Powolnym krokiem, nigdzie się nie spiesząc weszła do jaskini. W środku panował chłód. Na zewnątrz z kolei burzowy zaduch. Deszcz siekał, chociaż był w miarę ciepły. Niebo raz po raz rozbrzmiewało całą kampanią dźwięków i jasnością piorunów. Jej oczy ogarnęły pomieszczenie jaskini. Brakowało tu tak wiele dusz. Ry, który nadal leżał w jaskini medycznej, nieszczęśnika trochę połamało. Generał Hyarin, który zapewne wybrał się na kolejną przeprawę do jaskini alf, albo medycznej. Ducha, który ostatnimi czasy dość często podążał za ogonem najwyższego stopnia mianowania wojskowego w tej watasze. Oczywiście nie na marne. Gdzieś w kącie leżał Satomi, czekając na swoją kolej do odejścia albo kolejnego szaleńczego biegu pomysłów jakie na wojnie trzeba z siebie wylać. Ale brakowało jeszcze kogoś. Dobrej duszy, której Mediana żałowała najbardziej. Szkła. Ich plutonowego. Dobrego pana, który jeszcze za jej szczeniaka zaimponował jej samym swoim sposobem mówienia, a pracą jeszcze bardziej. Można by powiedzieć, że jej humor upadł razem z jej idolem, jednak kto wie czy to był tylko idol. Jego życie odeszło za wcześnie aby się właściwie o tym przekonać. Jednak teraz nnie to było jej skupieniem i celem. Praca. Praca pozwalała jej odetchnąć od zmartwień. Skupić umysł na jednym zadaniu i pozbyć się wszystkich innych gryzących ciało i duszę myśli. Sięgnęła więc po kawałek kartki z jakąś starą sprawą i przeczytała ją. Potem do jej łapy trafił węgielek. Jej pismo było... znośne. Mogło być lepsze, jednak musiałaby nad nim popracować, a ziemia, zwłaszcza mokra nie należała do najlepszego płótna. Nie na takie zadania, przynajmniej. Poza tym, nie miała kiedy. Za wszelką cenę należało sprawiać wrażenie zapracowanej. Chociaż ostatnio i tak po bitwie chodziła wraz z wojskowymi i węszyła za rannymi. Nie wiedziała że praca śledczego obejmowała także takie zadania, ale cóż. Sytuacja jest wyjątkowa. Jej łapa powoli przesunęła po czole. Skup się Mediana. Za daleko odlatywała myślami. Należało już zapomnieć o tych martwych ciałach jakie musiała znaleźć na swojej drodze i widoku przelanej krwi. To nic wielkiego. Prawda?

Jej święte skupienie i spokój przerwało jej rodzeństwo wchodzące do jaskini. Poza nimi nadal był tam tylko Satomi oraz dwóch przemokniętych wojowników, którzy mieli już dość tej pogody.
—Hej siostrzyczko. — mniejsza przywitała się z Pi. Ta tylko uchyliła przed nią głowę w geście powitania. Jej pyska jak zawsze wyrażała prawie nic, a oczy odznaczały się wyjątkową pustką.
—Hej siora! — Sigma za to polizał ją po czole. Bardzo miły gest. Przydał jej się teraz. — Pi coś od nas chciała. —
—Znalazła w końcu Całkę, huh? — Mediana nie lubiła w swojej drugiej siostrze jej nieodpowiedzialności i spóźnialstwa.
—Tak, ale tez i nie. Całka... — Pi jako ta racjonalnie myśląca rozejrzała się i nachyliła do nich zniżając głos. — zdezerterowała. Nie przyjdzie. — mówiła cichutko. Nikt nie usłyszał. Nawet Mediana miała w końcu z tym problem.
—Co? Czy ona oszalała? — Sigma nastroszył się. Pi jedynie pokręciła głową ukazując swoją niewiedzę o myślach siostry.
—Na co ona to nie wpadnie. — Mediana odetchnęła głęboko. Jej złość sięgnęła zenitu i wypełniła do tej pory pusty eter w jej sercu. Pusty po stracie, pełny po stracie. Co za różnica. Jedynie uczucia i wyrazu pysku.  —Zawsze była głupia i nieodpowiedzialna. I..
—Ja pójdę z nią. — Pi rzuciła zanim ta zdążyła się rozgadać, wbijając tym samym rodzeństwo w ziemię. Sigma rozwarł pysk zszokowany.
—Ale... że ty też? —
—Przecież nie puszczę jej samej. Jest agresywna. Wpakuje się w kłopoty bez zimnej rachuby. A kto ma większa niż ja? — samica wstała. Jej dwukolorowe oczy zamrugały w niezrozumieniu na nagłą złość jaka wybuchała w jej rodzeństwie. To tylko kawałek podróży. Daleko pewnie nie zajdą bez wyrzutów sumienia.
—Dobra... Dobra.. Hola. Zatrzymajcie konie. .. Skoro idziesz to po co tu przyszłaś? — Sigma zatoczył koło w miejscu. Jego ogon machał na boki niespokojnie.
—Powiedzieć wam. Wstyd by było nie powiedzieć wam o moich planach. No i pewnie martwilibyście się o Całkę. — wypowiedziała to tak automatycznie. Sigma opuścił uszy po sobie. Aż mu się wierzyć nie chciało, że jego dwie ukochane siostry, a zwłaszcza Pi, chcą tak po prostu zdezerterować.
—O nią? O nią to ja już w tym momencie przestaję nawet dbać! — Mediana z irytacją w głosie pokręciła głową.
—Siostra. Nie mów tak. Całka to nasza rodzina. — Sigma upomniał ją od razu, co zdawało się podziałać, aczkolwiek jedynie powierzchownie.
Pi powoli odwróciła się.
—Do zobaczenia. — kiwnęła im głową i pochłonął ją deszcz i burza. Taka sama, szaleńcza i nieokiełznana jaka zapanowała w sercach pozostawionej sobie dwójki.
—Musimy im to wybić z głowy.  — Mediana usiadła. Jej mina była poważna, zła. Niczym matka, której dzieci przeskrobały coś niezwykle nieprzebaczalnego.
—Tak. Tak. — Sigma przytaknął jej jedynie. — Pójdę za nimi. —
—Przekonaj je żeby wróciły, zanim przekroczą granicę, ok? —
—Ay! — i już go nie było.

A Mediana została sama.

Sama. A jej strachy stanęły obok niej i powoli wspięły się po ścianach rzucając pesymistyczny cień na przyszłość. Samica nie miała za dobrego przeczucia co do nadchodzących dni. Ba! Godzin. Minut. Stres zebrał się w jej nogach. Zaczęła krążyć. Wilki coraz to chętniej chowały się w ścianach jaskini. Deszcz wezbrał na swojej mocy zwiastując tylko niekorzystne warunki do treningów. Do życia.  Przeszło jej przez myśl, kiedy zerknęła na tę jakże przyjemną pogodę. To jakiś żart losu. Stęknęła. Nie mogła się skupić. Kartki w jej łapach plątały się i uciekały lądując na twardej ziemi. Kamień był chłodny, nieprzyjemny kiedy po nim stąpała. Kuł ją w poduszki łap, niczym najgorsza zima chwytająca mrozem za nos. Miała być zła, a na czym się skoczyło jak tylko jej brat zniknął w tej nagle nastającej ciemności? Czy to był strach czy może już żałoba? Ciężko było to określić.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Sigma przeskoczył nad pniem. Deszcz przesiąkał jego futro i uporczywie ciął jego pysk zadając mu niewielki ból, a jednak odpowiedni temu, który ukazuje się w postaci krótkich ukuć igieł na ciele. Pędził jakby mu zaraz coś miało odgryźć ogon, albo o zgrozo zjeść w całości.  Czasem przeklinał fakt, że jego siostry zostały obdarzone znacznie smuklejszą sylwetką, która pozwalała im przemykać między krzakami i ściółką zarośniętą kolcami znacznie łatwiej. Jemu to nie było jednak przeznaczone. Był wojownikiem, musiał być silny. Wytrzymały. Dla swoich siostrzyczek. Dla nich. Dla siebie. Dla watahy!
A jednak teraz miał ochotę skulić się gdzieś w kącie jak małe dziecko i czekać aż wszystko się wyjaśni. Całka bowiem odpłynęła od niego niczym tratwa rzucona w głębinę przez szalejący sztorm. Tak bardzo chciał jej dosięgnąć. Wybaczyć sobie nawzajem. Pogodzić się. Jednak niewiele mógł poradzić na jej zachowania, a jednak w głębi duszy czuł, jakby wiedział, że to uwalnia ją niczym ptaka zamkniętego w klatce. Że niewiele o niej wie, że zaniedbał ją przy tym całym zamieszaniu. A jednak chciał być autorytetem, mieć wszystko pod kontrolą poukładane jak książeczki na półce. Jednak tak się nie dało. Zapominał bowiem, że to jego siostra charakter miała potężniejszy od niego, wzrokiem miażdżyła góry, a łapą przesuwała kości w kręgosłupach wrogów.
A więc i jej decyzja, chociaż niezrozumiała dla niego, była pewna. Ona nie wróci. Stąd też taki galop, nie tylko łap, ale i myśli w jego głowie. Bowiem, co ma zrobić? Nie był Pi, która myśli racjonalnie, bez grama energii włożonej w swoje propozycje, ułożone skrupulatnie na zimnych liczbach.
Nie był Całką, której decyzje, pomimo że nietypowe i w porywach chwili, stanowiły moc i ukierunkowywały jej działania, twardo i hardo, niezależnie od wili świata i przeciwstawności losu.
Nie był też Medianą, która myśląc wolno, doprowadzała procesy do kompletnego ideału, pilnując aby każdy puzel pasował idealnie do tej porąbanej układanki.
Nie.
On był sobą. Sigmą, którego idee, były zarówno impulsywne, jak i niekoniecznie trafne. Dlatego teraz nie wiedział co ze sobą zrobić. Jak postąpić? Mediana chciała je z powrotem, ale Całka nie da się przekonać. Przynajmniej nie jemu. A Pi. Pi dobrowolnie odeszła razem z nią. Poza tym on nie jest najlepszym mówcą. A na emocjach to swoim siostrom za mocno nie pogra. Co najwyżej zirytuje tylko Całkę i dostanie niezły wpierdziel.
Co więc zrobić, kiedy nie wie się co uczynić?
Improwizować. Nie lubił tego, ale robił to często. Zawył cicho widząc smukły cień Pi przeskakujący między drzewami. Westchnął. A zaraz potem widział już je obie. Witające się ze sobą. Gotowe pozostawić dom za plecami i nigdy nie wracać. Jednak jego siostra spostrzegła i jego osobę. Sierść na jej karku najeżyła się kiedy 3,14 spokojnie stała u jej boku skanując wręcz otoczenie swoimi pustymi oczami.
—Co ty tu robisz? — zapytała Pi. Jej oczy ugrzęzły na jego zadyszanej osobie, oczekując odpowiedzi. Chociaż poprawiając swoją grzywkę, przypuszczała, że zna odpowiedź.
—Jak to co robię? Doganiam was — sapnął. Jego oddech nadal szalał niczym burza w jego piersi, którą stres niczym uporczywy wiatr nabrzmiewał jedynie bardziej.
—Żeby co? Przemówić nam do rozsądku? Daj sobie siana szczeniaku i wracaj całować łapki generałowi. — obrała metodę bronienia się atakiem. Dość skutecznym, ponieważ nastąpiła Sigmie na jego dumę. Jednak zawahał się. Jego zmarszczone brwi nagle rozluźniły się.
—Nie. — mruknął. Jego serce zabiło w piersi zabójczo mocno. Jakby próbowało się sprzeciwić. Jednak gotów był porzucić i ten świat dla swoich sióstr. I jeśli dwie z nich potrzebują pomocy, nie czują się w domu jak w domu, to i on nie będzie miał tu swojego gniazdka. Bo dom twój tam gdzie serce twoje, a jego było u ich boku. — Nie przemawiam wam do rozsądku. Idę z wami! — wypiął pierś dumnie do przodu. Jakby szukając pochwał za swoją decyzję.
—Sigma. —  jej oko błysnęło wręcz furią. Jego ciało zamarzło, zatrzęsło się. W końcu samica byłaby w stanie zabić nim gdyby się postarała. Doprowadzić do kompletnego zatrzymania akcji serca.  —Wracaj do domu. — a jej ton nie znosił sprzeciwu. Podobnie jak jej postawa. Jeszcze chwila, a pewnie sama go tam zaprowadzi za kark.  A jednak poruszyła się do przodu. O nie. Nie beze mnie!
—Co? Nie! Nie ma mowy! — w dwóch susach był znowu za ich ogonami, mało nie zderzając się z niebezpieczniejszą z rodzeństwa. Ledwo się zatrzymał brodząc w błotnistej ziemi. Niebo zagrzmiało nad nimi na chwilę rozjaśniając się jasnym światłem piorunu. Sigma przełknął ślinę, widząc jej minę. Ta nachyliła się nieco, jej wzrok starł się z tym jego. Próbował, nie! Musiał wytrzymać.
— Jestem dezerterem — to sowo zabrzmiało tak swojsko w jej ustach, że mało nie pisnął jak dziewczynka. — Wiesz co robi się z dezerterami jak wracają po wojnie do „domu”? — ta iskra, zabójcza iskra, wypalała w nim diurę. Doprowadzała umysł do absurdu.
—W... Wiem... Chyba.. — jednak nie było już nic pewnego. Nie kiedy te oczy, te identyczne do ojca, pożerały ci duszę.
—Chcesz być dezerterem? —
—N... nie? — odpowiedział szczerze. Może odrobinę za bardzo skulił się w sobie, ale nie odwrócił wzorku.
—Więc wracaj do domu.  — jej kły błysnęły w ciemności.
—N... nie! — jego serce zabiło mocno. Jej pysk mówił ze nie spodziewała się. Pi także nagle postawiła uszy, jakby w wyrazie zaskoczenia. Jednak to była tylko jego irracjonalna odpowiedź, której Pi nie mogła najwyraźniej zrozumieć.
—Boże. Jaki ty jesteś uparty. — Całka kłapnęła na niego powodując że cofnął się o krok. — Jeśli pójdziesz za nami, nie chcę słyszeć żanego łkania za domem i ojcem. Żadnych opowieści o „domu”, generałach i walkach. I żadnego wspominania o wojnie! — pozwoliła mu. Jego ciało nagle rozluźniło się. W ogóle. Jest silniejszy. Dlaczego więc tak się jej bał?
—Dla nas t wataha już nie istnieje. Nie mamy po co do niej wracać. — Nie zawahał się. Poszedł za nimi. Jednak w tyle głowy miał cichy głos, który mówił mu, że popełnił błąd. Wybrał źle. Ale kto by o to dba. Nie teraz. Teraz należało żyć chwilą.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Noc zapadła szybko przeganiając burzę i rzucając mdłe światło na dom w jakim przyszło jej żyć. Jej rodzina nagle rozpłynęła sie i nie wracała już. Jej oczy powoli zaszkliły się kiedy słońce mignęło swoimi promieniami na horyzoncie, muskając ciemną noc swoją jasnością. Leniwy błękit wstawał nad watahą, chociaż robił to wolno, jakby nie spieszyło mu się w oświetlaniu świata. Mediana westchnęła. Jej ciało było sztywne. Nie spała w końcu całą noc, czuwając nad nachodzącymi wieściami od Sigmy. Jednak on się nie stawiał. Nie było po nim śladu. Stąd też łzy, nagły napad strachu i powolne dojście do tak oczywistego wniosku.
Jej łapy powoli podniosły ciało, zmęczone brakiem snu. Jej oko paranoicznie poniosło się po ścianach, na których zamajaczyły cienie wojowników i jej. Jej, która żadnym wojownikiem nie jest. Jej krtań zaciśnięta, zawiązana wręcz w supeł, powoli wydobyła z siebie dźwięk nagłego przypływu rozpaczy. Rzuciła się w bieg. Jej łapy zaryły w morką ziemię, która już niedługo uraczona zostanie dawką ciepła wielkiej gwiazdy.
Nora była zimna. Pusta. Wypełniał ją tylko jej szloch kiedy nie zastała w niej nikogo. Zwłaszcza brata, gdyż jej obawy potwierdziły się. Poszedł z nimi, prawda? Nie mógł ich przekonać więc postąpił jak mówiło mu serce? Czy może Całka go przekonała? Nie. To nie było możliwe! Nie był tak głupi!
Złość zawrzała w niej niczym wrzątek z garnuszku. Otworzyła zapłakane oczy i z irytacją zawarczała. Jej pazury dosięgły posłania Całki posyłając je w powietrze i na drugi koniec małego pomieszczenia.
—Pieprzona Suka! — jej głos rozbrzmiał w ciasnych wnętrzach i wrócił prosto do jej głowy.
Pokręciła nią. Chaos trwał dalej. A gdy skończyła jej wzrok ogarnął co uczyniła i z przerażeniem spojrzała na własne łapy wzdychając ciężko. Gdzież ta idea ideałów kiedy jej potrzeba w sercu?
—Może jak ich znajdę. Może... uda mi się ich namówić... Może... może.. — jej głos zadrżał kiedy spojrzała na wyjście.
Oczy powoli złagodniały. Posmutniały. Sierść opadła po chwilowych napływach irytacji.
—Nie. Całka to uparte... eh... — potarła nos łapą. — Ale i tak... — znajdę ich.

Przełknęła ślinę. Ślady najcięższego z nich, Sigmy, nadal pozostawały widoczne w błocie. Zresztą, jako śledcza miała umiejętności i taktyki odnajdywania innych wilków i nie tylko. Zwłaszcza, że wiedziała kogo szuka. Jednak miała wiele obaw w związku z przejściem przez niewidzialną granicę. Niewiele czasu jej zostało. Niedługo ktoś znajdzie ją, wahającą się nad ucieczką i ciężko będzie wybrnąć ze swojego zachowania. Przekłknęła cięzko ślinę, odetchnęła przymykając oczy i powoli poszła do porzodu.
Jej łapa wsunęła się w odbicie tej Sigmy. Jej była znacznie mniejsza. Urokliwsza, ale słabsza. Jej serce zabiło. Zostawili ją w tyle, ale może to jej wina. W końcu jej przywiązanie do tego miejsca było równie wielkie co Sigmy. Ale ... czy to znaczyło, że ona miała zostawić ich?
Jej ciało poruszyło się niespokojnie, kiedy za jej plecami gałęzie się zatrzęsły. Nie było czasu. Podjęła decyzję.

Wybacz tato. Wybacz Szkło. Wybacz wataho.
Ale to moje rodzeństwo. To moja dusza.

<Pi? Całka? Sigma?> 

czwartek, 7 lipca 2022

Od Kraski ,,Jaspis", cz. I

— Pójdę do Eli po więcej koców i szałwii. - oznajmiła cicho wilczyca, chwytając w zęby pustą, skórzaną sakiewkę. - Kochanie? - dodała niemalże szeptem, który w domu dziś tak milczącym i pełnym cierpienia wybrzmiał jak rozpaczliwy krzyk. Barczysty basior, oparty o ścianę w kącie w pozycji pół-siedzącej, pół-leżącej, nie poruszył się, lecz po dłuższej chwili ciszy przygryzł wargę i burknął:
— Przestaniesz świrować? Zaraz będziemy mieli tu dwójkę knychaczy.
— Gdyby to Dreniusiowi coś się stało, to byś knychał za niego podwójnie! - odparła wadera z oburzeniem, a głos jej łamał się jak przemarznięte do szpiku, kruche gałązki młodych brzóz. Dwójka szczeniąt po przeciwnej stronie pomieszczenia skuliła się w sobie jeszcze bardziej, tak, że stanowiły praktycznie jedno; szybko przeniosły wzrok z matki z powrotem na leżącą pośrodku kulkę futra z wystającym z niej ciemnym, suchym, rozgrzanym nosem, kiedy zaczęła nią wstrząsać kolejna seria spazmów. Rozpoczęła się kolejna seria monotonnych kaszlnięć, dość potężnych jak na takie małe ciałko.
— Bo on nie knycha non stop jak głupi. - prychnął Kronos, przewracając ceremonialnie oczami. Absynthia odwróciła się błyskawicznie w momencie, gdy poczuła pierwszą ciepłą, mokrą kroplę na pysku i tupiąc ze złością przy każdym kroku, zniknęła w ciemności.
— Wydobrzał wcześniej, tym bardziej wydobrzeje teraz. - mruknął jeszcze ojciec, bardziej do siebie, choć bez właściwej sobie pewności i pogardy. Gdy jego spojrzenie padało na ledwie oddychające szczenię, lęk i odraza wnet wypierały w nim zmęczenie, jak mydło wypiera błoto z materiału. Reszta potomstwa leżała na styku bezpiecznej odległości pomiędzy centrum zarazy a resztą świata, naśladując sztywność rodzica. Wszystkie te emocje, ich strach przemieszany z nadzieją kłębiły się w pomieszczeniu, tworząc gęstą, duszącą zawiesinę. Żywi, po stokroć cichsi od prawie martwego.
~~~
Spotykamy się dziś w dzień równie ciemny, jak ta noc. Śmiało, poczęstujcie się wełnianym kocykiem, weźcie gorącą, ziołową herbatkę. Krasce się one teraz nie przydadzą, wolałaby dużą włócznię albo koktajl mołotowa, mimo że nie ma na to szans. Włócznie nie leżą sobie swobodnie porozrzucane w leśnej trawie jak owoce berberysu. Poza tym wszystko, co dobre, poszło na rebelię. Prawdziwa walka odbywa się już głównie w umysłach.
Patrzcie, tutaj mała leży, w zagłębieniu pod tym wielkim, strzelistym bukiem, na wyciśniętej poduszce z mchu. Ze zwieszających się ku niej paproci spływają po długich łodyżkach wielkie, deszczowe krople. To one mi powiedziały, że woda w tym miejscu spada za szybko, zbyt prędko wsiąka w ziemię, i musiałem to sprawdzić. Wszystko to z winy nieprzytomnej wilczycy, aczkolwiek deszcz już nie wsiąka w futro. Nadmiar wilgoci spływa po jej bokach całymi strumieniami. Ile jeszcze ten huragan będzie się panoszyć? Mnie nie pytajcie! Wiem za to, ile już się panoszył. Spróbujmy się dowiedzieć, skąd tu się Kraska wzięła i po co. Może dzięki temu łatwiej Wam będzie przewidzieć przyszłość.
~~~
Cętkowana wadera wyskoczyła radośnie przed siebie, wciągając w nozdrza rozkoszny zapach jej drugiej w całym życiu wiosny. Słońce grzało dziś wyjątkowo intensywnie, aczkolwiek w synchronizacji z lekkim wietrzykiem, uwalniając miodowo-trawiasty mix esencji hiacyntów, niecierpków, niezapominajek i szafirków, który działał na nią jednocześnie kojąco i pobudzająco, przypominając o znaczeniu tego dnia. Idąc przed siebie raźnym krokiem, kłaniała się co jakiś czas dzikiej wiśni lub czeremsze, pragnąc podziękować naturze za ten piękny prezent. Zapewne wręczony jej przypadkiem, bo akurat tego samego dnia urodziny obchodził jakiś książę, ale to nie przeszkadzało jej się nim cieszyć.
Wkrótce wyszła na swoją polankę. Polanka była niewielkim, ledwie 10-metrowym, bezdrzewnym kółkiem, jednak była wyposażona we wszystko, co niezbędne: kilka spróchniałych pni, dwa ustawione w równoważnię, reszta z przywiązanymi sznurami na obu końcach, stos gałęzi, rząd wbitych w ziemię, ociosanych palików ukradzionych z pola i pęk mocnej liny. Paliki były przekrzywione na różne strony, a lina pokryta warstwą szaro-zielonej pleśni. Opadło na nią ciężkie westchnienie żalu i bezsensu, podczas gdy jego lżejsza frakcja z nowej nadziei i energii poleciała w górę, przynajmniej częściowo z powrotem trafiając do płuc wilczycy. Phi! Zobaczmy, kto miał rację. Gdy Kraska podciągała się powoli raz po raz na konarze starego dębu, swoistego symbolu tego niemalże świętego miejsca, musiała się mocno powstrzymywać, żeby nie rzucić tego wszystkiego w cztery diabły i nie ruszyć cwałem do centrum watahy. Jeśli nie będę miała nawet dość siły, by przetrwać te kilka skłonów, to kimże będę? Nikim, nie, mniej niż nikim. Gdy tak się zastanawiała, ile czasu haniebnie zaniedbywała treningi, na polankę wpadła smukła, czarna wadera ze złotą pręgą na grzbiecie i tegoż samego, królewskiego koloru paskami na nogach.
— Aha! Wreszcie cię znalazłam. - wykrzyknęła zdyszana przybyszka.
— O, cześć! - odpowiedziała z nutką zdziwienia brązowa wilczyca, również zmachana, opuszczając ciało na ziemię. Paradoksalnie była wdzięczna za jej przybycie, będące doskonała wymówką dla treningu. - Mówiłam, że przyjdę później, coś się stało? M-mówiłam, prawda...? - dodała, widząc zaniepokojoną minę przyjaciółki.
— Mówiłaś. - potwierdziła szybko, gdy już stykały się pyskami na powitanie. - Ale Sekretarz z rana kazał zwołać wszystkich pod hubową skałą, migiem. - hubowa skała to, wiecie, taki śmiesznie pofałdowany kawał kamienia w kształcie okazałej huby. W Watasze Wielkich Nadziei służyła za łatwy punkt orientacyjny i organizacyjny. Kraska zmarszczyła nieco brwi.
— Wiadomo, po co?
— Obstawiam, że znowu Chabry narozrabiały. - obie zaśmiały się krótko, lecz był to śmiech wymuszony, dla rozładowania napięcia. Zaraz jednak skrzydlata zreflektowała się, z wysiłkiem uniosła kąciki ust i ruszyła żwawym krokiem na północny zachód. Tego dnia nic mi nie zepsuje. Zresztą to pewnie nie potrwa długo, ostatnio na granicach było w miarę spokojnie.
— To chodźmy. - rzuciła luźno, unosząc głowę do góry, ku pięknej, jasnej kuli na niebie.
— Jasne, ale zanim to... - kruczo-czarna wadera wplotła w rozmowę dłuższą pauzę, gdy przeszukiwała chyżo wiszący na sznurku na jej szyi worek - Wszysztkiego najlepszego, Krasia! - oznajmiła radośnie, choć trochę niewyraźnie, bowiem w zębach trzymała naszyjnik z grubego, ciemnego paska skóry ze srebrnymi okuciami i nawleczonym na nią kamieniem.
— Ojejku, D-Diane, n-nie trzeba było... - wilczyca próbowała słabo zaprotestować, podczas gdy przyjaciółka założyła jej prezent na szyję i cofnęła się o krok, by podziwiać swoje dzieło.
— Przestań. - machnęła stanowczo łapą, ucinając dyskusję. - Nie po to przekopywałam się z bratem przez te wszystkie skałki. - dodała serdecznym, łagodnym głosem, który Kraska tak lubiła i którym wilczyca na wstępie zjednywała sobie nieznajomych, a szczenięta natychmiast brał w cugle. Nie ulegało wątpliwości, że wielu chciałoby ją chociaż poznać z bliska, a nasza bohaterka do tej pory nie mogła pojąć, za co spotkało ją takie szczęście, by urodzić się w tym samym czasie i uzyskać tak entuzjastyczne przywolenie na trwanie u jej boku. Podniosła na łapie minerał, główny punkt programu, aby przyjrzeć mu się bliżej. Była to dość płaska, owalna skała dłługości dorodnego jabłka. Kiedy przesunęła ją z cienia jej własnego ciała na słońce, aż zaparło im dech. Kamień mienił się wszystkimi odcieniami błękitu, z domieszką brązu i pomarańczu. Pasy głębokiego, oceanicznego, niemalże czarnego koloru przeplatały się z jasnymi smugami, kamuflującymi się na tle nieba nad ich głowami. Szafirowe wstęgi przeplatały się z brunatnymi pasemkami, w miarę schodzenia w dół kamienia zdobywając nad nimi miażdżącą przewagę. Całość upstrzona była okrągłymi, postrzępionymi jak rana po wilczych kłach plamkami koloru lazuru od mielizny, modrej sikory, wchodzącego słońca, jadowitej pomarańczy i czystej bieli, głównie u dołu. Całość została wygładzona najlepiej, jak to tylko było możliwe przy użyciu łap.
— D-dziękuję! Jest przepiękny... - brązowa wilczyca objęła przyjaciółkę z wdzięcznością. Ona również uśmiechnęła się szeroko. Po dłuższej chwili obie przypomniały sobie o początku rozmowy i automatycznie ruszyły przed siebie w pośpiechu. - Ma jakąś nazwę?
— To jaspis. A, opowiadaj, dalej celujesz w zielarza?
~~~
Na miejscu zebrał się już pokaźny tłum najróżniejszej maści wilków, łącznie z wściubiającymi wszędzie nosa szczeniętami. Kraska wyciągnęła szyję niczym łabędź, by w mrowiu uszu znaleźć te unikalne, granatowe, puszyste jak u rysia końcówki. Indygo jak zwykle plotkowała z tyłu ze znajomymi. Rodziców na razie nigdzie nie mogła dostrzec. Dreniec zjawił się tuż przed nadejściem Sekreterza, rozsiadł się na udeptanym miejscu przy skale, wcześniej długo okupowanym przez Głoga, uśmiechnięty od ucha do ucha. On również właśnie dostrzegł siostrę na obrzeżach gromady i puścił jej oczko. Wadera zachowała kamienny wyraz pyska i szybko odwróciła się bokiem, przenosząc spojrzenie na ciemną, miękką glebę pod jej łapami, która ostatnio stała się tak łakoma i rozbestwiona. Czy to zbyt łagodna jesień ją tak rozpieściła? Czy surowa zima zagłodziła? Gdzie popełniliśmy błąd, my maluczcy, po co nas wzywa sąd? Czemu ostrze z obu stron się lśni?
Na szczęście nie musiała udawać roztargnienia, bowiem w tym samym momencie dołączył do nich Navel, dobry kolega z dzieciństwa. Standardowe powitania i ,,co u ciebie słychać?" przerwała dopiero prośba o ciszę z góry. Szeleszczący, metalowy brzęk bransolety na nodze przywódcy ustał, lecz powstale wibracje rozchodziły się nadal, utrzymując wilki w stanie milczącego oczekiwania jeszcze przez dłuższą chwilę.
— Witajcie, moi drodzy. - odezwał się swym głębokim, statecznym bardziej niż wysokogórska kosodrzewina starszy basior. W jego sierści skrzydlata wilczyca zauważyła aż cztery nowe, wyraźne, siwe pasma. Jego pysk był już niemalże w połowie zjedzony przez starość. - Cieszę się, że przybyliście tu tak licznie, a tym, którzy nie mogli się zjawić, powtórzcie dokładnie to, co powiem, po trzykroć. Ziemia naszych ojców jest w niebezpieczeństwie. - powaga, z jaką wypowiadał te słowa, byłaby bardziej niepokojąca, niż jawny krzyk bólu i desperacji zaszczutej zwierzyny. Sekretarz wolno cedził słowa, dotykał każde w ciemności, na ile mógł, zanim wyszło na światło. Powierzchnia tłumu z lotu ptaka zaczęła się burzyć, dookoła trójki znajomych zaciskał się krąg trwogi. Kraska również czuła, że nie spodoba jej się to, co zaraz nastąpi, zachowywała jednak jak najbardziej obojętną minę, tylko ogon jej sztywno sterczał, niczym kawałek deski postawiony pod ścianą. Starała się wyprzedzić myślami każdy możliwy najgorszy scenariusz i to, jak sobie z nim poradzić. To moje pierwsze urodziny. Zaczyna się ciekawie, może to nawet dobrze! Wszystko ułoży się jeszcze lepiej. - W związku z regularnymi groźbami i naruszeniem naszych granic Wataha Wielkich Nadziei wypowiada Watasze Srebrnego Chabra wojnę. - skrzydlata wilczyca była pewna, że się przesłyszała. Nikomu innemu przecież nie przyszłyby do głowy tak okropne rzeczy. Odwróciła już pysk ku przyjaciołom, by o tym zażartować, ale jedno spojrzenie na ich miny wystarczyło, by wiedzieć, że modłę to mogą teraz wypowiadać, ale Chabry. Zaraz, czy już tak z nią źle, że specjalnie oczy paćka sobie czarną farbą? Uszczypnęła się mocno w łapę tak, by nikt nie zauważył, jednak nic się nie zmieniło. Dobre i to. - pomyślała z zaciśniętymi zębami, słysząc w tyle swojej głowy coraz wyraźniejsze, złowróżbne szepty, do których jednocześnie miała ochotę się przybliżyć, jak i oddalić.
Te same szepty docierały z zewnątrz do jej uszu, narastały niczym nadciągająca sztormowa fala. Kolejne warstwy szumu nakładały się na siebie, wzmagając dezorientację, która zamykała to błędne koło. A więc to już... Wojna? Co to ma znaczyć? Czemu to tak dziwnie brzmi? Jak można tak po prostu wypowiedzieć wojnę? Dlaczego, głupia, nie zostałaś na polance, nie dokończyłaś ćwiczeń? Wadera stała spokojnie, starając się odgrodzić od coraz silniej drgającej, jak cząsteczki wrzącej wody, grupy. A może powinna się miotać, może lekceważy zagrożenie? Nagle warknęła, odsłaniając zęby podobnie jak wiele innych wilków w tej sytuacji, gdy zaczęły się w tłumie przypadkowo poszturchiwać. Natychmiast się za to skarciła w myślach. Tak bezczelnie próbuje się wymigać od odpowiedzialności. Powinnam coś zrobić... tylko co? Ona gardło ma ściśnięte, łapy zbyt wątłe, nic nie może, i tak by nie potrafiła.
Wszystko to było kwestią kilku sekund.
— Nie ma powodu do paniki! Panika jest stanowczo niewskazana i będzie karana. Nasza współpraca i dyscyplina są teraz priorytetem. Jeśli pozwolicie mi przedstawić skuteczny plan, WWN pozostanie zwycięzcą. - ciągnął Sekretarz, a temperatura przy skale wnet nieco opadła, choć wciąż bylibyście w stanie ugotować tam jajko bez trudu. ,,Musimy uderzyć pierwsi, zamiast czekać, aż Chabry się pozbierają, nie?", ,,Wszystko będzie dobrze, skarbie", ,,No no, zapowiada się ciekawy tydzień. Hę? No, minimum tydzień", ,,Och, co za okropne czasy, a my w nich!", ,,Jasne, że nie mówi wszystkiego." Kraska, nie będąc w stanie odpowiedzieć na ciche wyrazy niedowierzania przyjaciółki inaczej, zmusiła się do lekkiego uśmiechu, wskazując pyskiem na przywódcę, i położyła jej łapę na ramieniu. — Przekraczanie granic w jakimkolwiek punkcie bez pisemnego zezwolenia ode mnie lub dowódców wojskowych jest surowo zakazane. Wszystkie dorosłe wilki z wyjątkiem matek karmiących i medyków mają obowiązek zgłosić się dziś do jaskini wojskowej, gdzie będzie również przebywał generał...
— Dreniec, dziękuję. Będę dowodzić wojskami WWN. - basior wciął się w wypowiedź, jak nóż w krwawiącą pierś, cały czas obdarzając zebranych swoim najwyższym, aroganckim spojrzeniem. Nastałe po jego słowach, trwające krótko, lecz dobitne milczenie nie było może gorszym wyróżnieniem tego pokazu, niż złapanie przez Sekretarza generała za kark, ale wystarczyło, by tenże skurczył się - przynajmniej na moment - do bezpiecznych rozmiarów główki od szpilki. Do końca przemówienia pozostał tylko przy hardej postawie i rzucaniu kolegom zwycięskich spojrzeń.
— ... i zostaną im przydzielone stanowiska na czas trwania stanu wyjątkowego. Do łowów zostanie wyznaczona specjalna grupa, a zdobycz będzie rozdzielana odpowiednio każdego ranka. Dodatkowe łupy zostaną solidnie wynagrodzone. Wszyscy dorośli, prócz wyjątków wymienionych powyżej, mogą się rozejść. - w tłumie znów zapanowało poruszenie, gwar podniósł się z dwukrotnie większą siłą, niż przedtem, lecz również prędko rozszedł się po kościach, gdy wilki, popędzane przez żarliwe popisy generała, zaczęły rozchodzić się w swoje strony.
— Hej, słyszeliście, co mówił Sekretarz? Jazda stąd! - skrzydlata wilczyca położyła uszy po sobie z zażenowaniem i oddaliła się wraz z dwójką towarzyszy na obrzeża polany, by uciec od świdrującego bębenki głosu. Wzięła głęboki, spokojny wdech.
— Boże. - westchnął Navel, jednym słowem podsumowując całą sytuację lepiej, niż przemówienie przywódcy.
— Jeśli i-istniejesz, szatan może brać z ciebie przykład. - dodała cicho Kraska, co normalnie każdy uznał by pewnie za niezły żart. Jeśli jednak w tym momencie parsknęliście śmiechem, wolałbym mieć przy sobie szklane ostrze, gdy was spotkam...
— Chyba lepiej poszukam mamy. - mruknął ponuro basior, kiwając głową. - Do zobaczenia!
— Cześć! - odparły dziewczyny chórem, po czym spojrzały niemrawo po sobie.
— To co robimy? - rzekła cętkowana wadera ze swą nieodłączną energicznością.
— Może powinnaś tu jeszcze zostać? - zwróciła się Diane do towarzyszki. Tort jeszcze nietknięty, choć niby kilka godzin temu stałam się dorosła, ale rozumem jeszcze z pewnością nie mogę się z tą potacią równać... Gdzie jest granica? Lub, co ważniejsze, kto ją w tym przypadku wytycza? - W końcu będziesz na medycznym stanowisku.
— A-ale jeszcze nie jestem. - odparła wadera z lekkim uśmiechem, zbywając sugestię rączym machnięciem łapą.
— To musimy to szybko zmienić! - przyjaciółka poklepała ją po ramieniu. Kiedy cisza utrzymywała się dłużej niż powinna, grożąc nawrotem przykrych myśli, Kraska dokończyła najbardziej radosnym tonem, na jaki było ją w tej chwili stać:
— Tak, dobra myśl. Będziemy mieć to już z głowy.
~~~
Brązowa wilczyca ostrożnie rzuciła okiem do wnętrza groty, z której przed chwilą wyszedł pewien tutejszy osobnik, machając z poirytowaniem wielkimi skrzydłami i mamrocząc coś pod nosem. Obdarzył ją przelotnym spojrzeniem, które zmroziło jej krew w żyłach. Miało w sobie coś nieprzyjemnego, mimo że nie było wrogie. Niewątpliwie basior czuł się zaskoczony, mimo że cała reszta jego figury wyrażała stoicki ład. Wojna zaczyna konsumpcję od środka...
W każdym razie, dziwny typ. - skwitowała w myślach. Rozważania te szybko wyparowały jej z głowy, gdy zwróciła ją ponownie do środka. Rolę skryby okazała się grać jedna z sąsiadek, z którą mama czasem ucinała sobie długie pogawędki i wymieniała się zapasami. W dodatku wyglądało na to, że jej brat zadekował się gdzieś w dalszej części kompleksu jaskiń, skąd słychać było od czasu do czasu podniesione głosy i stukanie szkła.
— Kraska, Witaj! Byłaś na przemówieniu Sekretarza, prawda? - spytała wilczyca, odwzajemniając jej sympatyczny uśmiech.
— Tak, tak, ja w-właśnie w tej sprawie.
— To wszystko wiesz. - westchnęła teatralnie.
— Obawiam się, że wiem tak dużo, że nic nie wiem... - rzekła prędko skrzydlata wadera w odpowiedzi.
— No, wszystko się jeszcze rozwija... - rozwijało się znacznie wcześniej, dorzucano do niego drewna spod naszej własnej jaskini, teraz ognisko choroby zostało zapalone. - A, już szukam kartki i zaraz się zastanowimy, kim zostaniesz... - odparła powoli, z pomocą zwilżonego pazura rozgarniając kawałki papieru. - Paskudny jest nasz los, doprawdy. Jednego dnia ptaszki latają i motylki się bzykają jak gdyby nigdy nic, a drugiego zostajesz wrzucony w jakąś wojnę. - Oho, zaraz posypią się plotki. - pomyślała mimowolnie Kraska. Dobrze znała to babskie szczebiotanie.
— Jakby k-każdego ranka wilk budził się w innej rzeczywistości. - skomentowała zgodnie, patrząc na swój naszyjnik.
— Coś czułam, że tak to się skończy. Za dużo ostatnio przesiadywali w tej wojskowej z flachami, i węgiel całymi worami zanosili. - mruczała pod nosem, czasem tylko podnosząc wzrok, by sprawdzić, czy jej rozmówca dalej kiwa głową na znak, że słucha. Znając swojego brata, który został przecież w tym samym czasie generałem, obstawiałaby, że po prostu dużo grali w kółko i krzyżyk. Młodsza wilczyca złapała się na tym, że przesuwa bezwiednie łapą po piasku, żłobiąc w nim wzorki kompletnie niezwiązane z dyskusją. Noworodek chyba byłby w stanie wykazać się w tej sytuacji większą powagą. Dlaczego tak trudno jej się skupić? Mogłaby chociaż udawać, że zostały jej jakieś szare komórki, które rozumieją te wiadomości. - Właściwie, to po... Och, Krasia, przecież dziś są twoje pierwsze urodziny! - wykrzyknęła niespodziewanie po chwili dłuższego namysłu. - Wszystkiego najlepszego. - dodała, podarowując waderze przyjazny uścisk. Choć brała je za dobrą monetę, nie da się ukryć, że w tej scenie było coś niezręcznego w tle.
— Dziękuję, n-nie trzeba było. - odparła krótko z uśmiechem.
— No, przejdźmy do rzeczy, pewnie chciałabyś już iść świętować... Ja w twoim wieku wybrałam się z przyjaciółmi na całą noc w góry. Nie wiem, co nam strzeliło to głowy i kto na to pozwoli! Ale to były piękne czasy... - białawy pysk się jej nie zamykał, kiedy zaczęła bazgrać coś na kartce. Skrzydlata wilczyca szybko zdała sobie sprawę, że nadeszła odpowiednia chwila. Oto ostatnia szansa na wyrzucenie tych słów z tyłu języka i objęcie panowania nad sytuacją, zanim węgiel dojdzie do końca linijki.
— T-tak, czy mogłabym zostać... - medykiem - ...zielarzem? Chyba jeszcze t-to nie jest zajęte.
— Nie, ale... ech. - po minie sąsiadki szybko poznała, że nie ma na to szans. Zresztą, z jej pamięcią już wcześniej były marniejsze, niż plony po odwiedzinach stada szarańczy. Okoliczności po prostu nie pomogły. Wbiła spojrzenie w grunt pod jej łapami. - Teraz inne stanowiska prócz wojskowych są niedostępne. - westchnęła starsza wadera, drapiąc się za uchem. - Czy szeregowiec ci wystarczy? - spytała, znów lekko się uśmiechając.
— Tak, tak. - odpowiedziała powoli. I choć bardzo starała się ukryć zawód w głosie, każdy, nawet największy idiota, wyczułby to. Hej! Przecież to nie koniec świata, prawda? Skoro już tu dotarła, postanowiła przejść płynnie do kolejnego punktu, zanim dopadnie ją zniechęcenie i zdamy sobie sprawę, że to wszystko nie ma sensu. - A j-jeśli chodzi o jaskinię? - dodała nieco łapczywie, gdy jej rozmówczyni skończyła pisać. Zesztywnienie ciała i szybkie oblizanie warg, kiedy już przeanalizowała treść pytania, bez wątpienia stanowiły kolejny zły omen. Dlaczego musisz być taka irytująca?
— Jaskinię... - westchnęła z zakłopotaniem, nie patrząc jej w oczy. Dziecięca nadzieja w duszy Kraski pozostała niewzruszona. Czuła się w obowiązku to naprawić. Tak też sobie myślała, najwidoczniej dziewczyna nie starała się wystarczająco.
— Nie ma z-znaczenia, jaką, mała czy duża. - rzekła najbardziej uprzejmie, jak tylko umiała, robiąc maślane oczy, widok których jej lepiej poinformowanej rozmówczyni sprawiał realny ból.
— Wszystkie zostały zajęte jako magazyny, dopóki ta wojna się nie skończy. - oznajmiła bezbarwnie, układając papiery w równy stosik. - Przykro mi, Krasia. - dodała w tym samym momencie zupełnie szczerze, podnosząc na nią melancholijne spojrzenie, takie, jakie miewają medycy, kiedy muszą przyznać się, że to wszystko, na co ich stać, a ich wiara w cuda jest zbyt słaba. Kostki domina wolno chyliły swe czoła ku ziemi by uniknąć konfrontacji z niewidzialną siłą z tyłu, każda cięższa od poprzedniej, spychając swoich kolegów w tę samą wiekową przepaść. Zdecydowanie za wolno się uczyły.
O nie, nie tym razem. Czekała na ten dzień całe swoje życie - dosłownie! Pierwszy raz od dawna czuła taką... złość. W głowie jej zaszumiało. Chrzanić, nie wytrzyma tego dłużej! Przecież była już tak blisko, liczyła skrupulatnie dni i godziny pozostałe do pierwszych urodzin, po czym modliła się, by ten czas upłynął jak najszybciej. Tyle razy wyobrażała sobie obchody tego święta z wszelkimi szczegółami, ćwiczyła tańce z wiatrem i dzielenie tortu jak prawdziwa gospodyni, zaplanowała kolejność obrazów na ścianach, ugniotła zawczasu farby we wszystkich kolorach lasu, co kosztowało ją litry słonego potu. Prosiła tylko o jedną rzecz. Jedną, prostą rzecz, którą wszyscy prócz niej otrzymali z taką łatwością, z jaką okrada się szczeniaka z lizaka! Zdobędzie wszystkie górskie szczyty, watahę jednym mieczem obroni, i duszę diabłu zaprzeda, tylko boże, nie każ jej tkwić w tej norze... Przełknęła ślinę, by nie wypluć nagromadzonego z tyłu języka jadu i nie sparzyć nim ziemi.
— Wszystkie, c-co do jednej? N-na pewno zna sąsiadka jakiś sposób... - wyrzuciła z siebie jednym tchem, by nie dać emocjom przejąć kontroli. Wilczyca rzuciła okiem na dwójkę głów, wpychających się z rosnącym zniecierpliwieniem za próg, i odpowiedziała:
— Natychmiast dam ci znać, jeśli coś się zwolni... Jestem pewna, że szybko te restrykcje poluźnią. - podrapała się za uchem i uśmiechnęła się szeroko ostatni raz - Do zobaczenia, i wszystkiego najlepszego!
Krasce stanęła w gardle kość z dzisiejszego śniadania, a przynajmniej tylko tak inni interesanci mogliby wytłumaczyć nietaktowne opuszczenie jaskini bez pożegnania. Przystanęła w bezpiecznej odleglości i zacisnęła mocno wilgotne powieki. Głupia. Nie mogę się tak pokazać na własnym przyjęciu. Stała tak może minutę, dwie, a może godzinę, z całych sił skupiając się wyłącznie na stawianiu przez płuca oporu reszcie drżącego ciała. Powoli uspokoiła oddech, czuła, jak pot sączy się powoli przez rzadkie kępki sierści na łapach, przynosząc upragnione oczyszczenie. Może to najlepsze, co może spotkać kogoś, kto upadł tak nisko jak ja?
Powinnam to docenić. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, prawda? Cóż, w tej chwili daleko jej było do jakiejkolwiek wdzięczności. Na nowo zaczęła w głowie odtwarzać obrazy siebie jako ,,wolnego strzelca". Była to absurdalna i niemożliwa do zrealizowania alternatywa, a jakże, zwierzyny w tych lasach dawno było na styk z potrzebami watahy lub (zwykle zimą) poniżej normy, żaden bezdomny wędrowiec nie miał szans tu długo wegetować. Wszyscy dorośli, jak i rzeczywistość dookoła niej to potwierdzali. Ale myśli te, świadomość, że w jakimś innym uniwersum istnieje jej lepsza wersja, która hasa szczęśliwa i wolna po puszczy, przynosiły jej swego rodzaju ulgę. Jej nerwy są najwyraźniej zbudowane z talku... Oczywiście, znowu się zamyśliła. Ale teraz nie ma na to czasu. Teraz pójdzie do Diane, i to się liczy. Potem na pewno coś wymyślę, jeśli zostały mi jeszcze jakieś szare komórki od tego gdybania.
Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Były jak sflaczałe balony, w których nie było powietrza, by je puścić w lot i przyspieszyć tempa, podczas gdy tempo tykania wskazówek wszechświata się nie zmieniało. Pewnie się spóźnię. Zresztą jak zwykle. - mruczała nieświadomie niektóre słowa pod nosem, wlokąc się przez las.
~~~
— Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! - Kraska wpatrywała się w pyski członków śpiewającej przed nią gromadki najbliższych jej wilków z uśmiechem szerokim od Zachodu po Wschód. Powinnam popatrzeć się też na rodziców Diane, a nie cały czas na znajomych, to oni głównie to zorganizowali. Ciekawe, co teraz robią mama i tata? - Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! - choć z każdym słowem coraz ciężej było jej ten wyraz pyska utrzymać i usiedzieć w miejscu. Wszystko to było jednocześnie tak cudowne, i cudownie... niezręczne. Czuła się jak żebrak, którego nagle wyrzucono z ulicy do kryształowego pałacu i oblano złotem. Kompletnie nie miała pomysłu, jak powinna się cieszyć? - Jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje, żyje nam! - Naprawdę, w takiej chwili już spoglądasz na tort! - skarciła się w myślach, uśmiechając się jeszcze bardziej, o ile to możliwe, i kręcąc lekko głową ze wzrokiem pełnym wdzięczności przyszpilonym do grupy przyjaciół. - Niech żyje nam! - głos chóru podniósł się ostatni raz, i serce wadery również nie mogło się oprzeć rytmowi piosenki, unosząc się w piersi, na której spoczywał iskrzący się w blasku popołudniowego słońca jaspis. Była pewna, że zapamięta tę chwilę na długo. - A kto? Kraska!
Klaskała szybko łapami, gdy gromadka rozpadła się i wszyscy podeszli do wilczycy z różnych stron, jeszcze po swojemu głośno wiwatując i gratulując jej wkroczenia w dorosłość. Mogłaby się założyć, że rzucała ,,dziękuję" na prawo i lewo przynajmniej dzięsięć razy pod rząd. Radosny szał trwał, gdy podano jej specjalny olej z dzikiego słonecznika, by ,,ochrzcić" i dopełnić cudownego smaku spoglądającego już na nich z dezaprobatą tortu.
— Pomyśl życzenie, skarbie. - rzekła czule mama Diane z prawej. Jubilatka zmarszczyła brwi i wyciągnęła łapę po miskę tylko po to, by musnąć ją koniuszkiem pazura. Zamyśliła się. W końcu ma tylko jeden strzał, kolejna szansa na sesję z urodzinowym dżinem pojawi się dopiero za rok, musi wybierać madrze. Przyjaciele czekają! Bitwa na myśli wadery trwała w najlepsze; ponownie zbliżyła kończynę do naczynia tylko po to, by ją cofnąć z przerażoną miną. Jej przyjaciółka podniosła czarną łapę ku Krasce z pytającym wzrokiem wszystko w porządku?
— Dawaj, Krasia, już tak nas nie torturuj! - śmiał się Navel z lewej. Potrząsnęła lekko głową i wzięła głęboki wdech. Niech to będzie za mną, a przede mną raj. Oblała ciasto jednym, zamaszystym ruchem.
Po tym akcie wiwaty trwały o wiele krócej; tort z sarniny zmieszanej z dziczyzną, przyprawionej owocami dzikiej róży, leśnymi jeżynami, malinami i olejem z dzikiego słonecznika, a przede wszystkim przygotowany przez mamę Diane, zniknął w mgnieniu oka. Zatracili się w zabawie, wpadli w płynne jezioro szczęścia - dosłownie i w przenośni - po same uszy, zaklejone słodyczą, by nie słyszeć brzęczenia stalowych kling, zagłuszyć nerwowość w głosie, aż do zachodu słońca. Wieczór był tego dnia przerażająco piękny, choć ciężko powiedzieć, czy tak dobrze zapadłby wszystkim w pamięć, gdyby nie pasująca data. Świat stanął do góry nogami; niebo i piekło zamieniły się miejscami. Nad puszczą rozpostarła się poziomkowa poświata, a im bliżej ołtarza zachodu, tym jaskrawsza i czerwieńsza się stawała. W drugą stronę dominowały szkarłatne i karmazynowe smugi, które powoli wsiąkały w chabrowo-granatową zasłonę nocy. Trudno było uwierzyć, że wszystkie te promienie wychodzą z kredowobiałej, czystej słonecznej kuli, która od pewnego momentu zaczęła jednocześnie raptownie się zwiększać i znikać za horyzotem, w pomarańczowo-czerwonej obwódce. Może to prawdziwe słońce, skryte tylko za welonem? - zastanawiała się Kraska. Leżały obie z Diane na niewielkim wzgórzu w ciszy, by móc użyć tego dnia jak najdłużej.
— Ależ piękna łuna... - westchnęła przeciągle czarna wilczyca, podpierając podbródek na zgiętej łapie. Skrzydlata spojrzała na nią wnet ze zdziwieniem. - No co?
— Piękna, zalana krwią i strzępami mięsa. - odparła z ironicznym uśmiechem, który natychmiast rozpłynął się na tle rozczarowania i niepokoju — makijażu, którego nie była w stanie zmyć od rana nawet stuprocentowym spirytusem. - Pijałaś najmniej ze wszystkich, a gwarzysz, jakbyś postradała zmysły.
— Niby czemu? To naprawdę piękny zachód... Wolę się nim naciesyć, niż nadawać mu jakieś dziwne znaczenia. Jest po prostu piękny, i to się liczy. - wyjaśniła Diane cierpliwie, na końcu posyłając przyjaciółce delikatny, zachodzący na melancholię uśmiech. Brązowa wadera ochoczo pokiwała głową, również napinając odmawiające posłuszeństwa mięśnie i uśmiechając się do niej promiennie.
— Masz rację. Wszystko będzie dobrze, a teraz trzeba się cieszyć chwilą. - oczywiście, że blefowała. Wygrzebała resztki sił z dna swojej duszy-Omegi, by te słowa wsparcia nie brzmiały, jakby wypowiadał je ktoś inny. W wielkiej, rażąco białej kuli widziała wciąż tylko obraz wilczycy wracającej do tej jaskini, i to z pustymi łapami. Może ta wojna to najlepszy prezent, jaki mogłam dostać? Nie mam już nic do stracenia.
~~~
Co trzeba mieć w głowie, żeby wycofać się na północ terytorium wroga, pomiędzy jego fortyfikacje a watahę-matkę, odcinając sobie drogę ucieczki i posiłków zarazem? Kraska nie miała bladego pojęcia o planowaniu wojny, jej zdolności strategiczne ograniczały się do zaplanowania przeżycia kolejnego dnia. Gdyby ktoś inny wyszedł z takim pomysłem, pomyślałaby, że to jakaś sprytna, bitewna stuczka. Ale co ja tam wiem? Tylko się katuję tym bezsensownym dumaniem. Dopóki wykonuję rozkazy, wszystko będzie dobrze. Tylko że na czele wojsk stał akurat jej brat. Jednego mogła być pewna; nic, co zrodziło się w umyśle Dreńca, nie wyjdzie jej na dobre.
Wracając z medycznego przytułka, musiała przejść przed jego schronieniem, gdzie wraz ze swoim wianuszkiem kilku znajomych o podobnym temperamencie świętował debiut na polu bitwy. Już, już prawie przemknęłaby niezauważona, kiedy rozkojarzony wzrok basiora musiał wylądować na jej sylwetce.
— A ty gdzie się, Raska, włóczysz? Jeszcze ci bójki mało? - wykrzyknął, natychmiast kierując wszystkie oczy na nią. Wadera jednocześnie lekko się skuliła i zjeżyła, zastygła z jedną łapą w górze, jak ktoś przyłapny na gorącym uczynku.
— Daj s-sobie spokój. - była zbyt zmęczona, by dobrze wyważyć słowa. Bolał ją każdy, najmniejszy mięsień. Jedyne, o czym marzyła, to przeciągnąć się i przytulić policzek do zimnego, wilgotnego mchu.
— Ha, teraz się dziewczynie rwie do walki! Może niech dołączy do zabawy? - odparł największy z towarzystwa, czarno-szary wilk, zbliżając się do niej wraz z Dreńcem i dwoma wilczycami.
— R-rwać idę drewno. Chyba nie chcecie, żeby ognisko zgasło? - odpowiedziała swoim zduszonym, delikatnym głosem, pyskiem wskazując na źródło żółtej poświaty.
— Bo tylko do tego się nadajesz. Idź. - odezwał się jej brat, po czym splunął na ziemię i kontynuował jakąś opowieść. Grupa znów stłoczyła się koło niego i trunków, a Kraska oddaliła się prędko marszobiegiem, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Dreniec był najwyraźniej w dobrym humorze, i lepiej było tego nie psuć, póki to możliwe. Pomimo że jej ciało stanowczo protestowało przeciwko pogwałceniu swoich spraw, wzięła sznur i skierowała się prosto w głąb lasu. Zebrała już połowę tego, co była w stanie na raz uieść, gdy niebo nagle pociemniało, jakby ktoś wyłączył słońce. Pogoda przypomniała sobie, że mamy wojnę? - wadera przycisnęła skrzydła mocniej do boków. Nie kracz. - skarciła się natychmiast w myślach. Zerwał się porywisty wiar, w powietrzu zaczęły wirować liście, szyszki, w końcu całe gałęzie. Pierwsza, mała kropla wylądowała jej na nosie. Masz, co chciałaś.
Z jej kondycją na pewno nie dotarłaby z powrotem do bazy przed deszczem. Zanim klasyczna, letnia burza roszalała się na dobre, zdążyła ukryć się we wnęce pod starym bukiem. Wydawało jej się to najrozsądniejszym wyjściem. Położyła się na płask, na zebranym drewnie, by ochronić je przed zmoczeniem. Gdyby tylko miała gęstszą sierść, jak jej siostra... Przynajmniej do tego by się nadawała. Mogła się tylko modlić, by żadnego drzewa w pobliżu nie trafił piorun. Los chyba nasycił się tego dnia ofiarami wojny i wysłuchał jej próśb. Pech chiał, że wichura posłała prosto na nią jakiś wielki konar, kamień, w każdym razie cięższą część krajobrazu, która popchnęła ją w bezkresną ciemność.

<Zapraszam do serii, ktoś coś? :)>