niedziela, 5 marca 2023
piątek, 3 marca 2023
Od Małej Mi - "Niech przebudzi się bogini ognia" (trening mocy)
Ognista bogini stała tuż przed nic nie znaczącą Małą Mildredfiri, przypatrując się jej uważnie. Mi wciąż nie potrafiła pojąć, w jaki sposób stoi przed wilczą personifikacją najgroźniejszego żywiołu ani jak się znalazła w jej królestwie. Ostatnimi wspomnieniami wadery było parzące ciepło wywołane nadmiernym uwolnieniem jej mocy. Nie wiedziała, ile czasu była nieprzytomna, ani czy w ogóle straciła przytomność. Być może zdołała się zabić i teraz czekał na nią sąd ostateczny. Być może tak właśnie wyglądały zaświaty. Ciekawe, czy przyjdzie jej spotkać obu jej ojców.
Stojąca w płomieniach boska wilczyca przekręciła głowę, uśmiechając się delikatnie w stronę rudej. Jej oczy, choć świeciły białym żarem, patrzyły łagodnie i delikatnie, sprawiając, że przypominały domowe ognisko, przy którym grzeje się łapy i pije ziołową herbatę. Pomimo żywiołu, z którym obcowała, Mi czuła się bezpiecznie, jak w domowej norce. Przypatrywała się bogini z niecierpliwością, oczekując ruchu, jakiegoś słowa, czegokolwiek, co wytłumaczyło by jej, co tu robi. Ale nie zamierzała pospieszać ognia, wiedziała, że on ma całą wieczność tylko dla siebie. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.
– Jak się nazywasz, drogie dziecko? – odezwała się płonąca pani. Jej głos był miękki, jednak słychać w nim było skwierczenie ognia, jakby w jej strunach głosowych paliło się drewno. Mi powinna się prawdopodobnie wystraszyć, jednak czuła się bezpiecznie jak jeszcze nigdy. Z wyjątkiem czasów, kiedy jako malusia kulka wtulała się w ciepłe ogony swojego taty.
– Mildredfiri.
– Mildredfiri – bogini powtórzyła imię wadery, smakując je na języku. – Pasuje do ciebie, powinnaś być z niego dumna.
– Ale to lisie imię... – Mi za późno uszczypnęła się w policzek. Położyła po sobie uszy w zawstydzeniu, wędrując wzrokiem na swoje przednie łapy. Dopiero co usłyszała od bóstwa, że ma być ze swojego imienia dumna, a już zaczęła narzekać.
– Nic nie szkodzi. Pochodzenie imienia nie ma znaczenia, jeżeli do ciebie pasuje. Ja, widzisz, nazywam się Fotia, to znaczy ogień po grecku, mimo że nie jestem w żaden sposób związana z Grecją. Twoje imię również znaczy ogień.
Nagła myśl przebiegła po głowie Mildredfiri, lekka jak żuczek wiosenny i tak samo wciąż wyczuwalna mimo swojej wagi. Była to myśl głupia i naiwna, jednak wadera z pewnością nie byłaby jedyną, która pomyślałaby z cichą nadzieją, ale również silnym poczuciem winy narzuconym przez zdrowy rozsądek, że sama jest częściowo boginią. Nie czystym bóstwem, ale może potomkiem, może odłamkiem potężnego bytu rządzącego światem. Ruda strząsnęła ze swojej głowy tego niemiłego żuczka, mając szczerą nadzieję, że już do niej nie wróci. Nie miała prawa porównywać się do bogini tylko ze względu na imiona o tym samym znaczeniu. I żywioł, którym obie władały.
Milczenie wypełniło salę, w której obie wilczyce przebywały. Mi nie miała jak się obejrzeć, by swoją ciekawością nie urazić bogini, więc jedynie była świadoma czerwonego tronu, na którym zasiadała Fotia. Po bokach stały wielkie, kamienne, okrągłe znicze, w których płonął mocny i wysoki ogień, oświetlający bóstwo. Gdyby stał tam zwyczajny wilk, z pewnością byłby już usmażony jak kiełbaska. Podobne znicze, jednakże mniejsze, rozstawione były pod ścianą w równych odległościach, dzieląc się swoją porcją światła. Wszystkie przypominałyby najzwyklejsze misy, jednak uniknęły tego losu dzięki złotym zdobieniom na krawędziach, przedstawiających różne stworzenia powiązane z ogniem. Feniksy, salamandry, okazjonalnie smoki, choć było ich zadziwiająco mało jak na najbardziej kojarzone z płomieniami stworzenia. Podłoga w sali tronowej również była kamienna ze złotymi wzorami, ale te wzory były po prostu żyłami, takimi jak się znajdzie pod skórą. Nawet pulsowały delikatnym światłem, jakby gdzieś pod powierzchnią znajdowało się złote serce. Najprawdopodobniej w całej sali panował upał, kamień wydawał się rozgrzany, a ogień buchał ze wszystkich stron, ale istoty należące do Fotii, jak i sama Fotia, nie odczuwały tego gorąca. Z ukłuciem strachu Mi zdała sobie sprawę, że czuje się tu jak w domu, bezpiecznie i na miejscu.
– Wybacz pani moją śmiałość, ale... Z jakiego powodu tu jestem? – odważyła się w końcu zapytać szeregowa. W głębi czuła, że niezależnie od odpowiedzi byłaby zadowolona.
– Nie przepraszaj za ciekawość, moja droga! Przepraszaj tylko za konsekwencje, jakie może ona przynieść. – Fotia przekręciła głowię w drugą stronę, uśmiechając się jeszcze bardziej. Delikatne, smukłe ciało, pokryte płomieniami zamiast futra, uszy wyjątkowo długie, z wąskimi końcówkami, ogon będący ognikiem odczepionym od ciała, lewitującym tuż za plecami. A może było tam dziewięć ogników? – Jesteś tu, ponieważ pozwoliła na to twoja moc. Nie zabiła cię, a ujawniła tajniki ognia, które zazwyczaj przychodzi poznać feniksom i salamandrom, oraz ćwiczącym przez wiele lat czarownikom. Ty również ćwiczyłaś, prawda? Ćwiczyłaś, jak opanować swoją własną moc. Wiedz, że twoje starania są doceniane, a teraz, gdy odwiedziłaś moje królestwo, mogę ci podarować swoje błogosławieństwo.
Oczy Mildredfiri dostały kształtu spodków. Miała dostać błogosławieństwo od samej Fotii, bogini ognia, personifikacji żywiołu, którym władała, a na który przez długi czas narzekała. Bo ogień jest taki zwyczajny. Nagle zrobiło jej się tak strasznie głupio, że miała ochotę schować się pod ziemię, usiąść tam, gdzie bije złote serce i nigdy więcej nie pokazywać się nikomu na oczy. Ogień był jednym z żywiołów, był światłem i ciepłem, ale także piekącym żarem i destrukcją. Mógł zapewniać życiu bezpieczeństwo, a potem je niszczyć. Zapomniany przypominał o sobie w ogromnym gniewie, gotowy unicestwić wszystko na drodze swojej zemsty. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Niezaprzeczalna prawda.
– Dodatkowo poza swoim błogosławieństwem chciałabym cię obdarzyć czymś więcej. Posiadam przyjaciela, który zawsze chciał zwiedzić świat, jednak nie było mu to dane ze względu na jego naturę. Gdy przejmował pochodnię na własność, była ona wygaszana, gdy próbował zamieszkać płomień świecy, wypalała się ona jeszcze tego samego dnia. Twój ogień nie gaśnie, ani nie rani, a mój przyjaciel z pewnością z ogromną ochotą będzie cię wspierał oraz pomoże ci opanować żywioł do niemal perfekcji. Zechcesz go przyjąć?
Bez zbędnego namysłu Mi skinęła głową. Była zainteresowana nowym towarzyszem, kimkolwiek by miał on być. Jeżeli przyjaźni się z boginią Fotią, nie ma sensu dyskutować ani nad tym myśleć.
Spod łap Fotii wymknął się smok, niewiele większy od wilczej łapy. Miał złotą skórę, taką, jakiej się spodziewa u smoków. Z jego nozdrzy wylatywały cieniutkie stróżki dymu, przerywane wraz z wdechem i pojawiające się na nowo przy wydechu. Skrzydła były zadziwiająco wielkie w stosunku do ciała, co prawdopodobnie w praktyce pozwalało na bezpieczne, dalekie loty. Duże, okrągłe oczy o barwie bezchmurnego, letniego nieba spoglądały inteligentnie na czerwoną waderę, przeszywając ją na wskroś. Nie potrzeba było żadnych słów, Ahi podbiegł do Mi w stylu podobnym do nietoperza poruszającego się na ziemi i wspiął się po jej nodze, chowając następnie między oczy. Fotia podziękowała za przysługę skłaniając głowę ku Mildredfiri, przez co szeregowa poczuła się jeszcze ważniejsza.
Wilczyca przebudziła się na polanie z rozpuszczonymi włosami, które przybrały formę płomieni. Gdzieś w tych płomieniach kręcił się mały, złoty smok.
<Koniec>
Gratulacje!
Od Bleu - "Wątpliwości" cz. 7
Bleu zarumienił się z ciepła. Świeca była tuż pod jego pyskiem, a za oknem grała mu do snu noc. Jednak nie poddawał się chęci zwinięcia w kłębek. Jego łapy uporczywie zaginały kolejne metale. Jaśmina poprosiła go o drugi kolczyk, na drugie ucho. Może chociaż odrobinę podobny. Polubił tą samiczkę. Była dla niego miła, nauczyła go dokładnie jak wygląda damski układ rozrodczy i poduszyła to i owo o seksie. Skes… właśnie. Ta niezwykła nazwa, tabu wśród dorosłych i taka wielka „przyjemność”. Rozumiał doskonale co wilki w nim widzą, jednocześnie stanowił dla niego tajemnicę. I to jaką. Jaśmina nieco rozgoniła chmury jego niewiedzy, cierpliwie tłumacząc mu jak to wygląda. Nie odbyły się tamtej nocy akty, ale samiec poznał wszelkie tajemnice damskiego ciała. Ku swojemu zaskoczeniu, własnego też. Nawet nie zdawał sobie sprawy jakie to wszystko jest skomplikowane i jak medycy to wszystko pamiętają. Ale może to trochę jak z jego własną pracą. W końcu tylko on wie jak pięknie obrobić skórzaną okładkę i przyszyć strony jedna do drugiej, tak aby nie posypały się zaraz po otworzeniu książki. Tak też medyk wiedział gdzie zszyć wilka aby krew nie wypływała z niego jak woda ze źródła. Tak też polityk pisał piękne litery w pstrych przemowach. Tak też położna odbierała dzieci. Tak też zielarz znał każdego chwasta. I tak też życie płynęło sobie. W końcu w umyśle Bleu nie istniała osoba, która mogłaby wiedzieć wszystko.
Zapakował cztery książki do swojej nowej, ręcznie szytej
torby. Ta pozostała jego ze względu na zdobienia jakie uczył się robić. Trudne
to było i mozolne gdyż wszystko ręcznie naszywał kolorową nicią, która sama w
sobie była droga i czasochłonna. Na ten moment na niej widniało pół
słonecznika, a właściwie tylko pół jego zarysu. No cóż. Starał się jak mógł i
na razie mu się podobało.
—Komu w drogę, temu… —
—Chleba i soli. — przerwał mu znajomy głos. Szkliwo wkroczył do pomieszczenia i
machnął mu.
—Oh. Co tu robisz… przyjacielu? — zagadnął nieco zaskoczony. Ich lekcje miały
się dzisiaj nie odbyć ze względu na nagły przypadek rozsypanej kartoteki
ściganych w jaskini wojskowej i potrzeby złożenia jej w całość. Młodziak
spędził dwa dni segregując kartki, zszywając je i okładając w skóry. Takie to
właśnie nieszczęście go spotkało na jego drodze do szczęścia, więc nie zażył
też za wiele odpoczynku.
— Spruła mi się narzutka. Pomyślałem, że mógłbyś na to spojrzeć. —
—Pewnie. — odłożył ciężką torbę na bok. Miał odnieść tobołki na ich miejsce,
jednak jak widać los zmienił jego plany. Purpurowa tkanina została ułożona na
stoliku w zasięgu światła świecy. Bleu uważnie przejrzał każdy jej kawałek
odnajdując zepsute miejsce i sięgając po igłę. Spojrzał przy tym na kompana.
Jego pióra zdawały się być takie gołe bez jego narzutki. Takie… obce można
wręcz powiedzieć. Jakby nakrywały obcego ptaka skrytego w głębi ciała. Szybko
oderwał jednak się od tych myśli. Oczywiście, że każdy na kogo patrzysz długie
godziny i nagle zdejmie z siebie nakrycie wyglądać będzie obco. To prawie jak z
okularami.
—Gotowe. — poinformował ptaka poprawiając jeszcze tkaninę łapą i strzepując z
niej resztki kamiennego pyłu.
—Dziękuję. Gdzie się wybierasz? — zagadnął.
—Do jaskini wojskowej i jaskini Pani Jaśminy. — przyznał.
—Oh. A czegoż szukasz u tej wadery? —
—Mam dla niej jej zamówienie, gotowe wcześniej i akurat mam po drodze. —
przyznał. Nie widział w tym nic nietypowego. Przegapił może odrobinę szukanie
podtekstu w pytaniach szarego ptaka, który jednak upewniony w szczenięcej naiwności
Bleu, dalej nie wnikał w jego zamiary.
Rozeszli się w dwie różne strony, a Bleu wkrótce tez był na
miejscu. Co prawda spieszył się aby całkowity zachód słońca nie dopadł go,
jednak nie zapowiadało się na to. I także też było. Słońce słodko już spało,
chociaż świeżo i niebo jeszcze tliło się resztką jego blasku, kiedy dotarł pod
jaskinię panny Jaśminy. Ostrożnie zerknął do środka.
—Halo? Jest tu kto? — zagadnął i z wnętrza wyłoniła się pomocnica medyka.
Wyraźnie była zaskoczona jego obecnością, a jednak uśmiechnęła się. Podeszła bliżej
i łapą sięgnęła do jego ramienia. Zanim Bleu zdążył o cokolwiek zapytać zrzuciła
z jego bandany szare piórko, jakby znajome, a jednak bez swojego właściciela w
pobliżu.
—Sporo z nim spędzasz czasu, jeśli już się na tobie osadza! — zażartowała puszczając
mu oczko. — Co cię tu sprowadza o tej godzinie? —
—Kolczyk, jak to co. — mruknął marszcząc nosek.
—Tak szybko? — zaskoczona zaprosiła go łapą do środka. Niepewnie dość wszedł
tam gdzie wskazała. Był już tutaj. Jaskinia była niska i ciemna, ale przytulna.
Pachniała ziołami, a przyozdabiały ja suche rośliny, a nawet małe usypisko z
ziemi, skąd zdawały się powoli wyrastać źdźbła trawy. Jak na wiosnę, świeżość
witała w progach tego miejsca, a mimo to nie było zimno. Bleu przyznawał wobec
siebie, że sam chciałby mieć w przyszłości jaskinię podobną.
—Dziękuję ci za to. — mruknęła zadowolona kiedy podarował jej szkiełko zwinięte
w metal. Od razu umieściła ozdobę w drugim uchu, niż poprzednią. Teraz miała
dwa do pary. — Są cudowne. —
—Drobnostka. Miałem przynajmniej nad czym popracować w nudnej chwili. — pokiwał
głową.
—cudownie… A… zapłata? —
—Nic nie trzeba, tym razem. —
—Nalegam. —
—No… ale nie wiem co? Wszystko czego wilk może chcieć mam już. — uśmiechnął
się. Jaśmina podniosła jedną brew, co Bleu widział pierwszy raz w życiu, i co
wydało mu się być niezwykle intrygujące. Jej ogon opadł na jego łapy gdzie
zajrzał od razu.
—Nie masz wszystkiego i ja ci to udowodnię. Chodź. — chwyciła go. Zaskoczonego.
— Ostatnio uczyłeś się anatomii. Czas zastosować wiedzę w praktyce, wiesz… —
Bleu następnego dnia jeszcze myślał o poprzednim. Niezbyt
przejęty. Niezbyt zmartwiony. Z Tijadeą właśnie dążył powolnym krokiem na
badania. Nudziły go one zawsze, ale cóż miał poradzić. Wadera uparła się żeby
je mieć i żeby to on jej towarzyszył. Dlatego przybyli, weszli, usiedli. Tym
razem wszystko robiła Tia, a Jasmina podeszła tylko na chwilę. I to nie do jego
siostry, a do niego.
—Jak ci mija dzień? — zagadnęła jak gdyby nigdy nic. A Bleu speszył się w
pamięci ostatniej nocy.
—Dobrze. Trochę pracy się zapowiada na jutro. Ale dzisiaj spokój. —
—A jak tam spotkania z tym twoich pierzastym przyjacielem. —
—Ah. Szkliwo. Mamy się dobrze. Ostatnio przyniósł jakąś książkę co bym ćwiczył
czytanie. —
—Myhym… — zamilkła. W oddali dało słyszeć się jej imię, wołane przez
niewielkiego medyka. — Ja musze iść, ale… ty… przyjdź dzisiaj do mnie.
Dwa tygodnie minęły, a Bleu nie mógł znaleźć sobie miejsca
nigdzie w jaskini. Jego oddech był szybki, sam był zmachany, zaskoczony. Ona
nie była jego, to najgorsze. Należała do Jaśminy, a on oczarowany, jak idiota
podążał za jej rozkazem. Niedoświadczony i na wpół ślepo niczym głuchy
polegający na czyichś łapach aby mu pokazywały słowa. Przybył tu, speszony, gotowy na wciągnięcie
się w wir wydarzeń, ale nie takich.
—Coś cię męczy słodziaku. — dreszcze przebiegły przez jego plecy, kiedy
obejrzał się za siebie. Romeo otulił go dłonią i przysunął do siebie. — Nie ma
co się stresować. —
—Nie męcz dzieciaka. — Jaśmina skarciła go prychając głośno. — Wybacz za niego.
Nie chciałam go dzisiaj w mojej jaskini, ale gbur uparł się — odsunęła starego
zboka od ciała młodszego. — Przystawia się do czegokolwiek co chodzi. —
spojrzała na Bleu.
—Wiem. Zdążyłem się przekonać. — młodszy warknął nie patrząc nawet w kierunku
drugiego samca.
—No cóż. Taki już mój urok. — zaśmiał się Romeo.
—Idź już… Szmaciarz jeden. — parsknęła.
—Oi. No weźcie… tak od razu mnie wyganiać. A może trójkącik? — oboje adresaci
skrzywili się w jego kierunku, chociaż Bleu speszył się przy tym. Nadal pamiętał
swój pierwszy raz, a chciałby stracić te wspomnienia. Nie dało się jednak cofać
błędów młodości, a należało się na nich uczyć. W końcu kiedyś trzeba było, a w
jego rodzinie basiorów brak do tego. Więc kto mu miał dać tą wiedzę.
—Nie zwracaj na niego uwagi. Chodźmy. Opowiadaj. Jak tam u ciebie. —
—spotkałem dzisiaj Agresta, wiesz. Byłem zaskoczony, że zna moje imię, a tu
proszę. Widocznie Szkliwo coś mu o mnie szepnął. — Bleu kiwnął głową.
—Samego alfę. No kto by pomyślał. — zamrugała oczkami skrywając ich za winklem,
gdzie mieściła się jej sypialnia. Nawet nie zauważyli, że Romeo wkradł się za
nimi.
A następne dni były prawdziwą przejażdżką.
—Jaśmina. Do jasnej. Jak mówię tak jest. Ciąża i tyle! — Delta raczył zakończyć ten temat.
—Romeo. Nie. Zostaw mnie proszę. — ale nie zostawił. Biedny Bleu.
— Czyli co? Jedno jest martwe? — Tijadea posmutniała nieco. Jej dzieci…
—Wariatkowo… — Delta odetchnął siadając na tyłku.
—Doprawdy. Wariatkowo. — a Laponia obok. Zapłakana.
<CDN.>
Od Bleu - "Wątpliwości" cz. 6
Bleu odetchnął ciężko. Prace nad małymi elementami były
nużące, gdyż należało pracować małymi narzędziami. Wyginanie metalu,
podgrzewanie go aby było prościej, ciągłe studzenie, żeby nie rozpuszczał się.
Basior czuł się jakby tworzył podkowy dla miniaturowych koników
popierdzielających po jego zgiętych plecach. W rzeczywistości drugi już dzień
robił ten nieszczęsny kolczyk. Oczywiście nie siedział nad tym cały czas.
Stanowił on pewną odskocznię dla palców od ciągłego trzymania igły i krzyków na
skórę, co by może zmiękła na zawołanie. Od nieustannego łamania i namaczania
lnu, aby potem nawijać jego drobne linki na słońcu i ścierać z nich nici. Od
lekcji czytania i pisania. Od Tijadei burzącej jego spokój nawet w progach jego
słodkiego królestwa. Teraz wadera leżała sobie w jego łóżku odpoczywając po
wyczerpującym treningu szeregowca. Bleu
był zdania, że nie powinna się przemęczać, jednak ona w kółko powtarzała mu, że
musi trzymać fasadę. To nadal nie przemawiało do młodego faceta. Po co w ogóle
bawić się z tym całym ukrywaniem? To i tak się wyda, jeśli nastąpi pierwsza
lepsza komplikacja.
Nie było jednak jak przemówić jej do rozsądku. Upierała się przy swoim, jakby
to była jej ostatnia deska ratunku w rwącej, zimnej wodzie.
—Głodna? — zagadnął ją kiedy usłyszał ruch materiału. Tijadea została przez
niego przykryta jedną z wielu tkanin jakie posiadał.
—Trochę. Ale… pójdę zjeść w domu, ok.? — podniosła się i rzuciła mu zaspany
uśmiech. On tylko odłożył swoją pracę.
—W sumie dawno nie odwiedzałem was tam. Może też się przejdę. —zaproponował, a
raczej postanowił.
—No dobrze. Chociaż w domu ostatnio ponuro. Pelasza działa mamą na nerwy, a one
nie wiedzą jak do niej przemówić. Tak przynajmniej słyszałam jak szeptają w
nocy. — pokręciła głową jego siostra. Doskonale rozumiał ich sytuację. Jego
umysł bowiem od razu pomyślał o waderze, która szła u jego boku.
—Jest najmniejsza z nas a tyle szczeka… — zaśmiał się pod nosem. Nie cierpiał
Pelaszy, nienawidził od serca, jednak czasem żal mu było tego demona w wilczym
ciele.
—Nie mów tak. — ale zapomniał na chwilę, że u jego boku dąży jej wielbicielka.
Wierny kompan każdego Pelaszowego życzenia.
W domu rzeczywiście atmosfera nie była najlepsza, chociaż mamy ucieszyły się na widok jedynego synka. Najgrzeczniejszego z dzieci na ten moment prawdopodobnie. I tylko w ich oczach. Obiad smakował zaskakująco gorzko. Nawet trochę za gorzko.
Jaśmina odwiedziła go w jego pracowni po tygodniu jaki
spędził nad tym kolczykiem. Wieczór zapadł już głęboko, a Bleu właśnie go
odkładał, ze względu na jego drobność i brak światła. Pomarańczowy błysk padł
na jego pysk, bawiąc się i tańcząc na nim wraz z ruchem płomienia. Wadera
podeszła bliżej wpatrując się uważnie w młodszego i zaciskając swoje usteczka w
wąską linię. Jej krok był cichy, gdyż nie chciała psuć tego niezwykłego
nastroju jaki panował wewnątrz pracowni. Bleu w końcu wyglądał jakby
zaczarowały go jego własne pracy, kiedy nachylał się nad nimi i delikatnie dopieszczał każdy szczególik.
Odetchnęła kiedy wilk spojrzał na nią i uśmiechnął się. Basior zaprosił ją łapą
aby się zbliżyła. Ta uczyniła to powoli, co dla młodego było niezrozumiałe.
Świece rozstawione w pomieszczeniu, trzy tylko, ale dawały wystarczająco
światła aby nie potknąć się na drodze.
—Jak tam twój przyjaciel Szkliwo? — zagadnęła go. Z gracją przysiadła sobie
przy wielkim kamieniu.
—Ma się dobrze, a ja jeszcze lepiej. Powoli uczę się pisać, czytać. Chociaż
słabo mi to idzie. — przyznał czerwieniąc się. Każda jego wada zdawała się być
wiecznie głębsza i niedogodniejsza niż w rzeczywistości była.
—Ah. To cudownie. Niedługo będziesz sam pisać rządowe dokumenty ślicznym
pismem, zapewniam cię! — zaśmiała się, jakby z jakiegoś żartu. Bleu nie bardzo
zrozumiał, jedynie przechylając niezdarnie głowę na bok. — Nie ważne. — dostrzegła
to wycofując się ze swojego stanowiska od razu.
—Po co przyszłaś? —
—A! no właśnie! Jak tam ten kolczyk. Ja wiem, że masz sporo pracy i w ogóle,
ale… chciałam sprawdzić, bo dziurkę już mam! — klasnęła w łapy. Bleu od razu
powrócił uśmiech na pyszczek.
—Jest gotowy. — prawie że szepnął. Jego łapy ostrożnie podniosły niewielki
przedmiot ukazując jego błyszczącą osobliwość oczom wadery. Ta wbiła w niego
swoje oczka niczym oczarowana.
—Jest cudowny. To nie perła z tego co widzę. — przejęła przedmiot od niego
zachwycona.
—Nie. Po łagodnym szlifie okazało się, że to kawałek szkła. Prawdopodobnie z
ludzkich butelek, ale wyglądało tak pięknie, że nie mogłem mu odmówić tego
zaszczytnego miejsca. — powiedział. I rzeczywiście. Kiedy Pomocnica Medyka
przyjrzała się lepiej kamykowi szczelnie owiniętemu metalem przejrzała przez
niego na wylot, a jednak nadal wyglądał on niczym piękny diament. Światło
bawiło się na jego warstwach, jakby woda i Bleu specjalnie starali się o ten
efekt. Zadowolona wsunęła przedmiot na swoje ucho i zapięła go. Dla
przetestowania trzepnęła uchem parę razy, a gdy nic nie spadło i nie połamało
się spojrzała zadowolona na Bleu.
—Co chciałbyś w ramach zapłaty? — dotknęła ozdoby ze szczenięcą radością w
oczach. Jej łapa była nader delikatna.
—Em… To trochę zawstydzające, ale… obawiam się pytać moich mam…. — zaczął.
Samica zerknęła na niego zaintrygowana.
—Czyli? —
—Chciałbym, żebyś odpowiedziała mi na pytanie. — wypalił cały czerwony. Cóż.
Zebrał się na odwagę. Doszedł do wniosku, że problem jaki ma i brak porządnej
edukacji odbija się na nim. Dodatkowo ciekawość pożerała go od środka. A kogo
lepiej spytać niż prawie medyka, prawda?
—Oh. Oczywiście. To taka niewielka cena za takie cudeńko. Co chciałbyś
wiedzieć! — oparła się o blat i wbiła w niego te lawendowe ślepia.
—No cóż… Nikt mnie nigdy nie nauczył kobiecej anatomii… I… — zagmatwał się.
—Po prostu spytaj, misiek! —
—Jak robi się dzieci? — wypalił. Jaśmina zamrugała dwa razy, a uśmiech zniknął
z jej pyska, aby potem ponownie powrócić wraz ze śmiechem.
— Rozumiem… Już rozumiem. Ciekawi cię jak zachodzi się w ciążę, co? — zaśmiała
się. Widziała jak wilk czerwieni się do tego stopnia, że nawet czubki jego uszu
zmieniły kolor. — Już. Nie wstydź się tak. Większość wilków nie ma nawet odwagi
spytać i sami się dowiadują. A potem są wpadki jak z twoją siostrą jak nie
wiedzą co i jak! — wstała i otrzepała się. — Dam ci dobrą lekcję anatomii
kobiecej, ok.? —
—ok. — Bleu mruknął cicho nie bardzo wiedząc jak zareagować. Jego łapa wyłożyła
parę drewienek na blat. Nie ma co na to marnować kartek.
—Nie, nie. … Z mówienia nie nauczysz się za wiele. Powiedzmy, że… — rozejrzała
się i prędko zgasiła jedną ze świecy obok.
Płomienie na reszcie zakiwały się do akompaniamentu jej oddechu. —
Pokażę ci na żywo. Dotkniesz czy tam powąchasz. — machnęła łapą. — Bo inaczej
to nie będziesz wiedzieć jak wygląda, a
będziesz wiedzieć jak się nazywa. A ja rysować nie umiem. Chodź.
— podała mu łapę. Ten niepewnie chwycił ją.
Zaprowadziła go do siebie. Można powiedzieć, że pokazała mu zupełnie nowy świat.
<CDN>
Od Bleu - "Wątpliwości" cz. 5
Bleu siedział obok Pelaszy i spoglądał na nią spod byka.
Byli ponownie w jaskini medycznej. Wadera wyrwała go od ważnej pracy, a także
przerwała jego myśli o spotkaniu na jakie chciał się wybrać. Co prawda nie
umówione, ale miał nadzieję spotkać się ze Szkliwem i ubłagać o pewną sprawę.
Kto wie, może nawet w końcu pozna samą alfę, bo za wiele o niej nie wie i nie
widział w sumie w osobie.
—Nie. Jaśmina durniu. — Delta przyłożył łapę do swojego czoła zamykając ciasno
oczy. Wadera na którą burczał wyprostowała się jak struna gitary jaką ostatnio
naciągał na gitarę. Jego praca rozpędzała się i rozszerzała w kierunkach, w
których musiał wysilać swoje szare komórki aby myśleć jak to czy tamto zrobić,
gdyż bladego pojęcia nie miał. Ten dobry szary ptak powtarzał, że w książkach
znajdzie, ale młodzik ani pisać ani czytać. Ledwie węgielki w łapie trzymał i
umiał używać.
—Spójrz. Jeśli uciśniesz za mocno to…— medyk zdzielił większa łapą w brzuch. Ta
sapnęła z bólu i skuliła się nieco ze swojego prostego kręgosłupa.
—Rozumiem. Rzeczywiście. Krzywdę idzie komuś zrobić. — westchnęła.
—No właśnie. — parsknął. Jego łapa powróciła na brzuch Pelaszy, a on wygonił
Bleu i Jaśminę kawałek dalej, aby móc w spokoju badać.
—Eh. Wiele jeszcze przede mną. Nie wiem czemu ja się tego
nauczyć nie mogę. — odetchnęła, pomimo że pewnie wewnątrz siebie znała
odpowiedź na to pytanie. Bleu jednak nie
wiedział, dlatego odetchnął ciężko.
—Ma podobnie. Miałem iść szukać Szkliwa ,a siedzę tutaj, nie robiąc nic a nic.
— kręcił nosem.
—Ha. — Pomocnica medyka zaśmiała się cicho i zerknęła na niego z góry. — Wiesz.
Jestem zaskoczona, że jako taki młodzik masz tyle pracy. —
—No wiesz. Jestem pierwszym w watasze rzemieślnikiem. Nikt inny nie ma mnie jak
czegokolwiek nauczyć o tym. Nie mam mentora jak ty, sam muszę wszystko
wymyślić. —
—i pewnie niezły dorobek co? —
—No. Można tak powiedzieć. Z pewnością mi jedzenia, metalu i tkanin nie
braknie. — kiwnął jej głową. Jej bystre oczy wbijały się w jego osobę. Czuł to
każdą swoją komórką.
—To dość niezwykłe. Taki młody, a taki talent. Sam szyjesz te bandany co masz
na szyi prawda? —
—Tak. Ta jest ostatnio moja ulubiona, ale muszę ją wyprać. Jednak woda jest
jeszcze za chłodna na to. Wiosna się ledwo zaczyna. —
—To prawda. A gdzie ta twoja pracownia jest? Zastanawiałam się bowiem czy samej
nie zakupić czegoś ładnego do noszenia. Robisz kolczyki? —
—Nie, ale mogę spróbować. W sumie nigdy nie zastanawiałem się jak to zrobić.
Hym…. — zamyślił się na chwilę. Nawet nie zauważył kiedy badania na jego
siostrze dobiegły końca.
—I jak? — Jaśmina od razu wypaliła, zaangażowana w tą całą sytuację.
—Jest dobrze na razie, ale młodzieńcze ciąże często obarczone są pewnymi
zagrożeniami. Na ten moment nie widać żadnych oznak błędów w rozwoju ani ewentualnych powikłań, ale to
wszystko może się zmienić w ciągu kilku sekund. — Delta przemył swoje łapki.
Bleu czasami zastanawiało dlaczego ten wilk był taki mały. W końcu on sam nie
należał do największych, ale medyk przerastał jego wszelkie wyobrażenia pod
względem swojej wielkości.
—Oby nie. — Tijadea odetchnęła ciężko. Zamartwiała się tym niemiłosiernie,
chciała to już mieć za sobą .
—na pewno nie! — Jaśmina machnęła łapą zadowolona. — Wiadomo ile ich jest? —
—Jeszcze nie tak szybko Jaśmino. — Delta skarcił ją. W końcu miała uczyć się
medycyny, a wciąż myliła proste fakty.
Szkliwo spojrzał zaskoczony na młodego Bleu. Ten wbijał w
niego swoje niebieskie ślepia z zapałem. Chciał w końcu rozwinąć swoje skrzydła
w swoim żywiole w pełni. Chciał…
—Nauczyć cię pisać i czytać? — ptak kłapnął dziobem jakby ta informacja jeszcze
powoli docierała do jego głowy.
—Tak. — Bleu powtórzył swoją odpowiedź. Błagał go praktycznie o tą możliwość,
gdyż kto inny mógłby to dobrze wykonać. No. Może jeszcze alfa, ale Bleu coś
czuł, że Agrest może mieć ważniejsze zajęcia niż lekcje czytania dla malućkiego
poddanego.
—No dobrze. Możemy… spróbować. — Szkliwo poprawił swoje skrzydła i machnął
niecierpliwie ogonem., jednak patrząc na cieszącego się jak szczenię młodego
dorosłego uśmiechnął się.
—Kiedy zaczynamy? — w kocu basior uspokoił się nieco i z nadal śmigającym
ogonem stanął przed towarzyszem.
—Jutro, z samego ranka! — zapowiedział „żuraw” po czym oboje poszli swoją
drogą.
—To jest Z tak? — Szkliwo cierpliwie stał nad Bleu pokazując
mu te literki i ucząc go. To była już 5 lekcja, piąty dzień, a dzieciakowi szło
całkiem nieźle, jak na dorosłego. Chociaż jaki był tam z niego od razu dorosły.
—Tak. Ale piszesz je źle. — poprawił jego pisownię. Piach bywał oporny, ale
przynajmniej dało się go używać więcej niż raz, nie jak kartkę.
—UGH. — zirytowany i zmęczony Bleu prychnął na swoje dzieło.
—Spokojnie. Nic gorszego od pisma Delty na tym świecie już nie będzie. — ptak
poprawił mu nieco humor. Jeszcze chwilę pochylali się nad literami przed
jaskinią rzemieślnika, kiedy oderwały ich od tego kroki. To Jaśmina powoli
wstąpiła w pole ich widzenia.
—Witajcie Bleu… Szkliwo. — zaskoczyła się ewidentnie obecnością ptaka, który
dygnął delikatnie w jej kierunku.
—Myślę że będę się już zbierał. Chyba masz bowiem klienta. — szary towarzysz
uśmiechnął się do Bleu, który podziękował mu jeszcze za jego czas.
—A ciebie… co tu sprowadza? — Bleu zamazał litery na piachu łapą. W powietrzu
zabiły skrzydła i Szkliwo zniknął z ich wzroku.
—Znacie się? —
—Zaryzykowałbym nawet stwierdzeniem, że całkiem dobrze. — Bleu odparł na jej
pytanie. Łapą zaprosił do wnętrza pracowni. Jego nowa towarzyszka przyjęła tą
ofertę i niedługo potem oboje siedzieli przy płaskim kamieniu służącym jako
jeden z wielu blatów do pracy.
—Nie wiedziałam, że masz znajomych u władzy. — zachichotała.
—Nie ująłbym tego w taki sposób, ale tak. Znam Szkliwo, poznałem Kawkę. Często
też składam dokumenty w skóry. Ostatnio nawet oprawiałem księgę zasad! —
pochwalił się. Nie zauważył jak w oczku Jaśminy zapaliła się mała lampeczka.
Bardzo niebezpieczna.
—To nieźle! Powiedz mi. Chciałabym kolczyka. Umiałbyś je zrobić, bo dziurkę
uczynię sama! — z ekscytacją w głosie obserwowała jak Bleu wyciąga różne rzeczy
na chłodny blat. Posypały się małe druciki, metale, a nawet i gwoździe.
—Mam też kolorowe farby i parę pereł i jakiś kamieni. — dodał po chwili
dorzucając małe błyskotki na stoliczek.
—Wo… ale wybór. To… chciałabym takiego wiszącego kolczyka z perełką. — Jaśmina
wybrała wskazując na małą błyszczącą kuleczkę.
—Nie wiem czy to nie jakiś kryształek. — basior pochwycił je w swoje paluszki
obracając. — Ale oprawa pójdzie łatwo, nie wygląda na bardzo kruchy. Jeśli
jednak mi się z nim nie uda, dam ci znać. Wybierzesz sobie coś innego. —
uśmiechnął się szeroko. Ona za to potrząsnęła rzęsami i odwzajemniła grymas
szczęścia. Oba ogony zamachały z dwóch różnych powodów.
<CDN.>
Od Bleu - "Wątpliwości" cz. 4
Bleu malsnął niezadowolony. Jego łapy z trudem przekładały
igłę przez twardą masę skóry. Kartki papieru latały nieokiełznane wokół, niczym
poruszone wichrem wściekłości w sercu młodego. Jego projekt wisiał z jego
zębów. Uporczywa była ta praca, a jeszcze uporczywsze użeranie się z wilkami z
jaskini wojskowej. Chociaż tym razem była to alfa, która przekazała Księgę Praw
w jego łapy. Stara jak świat okładka, pomimo że nałożona na nowe kartki z nowym
tekstem, była nieźle rozdarta. Czas raczył zjeść ją do koloru szarości, tracąc
całkowicie wzór dawnych skór oprawiających istotne informacje. Dlatego teraz
trwała ta męczarnia dla młodego wilka. Koniec końców było to istotne zadanie.
Wielka odpowiedzialność spadała na jego barki, dlatego też był taki
sfrustrowany, że musi to robić na wczoraj.
Towarzyszyła mu niechętnie pewna wadera, wysłanniczka alfy do pilnowania całego
procesu. Podobno umiała pisać, ale młody basior nie znał jej z widzenia. Kawka
było jej imię i z rana wraz z księga przebudziła go z błogiego snu. Obok jej
boku jakiś czas stał znajomy Szkliwo, którego Bleu poznawał coraz lepiej i
darzył coraz to większą sympatią, niekoniecznie świadomy jego poprzedniego
wcielenia. Słyszał plotki, ale kto by oceniał książki po okładce prawda? W
końcu taka ważna lektura jak prawo oprawiona była przez długi czas w największe
łachmany. Basior sięgnął po wyszlifowaną deskę. Piękna, cienka podstawa dębowa,
którą należało obić przygotowanym materiałem.
Basior walczył ze swoim dziełem przez wiele godzin. Sprytnie zrobiony młotek,
parę skradzionych gwoździ, nić zrobiona z lnianych rdzeni, igły różnych
rozmiarów i wszystkie jego siły. Nawet odrobina czerwonej farby. Jednak Bleu na
nic się zdała gdyż nie umiał pisać.
—Skończyłem. — westchnął ciężko siadając w końcu. Jego oczy dostawały oczopląsu
od ciągłego skupienia na jednym obiekcie. Nieprzyjemne to było uczucie, ale
towarzyszyła temu także ulga.
—W końcu. — odetchnęła wadera. Niebieskie oczy młodego dorosłego spojrzały na
nią w wyrzutem. — A napis? — nachyliła się nad pracą basiora.
—Nie umiem pisać. —odparł jakoś bardzo niewzruszony. Machnął ogonem i wstał.
Jego krok poprowadził go do bajzlu jaki zostawił przy okazji pracy. Nie
zauważył kiedy Kawka sama wykonała zgrabny napis.
—A jak go zabezpieczyć? —
—Żywicą. — odparł. Sięgnął po zardzewiałe metalowe wiaderko. Podszedł do niej i
zerknął na piękne czerwone litery. „Księga praw” zostało zakryte cienką warstwą
błyszczącego się drzewnego soku, nieco przysłaniając czerwienie i zmieniając je
w pomarańcze i żółcie. — Zaschnie za sekundy, więc niech posiedzi jeszcze na
stołku. — mruknął. Wadera ciężko westchnęła widocznie wstrzymując się od
komentarza, zapewne pełnego irytacji.
—Długo? —
—Nie. Siadaj i mi nie przeszkadzaj. — mruknął. Wywarła na nim nieprzyjemne
wrażenie. Irytowała go samym swoim głosem, pełnym arogancji i znudzenia,
sposobem bycia. Tak z pozoru nonszalanckim. Bleu był za młody aby rozumieć
rozterki dorosłych wader, w końcu ani mu blisko do porządnego dorosłego ani do
wadery. Złamał łapą łodygę lnu i z igłą z łapie zaczął wygrzebywać ze środka
cienkie linki gotowego przetkania na nici. Jakaż to czasem była męczarnia robić
wszystko samemu, aby móc robić z tego cokolwiek innego. Nici jeszcze miał dużo,
ale nie chciał zabawiać niechcianego gościa swoimi słówkami i nędzną rozmową.
—Jest tu kto? — Bleu z podkulonym ogonem zajrzał do wnętrza
jaskini medycznej. Cisza panowała wokoło, pacjenci cichutko polegiwali sobie, a
światło porannego słońca zaglądało pomiędzy drzewami, wdzierając się długimi
promieniami w progi. Basior przekroczył wejście podchodząc do jednego z łóżek.
Na nim leżała całkowicie przytomna Tijadea, zaglądając na niego. Był pierwszym
po którego wysłała. Prawdopodobnie bała się reakcji kogokolwiek innego.
—Oh. Odwiedziny? O tej porze? — podeszła do nich wadera. Była wyższa od młodego
dorosłego, zielona i usiana piegami.
—No tak. Znaczy… — speszył się nieco. Nadal był nieśmiały kiedy starsi zbliżali
się do jego osoby na niebezpieczne odległości.
—Spokojnie. — poklepała go po plecach uśmiechając się. — Zawołam zaraz podam
leki. — i odeszła.
—Kto to? — zagadnął Bleu zaglądając jeszcze za znikającym
zielonym ogonem.
—Jaśmina. Pomocnica medyka. — Tijadea miała cichutki głosik. Smutny, załamany
może nawet. Bleu z ciężkim westchnieniem położył się obok niej, aby miała na
kim oprzeć głowę.
—Co się stało? — trącił ją nosem. Może za nią nie przepadał, ale nadal była
jego rodziną.
—Wiesz… Chyba popełniłam błąd. — załkała. Poczuł jak jej łzy powoli skapują na
jego niebieską sierść. Zgrabnie zdjął z siebie swoją chustę i zarzucił pod jej
nos. Ona przyciągnęła ją do serca i zerknęła na niego swoimi oczkami.
—Jaki? —
—Bo ja… nie powinnam. Ale… zaszłam w ciążę — pisnęła. Bleu zaciął się na jej
słowach, nigdy nie nauczony poprawnej waderze anatomii.
—Jak? W sensie… wybacz, że tak… kolokwialnie. Ale… jak to ma niby działać? —
zdezorientowany sapnął w jej kierunku. Nie był z tych dzieci, które obchodziło
jak dzieci się tak właściwie rodzą.
—Oh… Nie wiem. Bo ja… Romeo mnie odwiedził jak Pelaszy nie było. No i… no… —
speszyła się. Schowała głowę pod swoje łapy, a Bleu chwilę myślał nad tą
sytuacją. Roemo, wadera i dzieci. Była tylko jedna opcja, której raczył nauczyć
się w praktyce, za sprawą tego samego zboczeńca. Teraz na samą myśl o nim
skakało mu ciśnienie.
—Proszę. Oto leki! Do dna! — Jasmina przyszła do nich z szerokim uśmiechem.
Tijadea posłusznie wypiła podane jej preparaty. Skrzywiła się nieco kiedy smak
cieczy podrażnił jej kupki smakowe.
—Dziękuję. — sapnęła w odpowiedzi. Ta cała Jaśmina odeszła na parę kroków, niby
to coś mieszając i zagadując do innych, ale tak coś na skórze Bleu czuł, że
nadal przysłuchiwała się ich rozmowie. Dlatego ściszył głos.
—I co zamierzasz z tym zrobić? Dlaczego mówisz to akurat mi? — sapnął.
—Nie chcę mówić nikomu innemu, a Pelasza nie dotrzyma tajemnicy! Poza ty, wstyd
mi i się boję. Nie chcę być z tym sama. — odparła. Ich oczy spotkały się. Bleu
na chwilę zapomniał jak milcząca bywała jego siostra kiedy trzecia z ich rodzeństwa
rzucała obelgami w jego kierunku.
—No dobrze. Ale co chcesz żebym zrobił? —
—Chcę je urodzić w tajemnicy… — przyznała. — I może… udać, że je znalazłam.
Albo oddać. Ja… nie będę dobrą matką. Nie. Ja nie chcę być matką. — pokręciła
głową. — Pelasza mnie znienawidzi, mamy będą zawiedzone. Nie mam ochoty słuchać
ich pouczeń o moralności, że one je wychowają, bo ja ich nie chcę widzieć. Nie
chcę ich mieć. — kręciła głową. Pomocniczka medyka niedaleko zacmokała.
—Coś nie tak? — Bleu rzucił jej nieprzychylne spojrzenie.
—Nie. Po prostu tak słucham i doskonale rozumiem twoją siostrę. Więc powiedzmy, że mogę… pogadać z Deltą i…
załatwić tą sprawę trochę… potajemnie. Wiesz, żeby się nie rozeszło. I tak
muszę nauczyć się odbierać porody!— zawołała. Na szczęście nikt nie zwracał na
nią uwagi. Jakby była niewidocznym duchem. Bleu też wydawała się jakaś taka…
dziwna.
—Można tak? — zapytała z nadzieją naiwna Tijadea. Jej oczka zerknęły na zielono
nogą.
—Oczywiście. A przynajmniej warto spróbować. — uśmiechnęła się.
—Ti… Będzie po tobie widać. Dasz radę w ogóle to ukryć? — Bleu rzucił swoją
wątpliwością. Jego młody umysł nie był w stanie pojąć dlaczego zamiast raz
przeżyć zgorszenia i uzyskać pomoc i święty spokój, jego siostra tak upiera się
przy chowaniu swojej nowej dolegliwości.
—Nawet jeśli to będę więcej jeść. Czy coś. Poudaję. Wyjadę na dodatkowy trening
tygodniowy. Zaszyję się gdzieś. Nie będą wiedzieć. Nie chcę żeby wiedzieli. —
kręciła głową, a Jaśmina przytakiwała. Bleu na chwilę pomyślał, że wadery to
jednak dziwna odmiana wilka, ale potem przypomniał sobie, że jego siostra nie
jest za mądra i boi się o relacje w domu.
—Eh. Dobra. Ale co do tego mam ja? — spytał wstając. Jego siostra spojrzała w
jego zdezorientowane oczy.
—Ah. Mężczyźni. — Pomocnica medyka westchnęła głośno, ale Bleu nie mógł pojąć dlaczego.
—Żeby… mi pomóc? Proszę .— błagalne ślepia wbiły się w jego czaszkę.
—Jak? —
—Nie mów nic mamie. Ani mamie. Ani Pelaszy proszę, ale… przychodź tu ze mną, ok?
—jej łapy i ogon poruszyły się w geście niemego stresu. Bleu mógł w tamtym
momencie jedynie odetchnąć i zgodzić się na jej układ. W końcu dalej była jego
siostrą, a on kochał swoje siostry, pomimo tego wszystkiego co raczyły mu
uczynić. Głupi szczeniak.
<CDN.>
środa, 1 marca 2023
Nasz Głos nr.36 -"Wspaniała nowina"
Nowości
Zacznijmy od najweselszej wiadomości - 24 lutego wybiło DZIESIĘCIOLECIE WATAHY SREBRNEGO CHABRA! Wraz z tą datą staliśmy się jednym z najdłużej działających blogów typu RPG, o ile nie otrzymaliśmy w tej kategorii pierwszego miejsca.
Inną cudowną nowiną są nowo urodzone dzieci Domino: Smoła, Katarakta oraz Domael.
Dorosły również Bleu, Pejasza i Tijadea.
Słówko od społeczności
Oddaję wyjątkowo głos alfie i zapraszam do przeczytania artykułu na temat dziesięciolecia: KLIK!
Wiadomości - prawdziwe i nie
Malarze w Watasze Srebrnego Chabra! Nie chodzi tu o naszych członków, a o bandzie ludziów, która przyjechała w nasze rejony malować pejzaże fantastycznych terenów, jakie można spotkać tylko u nas. Ich obrazy mają trafić do narodowego muzeum.
Mlecz i Bławatek w... "Pikselizacja"
![]() |
| Autor: Delta |
Zendayafiri Nere'e Citlali Pinezka jest autorem tego numeru


