Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 listopada 2024

Tia odchodzi!

Tia - powód: śmierć

Śmierć dotyka nawet medyka...

Tia urodziła!

Yolotl - uczeń

(Oraz rodzeństwo w Watasze Cieni)

Od Tii – "Medyk" cz.6

[UWAGA! Opowiadanie zawiera graficzną scenę tortur, może być ona dla niektórych zbyt graficzna]

Gdyby ktoś chciał powiedzieć, że Tia bała się dnia porodu, mijałby się z prawdą dość daleko. Jedyne, czego wadera się bała, to o swój pierwszy i jedyny miot, który przejmie Wataha Cieni, bo nie chciała, by jej dzieci zostały wychowane na zabójców. Wolałaby, żeby wiodły zwykłe i szczęśliwe życie jako jacyś medycy albo zbieracze, nawet jeśli nie były potomstwem, które chciała. Sam zaś dzień porodu nie był dla niej straszny. Była na niego gotowa.

Dobrze wiedziała, jak się dla niej skończy. Z jej zaburzeniami ona nie miała szans przeżyć wypychania nowego życia z siebie. Nie wierzyła, że dotrwa chociaż do końca porodu. Leokadia i Boro zostali o tym poinformowani, a także zostali poproszeni, by wzięli szczeniaki Tii pod swoją opiekę. Oboje się z ciężkimi sercami zgodzili.

Medyczka okazjonalnie przychodziła odwiedzić swojego gwałciciela. Uśmiechała się, widząc go. Osobiście brała udział w przybijaniu jego skóry do drzew i czerpała z tego wielką przyjemność.

Aya nie pozwoliła Odnetowi ujść z życiem, ale nie pozwoliła mu też umrzeć. Posiadając rozległą wiedzę na temat tortur, anatomii oraz ograniczeń wilczego organizmu, postanowiła zapewnić basiorowi najgorszy los za zgwałcenie medyczki, o którą wataha tak się starała, by do nich dołączyła. Oczywiście na wagę kary wpłynęło również złamanie zasad, gdzie jedną z nich był zakaz krzywdzenia wader, nawet tych uwięzionych, bez zgody kapitan lub pierwszego oficera.

poniedziałek, 14 października 2024

Od Tii – "Medyk" cz.5

O dziwo Aya nie zadawała w ogóle pytań, z wyjątkiem standardowego, czy niczego Tii nie brakuje z leków i jedzenia. Właściwie to nikt nie przepytywał medyczki, czemu jej tak długo nie było, wszyscy zdawali się ignorować ten fakt, jakby niczego w ogóle nie zauważyli.

Jedynie Lea wpadła na chwilę do igloo, gdy już nikogo nie było, żeby poplotkować jak na przyjaciółkę przystało.

– I co? Jak tam rodzina? Nic nikomu nie mówiłam i nie zamierzam powiedzieć, słowo!

Na twarzy Tii zawędrował uśmiech prowadzony zarówno bardziej skomplikowaną wdzięcznością, jak i najprostszą radością.

– Dzięki. Wszyscy mają się dobrze i oczywiście o niczym nie wiedzą. Tak jak obiecałam.

⤙ooo⤚

Mijały kolejne tygodnie, śnieg stopniał, a Tia nabawiła się całkiem niezłych wpływów w Watasze Cienia. Związała się z Leokadią grubą nicią przyjaźni, poznała również kilka innych przyjaznych osobników, a co najważniejsze, nabrała wystarczającej odwagi, by stawiać wszystkich po kątach, tak jak robił to Delta w Srebrnych Chabrach.

Srebrne Chabry, jej ukochana rodzina, którą tak rzadko odwiedzała. To i tak był cud, że w ogóle mogła ich odwiedzać, Wataha Cienia najwyraźniej jeszcze się o niczym nie dowiedziała, albo Aya nakazała przymykać oko. Jakikolwiek był powód, medyczka nie zamierzała dociekać, wyłącznie cieszyła się z obecnego stanu rzeczy i co jakiś czas wstępowała do dobrze znanej jaskini medycznej, znosiła morderczy wzrok starego basiora, i ze szczenięcym uśmiechem powracała do szałasu lekarskiego, gdzie funkcjonowała w Cieniach.

Jednej późnej nocy była mniej ostrożna, prowadzona ekscytacją, bo Pinia wspomniała jej o basiorze, który podobno był przystojny i bardzo pociągający. Myśl, że siostra miała kogoś na oku, cieszył Tię, która sama nie mogła sobie pozwolić na dzieci ze względu na swoje zaburzenia. Wesołym krokiem wadera przemierzała mrok gęstych lasów, ledwie częściowo wyłapując, czy ktoś się nie zbliża.

Jej kroki były nieco głośniejsze, o czym przypomniała jej agresywnie gałązka pękająca tuż pod łapą. Medyczka zatrzymała się w strachu, jej uszy próbowały wychwycić jakiś znak, że ktoś ją zauważył. Na szczęście wyglądało na to, że nawet myszek nie obudziła, więc wróciła do swojego wesołego, choć teraz już dużo cichszego spaceru.

W swojej radości zapomniała o drobnym szczególe: że wataha zabójców była przecież wyszkolona w poruszaniu się niczym polujące sowy i wychwycenie ich spośród odgłosów nocy graniczyło z niemożliwością.

Także nawet taki duży basior jak Odnet pozostał niezauważony, kiedy podążał zaledwie kilka metrów za medyczką.

Wstąpiła do szałasu lekarskiego pogodna, z werwą do pracy i kilkoma pękami ziół zebranymi po drodze, akurat takimi, których zaczynało jej brakować. Postanowiła rozwiesić je, zanim pójdzie spać, by jak najszybciej zaczęły się suszyć. W trakcie swojej roboty nie usłyszała, kiedy brązowy uczeń wkradł się przez drzwiczki i zastawił jej drogę ucieczki.

– Naprawdę myślałaś, że twoje wycieczki pozostają niezauważone?

Niespodziewany głos wystraszył medyczkę. Upuściła pęki, które właśnie trzymała w łapach i obróciła się ku Odnetowi z oczami wielkimi jak spodki. Choć wiele razy w ciągu pobytu u Watahy Cieni serce stawało jej w gardle, tym razem czuła, jak próbowało wyrwać się z piersi, uderzając maniakalnie o żebra klatki. Myśli z wesołych torów przeskoczyły na przetrwanie zwierzęcia, które właśnie zostało uwięzione. Gdyby to był ktokolwiek inny, podskoczyła by jedynie, po czym uśmiechnęła by się i wymyśliła jakąś wymówkę. Ale to był Odnet.

Sam pierwszy oficer ją przed nim ostrzegał.

– Co, kot cię za język złapał? Nie masz żadnych durnych wymóweczek?

Basior zaczął się do niej zbliżać. Próbowała mu uciec, przeskoczyć obok, byle dotrzeć do wyjścia, ale zdołał ją przygnieść do podłogi. Górował rozmiarami i masą nad chorowitą, drobną waderą, nie dawał najmniejszej szansy na ucieczkę. Stanął nad nią, a właściwie na niej, a Tia poczuła, jak łamią jej się żebra. Po policzkach pociekły łzy. Czy były one zaświadczeniem o bólu, czy o strachu – wadera nie wiedziała. Pragnęła się tylko stąd wydostać.

– Skoro tak trudno jest ci wysiedzieć u nas na dupie, dam ci powód, żebyś nie była w stanie już odejść.

Tia poczuła, jak coś miękkiego wciska się między jej wargi sromowe. Resztę całkowicie wytarła z pamięci.

⤙ooo⤚

– Odnet zrobił CO, kurwa?! – Niski głos Boro rozbrzmiał takim rykiem, że zatrzęsły się ściany szałasu lekarskiego.

Leo trzymała przyjaciółkę w objęciach, starając się ją uspokoić. Medyczka wciąż trzęsła się ze strachu i bólu, nie mogąc się nawet podnieść, bo klatka piersiowa od razu odpowiadała palącym ogniem. Nie przespała tej nocy i raczej nie prześpi kilku kolejnych.

– Co się dzieje? – Do szałasu weszła Kapitan, oczywiście zaintrygowana, czemu jej pierwszy oficer tak potężnie drze japę z samego rana.

Boro nawet się nie wahał.

– Odnet zgwałcił Tię.

– Przepraszam bardzo, co? – Aya na te słowa zrobiła się równie wściekła, jednak jej gniew był chłodny i cichy. Nie podniosła tonu, nie zaczęła od razu rzucać łaciną, nie spojrzała na Medyczkę. Wszystkie emocje były w różowych oczach Kapitan, oczach zdolnych teraz do rozerwania kogoś na strzępy, kogoś, kogo imię zaczynało się na O-, a kończyło na -dnet.

Tia wtuliła głowę w klatkę piersiową Leokadii. Nie miała ochoty już niczego słuchać. Nienawidziła tej watahy.

CDN

wtorek, 8 października 2024

sobota, 4 maja 2024

Od Tii - "Medyk" cz.4

Nogi Tii same prowadziły ją do ukochanego domu. Mknęła szybko przez zaspy, przeskakiwała wystające kamienie, a jej myśli owijały się tylko i wyłącznie wokół czasu, jaki spędzi z rodziną. Tęskniła za nią, i to tak cholernie za nią tęskniła, że jej serce fizycznie ją bolało. Chciała ich odwiedzić, chciała się pokazać rodzinie i medykowi. Jak potem wyjaśni, że musi znowu odejść, bo w rzeczywistości odwiedziny ryzykuje własnym życiem? Nie wiedziała. Nie to jej było w głowie, kiedy ujrzała w końcu och, tak znajome wzgórza i och, tak przyjazne drzewa. Dom! Wróciła do domu!

W pierwszej kolejności nogi postanowiły odwiedzić jaskinię medyczną. Według medycznego rozsądku ta potrzebowała obecności Tii najbardziej i według stanu rzeczywistego faktycznie tak było. Delta dreptał to tu, to tam, z ogromnymi worami pod oczami, tłumacząc kolejnemu idiocie, czemu nie należy celowo przebijać lodu, kiedy się na nim stoi. Na boku Puchacz trenował z moździerzem, szykując dawkę jakiegoś leku, a obok niego leżał jakiś nowy szczeniak, którego Tia nie znała. To nie było jednak jej zmartwienie.

– Delta? – Spróbowała się przywitać, ale została spotkana ze wściekłym spojrzeniem kogoś, kto zdążył w głowie już setki razy wyrecytować kazanie, jakie wypowie, kiedy niesubordynowana współmedyczka w końcu wróci ze swojego rendez-vous.

Wadera nie musiała długo myśleć, jak to kazanie było sformułowane. Udało jej się wyjść z jaskini medycznej, by przywitać się zresztą rodziny, ale cała radość z powrotu wyparowała z każdym ostrym słowem od strony niebieskiego medyka.

Pinezka na szczęście przywróciła wewnętrzną równowagę swojej siostry, gdy rzuciła się na nią z uściskami.

– Tia! Gdzieś ty była, dziewczyno? Wszyscy zachodziliśmy w głowę, gdzie cię wcięło, bo ostatnim razem, gdy cię widzieliśmy, chwaliłaś się wszystkim, że zostałaś medykiem. Co się stało, co? Porwali cię, czy jak? – Biała zaśmiała się w głos, co Tia nerwowo powtórzyła. Tak bardzo chciała wszystko wyznać, ale nie było mowy, że zaryzykuje swoim życiem. Albo życiem swojej rodziny, kto wie, do czego zdolne są Cienie?

Rodzina Shików do wieczora świętowała powrót szarej wadery. Potem, zamiast spać, Tia udała się do jaskini medycznej, by cokolwiek dopomóc Delcie, zanim znowu będzie musiała zniknąć na Huk wie jak długo. Gdy obiecywała, że nie będzie spać całą noc, by mógł zrobić sobie chociaż 10 minut drzemki, on tylko w milczeniu zmierzył ją wściekłym wzrokiem i wrócił do zajęć. Do końca zmiany w jaskini panowała niezwykle napięta atmosfera.

Mała, kolorowa waderka wabiła się Sohea i pewnie gdyby Tia nie miała łap pełnych roboty w ramach nadrobienia zaległych dni, nawet by z nią pogadała. Zamiast tego skupiała się tylko i wyłącznie na pracy.

Minęły dwa dni, zanim Tia wykorzystała swoją wymówkę, że ma coś do załatwienia, żeby wymknąć się z jaskini. Pomachała grzecznie Delcie „do widzenia”, udając, że tak, ma zamiar wrócić, absolutnie, nie będzie to za dwa tygodnie, nie ma mowy, słowo!

Nie daje się słów, o których nie ma się pewności, że się nie złamią. A już z całą pewnością nie daje się słów, które ma zamiar się złamać. Wszechświat ma w zwyczaju karać takich, co robią przeciwnie do tej zasady.

Tia jednak starała się w to nie wierzyć. Udawała, że wszystko jest dobrze, że nikt w Watasze Cienia nie podejrzewa ją o ucieczkę do starej watahy, że jej małe kłamstewko nie zrobi nikomu krzywdy. Dla Watahy Cienia to były tylko dwa dni. Wataha Srebrnego Chabra z pewnością jej kiedyś wybaczy. Jeśli karma wróci, to nie na tyle szybko, by Tia zepsuła sobie całe życie. Jedynie jego końcówkę, w końcu wilki i tak nie żyją zbyt długo. Przynajmniej w porównaniu do takich ludzi, przykładowo. Nie, nie, wszystko będzie w porządku. Pinia wcale nie musi wiedzieć, dlaczego jej siostrzyczka tak czule ją przytula, choć idzie tylko na spacer. Mi i Mikaela nie potrzebują widzieć malutkich kropli łez, zbierających się w kącikach żółtych oczu. Vari z pewnością wiedział, co się szykuje, gdy otulił starszą swoimi ogonami, ale nie powiedział o tym ani słowa. Tia zaczynała rozumieć, dlaczego Variaishika zdaje się wszystko wiedzieć, a mimo to niczego nie mówi. Bo zabawnie jest patrzeć, jak świat płonie.

A wokół niej świat właśnie pochłonął niewygaszalny pożar, choć twierdziła zupełnie inaczej.

Wróciła do Watahy Cienia pod osłoną nocy, choć szczerze mówiąc, patrząc na to, jak bardzo tutejsze wilki chwalą się swoimi zdolnościami, naprawdę wątpiła, że pozostała niezauważona. W najlepszym wypadku ten (bądź ci), co ją nakrył, nie pobiegnie od razu do kapitana, tylko poczeka do rana.

Albo i to nie było potrzebne, bo w igloo medycznym czekał na nią Boro. Medyczka miała dziwną ulgę, że był to pierwszy oficer, a nie Odnet, choć powinno być na odwrót, bo w końcu to Odnet zdawał się być po jej stronie. A może było to związane z tym, że Boro był kochankiem jedynej przyjaciółki, jaką Tia miała w watasze pełnej zabójców i automatycznie wadera ufała mu bardziej niż typowi, który regularnie ogląda jej tyłek.

– Wróciłaś – skomentował Boro, przytakując głową na powitanie. – Witaj z powrotem.

Wadera również kiwnęła, starając się schować swój stres gdzieś głęboko w ciele.

– Witaj.

W igloo zapadła niezwykle niezręczna cisza. Boro nic nie mówił, ale też nie wyglądał na złego. Jego mina była zwyczajnie pusta. Turkusowe oczy wpatrywały się w waderę, jednak z takim brakiem emocji, jakby po prostu nie miały nic ciekawszego do oglądania. W sumie nie było to dalekie od prawdy, bo igloo wyglądało praktycznie tak samo, jak przed podróżą wadery. Jeśli Boro przebywał tu przez cały czas, z pewnością niczym się nie zajmował. Ani Odnet. Ani Leokadia. Ani ktokolwiek inny, kto miał wstęp do medyka.

Cisza się przedłużała. Tia, nie mając lepszego pomysłu, podeszła do swojego stanowiska do szykowania leków i wyjęła kilka paczuszek suchej roślinności, której nazbierała po drodze, by udawać, że poszła po zapasy. Ignorowała obecność basiora, jakby wcale jej uparcie nie obserwował, analizując każdy ruch i każdy płytki, szybki oddech. Poukładała sobie swoje znaleziska według specjalnych kryteriów, przetarła łapą prowizoryczny stół, by zetrzeć nieistniejący kurz i dopiero wtedy ponownie spojrzała na milczącego Boro.

– Mogę w czymś pomóc?

Basior dalej milczał. Medyczka nie była już taka pewna, czy patrzy na nią bez emocji, czy je skutecznie ukrywa. W tej sytuacji łatwo mógł skłonić ją do powiedzenia o jedno słowo za dużo, zdradzić o jedno zdanie więcej informacji i wtedy Tia była w dupie. Będzie musiała liczyć się z ciągłą strażą chuchającą jej przez ramię, o ile nie postanowią jej po prostu zabić.

– Odnet dopytywał o ciebie. – Cichy, niski głos był spokojny. Nie wyprany z emocji, nie sztucznie stabilny, tylko spokojny, jak podczas zwyczajnej rozmowy. – Nie dawał Leokadii spokoju, dopóki nie zaczęła na niego warczeć, gdy tylko go widziała. Twierdził, że będzie na ciebie czekać.

Tia otworzyła usta, by zapytać, czemu w takim razie go tu nie ma, jednak została uprzedzona.

– Kazałem mu iść do domu i skupić się na nauce. Nie chciałem, by czekał na ciebie w środku nocy. Dziwnie się zachowuje, ilekroć zaczyna się o tobie temat, Leo również wspomniała o waszej rozmowie w jaskini. Nie ufam mu, by był z tobą sam na sam.

Łał. Facet świadomy zagrożenia, jakie sprawiają inni faceci, Tia nie spodziewała się tego po pierwszym oficerze. Chociaż z drugiej strony typ miał dziewczynę, która jest przyjaciółką Tii, a alfa, czy tam jej odpowiednik, to wadera. Mając tyle kontaktu z dziewczynami, których słuchał, faktycznie miał szansę wiedzieć, że gwałt to wcale nie taka daleka sprawa. I bardzo mu się nie podobało, że w jego watasze znajdują się typki z predyspozycjami na gwałciciela. Jednak nie taka wataha straszna, jak się maluje. Albo po prostu mieli w sobie dużo honoru, wyglądali na takich.

– Dziękuję za troskę, pierwszy oficerze. Będę na siebie uważać. – Tia praktycznie ukłoniła się basiorowi, który był od niej o kilkanaście stanowisk wyżej. Ona była prawie że omegą. Z uprawnieniami, ale omegą.

Boro kiwnął głową na pożegnanie, wstał z leżącej pozycji, w jakiej zastała go medyczka i ruszył do wyjścia. Jeszcze w przejściu odezwał się do niej.

– Pamiętaj, Odnet jest twoim uczniem. Masz prawo porozstawiać go po kątach, jeśli będzie się nieodpowiednio zachowywał. – Odwrócił głowę, by na nią spojrzeć. – To samo z innymi wilkami. Jeśli zauważysz, że chorują, nie bój się im rozkazywać. Nawet mi i Ayi.

Ostatnie zdanie było najbardziej zaskakujące, ale wciąż sensowne w stosunku do reszty wypowiedzi. Nie mieli medyka, wybrali ją, by wypełniła to miejsce i teraz musieli się z tym liczyć. Medyczka kiwnęła głową na potwierdzenie, że zrozumiała te słowa i Boro opuścił igloo. Tia została sama ze swoimi myślami. Położyła się na legowisku wcześniej zajętym przez oficera, bo jako jedyne było ciepłe, oparła głowę o przednie kończyny i usnęła. Jutro z pewnością czekał ją pracowity dzień. I pełny wyssanych z palca wyjaśnień, i delikatnych jak babie lato nadziei, że nikt nie będzie zadawał zbyt szczegółowych pytań.

CDN

czwartek, 8 lutego 2024

Od Tii - "Baśnie o smokach i wilkach"

Sierociniec jak zwykle tętnił życiem. Niepoliczalna masa szczeniaków biegała, wrzeszczała, wygłupiała się, a Variaishika siedział pośrodku tego wszystkiego i z przerażającym stoickim spokojem obserwował bez żadnego komentarza. Odwrócił się tym swoim nienaturalnym sposobem w stronę Tii, kiedy wadera w pełni przekroczyła próg budynku, jaki Vari w jakiś sposób wybudował dla sierocińca. Kiwnął do niej na przywitanie, po czym wrócił do doglądania szczeniąt. Medyczce udało się do niego dotrzeć bez wpadania na rozpędzone dzieciaki albo deptania tych spokojnie leżących.

– Hej. Xiv mi powiedział, że chcesz pogadać. Co tam?

Zanim rudy wilk odpowiedział, przyjrzał się dokładnie dziwnej zabawie, którą pięć szczeniaków właśnie wymyśliło. Wadera była niemal pewna, że chciał sprawdzić, czy zabawa nie jest zbyt niebezpieczna. Nie. Dzieciaki skakały nad dwoma patykami ułożonymi równolegle do siebie, wykonywały jakieś jakby taneczne ruchy i odskakiwały na bok. Ten, kto dotknął patyków, wypadał z gry. Gdyby Tia nie była dorosła, z pewnością spróbowałaby zagrać, ale niestety już jej nie wypadało.

– Chciałbym urozmaicić młodym trochę dzień. Wiem, że masz pracę w jaskini medycznej, ale może znalazłabyś chwilę, by opowiedzieć berbeciom jakąś historyjkę?

Medyczka spojrzała na swojego brata z miną, którą najłatwiej można było określić jako z rodzaju "chyba cię pojebało," z gatunku "w domu wszyscy zdrowi?".

– Nie.

Variaishika nawet nie próbował się kłócić, wziął jedynie głęboki oddech i wyruszył, by pocieszyć brązowego placka, któremu ktoś z biegaczy nadepnął na ogon. Tego szczeniaka Tia rozpoznawała, bo prawie wiecznie spał i nawet jeść nie miał ochoty. Gdy zapytała Variego, czy nie powinien był go zanieść do jaskini medycznej, opiekun sierocińca tylko stwierdził, że dla Śpiącej Łapki to naturalne. Próbował jakieś pobudzające napary, ale szczenię, zamiast biegać z rówieśnikami, leżało obrażone na cały świat, że nie może zasnąć. Rudy wtedy wysnuł wnioski, że Śpiąca Łapka zawsze będzie śpiący, bo taką ma naturę. Tak jak Mi od najmłodszych lat usilnie trenowała, nawet wtedy, kiedy jej ciało błagało ją o przerwę. Wadera wyrozumiale pokiwała głową i więcej o Łapkę nie pytała.

Szara porozglądała się po skromnej hali, jaką był sierociniec. Szczeniaki miały te same zajęcia, co zawsze, zauważyła nudę w oczach niektórych, które miały już dość codziennego biegania, układania stosików z chrustu i szczenięcych przepychanek. Zdecydowanie przydałoby im się urozmaicenie, które nie wymaga wyjścia w mróz. A niech to szlag.

– Dobra.

Vari spojrzał na nią z zaskoczeniem. Chociaż raz udało jej się wywołać u rudego tą reakcję.

– Będę opowiadać te bajki. Od czego mam zacząć?


środa, 17 stycznia 2024

Od Tii - "Medyk" cz.3

Już w ciągu pierwszych kilku dni Boro i wadera o imieniu Leokadia, która przedstawiła się, gdy tylko była w stanie rozumować, zostali uznani za zdrowych. Tia zarządziła obserwację obu wilków (tak, zarządziła, jak się okazało, miała o wiele większe prawa niż kapitan Aya oficjalnie jej przyznała), ale nie sądziła, by coś się im jeszcze stało. Odnet trzymał oko na pierwszego oficera, zaś medyczka poznała nową przyjaciółkę, z którą miały zadziwiająco dużo tematów do obgadywania. Poniekąd ta obserwacja była wymówką, by wadery mogły ze sobą spędzać dużo czasu, ale nikt nie zdawał się tego kwestionować.

Leo zdawała się nie mieć przed koleżanką wielu sekretów. Była zabójcą, jeszcze młodym, ale jak reszta watahy wysoko przeszkolonym. Jej niskie ciało i niezwykle smukła budowa sprawiały, że wadera nie wydawała się w żaden sposób niebezpieczna, jednak za każdym razem, gdy chwaliła się Tii swoimi umiejętnościami, medyczce tylko opadała szczęka. Futro było szaro-brązowe z ciemniejszym grzbietem i jasnym spodem oraz nogami, dzięki czemu gdy Leokadia znikała w gąszczu, niezwykle ciężko było ją wypatrzeć. I niczym nie pachniała. To w wilkach Watahy Cienia Tia zauważyła bardzo szybko, że żaden z nich nie miał zapachu, chyba że się w czymś ubabrał. Oczy Leo były wąskie, o złotej barwie, tryskały sprytem, przebiegłością, analizowały każdy szczegół, a medyczka miała wrażenie, że za każdym razem przeszywają ją na wskroś. Na szczęście nie przeszkadzało to, by wadery dobrze się ze sobą bawiły.

Minął pierwszy tydzień. Ponieważ Tii nie wolno było wrócić do domu ani oddalać się za daleko od watahy, postanowiła z czystej ciekawości przebadać zatrutą wodę. Nie miała sprzętu do robienia badań, nie miała odpowiednich ziół ani nie miała Variego, który swoim szóstym zmysłem podpowiedziałby, co jest z wodą nie tak, ale mimo wszystko spróbowała. Za pomocą Imnira, które na swoje nieszczęście inteligencją faktycznie nie grzeszył i szare komórki dzielił chyba z jakimś nieznanym wilkiem, dostając je tylko okazjonalnie, zdobyła papier, coś do pisania i sporządziła sobie notatnik. Liczyła na to, że jeśli odkryje źródło zatrucia wody, Aya doceni jej wysiłek i będzie bardziej przychylna puścić ją do domu. W końcu nikt nie kazał jej tego robić, robi to dla dobra watahy, do której nawet nie należy.

Z wywiadu wyszło, że Cienie piją z tego wodopoju ukrytego w jaskini od wielu lat, za każdym razem, kiedy zawędrują w te rejony. Leo z zapałem opowiadała, jak to jej rodzice uczyli ją ścieżek, by dojść do miejsc, z których można się napić. Nie przyznała się, dlaczego udała się do jaskini w towarzystwie pierwszego oficera, ale Tia miała przeczucie, że wkroczyły tu sprawy miłosne. Nie było to jednak ważne dla jej wywiadu. Ważna informacja to fakt, że zatrucie pojawiło się stosunkowo niedawno, co jest dość nietypowe dla wód jaskiniowych. Zazwyczaj są czyste.

Jakimś magicznym cudem Boro zgodził się na dodanie swojego kłaka do wywiadu. Potwierdził słowa Leokadii, że po wodzie nic nie czuć, pachniała i smakowała normalnie. Tia na własną łapę potwierdziła teorię z zapachem, smaku nie ryzykowała nawet w najmniejszym stopniu. Pobrała za to próbkę wody i zajęła dla siebie jedno igloo, które wybudowała specjalnie dla niej Leo. Ta budowla różniła się od pozostałych tylko tym, że tu źródłem światła było ognisko, a nie lampa. Dopiero później medyczka dodała coś biurko-podobnego, wywiesiła sobie zioła podarowane od zielarza Watahy Cieni i wtedy była gotowa do pracy.

Kolejne siedem dni, nie do końca liczonych, ale chyba tak by wychodziło. Szara wadera spędzała swój czas na przyjmowaniu chorych, choć jakimś cudem nie było ich nawet w połowie tak dużo jak w Watasze Srebrnego Chabra, uczeniu Odneta tajnik medycyny i badaniu zatrutej wody. To ostatnie szczególnie przykuło uwagę pani kapitan, która zaczęła regularnie wpadać do igloo Tii. Jak zapowiedział Odnet, faktycznie stała się milsza dla medyczki, gdy tylko zagrożenie dla Boro minęło. Dalej wymagała tytułu kapitana, bo, jak powtarzała, nie były koleżankami, ale ich interakcje zdecydowanie bardziej przypominały na ten moment koleżeńskie. Zdarzało się nawet, że Aya dopytywała, jak działały dane badania i na jakiej podstawie szara wyciąga wnioski, a następnie słuchała z fascynacją kogoś, kto nie rozumie absolutnie nic, ale podoba mu się słuchanie.

Szczerze mówiąc, Tia nie miała dużych nadziei na odkrycie źródła zatrucia. Co mogła zrobić bez sprzętu, ziół ani dodatkowej pomocy? A jednak dotarła do celu. Znalazła to, co stworzyło zwykłą wodę tak niebezpieczną i natychmiast zgłosiła to do kapitana.

Zaczęło się od kolejnej wycieczki w towarzystwie Leo i Imnira do jaskini. Trzy wilki, każdy wyposażony w pochodnię, zioła lecznicze, suszone mięso i baniak z czystą wodą, podążyły w górę podziemnego strumienia. Do pewnego momentu medyczka znała drogę, wiedziała, że w jednym miejscu basior będzie zmuszony zostać w tyle, bo nie zmieści się w przejściu. Wtedy dwie wadery będą polegać tylko na sobie. Gdy doszli do punktu rozdzielenia, Imnir obiecał, że będzie jak zawsze na nie czekał, a jeśli nie wrócą, dopóki nie wypalą się dwie gałęzie przyniesione do odliczania czasu, pójdzie zgłosić zaginięcie. Zazwyczaj dziewczynom zostawała niecała druga gałąź, tym razem postanowiły zajść dalej.

– Jak myślisz, znajdziemy coś w końcu? – zapytała szeptem Leokadia, jej wręcz szczenięcy głos rozniósł się echem po ścianach jaskini.

– Na, wątpię – przyznała szczerze towarzyszka. – Ale przynajmniej nie muszę patrzeć na obce wilki, które ciągle chwalą się, jak wybitnymi są zabójcami.

– Sorka za to. Nikt tu nie ma względem ciebie złych zamiarów, ale rozumiem, że te przechwałki mogą brzmieć strasznie.

– Odnet chyba coś do mnie ma.

– Hm? – Gdyby korytarz, przez który się przeciskały, nie był taki wąski, mniejsza wadera z pewnością odwróciłaby teraz głowę. Zamiast tego zatrzymała się i zmieniła położenie uszu, by wsłuchać się w nagłe wyznanie przyjaciółki.

– Jak pracujemy razem to często patrzy na mnie spode łba. I mogę przysiąc, że czasem patrzy mi się na tyłek, jak pracuję.

– Faceci tak mają, lubią się patrzeć tam, gdzie nie wypada – zabójczyni próbowała pocieszyć Tię, jednak w jej głosie i tak słychać było nutę niepokoju. Być może sama nie ufała Odnetowi albo wyczuła strach od strony medyczki.

– Jakby to były pojedyncze spojrzenia, to dobra. Ale on się wpatruje jak w zwierzynę i mam wrażenie, że się ślini.

Obu samicom zjeżyła się sierść na grzbiecie. Powietrze jakby zrobiło się chłodniejsze, woda głośniejsza, a korytarz wypełniło napięcie. Leo postarała się pocieszyć na szybko towarzyszkę i zmienić temat.

– Jeśli czegoś spróbuje, wszystkie wadery w Watasze Cienia są po twojej stronie. Nie pozwalamy takim gnojom się panoszyć. Widzę z przodu jakąś komnatę, chyba zaraz będziemy mogły wstać. Tylko coś w niej śmierdzi.

Faktycznie w nos Tii coś zaczęło drapać, coś nieprzyjemnego. Czyżby jednak się udało, czy właśnie znalazły źródło zatrucia? Wadery dostały się do komnaty, podnosząc się na wyprostowane nogi. Ich łapy ugrzęzły w czymś miękkim, co spowodowało, że żołądek medyczki miał ochotę zrobić fikołka i pozbyć się całej zawartości. Smród bardzo szybko stał się nie do zniesienia, przylepiał się do sierści wilczyc, atakował nie tylko nos, ale i oczy, a nawet cały układ oddechowy. Osiadł ciężko na wilgotnych ciałach, grożąc, że nie spłuczą go przez następne kilka dni. Do tego wszystkiego Tia poczuła zawroty głowy.

– Spieprzajmy stąd, w głowie mi się kręci – poskarżyła się Leo, opierając się barkiem o miękką ścianę. Dziwny materiał zaczął się ruszać, wyciągnął macki ku sierści mniejszej wadery. Ta wrzasnęła i odskoczyła jak poparzona. Na ścianie został kawałek jej skóry.

Medyczka nie dała się prosić drugi raz, pobrała dwie próbki materiału z podłogi i ściany, uważając, by tego drugiego nie dotknąć skórą, po czym obie prześlizgnęły się z powrotem do wyjścia. Leokadia syczała przy każdym kroku, a Tia zwróciła uwagę, że jej towarzyszka zostawia za sobą ślad krwi. Modliła się, by rana nie była aż tak poważna, żeby była po prostu rozległa, ale nie głęboka. Może nawet nie była to cała głębokość skóry, może to była jedynie część warstwy skóry właściwej i nie grozi wykrwawieniem. Oby, kuźwa. Oby.

Chyba za żadnym razem wadery nie czołgały się tak szybko. Skracając czas o połowę, dotarły do miejsca rozłamu grupy, gdzie siedział Imnir i wpatrywał się w wygasającą końcówkę drugiej gałęzi. Gdy tylko zobaczył ranną towarzyszkę wyłaniającą się z tunelu, wziął ją na grzbiet, gotowy chwycić też Tię, ale ta zaoponowała. Wybiegli pędem z jaskini, kierując się do igloo medycznego.

Gdy już rana Leokadii została przebadana, odkażona i opatrzona, Aya i Boro wzięli medyczkę na bok pod pretekstem porozmawiania na osobności. Szara wadera spodziewała się lektury o tym, jak nie powinna była narażać członka Watahy Cieni na niebezpieczeństwo, jak teraz będą zmuszeni podjąć drastyczne kroki, jak nigdy więcej nie zobaczy swoich rodzinnych stron... Zamiast tego spotkała się z zaniepokojonym spojrzeniem od pani kapitan i zmartwioną twarzą pierwszego oficera, który dodatkowo co chwila zerkał na igloo medyczne. Rozmowę zaczęła Aya.

– Co było w tej jaskini, że tak urządziło Leokadię?

– Jeszcze nie wiem, kapitanie. Udało mi się na szybko pobrać próbki i mam zamiar zbadać to, co rosło tam na ścianach.

Czarna pokiwała głową z aprobatą. Jasnoszary basior z czarnymi skarpetkami i uszami, oraz z brązowymi plamami wokół oczu, przez które z jakiegoś powodu wyglądał bardziej jak pies, przestąpił z nogi na nogę. Jego turkusowe tęczówki zblakły ze zmartwienia, skupiając się na białej ścianie z lodu. Jego przełożony dźgnęła go delikatnie łokciem, by wrócił do rzeczywistości. Boro odchrząknął.

– Czy to, co stało się Leo, będzie miało wpływ na szczeniaki?

No proszę, Tia miała bardzo dobre przeczucie. Między Boro a Leokadią faktycznie coś było, a oficer prawdopodobnie uznał, że takiego faktu nie wolno chować przed medyczką, jeśli opiekuje się nierozpoznawalną ciężarną.

– Nie mogę nic obiecać. Jeżeli to... coś było jadowite, jad może zaszkodzić szczeniakom. Sprawdzę reakcję mięsa na obie próbki materiału i będę informować oficera na bieżąco.

Wiedziała, że tymi słowami nie uspokoiła Boro w najmniejszym stopniu, ale nie mogła mu kłamać w twarz. Praktyka medyczna kazała informować bliskich o szansach i zagrożeniach, a czy Boro i Leo byli oficjalnymi partnerami, czy romansowali tylko prywatnie, nie miało dla niej znaczenia. Jeśli Leokadia była w ciąży, a Boro był ojcem szczeniaków, miał prawo wiedzieć, co się dzieje ze wszystkimi ofiarami. Przewodnicy watahy pozwolili Tii odejść, a ta niezwłocznie udała się do swojego igloo, gdzie miała rozstawiony sprzęt. Imnir nawet zdążył przynieść jej dwa martwe zające, jeszcze świeże, na których mogła wykonać badania.

Po kolejnych dniach wiele wilków patrzyło na medyczkę z szacunkiem równym kapitanowi. Leokadia miała się dobrze, rana goiła się bezproblemowo, a źródło zatrucia wody zostało poznane. Jaskinia została ochrzczona Trującą, kapitan Aya wydała zakaz wchodzenia do niej w celu innym niż badawczym lub pobraniu trucizny. Tia odkryła źródło zakażenia, zbadała je głębiej, gdyby mogła, z pewnością napisałaby na ten temat jakąś pracę naukową. Być może Delta byłby z niej dumny.

Delta. Zostawiony sam w jaskini medycznej, otoczony chorymi, rannymi i co nie tylko. Ciekawe, czy martwił się o nią, czy tylko oczekiwał jej powrotu, by nie robić wszystkiego samemu. Znaczy się, nie był całkowicie sam, ale jednak był teraz jedynym medykiem. Przecież nie po to awansował Tię, by ta teraz zniknęła bez śladu, zostawiając wszystko na jego słabych już barkach.

Gdyby medyczka miała więcej odwagi, zapewne poprosiłaby Ayę o rozpatrzenie prośby o zgodę na odwiedzenie rodziny.

Zamiast tego była pełna głupoty i postanowiła spróbować sama się wydostać spod żelaznych łap jej porywaczy. Miała nadzieję, że Leo jej mimo wszystko pomoże, chociaż trochę, chociaż na chwilę. Ale do takiej rozmowy trzeba się odpowiednio przygotować.

Rozpoczynał się czwarty tydzień mieszkania u Cieni. Tia została wtajemniczona w styl życia watahy, że są koczownikami i gdy tylko pojawi się pierwsza odwilż, wyruszą w dalszą drogę. Wadera z pewnością nie chciała zostać koczownikiem. Trzeba było się pospieszyć.

– Hej, Leo? Mogę mieć do ciebie prośbę? – zagadała przyjaciółkę, kiedy wylegiwały się wspólnie w igloo badawczym. Ponieważ mniejsza wadera była, jak to zostało wcześniej powiedziane, bardzo szczupła, jej brzuch zaczął się już zaokrąglać, ukazując zalążek ciąży.

– Hm? Co tam?

– Wiem, że lojalność względem watahy jest dla ciebie najważniejsza, ale... Czy pomogłabyś mi odwiedzić moją rodzinę?

Złote oczy skierowały się na medyczkę ze strachem, ale na szczęście i ze zrozumieniem. Zabójczyni ewidentnie poczuła konflikt motywacji, bo zaczęła się uparcie drapać za uchem, aż poleciała sierść. Dała sobie czas, by przemyśleć odpowiedź; Tia jej nie poganiała.

– Z tego, co wiem, nie wolno ci opuszczać Watahy Cienia.

– Na logikę nikogo nie opuszczam. Nie macie... nie mamy – poprawiła się – stałych granic, a ty mnie będziesz miała cały czas na oku.

Leokadia spojrzała na swój lekko zaokrąglony brzuch.

– Nie chcę narażać malców na stres...

– W Watasze Srebrnego Chabra nikt nie będzie w stosunku do ciebie agresywny – zapewniła wyższa wadera. – Gdy tylko przemkniemy przez tereny Watahy Szarych Jabłoni, będziemy bezpieczne. Albo możemy nadrobić nieco drogi, okrążyć wieś i podejść od strony Lasu Iluzji. Zajmie to dłużej, ale zmniejszymy ryzyko ataku – zaproponowała.

– A ludzie?

– Ci ze wsi nie są tak niebezpieczni, jeżeli będziemy się trzymać z dala od ich zwierząt. Są przyzwyczajeni do obecności wilków.

Chwila ciszy, jedynie wieczorny wiatr śpiewał na lodowych ścianach igloo. Leo intensywnie myślała nad tym, co zrobić z przedstawioną jej sytuacją, a im więcej myślała, tym bardziej Tia miała wrażenie, że się nie zgodzi.

– Nie. Przepraszam, ale nie mogę. Długo oczekiwałam tych dzieci i nie chcę ryzykować.

– Rozumiem. – Szara spuściła głowę.

– Ale będę cię kryć, okej? Pod warunkiem, że obiecasz, że wrócisz w miarę szybko i nikomu u siebie nie powiesz o naszej watasze.

Tia spojrzała na przyjaciółkę z niedowierzaniem. Odkąd trafiła do Watahy Cieni, nie czuła się tak szczęśliwa, jak w tym momencie.

– Absolutnie! Obiecuję z całego serca!

<CDN>

niedziela, 14 stycznia 2024

Od Tii - "Medyk" cz.2

Ciepła skóra pod łapami, prawdopodobnie położona na legowisku ze słomy i brak jakiegokolwiek wiatru na grzbiecie poinformowały Tię, że znajduje się w jakimś zakrytym schronieniu. Niestety nie pachniało tu niczym wyraźnym, więc medyczka nie mogła za bardzo rozpoznać się w swoim otoczeniu bez otwierania oczu. Mogła jedynie poznać, że ściana, o którą szczęśliwie się nie opierała, biła chłodem, choć powietrze w schronieniu było zadziwiająco ciepłe. Nie mogła to być więc jaskinia, ściana była aż zbyt chłodna. Wadera zastanawiała się, czy powinna otworzyć oczy, czy udawać, że jeszcze śpi, jednak ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem i powoli medyczka podniosła powieki.

Ściana przed nią była całkowicie biała, zaokrąglona i... zrobiona ze śniegu? Wilczyca słyszała od starszego brata, jak w niektórych miejscach świata, tam, gdzie mnóstwo śniegu przez większość roku, potrafią budować domy ze śniegu. Nazywały się bodajże igloo? Nie sądziła, że wilki byłyby w stanie wybudować takie cudo, a jednak leżała w takim lodowym domku. Nie było w nim za dużo, rzuciło się jej w oczy tylko posłanie podobne do jej, gniazdo wykonane ze słomy z położoną na górze sarnią skórę. Chyba sarnią, może jelenią? W każdym razie miękka, jasna skóra. Medyczka odwróciła ostrożnie głowę, tak by nie wydać przy tym najmniejszego dźwięku. Skóra zdecydowanie to ułatwiła.

Ponownie, nie było w igloo nic ciekawego, co mogłoby przykuć jej uwagę albo nakierować ją, z kim ma do czynienia. Poza dodatkowym posłaniem igloo było puste. Dosłownie. Nie było tu nawet żadnego wilka, który mógłby jej pilnować i upewniać się, że nie kombinuje. Z drugiej strony, jeżeli było tu jedynie posłanie, co mogła zrobić? Zakopać się w słomie? Ukryć się pod skórą, która pewnie by jej nawet nie zakryła? Gdyby ktoś przyszedł ją sprawdzić, zapewnie wzruszyłby ramionami, twierdząc, że pewnie jej zimno.

Zobaczyła otwór w ścianie, który zapewne służył jako wejście. Mogłaby spróbować wyjść albo chociaż się wychylić, żeby zobaczyć, czy ktokolwiek ją pilnuje. Podniosła się na miękkich jeszcze nogach, gotowa wykonać pierwszy krok w kierunku ucieczki.

– Dostaniecie nagrodę dopiero, jak będzie chciała z nami pracować – żeński głos zabrzmiał od strony dziury. Tia stanęła jak wryta, niepewna, czy będą chcieli ją skrzywdzić, czy będą dla niej mili. W każdym razie nie zdążyła się wydostać z posłania, więc na logikę nie mieli podstaw, by coś jej zrobić.

W wejściu pojawiła się czarna wadera, chyba najładniejsza, jaką Tii przyszło kiedykolwiek oglądać. Było coś w jej gracji ruchów, które, choć lekkie, promieniowały pewnością siebie, w jej czarnym, błyszczącym, wyśmienicie utrzymanym futrze, w różowych oczach obramowanych długimi rzęsami. Jedyne odmiany na ciele wilczycy to było osiem czerwonych plam, umieszczonych symetrycznie pod oczami, na policzkach. Medyczka widywała już piękne wadery, lecz zazwyczaj ich piękno wynikało z cech niespotykanych, wyjątkowych. Tutaj patrzyła na wilka całkowicie zwykłego, a jednak powalającego urodą. Nawet bujna grzywka przesłaniająca delikatnie oczy, w kolorze tym samym, co futro, na tej waderze zdawała się być zwieńczeniem piękna.

Tuż za tym wcieleniem piękna wkroczyły do igloo dwa rosłe basiory, górujące nad wilczycą, ale widocznie potulne i usłuchane. Głowy mieli nisko opuszczone, ogony schowane między tylne nogi. Tia podejrzewała, że to właśnie oni byli jej porywaczami, jednak patrząc na widniejący przed nią obrazek nie potrafiła sobie wyobrazić ich jako niebezpiecznych drani. Basior po prawej był najwyższy z całej trójki, porastało go szare futro z ciemniejszymi plamami jakby ktoś polał go po grzbiecie farbą, a ogon i uszy z kolei zamoczył. Niechlujna grzywka zakrywała oczy w kolorze świeżo wyjętych ze skorupki kasztanów, na lewym uchu wilka widniały dwa czarne kolczyki. Basior miał przewiązany na brzuchu pas, do którego po obu stronach przyczepione były sztylety. Medyczka przez chwilę zastanowiła się, dlaczego jej porywacz nie użył sztyletu do wystraszenia jej, jednak po dłuższym namyśle stwierdziła, że wolała śmierdzącą łapę i worek na głowie.

Ostatni z wilków znacznie wyróżniał się od swoich towarzyszy. Tak naprawdę jedyne, co miał wspólne z drugim basiorem, to szerokie, umięśnione ciało i podobnego koloru oczy. Futro tego wilka było beżowe i ciemniało na grzbiecie, łapach, uszach i wokół oczu. Pomijając znacznie jaśniejsze i cieplejsze umaszczenie basior był przystrojony masą biżuterii wykonanej z zielonych rzemyków i wysuszonych liści. Sierść zawijała się w loki w każdym możliwym miejscu - na policzkach, szczycie głowy, klatce piersiowej, ogonie, a pomniejsze loczki widniały na zewnętrznej stronie zgięć łap i w sumie w najbardziej nieprzewidywalnych miejscach. Na lewym uchu obcego znajdował się ubytek, widoczna pamiątka po jakiejś walce czy wypadku. Gdy beżowy basior zobaczył stojącą Tię, uśmiechnął się do niej przyjaźnie, ukrywając ten uśmiech przed czarną waderą. Medyczka przeczuwała, że różowooka ma bardzo wysoką pozycję w watasze.

Nieznajoma podeszła bliżej, zostawiając towarzyszy przy wejściu.

– Witaj, medyczko Watahy Srebrnego Chabra – odezwała się. Jej głos był dużo milszy niż gdy przemawiała do dwóch basiorów, choć świadomość, że wiedziała, kim Tia jest, nie pomagało zakładniczce się uspokoić. – Nazywam się kapitan Aya, jestem przewodnikiem Watahy Cieni.

Wataha Cieni? Nie brzmiało to przyjaźnie...

– Wybacz to nieprzyjemne spotkanie, szczerze mówiąc miałam nadzieję, że uda nam się spotkać na nieco lepszych warunkach. – Kapitan Aya łypnęła okiem na oczekujących basiorów, którzy skulili się na ten gest. – Prosiłabym, by to nieprzyjemne pierwsze wrażenie nie wpłynęło na twoją opinię o nas oraz na nadchodzącą współpracę.

Współpracę? Czego ta kobita chce?

– Radziłabym ci się położyć, medyczko. Twoje nogi trzęsą się jak przerażony zając.

Dobra, tu pani kapitan miała rację. Tia czuła, jak jej własne nogi się poddają i pragną jedynie upuścić unoszony ciężar. Wadera potulnie położyła się na legowisku i podniosła głowę, by dalej patrzeć Ayi w oczy. Na szczęście przewodniczka nie była wredna i cofnęła się o krok, by Tia nie musiała patrzeć tak bardzo do góry.

– Podejrzewam, że chcesz zapytać, o jaką współpracę chodzi? – Medyczka kiwnęła głową. Przynajmniej nie musi nic mówić. – Widzisz, w naszej watasze od dawna brakowało medyka. Ponieważ jesteśmy watahą ukrytą za konarami drzew i zamaskowaną przez tańczący wiatr – do Tii absolutnie nie dotarł sens tych słów – nie mogliśmy sobie pozwolić na wysłanie kogoś z naszych do innej watahy na szkolenie. Odnet tutaj – mówczyni ruchem głowy wskazała beżowego basiora który od razu ukłonił głowę – uczył się na własną łapę, podglądając zwyczajem Watahy Cieni okolicznych medyków. Niestety jednak pewien... nagły wypadek spowodował, że jesteśmy bardzo w potrzebie w pełni wykształconego medyka. Akurat tak się stało, że trafiło na ciebie.

Ilość informacji nieco przytłoczyła Tię, ale postanowiła zawalczyć jakoś z kapitanem. Pewnie i tak była na straconej pozycji, ale może przynajmniej będzie miała podstawy do obmyślenia planu.

– Jeśli Wataha Cieni tak bardzo się chowa, to po co porywacie medyka z innej watahy? Nie boicie się, że zostaniecie odkryci? Zdradziłaś zadziwiająco dużo informacji komuś, kogo nawet nie znasz.

Niebezpieczny błysk w różowym oku poinformował waderę, że właśnie stanęła na bardzo cienką linę, z której łatwo można spaść w przepaść. Oj.

– Po pierwsze, masz zwracać się do mnie po moim tytule, nie jestem twoją koleżanką – warknęła czarna. – Po drugie, myślisz, że nie zadbaliśmy o to, by zatrzeć ślady? I finalnie - na jakiej podstawie myślisz, że pozwolimy ci kiedykolwiek odejść? Mamy cię pod pazurem, nie masz nawet co marzyć.

Zimny dreszcz przeszedł po grzbiecie medyczki. Kurwa mać, utknęła, jest w dupie i prawdopodobnie nikt nie przyjdzie jej na ratunek. Jeśli chciała przeżyć, musiała być tak potulna jak te wielkie basiory. Zerknęła na swoich porywaczy, którzy stali tak samo skuleni, choć już nie tak spięci, jak wcześniej. Odnet uparcie na nią patrzył, prosto w oczy i wypowiadał coś pod nosem. Chyba nawet mówił do niej, bo znacząco przesadzał z mimiką. Wilczyca próbowała się wczytać w ruch ust.

"Rób, co mówi. Ja pomogę."

Na jakiej podstawie powinna ufać komuś, kto ją porwał i otumanił? Na żadnej, do cholery, to zaufanie budowało się właśnie na środku oceanu, bez żadnych zabezpieczeń, gotowe skruszyć się przy odrobinie większej fali albo nieco większym wietrze. Ale w zdeterminowanym wzroku, w nadwyraźnych ruchach ust znalazła jedyne oparcie w swojej chujnej sytuacji. Niech ją licho zje, jeśli nie oprze się o tą ścianę całym swoim ciałem, byleby nie spaść z cieniutkiej nitki, jaka pojawiła się pod jej łapami.

– Wybacz, kapitanie. Czego potrzebujesz? Czym jest ta nagła sytuacja?

Aya uśmiechnęła się, wracając do swojej miłej, przyjacielskiej, jakże fałszywej w tym przypadku postawy. Jej uśmiech stał się w oczach jasnoszarej przerażający.

– Super. Dwa nasze wilki, w tym mój pierwszy oficer Boro, otruły się wodą z okolicznego źródła. Odnet próbował coś na to poradzić, jednak może tylko uśmiercać objawy. Liczę na to, że zdołasz obu wilkom pomóc. – Spojrzała na swoich towarzyszy, jakby się nad czymś zastanawiając, jednak trwało to tylko niecałą sekundę. Basiory położyły po sobie uszy. – Odnet i Imnir będą na twoje zawołanie jako kara za to, jak cię potraktowali. Przy okazji spodziewam się, że będziesz Odneta uczyć. Stanie się twoim tymczasowym pomocnikiem.

Tia kiwnęła głową.

– Co się stanie, jak już skończę pracę? – zapytała naiwnie, chociaż dobrze znała odpowiedź.

– Zostaniesz z nami jako nasz medyk, oczywiście. – Kapitan zamilkła na chwilę, tym razem definitywnie nad czymś myśląc. – Jeśli będziesz się sprawować, pozwolę ci odwiedzać twoją rodzinną watahę. Warunki omówimy, kiedy się na to zdecyduję.

Szary wilk, czyli domniemany Imnir i Aya opuścili igloo, natomiast Odnet został w środku. Podszedł bliżej do ofiary porwania, oglądając ją. Zapewne sprawdzał, jak się czuje. Być może Tia powinna się go obawiać, nie ufać mu, ale w obecnej sytuacji tylko on był jej przychylny. Albo to dlatego, że nie poznała innych wilków z Watahy Cieni, choć patrząc po PaNi KaPiTaN i jak te dwa wielkie basiory się jej słuchają, powątpiewała, żeby ktoś tu jeszcze był dla niej faktycznie miły.

– Czy coś mi grozi? – odezwała się w końcu, gdy beżowy basior kładł się na drugim, wolnym legowisku.

Odnet spojrzał na nią z zaskoczeniem, jakby nie spodziewał się, że ktoś, kogo porwał, będzie chciał z nim rozmawiać.

– Niee – odpowiedział przeciągle. – Kapitan lubi straszyć, ale dla swojej watahy jest całkiem miła. Tylko na mnie i Imnira jest wkurzona, bo, no, porwaliśmy cię. Jak pisała ogłoszenie o przyprowadzeniu medyka to miała na myśli bardziej pokojowe sposoby.

– Nie wyglądacie z Imnirem na bardzo pokojowych.

Basior zaśmiał się krótko na ten komentarz.

– Ja absolutnie nie jestem, choć zazwyczaj to mnie widzą jako tego przyjaźniejszego. Natomiast Imnir to buła, która tylko wygląda, jakby mogła zabić. – Tym razem to medyczka się zaśmiała. – Choć w rzeczywistości wszyscy członkowie Watahy Cieni to wysoko przeszkoleni wojownicy i zabójcy, więc radziłbym ci nie wpadać w żadne kłopoty w trakcie twojego pobytu.

– Wydaje mi się, że kapitan powiedziała, że nigdzie już się nie ruszam.

Uszy Odneta nieznacznie opadły.

– Nie brałbym tych słów do siebie. Kapitan była dzisiaj zdenerwowana. W sumie chodzi napięta, odkąd Boro i ten drugi się otruli, więc nie miej jej tego za złe. Jak zacznie im się poprawiać, od razu zrobi się milsza, zobaczysz.

Tia nie mogła zrobić nic innego, jak zaufać słowom tego nieznanego basiora. Myśl, że to przyszły medyk jest tym niebezpiecznym z dwójki porywaczy przypomniała jej o Delcie. Jej wujek i nauczyciel też był tym niebezpiecznym, choć po jego wyglądzie nikt by tego nie podejrzewał. Dopiero, gdy Delta się wkurzył, wszyscy okoliczni poznawali potęgę medyka wszechmogącego. Ciekawe, czy jeśli Delta dowie się, że została porwana, zrobi z dup całej Watahy Cieni jesień średniowiecza. Byłby do tego całkowicie zdolny.

– Idź spać – zabrzmiało od przodu. – Na dworze jest noc.

Dopiero teraz do wadery dotarło, że w igloo jest źródło świata. Spojrzała w górę i no proszę, pojedyncza świeca zamknięta w dziwnym urządzeniu, które nie tylko zapewniało światło, ale prawdopodobnie również i ciepło.

Nie będąc w stanie zrobić nic innego, Tia położyła głowę na przednich łapach i zapadła w sen, tym razem całkowicie z własnej woli.

<CDN>

Wataha Cieni

sobota, 13 stycznia 2024

Od Tii - "Medyk"

Udało jej się. Została medykiem.

Gdy usłyszała od Delty te dwa, proste słowa "dostajesz awans," z początku nie potrafiła uwierzyć własnym uszom. Od samego początku pracowała jako pomocnik medyka i mimo, że Flora odeszła na emeryturę, jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić, że przyjmą ją na właściwego medyka. Na logikę powinna się była tego spodziewać, pracowała wytrwale w swoim zawodzie, słuchała się Delty, sama prowadziła doraźną jaskinię medyczną. Ale żeby dostać faktycznie to stanowisko? Móc nazywać się medykiem i pracować na równi z Deltą? To był dla niej szok, jakby ktoś oblał ją wiadrem lodowatej wody. Gdyby jej ojcowie jeszcze żyli, z pewnością pobiegła by do nich pochwalić się swoim osiągnięciem. A tak pobiegła do Pinezki, pobiegła do Variego i na tym skończyło się chwalenie, bo Mi i Mikaela byli zajęci, a Waya jak zawsze zimą nie było. Pinezka pochwaliła siostrę za jej osiągnięcie, z kolei Vari podszedł do sprawy bardzo sceptycznie.

– Jesteś pewna, że to spełnienie twoich marzeń? – zapytał, jednym ogonem powstrzymując walkę między dwoma podopiecznymi sierocińca, a drugim przytulając do siebie małe, przestraszone szczenię. – Już będąc pomocnikiem strasznie się męczysz.

– Męczę się tak samo jak medyk, więc nie ma dla mnie różnicy. Mam po prostu więcej uprawnień. – Tia wypięła z dumą pierś, jednocześnie pocieszająco uśmiechając się do przestraszonego malca.

– Jeżeli tak uważasz... – ni to męski, ni to żeński głos Variaishiki nabrał smutnego tonu. Swoim nienaturalnie wężowym ruchem przytulił szczenię bliżej, a na bijącą się dwójkę, która nie chciała zaprzestać walki, krótko warknął. To wystarczyło, by oba szczeniaki usiadły na zadkach z opuszczonymi potulnie głowami. – W takim razie gratuluję ci awansu. I pamiętaj odpoczywać – dodał z kolorowymi oczami skupionymi całkowicie na waderze. Tię przeszedł od nich dreszcz. Były tak znajome, a jednocześnie zupełnie obce. Nie patrzyły na nią z miłością, a z chłodem istoty, która jest niezdolna do odczuwania uczuć. Na szczęście przynajmniej widniała w nich szczera troska i nigdy nie spotkała się z martwym spojrzeniem, o którym opowiadały mniej zaprzyjaźnione z Varim osoby.

– Dzięki. Zadbam o siebie. No, lecę, pora na moją zmianę w medycznej. Dzisiaj oboje robimy sobie pół dnia przerwy, tylko musimy się zmienić – wyjaśniła, choć nie było to według Variego potrzebne.

Opuściła sierociniec z odwróconym łukiem na pysku, jakby nieprzespane noce i przepełnione stresem dni były jej spełnieniem marzeń. Wcale nie były, ale za to jej marzeniem było pomagać innym wilkom, a przede wszystkim rozwijać wiedzę na temat medycyny, może nawet wyjść poza to, co jest już znane dzisiejszym medykom. Może odkryć nowe, lepsze leki. Może...

Usłyszała szelest traw tuż za nią. Zanim zdążyła się odwrócić, jej oczy zakryła jakaś lniana szmata, a pysk przytrzymała czyjaś wielka łapa. Oba śmierdziały paskudnie wonią trupów, choć wadera nie potrafiła rozpoznać, co zaraziło się zapachem od czego. Poczuła, jak na jej wąskie ciało napiera umięśniona, znacznie większa od niej obecność. Ktoś warknął jej do ucha.

– Wiem, jaka jesteś delikatna, motylku. Radziłbym ci się nie wiercić w trakcie spaceru.

Do Tii ledwo dotarły te słowa, gdyż jej własne serce pompowało krew tak głośno, że dźwięk wypełniał całe uszy. Mimo to na szczęście zrozumiała, jej przerażony umysł zarejestrował znaczenie wypowiedzianych zdań, więc świeżo upieczona medyczka potulnie podążyła za pociągnięciami obcych, niebezpiecznych łap. Przez moment przemknęło jej przez myśl, żeby zacząć krzyczeć, bo przecież nie odeszła tak daleko od sierocińca, ale nie chciała ryzykować urazem. Porywacz z pewnością wyrządziłby krzywdę zwykłemu wilkowi, ją na dobrą sprawę mógłby nawet przypadkiem zabić. Myśli w głowie wadery rozbrzmiewały gromem, zagłuszały jakikolwiek zdrowy rozsądek. Tia czuła pod nogami śnieg, czuła bijący od niego chłód i tylko to trzymało ją jakkolwiek przy zmysłach. Jednak nie wystarczało na długo. Cholera, wręcz przeciwnie, bardzo krótko trwało, zanim czysta panika wdarła jej się do serca i umysłu. Gdyby nie dwa cielska, które trzymały ją ściśniętą między nimi, z pewnością zaczęłaby się wierzgać, rzucać, kopać, nie bacząc na to, czy robi sobie przy tym krzywdę, ani czy porywacze nie przechodzą do przemocy fizycznej.

Jej stan spotęgował się jeszcze bardziej, kiedy zrozumiała gdzieś w głębi umysłu, że powoli traci świadomość. Cokolwiek przyłożyli jej do pyska, żeby ją uciszyć, miało słodkawy zapach i powodowało, że mięśnie wadery wiotczały, kroki stawały się nieporadne, stopy same się plątały, a umysł owijała czarna, gęsta mgła. Medyczka chciała walczyć, w tym momencie stało się to jedynym celem jej istnienia, jednak z każdym krokiem tylko czuła, że traci kontakt z rzeczywistością.

Nie była pewna, kiedy upadła na mokry śnieg, bo jej porywacze nie byli w stanie jej więcej utrzymać.

<CDN>

czwartek, 14 grudnia 2023

Od Tii - "Wyprawa po ziółka"

Tia nie mogła przypomnieć sobie nazwy Bardzo Ważnego Zioła, ale jak tu się jej dziwić, kiedy biedna wadera spała może z pięć godzin w ciągu ostatnich sześciu dni. Nie mogła sobie za nic przypomnieć, kiedy ostatni raz miała taki zapieprz w pracy. Tu przynieść to, tam przynieść tamto, tu zrobić maść, tam lek, jeszcze gdzie indziej musiała zanieść dostawę do czyjegoś domu, bo nie miał siły przyjść do jaskini medycznej. A wszystko dlatego, że watahę masowo dopadło zimowe osłabienie, które w tym roku uderzyło z jakiegoś powodu wyjątkowo mocno. Być może była to jakaś nowa choroba, ale z najbardziej niespecyficznymi możliwymi objawami, kto wie? Jakiś, cholera, koronawirus, czy co to tam było ostatnio popularne wśród ludzi. Coś tam Way opowiadał.

Cokolwiek dopadło watahę, miała tego serdecznie dość.

Była zaskoczona, że choroba nie chwyciła się jej, a z drugiej strony jej ciało było podatne na urazy, nie na infekcje. Jak już, to można by podejrzewać, że nabawiła się wyjątkowej odporności, wiecznie kalecząc się nawet o najmniejsze kamyczki. Ale wszyscy inni chorowali, nawet u niej w domu, więc od jakiegoś tygodnia zapieprzała, lewo, prawo, góra, dół, przód, tył, północ, południe i wschód, zachód, wszędzie był ktoś, komu trzeba było pomóc. Aż zaczęła się zastanawiać, czy na pewno grupa medyczna pomaga wilkom, czy chorobie w roznoszeniu się.

Usiadła pod pierwszym lepszym drzewem, w śniegu, który zdążył się nazbierać w ostatnim czasie i poczęła rozmyślać. Chciałaby jak najbardziej wziąć urlop, ale przy obecnym natłoku pracy medyk by ją chyba za to wydziedziczył. Może jakieś udawanie chorej? Przy obecnym zmęczeniu pomysł ten nie wydawał się taki głupi, chociaż trzeźwo myśląca Tia z pewnością zdzieliłaby tą zmęczoną przez łeb jakąś miotłą. Ewentualnie wadera mogła zacisnąć zęby i kontynuować pracę. Przynajmniej zdobyłaby sobie sympatię wilków, by wsparły ją, gdyby kiedyś miała szansę zostać medykiem.

niedziela, 18 września 2022

Od Tii - "Zimn" cz.2

Postanowione. Tii pozostało umościć się w drugiej jaskini, w której spokojnie pomieści wszystkie swoje zioła i utrzyma je w idealnej kondycji. Ilość korytarzy nieco ją przerażała, więc te nieużywane zasłoniła gałęziami i kamieniami, żeby chociaż ładnie wyglądały. Oby tylko nic dużego z nich nie wylazło.

Zrobiła sobie niezwykle przytulny zakątek, z jednym korytarzem przeznaczonym do normalnego, codziennego życia, a resztę poświęciła swojej karierze. Nie były tu tylko zioła gotowe do leczenia innych, ale także składniki, o których wadera się pilnie uczyła poprzez eksperymentowanie na nich. Przyniosła wszelkie znalezione zapiski dotyczące medycznych właściwości roślin, grzybów, a nawet niektórych stworzeń żywych, żeby studiować je w każdej wolnej chwili. Skoro i tak miała siedzieć w jaskini właściwie całe dnie, równie dobrze mogła to wykorzystać w jakiś produktywny sposób.

Pierwsze parę dni przeżyła w spokoju, organizując każdy pęczek ziół w zmyślonej kolejności, zrozumiałej i czytelnej przede wszystkim dla niej. Zdążyła się zadomowić w tunelach, okazjonalnie zwiedzała te, które z początku sama zablokowała i czasem wieczorami myślała, jak fajnie byłoby zorganizować tutaj własną, małą jaskinię medyczną. Taką dla przejściowych pacjentów, żeby nie musieli podróżować do jaskini medycznej, tylko odwiedzą Trawiaste Góry, do których akurat by mieli bliżej. Bo to tu właśnie Tia znalazła swoją nową jaskinię. Ale to były jedynie zwiewne marzenia, do których nie przykładała większej uwagi. Na pewno będzie przydatna w zwykłej jaskini medycznej, a jakby tam zabrakło miejsca to medycy na pewno zorganizują coś dużo bliżej, a nie po drugiej stronie terenów WSC.

Jej spokój został przerwany wyjątkowo parnego dnia, kiedy o wychodzeniu z jaskini nie było najmniejszej mowy, nie ważne, jak dobrze by się przygotowała. Sama zbyt dużo na ten temat nie myślała, przecież nic złego nie mogło się wydarzyć w jej przytulnej jaskini, co z tego, że tyle korytarzy nie zostało jeszcze poznanych. Tu jest bezpiecznie. Tu jest drugi dom.

Przestała tak myśleć, gdy w jednym z ciemnych tuneli coś zaczęło warczeć. Bas i moc dźwięku kazały przypuszczać, że jest to jakieś duże stworzenie, wielkości wilka lub nawet większe. A Tia, będąc tylko pomocnikiem medyka, a nie jakimś wojownikiem, gotowym spojrzeć wielkiemu przeciwnikowi w oczy, zaczęła biec. Adrenalina kazała jej biec przed siebie, choć na logikę powinna była pobiec w znane sobie tereny, a nie w stronę zupełnie obcych tuneli, które dopiero co miała zwiedzić. Ale osoba, której włączył się tryb przetrwania, nie zawsze będzie myśleć logicznie.

Wadera biegła przed siebie, słysząc za sobą tupot goniących ją łap i warczenie tajemniczego potwora. Było w porządku, dopóki wciąż biegła jednym, prostym korytarzem, jednak jak zwykle bywa, coś musiało stanąć jej na drodze przed ucieczką. Rozwidlenie dróg. Niby powinna biec prosto, odpuszczając sobie tunele po prawej i po lewej stronie, żeby nie musieć skręcać, ale droga przed nią zaczynała unosić się ku górze, co znacznie utrudniłoby ucieczkę. A jeżeli bestia była przystosowana do życia w tej jaskini, Tia nie miała najmniejszych szans na ucieczkę prosto. Chyba, że dotarłaby do zielonego światła na końcu tego tunelu, które odbijało się od gładkich kamieni. W prawo widziała szeroki korytarz, wręcz wymarzony do ucieczki, ale staczał się w dół i spowijała go całkowita ciemność. Może byłaby w stanie tam wyminąć jakoś bestię, zawrócić i wydostać się, zanim zostanie złapana. Nad wejściem były zwisające, niezwykle łatwe do zerwania kamienie. Z kolei tunel w lewą stronę miał zakręty i nie był taki szeroki, tylko wysoki, co wadera widziała dzięki dziwnym robakom oświetlającym to miejsce. Ucieczka byłaby ciężka, ale przynajmniej wadera nie musiałaby się martwić o niesioną w pysku lampę. Przerażona nie miała pojęcia, w którą stronę biec, bo wszystkie korytarze zdawały się mieć taką samą szansę do przeżycia. Musiała decydować szybko.

<Głosowanie>

sobota, 11 czerwca 2022

Od Tii - "Zimn" cz.1

Słońce przyświecało sobie z nieba, absolutnie nie przejmując się tym, że świeci zbyt mocno i męczy wszystkie ziemskie stworzenia, które mają nieszczęście pod nim przebywać. Piasek czy wyschnięta na wiór ziemia parzyły nagie opuszki łap, przez co wszyscy byli zmuszeni unikać takich suchych i nasłonecznionych miejsc, bo jeśli tego nie zrobili, czekało ich parę dni wyciągniętych z życiorysu od leżenia w domu z maścią na stopach. Same ptaki, tak zawzięci śpiewacze, milczały cały dzień, by późnym wieczorem nadrobić swoje występy. A potem na następny dzień zaczynały niezwykle wcześnie, żeby mieć zaśpiewane na zapas. Poza tymi porami dnia panowała cisza, martwy spokój i nieznośna duchota. Ale nie było to nic szczególnego, już dawno wszyscy przyzwyczaili się do suszy podobnej do tych bywających na pustyni.

Tia jako wadera (czy ogólnie wilk) z wyjątkowo wrażliwym na urazy ciałem starała się szczególnie uważać podczas tej suszy. Obwiązała sobie łapy szmatkami, by uniknąć oparzenia i chodziła wyłącznie w cieniu, unikając słońca maksymalnie, jak się dało. Próbowała nawet wymyślić jakąś osłonę przed promieniami, ale albo było jej za gorąco, albo nie była ona wystarczająca i wilczyca wracała do domu z poparzoną skórą. Wilczej mumii (żartobliwe przezwisko nadane jej przez jej brata Mikaelę) kończyły się powoli pomysły, przez co zaczęła szukać innych sposobów na ochronę. Być może mogła się przenieść gdzieś, gdzie jest dużo miejsca, a słońce tak nie piecze, gdyż niestety nawet w rodzinnej norze robiło się duszno i zbyt parno, by spokojnie pracować.

Jeżeli ktoś myśli o miejscu, które jest przestrzenne, jest w nim chłodno oraz nie sięga tam słońce, być może jednym z pierwszych opcji jest jaskinia. W końcu jest tam nawet bardzo chłodno, bo temperatura nie zmienia się przez cały rok. Niestety po tak długim czasie prawie wszystkie znane watasze jaskinie były już zajęte, więc trzeba było poszukać czegoś na własną łapę. Być może gdzieś na obrzeżach znajdzie się naturalna dziura, gdzie można się ulokować ze wszystkimi papierami, zapiskami, fiolkami, ziołami i bandażami, i nikomu nie będzie to przeszkadzać. Poszukiwania się więc rozpoczęły.

Jak można się spodziewać, poszukiwania odbywały się przede wszystkim w nocy, kiedy było chłodno i nie groziły nikomu poparzenia. Było wtedy trudniej, gdyż żadne możliwe jaskinie nie rzucały się tak mocno w oczy, ale szczęśliwie akurat podczas tych nocy świecił księżyc, przyjaciel wszystkich wilków. Pomagał on Tii w jej poszukiwaniach, mimo że pewnie uważał, że są głupie i powinna po prostu umieścić się w jakiejś znanej jaskini, a nie szukać własnej. Ale milczał. Nie komentował, tylko przyświecał jasno, zbliżając się do swojej szczytowej formy okrągłego ciastka z każdą kolejną wizytą Nyks. Właśnie dzięki tej niezrozumiałej wyrozumiałości niedoszła medyczka znalazła dwie potencjalne jaskinie, w których mogła się osiedlić na okres suszy. Nie było tam w ogóle wilków, co więcej, po zapytaniu się niektórych obywateli Srebrnego Chabra okazało się, że o tych jaskiniach nawet nikt nie wiedział. Pewnie nikt poza Almette i Wayfarerem, ale z nimi ciężko o kontakt. Jeżeli zbliża się susza lub ulewa, oni zawsze znajdą sobie miejsce, gdzie są bezpieczni, nikomu o tym nie mówiąc. Więc dwie znalezione jaskinie pozostają do dyspozycji Tii.

Pierwsza jaskinia była większa. Posiadała obszerną komnatę, do której prowadził tylko jeden korytarz. Wilgoć wisiała ciężko w powietrzu, zraszając futro każdego, kto wszedł do środka, mimo że ściany jaskini były całkowicie suche. To dwa stawki w komnacie ją powodowały, tkwiąc nieustannie w zagłębieniach, a na środku komnaty tworząc coś w rodzaju nieregularnego przejścia. Miejsca było na tyle dużo, by móc się tu umieścić, a do tego przejście prowadziło jeszcze dalej w głąb jaskini, do wąskiego korytarza, gdzie Tia póki co się nie udała. Pomijając wilgoć, panowała tu przyjemna jak na jaskinię temperatura, a dostępne gdzieniegdzie półki skalne stanowiły idealne miejsce na składowanie materiałów. Poważnym zmartwieniem był brak możliwości ucieczki w razie jakiegoś ataku, ale raczej nikt nie będzie chciał się bić w taki upał... prawda?

Drugie znalezisko być może nie powalało rozmiarami korytarzy i nie posiadało żadnych komnat, ale ilość wejść dostępnych dla wilka i możliwość posegregowania swoich surowców w masie krętych tuneli wydawała się całkiem kusząca. Ta jaskinia była sucha, nie groziło tu ziołom oraz papierom namoknięcie, jednak wraz z suchym powietrzem chodziła temperatura. Była odczuwalnie wyższa niż w pierwszej jaskini, ale wciąż znośna i całkiem atrakcyjna. Waderze wydawało się, że korytarze wcale się nie kończą, dlatego nie zwiedziła całej jaskini, ale z łatwością mogła stwierdzić, że było to wymarzone miejsce do trzymania ziół. Tylko w przeciwieństwie do tych suszek ona potrzebowała wody, a siedząc w tej temperaturze szybko pojawiało się pragnienie. Potrzeba zrobienia zapasów była nieunikniona. Ale za to ile miejsca! O ile się nie zgubi.

Teraz pozostało tylko wybrać. Wybrać jaskinię, która może być najlepsza do schowania się przed suszą i upałami, która zaspokoi potrzeby do życia i w której będzie można spokojnie pracować. Pierwsza jaskinia znajdowała się w lesie, niedaleko granicy, druga natomiast trzymała się bliżej centrum, ale chowała się pod stepami, gdzie trudno było do kogoś zawitać. W sumie w obu przypadkach trudno było do kogoś zawitać. Co Tia miała wybrać?

<Głosowanie>

wtorek, 11 stycznia 2022

Mi, Tia i Mikaela dorastają!

Mi - szeregowiec

Tia - stróż
Mikaela - szeregowiec

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Od Tii - "Wszędzie wybory, same wybory"

Namówiona słowami swojej nowo znalezionej rodziny Tia postanowiła spróbować tej całej szkoły, którą wszyscy tak wychwalali. Nie miała pojęcia, czego się tam spodziewać ani nawet na co liczyć, ale musiała jakoś sobie poradzić. Podobno miała nie być tam sama, ale w obecnym, bardzo ciężkim czasie i tak się tej samotności obawiała. Dlaczego miałaby kogoś obchodzić? Wszyscy będą skupieni na czubkach własnych nosów, tutaj nie będą na nią zwracać tak uwagi jak robili to w starej watasze. Każdy jest zdany na siebie i nawet ona musiała się tego nauczyć. Będzie samotna, po prostu.

Szkoda, że nie miała pojęcia, jak bardzo się myliła. Byłaby przygotowana na miłe, przyjazne powitanie. Na pyszczki uśmiechnięte na jej widok. Na masę (tylko kilka) szczeniaków, które otoczyły ją i chciały jak najszybciej się z nią zaprzyjaźnić. Szczególnie jedna młoda wadera ją zaczepiała.

– Cześć! Jestem Godzimira, ale mów mi Godzia! Idziemy się pobawić? Chcesz iść nad rzekę? Znam taką fajną norę, idziesz ze mną?

Cała ta Godzia i jej przyjazne nastawienie z początku mocno przerażały małą i nieporadną Tię, ale wkrótce waderka odkryła, że obecność o wiele odważniejszej koleżanki dobrze na nią wpływa. Tia, choć często poobijana i zawinięta w bandaże, chętniej wychodziła na jakieś szczenięce eskapady. Przestawała powoli tak bardzo bać się fizycznych zabaw, wraz z upływem czasu sama nawet niektóre inicjowała, chcąc integrować się z grupą. Zdecydowanie nabrała pewności siebie, co chwalili wszyscy jej bliscy, chociaż wciąż wolała spędzać dużo czasu w osobności i bardziej przypatrując się innym niż cały boży dzień gadać z wilkami. Jej papcio kazał się jej tym nie martwić, bo przecież nie każdy jest stworzony do towarzystwa.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy Tia w oczach watahy została uznana za dorosłą i przyszło jej dobrać swoje własne stanowisko. Nie miała w planach się wahać. Z samego rana przyszła do niej dodatkowo Godzimira i wspierała swoją psiapsiółę jak mogła najlepiej.

– Cokolwiek wybierzesz, dasz sobie radę! Wiesz, co chcesz wybrać?

– Pomocnika medyka.

– A-ha! Okej. Fajnie brzmi. Pewnie i tak go nie dostaniesz, bo jest wojna, ale poprosić można, co nie?

Tia uśmiechnęła się do Godzi.

– Tak. Poprosić można.

<Koniec. Kolejne grywalne opowiadania pojawią się w życiu dorosłej Tii z oczywistych powodów>

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Od Tii CD. Mikaeli - "Wielkie (małe) początki"

Szara waderka spojrzała na swojego brata, w oczach odbijało się wesołe zmęczenie i pewna doza ciekawości, jaką potrafią posiadać tylko szczeniaki, nawet takie wystraszone na co dzień życiem. Między łapkami Tia trzymała malutką czaszkę, całkowicie białą i zdecydowanie starą, szczególne znalezisko z jej samotnej wycieczki w najbliższe okolice rodzinnej norki.

– Hejej. Znalazłam czaszkę, spójrz! – Podniosła kości na wysokość pyska skrzydlatego, luźna żuchwa zaklekotała, uderzając o szczękę. Według wadery był to całkiem zabawny dźwięk. – Nie wiem, jakiego to zwierzęcia, ma ostre zęby i wielkie oczy.

– Też nie wiem, nigdy takiej czaszki nie widziałem. W sumie niewiele czaszek widziałem. Gdzie to znalazłaś?

– Tam! – Tia wskazała na kupkę wysokiej trawy niedaleko nich.

We dwójkę podeszli bliżej, ich małe łapki utrzymujące lekkie ciałka ledwo wybijały jakiekolwiek ślady na śniegu. Rozgrzebali wystające ponad śnieg źdźbła, szukając sami nie wiedzieli czego. Po prostu chcieli coś razem porobić.

– Nie ma tu innych kości – odezwał się z rozczarowaniem Mikaela.

– Nie. Ale jak pójdziesz ze mną to możemy poszukać gdzieś indziej. Czuję w powietrzu zapach martwego ciała.

Basiorek powąchał w powietrzu.

– Ty, faktycznie coś czuć. Chodźmy! Nudzi mi się.

Ruszyli w długą, Tia trzymając się blisko za swoim bratem. Kicali przez śnieg jak sarny, próbując się w nim przypadkiem nie zatopić, gdy zaspy okazywały się być o wiele miękciejsze niż z początku się wydawało. Potem zdecydowali się przejść na ścieżkę, gdzie śnieg już był udeptany i nie trzeba było się tak wysilać. Mika prowadził podążając za węchem, a szara tylko czasem wzięła mocniejszy oddech, upewniając się, że nie zgubili tropu i brat przypadkiem nie udaje, że wie, co robi.

Wreszcie parka jednak znalazła tego trupa, którego czuli. Był to widok, który dla człowieka stanowił by podstawę do wielu nocnych koszmarów, dla wilków jednak była to zwykła codzienność. Sarna rozerwana na strzępy, z wnętrznościami w większości wyjedzonymi, a te nieruszone zostały rozrzucone dookoła. Łeb wykręcony w tak nienaturalny sposób, jakby kości szyi gdzieś sobie zniknęły albo stały się gumowe. Taki wyjedzony truposz, coś normalnego zimą, tylko dziwne, że tyle mięsa jeszcze zostało na miejscu. 

– Faaajnie – Mika, w przeciwieństwie do siostry, był zachwycony znaleziskiem. – Bierzemy jej czaszkę? Będziemy mogli zrobić kolekcję czaszek dla ozdoby!

Waderka spojrzała na martwe ciało, przyglądając się mu z uwagą. Chciała je obejść dookoła, zerknąć z każdej strony, ale oczywiście wywróciła się na gładkim śniegu. Dobrze, że był taki miękki, inaczej z pewnością zrobiłaby sobie krzywdę.

– Możemy wziąć – odezwała się wreszcie niepewnie, otrzepując się ze śniegu. – Ale jak ją weźmiemy?

– Wyrwiemy! Chodź, będziesz trzymać szyję.

Tia podeszła do wygiej szyi i usiadła na nią okrakiem, podczas gdy Mikaela szykował się do odrywania.

<Mika?>

sobota, 11 grudnia 2021

Od Tii - "Wszędzie wybory, same wybory" cz.1

Swoje pierwsze kroki Tia stawiała dosyć niepewnie, nawet jak na szczeniaka. Gdy podrosła, wszyscy bali się z nią bawić, bo łatwo się przewracała i doznawała urazów, co ostatecznie zmusiło jej matkę do kategorycznego zakazania wszelkich zabaw. Waderka dorastała w ochronnej bańce, nigdy nie uczestnicząc w lekcjach polowania, walki czy ucząc się życia w jakikolwiek inny sposób. Można powiedzieć, że cała wataha owijała ją w ochronną folię bąbelkową, byleby biedna, mała Tia się nie uszkodziła.

Zmieniło się to w momencie, gdy Tia wpadła do rzeki i wraz z nurtem, na tratwie zrobionej z pnia drzewa, spłynęła w dół rzeki, z daleka od rodzinnego domu. Z tej rzeki wyratowała ją szara wadera o imieniu Tisce... Tisran... Tiska, która porem zaniosła szczeniaka do jakiegoś rudego wilka z jakimś okropnie trudnym imieniem. Jego partner natomiast wydawał się o wiele przyjemniejszy z wyglądu i miał znacznie prostsze imię. Yir co prawda nie był zachwycony obecnością czterech małych łapek pod swoimi, ale nie za bardzo miał do gadania, widząc wzrok Pakiego. Musiał znosić towarzystwo Tii.

Nadszedł jednak czas, gdy wadera musiała zacząć uczyć się na poważnie. Wychowania, polowania, pisania, czytania i wszystkich innych rzeczy, które wilk w Watasze Srebrnego Chabra powinien umieć. Ze względu na przyzwyczajenia nie była pewna, czy poradzi sobie w normalnej szkole, jednak obaj papa i tato zachęcali ją do tego wyboru.

– Więcej i dokładniej się nauczysz, a do tego poznasz inne szczeniaki! – mawiał Paki, owijając swoimi ogonami szczeniaka.

– Będziesz miała większy wybór stanowisk jak pójdziesz do szkoły – przekonywał Yir szykując lekarstwa dla chorych wilków w jaskini medycznej.

Tia jednak wciąż panicznie się bała wybierać. Absolutnie nie potrafiła się przekonać, że szkoła to dobry wybór. Co jednak, jeśli jej rodzice mają rację? Może faktycznie nauczyłaby się więcej i miałaby większą szansę na dobre stanowisko. A może cała się porani, pokiereszuje, do tego nikt jej nie polubi i cały ten wspaniały plan okaże się totalną klapą. Bała się wyboru, który musiała podjąć. Nie była przyzwyczajona, że sama podejmowała decyzje, w końcu zawsze inni decydowali o niej. Czy miała w ogóle prawo decydować o sobie? Czy miała wolność słowa? Jej ojcowie wyraźnie wskazywali, że tak. Nawet starsza "siostra" ją w tym wspierała.

– Jak coś to ja cię zawsze mogę uczyć, wiem co nieco, nawet jeśli cały czas latam. A jak będę miała pracę to ci przyślę mojego przyjaciela.

Pomagało to. Troszkę, bo troszkę, ale pomagało. Nie bała się tak bardzo, jednak strach wciąż mimo wszystko był. Ale czas umykał, należało się spieszyć. Należało decydować.

<CDN>

Od Mikaeli - „Wielkie (małe) początki”

Każdy ma swoje początki co nie? Tutaj mam początek ja, wielki mag lub po prostu ktoś wielki i sławny, tylko niestety nikt jeszcze o mnie nie słyszał. Ale w końcu od czegoś trzeba zacząć co nie.
Zimne powietrze rozchodziło się dosłownie wszędzie. Kiedy otworzyłem swe oczy, na dworze było już jasno, przeprostowałem swoje łapy i skrzydła. W norze nikogo już nie było, nieśmiało wyszedłem i wziąłem wdech zimowego do płuc, rozejrzałem się i szczerze mówiąc, nie widziałem co dalej robić i gdzie dalej iść. 
Gdy zauważyłem jakieś sylwetki dorosłych wilków, nie mogłem pozwolić sobie, by pomyśleli, że nie wiem co robić, więc na szybko wykopałem małą dziurkę w śniegu i intensywnie węszyłem, udając wielkie zainteresowanie. Nikt mnie nie zaczepił, więc musiało to zadziałać, po chwili wydobyłem pysk ze śniegu, był on wilgotny, a na nosie została mała kupka białego puchu.  Pozbyłem się jej w mgnieniu oka, odszedłem parę metrów od miejsca, w którym spałem.  I zacząłem się rozglądać, mając nadzieję, że spotkam szarą lub rudą sylwetkę jakiejkolwiek z moich sióstr.  Po dosłownie paru minutach rozglądania się udało mi się dojrzeć jedną z nich, podbiegłem do niej tak szybko, jak moje łapy mi pozwoliły.
- HEJKA. - zatrzymując się, wydarłem się na całe gardło. - Co robisz? - ciekawy spytałem.

< Tia? >

Nowi członkowie!

Mildredfiri - elew

Tia - uczeń

Mikaela - uczeń