Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hyarin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hyarin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lutego 2023

Od Hyarina - "Cień przeszłości"

Jeden z ośnieżonych szczytów majaczył w oddali, skrywając w swym cieniu całą rozległą dolinę. Słońce schowało się już za cielskiem potężnej góry, która nawet z tej odległości wyglądała trochę przerażająco. Jej zbocze porośnięte było dywanem sosen, co z daleka nie było takie oczywiste – ciemnozielone korony ciężko było odróżnić od ziemi, która w cieniu przybrała podobny odcień. Różowo-złota poświata zawisła w powietrzu, ubierając cały świat w bajeczne kolory. Więc tak patrzy się na świat przez różowe okulary? Wysoko na niebie można było dostrzec blady jeszcze cień księżyca w trzeciej kwadrze. W złotych oczach Hyarina ten cień odbijał się bardzo wyraźnie. Zerknął w bok, gdzie siedział trochę mniejszy, płowy wilk z wzrokiem utkwionym w oddali. Na jego wargach błąkał się lekki uśmiech. Pierwszy basior także uśmiechnął się nieznacznie i przekrzywił głowę.
- Coś cię męczy – zaczął mimochodem, bezwiednie kreśląc kółko w piasku. Czy po tym wszystkim, co się stało, mógł go nazwać przyjacielem? Nie chciał, by Szkło czuł do niego szacunek tylko ze względu na pozycję, którą zajmował. Hyarin nie wiedział czy została mu wybaczona ucieczka z Kali. Miał poczucie, jakby zdradził zaufanie ojca swojej ukochanej. Ale wrócił. Wrócił gnany przeczuciem i przyzwoitością. Jakąś dziwną, niezrozumianą troską. Takie rozterki nie były do niego podobne, gryzło go sumienie, wyżerało dziurę w mózgu jak kornik.
- Słuchaj... - odezwał się ponownie, ale nie zdążył dokończyć, bo towarzysz przerwał mu znienacka.
- Czy to się kiedyś skończy? - Czuł, że Szkło nie zwraca się bezpośrednio do niego, a pyta wszystko wokół. To połamane drzewo, wypaloną przez ognisko dziurę w ziemi, wydeptaną z ziemi ścieżkę, którą przyszli. Wszystkich bogów. Hyarin widział jak jego uśmiech zamienia się w pełen bólu grymas, a w oczach zaszkliły się łzy. Skierował pysk w stronę horyzontu. Nie wiedział, kiedy. Nie wiedział czy w ogóle nadejdzie koniec. Każdego już to przytłaczało. Każdemu posiwiało, choć parę włosów na grzbiecie z powodu tej wojny.
- Nie chciałem, by moje dzieci musiały przeżywać coś takiego. Patrzeć jak... - głos uwiązł mu w gardle, nie dokończył. Nie musiał. Hyarin doskonale wiedział, o co chodzi. Martwili się przecież o tę samą osobę.
- Żadne z nas tego nie chciało. Może oprócz tych, którzy do tego doprowadzili. Płacimy tego najwyższą cenę.
 
 
- Nie pozwalam Ci tego robić. – Stanowczy głos odbił się echem od ścian jaskini. Hyarin patrzył na płowego basiora, a jego pysk wykrzywiał się coraz bardziej w niemym gniewie. Uszy położył po sobie, zjeżona na karku sierść wskazywała jak silne targały nim emocje. Szkło stał spokojnie w progu, gotów do opuszczenia groty.
- Jako twój generał, zabraniam ci. - Jego głos zabrzmiał zbyt rozpaczliwie. Wciąż miał przed oczami mglisty obraz niedawnej wizji. Oczy po raz kolejny zasnuł całun krwawej czerwieni.
- Muszę, Hyarin. Ta wataha... to wszystko, co mi pozostało. - Odwrócił się. Wyszedł. Jego sylwetka zniknęła za rogiem. Tak, jakby nigdy go tutaj nie było, jakby był tylko snem na jawie.
Osamotniony generał stał pośrodku jaskini wojskowej. Jak pionek króla, który jako jedyny pozostał na szachownicy, niezdolny do żadnego ruchu, choć wokół nie było żadnego przeciwnika. Tym razem szach mat wypowiedział on sam.
Chciał się mylić. Chciał, aby tym razem to był tylko objaw jego paranoi albo jakiejś choroby psychicznej. Jednak ciężko mu było oszukać samego siebie. Znowu tam był, czuł mokrą od krwi trawę pod łapami i drażniący w nos zapach krwi. W jego ślepiach odbiły się rozpalone piekielnym ogniem pochodnie, które dzierżył opętany nienawiścią tłum. Ta wizja sprzed kilku godzin obudziła w nim wspomnienia, tamten widok mieszał się z makabrycznym obrazem poszarpanych zwłok leżących, gdzieś w trawie jak szmaciana lalka. Jak nigdy chciał się mylić.
 
 
Czy już wtedy wiedział, że widzi go żywego po raz ostatni? Jego zdezorientowane spojrzenie, szukające w jego twarzy potwierdzenia, wyznaczenia mu drogi, jakiegokolwiek autorytetu. Jednym tylko nieznacznym skinieniem łba, błyskiem niepewnych oczu, skazał go na wyrok śmierci. Powiedział mu: Idź. Idź i czyń, co należy. Ruszaj, Szkło i nie oglądaj się za siebie. 
Głuchy tupot dziesiątek par łap brzmiał jak żałobny marsz. Dostrzegł to krótkie spojrzenie na jego osobę, gdzie stał na wzniesieniu, a przy jego lewej łapie Hiekka. To ty powinieneś tu stać, Szkło. Wiedział, że brzemię tego uczynku, będzie ciążyć na nim aż do śmierci i jeszcze dłużej. Kolejna strona jego kroniki zapisana czerwonym atramentem. Ach, żeby tylko. Powinien paść na kolana jak Rejtan, który zamiast koszuli rozrywa sobie żyły, by własną krwią spisać akt zgonu swojego plutonowego. Żołnierza. Przyjaciela.
Leżał tam. Pokryty krwią, poszarpany i zagryziony jak ofiara polowania, którą psy gończe potraktowały zbyt brutalnie. Hyarin ponownie poczuł pod łapami nasiąkniętą krwią trawę. Coś ścisnęło go w środku aż cały zadrżał. Starał się nie patrzeć w zasnute mgłą, puste oko płowego wilka. Z trudem przełknął ślinę, ale nie czuł się na siłach, by się poruszyć i odejść. Widok martwego Szkła odebrał mu władzę w nogach. Czy już zawsze będzie musiał być odpowiedzialny za czyjąś śmierć? Czy w ten sposób okrutny los postanowił go katować, zrobić z niego mesjasza, którego zadaniem jest zbawienie każdego z kim ma styczność? Nie czuł się na siłach, by to uczynić. Zacisnął powieki, a jego ciałem wstrząsnął kolejny dreszcz. Nigdy nie poprosił go o wybaczenie. Nie zdążył zebrać się na odwagę, a teraz patrzył na jego ciało. Ten mizerny wrak wilka, którym się stał. Już mu nie odpowie. Nie dowie się czy chował do niego urazę. Nie pobłogosławi związku jego córki. Kali. Kali wybacz mi. Odebrałem ci kolejną rzecz, być może jedyną, dla której warto było tu wrócić. Mam krew na rękach. To ja... To ja zabiłem Szkła.

czwartek, 6 stycznia 2022

Od Hyarina - Trening Mocy (epizod pierwszy)

Generał powinien świecić przykładem. Być tym, który zainspiruje do walki o ideały większości, nieprzekonanych poprowadzi właściwą drogą, słabych umocni, wiernych utwierdzi, że to, o co walczą jest dobre. Nie pierwszy już raz zastanawiał się czy zwracanie uwagi na wilki jako ogół, jakąś większą całość, nie jest złe. Może powinien podchodzić do każdego jak do jednostki, a nie części całej społeczności, jakby jednostka nie miała uczuć, a jej działanie jest skoncentrowane tylko na niesieniu korzyści władzy. Bo, jeśli wśród nich byli zdrajcy odpowiedzialni za całe to zamieszanie, to przecież mogli zasiać ziarno niepewności, czy to, co robi władza jest słuszne. Czy zatem nie lepiej byłoby każdego po kolei poznać, obdarzyć indywidualnym zainteresowaniem, poświęcić trochę czasu? Nie miał głowy, by się tym zajmować, taka była prawda. Szkło jest jego wysłannikiem, to jego zadanie. On ledwo znalazł czas na trening odkładany od miesięcy. Odkąd zatrzymał się tutaj, odkąd postanowił nazwać to miejsce domem, przestał zwracać uwagę na rozwój swoich mocy. Lewitacja, która mu nie wychodziła, jakoś przestała być potrzebna w czymkolwiek. W zupełności wystarczył mu fakt ze jest w stanie odczytać kierunek i porę dnia z gwiazd w każdych warunkach, nie licząc grubej warstwy skały lub ziemi. Jego umiejętności były zawodne, a on sam - całkiem przeciętny. Jedynym świadectwem jedno nadnaturalności był na zmianę świecący i gasnący symbol na jego futrze, którego widok za każdym razem wrzynał się w sumienie, powodując palące poczucie winy. Kiedy niby przestało ci zależeć, co? Alkar nie byłby z niego zadowolony. Chcąc nie chcąc, stworzył maszynę do zabijania, która wyparła swoje uczucia, a teraz, nie dość ze wyrwała się z jego jarzma, odkryła, co to miłość. I przestała się rozwijać. Tak powstał plan, by zacząć trenować i ciało i ducha. By dać przykład innym, ale przede wszystkim dla siebie. Wiedział, że wydobyci tej części mocy, dawno nieużywanej, nie będzie proste ani przyjemne. Udał się daleko, w nieuczęszczane miejsce, by w spokoju oddać się temu żmudnemu procesowi. Konsekwentnie zakłócał zawołania zdrowego rozsądku, które docierały do niego zewsząd, mówiąc, że ma ważniejsze rzeczy na głowie, że potrzebują go w jaskini wojskowej. Przymknął oczy i zignorował te komentarze, którymi raczył go jego własny umysł. Tak samo starał się nie zwracać uwagi na dotkliwy mróz, który spadł jak kolejna plaga na dolinę, jakby mało mieli problemów. Zima trwała w najlepsze i nie wydawało się, by miała szybko odpuścić. Dotarł wreszcie na miejsce. Przed nim w oddali majaczyły mgliste, ośnieżone szczyty, a na pierwszym planie wznosiła się skalna ściana, urwisko z wystającymi półkami, na które można było się wdrapać, wskoczyć lub … podlecieć. To był jego cel. Przysiadł na ziemi, w skupieniu przyglądając się przeszkodzie. Zamknął oczy i wsłuchał się w siebie. Gdzieś jest ta od dawna nieużywana moc, musiał tylko na nowo rozniecić ogień dawnej chwały. Mijały minuty skupienia, a on marzł, smagany przez wiatr. Znienacka po ciele rozlało się znajome ciepło, symbol na jego piersi rozbłysł jaskrawym światłem, oznajmiając światu, że Hyarin powrócił zza symbolicznego grobu, w którym złożył swój ponadprzeciętny żywioł. Poczuł lekkość w palcach, jakby nagle zaczął ważyć nie więcej niż mysz. Wiedział jednak, że to złudne poczucie przedwczesnego zwycięstwa. Teraz miała nastąpić rzecz najtrudniejsza, delikatne uniesienie się, bez żadnych turbulencji. Odetchnął głośno i powoli otworzył oczy, w których błysnęła stalowa determinacja. Zawsze się poddawał, ale na tym koniec, kapitan ostatni opuszcza swój okręt. Ugiął łapy i skoczył naprzód. Gdzieś z tyłu głowy uwierało go przekonanie, że nie da rady, że zaryje pyskiem w śnieg albo straci kontrolę. Nie przewidział tego, że dojrzał, zmężniał. Jego chwiejna równowaga, którą utrzymywał między trzeźwością umysłu, a upadkiem w otchłań szaleństwa, umocniła się. Stał się bardziej stabilny niż miesiące temu, gdy ostatni raz próbował wzlecieć w niebo. Choć brakowało mu skrzydeł u boku, a do asa przestworzy był mu daleko, poczuł jak nieopisana radość wypełnia jego serce. Wzniósł się, a był prawie pewien, że nie odnajdzie tej mocy w sobie. Uspokoił oddech, który z powodu ekscytacji znacznie przyspieszył. Spokojnie popłynął przez powietrze, zastanawiając się jednocześnie jak długo ten prawidłowy stan się utrzyma. Nie musiał długo czekać. Silniejszy podmuch wiatru odwrócił uwagę basiora, do umysłu wkradły się okruchy paniki i oto generał runął w śnieg przed samą krawędzią skały, na której miał wylądować. Wstał niezgrabnie, zbierając z ziemi swoją lekko urażoną dumę. Właśnie dlatego wybrał to odludne miejsce. Wbił wzrok w skalny występ, z łatwością, by na niego wskoczył. Zacisnął zęby, a w jego oczach pojawił się ogień. Braciszku, zamiast uczyć mnie jak zabijać z zimną krwią, mogłeś skupić się na moich naturalnych predyspozycjach. Nie było jednak sensu, przemawiać to tworu skonstruowanego przez wspomnienia, martwego czy żywego. W ten sposób nigdy nie ruszy się z miejsca, gdy będzie obwiniał innych za swoje braki. Chciał wziąć za swoje życie odpowiedzialność, tak jak oczekiwał tego od innych. Cofnął się o kilkanaście kroków, do miejsca, z którego startował chwilę wcześniej. Poczuł, że wiatr osłabł, wokół panowała niemal niezmącona niczym cisza. To był dobry moment na jeszcze jedno podejście. Przykucnął. Skoczył. Poleciał. Moment bezwładności i już odzyskał kontrolę nad ciałem, płynął przez przestrzeń do celu. W głowie miał pustkę, zero rozpraszających myśli, sercem zawładnął instynkt przodków. Przecież dobrze wiesz, jak to się robi, prawda? Mimo, że nie poznałeś swoich rodziców. Mimo, że przyszło ci dorastać u boku brata sadysty. Dotarłeś tu sam i sam piszesz swoją historię. To kolejna zapisana kartka doświadczeń. Bądź z tego dumny! Opuszki łap dotknęły przyprószonej śniegiem skały. Hyarin miękko wylądował, jego futro dalej emanowało światłem. Wiedział, że długa droga przed nim, że to zaledwie początek krętej drogi prowadzącej do perfekcji. Na dzisiaj wystarczy.

Gratulacje!

czwartek, 30 grudnia 2021

Od Ducha CD Hyarina - "Grzesznicy i święci"

Widok ciemnych, szorstkich ścian jaskini, teraz podkreślonych przez złocistą łunę rozpalonych płomieni, napawał go swojego rodzaju nostalgią. Były na swój sposób znajome, spędził w nich wiele długich miesięcy, lat. Sam wypełnił je słowami, mniej lub bardziej ważnymi, które chociaż w tym momencie mogłyby już być zapomniane przez towarzyszących mu wtedy druhów, jak i przez jego samego, nadal pozostawały bezpiecznie schowane we wszystkowidzącej skale. Być może ktoś, kto byłby w stanie dostroić się do melodii, niby głęboki pomruk wydobywającej się nieustannie z jaskini, wszystkiego, co się w niej zawiera, byłby w stanie odczytać osady umysłów wielkich wilków, spisać historię w nich zawartą i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Stworzyć być może coś na wzór mapy bądź - kodeksu; zbioru zasad, by nie doszło do powstania kolejnych wojen, buntów. By nie było więcej Rutenów, Azairów. Aby członkowie watahy mogli spać spokojnie, bez uchylania jednej powieki w obawie, że ktoś na wzór Admirała bądź Eothara wkroczy w ich życia, by zburzyć pozorny pokój, niby domek z kart bądź pyłek strącony z blatu stołu, ginący w ziemi, nic nie znaczący w szerszej skali świata.
Żal, nie - bezsilność ścisnęła gardło basiora, gdy zasiadł po przeciwnej stronie stołu niż rosły generał. W całej kakofonii niedotrzymanych obietnic i kłamstw trudno było dosłyszeć wewnętrzny głos. Być może byłoby lepiej, gdyby zupełnie go nie usłyszał, bowiem szept nie należał do przyjaciela. Wręcz przeciwnie, gdy otrzymał szansę wybicia się ponad natłok innych myśli, wykorzystał szansę, by zacząć poić trucizną pękające mury wokół umysłu Ducha. Gdyby był tutaj osobiście to czy cokolwiek by się zmieniło? Może tak, może nie, kto by to wiedział? Był, koniec końców, jedynie trybem w wielkiej wojennej machinie, ale czy przypadkiem nie napędzał ważny do parcia dalej narząd, na tyle pozostawiony bez opieki, nadzoru?
Nie mógł znaleźć odpowiedzi na te pytania. Nacisk w głowie był równie irytujący co wcześniej, dodatkowo jeszcze został podsycony przez nagłe zagubienie, od którego Duch stracił pewność siebie, pozwalającą mu spoglądać w oczy wyżej postawionego od siebie Hyarina.
Położył jedną z łap na długiej bruździe, coś, co pamiętał ze swoich pierwszych wizyt w jaskini wojskowej jako młody strateg, dopiero nabywający praktycznego doświadczenia w niedostępnym dotąd świecie taktyk i polityki. Kiedyś się zastanawiał, do czego musiało dojść przy tym stole, by tak dobitna blizna przeszłości została wyryta w ciężkim blacie, przypominając o porażce (a może zwycięstwie?) tych, którzy byli przed nimi, jednak szybko przyszły bardziej naglące sprawy codzienności, a potem... A potem... 
Czuł na sobie spojrzenie Hyarina. Ściągnął łopatki, wyprostował plecy i uniósł pysk, chociaż jego długie uszy nadal były nieznacznie opuszczone niby u pokornego szczenięcia. Nim bowiem wtedy był, zagubionym dzieckiem, czekającym na krople mądrości, jakie miałyby wypłynąć z pyska generała, ale też przede wszystkim kronikarza. Wiedzącego. Znawcy przeszłości. Tego, kto znał zaklętą melodię kamieni.
Więc... Wstyd mi to przyznać, generale. Jednak nie wiem. Po prostu już nie wiem, co się dzieje. Wyznał cicho nawet jak na bezosobowy szept. W szkarłatnych oczach Ducha pojawiło się coś na wzór smutku, strachu. Uczucia, które nie gościły w nim, dopóki nie odszedł.
Tak wiele naszych towarzyszy odchodzi, czy to na stronę wroga czy to po prostu umiera. Kiedyś było podobnie, tak, to prawda, jednak teraz czuję, że coś jest innego. Że przekroczono pewną granicę. I to od tego momentu... Po prostu coś się stało.
Jakby podświadomie dotknął łapą swojej piersi, wyczuwając na poduszkach bijące jak u przerażonego zająca serce. Chciał powiedzieć tak wiele, byleby go wysłuchano. Uzyskał okruszek atencji ze strony Hyarina, chciał go wykorzystać najlepiej jak mógł, chociaż mogłoby być to samolubne. Jednak wiedział, że nie jest to odpowiedni moment. Bowiem na wysłuchanie należy sobie zasłużyć.
— Do czego więc zmierzasz? — Basior poruszył długim, gęstym ogonem, na chwilę unosząc go ponad udeptaną ziemią. Przechylił nieznacznie pysk, przyglądając się milczącemu Duchowi. Wyraz jego oblicza był nieodgadniony, nieprzenikniony wręcz i wypełniony stoicyzmem, jaki odbierał innym emocjom możliwość ukazania się. Było to denerwująco aż niekomfortowe dla kogoś, kto uwielbiał wiedzieć wszystko o drugim wilku, tym samym zmuszając stratega do przełknięcia gorzkiej prawdy, że tym razem stał na tej przegranej pozycji.
Zmierzam do tego, że nie wiem, co robić. Chcę jak najlepiej służyć WSC, jednak obawiam się, że bez czyjejś pomocy mogę wkrótce stracić swoją użyteczność. Nie chcę, aby tak się stało, więc przyszedłem prosić, generale, o pana przewodnictwo. O wyjaśnienie, co się dzieje, co mam robić, cokolwiek. Świat wymyka mi się spod łap, nie chcę wpaść w otchłań pod nami, jak... jak niektórzy.
Zamilkł i odetchnął ciężko, by następnie zacisnąć zesztywniałą szczękę, by nie powiedzieć zbyt dużo. Wyczekiwał osądu, patrząc błagalnie na rozmówcę.

<Hyarin?>

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Od Ducha do Hyarina - "Grzesznicy i święci"

Wszystko, co pierwsze, powinno być piękne.
Tak mówiono, tak to opisywano w pieśniach pochwalnych, w wierszach o cudzie, jakim był świat i wszelkie stworzenie w nim żyjące. Bowiem czy pierwszy skowyt nowo narodzonego szczenięcia nie jest jednym z najbardziej cudownych dźwięków, który może dotrzeć do uszu zmęczonej matki? Tak jak dotyk kochanka na skórze rozpala trzewia cudownym płomieniem podczas samotnego wieczoru, tak promienie zimowego słońca, które dostrzegł ponownie po tak długim czasie spędzonym w mroku, winien napełnić go radością, motywacją, spokojem.
Uniósł głowę ku górze, ciemnie oblicze kierując ku koronom drzew, gałęziom, ognistej tarczy na nieboskłonie. Rozchylił pysk, nozdrza, chcąc nabrać w ściśnięte płuca chłodny powiew wiatru. Niczym pocałunek od drogiego mu świata, jaki nazywał domem, chciał wpaść w jego objęcia i skryć się przed tym, co pozostało po drugiej stronie. Nawet przez krótki moment uśmiechnął się, wykrzywił końcówki pyska w lekki łuk, dygocząc nieznacznie. 
Wtedy podmuch przesunął swoimi długimi, bezcielesnymi palcami po obcym, obnażonym ciele, sprawiając, że obydwie pary uszu pokracznego stworzenia opadły, wtulając się w podłużny pysk. Odruchowo przywarł do pokrytej śniegiem ziemi, czubek długiego, zakończonego niby ostrą szablą ogona, chowając pomiędzy twardymi gruzami. Nagły ból szarpnął nim, wycisnął z zapadniętej piersi ni to skowyt, ni to jęk, a zielone oczy zacisnęły się, by chronić się przed słońcem.
Czego mógł się spodziewać, przeszło mu przez głowę, przyciągając do siebie ręce tak, że cztery szpony pozostawiły za sobą bruzdy. Klęknął w zaspie, skrył pysk za udem, lekko wzdrygnął większą parą uszu, wiedząc, że musi wytrzymać jeszcze kilka chwil. Dopiero wtedy ten świat zaakceptuje go i ponownie rozłoży kochające ramiona tak, jak to zrobił wcześniej. Przygarnie zagubione w całej mozaice wszechświata dziecię, które odnalazło tutaj swoje miejsce w momencie, gdy wszystko zdawało się być stracone. To właśnie było tym przyjemnym dreszczem, za jakim tęsknił długimi, burzliwymi nocami. 
Być może to była po prostu normalność, do jakiej przywykł na leśnych terenach watahy, a być może przyczynili się do tego bardziej ci, których poznał. "Przyjaciele" zdawało się być określeniem nie do końca odpowiednim, można było powiedzieć - nader optymistycznym. Co jak co, był przecież osobnikiem raczej antyspołecznym, a takim to trudno osiąść na dłużej w jednej relacji, znajomości na tyle, by wspólnie przygotować grunt pod coś większego. Pluł sobie w brodę z tego powodu. Gdyby nie był tchórzem, w tym momencie więcej imion zostałoby wyciągniętych z otchłani umysłu, aby dodać sił zmęczonym członkom i podnieść ciało spomiędzy śniegu.
Pozostały jedynie cienie, nieprzyjemny posmak przeszłości, zatartej i zapisanej przez linijki pozornie bezkresnego tekstu. Wspomnienia, pokrywające przeszłe kartki obłokami cienia, kryjącymi za sobą głoski, sylaby, dźwięki. Jakby się skupił, dostrzegłby kilka jaśniejszych punktów, lecz na tle całości były one niczym więcej niż plamami, pozbawionymi większego znaczenia.
— Sądziłem, że powrócisz później, Solasie.
Uszy podniosły się od razu ku górze jak u czujnego zająca, pysk wysunął się zza nogi, by zwrócić się w kierunku źródła odgłosu. Przymrużone oczy dostrzegły zarys białej postaci na tle jeszcze jaśniejszego lasu, jaka przecinała pionowe linie czarnych drzew. Szła bez strachu, jednak ze specyficzną sztywnością, stawiając ostrożne kroki na czubkach palców. Pysk trzymała nisko, jakby skradała się, jednak napuszony ogon poruszał się powoli na boki w spokojnej manierze.
Ciemne, chude stworzenie przysiadło na tylnych łapach i jedną ręką wyprostowało tors, drugą chwytając kolano. Nozdrza rozchyliły się, gdy płuca podjęły kolejną próbę nabrania pełnego oddechu. Tym razem świat nie odrzucił przybysza, pozwalając mu poznać znajomą woń stąpającego ku leśnemu przerzedzeniu basiora. To sprawiło, że serce zabiło szybciej, a własny ogon istoty machnął jakby na powitanie druha. Ten drugi cicho zaśmiał się i przy pomocy kilku susów pokonał odległość ich dzielącą. Z czułością dotknął zimnym nosem pokrytego małą łuską czoła bestii, chociaż potem parsknął z powodu ostrego zapachu, jaki poczuł. Usiadł na ziemi, pozwolił, by dłoń przeczesała jego białe futro. Widocznie czekał na coś, bowiem szkarłatne oczy wpatrywały się w ślepia jego towarzysza.
— Wybacz — Usłyszał charczącą odpowiedź, skórzaste gardło zadrgało, nie będąc przyzwyczajonym do delikatnej mowy leśnego ludu — Musiałem. Nie mogłem zostać. Sytuacja u nas... Nie jest dla mnie odpowiednia. Powrót tutaj to jedyna szansa dla mnie. Przepraszam, że nie dałem ci więcej czasu.
— Wiem, nie tłumacz się, proszę. Nie chcę słyszeć więcej niż muszę. Przecież wiedziałem, na co się piszę, prawda? — Biały wilk westchnął długo, po czym odwrócił wzrok. Chwilę przyglądał się odbiciu słońca w soplu, wiszącym na gałęzi pobliskiego klonu, przedłużającym tym samym ciszę i wypełniając atmosferę kolejnymi niewypowiedzianymi słowami. Obydwoje wiedzieli przecież, do czego dojdzie, znali umowę, którą zawarli.
— Nim wrócisz — Drugie słowo ledwo co wycedził przez zaciśnięte ze stresu szczęki, przez co Solas przechylił czarny pysk delikatnie na bok, a w jego oczach pojawiła się nieufność.
— Nim wrócisz... Eh, mogę chociaż poczekać do zachodu słońca? To za niedługo, tak mi się zdaje. Zimą szybciej się kryje za horyzontem, wiesz? Sądzę, że jest piękne. Chcę je zapamiętać.
— Nietypowa prośba — Przybysz zmienił pozycję, odsuwając się nieznacznie od samca, nie mogąc znieść napięcia — Dobrze. Poczekamy. Powiedz mi tylko, zająłeś się nimi? Tak, jak prosiłem?
Odpowiedziało mu długie, smutne spojrzenie. To mu wystarczyło. Uderzył otwartą dłonią w ziemię, poderwał kilka drobnych grudek. Wilk powiódł wzrokiem po pazurzastym odcisku, nie mając odwagi nawiązać kontakt wzrokowy z Solasem. Nie miał odwagi na cokolwiek, to zdawało się lepiej określać aktualną sytuację. Jednak czy można było dziwić się skazańcowi, iż nie chce patrzeć na własnego kata?
— Zrobiłem, co mogłem, ale nie miałem dużo możliwości — Powiedział krótko, zwracając się plecami do rozmówcy i podnosząc pysk w kierunku ledwo widocznego horyzontu. Niebo już straciło błękitne kolory, spływało szkarłatem, barwiło chmury, cały świat. Było coraz bliżej do momentu, którego tak się obawiał.
— Agrest jest w niebezpieczeństwie, tak jak Szkło, cholera, kto nie jest w niebezpieczeństwie? Wszystko się sypie. Nie ma wspólnoty, nie ma sojuszy. Jest jedynie wojna i skakanie sobie do gardeł. Gdzie nie pójdziesz... Jest tylko niepokój, strach, złość, gorycz. To nie jest stara Wataha Srebrnego Chabra — Musiał przerwać na chwilę, czując pieczenie w kącikach oczu. Nie chciał ciągnąć tego tematu, przecież Solas i tak go odczyta jak książkę. Dlatego po krótkiej chwili dodał jedynie słabiej:
Wiem, że nie będą dla ciebie znaczyć tego samego co dla mnie, ale mam nadzieję, że tak, jak ja ich przejąłem od ciebie, ty dopilnujesz, by to, co zrobiłem, nie poszło na marne, Solas. Możesz to zrobić?
— Obiecuję ci to. A teraz wiesz, że nie możemy zwlekać, tak? Nikt nie może się o tym dowiedzieć.
— I nikt się nie dowie — Odparł szeptem, chociaż się nie odwrócił. Nadal wpatrywał się w zachodzące słońce, nawet jeśli jego samego nie mógł dostrzec. To nie było ważne. Przecież wszystko było jedynie symbolem. Marnym pyłkiem, któremu przypisywano wartość. Chociaż, musiał to przyznać, życie, nawet jeśli nic nie warte, było piękne. Zwłaszcza tutaj, w tym świecie.
Być może dlatego wilk się uśmiechnął, zaśmiał się, pomimo łez, znikających w zimowym futrze. Skupił się na niebie, nie chcąc słyszeć i czuć, jak Solas przysuwa się do niego i przesuwa pazurami po jego karku, szukając odpowiedniego miejsca. Po prostu wspominał szansę, jaką otrzymał, będąc nikim więcej niż uciekinierem z innego świata, któremu się poszczęściło. I to było piękne.
— Dziękuję... — zaczął, lecz nie dokończył, gdyż wkrótce ciemność pokryła jego pole widzenia w akompaniamencie cichego trzasku łamanych kręgów.


Zapewne gdyby nie fakt, że dotkliwy ból głowy skutecznie utrudniał strategowi dalsze zwiedzanie terenów watahy, Duch spędziłby całą noc na chłonięciu zimowego krajobrazu. Z czymś na wzór zachwytu, a także dumy, obserwował zmiany, jakie zaszły w jego drogim domu. Pamiętał bowiem niektóre polany, dawniej porośnięte kwiecistymi kobiercami, teraz wypełnione po brzegi chłodnym puchem. Rozpoznał nawet okryty złą sławą Wężowy Zagajnik, jak określał pewien skrawek lasu, który za szczeniaka omijał szerokim łukiem, co na krótki moment zatrzymało go w przypływie nagłej nostalgii. Jego... zastępca aż takimi uczuciami nie darzył terenów i miejsc, Duch dostrzegł w ich wspomnieniach, że więcej znajomości nawiązał pośród wilków bądź bardziej pierzastych mieszkańców tychże kniei, to dobrze. Przynajmniej jeśliby spojrzeć na to z perspektywy pracy, którą mniej lub bardziej prawidłowo wykonywał. Nie posiadał może wrodzonego talentu strategicznego, tak zwanego zmysłu, o jakim tyle mówiono w wojskowych sferach, jednak czymże były predyspozycje w porównaniu do siły, pasji i woli przeżycia?
Nawet jeśli surowa wiedza, jaką posiadł, była stosunkowo obszerna, strateg nadal dostrzegał w niej luki. Pozostałości po niedopowiedzeniach, nawiązaniach, o których poprzednik nie miał pojęcia czy też najzwyczajniejsze w świecie zapomniane fakty, były po prostu irytujące. Irytujące, a także niekomfortowe, co przyznał sam przed sobą niechętnie, bowiem ostatnie lata przyzwyczaił się do pełnego wglądu w sytuację. W tym momencie czuł się jak zagubione we mgle szczenię... Ponownie. Co było ironiczne.
Z tego powodu, wyciągnął z pamięci jedno imię, być może nie pierwsze, jakie się w umyśle Ducha pojawiło. Nie, nie mogę teraz do niego pójść, on wie, jeszcze się domyśli, pomyślał z przekąsem na wspomnienie płowego basiora, odwracając się od leśnej polany i kierując się z pyskiem nisko przy ziemi w kierunku jaskini wojskowej. Hyarin. Generał Hyarin, tak go skategoryzowano. Kto mógłby wiedzieć o sprawach militarnych więcej niż sam dowodzący militarnego ramienia watahy?
Podróż do znanej jaskini aż dodała sprężystości jego krokom. Biegł na czubkach łap wydeptanymi przez inne wilki ścieżkami, odruchowo poruszając ogonem na boki. Nawet ból stał się ćmieniem, uporczywym wspomnieniem, które groziło powrotem. Jednak w tym momencie pozwoliło na chociaż chwilę spokoju, radości pośród nocnego lasu.
Spowolnił na widok wejścia do nory, dostrzegł strażników nieopodal. Powitał ich skinieniem łba, nie chcąc dawać szansy na dalsze społeczne konwenanse, by następnie wsunąć się cicho do środka.
Oczy Ducha szybko przyzwyczaiły się do ciemności, przez co wilk dostrzegł kilka kształtów na tle kamiennych ścian, które okazały się być typowymi elementami wyposażenia tego miejsca. Mruknął z niezadowoleniem, sądząc, że o tej porze powinien znaleźć w środku przynajmniej jedną osobę, jaka mogłaby mu pomóc. Zwłaszcza w momencie stanu wyjątkowego, ktoś powinien obmyślać plany, obserwować ruchy wroga, cokolwiek. A może tutaj inaczej załatwiało się takie sprawy...
Miał wyjść, udać się do jaskini Vitale, gdy to wyczuł, jak futro staje mu dęba na karku. Spinając mięśnie, obejrzał się przez ramię, w kierunku szczeliny, by to dostrzec chude, wysokie łapy, pokryte ciemnoszarym futrem. Migotliwe symbole, widoczne w srebrnych promieniach księżyca, przebudziły pozyskane wspomnienia, wywołały radość z powodu niespodziewanego cudu, jaki się wydarzył. Nie tracąc cennych chwil, Duch rozszerzył swój umysł, by połączyć się z tym należącym do Hyarina, nim ten odejdzie poza jego zasięg.
Generale Hyarin? zaczął, biegnąc do wyjścia jaskini. Generale? To ja, Duch. Niech generał się nie obawia. Chciałbym z panem o czymś... Porozmawiać. Czymś ważnym. Ma pan chwilę?
Wysunął pysk na świeże powietrze, potem całe białe ciało. Nie podszedł do szarej ekscelencji, nie chcąc naruszyć jego przestrzeni. Jedynie wpatrywał się z uporem w jego pysk, wyczekując odpowiedzi.

<Hyarin??>

niedziela, 19 grudnia 2021

Od Hyarina CD Kali - ''Szkarłatny Tulipan''

 Dziękuję,
- że wróciłaś ze mną.
 
Las był taki sam. Stracił tylko swoje kolory, zmienił się zapach, wszystko przemarzło. Czy był zatem taki sam? Zima ubrała go w najrozmaitsze odcienie bieli, szarości i brązu. Ale zaiste, był taki sam. Drzewa, które pamiętają czasy o wiele odleglejsze, nie mogą przecież zmienić się w ciągu kilku tygodni. To milczący świadkowie tragedii, które rozegrały się na tych ziemiach, gdzie niegdyś zapuściły korzenie.
- Prosto do jaskini Agresta, tak? - upewnił się Hyarin, mimo że dobrze pamiętał jej prośbę. Chciał tylko wiedzieć czy nie zmieniła zdania. Kali skrzywiła się nieznacznie na dźwięk tego imienia.
- Tak.
Nie spotkali absolutnie nikogo po drodze. Dolina wydawała się wymarła, panowała dojmująca cisza, a w powietrzu wisiała groza śmierci. Basior odwracał się parę razy, czując dziwne mrowienie w karku, jakby ktoś go obserwował. Jednak w pobliżu nie było żywej duszy, żadnego zająca, ptaka. Śladów wilczych łap.
- Co tu się dzieje? - szepnęła Kali, jakby bojąc się zburzyć martwy spokój tego miejsca. Szary wilk potrząsnął głową, nie potrafiąc znaleźć słów. Spóźnili się? Są za wcześnie? Czy to cisza przed burzą czy cisza w grobowcu? Jaskinia Alfy była niedaleko.
Dotarli tam późnym wieczorem. Grota wyglądała na opustoszałą, wejście do niej ziało czernią. Wokół dalej panowała ta złowroga cisza, która dzwoniła w uszach, nie pozwalając się skupić. Przestąpili próg i nie minęła chwila, gdy zdali sobie sprawę, że z pewnością nie zastaną tu Agresta. To miejsce było wyczyszczone z wszelkiej obecności przywódcy, nie mogli się oprzeć wrażeniu, że być może szary wilk był tylko wytworem ich wyobraźni. Ten widok był czymś na, co nie byli przygotowani. Tyle czasu układali w głowie, co mu powiedzą, nastawiali się na najróżniejsze scenariusze, a w tej sytuacji poczuli się niemalże oszukani. Przecież miał tu być, miał wyciągnąć konsekwencje, zamknąć ich z powrotem w szpitalu. To tylko utwierdziło Hyarina w tym, że to, co zobaczył nie było omamem. Wyszedł szybko z jaskini, zostawiając Kali wpatrującą się w całkiem wygaszone palenisko. Gdzie ciało? Gdzie to było? Nie musiał daleko odchodzić, by zobaczyć miejsce ze swojego widzenia. Jeszcze wydeptane przez dziesiątki łap. Z rdzawobrunatnymi, ledwo widocznymi plamami, które zastygły na szarawych źdźbłach trawy. Dlaczego ta ziemia ma nosić ślady tego czynu? Dlaczego naznaczacie ją swoją nienawiścią?! Wstrzymał oddech i odwrócił wzrok. Zobaczył za sobą Kali o nieprzeniknionym wyrazie twarzy.
- Zatem to już się wydarzyło – wyjęła mu z ust słowa, które chciał wypowiedzieć, gdyby nie ściśnięte niepokojem gardło. Gdzie jest ktoś, do cholery? Kto im to wszystko wyjaśni? Czy Agrest też nie żyje? Nie spotkali nikogo po drodze, teraz ciszę przerywały tylko ich niespokojne oddechy. To wszystko wydawało się surrealistyczne, jak przerażający, post-apokaliptyczny obraz szalonego malarza, który zamiast przesycić dzieło bodźcami – całkiem go ich pozbawia. Wrzuca zagubione stworzenie w otchłań nicości, gdzie może być tylko samo ze swoimi myślami. Czy ktokolwiek właśnie tak wyobrażał sobie koniec świata? Bez krzyków, bez wszechobecnej śmierci. W całkowitej ciszy, na lodowatej pustyni, stąpając po ściętej mrozem trawie z wyschniętymi śladami krwi, których nie zmyje żaden deszcz. Żadna obietnica poprawy. Żadne zadośćuczynienie. Kolejne życie przeminęło jak jesienny liść niesiony przez wiatr. Kruchy, bezwartościowy i zapomniany przez Boga.
- Chodźmy kogoś poszukać – Kali otarła się o jego ramię. Oderwał wzrok od brunatnego śladu i wbił w nią tępe spojrzenie. Ta niebieska toń jej oczu uspokajała go. Dziękuję, że nie masz oczu koloru krwi.
Pierwsze miejsce, które przyszło im do głowy to jaskinia wojskowa. Do jaskini medycznej z wiadomych przyczyn woleli się na razie nie zbliżać. To była ostateczność. Nie dotarli na miejsce, bo po drodze spotkali postać, której z jakiegoś powodu się nie spodziewali. Szkło był niemniej zaskoczony, co oni.
- Dlatego postanowiliście wrócić? - zapytał, gdy Hyarin opowiedział mu, co widział. Wydawał się nie do końca wierzyć w taki akt lojalności ze strony kronikarza, który nie tak całkiem dawno uciekł z jego córką. Grafitowy basior powoli kiwnął głową. Kali nie odezwała się ani słowem. Szkło westchnął i popatrzył na waderę dziwnym wzrokiem, lecz zaraz w jego oczach pojawiło się coś na kształt ulgi.
- Jutro na plaży odbędzie się pobór do wojska. Każdy wilk zdolny do pracy ma obowiązek się stawić. Musimy być przygotowani do wojny.
- To stało się dzisiaj rano? - zapytała cicho Kali. Płowy basior przytaknął. Tak łzami zalewa się świat. Krwawą łzą budzi się świt. Bo to deszcz krwi.
To było przyjemne uczucie wrócić do swojej jaskini. Nie był w niej tak długo, zakurzone kroniki stały w kącie tak jak je zostawił. Po ucieczce ze szpitala nawet nie miał czasu tu zajrzeć.
- Wszystko stało się tak, jak najmniej się tego spodziewaliśmy. Właściwie w ogóle – powiedział Hyarin do Kali, która siedziała na jego legowisku. Srebrne światło księżyca padało na nią przez otwór w dachu, który złożył basiorowi do oglądania gwiazd. Wyglądała jak zamorska księżniczka, skryta pod welonem z najdelikatniejszej tkaniny. Taką chciał ją widzieć już zawsze. Brakowało wokół niech kobierca kwiatów i … uśmiechu. Pysk Kali zastygł w wyrazie dojmującego smutku.

Przepraszam,
- że znów straciłaś wolność.
 
Podszedł do niej, naruszając delikatną poświatę, za którą była skryta. Miał wrażenie, że kiedyś już widział tę scenę, lecz nie mógł sobie przypomnieć kiedy. Dotknął nosem czubka jej głowy i przymknął oczy, wdychając jej zapach. Nie odsunęła się, nic nie powiedziała. Siedziała dalej w bezruchu jak posąg wyciosany w kamieniu. Lub rzeźba odlana z najszlachetniejszego kruszcu, którego nikt jeszcze nie odkrył. Kim byłaś, Kali? Starodawnym posągiem obrosłym mchem czy oszlifowaną, błyszczącą rzeźbą, symbolem jutrzenki? W którym miejscu na linii czasu wciąż tkwisz i nie możesz się z niego uwolnić? Powiedz mi! - krzyczało całe jego ciało. Lecz milczeli, zastygli w tej pozycji. Bohaterowie pisanej przez nich samych tragedii.
Stawili się na plaży tak jak im przykazano. Był tam już całkiem spory tłum, widok tylu wilków w jednym miejscu sprawił, że oboje poczuli się trochę nieswojo. Mimo, że wczoraj tak pragnęli kogoś spotkać. Kali zbliżyła się do Hyarina, wtulając się bokiem w jego ramię. Chcąc dodać jej pewności siebie, ruszył przodem i ustawił się na końcu kolejki.
- Czy to tak wygląda wojna? - zapytała cichutko tak, że tylko on mógł ją usłyszeć. Czuł się paskudnie, jakby zamknął dzikiego ptaka w ciasnej klatce. Ale wybrałaś, prawda? Ja też wybrałem.
- To jeszcze nie wojna – odparł ponuro i rozejrzał się dookoła. Był wyższy od większości wilków, więc łatwiej było mu objąć wzrokiem wszystkich zgromadzonych. Paru osób z pewnością brakowało, ale nie był w stanie powiedzieć czy ktoś nowy dołączył do watahy podczas ich pobytu w jaskini medycznej. Wrócił do miejsca, które stało się dla niego jednocześnie bliskie i obce. Z zamyślania wyrwał go beznamiętny głos:
- Imię.
Spojrzał na Kali, która dała mu znak, że może mówić pierwszy.
- Hyarin.
- Jesteś już zapisany. Udaj się w tym momencie do jaskini wojskowej, Agrest na ciebie czeka. Następny.
- Słucham?
Hyarin zbaraniał. Zupełnie się tego nie spodziewał, widział przecież, że wszystkich zapisywali na bieżąco. Nawet nie wiedzieli czy wróci. Szkło rzucił mu nieprzychylne spojrzenie.
- Nie utrudniaj, obywatelu. Na twoim miejscu cieszyłbym się z braku konsekwencji twojego czynu. Proszę, następny.
Jeszcze na chwilę ich oczy spotkały się. Wzrok Szkła był przepełniony mieszaniną emocji, których nie sposób był odczytać w tym krótkim momencie. Kali popchnęła go delikatnie.
- Idź – powiedziała łagodnie i uśmiechnęła się słabo. Och, tak bardzo nie chciał jej zostawiać. To on ją tu ściągnął z powrotem, na ten brzeg morza, nad którym zdecydowali się rozpocząć nowe życie. Dlaczego historia zatacza krąg w tak okrutny sposób?
Agrest wyglądał jak widmo samego siebie. Straszny był to widok. W oczach można wyczytać tak wiele - pomyślał Hyarin już któryś raz. Obok Agresta stała smukła, wysoka wadera, której nie znał. Wyglądała tak wyniośle i dumnie, że przypominała bardziej posąg wyniesiony pod niebiosa przez oddanych wyznawców. Prawie dorównywała kronikarzowi wzrostem, a drobny Agrest praktycznie ginął w jej cieniu.
- Towarzyszu Kronikarzu – zaczął niewysoki wilk, przeciągając sylaby. Wydawać się mogło, że wcale nie chce przechodzić do sedna sprawy i tylko jakaś niewidzialna siła popycha go do mówienia. Westchnął i podjął znowu:
- Spotykamy się tu, w tym niewielkim gronie i w takim towarzystwie będziemy się widzieć w najbliższym czasie często. Ponieważ widzę, że się nie znacie, przedstawię was – tu wskazał łapą na waderę, która patrzyła na Hyarina spod przymrużonych powiek, najwyraźniej go oceniając. - Nymeria, drugi w historii doradca pary Alfa. W tym wypadku tylko jednego Alfy – zrobił pauzę, przełknął ślinę i zwrócił pysk w stronę szarego basiora, który dalej stał w progu, nie śmiejąc się poruszyć. - Hyarin, pierwszy powołany generał.
Ostatnie słowo uderzyło go jak obuch. Zachwiał się, nie docierało do niego, co właśnie Agrest powiedział.
- Słucham? - powtórzył już drugi raz w ciągu kilkudziesięciu minut. Alfa ze znużeniem spojrzał na niego, w jego oczach ujrzał nieme błaganie.
- Nie mamy na to czasu. Pozwól, że porozmawiamy na ten temat innym razem, w innych okolicznościach. Teraz po prostu zaufaj mi, że wybrałem dobrze. I udowodnij mi, że się nie pomyliłem.
Hyarin wyprostował się mimowolnie i z kamienną twarzą kiwnął głową. Był w stanie sobie wyobrazić jak musiał czuć się w tym momencie Agrest. W pewnym sensie czuł ulgę, że zobaczył go żywego. On też zdawał się być wdzięczny, że wrócił. Jestem synem marnotrawnym, ale nie wracam z podkulonym ogonem. Nymeria obrzuciła go dziwnym spojrzeniem, którego nie potrafił rozszyfrować. Kolejny raz już ktoś miał w oczach ten niezwykły błysk, gdy przyglądał się jego osobie. Ciężko był przypasować go do jakiegoś konkretnego uczucia.
Wyszedł z jaskini po około dwóch godzinach. Podejrzewał, że pobór na plaży dawno się już zakończył. Pobiegł do swojego domu, lecz nie zastał tam Kali. Zdał sobie sprawę, że nie wiedział nawet, gdzie mieszka. Większość swojej znajomości spędzili zamknięci w szpitalu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie miał jej przy sobie, co wprawiało go w dyskomfort. Usiadł na progu swojej jaskini i popatrzył na dolinę, której skrawek rozciągał się przed nim. O tę ziemię ma walczyć? Te wilki ma chronić? Wśród nich są zdrajcy, jak chwasty wśród kwiatów. Zmarszczył czoło i zachmurzył się. Kali, gdybym wiedział... Wybacz mi.

Proszę
- bądź ze mną już na zawsze.
 
Przyszła pod wieczór. Z wetkniętym za ucho ususzonym kwiatem maku. Gdzie znalazłaś ten kwiat? Maki tak szybko więdną, gdy się je zerwie. Nawet w wazonie nie czują się tak dobrze jak na łące, a przecież mają o wiele więcej wody.
Uśmiechnęła się tym samym słabym uśmiechem, którym żegnała go na plaży. Podeszła powoli i przytuliła się do jego piersi, a on delikatnie objął ją łapą.
- Zostałam na stanowisku posła. Tata mi powiedział jakie stanowisko ci przydzielono – podniosła na niego wzrok. - Jestem z ciebie dumna.
Nie wiedział czy powiedziała to szczerze, ale dla niego najważniejsze było to, że ma ją przy sobie. Pocałował ją w czubek głowy, nie mogąc się już powstrzymać. To uczucie do niej paliło go od środka, chcąc wyrwać się na zewnątrz. Chciał ją chronić przed złem, które teraz panoszyło się w najlepsze w tym miejscu. A on ściągnął ją w samo epicentrum tego piekła na ziemi.
- Nie miej do siebie wyrzutów. Zrobiłeś to, co trzeba – szepnęła, spuszczając oczy. Przez chwilę wydawało mu się, że chce coś dodać, ale milczała. Rozpalili ognisko i położyli się na legowisku. Na zewnątrz chwycił mróz, ale, mimo otworu w sklepieniu jaskini, w środku było ciepło.
- Myślisz czasem o tym, co będzie? - zapytała wadera.
- Cały czas – odparł basior, choć czuł, że za tym pytaniem skrywa się coś więcej. Pytała o ich relację. Czy oboje przetrwają, obawiała się tego. On obawiał się, że ją straci. Czy, jeżeli Kali umrze, to będzie odpowiedzialny za jej śmierć? Utkwił w niej spojrzenie, które ociekało czułością. W stosunku do nikogo innego nie był taki jak do niej. To ona go zmieniła, roztopiła, skuła ten kamień, z którego zbudowana była skorupa chroniąca go przed tymi palącymi uczuciami.
- Nie zostawiaj mnie już – powiedziała cicho. Chciał powiedzieć to samo. A tylko kiwnął głową i przyciągnął ją do siebie, otaczając ogonem jakby bał się, że ktoś mu ją odbierze. A ktoś faktycznie mógł. Nie chciał znów zostać sam. Zapadli w prawdopodobnie ostatni spokojny sen przed przełomowymi wydarzeniami w historii watahy. To kolejne puste kartki, które mieli zapisać własną krwią, potem i łzami.
Następny dzień zaczął się intensywnie. Hyarin postanowił uzupełnić swoje kroniki, mimo że został z tego obowiązku zwolniony. Lecz, póki nie miał żadnego innego zadania, chciał czymś zająć łapy. W tym celu poprosił Kali, by zaprosiła Szkła, który opowiedział mu dość dokładnie to, co miało miejsce. Kronikarz ze zgrozą stwierdził, że jego widzenie było nad wyraz dokładne, nawet jeśli w pewnym stopniu było mieszaniną jego skrajnych emocji.
- Jeszcze jedno – Szkło rzucił na odchodnym, zatrzymując się w progu. Gospodarz spojrzał na niego z ciekawością.
- Agrest kazał ci przekazać, że musisz wybrać swojego plutonowego – powiedział śledczy i odszedł, nie czekając na reakcję. To była trzecia szokująca wiadomość, którą Hyarin otrzymał w ciągu doby. Westchnął ciężko i usiadł przy księdze, ale już całkiem nie mógł odzyskać równowagi. Tak odpowiedzialne zadanie, on nie jest na to zupełnie gotowy. A przede wszystkim nie czuje się bezpiecznie sam ze sobą. Nadal pamiętał, co zrobił w lesie i w jaskini medycznej. Ślina napłynęła mu do pyska. To uczucie było jak najlepszy aperitif. Przymknął oczy, opanowując drżenie ciała. Nie daj się tej chorej żądzy, nie teraz, gdy tyle spoczywa na twoich barkach. Tylu na ciebie liczy, choć tyle razy źle postępowałeś.
- Zastanawiałeś się już kogo wybierzesz? - Kali położyła łapę na jego łapie, lecz cofnęła ją szybko, zapewne czując jak drży. Ciekawe, co sobie pomyślała. Może, że się załamał, że zaraz zaniesie się szlochem lub nerwowym śmiechem. A jemu po prostu znów zachciało się krwi.
- Nie wiedziałem nawet, że ktoś będzie tego ode mnie wymagał – szepnął i oparł się czołem o zimną ścianę groty. Odetchnął z ulgą, ten przyjemny chłód zdawał się koić nerwy, zbijać gorączkę jego myśli.
- Kali, co ja mam robić? Dlaczego to właśnie ja? - zapytał żałośnie. Powinien być wdzięczny za taką nobilitację, za zaufanie, a tak naprawdę czuł się nieprzygotowany, zagubiony, tak bardzo nieprzystosowany do nowej roli. Nigdy nie pracował z innymi, zawsze działał w pojedynkę i to mu najlepiej wychodziło. A teraz miał poprowadzić wilki do zwycięstwa, na wojnę o ich przyszłość. O swoją przyszłość.
- To nasza przyszłość, Kali. Sprawię byśmy byli u bezpieczni – szepnął cichą obietnicę, która zawisła w powietrzu i dzwoniła w uszach jeszcze chwilę, nim nie zagłuszył jej trzask ognia. Chciał dać jej najlepszy świat na jaki zasługiwała. Chciał, by mogła latać, śmiać się, tańczyć beztrosko. Mógłby tylko patrzeć na jej szczęście i czułby się spełniony, lecz jego marzeniem było bycie częścią jej szczęścia. Pragnął widzieć codziennie jej oczy w świetle dnia i mroku nocy. Nawet, jeśli w dzień miała być to krótka tylko chwila, zanim skryje ich chłodną taflę przed światem. Nie chciał potem mówić, że to uczucie, które przeminęło z wiatrem. 
 
<Kali?>

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Od Kali CD Hyarina - ''Szkarłatny Tulipan''

Opuściła oczy w niemalże poddańczym geście, kiedy dotarło do niej, że wygranie tej dyskusji jest niemożliwe. Spanikowany Hyarin wypluwał kolejne argumenty jak karabin maszynowy, nie dopuszczając słowa sprzeciwu, a w tak krótkim czasie, z tak ubogim wyjaśnieniem, generowanie kolejnych kontrargumentów sprawiało jej niesamowitą trudność. 
Jeśli był szalony, to musiał być szalony wybitnie, bo to co mówił, choć na pierwszy rzut oka niewątpliwie szalone, przy samym końcu opowieści, wraz z jej ostatnim słowem, niespodziewanie składało się w jedną całość. Nie logiczną, na pewno nie, była to historia abstrakcyjna do szpiku, ale jednocześnie tak wybitna, że pojedynczy tylko autor z pewnością nie byłby w stanie jej zbudować. 
Zresztą czemu miałby być szalony? Jeszcze wczoraj... jeszcze wczoraj wszystko było takie piękne. 
W jaskini medycznej wielokrotnie powtarzali, że Hyarin był okrutny i bezwzględny, ale był to pierwszy raz, kiedy tę bezwzględność poczuła na własnej skórze. 
Hyarin, czy pamiętasz, że ty właśnie byłeś tym, który wyciągnął mnie z tamtego miejsca, który wczoraj spojrzałeś na mnie i kazałeś mi biec i biec, aż wszystkie obawy zostały daleko w tyle? Czy wiesz, że dużo mniej okrutnym byłoby mnie tam zostawić? Nadzieja, którą mi dałeś jest o wiele za słaba, by przykryć narastający z przeszłości i przyszłości smutek. Dopiero wczoraj zasiałeś jej kwiaty, dlaczego więc już dzisiaj przyszedłeś je ścinać? 
To uczucie, które sprawia, że wydaje ci się, że niebo spada na twoje ramiona, a one naprawdę uginają się pod niewidzialnym ciężarem. Kiedy zdaje ci się, że ziemia pod tobą się zapada, ukazując pozbawioną światła przepaść, podczas gdy z całych sił starasz się złapać równowagę. 
To było uczucie, którego nigdy jeszcze nie doświadczyła. 
To właśnie była prawdziwa rozpacz. 
W jednym momencie poczuła, jak wszystko do niej powraca. Jej lęki, jak stado ohydnych czarnych pająków, rozbiegły się po jej ciele. Zdawało jej się, że krzyczy, ale z jej gardła nie wydobył się ani jeden dźwięk. Zdawało jej się, że traci przytomność, ale jej serce jak na złość biło jeszcze szybciej niż normalnie, oszalałe pod wpływem adrenaliny, rozbudzając wszystkie jej zmysły do stanu najwyższej gotowości. 
Nie rób mi tego, pragnęła powiedzieć. Nie możesz być tak bardzo okrutny. Nie możesz w jedną chwilę zburzyć całego szczęścia, które udało nam się zbudować. 
Teraz to widziała - byli tak bardzo, tak bardzo od siebie różni. Ale ponieważ wszystko potoczyło się tak szybko, nigdy nie mieli nawet okazji poznać swoich prawdziwych twarzy. A teraz było już na to za późno. 
Czy to nie ironiczne rozwiązanie? On, taki wysoki i silny, od swojego pojawienia się tutaj dokonywał samych złych czynów, a jednak okazało się, że w głębi serca przyświeca mu pragnienie domu, który można chronić i o który można dbać, podczas gdy ona, na pierwszy rzut niewinna i niegroźna, pragnęła jedynie patrzyć, jak to samo miejsce płonie aż do ziemi.  
Może naprawdę była bezdusznikiem. Może, gdyby naprawdę spełniła swoje pragnienie, może byłaby to jej zemsta za wszystko, co się tutaj stało, a może pierwszy, zbrodniczy ruch wynikający z jej zepsutego do szpiku wnętrza i marzeń, których po prostu nie da się zrealizować w tak uporządkowanym, opisanym ciasnymi ramami świecie. 
Mając przed sobą Hyarina, nagle zrobiła się bardzo ciekawa tego, jak to jest być kimś takim jak on. I dlatego zaczęła zastanawiać się, czy w miejscu, do którego chciał z nią wrócić, istniało jeszcze cokolwiek, co chciałaby obronić. Chyba tylko Ry. Chyba tylko Ry, który, jeśli nie będzie się go pilnować, może wpaść na głupi pomysł i pognać za pierwszą lepszą manifestacją, a potem przedostać się tuż na linię starcia, być może przez to, że stracił chęć do życia, albo może przez to, że naprawdę uwierzył w szczytne cele prowadzące obdarty tłum przez śnieg zmieszany z błotem. Pewnie byłyby to obie te rzeczy jednocześnie. Ry zawsze taki był, mieszanka dwóch sprzecznych sobie określeń, wypisana pismem Boga w jego przygasłych oczach i wyrażona przez nieustający wewnętrzny konflikt. 
Ale czy była ona jedyną osobą, która mogłaby tej nieszczęśliwiej istocie pomóc i wyciągnąć ją spod lawiny, pod którą z pewnością właśnie się pakuje? Co do tego nie miała pewności; bardzo żałowała, że nie mogła jej mieć, bo wtedy czułaby się tak samo, jak czuła się w stosunku do ojca, do nielicznych przyjaciół i reszty rodziny - świadoma, że nie potrzebują właśnie jej, by uchronić się od nieszczęścia. 
A nawet jeśli byłaby to prawda i byłaby jedyną osobą, która może ocalić jej brata od śmierci, nie potrafiła być pewna, że i tak by dla niego wróciła. W końcu tak dawno, tak dawno temu postanowiła, że będzie żyć w zgodzie ze sobą. To przysięga, którą cudzą wyryła krwią na śniegu i na własnej duszy, i której powinna być wierna do samego końca, dlatego aż tak wielką trudność sprawiało jej zwykłe przystanie na nowy pomysł Hyarina. 
Ale wtedy zamarła nagle, jakby mrozy wczesnej zimy starczyły, by zmrozić ją aż do trzonu serca. Zamarła, bo przypomniała sobie, że to nie była jedyna przysięga, którą złożyła tamtego dnia. 
Dlaczego nikt jej nie nigdy powiedział, że przysięgi to taka ważna sprawa? Zawsze chętnie mówiła, co jej leży na sercu, była po prostu osobą, która z łatwością wyrzuca z siebie swoje przemyślenia, szczególnie pod wpływem euforii, do której osiągnięcia potrzebowała może nawet mniej od innych osób. W wyniku tego często się zapominała i niejednokrotnie rzucała obietnicami na lewo i prawo, najczęściej nieświadomie porzucając je już na drugi dzień. Ponieważ jednak tę konkretną pamiętała... czuła się zobowiązania do jej wypełnienia.  
Wielokrotnie zapewniała Hyarina, że zostanie z nim, cokolwiek by się nie stało. Że to, co razem przeszli wystarczy, by złączyć oba ich serca czerwoną nitką. I chyba ten jeden raz się nie myliła, bo wszakże coś kazało jej pamiętać o tych słowach. 
Być może to właśnie było to, czego szukała od początku rozmowy, ta świadomość, że nie robi tego z własnej woli, że realizuje odgórnie narzucone zobowiązania, że jest tylko liściem na wietrze bez możliwości wyboru. To zadziałało jak narkotyk, o który jeszcze chwilę temu błagała niebiosa.  
Wypuszczając z ust powietrze pod wpływem ogarniającej całe jej ciało ulgi, zmrużyła oczy, lekko przekrzywiając głowę na bok jak w nagłym akcie rozkoszy. Na jej usta mimowolnie wkradł się uśmiech, słaby, nawet trochę gorzki, a ona siłą błyskawicznego instynktu chwyciła się nadarzającej się okazji. Podnosząc wzrok na towarzysza, uśmiechnęła się najcieplej, jak tylko mogła, jakby bezwiednie próbując wyważyć szalę smutku, który pojawił się w jej sercu. Prostując się, byłaby nieruchoma i piękna jak martwa figurka, gdyby nie pojedyncze drżenie łap, które wstrząsnęło całą jej osobą. 
– Ale przynajmniej poszliśmy na plażę, prawda? 
Za to, na zawsze, będę ci wdzięczna, dodałaby, gdyby nie trudność, jaką sprawiało jej teraz mówienie.  
Trudność ta nie ustąpiła, kiedy wyruszyli w drogę, oboje zbyt wstrząśnięci by zwlekać chociażby do nowego świtu, chociaż przyczyny tego stanu były u nich skrajnie różne. Stawiając kolejne kroki po lodowatym podłożu, Kali z nagłym przerażeniem zauważyła, że jej słodka apatia zaczęła się powoli wykruszać, przyznając jej na nowo okrutny przywilej doświadczania rzeczywistości w każdej swojej cząstce. Wsłuchując się w swoje marszowe kroki, zwalczała w sobie pragnienie rzucenia się do biegu w losowym kierunku. Jednocześnie, trzymając się kurczowo małej cząstki realizmu, jaką chwilę temu zdołała z siebie wykrzesać, zaczęła zastanawiać się nad tym, w jaki sposób najlepiej wykorzystać pozostawione jej jeszcze krótkie chwile wolności. Pożegnała się już, choć niechętnie, z marzeniami o wyprawach do dalekich krajów, wypuszczając je z rąk jak płatki przekwitłych kwiatów, ale wciąż była w stanie prowadzić czysto egoistyczne rozważania na temat tego, jak w jakiś sposób poprawić swoją smutną sytuację. Hyarin nie mówił jej co prawda, jak szybko nadejdzie spełnienie jego czarnych snów, wątpiła zresztą, że sam był tego świadomy, ale coś kazało jej sądzić, że, nawet jeśli rozwiązanie rzeczywiście się pojawi, będą musieli trochę na nie poczekać, najpewniej w zimnych ścianach miejscowego szpitala, a sama ta perspektywa napełniała ją potwornym strachem. Całe jej ciało broniło się przed tym, co właśnie miała zrobić, każdy krok wiązał się z niesamowitym wysiłkiem, desperackie szukanie ostatniej przyjemnej rzeczy, którą mogłaby zrobić, nim to się wydarzy, było nie tylko miłym sposobem na zmylenie własnego umysłu, ale i chyba jakąś reakcją obronną, której nie do końca była w stanie kontrolować. 
Ostatnie polowanie? Strach w połączeniu ze smutkiem i cały ciężar zmęczenia całkowicie odebrały jej apetyt, jaki powinna czuć po tak długiej drodze. Poza tym nie przepadała za zadawaniem przemocy i praktycznie nigdy nie polowała samodzielnie. Przykro by było, gdyby tego dnia jakieś zwierzę musiało tracić życie z jej łap, pomimo że wcale nie była to wyjątkowa okazja. Aby odrzucić od siebie ten pomysł, a może jedynie pod wpływem impulsu, wróciła myślą do dnia, który zmienił jej życie, wystawionego pod scenografią tak podobną do ośnieżonej pustki, jaka otaczała ich dzisiaj. Tylko wolni mają prawo do odczuwania głodu, tak jej się wydawało. 
Ostatnia wizyta na plaży? To miała już za sobą i była za to niewypowiedzianie wdzięczna, chociaż w jej sercu nadal pozostawał spory niedosyt. Postanowiła go jednak przełknąć wraz z mroźnym nocnym powietrzem. Nawet skazani na śmierć nie powinni być specjalnie wybredni, jeśli chodzi o ich ostatnie życzenie. 
Zastanawiając się jeszcze chwilę nad tym, kim właściwie jest i co w tym momencie mogłoby jej sprawić przyjemność, poczuła na sobie wzrok swojego towarzysza. Zdawało jej się, że mógł obserwować ją od dłuższego czasu, bowiem kiedy zobaczył jej nerwową reakcję, nie szczędząc czasu zapytał: 
– Wszystko w porządku? Może potrzebujesz przerwy? 
Wzruszyła głową, niemal bez zastanowienia. 
– Jest dobrze, po prostu myślę. 
Stawiając rytmiczne kroki po chrupiącym śniegu, patrzyła, jak wyraz ulgi powraca na jego ładną twarz. 
– Myślę nad tym, co chciałabym jeszcze zrobić, zanim pójdziemy im się poddać – dodała do bólu szczerze, zbyt zmęczona by dodatkowo przesiewać swoje myśli w poszukiwaniu tych, które są tak naprawdę warte pokazania światu. Jeśli naprawdę ją kocha, nie powinien mieć zresztą nic przeciwko. 
Ciężko powiedzieć, czy rzeczywiście nie miał, chociaż jasna odpowiedź w tej kwestii rozwiązałaby zapewne sporą część jej problemów, natomiast nie trzeba było być szczególnie spostrzegawczym i wrażliwym na szczegóły, by zauważyć, że na twarzy jej wysokiego towarzysza królowało zdziwienie, zmieszane może z pewnego rodzaju wstydem, bądź ledwo, ledwo istniejącym żalem za sprowokowanie całej tej sytuacji. Zaraz potem jednak jego oczy przybrały ten sam piękny, czuły i altruistyczny wyraz, jaki widziała w nich, gdy basior zdradzał jej szczegóły swojego dziwnego snu. Dlaczego dopiero teraz zauważyła, jak często się on pojawia? Bała się przyznać, że być może była za bardzo skupiona na swoich własnych potrzebach. 
– Być może nie będzie tak źle – mówił. – Być może nasza sytuacja po powrocie znacznie się polepszy. W końcu nadchodzą... wielkie zmiany. 
– A może uderzysz mnie w głowę i zwyczajnie mnie tam zawleczesz? – Uśmiechnęła się pod wpływem jakiegoś dziwnego okrucieństwa, które dojrzewało w jej sercu chyba już od długiego czasu, na podłożu z krzywd i pełnej napięcia niepewności. Z pewnością właśnie ono było przyczyną, dla której wyrzuciła z siebie te słowa. 
Altruistyczne oczy zastąpił wyraz szoku, jak czarna chmura, która w jednym momencie przysłania dwa przyjemne słońca w pogodny letni dzień. 
– Żartuję – zachichotała, ktoś kto jej nie znał mógłby powiedzieć nawet, że niewinnie i ciepło, co stanowiło dziwny kontrast z poprzednią wypowiedzią. – Idę z własnej woli, więc nie musisz się o to martwić – zapewniła. – Po prostu... zostało nam już tak mało czasu na wolności. I nawet nie dostałam tego drinka, o którego prosiłam przed nocą. – Zaśmiała się raz jeszcze, cicho, ale i ten dźwięk doskonale niósł się po wypełnionej śnieżnymi refleksami pustyni. 
Obserwując twarz basiora, dokładnie wychwyciła moment, w którym nabrał w usta powietrza, by przygotować odpowiedź. Ubiegając go, wtrąciła w puste miejsce swoje własne słowa: 
– Nie musisz nic mówić. Gdybym teraz dostała w swoje łapy alkohol, pewnie upiłabym się do nieprzytomności. Czyli wrócilibyśmy do punktu wyjścia, gdzie musiałbyś mnie tam zawlec siłą. 
– No więc? – rzucił Hyarin, widocznie już podirytowany pasywną agresywnością, jaką wypełniona była ta rozmowa, ale chyba trochę świadomy, że była ona nieodłączną konsekwencją jego wpół szalonych działań. 
–  Więc... wychodzi na to, że nie mam ostatnich życzeń. Możemy więc chyba powiedzieć, że idę w spokoju na spotkanie z losem – zachichotała – lecz jeśli cokolwiek mogłabym jeszcze zmienić... o cokolwiek prosić... Nie każ mi z własnej woli iść do Vitale. Być może tego nie wiesz, ale, naprawdę i szczerze, nienawidzę typa. Nie chcę tego, a poza tym wątpię, że prześlizgnięcie się tam niezauważonym jest jeszcze opcją. Pójdziemy się poddać, ale... pójdźmy z tym do Alfy.  
Pozwól mi jeszcze chwilę cieszyć się iluzją wolności, bo nie jestem na tyle silna, by zaakceptować rzeczywistość, pragnęła powiedzieć, ale było to tylko kolejną kwestią, którą może by wypowiedziała, gdyby miała trochę więcej odwagi, trochę więcej pewności. Jej błękitne oczy nabrały łez, które nieudolnie starała się przykryć uśmiechem. 
– Jeśli ktoś ma mnie sprowadzić z powrotem w tamto miejsce, wielokrotnie wolałabym, żeby był to jakiś patrol, na który natkniemy się po drodze. A jeśli niebiosa ironicznie będą nam dzisiaj sprzyjać i uda nam się dojść niezatrzymanym aż do jaskini Alfy... to równie dobrze on może to zrobić. Zgodzisz się na to, prawda? Dla mnie? Dla swojej... ukochanej?  
To ostatnie słowo wcale nie było łatwe, ale wydawało się tak wyjątkowo potrzebne, że wypowiedziała je właściwie bezwiednie. Bo już od tak długiego czasu zachowywali się, jakby zupełnie nic ich nie łączyło, a Kali była jedną z tych, którzy bardzo szybko robią się nerwowi, gdy atmosfera, dotąd wypełniona czułością, bez ostrzeżenia stygnie. Może to tylko kolejne z jej egoistycznych pragnień, ale w tak niepewnym czasie desperacko pragnęła życzliwości i szczęścia, które jest z nią nieodłącznie związane, tak jak ona czuła się nierozłączna z Hyarinem. 
Oba te uczucia dawały komfort, którego tak bardzo pragnęła i siłę, której potrzebowała, by jeszcze raz zrobić to, czego od niej wymagano. 

< Hy? >

sobota, 4 grudnia 2021

Od Hyarina CD Kali - ''Szkarłatny Tulipan''

Całe życie wydawało mu się, że jest przygotowany na każdą możliwą sytuację, z którą przychodziło mu się mierzyć. Czy czuł się wdzięczny bratu, czy bardziej go za to nienawidził? Sam już nie wiedział. Ale swoiste ultimatum postawione mu przez Kali, tutaj, na dzikiej plaży nieskażonej obecnością człowieka, wprawiło go w osłupienie. Na to nie czuł się gotów. To skłoniło go do zadania sobie fundamentalnego pytania. Kim właściwie jesteś? Z przestrachem odkrył, że nie potrzebował wiele czasu, by podjąć jedyną jak mu się wydawało słuszną decyzję. Skinął głową, pierwsze nieśmiałe promienie słońca zatańczyły na powierzchni złotych kolczyków.
- Ruszajmy.
Chłodny wiatr poranka przyniósł ze sobą ostry, charakterystyczny zapach, którego wilki nie czuły od roku. Nadchodziły mrozy, które mogły w znaczący sposób utrudnić wędrówkę, zważywszy w jakim kierunku zmierzali. Hyarin spoglądał na swoją towarzyszkę, targaną przez coraz silniejsze podmuchy wiatru. Wadera jednak dzielnie parła naprzód, rzucając tym nieme wyzwanie wszystkim siłom natury i żywiołom, który śmiałyby zastąpić jej drogę ku marzeniom o lepsze jutro. Jutro, które już nadeszło, bowiem odkąd zerwali się ze smyczy i porzucili łańcuchy krępujące ciała i umysły, wszystko odzyskało smak i zapach. Wiatr, który smagał pokryte nie do końca zimowym futrem barki i grzbiet był jak tchnienie nowego życia, mimo że wysuszał oczy i drapał w gardło. Zgniły i nieprzyjazny zapach lasu, z którego coraz szybciej uchodziły wszelkie oznaki jakiegokolwiek istnienia, był najwspanialszą wonią jaką czuli od tygodni. Coś, co na ogół nazwano by oksymoronem, dla nich było namacalną rzeczywistością.
- Zimno mi – szepnęła Kali, zatrzymując się. Basior obejrzał się i zauważył, że ta drży z wyziębienia. Popatrzył w niebo – wędrowali od kilku godzin bez jedzenia, a temperatura drastycznie spadła w porównaniu z poprzednim dniem. Rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na odpoczynek i jego uwagę przykuła nora, lisia lub borsucza. Truchtem podbiegł do niej i z ulgą stwierdził, że otwór jest wystarczająco szeroki, by się zmieścili, a samo wnętrze zdawało się być dość duże, by całkiem wygodnie spędzić noc.
- Zatrzymamy się tu – powiadomił Kali i pozwolił jej pierwszej wślizgnąć się do dziury. Gdy tylko jej ogon zniknął w ciemności, Hyarin wczołgał się, szorując przy okazji grzbietem o wystające ze sklepienia korzenie brzozy. Uderzył go w nos zapach wilgotnej ziemi i stęchlizny. Na szczęście nie wyczuwał żadnego potencjalnego mieszkańca tego miejsca, więc mogli się spokojnie przespać. Oboje ułożyli się pod ścianą, wtuleni w siebie, a nad nimi zawisło milczenie, rozciągając się ponurym baldachimem, który można było rozedrzeć jedynie słowem.
- Myślisz, że to był dobry pomysł, by iść tam przez północ? - zapytał Hyarin, starając się za wszelką cenę ukryć troskę. Jednak ucho Kali momentalnie wychwyciło charakterystyczne nuty w jego głosie.
- To o mnie chodzi? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, a w jej oczach błysnął wyrzut. Nie chciała czuć się ciężarem, ale była osłabiona i oboje o tym wiedzieli. Czas spędzony w zamknięciu nie wpłynął dobrze na żadne z nich, a pogoda nie polepszała się. Czy zdołają w ogóle dotrzeć do ziemi obiecanej?
- Poniekąd. Pójdę zapolować. Odpocznij – rzucił formalnym tonem i wyczołgał się z powrotem na zewnątrz. Zacisnął zęby – pożałował od razu swojej decyzji, miał wrażenie, że temperatura spadła o kilka stopni odkąd weszli do nory. Otrzepał się, by odgonić znużenie i ruszył równym truchtem, z nosem przy ziemi.
Stracił poczucie czasu. Chwytał trop, później go gubił, by zdać sobie sprawę, że kręci się w kółko. Każde drzewo wyglądało tak samo, obdarte z kory suche pnie wystawały z ziemi jak milczący strażnicy, którzy z pogardą przyglądają się rozpaczliwym staraniom samotnego wilka. Nie wiedział czy to sen czy jawa. Gwiazdy jakby zbladły, na ziemię opadł duszący całun otumanienia, któremu poddał się każdy, bez wyjątku. Czy to z głodu? Czy z żądzy krwi, której nie ulegał odkąd zaatakował Vitalego? Otworzył pysk, łapiąc powietrze, które zapiekło w gardło i płuca. Pociemniało mu przed oczami, ale nie stracił świadomości.
Ogień.
Dziesiątki głosów. Tak bardzo wrzynały się w czaszkę. Hyarin mimowolnie opuścił po sobie uszy. Nie chciał tego słyszeć. Ten jazgotliwy śmiech, który chwytał za serce, pchał do działania, do biegu. Czuł zapach dymu. Nie wiedział, kiedy łapy same poniosły go w stronę zbiegowiska, które rozlało się ciemną plamą w oddali. Jak plama atramentu. Na pergaminowej kartce jego kroniki. Plama na honorze.
Krew.
Zbyt wiele odczuwał, zbyt intensywnie. Emocje wlewały się w niego jakby był przeznaczonym do tego pustym naczyniem, które ktoś za wszelką cenę chce napełnić po sam korek. Przełknął ślinę, bojąc się, że zadławi się mnogością uczuć. Złość, gniew, rozczarowanie. Kogo tam prowadzą? Czy to powstanie?
Dusi go tłum, lecz on przepycha się, by widzieć lepiej. Szara, smukła postać. Wiedział kto to. Okrążył wszystkich i skrył się wśród drzew. Nie mógł o tym wiedzieć wtedy, ale nikt nie był w stanie go zobaczyć. Hyarina tam po prostu nie było. Choćby rzucił się, by zatrzymać ostrze, które spadło w dół i tak nie zapobiegłby niczemu. Prowizoryczna gilotyna. Prymitywna. Jak cała ta egzekucja. Patrzył zmartwiały na oszalałe oczy wilków. Na pochodnie wzniesione ku niebu. Splamione krwią znicze pokoju.


Powrócił do swojego ciała, którego zresztą wcale nie opuścił. Świadomość uleciała gdzieś w eter, prowadząc zdezorientowanego wilka ku przyszłości. Instynktownie wyczuwał, że to o to właśnie chodziło. Kiedyś przecież już coś takiego miało miejsce. Lecz było to tak dawno, że zakopał ten ''dar'' w odmętach pamięci, wszak nie mógł tego kontrolować, a był to tylko ewenement w całej skali jego ówczesnego życia. Ale ewenement, który się powtarza, przestaje być ewenementem, a staje się faktem, którego nie wolno bagatelizować.
- Mundus...? - wyszeptał pytanie, które zginęło w ciszy wraz z obłokiem pary, która wydobyła się z pyska wraz z tym jednym słowem. Jakże nietrwałe to było. Jak wszystko wokół. Marność nad marnościami i wszystko marność. Wierzył w prawdziwość tego, co ujrzał. Coś w środku, jakieś niepojęte przekonanie, wybudowało stabilną fortecę, w której zasiadła wiara. I determinacja. Dlaczego ci tak zależy? Nie odpowiedział własnym myślom. Nie znał go, ale któż zasługiwał na taką śmierć. Nad głową czerniało niebo, gwiazdy odzyskały blask, wskazując drogę w miejsce, gdzie powinien się udać. Kali, chodź ze mną. Wiem, że nie chcesz oglądać miejsca, które odebrało ci wolność. Lecz nie wiesz, co właśnie ujrzałem.
- Szaleństwo, które widziałem we własnym odbiciu. Ale to było szaleństwo świadome, niezaślepione. Oni wiedzieli, co robią – powiedział cicho. Czy była to spowiedź grzesznika, którego przeraziła skala okrucieństwa na tyle mocno, że postanowił sam zrobić rachunek sumienia?
- Długo nie wracałeś. Może ci pomogę? - z odrętwienia wyrwał go wesoły głos. Odwrócił się jak oparzony i wbił w Kali spojrzenie wielkich oczu. Uśmiech spełzł z pyska wadery i zastąpiło go nieme zdumienie.
- Coś się stało? Wyglądasz na przerażonego – zapytała cicho, podchodząc bliżej, lecz zatrzymała się około metra od Hyarina.
- Kali, musimy wrócić – powiedział poważnie, a w jego głosie zgrzytnęła stalowa nuta nieznosząca sprzeciwu. Jednak czuł, że napotka opór i wcale mu się nie dziwił. Sam być może nie byłby taki skory do powrotu, gdyby nie zobaczył tego, poniekąd na własne oczy.
- Skąd ta nagła zmiana? - usłyszał sceptyczne pytanie i, mimo że na nią nie spojrzał, wyobraził sobie wyraz jej pyska. Ściągnięte brwi, zmarszczony nos ukryty pod warstwą materiału. Lubił jak marszczyła nos. Jej pysk wyglądał wtedy tak poważnie, choć cała reszta ciała dalej miała lekko szczenięcy wygląd. I te oczy, które w świetle księżyca wyglądały najpiękniej. Bogowie, czymże Wam zawiniłem, żeście mnie pokarali tym zdradzieckim uczuciem? Czuję się przez nie tak słaby.
- Coś złego wydarzy się na terenach watahy. Widziałem śmierć – odparł z mocą wizjonera, który ma zamiar zmienić świat. Jednak moc w jego słowach była jedynym widocznym znamieniem jego siły. Stał tam, po kostki w śniegu, wymizerowany długą podróżą, z wyleniałymi plackami na bokach podczas zmiany sierści, która nie przebiegała jak powinna przez o wiele za małe ilości dostępnego pożywienia. W oczach ból, zwątpienie, gdzieś cień determinacji, która pchała go naprzód, bo nawet wola uginała się pod podmuchami wiatru przeciwności każdego rodzaju. Poczuł się tak słaby. Tak mało znaczący dla tego świata. Dla kogokolwiek.
- Skąd to wiesz? - nie usłyszał w jej tonie nawet ułamka ironii czy politowania. Tak bardzo chciał jej wtedy za to podziękować. Przecież razem siedzieli w jaskini medycznej, mogła sobie pomyśleć cokolwiek.
- Widziałem przyszłość. Ogień i krew. I te krzyki – szepnął, a wszystkie emocje na nowo zapłonęły w jego piersi, rozświetlając ją jasnym światłem, przez co, o ironio, sam zaczął przypominać jedną z pochodni w łapach rozszalałego tłumu. Nie wiedział czy Kali mu uwierzyła czy nie, ale w jej oczach dostrzegł strach. Czy pomyślała o Ry'u lub o ojcu? Czy nadal miała do kogo i po co wracać? Miał nadzieję, bo, choć najważniejsza dla niego osoba stała właśnie przed nim, poczuł, że miejsce bliskie dla nich obojga jest w niebezpieczeństwie. Szary pielgrzym, którego egzystencją zawsze władała tułaczka, a cały świat miał za dom chyba częściowo zagrzał miejsce w społeczeństwie, w którym tak ciężko było mu żyć.

<Kali?>

wtorek, 31 sierpnia 2021

Od Kali CD Hyarina - ''Szkarłatny Tulipan''

Nagłe spotkanie z rozgwieżdżonym niebem obudziło w jej sercu pewne uczucie, którego nazwy nie była pewna, choć wydawało jej się ono w jakiś sposób na wskroś znajome; to jak zalążek emocji, o której tak dawno temu zdążyła zapomnieć, ekstaza rodząca się jak kwiat z porzuconego przez nierozsądną dłoń nasienia, które, by mogło wykwitnąć, musi przebić się najpierw przez twarde ściany jej ociężałego serca, i na jego resztkach także się pożywić. 
Jasne punkty wysoko na niebie, świecące jak świetliki późnoletnią nocą, jak race wystrzelane przez wszystkie zagubione dusze po tej części świata. I tak jak gwiazdy, które wiszą samotnie w ciemnej przestrzeni, tak jej myśli i wspomnienia zaczynały stopniowo tracić ze sobą połączenie, stając się tylko chaotycznym zbiorem porozrzucanych bezmyślnie punktów.  
Oh, ciekawe, czy to już się kiedyś zdarzyło? 
Czy gwiazdy rzeczywiście były kiedyś jednością, istnieniem na wzór słońca i księżyca, którą jakieś tragiczne zdarzenie rozszarpało na części drobne jak ziarenka piasku?  
Można by było o tym napisać piękną legendę. 
Chociaż, czy legendy w ogóle można napisać? 
Wszystkie podania, które miała szczęście słyszeć w swoim niedługim życiu, liczyły co najmniej setki lat. Świat zmienił się, rozwinął i wilcze umysły nie potrzebowały już dłużej bajek, które pomogłyby okiełznać brutalną rzeczywistość. Ale, jeśli choć jedna zagubiona dusza, choć jedno pozbawione celu istnienie mogłoby poczuć ulgę, przezwyciężyć uczucie małości, które powstaje podczas patrzenia w gwiazdy, stając się słuchaczem tego rodzaju historii... wtedy pisanie ciągle posiada jakiegoś rodzaju znaczenie 
Przepraszam, znowu za bardzo wybiegam myślami. 
Ale czy trudno mi się dziwić? 
Kiedy zamykała oczy, wdychając w płuca rześkie nocne powietrze, czuła lekkość w sercu i na duszy, jakby już była częścią tego pięknego świata. 
Kiedy je otwierała, ciężar rzeczywistości oraz wszystkich jej grzechów ściągał ją z powrotem na ziemię. 
Był tutaj. Był tutaj tak bardzo, jak tylko być się dało, słyszała jego oddech i czuła ciepło żywego ciała promieniujące od jego bijącego serca. Słyszała je. Mogłaby przysiąść, że słyszy jego uderzenia pośród muzyki świerszczy. Nawet jeśli chwilę temu spisała je na straty.   
Czy gdyby basior zaniechał obrony, gdyby zwyczajnie się poddał, byłby teraz kolejną gwiazdą na niebie, które oglądałaby tej nocy samotnie? Miała taką nadzieję. Czymkolwiek by się stał, gwiazdą, podmuchem wiatru, czy potępieńcem przemierzającym podziemia - mógł być pewien, szybko by do niego dołączyła. Na ich dwójkę czekałby nowy świat, być może lepszy od tego, co zastali na ziemi, kraina pozbawiona zasad i wilczej nieżyczliwości. 
Nie rozumiała, dlaczego. Z jakiego powodu tak bardzo trzymał się życia. 
Nie musisz przechodzić przez to wszystko sama. Ja jestem. 
Oh, Hyarin, twoje słowa są takie miłe. Znowu prowadzą nas ku zawstydzającemu początkowi. 


Podczas ucieczki przez ciemny las, uczucie w jej sercu zyskało odpowiednią ilość czasu, by w pełni rozkwitnąć i wypełnić każdy skrawek jej ciała. Ból w osłabionych bezczynnością mięśniach jednocześnie rozpalał ją i ciągnął w dół; cierpienie mieszało się z radością do tego stopnia, że wkrótce nie potrafiła odróżnić od siebie obu tych rzeczy. Skrzydła na jej grzbiecie nareszcie rozłożyły się, dodając jej prędkości, a głosy, które słyszała z każdego zakamarku ciemnego lasu, rozpalały jej instynkty, zmuszając do biegu, kiedy czuła, że dłużej już nie da rady. 
Nie zauważyła momentu, w którym stanęli; po prostu w pewnym momencie spostrzegła, że jej drżące od wysiłku łapy wbite są w mokrą od deszczu glebę, a przed sobą miała piękną twarz Hyarina.  
Oh, jak bardzo się cieszyła, że nie zgubiła go podczas biegu. 
Nie protestowała, gdy zbliżył się do niej, nawet zdążyli zderzyć się nosami w prawie romantycznym momencie. Kali trzymała się ekstazy w swoim sercu i gotowa była, by to uczucie zabrało ją w zupełnie nowe światy. 
Jednak poczucie winy nadal trzymało ją na mocno przy poznanym gruncie. 
– Wyjdź za mnie – szepnęła, zerkając w złote oczy towarzysza. 
– Co? – usłyszała w odpowiedzi. Wolała myśleć, że było to efektem niedosłyszenia, niż prawdziwego wahania, ale tak naprawdę było jej wszystko jedno. 
– Weźmy ślub. Kochasz mnie? Bo ja ciebie do szaleństwa – powtórzyła pewnie, wyznając jak na spowiedzi jedyną prawdę, której szczerze była pewna. 
– Co przez to rozumiesz? I, nie zrozum mnie źle, ale... mam wrażenie, że to nie działa w ten sposób. 
– Skąd mam wiedzieć, jak to działa – oburzyła się, podnosząc się z miejsca i zataczając nerwowo po polanie niewielkie kółko – nigdy tego nie robiłam. Chcę tylko, byś wiedział, że ofiaruję ci moje serce... i przysięgam wierność. Robię to z całkowitą pewnością, bowiem jestem przekonana, że nigdy nie pokocham nikogo takim uczuciem, jakim darzę ciebie. – Zerkając na nią pośrodku ciemności, szary wilk mógł bez trudu dojrzeć, że wyraz na jej twarzy znacząco się zmienił; rozszerzone jeszcze przed chwilą z ekscytacji źrenice znacznie się zmniejszyły, nadając Kali wygląd zupełnie innej osoby - spokojnej, poważnej, działającej z niemal administracyjną precyzją. I tylko nieznaczne drżenie głosu zdradzało, że grafitowy basior nadal miał do czynienia z tą samą nerwową dziewczyną, z którą niedawno uciekał ze szpitala psychiatrycznego. 
– Nawet jeśli tak niedawno próbowałaś pozbawić mnie życia? – Brzmienie głosu basiora zdradzało z kolei, że ten pozostawał sceptyczny. 
– Szczególnie w takim wypadku.  


To zadziwiające, ale nawet wolność, do której uwięzieni tak niedawno wzdychali, potrafi zaskakująco szybko się znudzić. 
Para uciekinierów leżała pomiędzy krzewami dzikiej róży, leniwie wpatrując się w horyzont, na którym zaczęły malować się kolory wczesnego świtu. Nikt ich nie niepokoił i nikt chyba póki co nie zamierzał, dlatego napięte umysły uspokoiły się trochę, szybko poddając się nudzie i zmęczeniu, które prędzej czy później zawsze pojawiają się, kiedy ktoś zdecyduje się zarywać nockę.
– Co chciałabyś porobić? – zapytał basior, zerkając na waderę, która leżała na jego piersi, niczym kot mrużąc oczy na widok miriady kolorów, która pokazywała się na wschodnim niebie. 
– Napić się – jego towarzyszka mruknęła cicho, poruszając niespokojnie głową, by znaleźć wygodniejszą pozycję. – Tak... za wszystkie czasy. 
– To może być trudne. 
– Nie musisz mi mówić – mruknęła. – Jeśli gdzieś w WSC szukać spirytusu, to u Alfy albo w szpitalu, ale obie te instytucje są nam nieprzyjazne. – Zaśmiała się cicho, po czym podniosła się, jakby pokonując ogarniającą ją senność, by spojrzeć w oczy swojemu towarzyszowi. – To co? Wycieczka za granicę? 
Basior wzruszył ramionami. 
– To musiało się kiedyś wydarzyć – Uśmiechnął się słabo. – I tak lepiej, by nie było nas w pobliżu, kiedy w końcu zauważą, że nie ma nas w szpitalu i rozpoczną się poszukiwania. 
Wadera pokiwała głową, zachowując ponury wyraz twarzy. 
– Jak zwykle masz rację – szepnęła, z cichym westchnieniem podnosząc się z miejsca. 
Dwójka wilków poświęciła chwilę cennego czasu, by otrzepać swoje futra z pozostałości zroszonej poranną rosą ściółki. I chociaż basior od razu był gotowy do drogi, stawiając nawet kilka pierwszych kroków w kierunku przeciwnym do wschodzącego w oddali słońca, wadera stanęła, tęsknie spoglądając w przeciwną stronę. 
– Co się... – zaczął basior, zerkając z wyczekiwaniem na towarzyszkę. 
– Wiem, że to trochę głupie – odezwała się głośno w tym samym momencie, zbierając w sobie całą odwagę i pewność, na jaką tylko było ją stać – ale... od kiedy straciliśmy wolność, od zawsze pragnęłam... zobaczyć wschód słońca na plaży. – Uśmiechając się lekko, jakby na przebłaganie stanowczego towarzysza, niepewnym gestem łapy podciągnęła w górę szalik, by zasłonić nim dolną połowę twarzy. 
Hyarin westchnął, zdradzając tym drobnym gestem całą swą niepewność. 
– Jeśli trafią na nasz ślad... 
– O ile mnie to obchodzi, sami możemy stawić się rano przed wejściem jaskini medycznej! –  wybuchnęła niespodziewanie. Jej ciało zaczęło delikatnie drżeć, a kiedy to sobie uświadomiła, wzięła głęboki oddech, próbując uspokoić swoje zszargane nerwy. – To znaczy, to nie tak, że chcę ryzykować twoją wolnością, ale dla mnie... 
Basior uśmiechnął się lekko. 
– Chodźmy. – I pociągnął ją za sobą przez gęstwiny. – Ale nie dłużej niż godzinę, w porządku? 
– W porządku! – Wadera uśmiechnęła się ciepło. Jej kroki były lekkie - zupełnie jakby niewidzialne skrzydła na jej grzbiecie rozwarły się ponownie, pewnie prowadząc ją przez ciemność śladem grafitowego basiora. 


Plaża była przepiękna. Gdyby ktoś zobaczył ją oczami spragnionej wolności wadery, w momencie przedświtu, kiedy światło wschodzącego ponad falami słońca było pełne barw, a jednak na tyle przyciemnione, by wytrzymały je nadwrażliwe oczy wadery - zrozumiałby, czemu była szczęśliwa na tyle, że mogłaby umrzeć w tym momencie i nie czuć absolutnie żadnego żalu. 
Jeszcze kilkaset metrów przed linią wody, kiedy granatowy pasek dopiero zaczął wyłaniać się jako ostatni punkt na horyzoncie, wadera oddzieliła się od towarzysza i niczym dziecko pognała do przodu, by zanurzyć zmęczone łapy w wodzie, która delikatnymi falami rozbijała się na piasku.
Cholera, była zimna. Była zimna jak śnieg, który pamiętała z poprzedniej zimy, a jednak wzbudziła w niej tego rodzaju radość, że wadera wprost nie się mogła powstrzymać się od głośnego śmiechu, kręcąc piruet pomiędzy domeną wzburzonego żywiołu.
Oh, gdyby mogła na zawsze zapamiętać tego rodzaju uczucie! Zachować je przy sobie i trzymać przy sercu, by już nigdy nie doświadczyć smutku ani rozpaczy! 
Kiedy basior dołączył do niej na linii brzegu, była już w stanie uspokoić się nieco, na tyle by nawet  przysiąść na chwilę na chłodnym piasku u boku swego wysokiego towarzysza. Przez chwilę wpatrywali się w milczeniu w morze. Czarna woda, na którą padały bladoczerwone refleksy, wydawała się gęsta jak ciało stałe; przypominała zbitą zawartość jajka, nadając całemu obrazowi prawdziwie surrealistycznego wrażenia. 
– Barwy ze słońca są. A ono nie ma  
Żadnej osobnej barwy, bo ma wszystkie. 
I cała ziemia jest niby poemat, 
A słońce nad nią przedstawia artystę – wyszeptała pod nosem. 
– Co takiego? – Basior nachylił się nieco, chcąc lepiej słyszeć niewielką waderę. 
– To nic. – Uśmiechnęła się ciepło. – To taki wiersz, który kiedyś słyszałam. O ile oczywiście niczego nie przekręciłam. 
– Rozumiem. – Basior pokiwał głową. Jednocześnie wbił wzrok w stronę wschodzącego słońca, jakby nie był do końca pewien jak zareagować na to, że w jego towarzyszce obudził się nagle poeta. W przeciwieństwie do niego, wadera była już zbyt rozemocjonowana, by pozwolić, by między nimi zapadła zasłona ciszy 
– Jeśli chodzi o wcześniej... – Kali odkaszlnęła. Słona woda, której zdążyła się nałykać, skutecznie rozwiązała jej język, a zmęczony umysł, przesiąknięty wzruszeniem, domagał się szczerej rozmowy i najprawdziwszych wyznań z głębi serca. 
– Wcześniej? – zdziwił się basior. – Wcześniej w sensie twoje oświadczyny, czy ta próba... 
– To drugie wcześniej – powiedziała wadera, jakby bojąc się, co mogłoby się stać, gdyby Hyarin dokończył zdanie. Chociaż się uśmiechała, wyraz jej oczu bez trudu zdradzał całą niepewność, jaka zalęgła się w jej sercu. – Nie oczekuję, że mi wybaczysz. Wiem, że to wszystko wyłącznie moja wina. 
– Ależ ja ci już dawno wybaczyłem. Wiem, że warunki, które musieliśmy znosić... 
Wadera pokręciła głową. Ten jeden raz, ten jedyny - proszę, daj mi wziąć odpowiedzialność za moje czyny. 
– Chodzi mi o to, że ja... ja po prostu, współczułam ci. 
– Współczułaś mi? – Wadera pokiwała głową. – Więc... jeśli dobrze rozumiem... próbowałaś mnie zabić, by ukrócić moje cierpienie? – te słowa źle układały się w ustach basiora. Miała wrażenie, że pomimo twardej otoczki, którą zawsze przywdziewa, przerażają go trochę te świeże wspomnienia. Taka postawa jednocześnie martwiła waderę, jak i napawała ją pewnego rodzaju rozkoszą. Oto ja mam nad nim władzę - myśli tego rodzaju wkradały się do jej serca, budząc niezdrową dumę, która pozwalała jej wyprostować dumnie pierś nawet w tak niepochlebnej sytuacji. 
– To... to nie do końca tak. – Nagle zdenerwowała się, tarmosząc obwiązany wokół szyi szalik. – Po prostu żal mi ciebie, że musiałeś skończyć z kimś takim jak ja. 
– Nie żartuj! – Basior oburzył się nagle. Podnosząc się gwałtownie z miejsca, wzbił w powietrze kilkaset ziarenek piasku, które zdawały się tańczyć przez chwilę w rześkim, nadmorskim powietrzu. 
– Ale to prawda. – Wadera uśmiechnęła się słabo. – Popatrz na siebie. Jesteś młody, zdolny i piękny. Mógłbyś zajść daleko. Mógłbyś mieć pod sobą cały świat, gdybyś tylko spotkał kogoś innego tamtego zimowego poranka. 
– Wiesz, że to nieprawda. 
Wadera wpatrywała się w złote oczy basiora; niespodziewanie, łzy spłynęły po jej policzkach. 
– Przepraszam – szepnęła. Nagle, bez ostrzeżenia rzuciła się na pierś basiora. – Przepraszam, przepraszam, przepraszam! – Przez chwilę szlochała, pozwalając, by basior otulił ją niezręcznym ruchem łapy. Po dłuższej chwili odsunęła się, biorąc w płuca nerwowy, szeleszczący oddech. – Nie chciałam dłużej trzymać cię przy sobie, a jednocześnie wiedziałam, że nie dam rady pozwolić ci odejść. – Wadera zaśmiała się cicho, wycierając nos. – A skoro nie mogę żyć bez ciebie, później planowałam zrobić to samo ze sobą. – Zawahała się na moment, by po chwili uśmiechnąć się słabo. – Koniec końców wychodzi na to, że nie przemyślałam tego zbyt dobrze. W końcu, jeśli okazałoby się, że jednak istnieje życie po śmierci... byłbyś skazany na mnie także w kolejnym żywocie. 
– Kali! – szary basior zaprotestował gwałtownie. 
– Przepraszam. – Wadera pociągnęła nosem, ocierając spływające po policzkach łzy z pomocą szalika. – Znów zbyt daleko wybiegam myślami. Ale z drugiej strony, co mogę zrobić. Jeśli chcesz zrozumieć czyny szaleńca, musisz zobaczyć część jego umysłu. A ty, Hy... zasługujesz na prawdę. I – pomimo zastygłego na twarzy uśmiechu, Kali zadrżała nagle, jakby przedświtowy chłód wreszcie dał jej się we znaki – cieszę się, że nie ma tutaj nikogo prócz nas. Bo tylko przed tobą potrafię się tak otworzyć. 
Szary basior nie odzywał się; jakby zabrakło mu słów, którymi mógłby skomentować tak groteskowy wybuch. 
– Vitale powiedziałby pewnie – odchrząknęła, nerwowo bawiąc się włosami – coś o kompleksie niższości. Może połączyłby to z tym momentem, kiedy... zmarła moja mama i ja i moje rodzeństwo byliśmy zdani tylko na siebie, ale... to zamknięty rozdział. – Pomachała ogonem, po części z nerwów, a po części z radosnej ekscytacji, która zdawała się ponownie opanowywać jej ciało - kolejny raz w najmniej oczekiwanym momencie. – Jednak... wolę uważać to za zamknięty rozdział. Zarówno to, jak i nasz pobyt w szpitalu. – Uśmiechnęła się ciepło, zerkając na rodzący się na niebie świt. – Nie mówmy o tym więcej, w porządku? 
Pchana nagłym przeczuciem, odeszła kawałek, by ponownie wkroczyć pomiędzy niskie o tej porze fale. Woda sięgała jej mniej więcej do połowy nóg, kiedy, zerkając przez chwilę prosto w słońce, odwróciła się do basiora, wbijając w niego swoje zniekształcone łzami spojrzenie. Na przekór wszystkiemu, co czuła, jeszcze raz pozwoliła, by uśmiech wpłynął na jej twarz. 
– Jeśli chcesz odejść, zrób to teraz. Zapomnij o wszystkim, zapomnij o moim wcześniejszym pytaniu. Odejdź, nawet daleko za granicę. Ja tutaj zostanę, poddam się leczeniu... 
– Kali! – zaprotestował basior. 
– Hyarin! – odgryzła się wadera. – Mógłbyś przez chwilę milczeć? Czuję się zobowiązana zadać ci to pytanie i nie pójdę z tobą nigdzie, dopóki nie uzyskam szczerej odpowiedzi! 
Basior zgodnie z życzeniem wadery usiadł i umilkł, choć wyraz jego twarzy zdradzał poważną irytację i jeszcze poważniejsze niezrozumienie; ona natomiast, usatysfakcjonowana tego rodzaju obrotem spraw i nową dawką poczucia władzy, ponownie zwróciła wzrok w stronę słońca. 
– Kiedy już Vitale stwierdzi, że jestem zdrowa, wyjdę i postaram się żyć normalnie. Założę rodzinę i z czasem pewnie o tobie zapomnę. A jeśli chcesz ze mną zostać – wyszeptała, kierując spojrzenie prosto na basiora, jakby blask słońca zdążył do reszty zmęczyć jej oczy – to lepiej zbieraj siły. Koniec końców, do zachodniej granicy jeszcze daleka droga.   


< Hyarin? Wybacz, kolejka była po to mleko>