Saża usiadła pośród świec naprzeciwko „lustra”: kawałka potłuczonego zwierciadła o ostrych krawędziach, trzymającego się w pionie cudem, bo położonego na kilku gwoździach zmyślnie wbitych w drewnianą ściankę. Powierzchnia była opalcowana i pokryta cienką warstwą kurzu, przez co widziała w nim tylko ducha samej siebie. Chuchnęła i wytarła je kawałkiem szmatki. Jej bursztynowe oczy zmrużyły się, oblizała białe zęby, przyklepała kosmyk na głowie. Piękna jak zawsze.
- Udało mi się zdobyć trochę wody różanej.- Usłyszała szept po jej lewej, odwróciła się do koleżanki.
- Naprawdę?-Wybałuszyła oczy.- Skąd?
Linami Wzruszyła ramionami, ciesząc się tą chwilą podziwu.
- Tydzień temu Hapenir dostał całą noc ze mną. Myślisz, że by odmówił?
- Toś se wypatrzyła.- Prychnęła. - Mówisz to, żeby mi napsuć krwi czy zamierzasz się podzielić?
Nami coś tam mruknęła, ale wyciągnęła flakon z woreczka. Zwykła przezroczysta, okrągła buteleczka z mętnym płynem i kilkoma płatkami róż w środku. Odkorkowała ją i przytykając palcem otwór, obdarowała Sażę kilkoma kroplami drogocennego płynu, jakby kropiła święconkę na Wielkanoc. Kwiatowy aromat wpadł im do nosów.
- Noo, nawet lekko czymś tam zalatuje.- Saża pokręciła głową żartobliwie.
- Spadaj.- Zakorkowała flakon.- Już nic ci nie dam.
Zaśmiała się w odpowiedzi, a ciało naturalnie się o nią oparło.
- Też mam plan coś upolować.
- A co?- Linami zaczęła szperać w woreczku.
- Mydło.-Szepnęła rozmarzona.
- Pff, to ugotuj smalec z popiołem, też mi halo.- Przejechała sobie futro woskiem pszczelim ze słoiczka.
Nie takie, aromatyzowane. Może lawendowe?
- Ta i co jeszcze, puder z dupy królowej?
- Nami!- Pchnęła ją, żeby się opanowała.
Zwykłe Szare mydło nie maskuje tak dobrze zapachów. Wadera mogła się dwukrotnie szorować do czerwonej skóry, a nadal czasami ten nieprzyjemny smród potrafił zostać na futrze. Każdy klient miał swój zapach, każdy tak samo paskudny.
- Daj mi znać, jak ci się uda.- Koleżanka uśmiechnęła się do niej już nieco bardziej serdecznie i objęła ramieniem.
Za plecami usłyszały stukot nienaturalnie długich pazurów: Ildiri przyszła na swoją zmianę. Rzuciła im tylko przelotne, beznamiętne spojrzenie i zawędrowała do sobie podobnych nieco starszych wader, by wymienić parę plotek. Saża zaczęła szeptać.
- Te jej szpony są…
- Potworne? - Linami skrzywiła usta.
- Piękne. - Westchnęła.- Nie wiem, skąd ona ma środki, żeby je sobie tak ostrzyć, ale bałabym się zostać z nią w jednym pokoju. Poderżnęłaby mi gardło małym palcem.
- Nie dziwie jej się, jakbym kończyła z tymi wariatami w ciemności to też bym wolała mieć sposób na samoobronę.
Starsi urzędnicy, znużeni miesiącami rozpusty wolą podkręcać swoje…doświadczenia dla własnej satysfakcji, która z każdym kolejnym razem prosiła o coraz to mocniejsze bodźce. Ostrzegano ich szczególnie przed kilkoma takimi. Saża nie była pewna, ale według kilku plotek, szpony- szpile Ildiri nie były tylko i wyłącznie na wypadek obrony, a stanowiły „cenny dodatek przy spotkaniu”, cokolwiek to miało znaczyć. Nie puszczą Saży do nikogo wyżej postawionego właśnie z obawy o jej życie. Dopóki nie wyrobi w sobie podstawowych umiejętności, Ildiri pozwala jej chodzić tylko i wyłącznie do pospolitych urzędasów i pierdzistołków, którzy byle perfum czy kostkę mydła muszą załatwiać tygodniami. Kontakty z przewodniczącymi dają dużo większe możliwości, ciaśniejszą ochronę, czy patronat w sprawach prywatnych. Wszystko ma jednak swoją cenę.
Za ścianą słychać było coraz głośniejszy gwar towarzystwa. Kolacja powoli się rozkręcała.
- Nie za wygodnie wam?- Stukot szpil o podłogę akompaniował słowom.- Zmykać, piękniejsze nie będziecie.
- Już.- Brązowa swoje ruchy wykonywała w lekkim pochyle, żeby nie zrównywać spojrzeń z opiekunką. - Czy mam coś dzisiaj przekazać?
- Tak.- Ildiri wyciągnęła zgiętą na pół drobną karteczkę.- Cehir. Tylko dyskretnie kochanie. I bez wypytywania o nic.- Ujęła jej twarz między szpony, żeby w końcu spojrzała jej w oczy.- Rozumiemy?- Była niewyobrażalnie delikatna, jakby zaraz miała położyć na jej usta czuły pocałunek. Lata praktyki.
Młodsza pokiwała posłusznie łbem, pomimo,iż wiedziała, że kłamie. Uścisk rozluźnił się.
- Dobrze. I jak zwykle, uważajcie na siebie.- Wysoka rzuciła na pożegnanie, to samo jak co dzień, jak mantra wieczora.
***
Saża szybko wypatrzyła swój cel, jak siedział przy stole przy oknie, wcinając jakiś barani udziec. Zakręciła się za jego krzesłem i oparła jedną łapą o stół, jakby coś ją nagle zmęczyło.
- Och, co za noc!- Jęknęła.
- Jeszcze nie świta, Saża złotko, co ci? - Pir jak zwykle mówił pierwszy.- Może się napijesz?
- Przecież wiesz, że wódki nie lubię. - Jakby od niechcenia oparła się o bok Cehira po swojej lewej, nadal nie odrywając wzroku od Pira.
- O to się nie bój, mam coś specjalnego.- Nalał jej kieliszek jakiegoś czerwonego płynu i popchnął jej przez stół.- Była dostawa.
- Złapała za nóżkę, przyjrzała się przeźroczystej cieczy pod światło i golnęła do dna. Ciekawy aromat przepchnął się jej szturmem przez gardło, chociaż nie palił jak wódka. Delikatnie musował, był kwaśny, goryczkowaty, może słodki. Zatkała usta łapą z wrażenia i wypuściła powietrze przez nos.
-Haha!- Pir nachylił się przez blat i poklepał ją po plecach.- Musisz puścić pyskiem, jak ma nie piec. No już, oddychamy.
Zaśmiała się i chuchnęła mu prosto w nos. Lubiła go. Miał takie przyjemne, ciepłe, a jednocześnie odważne oczy. Zawsze się uśmiechał jak tylko wchodziła do pokoju i zawsze potrafił jakoś sklecić rozmowę z byle czego. Jaka szkoda, że nie kierują do niego więcej wiadomości...
- Dzięki.- Wróciła na swoje miejsce i przetarła pysk.- Naprawdę dobre, skąd to masz?
- Prezent od…kogo? Cehir?
- Nieważne. Ważne, że smakuje.- Basior nagle się spiął, czując, jak waga rozmowy przesuwa się boleśnie na niego, odzywał się urywkowo i przecedzał słowa.
- Masz rodzinę gdzieś stąd? To od nich?- Saża skupiła się na nim, dziękując w duszy, że rozmowa tak naturalnie skierowała się ku niemu.
- N-nie, znajomego. Coś sobie tam tłoczy czasami, owocowe głównie.- Jego spojrzenie uciekło spłoszone na talerz.
- A to szkoda, że się tak rzadko odzywa.- Głaskała go ogonem po łapach.- Ogródek ma?
- Ta, całkiem spory. Dlaczego pytasz?
Oparła mu pysk na ramieniu, kierując słowa prosto do ucha
- Szukam ziółek. Zwykłych, lawendy, rumianku, no wiesz, na mydło. - Ich cicha rozmowa pośród gwaru stała się nagle prywatna, pomimo, że wszyscy mogli patrzeć.
- O tej porze roku to trudna sprawa…musiałby mieć już ususzone.
- Zaraz ja tu uschnę- Mruknęła prosząco. Spuściła spojrzenie na jego rozedrgany w emocjach nos. Wciągał łapczywie zapach róż, zaraz go rozniesie.
Kątem oka widziała, jak Pir nie rusza się ze stołka. Czuła całą sobą jaką zawiść posyła w ich stronę. Nie chciała odpowiadać mu spojrzeniem, nie chciała, żeby widział żal i przeprosiny w jej oczach, to by nic nie dało. Przepraszać, jednocześnie nadal klejąc się do tego idioty obok, godne socjopaty.
- Cehir, opowiedz mi więcej o tym ogrodzie. - Pociągnęła go trochę zbyt bezpośrednio, że aż podskoczył, ale nie protestował. Uciekła od stołu i ukryła ich gdzieś w korytarzu. Chciała to już mieć z głowy.
***
Mroźny poranek wdarł się przez pustą okiennicę. Saża zadrżała z zimna, szukając po omacku skrawka koca do przykrycia. Zamiast tego trafiła na grube futro i poruszającą się spokojnie klatę piersiową pod jej palcami, a wspomnienia poprzedniej nocy wróciły do niej momentalnie. Przejechała pazurami po ciemnym, muskularym boku, aż na nagi brzuch, którego ciepło wręcz parzyło, więc postanowiła, że ukradnie trochę tego ciepła dla siebie. Przysunęła się pod jego łapy skoro nie znalazła koca. Jeden z niewielu momentów, gdy wadera odczuwała prawdziwy spokój. Jego zapachu nie trzeba było zmywać co ranek, wręcz przeciwnie. Cisza nagle nie kuła w uszy, niewygodne wspomnienia nie wracały, mróz zdawał się ciepły, a życie znośne.
Poruszył się zaspany. Przetarł pysk, rozejrzał się niemrawo, po czym wstał z podłogi i zaczął zbierać się do wyjścia. Obserwowała jego łapy wędrujące bokiem z tej śmiesznej perspektywy i udawała, że nie istnieje. Była do tego przyzwyczajona, że robi to tak bezceremonialnie.
- Cholera, późno coś.- Mruknął zirytowany pod nosem, spojrzał przez okno na słońce skryte w zimowej mgle i przeklnął po nosem. Złapał jakiś pakunek i wyszedł pospiesznie w stronę urzędu.
Saża przeciągnęła się i pomimo, iż bardzo nie chciała, też podniosła się z podłogi. Niedługo Czciogodna Panna Fijka będzie walić w garnki i wrzeszczeć coś o ich spleśniałych tyłach i o tym, że sam się ten burdel nie posprząta. Potknęła się w progu. Dlaczego jej było tak niedobrze?
C.D.N
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz