poniedziałek, 16 lutego 2026

Od Saży - ,,Pachnidła" cz.2

Chłodny zimowy poranek zawitał nad horyzontem. Drewniany, skrzeczący z każdym obrotem kół wóz wyładowany brudnymi garami zajechał nad rzeczkę. Koła zatrzymały się nad zamarzniętym brzegiem, zaklinowały się w zaspie z wyrzuconych na brzeg kier. Kilka wader wyskoczyło na śnieg i zaczęło rozładowywać sprzęty kuchenne. Stelkia wzięła w łapy większy, żeliwny kociołek i rzuciła nim w zamarzniętą taflę wody. Kry popękały a woda wylała się na wierzch. Za kociołkiem poleciała żelazna chochla i zadzwoniła o niego jak dzwon.

- Jakie to ciężkie.- Jęknęła Saża z wyczerpania, chociaż był dopiero poranek, a to chochla była ewidentnie jej.

- Nie marudzić mi tam!- Fijka krzyknęła, rada ze swojej roli poganiaczki.- Do południa nasze kucharki mają mieć to ładnie, czyste, wyszorowane!

- Aż rymuje…- Avita prychnęła za jej plecami i zsunęła patelnię z wozu.

- Fijka owijka.- Wymamrotała Linami.

- do basiorowego kijka.- Saża dokończyła rozbawiona.

- Bardzo zabawne.- Stelkia widocznie nie miała tyle nastroju co one.

Szorowanie metalu w lodowatej wodzie nie należało do najprzyjemniejszych, nieważne jak miłe ma się towarzystwo. Saża zwykle zdrapywała tylko najgorsze przypalenizny, a resztę…no cóż, zostawiła na wiosnę.

- Bardzo bym chciała, żeby znaleźli sobie kogoś specjalnie na tę robotę.- Westchnęła zmęczona.- Dlaczego my musimy się tym zajmować?

- Bo formalnie to my jesteśmy tym kimś.- Linami zaśmiała się.- Przecież “ona tu tylko sprząta, jakby ktoś się pytał”. Nie znasz tego?

- Chyba powinnam.- Opalana zanurkowała do wnętrza garnka, żeby dosięgnąć przypalenizny. - Matko, tu można by było ugotować wilka…- Wymieniły wymowne spojrzenia.

- Daj mi chwilę, mam coś nowego. - poszła do wozu, otrzepała się z wody zmarznięta i zaczęła grzebać w jutowym worku.

- Masz.- Podała jej butelkę z ciemnego szkła, po czym pochuchała sobie na przemoczone łapy.

- Nami noo..- Zacmokała.- przecież Jeszcze przed południem.

- To nie wino, za kogo ty mnie masz. Powąchaj.  

Saża odkorkowała prostokątną butlę, a do jej nozdrzy wdarł się okropny smród, piekący po oczach. zakaszlała i odsunęła to od siebie ze wstrętem, co spotkało się z salwą śmiechu.

- No już, to taki specyfik do mycia.- Linami zabrała od niej butelkę i wylała kilka gęstych kropel. Specyfik zasyczał i puściło wstęgę bladej, ohydnie śmierdzącej pary. Po chwili czekania wadera opłukała gar w wodzie i pokazała czyste, srebrne dno.

- Skąd to masz.- Wyrwała jej z łapy. - Też ten twój kochaś?

- Ktoś tam przywiózł, jakaś nowa dostawa, ale nie mam pojęcia co to. Tamci mi nie powiedzieli.

Brązowa spojrzała na swoje odbicie w wodzie. Obserwowała jak woda spływająca w dół strumyka przybiera brudno-rdzawy odcień. Ciemnawa chmura przemknęła pomiędzy kamieniami i zniknęła za zakolem. 

- Ta rzeczka płynie na wschód, co nie?

- Tak, a co?

- A nic.- Zamyśliła się

***

- Od jak długo czujemy objawy? .- Pielęgniarka mówiła bardzo dosadnie przez nos. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, poza tym, że jej białe futro fartem pasowało do pełnionej funkcji. Trzymała w łapach deseczkę z klipsem.

- A nie wiem. Jakoś od miesiąca.- Saża podrapała się po brodzie zmieszana.

Rozejrzała się po małej salce, a w zasadzie jej kawałkowi przestrzeni odgrodzonej od reszty cienkimi kurtynami zszytymi ze skrawków i porozwieszanych po sali dla zachowania pozorów prywatności. Pomimo tego przeróżne rozmowy, jęki, krzyki, piski były dobrze słyszalne. Nie były to jednak piski, do jakich wilczyca była przyzwyczajona.

- A leczymy się bo?- Naskrobała coś na kawałku kartki.

- A co to za pytanie? Bo to uciążliwość. Ciągle mi niedobrze, mniej mi się chce, a co jak u klienta mnie złapie?

- Ta…mdłość?

- Tak.- "Głupia, czy głucha?" Pomyślała.

- Mmmmmm, a jakie usługi?- Na to pytanie pacjentka zagryzła w zębach drewniany patyczek.

- Sprzątające.- Mruknęła ciszej.

- Aha.- Postukała w kartkę, jakby nagle wszystko stało się oczywiste.- To zapraszam za miesiąc to coś poradzimy. - Już chciała się zbierać.

- Dopiero za miesiąc? Ale nie mogę się chociaż dowiedzieć co mi jest?- Saża zatrzymała ją, jak wchodziła pod kurtynę.

- Złotko, pomyślmy trochę.- Starsza wadera poklepała ją po ramieniu.- Żadna twoja koleżanka się wcześniej nie chwaliła?

Saża była zbita z tropu, ale drobne fakty i urywki z różnych rozmów powoli połączyły się w mgliste wyjaśnienie. 

- Ale mamy minę.- Prychnęła pod nosem. - Mięta pomaga, wystarczy pić jak się źle poczujemy, a teraz do widzenia, spieszno mi.

Kurtyna opadła na podłogę, a pacjentka gapiła się na falującą delikatnie tkaninę jeszcze przez dłuższą chwilę.

***

Droga powrotna do remizy nie była łatwa. Saża kręciła się po znanych jej ścieżkach jakby widziała je pierwszy raz w życiu. To była oczywista kontynuacja zdarzeń i śmiała się z siebie w duchu, że mogła o tym zapomnieć. Jednak zupełny brak matek w Izbie Kontroli jakoś sprzedał jej obietnicę, że może dosypują im coś do jedzenia, czy coś. “A może dosypują, a to ona była ewenementem? Niee, pielęgniarka nie była w szoku. Dlaczego więc nikt tu nie ma dzieci?” Próbowała dojść do tego, z kim była w nocy dokładnie miesiąc temu, ale nie była przekonana, że był to tylko jeden basior. Skąd mogła wiedzieć, kto jest ojcem? Na pewno w kręgu podejrzanych był Pir, co było dla niej miodem na serce, ale na pewno by jej nie uwierzył, gdyby mu powiedziała. Rozważała to nawet. Że da mu dzisiaj wieczorem kolejną karteczkę, ale tym razem z jej własnym wyznaniem. Musi tylko urwać z jakiś dokumentów kawałek, bo sama kartek nie miała. “Jak by zareagował? Bardzo możliwe, że byłby zachwycony, ale mógł przecież zachować się dokładnie tak jak każdego wspólnego ranka…pójść do pracy i zapomnieć się pożegnać. Wszystkie dziewczyny były tak jednomyślne, że żadna się nie wyłamała z reguły?” Kręciła kółka po śniegu. „Nie, to niemożliwe. Co jest tak przekonywujące, żeby nie móc temu odmówić?” Z tej zgryzoty po wardze poleciała jej kropelka krwi. „A co, jeśli się odmówi?” 

***

- Nie możesz.- Ildiri syknęła, zatrzaskując drzwi do pokoju. - Kochanie, tak się po prostu robi.- Nigdy nie widziała jej w tak rozedrganym stanie.

- „Robi” „Nie robi”, a jakie to ma znaczenie? Chciałabym móc zdecydować za siebie.

- Saża, to nie ty ustalasz reguły. A reguły po coś są.- Jej mina wyrażała coś, co ciężko było ubrać jednym słowem. Mieszanina irytacji, konsternacji i litości. - Tu każdy ma jakąś rolę i to nie my decydujemy, kiedy je zmieniamy. Jak ty sobie wyobrażasz taki bunt? Słucham, jakie masz plany? 

- Nie wiem jeszcze. - Była przeładowana całym tym napięciem, które działo się przez zupełny przypadek.

- Słońce, wróćże do zmysłów, co ci to da, jak postawisz na swoim? 

- Nie wiem….- Czuła się tak mała w jej towarzystwie.

- Myślisz, że będziesz bardziej szczęśliwa, z bękartem, bez swojego Pira, gdzieś w środku lasu, gdzie będziesz zdana tylko na siebie? Bo zarzekam się, że on za tobą NIE pójdzie.- Wypluwała z siebie słowa z taką odrazą, że Saża musiała odchylić łeb do tyłu.

- S-skąd wiesz o Pirze?- Wstyd przeszedł jej po plecach. 

- Ślepy by się zorientował.- Westchnęła i utknęła wzrok czymś w oddali. Usłyszała stłumione odgłosy na korytarzu. Obie skupiły się na dźwiękach, dając sobie ukojenie w rozmowie. 

- Proszę zrozum, to nie tak, że sobie coś uroiłam. - Spojrzała na zaokrąglone, małe okienko pod sufitem, przez które wypadało blade światło ulicznych lamp. - Nie zamierzam sobie fabrykować nowego życia i ciągnąć Pira za sobą. Ale nie chcę czuć wyrzutów sumienia, że zignorowałam jedyny odruch, jakie był w moim życiu, nawet nie wiem jaki, bohaterski? Tak nie może tak wyglądać. Nie wiem, wyjadę, rozejrzę się trochę i oddam je komuś, a potem wrócę do was. I będzie po staremu.- Kiwała głową pokornie.

Starsza wadera westchnęła głęboko, przecierając oczy ze zmęczenia i napięcia.

- Nie odpuścisz, prawda?

- Spojrzenie Saży było nieugięte, mina kamienna. 

- Musisz znaleźć kogoś kto ci pomoże. Ja nie jestem w stanie, to musi być ktoś kto zna drogi. Ktoś, kto nie bywa u ciebie, najlepiej jakby cię w ogóle nie znał. Nie mogę decydować za ciebie, ale podejść porozmawiaj z tym ptakiem asystentem, Szkliwem. On jest…inny niż większość tutaj. Może ci zapewnić ochronę, alibi i transport. Tylko dyskretnie.- Wyciagnęła z sakiewki zwinięty papierek, nabazgrała coś na niej, po czym wcisnęła waderze do łap. - Tylko nie mów, że ja go poleciłam. 

- Dziękuję.- Opalana ukłoniła się służalczo, ruszyła do wyjścia. 

- No już, zanim Linami zacznie o ciebie pytać.- Otworzyła jej drzwi.- A, i jak już urodzisz...- Jej ton głosu spogodniał.- módl się, żeby to nie był basior.

Wyszła na korytarz, a dźwięki biesiady zalały ją jak tajfun, zabierając całe napięcie z jej ciała gwałtownym przypływem.

C.D.N


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz