niedziela, 31 maja 2020

Podsumowanie maja!

Moi Drodzy Kochani!
Tym sposobem (właśnie nie wiem, jakim, więc każdy niech dopowie to sam) upłynął nam kolejny, wspólny miesiąc, podczas którego być może nauczyliśmy się, jak doceniać obecność bliskich, których długo nie widzieliśmy oraz jak ie zwariować z tymi, których widzieliśmy bez przerwy, z przerwą (lub nie) na sen.
A być może niczego się nie nauczyliśmy, tylko siedzieliśmy jak te kołki, w chałupie na, by tak rzec, krześle.
To znaczy oczywiście, w lesie.
Oto przed nami następny czerwiec. W tym roku wyjątkowo wyjątkowy, jakby ten rok sam w sobie nie był wyjątkowym dla co najmniej dwójki z nas, pewien król postanowił sprawić, by był on wyjątkowy jeszcze bardziej.
No cóż, życzę Wam, Najdrożsi, abyście w przyszłym miesiącu odnaleźli kolejne z porozrzucanych na świecie cząstek siebie (nie pierniczę, żebyście zostali w domu, wszyscy wiemy dlaczego), szczęśliwie i spokojnie przeżyli te trzydzieści dni.
To się rozgadałem, a teraz to, na co wszyscy czekali.

Na miejscu pierwszym dwaj przystojni kawalerowie, Magnus i Szkło z 3 opowiadaniami,
Miejsce drugie dziś trzem niezwykle miłym misiom, oto TiskaTalaza i Eothar Atsume oraz ich 2 opowiadania,
Na miejsce trzecie wspiął się Paketenshika, napisawszy 1 opowiadanie!

Postacią, którą zobaczyliśmy w naszych opowiadaniach, był Mundus.

I na koniec, wyniki ankiet dotyczących postaci:
Duch i Eothar Atsume, 3 głosy (Najbardziej tajemnicza postać)
Magnus, 4 głosy (Najbardziej niegościnna postać)
Etain, 3 głosy (Największy skąpiec)
Mundus, 6 głosów (Najlepiej skonstruowany charakter)
Konwalia Jaskra Jaśminowa, 6 głosów (Najbardziej kobieca kobitka)

Gratulacje dla wszystkich zwycięzców i jednocześnie podziękowania, że byliście wciąż z nami!

                                                            Wasz samiec alfa,
                                                                Agrest

Od Szkła CD Talazy - "Pierwsza Krew"

Nocny las był tak samo cichy, jak za dnia. Czasem być może nawet dało się usłyszeć więcej.
Nocne niebo było ni to czarne, ni granatowe, pozostawiające w duszy wpatrującej się w nie istoty wrażenie doskonałej nieskończoności.
Nocne powietrze było chłodne, ale niosło ze sobą cieplejsze fale, jakby od północy, ze strony ludzkich siedzib.
- Przepraszam, Talazo - powiedziałem cicho, na moment opuszczając wzrok na swoje nogi, potem nerwowo mrugając, po czym bezsilnie podniosłem go znowu, napotykając ukryte w ciemności spojrzenie wadery - ale nigdy nie byłem... dobry, w tych rzeczach, które nazywa się romantycznymi. Bardziej lub mniej trafnie - tym razem zaśmiałem się, równie nerwowo - a podejrzewam, że tego właśnie w tym momencie oboje... - zawahałem się. Cała nieudolność skleconych naprędce zdań i ich bezsens uderzył mnie jak deszczowa struga podczas jakiejś wielkiej ulewy.
Nie mówiłem dalej. Jakieś w przybliżeniu niezrozumiane uczucie kazało mi popatrzeć na nią, dostrzec odwzajemnione spojrzenie i być może lekki uśmiech, który przepłynął po jej pysku jak mglisty poranek.
Lecz wciąż było ciemno. Optymistyczne spostrzeżenie dla kogoś, kto umawiał się na wieczór i przyszedł przed chwilą.
- Widzisz, ja jestem... prosty stróż bezpieczeństwa. Zresztą wiesz, kim jestem. Nie mam czego ukrywać.
- Jeśli tak mówisz - tym razem na pewno uśmiechnęła się, trochę już wyraźniej i odwróciła wzrok.
- Wyjdź za mnie - powiedziałem nagle, swoim własnym tonem głosu próbując dodać sobie wyczekiwanej odwagi. Chociaż po tych słowach poczułem, że pod płową sierścią jestem już cały czerwony, a serce gwałtownie zaczyna nadganiać myśli - może brzmię jak szaleniec, ale obiecuję, zrobię wszystko, byśmy byli tu razem szczęśliwi. Żebyś ty była. Zależy mi na tobie.

< Talazo? >

piątek, 29 maja 2020

Od Magnusa CD Tiski – „Inna Droga”

Biegłem przed siebie sam już nie wiedząc przed czym uciekam. Nie miałem dużego pola manewru. Z każdej strony otaczało nas morze. A morska woda, mimo że ciepła, nigdy nie była po naszej stronie. Mięśnie łap zaczęły mnie piec od zbyt wielkiego wysiłku. Zewsząd zaczęły otaczać mnie światła i paskudny ryk silników. Już wiedziałem, kto mnie gonił. Ich coroczne wizyty zawsze kończyły się tak samo. Chaosem, popłochem i ocknięciem następnego ranka, bez pamięci o dniu poprzednim. Skręciłem swoje ciało w stronę skarpy. Odwróciłem się w biegu, w stronę drapieżników i posłałem im piękny uśmiech. Chwilę później spadałem już w dół, w ciepłe odmęty morza.

Ocknąłem się nagle. Ten sen. Wydawał się taki rzeczywisty. Wspomnienie uderzyło mnie tak mocno, że przez dłuższą chwilę nie potrafiłem się z niego otrząsnąć. Wygląda na to, że pamięć zaczęła mi już wracać kilka dni wcześniej. Na początku myślałem, że to tylko sny, ale teraz już wszystko ułożyło się w pełną całość. Podświadomie jednak czułem, że coś jest nie w porządku. Te przebłyski mogły oznaczać tylko jedno. Wrócą po nas. Pewnie w najmniej oczekiwanym momencie. Nie mogłem sobie pozwolić na opuszczenie gardy. Spojrzałem na słońce rozpoczynające nowy dzień. Musiałem porozmawiać z Karą, jeśli ja coś pamiętam to ona też musi.

- Tiska, widziałaś coś dziwnego w nocy? – spytałem nadal patrząc przed siebie. Brak odpowiedzi mnie zaniepokoił. Odwróciłem się i poczułem jak emocje zalewają moje ciało. Odetchnąłem kilka razy, ale i tak nie mogłem opanować wybuchu. Obudziłem szczęśliwie śpiącą waderę i wytknąłem jej, na pozór spokojnym głosem, jak bardzo nieodpowiedzialnie się zachowała. No dobra. Przyznaje, że nie takich słów użyłem. Jednak jak mogła tak zignorować moje słowa!? Może gdyby chodziło o samo mięso, to nie zareagowałbym tak gwałtownie, ale teraz już nie chodziło tylko o to. Nie mogłem jej powiedzieć, co mogło się stać. To sprawa moja i Kary, im mniej wilków będzie coś wiedziało tym lepiej. Specjalnie więc odsunąłem ją od siebie. Poczułem dziwne drgnięcie w sercu, gdy zobaczyłem jej urażoną minę. Nie mogłem jednak już nic cofnąć. Teraz na pewno przez dłuższy czas nie będzie chciała mnie widzieć, co pozwoli mi dowiedzieć się czegoś więcej o tym co działo się na wyspie.

Gdy Tiska odeszła po naszej wymianie zdań, ja zająłem się dostawą zamarynowanego mięsa. Przerzuciłem wszystko na obie skóry, które zostały z oporządzonych jeleni i z pomocą kilku kawałków sznurków i gałązek zawiązałem je sobie na szyi tak, że jedna była po mojej prawej stronie, a druga po lewej. Tak uzbrojony, udałem się do Agresta, który wskazał mi najlepsze miejsce do zostawienia pożywienia i zawiadomił inne wilki o całej sprawie. Przez kotłujące się w mnie emocje, nie byłem w stanie sam nic zjeść, więc od razu po załatwieniu tej sprawy, pobiegłem do jaskini Kary.

Zastałem moją siostrę biegającą samotnie wzdłuż plaży. Zrównałem z nią krok, a gdy Kara mnie zauważyła, gwałtownie się zatrzymała. Spojrzała na mnie niezadowolona, a nawet wręcz wściekła. Cokolwiek to było, byłem pewien, że zaraz się dowiem.

- Jak mogłeś? – zaczęła i jej złość od razu zmieniła się w smutek. Jej oczy zeszkliły się a oddech urywał.

- Młoda… - szepnąłem tylko i przytuliłem siostrę. Nie odepchnęła mnie, ale też się nie odwzajemniła. Pozwoliła tylko na chwilę pocieszenia.

- Chciałeś się zabić. Chciałeś… mnie zostawić. – Wyglądało na to, że opuszczające jej ciało serum, wstrzyknięte przez istoty, sprawiły, że przypomniała sobie o zdarzeniach sprzed wypadku. Jeśli można było to nazwać wypadkiem.

- Ja… - nie byłem w stanie nic powiedzieć. Tyle rzeczy się działo, tyle chciałem jej powiedzieć, ale nie potrafiłem. Wadera odsunęła się i otarła łapą łzy.

- To teraz nieważne. Teraz musimy chronić watahę przed tymi co po nas idą. Masz pojęcie co się stanie jak znajdą tak dużą watahę? Rozpoczną wszystko na nowo. Coroczne łapanki, te strzykawki, namierzanie nas przez… - dotknęła delikatnie miejsce pod uchem, gdy mogliśmy wyczuć delikatne zgrubienie. – … to coś.

- Zabiorą wszystkich ponownie na wyspę. Codzienna walka o jedzenie i wodę. Pamiętasz jak wysuszyli jedyny strumyk z wodą? Tygodniami nie mieliśmy co pić. Musieliśmy kopać ziemię do krwi, żeby znaleźć choć kropelkę pitnej wody.

- A na końcu przysłali zarażonego wilka, który wybił całe nasze stado. – determinacja na jej twarzy, mogła aż przerazić. – Nie pozwolę by to wszystko się powtórzyło. Lada dzień mogą przylecieć na tych swoich maszynach i zniszczyć to co tutaj zbudowaliśmy. To co przez lata tutaj budowali. Musimy iść do Agresta. On nam pomoże. – powiedziała i już chciała ruszyć do biegu.

- Stój. – zatrzymałem ją łapą. – Nie możemy im nic powiedzieć. Jeżeli ktoś się dowie to jest większa szansa, że ich też złapią. Jeśli będziemy się trzymać na uboczu, w pobliżu plaży to zabiorą tylko nas i reszta będzie wolna.

- Chyba żartujesz? Urodziłam się na tej wyspie i nie mam zamiaru tam nigdy więcej wracać. Pozory normalnego wilczego życia to za mało by wymazać wszystko inne. Wiem, że zawsze mówiłeś, że mogło być gorzej, że powinniśmy dawać się badać i eksperymentować na nas, bo dzięki temu mamy jedzenie. Tylko zobacz do czego to doprowadziło. Nasza rodzina nie żyje i to dlatego, że nie walczyliśmy o naszą wolność. – spojrzała na mnie z wyższością. – Teraz mamy szansę ich pokonać. Nasza wataha jest silna i z niejednym już wygrała. Musimy im zaufać.

- Pokonać kogo? – usłyszałem znajomy głos. Spojrzeliśmy na Tiskę wychodzącą zza drzewa.

- Kara… proszę Cię. – szepnąłem do siostry, ale ona już mnie nie słuchała.


<Tiska?>


Od Paketenshiki - "Mokro w dziób i jeszcze trochę", cz. 1

Deszcz robi kap kap kap na liściach. Ulewa robi SZSZSZSZSZSZSZ wystarczająco głośno, żeby trzymać wilka całą noc na nogach. Nie wspominając, że deszcz przyjemnie masuje zmęczone i zgrzane po podróży mięśnie, a ulewa przemacza wszystko do suchego włoska, pozostawiając podróżnika zupełnie przemokniętego i zmarzniętego.
Do diaska z tą pogodą, pomyślał do siebie Paketenshika, chowając się głębiej pod drzewo, które wcale nie stanowiło ochrony przed zacinającym deszczem. Gdybym mógł ją kontrolować, albo chociaż opóźnić, nie musiałbym moknąć tuż pod jakimś starym, na wpół uschniętym drzewem.
Pakiemu nie chciało się w ogóle udawać, że ta sytuacja go nie dobiła. Nie najadł się królikiem, przemarzł, zmókł do suchego włoska, serio, kogo by to wszystko nie dołowało? Do tego robiło się powoli ciemno i jeśli nie znajdzie porządnego schronienia, może nabawić się poważnego choróbska. Nie miał na to czasu. Naprawdę, nie miał czasu chorować. To nie było w jego stylu.
Wziął głęboki oddech, najgłębszy, na jaki mógł sobie pozwolić przy tej zimnej pogodzie. Ulewa w końcu musiała się przerzedzić chociaż na moment, który on będzie mógł wykorzystać, żeby uciec do lepszego schronienia. Jakiejś nory, jaskini czy czegokolwiek. Gdzie będzie mógł się schować, wyschnąć, ogrzać i wreszcie zasnąć bez ciągłego szumienia kropel wody o zielone liście drzew. Już go głowa od tego bolała.
Tak, to brzmiało jak plan.
Szkoda, że wykonalny tylko, jeśli niebiosa się nad nim zlitują.
A na to się jak najbardziej nie zapowiadało.
– Jak ja nie lubię ulew – szepnął cicho, próbując uspokoić myśli. Nie znosił, nienawidził. Przynosiły zbyt dużo wody na raz, niszcząc otoczenie, zamiast je pojąc. I męcząc podróżujące wilczki. Zła ulewa. Niedobra. A sio.
Oczywiście, opad atmosferyczny nic sobie nie robił z odstraszania ze strony rudego basiora i dalej rozlewał swoją zabójczą wodę po okolicach. Szszszszszsz, śmiały się liście. Jesteś do bani, mówiły. Nikt cię nie będzie szanował, wilczy lisie, ośmielały się szydzić.
A Paketenshice wszystkie te śmiechy, chichy, szydzenia wisiały daleko nad głową. Dosłownie i w przenośni. Jego własne poczucie wyodrębnienia ze względu na dziwną przeszłość nie mogło przecież dyktować, jaką on sam ma wartość. Bo przeszłość nie ma wpływu na to, jakim wilkiem jesteś, jeśli starasz się wystarczająco mocno.
Drzewa wokoło ociekały deszczową wodą, na ziemi robiły się coraz większe i gęstsze kałuże. Gleba szybko zamieniała się w płynące błoto. Trzeba było stąd uciekać, zanim go zaleje i zdechnie podtopiony opadem atmosferycznym, który nie ma prawa zabić zdrowego, sprawnego wilka. Mowy nie ma. Neh-eh, ulewa nie może wygrać.

< C.D.N. >

Nowy członek!

Paketenshika - nauczyciel łowiectwa

Od Tiski CD Magnusa - "Inna droga"

Robienie wart nad martwymi zwierzętami wydaje mi się całkowicie bezsensowne. Co miałoby się z nimi stać? Tu jest tak wiele zwierzyny, że żaden drapieżnik żyjący na terenach watahy nie ma powodu podkradania jedzenia wilkom. Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym upolowała coś, a potem to zniknęło. Magnus musi być nieźle skrzywiony, że urządza czuwanie nad poćwiartowanymi jeleniami. Być może na ich wyspie nie było tak kolorowo jak tutaj, no ale przecież jesteśmy tutaj. Nie tam, tutaj - proste.
- Wiesz co... na terenie watahy raczej nie zdarzają się kradzieże żywności - starałam się, by mój głos nie zdradził moich myśli. Na samym początku znajomości nie mogę wydawać się leniwa i nie chce go źle nastawiać, bo odbije się to potem na naszej pracy. Basior mruknął niezadowolony. Coś dziwnego było w jego postawie.
- Ja wezmę pierwszą wartę - powiedział tak, jakby w ogóle nie usłyszał tego, co przed chwilą powiedziałam. Nie chciałam już więcej drążyć tematu, ziewnęłam przeciągle. Dopiero teraz poczułam, jaka byłam zmęczona. Położyłam się w małej odległości od małego obozowiska. Bez szyszek ciężko było mi zasnąć, ale kojący szum morza zrobił swoje i już po chwili oddałam się w objęcia snu.

Gwałtowne szturchanie wyrwało mnie ze spokojnego cienia. Nad sobą zobaczyłam czerwone ślepia. "Cudownie" - pomyślałam sobie i podniosłam się ociężale. Na plaży zrobiło się tak zimno, że ciężko było mi ruszać łapami. Zbliżyłam się do oporządzonego mięsa, chcąc sprawdzić, czy pojawił się na nim lód. Nie mogłam uwierzyć, że nic takiego się nie stało. Magnus nie zamienił ze mną słowa, tylko od razu zwinął się w kłębek i poszedł spać, widocznie bardzo zmęczony po przeżyciach całego dnia. Zasnął, jakby panujący wokół chłód nie robił na nim wrażenia. Podczas snu wyglądał o wiele przyjaźniej. Jak szczeniak, który śni tylko o kolejnych wielkich przygodach, takich jak wspięcie się na drzewo, albo gonitwa za motylem. Przyjrzałam się żywności. Naprawdę nie mogłam uwierzyć, że nie śpię, żeby wpatrywać się w jedzenie. Jedzenie się je, a nie na nie patrzy. Uśmiechnęłam się na tę myśl. Może...? Rozejrzałam się dookoła, ale w pysku czułam nieprzyjemny posmak. "Innym razem" - postanowiłam. Było mi tak zimno, że na myśl o nocnym podjadaniu robiło mi się niedobrze. Zdecydowanie innym razem. Popatrzyłam w morze. Gwiazdy pięknie migotały nad czarną jak smoła wodą. Zwróciłam uwagę na jedną z nich. Jej blask pulsował w nieregularnym tempie. Miałam wrażenie, że zmienia rozmiary. Może się ruszała? Nawet nie wiem, czy to możliwe, ale byłam pewna że zaczynała się do mnie przybliżać. Powiększała się i powiększała, aż w końcu... zaczęła się zmniejszać. Uciekała przed moim wzrokiem, kurcząc się i oddalając.

Ocknęłam się gdy poczułam gwałtowne szarpnięcie w karku, gdy łeb opadł mi w półśnie. Zamrugałam oczami, starając się rozbudzić. Nie do końca odróżniałam, sen od jawy. Popatrzyłam jeszcze raz na światełka na niebie, wszystko w jak najlepszym porządku. Z lewej strony usłyszałam pomrukiwanie. Odwróciłam się i zobaczyłam, że Magnus rusza łapami przez sen. Uśmiechnęłam się delikatnie, wyglądał tak niewinnie. Oczy znów zachodziły mi cieniami, ciągnąc mnie w otchłań przyjemnego snu. Powoli budziła się we mnie złość, że nie mogę po prostu się położyć i się mu poddać. W sumie dlaczego? Bo jakiś wilk, który urwał się nie wiadomo skąd tak powiedział? Żyję tutaj dużo dłużej i co? Ciężkie myśli krążyły mi po głowie bardzo wolno, przerywane jeszcze nieopanowanym półsnem. Już nie wiedziałam czy już śpię, czy jeszcze nie. Gwiazdy znów zaczynały się oddalać. Chyba naprawdę już mnie nie ma.

- Czy ty jesteś normalna?! - pełen złości krzyk obudził mnie, a nad sobą zobaczyłam ciemne oblicze Magnusa. Kontrolował się, ale był wściekły. Całe jego oblicze przybrało przerażający wygląd. Płomienie wokół łap szalały, choć nie wykraczały poza swoją określoną linię. Słońce już dawno wzbiło się w niebo. Z lasu słychać było śpiew ptaków. Spokój przyrody całkowicie kontrastował z wyrazem pyska basiora.
- Jaką trzeba być idiotką, żeby zasnąć na otwartej plaży przy stercie świeżego mięsa? Wiesz co mogło się stać? Kradzież to jedno, moglibyśmy być już martwi! Nie mogę uwierzyć, że będę pracował z taką kretynką - to jak to powiedział, było wstrząsające. Wydawał się tak opanowany, że każde słowo uderzało mnie jeszcze bardziej. Gdyby to był zwykły wybuch, po prostu bym to zignorowała. W dzieciństwie często kłóciłam się z rodzeństwem, ale wybaczałam im porywczość. Nigdy nie chcieli mnie zranić. Teraz czułam się, jakby każda obelga była wypowiedziana po to, by mnie zniszczyć. Przeszłam więc w tryb obrony - choć w tym wypadku wydawać by się mogło, że raczej walki o życie.
- Co miałoby się stać? Mieszkam tu dłużej niż ty i znam każde zwierzę w okolicy. Ty masz jakieś problemy ze sobą, że robisz zamieszanie o takie głupoty...
- Ja mam problemy? - przerwał mi - Głupia dzi**o, twoim zdaniem to była warta? Wiesz, na czym polega? Może ci wyjaśnię, bo najwyraźniej do tego nie dorosłaś - prychnął lekceważąco, a mi odjęło mowę. On wcale nie był ode mnie starszy, nie miał żadnego powodu się wywyższać. Krew się we mnie zagotowała.
- Słuchaj, przyszedłeś nie wiadomo skąd i teraz się mądrzysz? Powiedz, dlaczego nie zabraliśmy tego wszystkiego w bezpieczne miejsce? Siedziałam na zimnym piasku jak kołek, zastanawiając się, co ci odbiło. Uważasz, że moglibyśmy być już martwi przeze mnie? Dobrze, że nie zamarzliśmy tej nocy przez twoje głupie pomysły! - nie wiem, co z tego co powiedziałam, zrobiło na nim wrażenie, ale chyba zauważyłam jakieś poruszenie na jego mroźnym obliczu.
- Nie było wcale tak zimno - mruknął. - Jak ty w ogóle karmisz watahę, skoro nie umiesz nawet wykonać jednego prostego zadania? Dobrze, że tutaj jest tak dużo zwierzyny. W innym wypadku wszyscy by głodowali z kimś takim jak ty. - zabolało. Poczułam, że nie wygram w tej dyskusji. Uczucie porażki zaczęło ściskać mnie w żołądku.
- Fajnie, że przyszedłeś pomóc - szepnęłam, odwracając się. Ucisk przeniósł się do gardła. Łzy zamgliły mi widok. Na szczęście, on już tego nie zauważył. Biegłam z całych sił do swojej jaskini. Tam czułam się bezpiecznie, tam mogłam bez wstydu się wypłakać. Podziękowałam sobie w duchu za ostatnie treningi. Mogłam teraz błyskawicznie znaleźć się w ukochanych czterech ścianach. Zwinęłam się w kłębek i pozwoliłam sobie na łzy.

Później oczy miałam zapuchnięte, pysk zastygł w charakterystyczny sposób. Nie miałam już siły. Uspokoiłam się. Gdy odetchnęłam głębiej, powietrze gwałtownie przerwało kichnięcie. Moje kichnięcie. Cholerny basior - pomyślałam, kiedy ciało przeszył zimny dreszcz.



<Magnus?>


sobota, 23 maja 2020

Od Magnusa – ‘Rezerwat” cz. 1

- Zabierz go ode mnie. Nie chce go widzieć. – usłyszałem wybudzając się ze swojego snu. Otworzyłem leniwie oczy i spojrzałem na rozgrywającą się scenę. Wilk, który się mną wcześniej zajmował rozmawiał z jakąś chorą wilczycą, która leżała w tej samej części jaskini co ja. Gdy zauważył, że się wybudziłem, zaczął mówić tak, żebym go nie usłyszał. Wydawało mi się, że wadera była piękna. Jej futro było intensywnie chabrowe, a wokół niej unosiła się iskrząca poświata. Zupełnie jakby jej ciało płonęło niewidzialnym ogniem. Jej przenikliwe oczy, lśniły złotą żółcią.  Nie do końca rozumiałem o co chodziło, ale widziałem za to dziwny grymas na pysku chorej, gdy na mnie spojrzała. Nie zamieniła ze mną ani jednego słowa i mimo, że próbowałem z nią rozmawiać, ona patrzyła w jeden punkt na ścianie i ignorowała każde moje słowo. Co jakiś czas przychodziła medyczka, która zmieniała zakrwawione skóry, na których leżała wadera. Po kilku minutach moje posłanie zostało przeniesione do innej jaskini. Później już nigdy więcej nie zobaczyłem tej wilczycy, a grymas, który towarzyszył naszemu spotkaniu odnajdywałem na wielu pyskach, przez kolejne lata.
- Kim jest ta wadera? – zapytałem opiekuna, gdy opuściliśmy jaskinię.
- Nie martw się tym.
- Dlaczego nie chciała mnie widzieć? Co jej się stało? I dlaczego byłem z nią w jednej jaskini? – Jak każdy szczeniak starałem się dowiedzieć jak najwięcej mogłem.
- Magnus do cholery! – skuliłem się na krzyk. – Ta wadera umiera, rozumiesz! To Twoja matka i umiera przez Ciebie! Odkąd Cię urodziła wykrwawia się i… nikt nie potrafi jej pomóc. - Basior spojrzał na mnie i usiadł nagle z bezsilności. Oprócz wściekłości w jego głosie wyczułem też smutek. Nauczycielka, która przyszła do mnie wczoraj była zdziwiona, że pomimo zaledwie 48h na świecie, byłem w stanie pojąć tak dużo rzeczy na własną rękę. Mówiła mi też coś o roli matki w moim życiu. Wydawało mi się, że to bardzo ważna rola, jednak nie czułem żadnej więzi z tamtą waderą.
- Powinienem coś do niej czuć? Kochać ją? – zapytałem ponownie wilka. Teraz już nie krzyczał. Zauważyłem łzy na jego policzkach i trzęsące się łapy.
- Nie wiem. Ona Cię nie kocha. Nawet Cię nie chciała. A teraz straci przez to życie. – powiedział nad wyraz spokojnie. Spojrzał na mnie i zmarszczył brwi. Siedzieliśmy tak przez kilka chwil.
– Odebrałeś mi ją! – Wilk rzucił się na mnie nagle, w ciągu sekundy jego smutek na powrót zamienił się w złość. – Ty i Twój przeklęty ojciec!
- Pu…uść – wyjąkałem z jego łapami na gardle. Starałem się bronić, ale moje wątłe ciało nie miało szans z dorosłym wilkiem. Szamotałem się i odpychałem łapami, ale na nic się to nie zdało. Czułem za to jak moje siły opadają i walka o kolejny oddech była coraz bardziej uciążliwa. Nagle ciało basiora opadło na mnie bezwładnie. Odetchnąłem głęboko pomimo palącego czucia w gardle i płucach. Dopiero po chwili zacząłem zauważać co się dzieję wokół mnie. Jakieś dziwne istoty uśpiły mojego opiekuna i ściągnęły jego bezwładne ciało z mojego. Patrzyli na mnie dziwnie i mówili w jakimś mało rozumianym przeze mnie języku. W oddali słyszałem wycie i krzyki innych wilków. Słyszałem też dźwięki wydawane przez te inne istoty. Nie wyglądały na złe, właściwie wydawało mi się nawet, że nic gorszego niż przed chwilą mnie już nie spotka.
- Bierz szczeniaka, ten drugi nie nadaje do rezerwatu. – długie łapy jednego z przybyszy wyciągnęły się w moją stronę. Nie miałem siły uciekać. Po chwili poczułem ukłucie na grzbiecie. Jeszcze chwile patrzyłem na wygolone pyski istot. Później poczułem jak jedna z nich mnie podnosi, ale moje oczy stały się tak ciężkie, że nie miałem pojęcia co nastąpiło później.

CDN