poniedziałek, 22 lipca 2019

Od Vinysa - 3 trening szybkości

– Długo jeszcze będziemy biegać?
– Tylko parę dni, jesteś dość szybki, jak na twój wiek oczywiście. – Shino zatrzymał się gwałtownie. – I nie gadaj jak biegniesz.
– Zapamiętam – mruknął szczeniak, zwalniając, by po chwili usiąść na trawie. – Nie chcę być niemiły, ale to strasznie nudne.
– Poczekaj trochę, jeszcze zatęsknisz za bieganiem. – Lis skoczył w kierunku najbliższego drzewa i w kilku susach znalazł się już na jednej z niższych gałęzi. Vin nadal nie był do końca pewien, jak on to robił, ale czego się mógł spodziewać po demonie. – Jutro zapolujemy.
– Nie sądzę, żebyśmy byli w stanie upolować coś prócz królika.
– Dobre i tyle. – Przeciągnął się leniwie i położył na gałęzi. Dawno odzwyczaił się od tak dużego wysiłku fizycznego. – Nie nauczysz się jeśli nie będziesz próbował. Przynajmniej nie straciłeś węchu, to plus.
Szczeniak zignorował jego uwagę, jak zresztą wiele rzeczy, które do niego mówiono.
– W takim razie, widzimy się jutro? – zapytał, dla pewności. Lis miał w zwyczaju zmieniać plany średnio co ćwierć doby.
– Przed wschodem słońca. Wyśpij się lepiej.

Od Vinysa - 2 trening szybkości

Następnego dnia obudził się jako ostatni. Nie wynikało to jednak ze zmęczenia, wręcz przeciwnie – czuł się jak nowonarodzony. Pierwszym co zobaczył była Blue Dream, siedząca w wejściu do jaskini, wpatrzona w przestrzeń przed sobą. Nic nowego. Słyszał jednak głosy dochodzące z zewnątrz. Usiadł w wejściu, zachowując odpowiednią odległość od siostry. Jego rodzice rozmawiali z kimś obcym, co byłoby zupełnie normalne, gdyby był wilkiem, względnie niebieskawą czaplą. Na pierwszy rzut oka wyglądał jednak jak trochę większa wersja lisa. Chwilę zajęło szczeniakowi policzenie jego ogonów, a i tak nie był pewien czy zrobił to dobrze, bo stale się poruszały. 

– Dlaczego wróciłeś? – Vinys zastrzygł uszami, słysząc wyraźniej głos ojca. A więc znali się wcześniej. 
– Nigdy nie mówiłem, że odchodzę – parsknął lis, patrząc już nie na rozmówce, a na grafitowe szczenię. – Świetnie radziłeś sobie bez mojej pomocy, więc pozwoliłem sobie na małe wakacje. Przyznaj, że tęskniłeś. 
– Bez wątpienia – zaśmiał się Kuraha. – Witaj w domu, stary druhu. 

Vin nie słuchaj dalszej części rozmowy. Dowiedział się wszystkiego co go interesowało i wymknął się z jaskini, korzystając z chwilowego zamieszania. Pobiegł na polanę i swoim zwyczajem położył się na brzegu. 
– Witaj, Vinys. – Usłyszał za sobą znajomy już głos, ale nie odwrócił się. – Wstawaj, nie mamy czasu. 
– Co masz na myśli? 
– Będę cię trenował, jak kiedyś Kurahę. 
To wystarczyło, żeby przyciągnąć na dłużej uwagę szczeniaka. Po chwili stał już na równych nogach, gotowy na cokolwiek lis mógł wymyślić. 
– Od czego zaczynamy? 
– Zobaczymy, kto będzie pierwszy w domu.

Od Vinysa - 1 trening szybkości

Vin wstał skoro świt, przywitał się z obudzoną już częścią rodziny i wyszedł, zanim ktoś zdążył zadać jakiekolwiek pytanie. Większość swojego wolnego czasu, a jako szczeniak miał go sporo, spędzał na Polanie Życia, siedząc nad wodą. Mógł spokojnie obserwować zwierzęta czy inne wilki, jednocześnie będąc wystarczająco daleko od domu. W pewnym sensie czuł jakby tam nie pasował, z drugiej strony – obecność członków rodziny sprawiała mu w pewnym sensie psychiczny dyskomfort.
Nie mógł jednak siedzieć w miejscu do końca życia i dobrze o tym wiedział. A jeśli rzeczywiście chciał w przyszłości objąć jedno z wojskowych stanowisk, musiał zadbać trochę o tężyznę fizyczną. A przynajmniej tak twierdził jego ojciec.
Zaczął od przebiegnięcia krótkiego dystansu, żeby nie przeforsować się na starcie i sprawdzić swoją wytrzymałość.

– Na dzisiaj chyba wystarczy – stwierdził, kładąc się nad brzegiem rzeki. Mógł się przecież zdrzemnąć i wrócić do biegania po południu. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby tłumaczyć swoje lenistwo potrzebą snu w młodym wieku.

Od Etain - Siódmy trening siły

Dobrze wiedziałam, że tego dnia miałam odbyć ostatni z zaplanowanych treningów i chyba trochę mi to poprawiało humor. W kolejny z rzędu ciepły, wypełniony słońcem dzień, przedzierałam się przez las, nucąc pod nosem jakąś skoczną melodię.
W pewnym momencie, gdy pokonywałam mało przyjemne zarośla, moje uszy wypełnił nagle dziwny, niski dźwięk. Urwałam piosenkę, by zebrać w sobie czujność i gotowość, a jednocześnie dojrzeć źródło hałasu. Pierwsze przeczucia okazały się być prawidłowe. To niedźwiedź! Wielkie, brunatne zwierzę wyłoniło się nagle z zielonej gęstwiny.
W pierwszym momencie stanęłam jak wryta. Szybko zdecydowałam się wycofać się i wrócić do własnych zajęć, ale jakiś głos w mojej głowie wyraził nagły sprzeciw. Może to zbyt wielka pewność siebie, może poczucie siły po idących w miarę gładko treningach, jakie odbywałam przez ostatni tydzień, coś kazało mi zapolować na ogromną zwierzynę.
Zwinnym ruchem pomknęłam tuż przed oblicze niedźwiedzia, a ten, rozgniewany tak zuchwałym czynem, zamachnął na mnie łapą. Uniknęłam ataku, mknąc szybko do tyłu, by wgryźć się w nogę zwierzęcia. Rozległ się ryk bólu, a ja momentalnie wypuściłam z pyska kończynę, by uchronić się przed kolejnym atakiem pazurami. Zwierzę zaszarżowało na mnie, a moim jedynym pomysłem okazał się skok na plecy napastnika i wściekły atak na kark. Choć zdążyłam poczuć krew na języku, tam dosięgła mnie ostro zakończona łapa. Zepchnięta ze swojego miejsca, upadłam na ziemię, krwawiąc z boku. Nim nadeszło kolejne uderzenie, udało mi się podnieść. Ruszyłam biegiem do przodu, szybko jednak dotarło do mnie, że nie miałam szansy na ucieczkę. Co mi pozostało? Niewiele myśląc, skorzystałam z mocy kamuflażu. Kolory lasu zafalowały na moim ciele, co wyraźne zdezorientowało zwierzę. Pomknęłam do drugiej z tylnych łap, gdzie zostałam szybko odepchnięta mało bolesnym kopnięciem. Następnym moim ruchem okazał się być śmiały atak na szyję zwierzęcia poprowadzony z boku. Cierpiący osobnik strącił mnie z ciała uderzeniem łapy, rozcinając moją skórę w kolejnym miejscu.
Oboje dyszeliśmy z bólu i ze zmęczenia. Kończmy tę zabawę, pomyślałam. Kolejny raz skorzystałam z magicznych umiejętności dających mi niesprawiedliwą przewagę. Dwie drewniane włócznie przeszyły ciało przeciwnika. Szybko opadł na ziemię.
Choć śpieszyło mi się do powrotu, by w swojej jaskini opatrzyć otrzymane rany, to najpierw zbliżyłam się do niedźwiedzia, dzierżąc zazwyczaj noszone ze sobą ostrze. Rzadko miewałam dostęp do niedźwiedziego truchła, powinnam więc wykorzystać tę okazję.

Gratulacje!

Od Etain - Szósty trening siły

Udanie się do północnych, starych lasów okazało się być chyba dobrym pomysłem, bo w dzień następny po włóczeniu się między gęsto rosnącymi drzewami obudziłam się pełna sił, chyba całkowicie zregenerowana. Nie mogłam narzekać na zmęczenie ani bóle mięśni, nawet pomimo intensywności ostatnich ćwiczeń i braku dni przeznaczonych na odpoczynek. Skoro zieleń tak dobrze na mnie działa, to czemu urodziłam się w pokrytych śniegiem górach, zaśmiałam się, pytając pustkę.
Po zjedzeniu śniadania i załatwieniu kilku przyziemnych spraw wybrałam się na zewnątrz w celu przeprowadzenia kolejnego treningu i nietrudno zgadnąć, gdzie postanowiłam skierować kroki. Ku swojemu zdziwieniu musiałam gdzieś po drodze zboczyć nieco ze ścieżki, bo choć zdawało mi się, że uważałam, gdzie idę, to zamiast w Skrytym Lesie znalazłam się w nieco innym, świeższym otoczeniu. Zastanawiałam się przez chwilę. Lasek, tak się na to mówi? Cóż, pełno tu było paproci, a mało światła, machnęłam więc beznamiętnie głową, godząc się z postanowieniem losem. Już zdążyłam rozciągnąć mięśnie, szykując się do standardowego biegu, jednak jakaś myśl mnie powstrzymała. Chyba moja podświadomość uznała, że czas na urozmaicenie, trochę inny zestaw ćwiczeń. I choć nie wiedziałam, jak miał on do końca wyglądać, ruszyłam spokojnym krokiem przez gęsty las, rozglądając się w poszukiwaniu inspiracji.
Wkrótce natrafiłam na upadłe drzewo. Podeszłam do okrytego mchem pnia i popchnęłam go bokiem. Ciężki. Może wystarczyć. Uderzyłam w gnijącą roślinę, a ta zachwiała się nieco. W powietrze uniosły się jakieś owady, brud i nie wiadomo co jeszcze. Ohydne. Może gdyby tak… Odwróciłam się gwałtownie i korzystając z władzy nad żywiołem natury, sprawiłam, że spod ziemi wyrosło młode, niewielkie drzewo. Gwałtownym ruchem łapy wywołałam jego upadek, tak nagły, jakby zostało trafione błyskawicą. Ubogi system korzeniowy ujrzał słońce i wraz z resztą rośliny spoczął na trawie.
Podeszłam bliżej, otwierając szeroko pysk i zaciskając zęby na cieniutkim pniu. Ostrożnie uniosłam łeb do góry, podnosząc dość ciężką roślinę. To może zadziałać, pomyślałam. Schylając całe ciało, odłożyłam dzieło swoich łap, by następnie znowu unieść je w górę. Postępowałam tak, aż poczułam zmęczenie, w dalszym ciągu przytłumione przez energię pełnego życia lasu. Wróciłam do jaskini, pewna, że tego dnia szybko dam radę wrócić do zajęć związanych z pracą.

Od Etain - Piąty trening siły

Treningi weszły mi już w krew. Jak nigdy nie miałam trudności z wykonywaniem czynności, które przynosiły mi radość, tak teraz wychodziłam z jaskini punktualnie rano bez cienia zirytowania, zmęczenia czy znudzenia na swym białym pysku. Jakoś od niechcenia zdecydowałam, że tym razem pobiegnę na północ, może dlatego, że był to rzadko obierany przeze mnie kierunek. Biegnąc bez skargi ze skórzanymi obciążnikami na łapach, wkrótce dotarłam do miejsca, gdzie drzewa rosły dużo gęściej, tak, że nietrudno było zauważyć różnice między tym terenem, a ciągnącym się w nieskończoność i służącym mi za dom pełnym smukłych drzewek iglastym lasem. Nie było wątpliwości, stanęłam przed Skrytym Lasem.
Coś jednak w tym zdającym się kryć mnóstwo tajemnic mrocznym lesie przykuwało moją uwagę i skutecznie ciągnęło w jego głębię. Mknęłam przez cichy las, chłonąć zapachy, niezwykłe kolory i pojawiające się z rzadka tajemnicze dźwięki. Być może dzikość tego starego lasu oraz mnogość roślinności dodawały mi sił, bo choć biegałam tam i z powrotem, nie czułam zmęczenia. Gdy opuszczałam las z pokrytym potem czołem, towarzyszyła mi jedynie duma i zadowolenie. Dostrzegłam, że słońce zdążyło się już obniżyć w kierunku horyzontu. Skinęłam nisko głową, chyba oddając szacunek samej sobie. To był dobry, długi trening.

Od Etain - Czwarty trening siły

Uznawszy, że nieszablonowe myślenie i spontaniczne pomysły przynoszą na ogół więcej korzyści niż szkód, zdecydowałam się przeprowadzić dzisiejszy trening w górach, przez które przedzierałam się poprzedniego dnia, aby dostać się na Polanę Życia i na brzeg znajdującego się tam jeziora. Po śniadaniu składającemu się ze wspaniałej jakości kawałków mięsa, które odłożone miałam w jaskini po ostatnim polowaniu, a także zamontowaniu na łapach używanych podczas każdej z poprzednich sesji ciężarków mających zwiększyć skuteczność wykonywanych ćwiczeń, wybrałam się na tereny zwane Wysokimi Skałkami.
Znalazłszy się u podnóża jednego ze stromych wzniesień, zaczerpnęłam powietrza w płuca, po czym wykonałam skok. Lądując na kamieniach, zachwiałam się mocno, po wbiciu pazurów w ziemię udało mi się jednak utrzymać w miejscu. Ucieszyłam się, że ostatnio nie padało. Wzniesienie było suche, a dzięki temu nieśliskie. Każdy kolejny skok kosztował mnie mnóstwo wysiłku i skupienia niemal równemu jak przy przeprowadzaniu operacji, a jednak zgrabnie pięłam się w górę. Dotarłszy w pewne zagłębienie, gdzie można było pewnie stanąć, spojrzałam w dół, a potem w górę, zastanawiając się, czy nie był to dobry moment na zejście. Widząc jednak, jak niewielka odległość dzieliła mnie teraz od szczytu, wznowiłam trening.
Po paru skokach udało mi się, wdrapałam się na górę nie największego wzniesienia. Mój oddech był jednak głęboki, nie tylko z powodu zmęczenia, ale też dumy i radości. Czułam się, jakby to była ogromna góra. Co najmniej taka, wśród których cienia przyszłam na świat.