niedziela, 11 lutego 2018

Od Oleandra CD Palette

Jeszcze przez chwilę jeszcze wirowaliśmy na naszym "parkiecie", który zbudowało społeczeństwo przed ucztą. W trakcie tańca nie rozmawialiśmy ze sobą, nie mówiłem nic pewnie przez fakt, że ledwie nadążałem za zwinną i prędką waderą, która sprawnie poruszała się raz na czterech, a raz na dwóch łapach. Wreszcie zdała sobie sprawę z tego, że nie łapię już tchu i zwolniła tak, że mogliśmy spokojnie wymienić jeszcze kilka zdań, zauważywszy przy okazji, że nasi goście zaczynają być chyba coraz bardziej zmęczeni i niebawem przekroczą granicę, która niezbędna jest do długiego snu przez całą noc i pół następnego dnia. Świetnie, przynajmniej nie będą zadawać niepotrzebnych pytań.
- Kończymy? - zapytałem po dłuższej chwili.
- Jeszcze nie - Palette wyjrzała mi zza ramienia i zaprzeczyła ruchem głowy - jeden jeszcze się trzyma.
W tej samej chwili wykonaliśmy manewr, przez który mogłem bez problemu ogarnąć wzrokiem wilki z watahy Cieni. Rzeczywiście, jeden z nich, którego obecność udało mi się zarejestrować, spał już oparty o stół. Drugi natomiast jeszcze bawił się w najlepsze wraz z dwiema z wader należących do WWN.
Gdy muzyka ucichła i kapela zarządziła zmianę utworu, zeszliśmy z parkietu i usiedliśmy przy stole, który trochę już opustoszał. Część wilków jeszcze snuła się w powolnym przytulańcu, co poniektórzy również zmęczeni zabawą zapadli w słodki sen na i pod stołami, trzeźwe pozostały głównie niedobitki, które były na tyle zdeterminowane, by trzymać się jeszcze na swoich miejscach i opychać wybornym jedzeniem, przygotowanym przecież właśnie na tą okazję.
Z początku mieliśmy nadzieję, że hardy basior również odpłynie w ciągu kilku, może kilkunastu minut, jednak gdy czas ten przedłużał się, a ani gość, ani towarzyszące mu wadery nie zbierały się do zakończenia uczty, nie wykazując przy tym oznak specjalnego zmęczenia, postanowiliśmy podjąć bardziej stanowcze kroki.

< Palette, bardzo proszę >

Od Atarangi CD Oleandra - "Cień za Cieniem", cz. 1

Szłyśmy między stepami a laskiem, Kama opowiadała mi o członkach watahy, od jej brata - którego zdążyłam już poznać, po Canaya który był nowym członkiem WSC. Zatrzymałyśmy się na granicy terytoriów. 
-Może się rozdzielimy? - zapytałam rozglądając się spokjnie
-Okej - powiedziałam z lekką niepewnością - ale spotykamy się tu z powrotem za dwie godziny, jasne?
-Jasne, jakbyś potrzebowała pomocy to krzycz - uśmiechnęłam się pokrzepiająco 
Wadera patrzyła na mnie przez chwilę, a potem poszła głębiej w las. Stałam i spoglądałam ja się oddala i znika między gołymi krzewami, po czym poszłam dalej w stronę stepów. Łapami mieszałam piasek z śniegiem co trochę natrafiając na ostre kamienie, które raniły moje łapy. Przyśpieszyłam kroku, lecz zatrzymałam się słysząc szelest. Przecież Kama poszła w drugą stronę. Dźwięk dochodził z głębi naszego terytorium, podeszłam bliżej. Gdy ujrzałam wilka instynktownie napięłam mięśnie. Skoczyłam na niego wbijając mu pazury w zad, ten zdezorientowany zaskomlał z bólu. Puściłam go, lecz dalej byłam gotowa do ataku jak i uniku. Basior jednak nie zrobił żadnej z tych czynności i dalej patrzył na mnie swoimi niebieskimi ślepiami. 
-Kim jesteś? - warknęłam głucho przerywając ciszę 

   C. D. N. (Jeśli chcesz Kamusiu, możesz napisać swoją perspektywę)

sobota, 10 lutego 2018

Od Wrotycza - "Liga Beżowej Ziemi", cz. 14

Tej nocy nie spałem spokojnie. Choć przez cały czas próbowałem wyciszyć myśli i odpocząć, tak jak zawsze, wyjątkowo mi to nie wychodziło. Miałem dosyć rosnącej niepewności, która z niewyjaśnionych przyczyn towarzyszyła mi ostatnio przez cały czas. Od rana do wieczora, budziłem się z nią i zasypiałem, szedłem przez las, polowałem i jadłem. Nie myśląc o problemach, które otaczały mnie i oblekały niczym pająk swą zdobycz, jednak wewnątrz bez przerwy czując ogromny niepokój, jakby objawy pierwszego, nieśmiałego przeczucia, które uwidaczniało się, jak odległe światełko zapruszanego ognia. Obudził mnie właśnie jakiś odrażający sen. Niemal zerwałem się ze swego miejsca, a pierwszym, co ujrzałem wśród ciemności, były moje przednie łapy, trzęsące się nadal, pod wpływem silnych wrażeń z ostatnich minut. Nawet w nocy nie mogę zaznać spokoju. Chyba dzieje się ze mną coś niedobrego.
Westchnąłem głęboko i podszedłem do wyjścia z naszej jamy, by zażyć świeżego powietrza i odetchnąć. Usiadłem na zewnątrz i spróbowałem zebrać choc część moich rozszalałych myśli. A nie były to dobre wizje, podpowiadała mi intuicja.
Siedziałem dosyć długo, tępo patrząc w dal i koniec końców, nie myśląc o niczym. Wreszcie zauważyłem ledwo widoczną, różowawą łunę nad drzewami. To znak nadchodzącego świtu. Przypuszczalnie dochodziła siódma rano. Czas zatem zebrać się i wstać, licząc, że rozpoczęcie nowego dnia dobrze wpłynie na moje nerwy.
Słońce powoli wstawało, ukazując bezchmurne niebo. W zimę nieczęsto można było zobaczyć ten bez wątpienia przecudny widok. Na terenie naszej siedziby zaczęli krzątać się też pierwsi członkowie ligi. Zaraz mieli rozpocząć pracę przy rozbudowie jamy dowództwa. Ja natomiast jeszcze przez jakiś czas siedziałem w bezruchu, po prostu nie czując się na siłach podnieść i wykonać choćby krok. Dopiero gdy Ardyt wyszedł na zewnątrz, przeciągnął się i zaczął zagadywać mnie, będąc chyba w wyjątkowo dobrym nastroju, rozbudziłem się z zamyślenia, w który przez przypadek wpadłem, próbując się uspokoić.
- Wrotek! Wyobraź sobie, na jaki świetny pomysł wpadł Erbenik! - zaczął w pewnej chwili wilk - wiesz, czym są szkolenia wojenne?
- Pierwsze słyszę - mruknąłem.
- Prowadzi je NIKL, są dostępne dla każdej z watah, które podlegają jego działalności.
- Dlaczego zatem nikt z WSC ani WWN nie wie o ich istnieniu i nie wysyła tam swoich wilków? - zapytałem dosyć trzeźwo, skupiwszy się już zupełnie na słowach kompana.
- Są prowadzone od niedawna. Trwają, jeśli się nie mylę, około dwóch miesięcy i kształcą naprawdę dobrych żołnierzy. Wrotycz, widzę tam przyszłość dla ciebie.
- Dla mnie? - w jednej chwili ożywiłem się i poruszyłem niespokojnie - a gdzie moja przyszłość w lidze? Gdzie przywództwo, którego obowiązek  spoczął również na mnie?
- Spokojnie, kochany kolego, to da się załatwić. Udasz się na te szkolenia wraz z być może kimś jeszcze, a potem wrócisz do nas i ukażesz się lidze z jeszcze lepszej strony. To dla ciebie wielka szansa, nie możemy dać jej przejść nam koło nosa. Tam staniesz się nie tylko dobry, w tym, do czego masz talent. Będziesz po prostu wybitny, Wrotyczku.
- Tak mówisz? - uniosłem jedną brew, demonstrując niedowierzanie.
- Oczywiście, jestem tego pewien - zapewnił spokojnie, z uznaniem pokiwawszy głową.
- A mówiąc o moim talencie, masz pewnie na myśli umiejętność zabłyśnięcia podczas tych bijatyk, w których...
- Co też mówisz? - skrzywił się Ryjek - umiesz użyć siły, to tylko zaleta. A wszak nie robisz tego bez potrzeby, doskonalenie twoich licznych umiejętności powinno się nam przydać... dla wyższego dobra, dla dobra naszej organizacji.
- No dobrze, jak niby mam się tam dostać?
- Posłuchaj zatem uważnie. Najwyższa Izba Kontroli Leśnej co pewien czas wybiera dziesięć wilków spośród kandydatów z podległych mu watah i szkoli je w ramach udzielania wsparcia ich społecznościom. Wilki takie mają szansę stać się kimś więcej, niż tylko zwykłymi szeregowcami. Muszą jednak wykazać, jak wybitne są ich wrodzone i nabyte zdolności. Najczęściej kandydatów jest naprawdę wielu, niektóre watahy nierzadko wystawiają do rywalizacji niemal wszystkie swoje basiory.
- Ile  ich tam jest w przybliżeniu? - zapytałem beznamiętnie.
- W najgorszym dla nas przypadku, pewnie ze czterdzieści sztuk.
- Czterdzieści? - lekko uniosłem brwi, nie ukazując jednakże towarzyszącej temu gestowi niepewności - to nie wydaje się bardzo trudne. Od czego zależy, które zostaną przyjęte?
- Zapewne od wyniku walk między nimi i różnych prób, jakim są poddawane.
- Dziesięć wilków, na wszystkie podlegające pod NIKL watahy? To niewielkie grono...
- Byłem pewny, że się zgodzisz. Możesz wyruszyć nawet za dwa dni, nie zostało wiele czasu do rozpoczęcia poboru. Ktoś z naszych doprowadzi cię do siedziby NIKL'u - Ardyt popatrzył na mnie przebiegle.
- Zastanowię się nad tym - skinąłem głową - jeszcze jedno... dlaczego dopiero za dwa dni? Mogę ruszać nawet teraz, nie muszę się z nikim żegnać.
- Och, cieszy mnie twoje zaangażowanie - oświadczył gorąco - ale nawet jeśli wyruszysz za dwa dni, zdążysz na czas.
Na tych słowach zakończyła się nasza rozmowa. Ardyt wyglądał na chwilowo uszczęśliwionego, a ja, pomimo leżących gdzieś na dnie serca wątpliwości, postanowiłem porzucić na razie rozmyślanie nad tym i zająć się czymś pożyteczniejszym. Ryjek zaproponował mi wybranie się na obchód terenu siedziby ligi. Nie mógł niestety mi towarzyszyć, poszedłem więc sam. Dosyć szybko przekonałem się, że niewielki kawałek ziemi, który nieformalnie należał do nas, był zupełnie bezpieczny i dalszy obchód nie ma sensu. Gdy wróciłem do bazy, zastałem Erbenika i Ardyta, rozmawiających ściszonym głosem. Najwyraźniej nie zdążyłem jeszcze zauważyć że prawie zawsze takie ich rozmowy oznaczają kłopoty. Podszedłem bliżej.
- Wrotycz, powiedz mi - zagadnął mnie Ardyt - co zrobiłeś z naszymi dokumentami?
Poczułem, jak krew napływa mi do głowy.
- Co? Z dokumentami?
- W rzeczy samej - przytaknął poważnie wilk.
- Niestety, nie miałem ich gdzie przechować... - płynąc na fali zdenerwowania, powiedziałem zupełnie szczerze - wyprowadziłem się przecież z naszej jaskini - przełknąłem ślinę - Mundus zgodził się mi pomóc.
- Wrotycz - pokręcił głową Erbenik - nie uzgodniliśmy tego wspólnie. Dziś dowiedzieliśmy się, gdzie schowałeś nasze tajne akta. Znalazły się u niego bez naszej zgody. Ardyta i mojej. Kto powinien dostać za to po łbie, no powiedz nam?
- ...Ja? - zapytałem ciszej.
- Tak i mi się wydaje - przytaknął ostro dowódca - możesz się pożegnać z wizją szkoleń.
- Co? Nie, to chyba nie jest jedyne wyjście? - zdrętwiałem - zależało wam na tym...
- Nie szkodzi, znajdziemy kogo innego - wzruszył ramionami Erbenik - nie jesteś przecież jedyny zdolny na świecie.
- Ale... chłopaki, dajcie mi szansę - postanowiłem jak najdłużej bronić swoich racji.
- Chyba nie myślisz, że poświęcimy dobro ligi - wzburzył się basior.
- Poczekaj, Erbenik, poczekaj - wtrącił Ardyt, który do tej pory milczał - wszystko da się załatwić. Wrotycz, nie ty najbardziej zawiniłeś, prosząc Mundusa o przechowanie naszych akt... lecz on, zgadzając się na to - zakończył spokojnie.
- O czym ty mówisz - warknął Erbenik - chyba nie darujemy mu tego...
- A dlaczego? Prosił o szansę, niechże ją ma. Wrotycz, będziesz mógł uczestniczyć w szkoleniu, gdy winą, bez żadnej złej woli oczywiście, obarczymy prawdziwego przestępcę.
- Co chcecie zrobić? - zapytałem na tyle nieufnie na ile pozwalała mi moja obecna sytuacja.
- Sprawiedliwość to najważniejsza wartość w naszym oddziale. Zaufaj mi.
Nie chcąc dalej konfliktować się z resztą dowództwa, przytaknąłem niechętnie.
- Dosyć szybko wróciłeś z obchodu... - zauważył tymczasem basior - skontrolowałeś całą naszą siedzibę?
- Chyba tak... ale mogę tam wrócić.
- Gdzie? - zapytał.
- Na północ.
- Czyli tamtędy nie przechodziłeś - przyłapał mnie Ardyt.
- Idę, idę - uciąłem, po czym odwróciłem się szybko i odszedłem.
Nie znalazłszy innego ciekawszego zajęcia, włóczyłem się po naszej siedzibie bez celu dużo dłużej, niż wcześniej zamierzałem. Byłem właśnie za północną granicą naszej enklawy, w miejscu, gdzie kończą się Stepy a zaczyna las. Nie wykrywszy żadnego zagrożenia, postanowiłem wrócić do centrum zarządzania, gdy moją uwagę przykuła głośna rozmowa, dosłyszana pomiędzy drzewami. Z ciekawością zbliżyłem się do źródła dźwięków.
To dwa wilki należące do ligi. Siedziały na niewielkiej polanie, wyglądając, jakby na coś czekały. Nie one były jednak tym, co tak mnie zdziwiło. Niepokojem napełniał bardziej widok Mundusa, który stał na na przewróconym, niewielkim pniu ściętego drzewa. Do gałęzi nad nim, przywiązany był sznurek zakończony pętlą, spoczywającą na szyi mojego przyjaciela.
Czym prędzej zbliżyłem się do wilków, nie mogąc ukryć obaw.
- Co wy tu robicie? - zapytałem.
- Czekamy, Ardyt kazał czekać, panie dowódco.
- Na co? - fuknąłem.
- Na rozkaz - jeden z basiorów wskazał na Mundurka, przysłuchującego się naszej rozmowie.
- Dlaczego on tam stoi? - zapytałem groźnie.
- Wieszamy go za zdradę stanu, ale rozkaz coś długo nie przychodzi.
- Odejdźcie - rzuciłem.
- Mamy zostać tutaj, Ardyt kazał go...
- Jestem waszym dowódcą tak samo, jak on. Odejdźcie natychmiast - zawarczałem.
Odetchnąłem z ulgą, gdy wilki niechętnie opuściły swoje stanowisko, zostawiając nas samych. Gdy tylko zniknęły między drzewami, podszedłem do mojego przyjaciela, w duchu dziękując losowi, że przyprowadził mnie tutaj właśnie teraz. Za kilka minut mogłoby być już zbyt późno.
- Mówiłem, że ktoś to kiedyś zrobi - powiedział Mundus, w zamyśleniu wznosząc wzrok ku niebu.
- O co ci chodzi? - zapytałem, przestając cokolwiek rozumieć.
- Powiesi mnie na suchej gałęzi.
- Spokojnie, przecież tu jestem - obszedłem leżący na ziemi pień, na którym stał Mundurek, z nieufnością śledzący każdy mój krok. Pomimo iż nie dziwiłem się jego zachowaniu biorąc pod uwagę jak niewiele trzeba było by spowodować wypadek, ten brak zaufania wydał mi się nieuzasadniony. Do czasu.
- Zdajesz sobie w ogóle sprawę, czego od ciebie chcą? - zapytał dosyć lekkim jak na swoją obecną sytuację tonem.
- Nie - mruknąłem stanowczo - zresztą nie zrobię już niczego, czego chcą.
- Liczą na to, że mnie zabijesz, przyjacielu.
- Co? - ze zgrozą zjeżyłem sierść na karku - nie mogą...!
- Zatem dlaczego czekali tu na ciebie? Może żebyś pomógł mi się stąd wydostać? Pewne decyzje już podjęli, pozostaje tylko wyczekiwać. Mogą być spokojni o dalszy przebieg wydarzeń, bo według ich planu, albo pozostaniesz wierny dowództwu ligi, albo pomagając mi teraz, wydasz wyrok również na siebie.
Popatrzyłem na Mundusa i odsunąłem się o krok od pieńka, na którym stał.
- Co mam teraz zrobić? - prychnąłem.
- Co ci rozum nakaże. Wierzysz mi?
- Nie... wiem - wykrztusiłem - Mundus, powiedz mi, po co im to?
- Ani twoja, ani moja śmierć z pewnością nie ułatwiłaby niczego dowództwu ligi, wolą mieć nas obu po swojej stronie. Ale niejednego już poświęcili, nie byłbyś też pewnie ostatni. Sam chyba rozumiesz, że podejrzane jednostki, jak ja lub ty w tej chwili, muszą zostać wyeliminowane.
- Jestem podejrzany? Nawet teraz, kiedy po prostu tu stoję?
- Nawet jeśli beztrosko piłbyś teraz z Ardytem i Erbenikiem kolejne specyfiki, które podsuną ci pod nos, byłbyś podejrzany.
- Dlaczego?
- Po prostu nie stałeś się moim wrogiem. Oni to wiedzą, ja to wiem, tylko ty wyglądasz, jakbyś nie mógł się zdecydować.

   *   *   *
Po pół godziny, już razem z Mundusem, przybyliśmy do małej jaskiń w jednej z gór, które leżały najbliżej Stepów. Zastaliśmy tam Ligreka, który siedział w środku i co chwila nerwowo wyglądał na zewnątrz, jakby spodziewając się ataku. Dopiero gdy przybyliśmy, uspokoił się trochę i wyszedł poza swoją kryjówkę, aby odetchnąć świeżym powietrzem. My natomiast usiedliśmy, przez chwilę niczego nie mówiąc.
- Powiedz mi teraz, o co w tym wszystkim właściwie chodzi - zapytałem wreszcie ze zniecierpliwieniem. Dość miałem już całej tej ponurej, tajemniczej otoczki, która towarzyszy mojemu życiu od jakiegoś czasu.
- Pozwól mi chwilę odpocząć. Przed chwilą minąłem się w drzwiach ze śmiercią i nie powiedziałem jej "dzień dobry" - powiedział półgłosem Mundus, uśmiechając się niezauważalnie. Oparł się o ścianę, odetchnął głęboko, rozłożył skrzydła i na chwilę przymknął oczy. Przyjrzałem mu się uważnie. Przypominał mi o czymś.
Przez następne kilka sekund panowała cisza, podczas której biłem się z myślami, nie wiedząc, jak zacząć temat, który męczył mnie od wczoraj.
- Bolało? - zapytałem niepewnie. Mundurek wolno otworzył oczy i popatrzył na mnie z zastanowieniem.
- Bardzo bolało. Zgaduję, że nikt nigdy nie polał cię wrzątkiem. Ale wiesz, co było od tego gorsze? Po tysiąckroć gorsze - podniósł się i oparł na jednym skrzydle - że zostawili mnie tam, jak truchło. Przez ponad dwie godziny leżałem przywiązany do tych palików, przymarzając grzbietem do podłoża, do połowy w zamarzniętej wodzie, nie mogąc nawet się ruszyć. Jakbym już był martwy, Wrotycz. A ty poszedłeś wtedy z nimi - dokończył powoli, z czymś na kształt ledwo zauważalnego uśmiechu lekko mrużąc oczy, które ukazały wtedy wyraz, którego chyba nigdy wcześniej nie widziałem, patrząc na Mundusa. Za to wiele razy później.
- Czy jest coś, co mogę zrobić, żeby w jakiś sposób ci to odsłużyć? - zapytałem cicho, zaczynając być w pełni świadom swojej winy.
- Nie pytasz o to z przekonaniem, bo nadal nie wiesz, gdzie popełniłeś błąd. Ale wydaje mi się, że nie mam już niczego do stracenia, więc mogę wprost ci o tym opowiedzieć.
- O czym mówisz? - zapytałem zdezorientowany.
- O tym, czego nie dostrzegłeś do tej pory, przyjacielu.
Popatrzyłem na niego. Po tym wszystkim... na co pozwoliłem Ardytowi, wciąż był w stanie tak się o mnie zwracać?
- Szkoda, że nawet nie przeszło ci to przez myśl, ale Wilibór nie zginął przypadkiem. Jego śmierć była zaplanowana już dzień przed wysłaniem części wilków po kamienie na rozbudowę siedziby, gdy Ardyt zmienił skład grupy mającej się tym zająć. Przypominasz to sobie? A może przypominasz sobie, gdy przyszedłeś tego samego wieczora w miejsce, gdzie pracowałem z młodymi wilkami? Pamiętasz, o czym wtedy rozmawialiśmy?
Gdy przywołałem w pamięci naszą rozmowę z tamtej nocy, sierść zjeżyła mi się na grzbiecie. Pamiętam! Pamiętam te kilka zdań, które wypowiedział wtedy Mundus.

"Powiedzieć ci, co się stanie? Wiem, że masz dobrą pamięć, zapamiętasz moje słowa, ale widzę już, że niczego one w tobie nie zmienią. W przyszłości będą po prostu boleć..."
"Lubię mówić szczerze i prosto, ale tym razem mam swoje powody..."

Kogo innego w lidze Mundus mógł nazwać wtedy moim przyjacielem? Wilibór... że też nigdy wcześniej tego nie zauważyłem. Od zawsze był jedyną życzliwą mi duszą w tym gnieździe żmij.
Poczułem, że moje oczy zaczynają piec.
Czy dobrze rozumiem? Dzień przed śmiercią Wilibóra, mój przyjaciel... po prostu powiadomił mnie, że ona nastąpi?
- Bałeś się wtedy... powiedzieć mi tego wprost - wyrzekłem powoli. Wtem gdzieś w głowie usłyszałem i swoje słowa. Tak wyraźnie, jakbym wypowiedział ja przed chwilą.

"Teraz. Chcę usłyszeć to co wiesz, ale z jakiegoś powodu nie chcesz mi powiedzieć!"

- To, czego się wtedy bałem, spotkało mnie i tak.
Spuściłem wzrok, chociaż w głosie przyjaciela nie usłyszałem nawet cienia wyrzutu. On tymczasem kontynuował:
- Wrotuś, myślisz, że cokolwiek, co robili, nie było zaplanowane? Najpierw zażyczyli sobie, abyś sprowadził mnie do ich siedziby. Chodziło wtedy nie tylko o mnie, lecz przede wszystkim o ciebie, o to, byś dał im dowód spolegliwości. Potem wzbudzili w tobie uczucie zazdrości, którego nie potrafiłeś przezwyciężyć, ani przyznać się do tego sam przed sobą. Aż w końcu poszczuli cię na mnie jak tresowanego burka - powiedział chmurnie - ale, Wrotycz, nadal jesteś moim przyjacielem. I pewnie jeszcze wiele musiałbyś zrobić, żebym przestał cię za takiego uważać. Może niesłusznie, wyprowadź mnie zatem z błędu - bezradnym gestem rozłożył skrzydła - masz jeszcze szansę naprawić swoją pomyłkę sprzed godziny, zanim zorientują się, że nadal żyję.
Zacisnąłem szczęki. Mundus jakimś cudem wiedział o wszystkim. Właśnie wtedy nadeszło uczucie wstydu, spotęgowanej bolączki, która czekała przez wiele dni, by objawić się właśnie w tamtej chwili. Przypomniałem sobie wszystko, od początku do końca. Wszystko, w czym uczestniczyłem.
- Zaplanowane? Co zatem powiesz o propozycji i wszystkim, o czym mi dzisiaj mówili? - mruknąłem.
- Chcieli sprawdzić twoją reakcję na te zarzuty i dowiedzieć się, czy weźmiesz za to odpowiedzialność. Nic więcej. Dostrzegasz spójność? Przy okazji, wykorzystali parę zasad manipulacji. Wiesz, co to takiego?
- Nie, skąd miałbym wiedzieć - mruknąłem smętnie.
- O dokumentach, które przechowane były pod moim świerkiem wiedzieli zapewne dużo wcześniej. Dzisiaj w końcu nadarzyła się okazja do wykorzystania tej wiedzy. Ardyt zaproponował ci coś tak kuszącego, jak wstąpienie do elity wyszkolonych przez NIKL żołnierzy, najwidoczniej nie spotkało się to z entuzjazmem, którego się spodziewał. Dlatego musiał wzbudzić w tobie słuszne poczucie winy, by większe było prawdopodobieństwo, że podświadomie chcąc odpokutować zgodzisz się na jego warunki. Ponadto propozycja, jaką wcześniej ci złożył, będąc niedostępna, wydała się tym bardziej atrakcyjna.
Opuściłem głowę, westchnąwszy bezsilnie.
- Tak strasznie mi żal, Mundus. Żal mi czasu, który tu spędziłem. Żal mi Wilibóra, który zginął przeze mnie. I Ligreka, i ciebie...
- Spokojnie, z jakiegoś powodu jeszcze plączę się po tym świecie. A Wilibór? Zrzucili winę za jego śmierć na Ligreka, bo wiedzieli, że nie był on nikim, kto mógłby się im sprzeciwić. Samotnie przeciwstawić. Potem sprawy ułożyły się tak, że...
- Potem okazało się, że teraz jest was dwóch - westchnąłem.
- Teraz jest nas dwóch.
- Mundus, teraz jest nas trzech.

   C. D. N.

piątek, 9 lutego 2018

Od Palette CD Canay'a

Uśmiechnęłam się troszku złośliwie.
-No popatrz, jaką mamy zależność. Ja dostałam robotę do zrealizowania i przeszkadzałbyś mi trochę. Ale beze mnie się zgubisz- roześmiałam się cicho. Obróciłam się na łapie i już szłam- możesz ze mną iść ale nie plątaj się.
-Tak sobie pogrywasz?- Zapytał wyprzedzając mnie. Zatrzymałam się w przeciwieństwie do niego i znowu spadł z niewielkiej skarpy w śnieg. Wychyliłam się nieco nad wilkiem, aktualnie wygrzebującym się ze śniegu.
-Nie wiem czy miałeś okazje poznać zasady wycieczek ale nawet jeśli, to je przypomnę bo mogę. Najważniejsza bo pierwsza zasada: nie wyprzedzaj przewodnika bo źle skończysz- poinformowałam go czekając na wspomnianej skarpie.
-A jeśli mam inne plany i nie zamierzam się tyczyć wytycznych?- Warknął rozbawiony otrzepując się ze śniegu kiedy stanął obok mnie w końcu. Pochyliłam się ku niemu minimalnie.
-To musisz się liczyć z tym, że moje oprowadzanie będzie miało wiele przerw, podczas których będziesz miał bliskie spotkania, poznania, doznania, wstaw tu sobie dowolne inne słowo, z naturą- mruknęłam.- A znam wiele dobrych miejsc do takich wypadów, więc to działa na moją korzyść.
-Cwaniara- podsumował basior. Wzruszyłam ramionami.
-Mów sobie co chcesz, średnio mnie to obchodzi, co o mnie sądzisz.

< Canay? >

Od Palette CD Oleandra

Wraz z postanowieniem Oleandra, wszyscy skierowaliśmy się z powrotem na biesiadę, gdzie wszyscy na nasz widok wydali z siebie zadziwiający okrzyk radości. Gdy część usiadła, druga została porwana w rozmowy i tańce. Dalej pozostała dwójka odmawiała na coraz to następne utwory, dlatego wypadałoby pomaczać swoje palce w tym. Nawet nie musiałam nic mówić, co samotne i atrakcyjne wadery z WWN zaraz znalazły się przy naszych gościach. Zdawały się nabyć nadzwyczajną siłę, ponieważ dałabym sobie skleić ogony, że one ich jakby wytargały na parkiet kuszącymi spojrzeniami. Muzyka nabrała tempa, tym razem to moi rodzice wyskoczyli na środek robiąc furorę. No no no, oboje się nieźle ruszali, przyznałam to z dumą w sobie.
Zerknęłam kątem oka w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała tutejsza para przywódców. Znikli. Ktoś mnie w tej samej chwili złapał łagodnie za ramię ale ten ruch poznałam bez wahania. Obróciłam się i posłałam ojcu słodki uśmiech.
-Ojciec z córką nie zatańczy? To byłby grzech- powiedział teatralnie.
-Zważywszy na to, jak on śmiga po parkiecie ze swoją małżonką- odparłam tak samo na co oboje się roześmialiśmy.- Własnie, gdzie mama?
-Chwila przerwy- puścił mi tata oczko. Zaraz wskoczyliśmy między tańczącymi. Inne wilki widząc nasze kroki taneczne, cofali się o kilka kroków wstecz. Nie dlatego, że chciały przeżyć czy też uniknąć nabycia nowych urazów, po prostu wymiękali przy nas, nieskromnie mówiąc. Gdzieś na boku śmigła mi wkrótce sylwetka tańczącego Oleandra z Kamą, widocznie i on podchwycił pomysł.
-Odbijamy!- Zachichotała Kama może minutę po tym widoku.
-Wedle życzenia- uśmiechnął się ciepło ojciec przejmując za partnerkę moją przyjaciółkę.
-Wszystko pod kontrolą- powiedziałam ściszonym głosem tak by nowy partner, biały władca usłyszał. Kiwnął niezauważalnie głową.

< Oleander? >

środa, 7 lutego 2018

Od Oleandra CD Atarangi

- Nie - zaśmiałem się cicho - nie ma potrzeby wykorzystywania go teraz. Oczywiście mam na myśli twoją posadę. Jest przeznaczona do działań głównie podczas wojny, kiedy nasze oddziały potrzebują likwidatorów wybitnych jednostek, które mogłyby w jakiś sposób zaszkodzić nam w walce. Poza tą sytuacją, nie wtrącam się w działalność zawodowych morderców - rozłożyłem łapy - i nic mi do tego, chociaż nie popieram takich płatnych procederów...
- Rozumiem - odparła pokiwawszy głową Atarangi.
- Ale, ale - ściszyłem głos - moja droga, jeśli byłabyś tak miła i udała się na naszą zachodnią granicę, przespacerowała się tamtędy i sprawdziła, czy wszystko w porządku... sama rozumiesz, z naszym sąsiadem. Wataha Szarych Jabłoni, ostatnio siedzą podejrzanie cicho...
- Oczywiście - w oku wadery zapalił się pełen chęci do działania ognik. Uśmiechnąłem się na sam jego widok. Atarangi rzeczywiście wyglądała na pełną zapału do wykonywania swojej pracy.
- Czy mam iść również? - zza pleców wadery wyjrzała moja kochana córka, Kama, która stojąc przy wyjściu z groty, jeszcze przed chwilą patrzyła na padający na zewnątrz, gęsto jak, hm, mąka, śnieg.
- Nie ma chyba takiej potrzeby - zapytałem, z wahaniem, przenosząc wzrok na naszą morderczynię - nie należy chyba przeszkadzać w tak zobowiązującej pracy?
- Nie, dlaczego nie - zaprzeczyła pogodnie ciemna wilczyca - będzie mi miło, jeśli ktoś mnie tam zaprowadzi...
- A więc dobrze - uśmiechnąłem się - idźcie razem. Nie wiem, czy "Bawcie się dobrze" będzie najlepszym określeniem w tej sytuacji...
- Na pewno - zaśmiała się Kamusia - sprawdzimy, czy nie przekraczają naszych granic.
- Uważajcie na siebie - dodałem.
- Jesteśmy na swoich terenach, tato - odpowiedziała córcia - to oni powinni się bać!
Poszły. Zawilec został ze mną w jaskini, a po chwili nadeszła również Kanaa, moja najdroższa małżonka. Wieczór zapowiadał się naprawdę miło. Dopiero po upływie przeszło pół godziny zorientowałem się, że zapomniałem napomknąć Atarangi o tym, że od niedawna zawarliśmy pakt cichego porozumienia z kilkorgiem członków WSJ... ale nieważne, pewnie nie potrzeba o tym wspominać. Co złego może się w końcu może stać? "Przecież nie będą ich torturować!" - zaśmiałem się sam do siebie, w duchu, powracając do miłego spędzania sielankowego czasu z pozostałą częścią rodziny.

< Ataranguś? >

Od Wrotycza CD Rachel

- Coś się znajdzie - powtórzyłem raz jeszcze - nie musisz od razu uciekać.
- Tak właśnie myślałam - pokiwała głową wadera - kiedy mogę na nie liczyć? - zapytała, a w jej głosie dosłyszałem lekko poganiający ton.
- Jutro - podniosłem głowę, wbijając wzrok w Rachel.
- Późno - odrzekła lakonicznie.
- Więc może być jeszcze dzisiaj wieczorem - westchnąłem ciężko, podnosząc się ze swego miejsca - przyniosę tu coś, jeśli znajdę.
- Świetnie, będę czekać - ziewnęła wilczyca, po czym przeciągnęła się i popatrzyła na mnie z wyczekiwaniem, znów usiadłszy. Pokiwałem głową i wyszedłem, kończąc tą mało rozbudowaną dyskusję. Pierwsze kroki postawiłem nieco bezmyślnie w kierunku lasu, lecz po kilku chwilach zorientowałem się, że ani farb, ani płótna nie znajdę nigdzie indziej, jak we wsi. Wilki nie mają przecież takich rzeczy - skrzywiłem się w duchu. No nic, najwidoczniej taka fanaberia jednej z naszych członkiń, trzeba postarać się ją spełnić. Ale jak...?
Westchnąłem po raz kolejny i skierowałem się w stronę siedziby ludzkiej. Bywałem już tam, zdarzało mi się nawet przynieść jakąś drobną zdobycz, jak wtedy, gdy wraz z Kamą i Zawilcem ganialiśmy ptactwo mieszkające wraz z ludźmi.
Z płótnem nie poszło nawet trudno, jakieś duże, śnieżnobiałe wisiało w jednym z otwartych okien małej, drewnianej chatki. Bez namysłu ściągnąłem je stamtąd i uniosłem dalej. Nikt nawet nie zauważył mojego wybryku, toteż spokojnie mogłem oddalić się i poszukać farb. Farb? Z tym już gorzej. No nic, poszukam.

< Rachel? Jak przemyślenia po spotkaniu pierwszego członka WSC? xD >