piątek, 11 kwietnia 2025

Od Aidena CD. Oxide - "Yin Yang" - cz.7

    Ich futra zdążyły już wyschnąć po zabawie w wodzie, choć wciąż pachniały wilgocią i liśćmi. Słońce sączyło się przez koronę drzew, rzucając na ściółkę złote smugi światła, które tańczyły na ich grzbietach przy każdym kroku. Leśne powietrze pachniało żywicą, chłodem porannej rosy i czymś jeszcze – obietnicą zbliżającego się wieczoru. Szli wolno, nieśpiesznie, ścieżką wydeptaną przez dzikie zwierzęta, gdzieś w kierunku terenów watahy Chabrów. Aiden szedł przodem, jego łapy stąpały pewnie po miękkim mchu, kiedy nagle z jego brzucha wyrwał się głęboki, przeciągły warkot – niski, surowy, niemal pierwotny, jakby nie był zwykłym wilkiem, lecz uśpionym od wieków potworem budzącym się do życia. Oxide aż podskoczyła, zaskoczona tym dźwiękiem. Jej fioletowe oczy rozszerzyły się lekko, pełne niedowierzania, zanim i jej brzuch nie dał o sobie znać – tyle że z jeszcze większym zapałem. Echem odbiło się to w ciszy, która jakby nagle zgęstniała między drzewami.

    — No tego to się nie spodziewałem — mruknął Aiden, unosząc nieznacznie łuk brwi i zerkając wokół z czujnością godną drapieżnika. Jego zielone oczy lśniły, jakby mogły dostrzec więcej niż tylko to, co widać.

    Zamilkli na moment. Las wydawał się zbyt cichy.

    — Zapomniałam ci wspomnieć, że po tym ziole zawsze... — zaczęła, ale urwała, kiedy jego łapa delikatnie, acz stanowczo zakryła jej pysk.

    Nie zbeształ jej, nie spojrzał karcąco. Po prostu zniżył łeb ku ziemi, skupiając się. Jego nozdrza zadrżały.
    Sarna? Nie. Zapach był cięższy, bardziej głęboki. Samica jelenia – może młoda, może osłabiona. Cokolwiek to było, było blisko. Głód podsycał jego zmysły, jakby nagle każdy liść, każdy powiew wiatru niósł ze sobą jakąś tajemnicę. Aiden uniósł nieco pysk, uśmiechnął się pod nosem i rzucił krótkie, gardłowe:

    — Chyba coś mam.

    Brzmiał prawie jakby zapraszał do tańca. Ruszył w stronę zapachu, płynnie, bezszelestnie, jak cień przesuwający się między pniami. Oxide nie potrzebowała słów, by wiedzieć, że ma iść za nim.
    Szła dokładnie w jego ślady, łapa w łapę, niosąc się lekko, niemal jak cień przyklejony do jego boku. Z przodu – masywny basior, wielki niczym skała, zdolny osłonić ją całym sobą. Z tyłu – ona, cicha i czujna, gotowa na wszystko. Gdyby spojrzeć na nich z przodu, dostrzegłoby się tylko jego sylwetkę, jakby sam maszerował przez las. 

    Ale przecież było ich dwoje.

    Las wokół zdawał się wstrzymywać oddech. Gdzieś w oddali zakrakała wrona, a gałązka trzasnęła pod łapą zająca, który przemykał tuż pod paprociami, nieświadomy obecności drapieżników. Liście szeptały coś w języku wiatru, a mech pod łapami sprężynował miękko, nie zdradzając żadnego z ich kroków. Wadera zmarszczyła nieznacznie pysk, zbliżając się jeszcze bardziej do Aidena. Jej spojrzenie spoczęło na nim, jakby chciała przebić się przez tę powłokę milczenia i ciszy, która zawsze go otaczała.     Przesłała mu myśl – delikatną, miękką, niemal szeptem:

    "Co to jest? Sarna? Zając? Będzie kolacja?"

    Przez krótką chwilę Aiden nie odpowiedział. Zatrzymał się, unosząc głowę nieco wyżej, jakby coś analizował. W jego oczach pojawił się ten znajomy błysk – ten, który zdradzał, że usłyszał wszystko, choć nie musiał nic mówić. Kącik jego pyska uniósł się ledwo zauważalnie w kpiącym, ale łagodnym uśmiechu.

    "Skup się, Oxide."

    Jej uszy zadrgały nieznacznie. To nie było karcenie – raczej zachęta. Jego głos w jej głowie był chropawy, ciepły i z jakiegoś powodu – uspokajający. Podobnie jak sposób, w jaki zbliżył się do niej bokiem, ocierając się futrem o jej bok jakby przypadkiem. Ciepło jego ciała było niemal namacalne, żywe.

    Zamknęła na chwilę oczy.

    I wtedy to poczuła.

    Wilgotna ziemia. Gnijące liście. Ślady racic, jeszcze ciepłe, głęboko wciśnięte w miękką darń. I ten zapach – słodki, lekko gryzący nozdrza... Samica jelenia, młoda, być może ranna. Zgubiła się? A może oderwała od stada. Była niedaleko, bardzo niedaleko.
    Oxide otworzyła oczy, zaskoczona intensywnością doznań. Spojrzała na Aidena, który już na nią patrzył. W jego oczach zatańczyło coś pomiędzy rozbawieniem i czymś jeszcze.

    — No i? — zapytał cicho, tym razem na głos.

    Oxide nie odpowiedziała od razu. Uśmiechnęła się, jakby właśnie rozwiązała jakąś zagadkę i dumnie uniosła pysk.

    — Będzie kolacja.

    Aiden skinął głową, a potem znów ruszył przed siebie – cicho, płynnie, jak blask księżyca przemykający po powierzchni jeziora. Oxide podążyła za nim, z nosem blisko ziemi, tym razem czując już wszystko sama.

    Zbliżali się do swojej zdobyczy. Cicho. Bez pośpiechu.

    Dotarli na polanę, gdzie mech ustępował miejsca trawie, a zroszone liście błyszczały w nocnym, delikatnym świetle niczym płatki szkła. Aiden zatrzymał się tuż przy linii drzew. Powietrze było napięte, ciężkie od zapachu zdobyczy. Jelenica pasła się niespiesznie, od czasu do czasu zadzierając łeb i strzygąc uszami. Była młoda, czujna, ale nieświadoma tego, że śmierć już na nią patrzy.

    Oxide znieruchomiała i obserwowała Aidena.

    Był jak cień. I to było najlepsze określenie. Jak wilk utkany z mgły i cieni, bezgłośny i nieuchwytny. Każdy jego krok miał znaczenie, każde napięcie mięśni pod grubym futrem przypominało taniec pradawnej siły. Widziała, jak jego oczy błyszczały zielenią, a ogon uniósł się lekko, gotów do sygnału.
    Podziwiała go. Nie tylko za precyzję, instynkt, opanowanie… ale za to, kim był. Zazwyczaj cichy, stanowczy, nieprzenikniony – i jednocześnie obecny. Nawet teraz, pochłonięty tropem, nie czuła się przy nim samotna.

    Zadrżała lekko, czując, jak jej serce zaczyna bić szybciej – nie tylko z podniecenia polowaniem.

    Aiden spojrzał na nią przez ramię. Ich spojrzenia się spotkały. Nie potrzebował słów. Ona już wiedziała. Czas.

    Jak na niewidzialny sygnał, ruszył naprzód – nie sprintem, a pełnym gracji, złowrogim ruchem drapieżcy, który już wie, że wygrał. Jelenica zadrżała, podniosła łeb, ale zanim zdążyła zareagować, Aiden był już niemal przy niej – jego łapy niemal nie dotykały ziemi.
    Oxide wystrzeliła za nim, zaskakująco lekka, niemal równie szybka. Działała instynktownie, zgrabnie skracając dystans od boku. Jelenica rzuciła się do ucieczki, ale było za późno – pułapka się zamknęła. Basior wyskoczył pierwszy, uderzając ciężarem ciała i zębami w bok zwierzęcia. Upadli razem z tępym, mokrym dźwiękiem. a wilczyca dopełniła dzieła – dopadła szyi jelenicy, kończąc jej bieg czystym, szybkim ruchem.

    Przez chwilę panowała tylko cisza. Prawdziwa, głęboka, przesiąknięta zapachem krwi i pary unoszącej się z ciepłego ciała. A potem ciężki oddech Aidena. Jej własny, nierówny. Spojrzała na niego – jego pysk był umazany czerwienią, oczy świeciły jak ogień.

    On też na nią spojrzał.

    I w tym spojrzeniu była więcej niż tylko duma ze wspólnego polowania. Było coś jeszcze – coś, co rozgrzało ją od środka. Może to było krótkie spojrzenie. Może ledwie uchylenie pyska, jakby chciał coś powiedzieć. Ale Oxide to poczuła. Całą sobą.
    Stanęła obok niego, ich futra niemal się dotykały, a serca biły w tym samym rytmie – szybszym, żywszym, dzikim.

    — Dobrze poszło — szepnęła cicho, ledwo słyszalnie. Ale wiedziała, że usłyszy. On zawsze słyszał.


୧‿̩͙ ˖︵ ꕀ⠀ ♱⠀ ꕀ ︵˖ ‿̩͙୨


    Czas zatarł ostre kontury polowania, zostawiając po nim tylko zszarpane mięśnie, krwawe plamy w trawie i bielące się kości jelenicy. Oxide leżała na boku, z pyskiem opartym o przednie łapy, zadowolona, syta, zmęczona w tym najlepszym znaczeniu. Jej brzuch unosił się w rytmie spokojnego oddechu, a na pysku błąkał się półuśmiech.
    Aiden siedział niedaleko, plecami do niej, spoglądając gdzieś w ciemniejący las. W świetle księżyca jego sylwetka zdawała się większa, bardziej nierealna. Na futrze osiadała cicha, niemal niezauważalna mgła — ciemna, jakby utkano ją z cieni. Wirowała leniwie, niegroźna, miękka, otulająca jego kark i łapy jak delikatna poświata koszmaru. Oxide spojrzała na to z milczącym zdumieniem, ale nie z przerażeniem. Ta ciemność nie wydawała się jej straszna. Była częścią niego.

    — Często tak się dzieje? — zapytała cicho, przerywając ciszę.

    Aiden nie odwrócił się od razu. Westchnął cicho, niemal niezauważalnie.

    — Od jakiegoś czasu. To koszmary. — odpowiedział, jakby to była rzecz oczywista. — Dzieje się tak przy silnych emocjach. Jak jestem bardzo spokojny, bardzo zły, albo... — urwał, wzruszając ramionami.

    — Albo? — podjęła z delikatnym uśmiechem.

    Spojrzał przez ramię, zielone oczy spotkały się z jej spojrzeniem.

    — Albo, gdy jestem z kimś, kto sprawia, że przestaję myśleć o wszystkim innym — powiedział wolno. — Wtedy to się dzieje. Mgła. 

    Przez chwilę trwało między nimi tylko ciche cykanie świerszczy i szept poruszanych liści. Oxide przysunęła się bliżej, nie naruszając tej delikatnej atmosfery, tylko pozwalając, by ich łapy lekko się zetknęły.

    — Czyli to moja wina, że wyglądasz teraz jak sen o demonie? — zażartowała szeptem.

    Aiden parsknął krótkim, gardłowym śmiechem.

    — Może — rzucił cicho, nie patrząc już na nią, ale wyraźnie rozbawiony.

    Mgła zatańczyła wokół jego karku, oplatając go jak cień, który nie chciał odejść.

    — Kolacja była dobra — dodała Oxide, wpatrując się w świecące niebo. — Ale to, co po niej, chyba jeszcze lepsze.

    — Mówisz o tej mgiełce czy o moim towarzystwie?

    — O tym, że czuję się… spokojna. — Spojrzała na niego kątem oka. — Z tobą.

    Aiden nie odpowiedział od razu. Po prostu przysunął się nieco bliżej. W jego obecności wszystko wydawało się bardziej... prawdziwe. Cisza nie była ciężarem. A księżyc — obserwatorem czegoś, co dopiero zaczynało się dziać. Westchnął lekko, przesuwając wzrok z księżyca na nią.

    — Nie zawsze to kontroluję. Ta mgła... pojawia się, kiedy czuję więcej, niż jestem w stanie powiedzieć.

    Zamilkł na chwilę, jakby ważył słowa.

    — Przy tobie jest inaczej, Oxide. — dodał. — Jakby coś w moim wnętrzu przestawało się bronić. Jakbym wreszcie... oddychał.

    Jej spojrzenie zeszło na jego łapy. Czuła, jak jej serce zaczyna bić szybciej, zupełnie bez powodu. Albo właśnie z bardzo ważnego powodu. Podszedł jeszcze bliżej, aż ich futra się zetknęły. Delikatnie, bez nachalności.

    — Nie wiem, kiedy to się stało. — Jego głos był cichy, ale wyraźny. — Ale myśl o tym, że mogłabyś znowu odejść, stała się gorsza niż jakikolwiek koszmar, który kiedykolwiek widziałem.

    Jej oczy zaiskrzyły się w świetle księżyca. I przez długą chwilę nie odpowiedziała. Po prostu wpatrywała się w ziemię, jakby jego słowa nie miały prawa się wydarzyć.

    — Aiden... — zaczęła cicho, a potem pokręciła głową. — Nie możesz tak mówić.

    — Dlaczego?

    — Bo to się nie uda — powiedziała nagle, z nutą gorzkiej determinacji w głosie. — Bo ja... nie jestem tym, czego szukasz. Jestem bałaganem, cieniem po kimś, kto kiedyś może był wart zaufania. I... nikt mnie nie wybiera. Nigdy.

    Zamilkła. Księżyc wspiął się wyżej, a światło wokół nich nabrało chłodnego, srebrzystego odcienia. Mgła wokół Aidena zawirowała mocniej, jakby jego emocje przesiąkały do powietrza.
    Nie zrobił kroku w tył. Ani nie zaprzeczył. Po prostu siedział naprzeciwko niej,.

    — Może właśnie dlatego cię wybrałem. — odrzekł łagodnie.

    Oxide odsunęła się o krok, jakby jego słowa oparzyły ją w miejscu, w które nie byłoby już opatrunku.

    — Nie mów tak — rzuciła zbyt szybko, zbyt gwałtownie. Jej łapy drżały lekko, choć starała się tego nie okazać. — Ty jesteś... ty jesteś spokojny. Silny. Wiesz, czego chcesz. A ja? Ja jestem... chaosem, Aiden. 

    Przestępowała z łapy na łapę, szukając ucieczki, choć nie było żadnego zagrożenia.

    — To się nie uda. Jesteśmy zbyt różni. My... 

Aiden przyglądał się jej uważnie, bez osądu. Zrobił krok w jej stronę. Potem drugi, aż przerwał jej i nie dał dokończyć zdania.

    — Jesteśmy jak yin i yang, Oxide. I dlatego uważam, że do siebie pasujemy.

    Oxide zadrżała, wciąż nie patrząc mu w oczy.

    — Ale co, jeśli cię zawiodę? Co, jeśli... zniknę?

    — Wtedy cię znajdę — odparł bez wahania.

    Cisza, jaka zapadła po tych słowach, była inna. Nie już nie lękliwa. Była ciężka od znaczeń, od powietrza naładowanego czymś, co dopiero się rodziło. Uniosła głowę powoli, a jej fioletowe oczy wreszcie odnalazły jego.

    — Dlaczego? — zapytała tylko.

    — Bo chcę mieć cię przy sobie, zbudować na tym przyszłość. Oxide, widzę, że myślisz o tym ponownie, chciałbym, abyś dopuściła to do siebie.

    Aiden zniżył pysk, jakby jego słowa były zbyt kruche, zbyt prawdziwe, by wypowiedzieć je z pełną siłą.

    — Nie chcę wywierać na tobie presji, tylko chcę do ciebie dotrzeć. Też mam chaos w głowie, Oxide. — Jego głos brzmiał cicho, ale głęboko. — I ty zrobiłaś mi w nim mały nieporządek.

    Zatrzymała się. Zaskoczona. Zdezorientowana. Jakby ktoś rzucił kamień prosto w taflę jeziora jej niepewności.

    — Po tym, jak zniknęłaś bez słowa... — kontynuował, patrząc w ogień jej spojrzenia — ...nie mogłem przestać myśleć, czy wszystko u ciebie w porządku.

    Jej uszy drgnęły. Powoli przestawała walczyć.

    — Zajęło mi to sporo czasu, żeby zrozumieć, dlaczego to aż tak bardzo mnie ruszyło.

    Westchnął, spuszczając wzrok na ziemię, na rozrzucone kości, na plamę zaschniętej krwi.

    — Mam ochotę cię do siebie przywiązać. Żebyś już nigdy mi tak nie znikała.

    Przerwał. Cisza zadrżała. A potem, równie cicho, dodał:

    — A z drugiej strony… chcę ci dawać tę wolność, której - mam wrażenie - pragniesz najbardziej na świecie.

    Oxide patrzyła na niego długo. W jej oczach szkliste światełka księżyca topiły się powoli w czymś, czego sama nie umiała nazwać. Jej serce biło szybko, nierówno.

    — Dlaczego ty... — urwała, zamykając na chwilę oczy, jakby szukała słów. — Dlaczego ty mnie tak widzisz?

    Aiden zbliżył się jeszcze bardziej, tak że niemal czuła ciepło jego futra.

    — Bo już cię trochę znam i każda cząstka ciebie wkrada mi się do głowy. To twoja sylwetka pojawia mi się w głowie kiedy śnię koszmary i nie mogę z nich się uwolnić. To ty mnie z nich wyciągasz, to nie może być przypadek.

    Oxide nie odpowiedziała od razu. Stała tylko, patrząc na niego, a jej oddech stawał się płytszy, jakby bała się, że każdy dźwięk zepsuje to co się między nimi budowało. Cholera, po paleniu te emocje były ławiejsze do zniesienia, a teraz... czuła, że ma lekki zjazd.
    W świetle księżyca jej fioletowe oczy połyskiwały, jakby nosiły w sobie burzę, której nie mogła już dłużej ukrywać. Aiden zrobił jeszcze jeden krok — bliski, lecz nie nachalny. Jego postawa, choć potężna, była spokojna, łagodna… prawie ostrożna. 

    Delikatnie, z szacunkiem, pochylił głowę i musnął jej nos swoim nosem — krótko, prawie nieuchwytnie. Tak subtelnie, że mogłaby pomyśleć, że to był tylko powiew wiatru… gdyby nie ciepło, które po sobie zostawił.

    — Chciałbym wiedzieć jak ty mnie widzisz. — wyszeptał.

    Jego głos był niski, trochę ochrypły, jakby bał się, że to pytanie coś zmieni. Że ją spłoszy. Że to, co powie, rozpadnie się pod ciężarem prawdy. Ale musiał to wiedzieć.
    Oxide wciąż milczała, lecz jej łapy przesunęły się odruchowo o krok bliżej, zostawiając między nimi zaledwie oddech. Jej serce waliło jak oszalałe, a w głowie kłębiły się myśli — wszystkie za głośne.

    Czy chciałaby mu odpowiedzieć? Czy potrafiłaby?
    Czy chciałaby mu się oddać — tak, jak jeszcze nikomu?

    Stała w milczeniu, jej serce biło mocniej, a oddech stał się płytki. Zadrżała, nie z zimna, ale z tej intensywności chwili. Zatrzymała się na moment, jakby próbując zrozumieć, co się właśnie dzieje, czując ten dziwny niepokój w sobie. Nigdy nie pozwalała sobie na zbliżenie, na coś, co by mogło wyjść poza zwykłą przyjaźń czy więź. A jednak coś w tej chwili sprawiało, że nie mogła tego zignorować.
    Basior był blisko niej, jego obecność napełniała ją czymś, co było jednocześnie nieznane i dziwnie kojące. Kiedy musnął jej nos, poczuła jakby coś w niej drgnęło, jakby ten gest zamienił coś w jej wnętrzu. To było jakby przypomnienie o czymś, co kiedyś w niej było, o emocjach, które tak długo starała się trzymać na dystans.

    — Jak... jak cię widzę? — Zaczęła niepewnie, w jej głosie było coś, co brzmiało jak strach, ale też delikatna ciekawość. Zacięła się na chwilę, nie wiedząc, czy potrafi wyrazić to, co czuje.

    Patrzyła na niego, jego zielone oczy były pełne czegoś, czego nie potrafiła opisać, ale co czuła coraz wyraźniej.

    — Widzę cię... — Zastanowiła się przez chwilę, szukając odpowiednich słów. — Jako kogoś, kto nie pasuje do tego, co znam.

    Aiden patrzył na nią uważnie, nie przerywając jej.

    — Kogoś, kto… sprawia, że czuję się inaczej. Ale nie wiem, czy jestem gotowa, żeby to wszystko zaakceptować — dodała z wahaniem, jej oczy unikały jego spojrzenia.

    Milczał przez chwilę, a potem jego głos zabrzmiał cicho, pełen ciepła, ale i zdecydowania.

— Przepraszam, że namieszałem ci w głowie... Ale nie musisz się bać.

    Oxide poczuła, jak coś w jej piersi staje się cięższe, ale jednocześnie bardziej lekkie.

    — Co jeśli to wszystko się rozpadnie? — zapytała z wahaniem, jej głos drżał, jakby nie była pewna, czy chce usłyszeć odpowiedź. — Co jeśli to, co jest między nami, nie wystarczy?

    Delikatnie wstrzymał oddech, jakby dając jej przestrzeń, by poczuła to, co mówił.

    — Chciałbym ci pokazać, że pasujemy do siebie. — Jego głos był ciepły i spokojny, ale pełen pewności. 

    Spojrzała na niego znowu, czując jak jej dudniące serce powoli zaczynało zwalniać. Była to mieszanka strachu i nadziei, ale mimo to... poczuła, że zaczyna w nią wstępować coś nowego. Coś, co pozwoli jej spróbować.

    — Naprawdę myślisz, że pasujemy? — zapytała w końcu, czując, jak jej serce bije szybciej.

    Aiden odpowiedział jej tylko uśmiechem, delikatnym i szczerym, jakby wiedział, że to wszystko zaczyna nabierać sensu.

    — Tak, właśnie dlatego, że jesteś tym bałaganem, którego potrzebuję. I wiem, że razem możemy to wszystko ogarnąć. Zaufaj mi.

    Wzięła głęboki oddech, czując jak lęk zaczyna z niej opadać, a na jego miejsce wchodzi ta nowa siła, nowe poczucie... że może być inaczej. I że może to zadziałać. Zamiast odpowiedzi, po prostu spojrzała na niego, a jej oczy mówiły to, czego słowa nie potrafiły uchwycić.
    Coś w nim, w jego słowach, w sposobie, w jaki ją traktował, rozbrajało ją i sprawiało, że czuła się bardziej... bezpieczna. Zanim zdążyła pomyśleć, oparła głowę na jego boku, a potem wcisnęła się pod jego szyję, czując jego ciepło. Zamknęła oczy, czując, jak jego zapach wypełnia ją, jakby był czymś, czego potrzebowała od zawsze, choć nie potrafiła tego wcześniej rozpoznać. Nie wiedziała, co dokładnie sprawia, że tak się czuje, ale to było... jakby zderzenie dwóch światów, dwóch żywiołów. Czuła jego obecność, silną i pewną, a jednocześnie jakby była z nim w przestrzeni, której nie rozumiała, ale którą chciała zgłębiać. Aiden delikatnie położył łapę na jej plecach, przyciągając ją jeszcze bliżej, jakby chcąc jej dać jeszcze większą pewność, że wszystko będzie w porządku.

    — Nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię skrzywdził — szepnął, jego głos był niskim, miękkim szeptem, który rozbrzmiewał w jej uszach, jak obietnica.

    Oxide uniosła głowę, spojrzała na niego z lekkim uśmiechem, ale jej oczy były pełne tej samej mieszanki niepokoju i... absurdalnego spokoju, które czuła w jego obecności.

    — Potrafię o siebie zadbać — odpowiedziała cicho, nie chcąc wydawać się słabą, ale nie potrafiła powstrzymać tej drobnej niepewności w głosie. 

    Zaśmiał się cicho, a ten dźwięk był ciepły i pełen zrozumienia.

    — Doskonale o tym wiem — odpowiedział, jego głos niósł lekką nutę żartu. — Ale wiesz, każdy z nas potrzebuje kogoś, kto będzie na niego czekał. Kogoś, kto sprawi, że świat nie wydaje się aż tak bezlitosny. A ty, Oxide... Jesteś dla mnie tym kimś.

    Oxide milczała przez chwilę, przyglądając się mu z mieszanymi uczuciami. Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej, szukając ciepła w jego bliskości, nie wiedząc, co z tym wszystkim zrobić. Wszystko w niej mówiło, że to jest właśnie to, czego potrzebuje, ale też miała wrażenie, jakby wciąż stawiała pierwsze kroki na nieznanym terytorium.

    — Nie musisz się martwić — powiedział spokojnie, czując, jak w jego sercu zaczyna rosnąć ta sama pewność, którą próbował jej przekazać. — Ja będę tu, Oxide. I nigdy cię nie zostawię.

Była mu wdzięczna za to, że był obok, za to, że jej zaufał i pozwolił, by coś w niej się zmieniło. Uśmiechnęła się lekko, po czym ponownie schowała twarz w jego futrze, czując, jak wszystko wokół niej staje się spokojniejsze, chociaż chaos w jej głowie wciąż istniał. Jednak teraz miał dla niej inne znaczenie — nie był już tylko czymś, co ją przytłaczało, ale stał się częścią tej dziwnej, ale szczerej relacji.


<Oxide?>

czwartek, 10 kwietnia 2025

Od Hiekki - Opium, Ballada Szklana


Na skraju bagien, gdzie cisza upojna
Mieszkała Rublia — czapla dostojna.
Nie dla ozdoby, nie dla zachwytu,
Lecz z myślą ostrą jak lód w błękicie.
Błękitno-szare było jej pokrycie.

Diri diri daj,
tańcz na kruchym lodzie.
Diri diri daj,
wszystko pęka w zgodzie.

Emocje silne ptakiem targały,
Lecz zrozumieć się rublii nie dały.
Czy to miłość była czy nienawiść?
Nienawiść do kogo, spytać można.
Do siebie samego czy do przyjaciela, wroga?
Do swoich piór utkanych z lodu?
Że nie są ciepłym futrem burego koloru?

Diri diri daj,
tańcz na brzegu łez.
Diri diri daj,
nie pytaj: "po co jest?"

Niech dadzą mi futro, niech odbiorą skrzydła,
Niech moje pióra w błoto wrosną.
Za jedną noc przed wiosną.
Oddam niebo, oddam wszystko.”
Ale bogowie śmiali się krótko:
Żar szybko stopi twoje lico i piórko
Śnieżny lodowcu, niszcz w drobny mak,
To co w najskrytszych sobie wyśniłeś snach.
Więc nie dali mu ciała — dali mu głód i strach.

Diri diri daj,
Pusty ceglany gmach.
Diri diri daj,
Zapomnij o ułudy grach. 



- notes Hiekki

środa, 9 kwietnia 2025

Od Hiekki - ,,Bajka o Wilku i Dziku”

Wilk zamiast pracować, wolał zabawę
I spędzał czas pijąc w radosnym szale.
Nie myślał o zimie, nie martwił się wcale,
Gdy inni pracowali, on miał wciąż bale.
Pod słonkiem rześkim, w chłodnym cieniu,
Spędzał każdy dzień przy swoim kamieniu.

A dzik, przyjaciel wilka, nie taki wesoły,
Myślał o zimie, do pracy więc skory.
Ze swoją rodziną myśląc w przód,
Trufli szukali na mrozy i głód.
Żołędzie, kasztany, larwy robali,
Dżdżownice, oseski, jagody zbierali.

Zima przyszła szybciej, niż wilk się spodział
Nie miał zapasów, nic sobie nie schował.
Jaskini nie znalazł, czapki nie odział.
Aż w końcu pomyślał: „Dzik mi pomoże.
Będzie ciepło w jego ciasnej norze.
Poszedł do niego, cicho, niepostrzeżenie,
A w jego sercu rosło palące pragnienie.

Znalazł przyjaciela w jamie zaspanego
A wilk bez litości rzucił się na niego.
Zjadł wilk dzika, bez chwili wahania,
Głód go zmienił nie do poznania.
Zapomniał wnet o ich wspólnej przyjaźni,
Bo w obliczu śmierci, tylko śmierć wilkowi w jaźni.

-,,Poematy swawolne”, notes Hiekki

wtorek, 8 kwietnia 2025

Od Oxide CD. Aidena - "Yin yang" - cz.6

 Oddech powietrzem, co niesie mnie bezwonnie

Ale moje nozdrze czuje w nim zapach wspomnień 

Słońce leniwie zawisało nad koronami drzew, zalewając polankę miękkim, złotym światłem. Trawy kołysały się pod wpływem lekkiego wiatru, a gdzieś z oddali dolatywało ćwierkanie ptaków, jakby cały świat właśnie też sobie odpoczywał. Byli tylko oni — teraz już rozciągnięci na trawie, łapy porozrzucane jak u dwóch wilczych bezkręgowców, futra z lekka potargane przez to, że chwilę wcześniej tarzali się śmiejąc.

A teraz? Teraz leżeli w trawie i oboje patrzyli na niebo z wyrazem niezmierzonego zdumienia.

— Czy ty też... widzisz chmurę w kształcie królika? — zapytała Oxide z powagą, która nie miała prawa istnieć w kontekście jej rozkojarzonych oczu i lekkiego uśmiechu rozciągającego się od ucha do ucha.

— Tak, ale... ten królik patrzy na mnie z dezaprobatą. — jego głos był głęboki i całkiem serio. — Jakby wiedział, że kiedyś zjadłem jego brata.

Zamilkli. A potem wybuchli takim śmiechem, że aż spłoszyli pobliską sójkę. Oxide zwinęła się w pół, trzymając się za brzuch, łzy napływały jej do oczu, choć sama nie wiedziała już, czy to bardziej przez śmiech, czy przez to, jak cholernie dobrze się teraz czuła.

— Przysięgam — sapnęła — jakby ten świat nagle zrobił się... lżejszy. Jakby ktoś zdjął mi z karku plecak z kamieniami i dał... no nie wiem… — spojrzała na niego z rozmarzeniem — poduszkę z mchu i święty spokój.

On tylko patrzył na nią z półuśmiechem. Potem pochylił się, delikatnie dotknął nosem jej czoła i mruknął:

— Zasługujesz na spokój. I na królika bez osądzającego spojrzenia.

Oxide zarechotała, po czym niespodziewanie wskoczyła na niego, przygniatając go do trawy.

— Ty głupi futrzaku, czemu zawsze musisz być taki słodki właśnie wtedy, gdy próbuję być poważna?

— To talent. Wrodzony. — uniósł łapę jak do przysięgi, po czym objął ją nią i przyciągnął bliżej. — No i... jakby nie patrzeć, wyglądasz teraz jak najpiękniejsza kulka trawy z pyskiem.

Leżeli tak przez chwilę, spleceni, rozdygotani od śmiechu, upojeni zapachem wiosny i zioła, aż w końcu wszystko się uspokoiło. Świat został tylko dla nich — pełen chmur-królików, beztroskich dotknięć i tego niesamowitego uczucia, że w tej chwili, na tej polance, byli dokładnie tam, gdzie powinni.

Mogłoby się wydawać, że żadne z nich nie było teraz sobą, znając swoje wzajemne, tak niesamowicie ciężkie i wciąż tajemnicze mimo wszystkich przeżytych ze sobą przygód charaktery – tak zupełnie inne pod wpływem bliżej niezidentyfikowanej rośliny. Tak wylewni, bezpośredni i czuli wobec siebie, jakby nie istniał wstyd i bariery, które do tej pory nie pozwalały im na wykonanie głębszych gestów wyładowanych po brzegi wzajemną sympatią. Ciepłe popołudnie miało w sobie coś sennego, coś leniwego, jakby świat sam zapadł się w przytulne przeciągnięcie.

— Mam ochotę iść na plażę — wymamrotała, zerkając do góry, jakby tam, wśród chmur-królików, leżała mapa. — Może tam znajdziemy muszle, albo... nie wiem... własne odbicie duchowe w kałuży.

Aiden przewrócił się na bok, jednocześnie zrzucając ją na trawę i teraz patrzył na nią z rozbawieniem.

— Albo wielkiego kraba, który mówi tylko prawdę i zna twoje największe sekrety. — przymrużył oczy. — Będzie miał imię... Stefan.

— Stefan Krab-Wyrocznia. Brzmi jak ktoś, z kim nie chciałabym się kłócić.

— On nie kłóci się. On wie. A jego szczypce... są metaforą egzystencji.

Znowu wybuchli śmiechem, aż Oxide niemal się zakrztusiła. Przekręciła się na brzuch, zerwała z ziemi i podskoczyła w miejscu z dziwną energią, której nawet nie próbowała tłumaczyć.

— No to idziemy. Chcę znaleźć Stefana. I... może trochę się popluskać.

— Ty? — spojrzał na nią z niedowierzaniem. — Przecież ty nienawidzisz wody. Przynajmniej nie od…

— To prawda — rzuciła przez ramię, idąc przed siebie z zawadiackim uśmiechem — ale dziś czuję się jak... płyn. Jak fala.

Aiden sapnął i ruszył za nią, w ostatniej chwili łapiąc w zęby bongo za sznurek, Oxide była tak pochłonięta, że niemal zostawiłaby je bez opieki. I tak ruszyli w drogę, pozostawiając za sobą polankę pachnącą śmiechem i dymem. Droga na plażę wschodnią prowadziła przez zagajnik i łąki pełne dmuchawców. Co chwila któreś z nich chuchało w kulkę nasion, wypowiadając życzenia o absolutnie nieprawdopodobnym charakterze.

— Chciałbym móc mówić językiem ptaków.

— A ja... — zamyśliła się Oxide — chciałabym mieć łapy, które robią naleśniki.

— Czym są naleśniki?

Wadera zastrzygła uchem i spojrzała teatralnie w niebo, jakby tam szukała odpowiedzi.

— Nie mam pojęcia, ale brzmi fajnie, co? Słyszałam to od jakiejś parki wilków, którą mijałam jakiś czas temu. Niesamowite słowo.

Zielonooki przysiadł na moment, chcąc odpocząć na skraju ścieżki, gdzie trawa przechodziła w sypki piasek, a ostatnie kępki dmuchawców rozpościerały swoje białe parasole ku niebu. Oddychał głęboko, łapiąc powietrze, które nadal pachniało ziołem, wiosną i nią. Z każdą chwilą miał wrażenie, że czas rozciąga się jak miękka guma między chwilami, jakby każda sekunda chciała dać im coś więcej. Musiał przyznać, że wędrówka w stanie zjarania, choćby była krótka jak ta, była też niesamowicie męcząca.

Spojrzał przed siebie — i wtedy zobaczył ją.

Oxide truchtała przez łąkę, jej białe futro łapało złote światło słońca, a każde jej poruszenie wydawało się aż nienaturalnie lekkie. Unosiła łapy wysoko, jakby tanecznym krokiem unikała biednych owadów, których nie chciała rozdeptać. Co chwila zatrzymywała się przy jakimś dmuchawcu, pochylała pysk i zdmuchiwała nasionka, nadal wypowiadając ciche, pewnie kompletnie absurdalne życzenia. A potem szła dalej, zostawiając za sobą małe, białe wiry. Aiden nie wiedział, czy to zioło, czy ciepło dnia, czy może fakt, że serce miał już od paru dobrych chwil trochę za miękkie, ale patrząc na nią, poczuł, jak coś się w nim przesuwa. Jakby jakaś zasłona opadła, i nagle wszystko było takie oczywiste.

Była… piękna.

Nie w sposób, jaki łatwo opisać. Nie miała idealnie ułożonego futra — wręcz przeciwnie, jej sierść była rozczochrana przez wiatr, z lekkimi zawijasami na karku. Nie poruszała się z gracją wilczycy z legend — bardziej przypominała kogoś, kto zapomniał, że ziemia to nie trampolina. Ale właśnie to — to coś dzikiego, nieskrępowanego, ten błysk w oku, to jak śmiała się sama do siebie i jak wyglądała, gdy całym sobą była tu i teraz — to sprawiało, że nie mógł oderwać od niej wzroku. Jej śmiech dotarł do niego z oddali, jak powiew ciepłego wiatru, który smagał uszy i jednocześnie koił.

Aiden uśmiechnął się półgębkiem, pokręcił głową i westchnął.

— No pięknie — mruknął sam do siebie. — Zakochuję się jak jakiś bohater z kiepskiej ballady.

I mimo, że łapy bolały, i mimo że czuł się jak rozgrzany ziemniak na słońcu, poderwał się z miejsca i ruszył za nią — z tą dziwną pewnością, że właśnie ten chaos-futro przed nim był jego najukochańszym miejscem na ziemi. Oxide kątem oka zauważywszy, jak Aiden nagle się poderwał, uniosła uszy i uśmiechnęła się szeroko — ten rodzaj uśmiechu, który zaczyna się gdzieś w środku klatki piersiowej i rozlewa aż po koniuszki ogona. Woda z bonga wylała się na niego poprzez nagły ruch, ale przecież zaraz będą w pobliżu nieskończonego źródła tego żywiołu, dlatego nie przejmował się tym za bardzo.

— Oho, Zielonooki się ruszył! — zawołała przez ramię, a jej śmiech odbił się echem od traw. — Lepiej się pospiesz, bo jak pierwsza znajdę Stefana, to podzielę się z nim twoimi sekretami!

A potem przyspieszyła. Nie biegła jak wilk, który goni zdobycz — biegła jak ktoś, kto niesie w sobie całe słońce i nie może go już dłużej zatrzymać. Łapy unosiły się i opadały lekko, jakby ziemia była z gumy, a powietrze tylko zabawnym dodatkiem do tej dzikiej radości.

Aiden sapnął teatralnie, ale w oczach miał ten błysk — nie, nie znużenia. Czuł, jak serce ślizga się na granicy radości i czegoś głębszego, co jeszcze nie miało nazwy.

— Hej, zaczekaj! — zawołał, biegnąc za nią, ale wcale nie chciał, żeby przestała. Chciał patrzeć. Chciał gonić. Chciał, żeby ta chwila trwała.

Oxide, już niemal wbiegająca w piasek plaży, raz jeszcze spojrzała przez ramię — wiatr rozwiał jej grzywkę z pyska, a oczy miała jak dwa ametysty podświetlone popołudniowym słońcem.

— Tylko nie potknij się o muszlę egzystencjalną! — krzyknęła, śmiejąc się, jakby słońce śmiało się razem z nią.

Piasek pod łapami był ciepły, miękki, jakby plaża sama chciała ich przytulić. Gdy Aiden w końcu ją dogonił, oboje już dyszeli, nie z wycieńczenia, ale z tego śmiechu, który nie chciał się skończyć.

Białowłosa padła na plecy w sam środek ciepłego piachu, łapy wyciągnięte w każdą stronę, ogon wijący się leniwie jak fala. Spojrzała na niego spod przymrużonych powiek, z zadziornym błyskiem.

— No dobra, może trochę na ciebie czekałam.

Aiden usiadł obok niej, nie mówiąc nic. Odłożył rytualne narzędzie gdzieś obok i popatrzył tylko na nią przez chwilę, dłużej niż wypadało. A potem w końcu westchnął i rzucił:

— Jesteś absolutnie... absurdalna.

Oxide uśmiechnęła się miękko, a potem sięgnęła łapą i przyciągnęła go do siebie tak, jak tylko ona potrafiła — bez ostrzeżenia, bez wahania, z tą swoją dziką czułością.

I tam, na plaży, w cieple dnia, oboje leżeli przez chwilę, oplątani spojrzeniami i łapami, nie potrzebując już żadnych słów. Bo wszystko było między nimi. W śmiechu. W biegu. W tym jednym, całkiem nierealnym popołudniu, w którym nie istniało nic poza nimi. Minuty dłużyły się i dłużyły, a słońce, mimo iż było już odrobinę niżej, nadal przyjemnie grzało w futro. Basior właśnie zdążył przymknąć oczy, zsunąć się niżej w piach i rozważał, czy może jednak nie zamieszkać tu na stałe — najlepiej jako miękka roślina plażowa przy boku Oxide — gdy nagle poderwał łeb z miną, jakby właśnie przypomniał sobie o czymś absolutnie istotnym.

— Oxide — powiedział nagle, dramatycznym szeptem, jakby zaraz miał ogłosić apokalipsę albo fakt, że skończyły się borówki. — przecież przyszliśmy... się pluskać. Pamiętasz?

Jego towarzyszka, półleżąca z językiem wystawionym leniwie na bok, uniosła brew i wydała z siebie dźwięk, który był mieszanką ziewnięcia, chichotu i „no przecież”.

— Oj tak, plusk! — zawołała, nagle energicznie zrywając się z piasku. — Tylko nie mów mi potem, że cię nie ostrzegałam, jak ci woda wskoczy do uszu i będziesz wyglądał jak zjarany nietoperz!

— Za późno — Aiden już stał na czterech łapach, trzęsąc piaskiem z ogona. — Już wyglądam jak zjarany nietoperz odkąd próbowałem zjeść tamtego dmuchawca myśląc, że to bawełniany cukier...

I zanim Oxide zdążyła odpowiedzieć, ruszył pędem w stronę wody, a jego łapy wzniecały tumany piachu. Wadera nie została dłużna — pognała za nim z zawadiackim błyskiem w oku. Z pluskiem wskoczyli do wody niemal jednocześnie. Zielonooki zanurkował z nadzieją na dramatyczne wejście, ale wypłynął z morską trawą przyklejoną do ucha i miną typu „to miało wyglądać inaczej”. Ona natomiast z gracją wylała na niego pół morza jednym zamachem łapy, po czym parsknęła śmiechem tak intensywnie, że aż się zatoczyła i sama wpadła do wody zadkiem naprzód.

— Zimne! Zimne jak twoje żarty! — pisnęła, próbując złapać równowagę, ale wyglądała bardziej jak wilczy balon unoszący się na fali radości.

— Zimne to było to twoje „nie wezmę więcej niż jeden buch”, pamiętasz? — odparł, chichocząc, i ruszył w jej stronę z łapami wyciągniętymi jak zombiak.

Przysiedli w końcu po kolana w wodzie, bok przy boku, mokrzy, ociekający błotkiem i z kawałkami glonów na głowach. I kiedy Oxide spojrzała na Aidena, z tym uśmiechem, który był równie głupi, co szczery, dodała:

— Wiesz, że jesteśmy kompletnie nienormalni?

Aiden wzruszył ramionami.

— Ale przynajmniej razem.

A potem znowu ją ochlapał, jakby to było najlogiczniejsze zakończenie tej rozmowy — i w sumie było. Bo przecież nie trzeba być normalnym, żeby być szczęśliwym. Wystarczy wilk, plaża, zioło… i ktoś, kto rozumie twoje żarty, zanim zdążysz je opowiedzieć.

— Patrz! — zawołała nagle. — Znalazłam coś!

— Co?! Stefan?

— Nie, lepiej! — przerwała na moment i runęła w dół, aby wyłowić coś spod wody. — Kamień w kształcie serca... a może splecionych ogonów? —  podeszła bliżej suchego piasku, aby zaraz go tam odłożyć, a potem przechyliwszy łeb poczęła się mu przyglądać. — No dobra, wygląda jak zgniły ziemniak, ale z miłością.

Aiden bez zbędnych narzekań, dźwignął się z miejsca i podszedł do niej, dotykając jej karku nosem.

— To najpiękniejszy zgniły ziemniak, jaki ktoś mi kiedykolwiek pokazał.

— Nawet nie próbuj się z niego śmiać, bo to teraz nasz amulet.

— Och, przepraszam. Kamień Miłości Ziemniaczanej. Strzeżony przez Stefana. Będziemy niepokonani.

Wadera spojrzała na niego z zalotnym uśmiechem.

— Już od dawna jesteśmy niepokonani.

W obliczu całej tej zabawy zapomnieli o jednym, niezwykle ważnym punkcie tej magicznej przygody...

gastrofazie.

<Aiden?>

 

poniedziałek, 7 kwietnia 2025

Od Aidena CD. Oxide - "Yin Yang" - cz.5

    Mimo że chciał zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi — chciał pojąć, co takiego ona w tym widzi, co sprawia, że w jej głosie pojawił się ten rodzaj pasji, który rzadko słyszał — nie był przekonany. Coś w jego wnętrzu… nie pasowało. Jakby umysł, tak przyzwyczajony do analizy i obserwacji, odrzucał to, co irracjonalne. To, co rozmiękczało granice rzeczywistości. Przeczucie sączyło się przez niego powoli, jak woda po korzeniach, nie potrafił tego uchwycić, nazwać. To nie był strach. Bardziej typ niepewności, która nie miała jeszcze imienia. Nie wiedział, z czym to się je. Czym dokładnie było to zioło, co tak naprawdę robiło z umysłem. Nie był nawet pewien, czy chce pozwolić, aby ten stan wpłynął do jego głowy tak, jak opisywała to Oxide.
    Spojrzał na nią uważnie. Uśmiech wciąż tkwił na jego pysku — ale był cieniem samego siebie. Przez jego oczy coś przemknęło, coś cichego, niezauważalnego dla kogoś, kto go nie znał. Coś, co przypominało falę cofającą się przed sztormem. Coś się w nim chowało. Jego wzrok zawsze był spokojny. Zgaszony w sposób, który mógł wydawać się opanowaniem, a był jedynie sposobem na ukrycie burzy. Dlatego Oxide, zafascynowana tym, co miało za chwilę się wydarzyć, nie dostrzegła tego delikatnego pęknięcia w szklanej tafli jego spojrzenia. Zielony blask jego oczu jarzył się jak zawsze, ale tym razem był… płytszy. Mniej obecny.

    Aiden nie odpowiedział słowami. Nie musiał.

    Usiadł obok niej, blisko, tak jak robił to zawsze, zanim zniknęła. Przed tym, jak zniknęła na długość zbyt wielu nocy, które ciągnęły się bez końca. Nie pamiętał, ile minęło czasu — nie liczył dni. Z resztą, częściej był gdzie indziej. Widział tylko sny. Tylko głosy. Tylko zniekształcone echo samotności, co paradoksalnie mogło być niezrozumiałe dla niektórych. W końcu dalej zdarzało mu się szkolić młode wilki, więc miewał towarzystwo.

    Cisza, która zapadła, była jego odpowiedzią.

    Skinął głową. 

    Zgoda.

    Ale gdzieś w jego sercu już wtedy zaczynała rozbrzmiewać nuta fałszu. Nie tego, który miał ją oszukać - tylko siebie.

    Oxide wzięła urządzenie do łap z tą samą delikatnością, z jaką ktoś chwyta coś osobistego — coś, co ma duszę. Aiden spojrzał na nie dłużej, niż powinien. Jego wzrok utkwił w kościach i glinie, jakby jego umysł rozpaczliwie próbował wyczytać coś więcej, zrozumieć symbolikę, o której mówiła wcześniej. Krawędzie bonga, chropowate i nieidealne, przyciągały jego spojrzenie jak ślady dawnej opowieści zapisanej w przedmiocie. Jakby patrzył na relikwię. Na coś niepokojąco świętego. Artefakt rytuału, którego jeszcze nie rozumiał - ale którego był już częścią. Obserwował z uwagą, jak wadera szykuje wszystko do działania. Wzięła dwa krzemienie i z wprawą, której się po niej nie spodziewał, trzasnęła nimi, wydając charakterystyczny dźwięk - ostry, surowy, jakby coś w nim pękło. W odpowiedzi, tajemnicze zioło załapało ogień. Najpierw powoli, opornie, jakby samo musiało się przekonać, że chce płonąć. Potem zaczęło dymić - gęsto, ciemno, z delikatnym, słodkawo-zgniłym aromatem, który owionął ich jak zasłona.
    Wadera była pierwsza. Pokazała mu, jak to się robi, z wprawą i łagodnością, której używa się przy czymś intymnym. Jej ruchy były spokojne, niemal rytualne. Zaciągnęła się powoli, głęboko, zamykając na moment oczy - jakby każde zaciągnięcie było krokiem dalej od rzeczywistości, a bliżej czegoś, co tylko ona znała. Potem podstawiła bongo pod pysk Aidena. Spojrzała mu w oczy z zachętą, ale bez presji. Zaufanie. To było to, co widział. I on je odwzajemnił.
    Wziął głęboki wdech, próbując powtórzyć jej ruch. Dym był ciężki. Zbyt gęsty. Zbyt lepki. Wdarł się do jego gardła jak obcy byt, jak coś, co nie powinno być w środku. Zakaszlał - krótko, ale intensywnie, jakby próbował wyrzucić z siebie coś więcej niż tylko dym. Krzywił się, skrzywił pysk, syknął cicho. Posmak na języku był cierpki, gorzki, z dziwnym metalicznym posmakiem, które zostawało dłużej, niż powinno.
    Nie podobało mu się to.
    Ale był zdesperowany, żeby zrozumieć. Żeby dostrzec to, co ona widziała. Nawet jeśli musiał wejść w ciemność, której nie rozumiał.

    — I jak? — zapytała, biorąc kolejny, powolny wdech. Dym otulał ją jak mgła, jak kokon. Jej oczy robiły się półprzymknięte, spojrzenie stawało się leniwe, a uśmiech błogi. Jakby z każdą chwilą rozpuszczała się coraz bardziej w czymś, co było miękkie, ciepłe i znajome.

    Aiden nie odpowiedział od razu. Przez moment patrzył na nią, otworzył pysk jakby chciąał coś powiedzieć i… zamilkł. Coś w jego postawie się zmieniło. Nie drgnął, nie odezwał się, zamknął powoli usta. Jakby coś w nim zgasło. Jakby właśnie zaczynał przechodzić przez drzwi, których jeszcze przed chwilą nie widział. Drzwi, które nie prowadziły w to samo miejsce, co u niej. 

    Na początku nie było nic. Tylko echo w klatce piersiowej, cichy puls dymu, który rozlał się po jego wnętrzu jak ciepła mgła. Aiden nie od razu zauważył moment, w którym świat zewnętrzny zaczął blaknąć. Najpierw w tle zniknęły dźwięki — cichy oddech, szum liści. Potem kolory, powoli, z wyczuciem, jakby ktoś bawił się suwakami nasycenia.

    A potem poczuł coś dziwnego.

    Nie jak olśnienie. Nie jak błogość, którą czuła Oxide. To było... skrzypnięcie. Jakby stare drzwi otwierały się gdzieś w jego umyśle. Z zawiasami zrobionymi z kości. Ciężkie. Wilgotne. Zardzewiałe...? A może to była krew? Stara, zakrzepnięta, ale wręcz iluzjonistycznie przypominająca korozję. Poczuł, że coś przeszło przez próg. Coś, co już wcześniej tam było. Coś, co znało jego imię.
    Z początku nie widział nic. Tylko ciemność — ale nie pustkę. To była ciemność pełna rzeczy. Poruszeń. Cieni, które poruszały się jakby żyły, ale nie miały ciał. Czuł, że obserwują go. Czuł ciężar ich wzroku.

    Zrobił krok. Nie fizyczny — umysłowy. W głąb.

    Ziemia pod jego łapami była mokra, miękka, przypominała błoto, ale przy każdym kroku wydawała inny dźwięk. Szept. Imię. Zgrzyt. Bicie serca.

    Zatrzymał się.

    W oddali - a może wewnątrz - pojawiła się sylwetka. Niejasna. Zniekształcona, jakby widziana przez wodę. Przypominała coś... kogoś. Ale tylko na chwilę. Każdy raz, gdy próbował się skupić, postać zmieniała kształt. Najpierw wyglądała jak wilk. Potem jak człowiek. Potem jak coś pomiędzy.

    — Aiden… — wyszeptała.

    Głos był znajomy. Ale zmieniony, jakby mówił przez... rdzawe druty. Cokolwiek to znaczyło.

    — Co... Co ty tu robisz…? To nie twoje miejsce.

    Wilk zadrżał. Nie ze strachu. Z dziwnego, głębokiego niepokoju. Przeszedł przez drzwi, ale to nie on je otwierał. Zaczął się cofać, powoli, krok po kroku, jakby każdy ruch musiał być zatwierdzony przez otoczenie. Ale drzwi już zniknęły. Nie było wyjścia. Tylko ciemność, mgła i szepty.

    Nagle to świat zadrżał.

    Coś wpadło do jego głowy — obraz. Przebłysk. Oko. Zielone. Jego własne. Tylko, że nie należało do niego. Patrzyło na niego z wnętrza innego Aidena. Takiego, który się uśmiechał. Ale uśmiech był pusty, przeciągnięty, obcy. Jakby ktoś próbował naśladować go z pamięci.

    — Pomyliliśmy drzwi — powiedział ten drugi głos w jego głowie.

    Oxide obserwowała go z miękkim uśmiechem na pysku. Przez krótką chwilę było w tym coś zabawnego - widok Aidena, który próbował ogarnąć pierwszy wdech z ziół. Zakaszlał, skrzywił się, a potem... zamilkł. Przechylił głowę lekko w bok, jakby słuchał czegoś, czego ona nie mogła usłyszeć. Zaśmiała się cicho pod nosem.

    — No weź, aż tak cię kopnęło? — rzuciła z rozbawieniem, obserwując jak jego futro zaczyna lekko drżeć. Jeżyło się - na karku, wzdłuż kręgosłupa. Wyglądał jakby coś poczuł. Coś zimnego. Obcego. Ale Oxide jeszcze tego nie zauważyła. Jeszcze nie. Była w swojej błogiej przestrzeni.
    Ale on jej nie odpowiedział. Ani słowem, ani nawet spojrzeniem.
    Śmiech urwał się w gardle. Coś w niej zadrżało. Ledwie uchwytna zmiana w rytmie chwili. Jakby natura, do tej pory tak spokojna i pełna harmonii, nagle przestała oddychać.

— Aiden? — rzuciła ciszej, z marszczącym się czołem.

    Basior nadal siedział nieruchomo. Ale nie wyglądał jak ktoś, kto się rozluźnił. Wręcz przeciwnie. Ciało miał napięte, jakby czekał na atak. Jego łapy lekko drgały. Źrenice, mimo żaru tlącego się jeszcze w ziołowym dymie, zaczynały się zwężać - i błyszczały nienaturalnie. Zielone. Ale jakby... głębsze. Ciemniejsze. Zmącone.

    — Ej... — zbliżyła się, delikatnie dotykając jego łapy. — Miało być fajnie, to tylko podróż, rozumiesz? Nic ci nie grozi. Jestem tu.

    Brak reakcji.

    Z jej uśmiechu nie zostało już nic. Tylko napięta szczęka i przyspieszony oddech. Wiedziała, że coś poszło nie tak. I to nie była tylko silna reakcja. To było coś więcej. Coś jak... przebudzenie wilka, którego nie znała. Nawet jeśli miał jego ciało.

    — Aiden — powiedziała głośniej, głosem, który nagle stracił pewność.

    Wilk powoli obrócił głowę w jej stronę.

    Był tam. Coś w jego spojrzeniu było… inne. Nieobecne. Jakby patrzył na nią przez grubą warstwę szkła. Przez krótką chwilę Oxide miała wrażenie, że nie poznaje jego twarzy. Była ta sama - te same blizny, ten sam kształt pyska, ten sam cień zmęczenia, który zwykle go nie opuszczał. Ale teraz… wyglądał, jakby błądził. Jakby jego umysł próbował coś poskładać, ale nie miał wszystkich kawałków układanki.

    — Jestem tu — powiedziała ciszej, miękko, jakby bała się, że zbyt głośny dźwięk mógłby coś w nim złamać.

    Jego uszy lekko się poruszyły. Głowa drgnęła w dół, potem znów się uniosła - jakby walczył z czymś wewnętrznym. Napięcie w barkach nie ustępowało, a futro wciąż jeżyło się na karku, mimo że żadne zagrożenie nie zbliżało się z zewnątrz.

    A potem przemówił.

    — Czemu… czemu tu jest tak cicho? — zapytał, jakby nie mówił do niej, tylko do siebie. Głos miał przytłumiony, surowy, jakby od dawna nie używał słów.

    Oxide poczuła, jak coś ściska ją w środku. Nie pomyślała, że obróci się to w ten sposób.

    — Co widzisz? — zapytała szeptem, starając się utrzymać łagodność, choć serce zaczynało jej walić szybciej.

    Aiden nie odpowiedział od razu. Zamiast tego odwrócił wzrok. Patrzył gdzieś przed siebie, w przestrzeń między drzewami. Milczenie znów zapadło między nimi, ale tym razem było inne — miało w sobie ciężar, jakby z każdą sekundą coś niewidzialnego zaczynało narastać.

    — Nie jestem pewien... — powiedział w końcu. — Wszystko się rozciąga. Dźwięki, myśli. Jakbym był pod wodą. Ale nie jestem. Jestem tu. I tam. Jednocześnie.

    Oxide zamarła. Wiedziała, że zioła potrafią otworzyć umysł, ale nie przewidziała, że mogą też zostawić użytkownika… rozdartego. Rozerwanego między sobą a czymś więcej. Kolidowało to z jego umiejętnościami? Mutowało się? Z tego co pamiętała - Aiden nie potrafił śnić na jawie.

    — Oddychaj — szepnęła, przesuwając się bliżej, wcisnęła pysk pod jego łeb — Nie próbuj tego zrozumieć. Po prostu oddychaj ze mną. Tak jak wtedy… pamiętasz? W deszczu.

To słowo - deszcz - jakby coś w nim poruszyło. Zaciągnął się powietrzem. Jeden wdech. Ciężki. Potem drugi, krótszy. Głowa mu opadła lekko, łapy nieco się rozluźniły. Przez moment… wydawał się wracać.

    — Czuję... siebie. Ale to dziwne. Jakbym był rozebrany na części i ktoś próbował poskładać mnie po swojemu — wyszeptał, przymykając oczy.

    Miała świadomość, że to, przez co przechodził, było bardziej intensywne niż wszystko, czego się spodziewała. Ale w jego głosie była prawda. Nie panika. Nie strach. Tylko… szczerość. I to oznaczało, że nie odleciał. Nie do końca. Siedzieli tak chwilę. Las był cicho, dym snuł się między nimi, a przestrzeń, która jeszcze chwilę temu pulsowała napięciem, powoli zaczęła opadać. Aiden uniósł powieki. Tym razem jego spojrzenie było inne. Nadal zmęczone. Nadal niepewne. Ale już… obecne.

    — Jesteś tu? — zapytała, patrząc mu prosto w oczy.

    Skinął głową. Powoli. Ale z wyraźnym ciężarem.

    — Jestem. Ale… kurwa, to było jak… sam nie wiem.

    Oxide odetchnęła. Nie wszystko poszło zgodnie z planem.

    Siedzieli tak przez dłuższą chwilę. Dym łagodnie unosił się w powietrzu, snując się między ich sylwetkami jak mgła wspomnień, których jeszcze nie wypowiedzieli. Zioła z glinianego naczynia żarzyły się spokojnie, pulsując jak serce, które właśnie odzyskało rytm. Wadera przeciągnęła wzrokiem po jego pysku - nadal nieco spiętym, ale już spokojniejszym. Oddychał równo, nieco głębiej niż zwykle, jakby powoli wracał do siebie, krok po kroku. Sama co jakiś czas zaciągała się dymem, nie chcąc, żeby zioło się zmarnowało, choć teraz robiła to z większym umiarem. Jej spojrzenie zsunęło się na bongo, potem znów na Aidena.

    — Chyba musiało siedzieć w twojej głowie sporo ciężkich rzeczy — powiedziała cicho, niemal jakby mówiła to bardziej do siebie niż do niego. — Skoro trzepnęło cię w taki sposób.

    Aiden milczał przez moment, a potem pokręcił głową lekko, jakby nie chciał się do końca z tym zgodzić, choć nie umiał zaprzeczyć. Wilczyca wyprostowała się nieco, przysuwając bongo nieco bliżej między nich. 

    — Kiedy spróbujesz jeszcze raz… musisz się skupić na czymś dobrym. — jej wzrok znów napotkał jego, a głos wadery brzmiał spokojnie — Na czymś, co daje ci poczucie… że jesteś bezpieczny. Ciepło, zapach, głos, wspomnienie. To nie musi być nic wielkiego. Ale musi być prawdziwe. Zakotwiczy cię. Bez tego… możesz znów popłynąć.

    Aiden milczał przez parę oddechów, a potem uniósł głowę, nieco wyżej niż wcześniej. Jego oczy nadal delikatnie jarzyły się zielenią, ale teraz było w nich coś łagodniejszego. Coś… miękkiego. Uśmiechnął się lekko.

    — Musisz mi w tym pomóc — powiedział cicho.

    Oxide uniosła brwi z lekkim zdziwieniem, ale jej pysk również zadrżał w delikatnym, niemal nieświadomym uśmiechu. Coś w tonie jego głosu ją poruszyło - nie prosił często. A już na pewno nie w taki sposób.

    — Pomogę — odparła miękko, bez wahania. 

    Skinął delikatnie głową, przytrzymując jej spojrzenie jeszcze przez chwilę. Dym wciąż snuł się miękkimi pasmami, oplatając ich sylwetki, a świat wokół wydawał się jakby trochę dalej — jakby został zamknięty za niewidzialną zasłoną, gdzie liczyło się już tylko tu i teraz. Wadera przysunęła się bliżej. Nie gwałtownie. Nie niepewnie. Raczej... naturalnie. Jakby ta przestrzeń między nimi zawsze była chwilowo zawieszona, czekająca tylko na to jedno przesunięcie ciężaru ciała, jeden miękki ruch łapy. Jej bok musnął jego, a Aiden poczuł ciepło - nie takie jak od ognia, lecz inne, głębsze. Oxide nachyliła się i przez moment myślał, że chce coś powiedzieć. Ale nie padło żadne słowo. Zamiast tego poczuł, jak jej nos ledwo muśnie jego szyję, tuż pod żuchwą. Był to krótki gest, delikatny, zaskakująco intymny - jak dotyk letniego wiatru. Wilk poczuł, jak futro na jego karku lekko zadrżało, ale tym razem inaczej niż wcześniej. To nie był niepokój. To było... coś miękkiego, ciepłego, lekko elektrycznego. Jakby dotarło do niego, że nie jest sam. Że naprawdę ktoś tu jest. Że ktoś go czuje. Jej ogon lekko dotknął jego, nieświadomie lub całkiem świadomie, zostawiając za sobą kolejne impulsy — łagodne, ale głębokie, jakby echo czegoś, czego jeszcze nie zdążyli nazwać. Przymknęła oczy, przylegając nieco bardziej bokiem do jego ciała. 

    — No... właśnie tak — mruknęła cicho, z lekkim uśmiechem, jakby jej własne ciało zareagowało na ich bliskość równie silnie. — Skup się na tym.

    Aiden nie musiał odpowiadać. Coś w jego spojrzeniu mówiło, że to już zrobił.

    Cisza między nimi miała w sobie coś gęstego, ale nie przytłaczającego - była jak koc rzucony na chłód, jak westchnienie przed snem. Oxide wciąż była wtulona w jego bok, miała nos oparty o jego szyję, a jej oddech był na tyle ciepły, że Aiden poczuł, jak napięcie w jego ciele zaczyna się powoli rozpuszczać. Jeszcze nie zniknęło całkiem, ale coś zaczęło pękać. Lód, który trzymał jego myśli w ryzach, drżał. Wadera odsunęła się odrobinę, tylko tyle, by móc spojrzeć mu w oczy - blisko, prawie stykając nosem z jego pyskiem. W tych krótkich centymetrach, w tej zawieszonej odległości, znajdowała się cała masa rzeczy, o których nigdy nie zdążyli powiedzieć na głos.

    Szepnęła cicho, głosem niskim, jakby bała się spłoszyć ten moment:

    — Pamiętasz tamten deszcz? Ten, co złapał nas przy kamieniach nad wodospadem? — Jej oczy błysnęły miękko, jakby sama myśl rozpuściła ją w środku. — Zamiast wracać do jaskini, położyłeś się na mokrej trawie. I powiedziałeś mi, żebym spróbowała "po raz pierwszy poczuć, jak pachnie niebo". Nie zrozumiałam tego wtedy, ale... wiesz co?

    Zamruczała cicho, prawie jak kocię, i ponownie przytuliła się do jego boku, tym razem obejmując go łapą lekko, z nieśmiałą pewnością.

    — Chyba zrozumiałam. Moje niebo pachnie spokojem. Pachnie tobą.

    Jej głos był miękki, z lekkim rozbawieniem, ale kryło się w nim coś szczerego. Aiden poczuł, że wspomnienie, które przywołała, wraca do niego nie jak ból, ale jak światło. Jego ogon lekko drgnął, muskając jej łapę. Z gardła wydobył się cichy, głęboki dźwięk - coś między westchnieniem a warknięciem, ale łagodnym, jakby jego ciało samo odpowiedziało na ten obraz.

    Jeśli chciał nauczyć się myśleć o czymś dobrym... to właśnie było to.

    Odsunął głowę od niej tylko na tyle, by spojrzeć jej w oczy - a potem uśmiechnął się. Powoli, szczerząc lekko kły, jak robił to rzadko, prawie nigdy. Uśmiech nie był szeroki, ale szczery, z takim rozluźnieniem w kącikach pyska, jakby właśnie złapał równowagę w środku. Zamrugał, skinął lekko głową. Sięgnął po urządzenie, które wciąż lekko dymiło, i przez chwilę tylko patrzył, jak dym tańczy w powietrzu. Wziął oddech. Głębszy niż wcześniej. Pewniejszy. Tym razem, gdy się zaciągnął, nie kaszlnął - choć jego klatka piersiowa na moment się napięła, oczy zmrużyły, a nozdrza drgnęły od intensywnego zapachu. Zatrzymał dym w płucach, powoli wypuścił.

    Oxide siedziała cicho, obserwując go z boku. Miała w sobie coś z kota przyczajonego w cieniu, ale jej spojrzenie było łagodne, czujne. Przechyliła łeb i zapytała miękko:

    — Jest okej?

    Aiden wypuścił ostatni ślad dymu z pyska, spojrzał jej w oczy. Tym razem nie było w nich cienia chaosu, tylko ciepło, może lekki błysk rozbawienia. Skinał raz, powoli.

    — Jest okej — odpowiedział, spokojnie, jakby pierwszy raz od dłuższego czasu naprawdę to czuł.

  Uśmiechnął się ponownie - tym razem spokojniej, bez zaciętości, jakby coś w nim powoli topniało. Ten uśmiech był bardziej miękki, bardziej osobisty. Odchylił łeb, spojrzał w niebo, gdzie przez korony drzew przebijały się smugi światła - jakby świat, który wciąż istniał gdzieś obok ich zamkniętej bańki próbował się do nich dobić. Powietrze pachniało dymem, ziemią i jej obecnością. Aiden westchnął cicho, jakby coś właśnie osiadło mu na duszy, coś długo tłumionego.

    — Tęskniłem za tobą, Oxide — powiedział nisko, ale miękko, wciąż patrząc gdzieś ponad drzewami.

    Po chwili przeniósł na nią wzrok. Jego oczy były łagodne, zanurzone w chwili, w niej i jej połyskujących, fioletowych ślepiach.

    Ooo, teraz spizgałeś się na czuło? — zaśmiała się, mrużąc oczy, jakby zaskoczona, ale i rozbawiona tym, co właśnie usłyszała. Jej głos drgał lekko, jakby próbowała ukryć, że coś w niej się poruszyło. Nachyliła się nieco, przyglądając mu się spod zmrużonych powiek, a jej pysk wyginał się w zaczepny uśmiech. — Serio, Aiden? To już ten etap, gdzie zaraz wyznasz mi miłość, będziemy się tulić i wyć do księżyca?

    Zamrugała wolno, a potem znów zaśmiała się krótko, tym razem ciszej, z lekkim niedowierzaniem w głosie, jakby chciała zrzucić z siebie to napięcie, które niepostrzeżenie zaczęło się gromadzić gdzieś między nimi. Aiden jednak nie zbił jej zaczepki żartem. Jego spojrzenie pozostało miękkie, łagodne, spokojne - to jedno z tych, które pamiętała z przeszłości, gdy czasem, w zupełnie cichych momentach, łapała go na tym, jak patrzył na nią tak po prostu. Bez celu, bez powodu. Jakby patrzenie było wystarczające.

    — Może — odpowiedział, a jego głos był cichy, chropowaty od dymu i czegoś, co przypominało ulgę. 

    Przez krótką chwilę nie mówił nic więcej. Tylko siedział z odchyloną głową, patrząc w niebo, jakby próbował nazwać coś, czego nie potrafił do końca ubrać w słowa.

    — Dobrze cię znowu czuć obok, Oxide. Po prostu być z tobą.

    Brzmiało to naturalnie, bez presji, bez oczekiwań. Jakby jego słowa były jedynie odbiciem stanu, w którym się znalazł - na moment wyciszony, odsłonięty, i nieco szczęśliwszy niż zwykle. Oxide nie od razu odpowiedziała. Uśmiech na jej pysku zbladł, ale nie zniknął — po prostu stał się cichszy, bardziej prawdziwy. Jej spojrzenie zeszło z jego oczu na łapy, jakby musiała na chwilę ukryć to, jak coś w niej zadrżało. Jakby jego słowa dotknęły czegoś, o czym nie chciała jeszcze mówić na głos.

    Wypuściła powietrze z westchnieniem, równie miękkim, jak jego słowa. A potem tylko rzuciła:

    — Ty to zawsze musisz coś takiego walnąć, jak wilk nieprzygotowany…

    Ale nie brzmiała na zirytowaną. W jej głosie była czułość. I to lekkie rozbicie, którego nie da się udawać.


<Oxide?>

Od Oxide CD. Aidena - "Yin yang" - cz.4

Z oddali rozbrzmiał wesoły śpiew sikorki, która entuzjastycznie dawała znać o tym, że wiosna wkroczyła pełną parą w tereny watahy, jej dźwięczny głos odbijał się od skał niczym echo radości samej ziemi. W powietrzu unosiła się wilgoć, która nie była już ciężka i zimna, ale ciepła, niosąca obietnicę. Pachniało młodą trawą, jeszcze miękką i delikatną, przesiąkniętą nocną rosą. Czuć było ziemię — świeżą, przemienioną przez topniejące śniegi, żyzną i gotową na nowe życie. Wśród tych woni mieszały się delikatne nuty żywicy z rozgrzanych już słońcem drzew oraz aromat pierwszych ziółek i mchów, które nieśmiało wystawiały się ku niebu. Przez szczeliny w sklepieniu jaskini wpadały smugi światła — złote, drgające i pełne pyłu, który tańczył w ich obrębie jak zaczarowany. Każdy promień był jak dotyk — ciepły, aksamitny, przypominający o tym, jak bardzo brakowało go przez ostatnie miesiące. Kiedy Oxide przesuwała się przez nie, futro na jej grzbiecie nabierało miodowego połysku, a jej cień wydłużał się na chłodnym, usłanym zasuszoną trawą, kamiennym podłożu.

Na zewnątrz, tuż przed wejściem do jaskini, światło prześwietlało liście krzewów i młodych drzewek, tworząc na ziemi zielono-złote wzory. Pąki na gałęziach jeszcze nie rozkwitły w pełni, ale już nabrzmiewały od życia, gotowe eksplodować barwami w najbliższych dniach. Trawy kołysały się leniwie pod lekkim, ciepłym wiatrem, który niósł z sobą szelest liści i szmer rozmów natury — niespiesznych, spokojnych, ale wypełnionych energią odradzającego się świata.

Tak… To był dzień, który pachniał nowym rozdziałem.

Zewsząd słychać było kapanie — woda skapująca ze stalaktytów,

kap… kap…

jak tykanie zegara, który odliczał spokojne chwile.

Oxide poruszyła się leniwie. Najpierw drgnęły końcówki jej uszu, potem powoli uniosła głowę, ziewając szeroko, ukazując rząd ostrych kłów i różowy język. Oczy, głęboko fioletowe, niczym fiołki, które właśnie wzniosły się ponad trawy, przeciągnęły się po wnętrzu jaskini, jakby badały, czy wszystko wciąż trwa tak, jak powinno. Jej ruchy były raczej pełne spokojnej siły — była przyzwyczajona do życia w samotności, ale dziś coś było inne. Powietrze miało smak możliwości.

Z głębi jaskini dobiegał zapach suszonych ziół i wypalanej gliny — pozostałość po ostatnim rytuale. W kącie stało jeszcze bongo uformowane z kory i gliny, z nowymi, dopiero co przytroczonymi ozdobami z białych kości. Oxide przelotnie spojrzała na nie z półuśmiechem w oczach, jakby wiedziała, że dzień będzie długi, ale dobry.

— Nie ma to jak dobra chmura na początek dnia. — burknęła w eter, po czym nie zmieniając swojej zalotnej mimiki podreptała do skalnej półki, na której był niemały bałagan.

Chwyciwszy w zęby sznurek przymocowany do szyjki bonga, które kształtem przypominało coś pomiędzy starożytnym artefaktem a dzikim dziełem sztuki, z delikatnością, niemal rytualną, przesunęła je, czując jego ciężar, jakby każda część tego przedmiotu miała swoje znaczenie. Kości, które ozdabiały naczynie, lśniły w słabym świetle poranka, wytwarzając szamańską melodię, a glina była pokryta cienką warstwą kurzu z wczorajszych obrzędów. Następnie złapała ostrożnie w pysk jeden z mniejszych topków i usadowiła go w krótszej części swojego sprzętu. Wadera chwyciła w pysk krzesiwo, czując jego chłodną powierzchnię. W tym momencie, gdy otaczała ją cisza jaskini przerywana jedynie szumem wiatru i tym rytmicznym śpiewem sikorki, wydawało się, że każdy jej ruch ma głębsze znaczenie. Z precyzją, którą wykształciła przez ostatnie parę tygodni praktyki, umieściła krzesiwo tuż przy ostrzu kamiennego kawałka, który służył jej do tej czynności. Wszystko wokół było spokojne, jakby sama ziemia wstrzymała oddech, czekając na moment zapłonu.

Zanim uderzyła ostry brzeg w kamień, spojrzała na komorę bonga, w której jedno z ziół już czekało, gotowe, by uwolnić swoją moc, a następnie z wprawą, która wynikała z już bogatego doświadczenia, rozgrzała krzesiwo, uderzając w kamień z odpowiednią siłą. Iskry posypały się w powietrze, a wśród nich błysnęła jedna, która trafiła dokładnie na zioła — komora natychmiast zaczęła się tlić, a zapach suszonej rośliny zaczął wypełniać przestrzeń jaskini. Oxide uniosła delikatnie sprzęt, czując, jak powoli zaczyna się rozgrzewać. Z lekkim uśmiechem na pysku, patrzyła, jak płomyk z krzesiwa znika w dymie, a komora powoli napełnia się chmurą, która z każdym wdechem unosiła ją w inny stan świadomości. Każdy ruch, każda iskra, prowadziły ją głębiej w rytm porannego obrzędu, który stawał się częścią większej całości, doskonale zharmonizowanej z tym, co ją otaczało.

Zaciągnęła się dymem, zamykając oczy, jakby chciała poczuć każdy atom tego rytuału. Chmura, która rozchodziła się w powietrzu, otoczyła ją niczym magiczna aura. Dym był gęsty, pełen nieoczywistych smaków i zapachów. Oxide na moment uniosła głowę ku górze, pozwalając sobie na chwilę ciszy. Była gotowa na to, co miało nadejść, pewna, że dzisiejszy dzień, chociaż długi, przyniesie coś niespodziewanego.

Pewnie zastanawiacie się, skąd ta nagła zmiana? Białowłosa odcięła się na parę dobrych tygodni od wszelakich kontaktów. Jej epizody przybrały na sile, na tyle, że uniemożliwiały jej funkcjonowanie w społeczności watahy, a w całej tej samotności zaczęła interesować się tym, co w niej siedzi oraz tym, jak sobie z tym lepiej radzić. Dumała dniami i nocami, spacerowała długimi trasami, zbierała najróżniejsze rośliny i kombinowała z własnymi wyrobami, wywarami, miksturami, aż w końcu szamanizm stał się jej hobby. Oczywiście nadal zmagała się z wybuchami agresji i innymi epizodami, nie mniej jednak starała się jak mogła aby temu zapobiec. Na jednym ze spacerów poczuła dotąd niespotykaną woń i udawszy się jej szlakiem dotarła do niesamowicie śmiesznie wyglądającej rośliny, którą wyrwała z korzeniami i zawlokła do swojej jaskini. Nazwała ją swoją świętą rośliną i rozpoczęła eksperymenty z nią powiązane. Chyba nie muszę mówić, że jej magiczna roślina była tak naprawdę dziko zasianą konopią, a Oxide odnalazła w niej niesamowity spokój. Po niedługim czasie odkryła też, że można mieszać ją na przykład z szałwią lub innymi darami lasu, więc popadła też w zainteresowanie ziołolecznictwem. Ale wróćmy z powrotem do fabuły!

Wadera od dłuższego czasu nie czuła potrzeby kontaktu z innymi, jednak ten dzień już od początku wydawał się inny niż te, które przeżywała ostatnio. Z zamysłu wyrwał ją raczej znajomy dla ucha trzepot skrzydeł i krakanie dochodzące sprzed jaskini. Leniwie wywlokła się przed wejście i zastrzygła uchem, rozglądając się wokół. Nie musiała czekać długo, aby pojawił się przed nią kruk, z którym w międzyczasie nawiązała znajomość, choć trudno to nazwać znajomością. To ona głównie mówiła, on tylko słuchał i krakał, a potem odlatywał, nawet nie wiedziała gdzie.

— Też to czujesz, Kra? — spojrzała na niego, przechylając pytająco głowę.

Ptaszysko wykonało ten sam gest, po czym poderwało się wyżej i usiadło na jej rogu.

— Wiesz, dochodzę do wniosku, że straszliwie tęsknię. — westchnęła cicho.

Można by śmiało powiedzieć, że ją pojebało.

Kruk po raz kolejny wzbił się w powietrze, a potem głośno kracząc, odleciał w swoją stronę, a ona podniosła wzrok przed siebie. Poranne słońce oświetlało całą okolicę, a na wzgórzach w oddali widać było zarys drzew. W powietrzu unosił się zapach ziemi, kwiatów i wilgotnej roślinności, który niósł się przez dolinę, mieszając z delikatnym szumem wiatru, który kołysał liście i trawy. Gdzieniegdzie rozkwitały pierwsze rośliny – jaskrawoczerwone maki, białe stokrotki i drobne, fioletowe krokusy, które karmiły pszczoły i motyle.

Krajobraz miał w sobie spokój i harmonię, ale też obietnicę czegoś nowego, co miało nadejść wraz z pełnym rozkwitem wiosny. Oxide poczuła na skórze delikatny dotyk wiatru, który niósł ze sobą zapach kwiatów i świeżości. W jej oczach błyszczał lekki cień niepokoju, ale także radość z powrotu życia wokół. Wiedziała, że nadchodzi czas zmian, i choć nie miała jeszcze pełnej odpowiedzi, to czuła, że to, co widzi ma w sobie coś więcej. Nie zastanawiała się już dłużej — wróciła dość pospiesznym krokiem do jaskini, po raz kolejny wypełniła cybuch swoją magiczną rośliną i zarzuciła sobie sprzęt na szyję, gdyż koncept jego był przemyślany i w pełni przystosowany do podróży, po czym ruszyła w stronę wyjścia. Droga do celu nie była jakoś przesadnie długa, choć z jej aktualnym stanem uniesienia i relaksu mogłaby się taka wydawać. Cały czas towarzyszyło jej chlupanie wody w naczyniu, które niosła, a sama białowłosa non stop zatrzymywała się, bądź zwalniała kroku, aby ponapawać się od nowa widokiem wiosennych krajobrazów lub oddać się na chwilę rześkości powietrza, które raz po raz przynosił do jej nosdrzy ciepły już teraz wiatr. W ciągu tej wyprawy doświadczyła naprawdę wiele, możnaby było pokusić się nawet o stwierdzenie, iż było to odrodzenie, ale na to jeszcze za wcześnie. Wreszcie jej oczom ukazało się miejsce, w którym była jeszcze jakiś czas temu, jednak teraz wyglądało ono o wiele weselej, bo nie było pokryte warstwą zimnego, mokrego śniegu, który lepił się upierdliwie do futra. Ku jej zdziwieniu, w pobliżu nie było żywej duszy. Niepokój zaszył się gdzieś w jej sercu, więc zręcznym ruchem schyliła się, by odłożyć swoje bongo w bezpieczne miejsce, na jednym z pieńków, które służyły jako miejsce do odpoczynku. Zapach pełen ziół, otulił ją na chwilę, przypominając o spokoju, który jeszcze przed chwilą wypełniał jej wnętrze. Odeszła kawałek dalej, ażeby raz jeszcze rozejrzeć się po okolicy.

Oxide wstrzymała oddech, czując, jak serce bije jej szybciej w tym dziwnie pustym miejscu. Jeszcze niedawno było tu pełno energii… A teraz wszystko było nieruchome. Miejsce, które kiedyś tętniło życiem i wciąż aktywnymi wspomnieniami, teraz sprawiało wrażenie opustoszałego, a cisza, która zawisła w powietrzu stała się ciężka. Czuła jednak, jak coś w tym miejscu nie gra. Jej zmysły były wyostrzone, a każdy krok wydawał się wzbijać kurz z ziemi, jakby potwierdzając jej uczucie, że coś się zmieniło. Wadera rozejrzała się, marszcząc brwi. Nie było żadnych śladów, nic, co by mogło wskazywać na to, gdzie podziały się pozostałe. Wędrując dalej, stąpała powoli, czując pod łapami wilgotną ziemię, która wciąż nie zdążyła wyschnąć po minionej zimie. Wszystko wydawało się nienaturalnie spokojne, jakby czekało na coś, co miało się wydarzyć. Zatrzymała się na chwilę, spojrzała w stronę lasu, gdzie gałęzie wciąż miały na sobie szorstką, szaro-brązową korę, ale w oddali dostrzegła coś, co mogło być zwiastunem nadchodzącej zmiany.

Jej myśli wkroczyły na znajomy już tor, ten, na który tyle pracowała, aby ponownie nie wjechać.

— Skończ już tą swoją nieśmieszną zabawę! — warknęła czując, jak zatrzęsła się pod swoim własnym ciężarem. — Wiem, że tu jesteś.

— Ah, a więc nie mam zwidów.

Głos, który dotarł do niej zza jednego drzewa, oddziałał na nią w mniej niż sekundę. Tak kojący, a jednocześnie wprawiający w ekscytację. Sprawiający, że jego ciepło rozlewało się gdzieś głęboko w jej duszy, przywracający wspomnienia i to… Nadal nieokreślone dla niej uczucie. A może po prostu wypierane?

Wzrokiem pełnym nadziei poczęła szukać znajomej postury wśród pobliskiego lasu, z wrażenia zrobiła krok do tyłu, jednak jej tylna łapa nie wylądowała z powrotem na ziemi; uderzyła o coś o podobnej miękkości, co ona sama, w wyniku czego odskoczyła i odwróciła się, podnosząc wzrok na większego od siebie wilka.

— Aiden, tak się cie…

— Gdzieś ty, kurwa, była cały ten czas?

Jej uśmiech zastąpił teraz grymas irytacji.

— Aha, spodziewałam się innego przywitania.

Nawet mimo chęci rozluźnienia atmosfery, wyraźnie dało się odczuć, że przynajmniej jedno z nich nie jest do końca zadowolone z obrotu sytuacji.

— Myślałem, że nie chcesz mnie znać. — rzucił po chwili, a jego ton był już odrobinę łagodniejszy. — Myślałem, że coś ci się stało, nie wiem… Że nie żyjesz.

Oxide wciągnęła głęboko powietrze, a jej oczy na moment spochmurniały. Słowa Aidena dotarły do niej jak cios w brzuch – choć tak zwyczajne, wypowiedziane z pewnym chłodem, niosły w sobie niepokój, który nie pasował do jej własnych przekonań. Jego ton stawał się coraz bardziej miękki, ale to właśnie w tej zmienności czuła coś, co sprawiało, że zaczęła wątpić w swoją pewność siebie.

Myślałem, że nie chcesz mnie znać. Myślałem, że coś ci się stało, nie wiem… Że nie żyjesz.

Te słowa przeleciały przez jej myśli niczym echo. Wadera poczuła, jak jej serce na moment zwalnia, jakby każda z tych fraz miała swoje piętno, wbijając się w jej wspomnienia. Tak, od dawna już nie była tu w pełni sobą. Zmieniła się, oddaliła, wciągnęła się w coś, co nie miało końca.

Przez chwilę w milczeniu obserwowała Aidena, zastanawiając się, czy te słowa naprawdę były wyrazem troski, czy może tylko czymś, co miało zakryć niewypowiedziane pytania. Przekrzywiła lekko głowę, a na jej pysku pojawił się cień rozdrażnienia, które próbowała zetrzeć.

— Nie żyję, tak? — odpowiedziała z lekką ironią w głosie, choć jej oczy zdradzały coś bardziej skomplikowanego. — Widocznie żyję, skoro tu jestem, i skoro teraz muszę słuchać tych twoich troskliwych uwag.

Chciała, żeby jego uwagi brzmiały jak żart, jak coś, co rozładowuje napięcie, ale w środku czuła narastający ciężar. Tak, czuła, jakby wszystko było inaczej, niż sobie to wyobrażała. Czuła to, ale też nie chciała, by Aiden to widział – nie chciała, żeby widział, jak bardzo jest rozdarta.

Basior milczał przez chwilę, jakby sam nie wiedział, jak odpowiedzieć. W jego oczach pojawiła się jakaś mieszanka troski i niezadowolenia, jakby nie do końca wiedział, co teraz poczuć. Jego ciało – potężne, ale w tej chwili pełne napięcia – zdradzało, że nie miał pojęcia, jak złamać tę ciszę, która była coraz bardziej nieprzyjemna.

— Chciałem, żebyś wiedziała, że... — zaczynał, ale przerwał, unosząc łeb i patrząc na nią z nową uwagą. To było jak zmiana tonu – w tej samej chwili stał się bardziej poważny, jakby próbował przejść od powierzchownych słów do czegoś, co naprawdę miało znaczenie. — Myślałem, że coś ci się stało, Oxide. Że zniknęłaś na zawsze.

Oxide nie odpowiedziała od razu. Poczuła, jak w jej piersi rozlewa się ciepło – nie ze względu na to, co mówił, ale z powodu tego, jak różnie brzmiały jego słowa. Czuła, że ten moment między nimi miał więcej niż tylko zwykłą wymianę zdań. Był pełen niedopowiedzeń, pełen rzeczy, które oboje nie chcieli wypowiedzieć. To był moment, w którym przeszłość wciąż nie dawała im spokoju, nie pozwalała na jednoznaczne przywitanie. Zamiast odpowiedzi, jedynie skinęła głową, wciąż nie do końca pewna, jak powinna to wszystko przyjąć. Niezadowolenie i troska mieszały się w jej sercu, a nieznany ból, który tkwił w nich obu, nie pozwalał na łatwe rozwiązanie.

Teraz oboje pozostali w niezręcznej ciszy. Ona, patrząca w trawę, którą właśnie deptała i on, nie spuszczający z niej wzroku, w tej chwili niezwykle przeszywającego. Białowłosa nie była raczej jakoś przesadnie wylewna, a przynajmniej taką ją pamiętał Aiden, w końcu nie miał pojęcia o jej próbach zmiany i nowych zainteresowaniach. To wszystko było dopiero przed nimi. Trwali tak jeszcze przez dwie minuty, dwie niezwykle długie minuty, aż wreszcie Oxide zerwała się z miejsca i rzuciła na towarzysza, powalając go na ziemię, aby zaraz użyć całej swojej siły, by go uściskać.

— Przepraszam. — warknęła, jednak bardziej na siebie niżeli na niego. — Potrzebowałam przerwy, potrzebowałam czasu. Chciałabym powiedzieć, że zmieniło się tak wiele, ale szczerze… Nie wiem czy cokolwiek uległo tej zmianie.

Aiden wstrzymał oddech, widząc, jak Oxide, mimo wszystko, nie wytrzymuje napięcia i w końcu wzbiera w niej jakaś energia, która wybucha w postaci nagłego ruchu. Wadera z niespodziewaną siłą rzuciła się na niego, powalając go na ziemię. Jego ciałem wstrząsnęło uderzenie, ale nie próbował się bronić. Przeciwnie, poczuł, jak jej zapach wypełnia przestrzeń wokół nich, jakby wszystko, co działo się wcześniej, znikało w tej chwili, zastąpione przez intensywny moment tu i teraz. Spojrzał teraz na nią, czując, jak jej słowa wbijają się w jego umysł, jakby wyczuwał coś więcej w tym, co miała na myśli. To była nie tyle kwestia przeprosin, co czegoś głębszego, czego nie potrafiła wypowiedzieć. Jego serce przyspieszyło, ale nie poczuł gniewu. Czuł coś innego – współczucie? Zrozumienie?

Jednak nie odpowiedział od razu. Czuł jej ciężar na sobie, ale był w stanie oddychać swobodnie, choć wiedział, że to, co powiedziała, nie było łatwe. Znał ją dobrze na tyle, by wiedzieć, że nie mówi tego na wyrost. W tej chwili, leżąc tam razem, w tej dziwnej ciszy, która została między nimi, poczuł, że ta chwila trwała znacznie dłużej niż rzeczywiste sekundy. Zamiast odpowiedzi słownej, Aiden po prostu uśmiechnął się lekko, chociaż to uśmiech, który nie do końca miał być radosny. To był bardziej uśmiech pełen zrozumienia – dla niej, dla tego, co przeszła, dla wszystkiego, co nadal między nimi było nieujawnione. Zamiast mówić coś, co mogłoby ją bardziej obciążyć, wyciągnął łapę, by delikatnie pogłaskać ją po boku. To był gest, który nie wymagał słów – jeden z tych, które w takiej chwili wyrażają więcej niż cała rozmowa.

— W porządku, Oxide. — powiedział w końcu cicho, jakby jego słowa miały tylko jej przypomnieć, że nie musi się tłumaczyć. Że nie wszystko musi mieć od razu sens. — Czasem potrzebujemy przestrzeni, by znaleźć siebie. Ja... chyba też tego potrzebowałem.

Oboje pozostali w tej ciszy przez moment, teraz, bardziej świadomi obecności drugiej duszy, ale też z pełną akceptacją tego, że nie wszystko musi być wyjaśnione. Być może to właśnie ta chwila, ta nieśpieszna bliskość, była tym, czego oboje naprawdę potrzebowali.

— Słuchaj, chcę ci wszystko pokazać. Wszystko opowiedzieć. — wyrwała się nagle, podnosząc się aby zaraz spojrzeć na towarzysza. — Odkryłam coś zajebistego.

W jednym momencie cała rozmowa obrała zupełnie inny ton. Taki, jakby w ogóle nie mieli żadnej luki w kontakcie. Aiden uniósł głowę, zaskoczony nagłą zmianą tonu w głosie Oxide. Zanim zdążył zareagować, jego wzrok spotkał się z jej oczami, pełnymi jakiejś iskry – tej samej, którą znał z czasów, kiedy była pełna pasji i niecierpliwości. W tej chwili zniknęły wszelkie wątpliwości, a cała atmosfera wokoło natychmiast stała się lżejsza, bardziej dynamiczna.

Wadera, wstając z ziemi, odwróciła się do niego, a jej pysk znowu był pełen energii, jakby zapomniała o tym wszystkim, co jeszcze chwilę temu trzymało ją w ciszy i niepewności. Aiden poczuł, jak narasta w nim ciekawość, jak jej entuzjazm zaraża go na nowo, w końcu powiedziała to z taką pewnością, jakby chciała zaraz podzielić się czymś, co mogło całkowicie zmienić jego perspektywę postrzegania świata. Jej oczy błyszczały, a cała postawa wyrażała gotowość na nowe doświadczenia.

— Co to takiego? — zapytał, wstając i podchodząc do niej, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jego pysku. To była ta chemia, która sprawiała, że czuli się jak dawniej – jakby nic się nie zmieniło.

Oxide, nie czekając na dłużej, ruszyła w stronę drzewa, gdzie trzymała kilka swoich rzeczy. Przeszła obok niego, rzucając spojrzenie pełne ekscytacji.

— Musisz to zobaczyć. — jej ton był pełen niecierpliwości, a w jej gestach czuło się tę determinację, jakby niczego nie chciała tak bardzo, jak właśnie tego.

Aiden nie czekał ani sekundy dłużej. Zaintrygowany i pełen energii, podążył za nią. Coś w jej oczach, coś w jej słowach obiecywało, że to, co miało się wydarzyć, miało być warte każdej sekundy tego oczekiwania.

Nagle zatrzymała się na chwilę, biorąc głęboki oddech, jakby przygotowując się do czegoś ważnego. Prędko dostrzegł, że jej pysk nabrał wyrazu pewnej powagi, mimo że w jej oczach nadal lśniła ekscytacja.

— Słuchaj, to może brzmieć trochę dziwnie, ale… to coś, co odkryłam, jest naprawdę wyjątkowe. — Oxide spojrzała na niego, upewniając się, że ma pełną uwagę. — To śmieszne urządzonko, to nie tylko zwykły przedmiot. To coś, co… pomaga w odnalezieniu siebie. Nie chodzi tylko o odurzenie. Chodzi o to, jak wpływa na umysł, jak daje dostęp do miejsc w naszej świadomości, które są… poza tym, co znamy. No i nie chodzi tylko o naczynie, ostatnio w lesie znalazłam dzikie zioła…

Aiden zmarszczył brwi, ale nie przerywał jej. Słuchał uważnie, czując, że to, o czym mówiła, miało w sobie coś głębszego. Wadera kontynuowała, coraz bardziej zafascynowana własnym pomysłem.

— Zauważyłam, że kiedy używasz tego bonga z tym ziołem, nie tylko odprężasz się fizycznie, ale coś w twoim umyśle się zmienia. Przestajesz myśleć o wszystkim, co cię ogranicza. Chodzi o to, żeby poczuć się wolnym. Każdy, kto spróbuje, zrozumie to po swojemu, ale dla mnie to trochę jak… połączenie z naturą, z całą tą przestrzenią wokół.

Oxide spojrzała w jego oczy, jakby czekała na reakcję. Wiedziała, że to, co proponuje, mogło brzmieć trochę odklejenie, ale była przekonana, że akurat on zrozumie, co ma na myśli.

— To wszystko jest… wyjątkowe, specjalne, rozumiesz? — dodała. — Zostało zrobione przeze mnie, a jego kształt… on ma znaczenie. Kości na nim, glina – wszystko to ma symbolikę. Kiedy to palisz, czujesz się jakbyś wchodził w inną przestrzeń. Ja… to po prostu działa, Aiden.

Jej głos stał się łagodniejszy, ale pełen pasji, jakby naprawdę wierzyła w moc tego rytuału. Aiden, choć nie do końca pewny, czy rozumie całość, poczuł coś w tej propozycji. Czuł, że Oxide miała w tym głębszy cel, którego nie mógł jeszcze uchwycić, ale chęć zrozumienia rosła w nim.

— Kurwa, brzmię jak jakaś pierdolnięta… — już miała zacząć wątpić w to, czy prezentacja tego w ogóle miała jakikolwiek sens, jednak odpowiedź, którą otrzymała za chwilę, zmotywowała ją do działania.

— Chcesz, żebym spróbował? — zapytał, z uśmiechem, który wciąż miał na pysku, a w jego oczach mieniła się również ciekawość.

Prędko skinęła głową, jakby wiedziała, że to, co teraz zaproponuje, może otworzyć przed nimi zupełnie nowy rozdział ich wspólnych doświadczeń.

— Tak… tak, myślę, że to może być coś, czego oboje potrzebujemy.

<Aiden?>

Szczerze, czy ktokolwiek z was spodziewałby się tego po Oxide? XDXD nmg posikam się.

wtorek, 1 kwietnia 2025

Nasz Głos nr.53

Aktualności

Hej hej! Minęło kolejne cztery miesiące od ostatniego numeru Naszego Głosu, tym razem przerwa była jednak planowana, gdyż Nasz Głos zmienia format z miesięcznika na kwartalnik (czysto teoretycznie ten numer powinien pojawić się 1 stycznia i od tego momentu gazetka powinna zmienić się w kwartalnik, ale jeden miesiąc pomiędzy dałby zbyt mało zmian). A teraz przejdźmy do tego, co zmieniło się wśród naszych wilków:

  • Dotarli do nas: Sasanka, Prymula, Wiatr – w sumie 3 postaci
  • Dorośli w naszych progach: Domael, Katarakta, Smoła – w sumie 3 postaci
  • Odeszli od nas: Apollo Anubis Ain, Kapral, Kawka, C6, Zendayafiri Nere'e Citlali Pinezka – w sumie 5 postaci

Żart numeru

Zrobił wilk elektrownię, lecz by prąd uzyskać,
Spalał w niej cały węgiel z kopalni od liska.
Kopalnia z elektrowni cały prąd zżerała,
Stąd brak światła i węgla. Ale system działa!

Coś ze świata

W serii książek "Muminki" pojawia się pewna interesująca postać o imieniu Nini, znana również jako niewidzialne dziecko. Jej historia nie jest zbyt przyjemna – Nini wychowywana jest przez kobietę, która traktuje ją ozięble i bez jakichkolwiek emocji. Nie wścieka się, gdy Nini psoci, nie pokazuje smutku, nie pokazuje radości, zamiast tego ignoruje dziewczynkę, do wszystkiego podchodzi z sercem zimnym jak lód. Takie traktowanie doprowadza do tego, że Nini staje się niewidzialna, by nikomu w swoim otoczeniu "nie przeszkadzać".

Takie osoby trafiają się również w prawdziwym życiu. Są ciche, starają się nie wchodzić w drogę, aż stają się dla wszystkich niewidzialne. Nikt o nich nie pamięta, nikt o nich nie mówi, osoby te znikają całkowicie z życia innych. Aby mogły uniknąć tego ponurego losu, inni muszą wyciągnąć do nich rękę, zauważyć je, dać im głos, którego same nie mają. Pamiętajmy, by zauważać tych, którzy czują się niewidzialni.

Mlecz i Bławatek dziękują za przeczytanie!