niedziela, 5 lipca 2020

Od Talazy CD Szkła - "Pierwsza Krew"

,,Gorzko! Gorzko!’’, odbijało mi się w uszach, skutecznie tępiąc ciepły smak Szkła na moim języku. Odsunęłam się szybko, acz zgrabnie, by spojrzeć basiorowi w oczy z nadzieją, że mogłabym odebrać swoją przyjemność chociaż z walorów wizualnych, w tamtej chwili jednak rytmiczne pokrzykiwania tłumu przerodziły się w jakiś chaotyczny aplauz, dezorientującą mieszanką gwizdów i poklasku; przez otoczenie przelała się oszałamiająca, brudna fala.
Ocucił mnie ponowny żar ognia na mojej twarzy oraz nie mniej ciepła łapa małżonka złożona na mojej. Uniósłszy spojrzenie, odnotowałam bliskość płomieni jakiegoś dogaszającego ogniska oraz mniej lub bardziej kojarzone twarze najbliższego otoczenia Szkła. Przypomniawszy sobie wcześniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia, uśmiechnęłam się niezdrowo, zastanawiając się, kto zezwolił na to, bym ponownie znalazła się blisko ognia.
Widząc tę nagłą, z obcej perspektywy może nawet niepokojącą zmianę na mojej dotychczas otępionej alkoholem twarzy, małżonek uprzejmie zapytał, czy dobrze się czułam. Odpowiedziałam mu energicznym, acz trochę lekceważącym skinieniem głowy. Wykonał podobny gest jako wyrażenie wiary i zrozumienia, dalsze jego działania przeczyły natomiast prawdziwości niemej odpowiedzi. Basior przybliżył się do mnie, objęciem w pewien sposób ograniczając moje ruchy, być może na wypadek, gdybym znów zapragnęła skakać przez ogień lub dla odmiany, nie wiem, uciekać do lasu, by tam siłować się z niedźwiedziem.
Nie obraziłam się jednak na taki obrót spraw, z pewną nawet ulgą opierając głowę na silnym barku małżonka. Nie mogłam zaprzeczyć, że impreza należała do tych mocniejszych, a nawet wcześniejsza drzemka nie była w stanie wymazać całego zmęczenia ostatnich godzin. Przynajmniej mogłam się tu ogrzać; odwróciwszy nieznacznie głowę, zauważyłam, że nadchodził wieczór, a słońce zachodziło dzisiaj krwawą czerwienią.
Mimo całej wygody swojego nowego położenia nie spałam, nie można jednak powiedzieć, że specjalnie włączałam się w dyskusję pomiędzy małym gronem, w którym się znalazłam. Patrzyłam przez ognie na Agresta i towarzyszącego mu niebieskiego ptaka, już od dobrych kilku minut próbując sobie przypomnieć, kim dokładnie byli. Stworzenie o ostrym dziobie wzbudzało we mnie jakieś pomieszane instynkty; patrząc na nie przez czas dłuższy, niżby normalnie wypadało, nieraz ugięłam się pod krótką falą dreszczy, które stawiały futro na moim grzbiecie.
Alkoholowe wyczyny i weselne zabawy najlepszego sortu pozwoliły jednak w porę rozładować wzbierające we mnie pokłady adrenaliny, więc nie czułam szczególnej potrzeby wszczynania awantury. Psychicznie powstrzymywała mnie przed tym także mała ofiara z jasnego futra mojego małżonka. Kolejny równie dramatyczny wyczyn w tak krótkim czasie mógł prędzej zaszkodzić przyjęciu, niż je jeszcze bardziej rozpalić.
Sielankowy nastrój, który zaczął się już powoli rodzić nad spokojnym ogniskiem, zburzyła w moim sercu nagła fala bólu. Zgięłam się w pół, drżąc przez chwilę z zimna absolutnie kontrastującego z blaskiem letniej nocy rozpalonej dziesiątką ognisk. Szkło, który był zbyt blisko, by nie zauważyć tego nagłego, chaotycznego ruchu powtórzył zadane już chyba przezeń niejeden raz pytanie o mój stan, a ja, też starym zwyczajem, zaprzeczyłam wszystkiemu, niemniej jednak wyplątując się z ciepłego uścisku basiora, by móc ochłonąć przez chwilę w spokojniejszym miejscu.
Nie obyło się bez stanowczych nalegań, by żaden z szarmanckich panów nie szedł za mną, chcąc mieć na mnie oko w razie, gdybym jednak poważniej zaniemogła, niemniej jednak z ogromną, patrząc przez pryzmat wszystkiego, co zdążyłam wypić, gracją udało mi się przebić przez tłok na polance, by następnie odbyć niezwykle krótki spacer pomiędzy drzewami.
Może to przez zobojętniałe rozluźnienie, które ogarnęło mnie tak szybko, jak tylko zniknęłam z oczu dziesiątek gości, a może przez zwyczajne zmęczenie, tak czy inaczej, nie mogąc dłużej utrzymać się na łapach, niezgrabnie opadłam na pień jakiegoś drzewa. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w śpiew ptaków z nadzieją, że subtelne melodie wieczoru będą w stanie choć trochę przygłuszyć promieniujący ból. Zdawało mi się, że słyszę w oddali pieśń rzeki, ale równie dobrze mogło być to tylko złudzenie.
Nie więcej niż pół godziny później oddychałam już spokojniej, ze zdrową mieszanką niepokoju i irytacji przecierając pysk, żywiąc nadzieję, że Szkło jakimś cudem nie będzie miał tej nocy ochoty na więcej pocałunków. Nie należało to do przyjemnych doświadczeń, acz było niemalże nieodłącznie związane z każdym większym przyjęciem. Przynajmniej teraz, gdy było już po wszystkim, mogłam powrócić do godnego świętowania.
Jeszcze kilka oddechów i wracam, postanowiłam stanowczo, natychmiast zamykając oczy, by przygotować się na powrót ze spokojem i godnością prawdziwie zmartwychwstałego. W odzyskiwaniu równowagi przeszkodziły mi natychmiast dopiero budzące się instynkty, od razu zwracając moją uwagę na postać zbliżającą się z mojej prawej strony. Najwyraźniej wciąż były one ciut przytępione nadmiarem procentów, spodziewałam się bowiem ujrzeć nikogo innego jak najważniejszego basiora wieczoru.
Zdziwienie, jakie wzbudził we mnie widok tego niepozornego wilka, z którym nie łączyło mnie absolutnie nic, szybko zostało zalane falą niepokoju.

< Agrest ;)? >

Od Magnusa – „Rezerwat” cz. 2

Ocknąłem się czując ostry ból w okolicach karku. Przeciągnąłem się, rozciągając obolałe mięśnie. Czułem się jednak bardzo wypoczęty. Nie czułem zmęczenia, tak jak było przez ostatnie kilka dni mojego życia. Wyszedłem z jaskini w jasny, chłodny dzień i odetchnąłem wietrznym, morskim powietrzem. Uśmiechnąłem się. Nowy dzień mojego życia właśnie się rozpoczął i nie mogłem się doczekać czego nowego dzisiaj się nauczę.

- Magnus! – usłyszałem za sobą i odwróciłem się gwałtownie. Syknąłem jednak na ten ruch, czując nagły ból w karku.

- Co jest? Źle spałeś? – zapytał Malfoy, jeden z moich przyrodnich braci.

- Chyba tak… - jęknąłem. Malfoy mnie onieśmielał. Jego śnieżnobiałe długie futro lśniło w słońcu jak białe złoto, a dumna postawa sprawiała, że każdy wilk czuł się przy nim nieswojo.

- Dobra, lecisz ze mną na obchód? – rzucił wilk i ruszył przed siebie, jakby moja odpowiedź mogła być tylko jedna. Właściwie była. Moja matka zmarła przy porodzie, a ojciec wolał towarzystwo wader niż swoich bękarcich synów. Dlatego też opieka nade mną spadła na moje starsze rodzeństwo, Malfoya i Korteza. Malfoy jest strażnikiem watahy i codziennie o świcie, w południe i o zmierzchu przemierza wyspę w poszukiwaniu niczego i wszystkiego jednocześnie. Od niego uczyłem się o sile, walce, polowaniu i wszelkich aspektach fizycznych w naszym wilczym życiu. Kortez za to, jest naszym „doprawiaczem”. Sprawia, że mięso z beznamiętnego i suchego, staje się pełne aromatu i słonych soków. Każdy z nich poznawał mnie z innymi aspektami życia. Na świecie byłem zaledwie od kilku dni i pomimo śmierci i odtrącenia, czułem, że trafiłem w najlepsze miejsce jakie wilk mógłby sobie wyobrazić. Z opowieści braci wiedziałem, że niektóre wilki żyją w głębi „Wielkiego Lądu”, bez słonej wody, plaż i skarp. Nie potrafiłem sobie wyobrazić takiego miejsca i coś czułem, że nie podobałoby mi się tam.

- No idziesz!? – krzyknął za mną Malfoy a ja ruszyłem za nim z uśmiechem.

- Czy to normalne, po śnie? – zapytałem, gdy zrównałem się z wilkiem. – Ból w szyi? – doprecyzowałem pocierając obolałe miejsce łapą. Malfoy spojrzał na mnie bez słowa i wzruszył ramionami. Czyli standardowo. Malfoy nie odpowiadał na pytania. Opowiadał, uczył, ale na swoich warunkach. Po jakimkolwiek pytaniu, zaczynał milczeć. Milczałem więc razem z nim. To Kortez był od odpowiadania na moje pytania.

Poruszaliśmy się powolnym biegiem, żeby mieć czas wyłapać „anomalie” na wyspie. Bardzo często zdarzały się tu rzeczy niewyjaśnione i jak nie z tego świata. Dziwne latające maszyny, porwane wilki, które wracały bez pamięci… Nie drążyliśmy jednak tych tematów, po części ze strachu, a po części z braku środków i wilków zdolnych by się tym zająć. Co jakiś czas znajdował się wilk, który porywał się na odnalezienie przyczyn tych dziwnych zjawisk. W momencie gdy wyruszał w głąb wyspy, by znaleźć odpowiedzi, nie wracał już nigdy. Bez ciała, bez żadnych pozostawionych śladów czy poszlak. Nasz alfa postanowił więc zakazać takich wypraw i zajmowania się tymi zjawiskami. Dbał o nasze dobro, zawsze mieliśmy co jeść, co pić, czym się zająć. Nie wierzyłem, że gdzieś mogło istnieć lepsze miejsce do życia dla wilków.

- Malfi! – usłyszałem radosny krzyk, gdy obchodziliśmy jedną z plaż. Mała ognisto futra wilczyca rzuciła się z biegu na Malfoya, przewracając go na plecy. Śpiewny śmiech wadery rozszedł się po mojej czaszce, przyprawiając mnie o dreszcze. Doznałem dziwnego odczucia zawstydzenia, radości i strachu w jednym. Wilki tarzały się po ziemi, przepychając jedno, drugiego. Malfoy w końcu zajęczał udając, że został pokonany w tej walce, a wilczyca wstała z okrzykiem zwycięstwa.

- Karou… - zwrócił się do wadery wilk, wstając z piaszczystej ziemi. – muszę powiedzieć, że nieźle sobie radzisz. Może powinnaś towarzyszyć nam w obchodach. – twarz rudej wadery rozświetliła się. Nadal dyszała po wysiłku, ale pokiwała szybko głową. Widać było w jej oczach ogromny entuzjazm.

- Musisz pomyśleć o zostaniu strażnikiem, albo może załapiesz się do grupy na polowania… - kontynuował Malfoy, gdy nasza trójka ruszyła na dalszy obchód.

- Chce być sprinterem! – powiedziała Karou. – Będę ścigać zwierzynę i powalać ją na łopatki! – zawzięcie wykrzyknęła, skacząc i pokazując nam ruchy których będzie przy tym używać. Obserwowałem nieśmiało wilczycę, jakby czekając, aż mnie zauważy. Jej ognisto czerwone futro kontrastowało z jasnozielonymi oczami, które skrzyły się przy każdym jej spojrzeniu. Długie i szerokie uszy wyglądały bardziej na kocie, niż wilcze. Dodawały jej uroku i byłem pewny, że jej słuch był  o niebo lepszy od mojego.

- A ty jak się nazywasz? – zwróciła się w końcu do mnie wadera.

- Jestem Magnus. – powiedziałem niskim głosem, co tylko wprawiło moich towarzyszy w śmiech. Poczułem ciepło na policzkach, ale starałem się nie dać po sobie niczego poznać.

- Ja jestem Karou – uśmiechnęła się ciepło – ale mów mi Kara…

Wtedy poczułem, że to imię zostanie przy mnie na wiele lat.

CDN


czwartek, 2 lipca 2020

Od Paketenshiki - "Rodziny się nie zapomina", cz. 2

Rudy, lisowaty wilk obserwował wszystko z daleka. Miał tyle szczęścia, że w idealnym punkcie obserwacyjnym dało się doskonale schować, o ile za bardzo się nie ruszałeś. Z kolei widok był niemalże doskonały.
Oglądał lisią norę, która należała do jego siostry. Skinterifiri nie miała pojęcia o podglądającym ją starszym bracie, co pozwalało na całkowicie naturalną reakcję. Paki chciał zobaczyć, jak dokładnie zachowuje się Dinakaratie względem lisiczki. Wewnętrzny głos mu mówił, że Skinka wcale nie powiedziała mu wszystkiego. Tak jak zazwyczaj jest w relacjach z przemocą…
Lis zjawił się o porze, o której zawsze - za czasów Paketenshiki - samce wracały z polowania. On jednak nie przyniósł nic do jedzenia. Kompletnie. Dodatkowo zaczął krzyczeć na Skinkę, obrażać ją, wyzywać. Jednym z tekstów, jakie basior usłyszał, było “Każda inna lisica byłaby o wiele lepsza, ale wybrałem ciebie! Mogłabyś być za to wdzięczna!”. Już w tym momencie Paketenshika wiedział, że jego siostra trafiła na totalnego gnojka, z którym trzeba się rozprawić raz na zawsze.

Musiał coś z tym zrobić. Inaczej jego mała siostrzyczka będzie do końca życia wykorzystywana. Nikt inny nie ośmieli się jej pomóc. Dinakaratie był jednym z największych lisów, jakie basior widział. Choć do wilka dalej mu było daleko.
Gdy obmyślał cały plan, zobaczył coś, co całkowicie przelało czarę.
Dinakaratie uderzył Skinterifiri.
Pazurami. Bezpośrednio w pyszczek.
Gdyby nie łapy wbite w glebę niczym korzenie sosny, Paki przyskoczyłby do tego gada i rozszarpałby go na miejscu. Ale przecież obiecał, że mu nic nie zrobi. Obietnice muszą być dotrzymywane.
Powolutku wycofał się ze swojej kryjówki i poszedł na osobność. Widział wystarczająco. Teraz trzeba było dokładnie obmyślić plan.
Plan jednak wymagał czasu, sporo czasu, i na ten okres Paketenshika nic nie mógł zbytnio zrobić. Postanowił się na jakiś czas wycofać, poniekąd po to, by nikt nie kojarzył go z tajemniczym “wypadkiem” Dinakaratie’go. Gdyby zaatakował za szybko, niektóre mniej ufające mu lisy mogłyby powiązać fakty. Trzeba być ostrożnym, jeśli ma jeszcze kiedyś zobaczyć siostrę.
Wrócił do swojego domu na terenie watahy srebrnego chabra. Schowany w wykopanej samodzielnie norze, doskonalił najmniejsze szczegóły niespodziewanego, jednakże w pełni zaplanowanego wypadku. Nie mógł pozwolić, żeby choćby najmniejsza poszlaka została powiązana z jego osobą, bo inaczej już nigdy nie spotkałby rodziny.
W tym czasie jego mała siostrzyczka, ukochana Skinterifiri, po raz kolejny była bita i wykorzystywana, skrzyczana, pozostawiona bez nadziei na polepszenie się sytuacji. Och, gdyby wiedziała, jakie piekło czeka jej oprawcę… Być może nie bała by się tak bardzo. Być może uciekłaby, dzięki temu ratując swoje śliczne, czekoladowe oczko.

< C.D.N. >

Od Cuore - "Błędne Koło", cz. 1

Witaj. Dziś spróbujmy porozmawiać inaczej, niż wcześniej.
Nie znałeś mojego głosu, Towarzyszu. Nigdy wcześniej żaden mój wilczy przyjaciel nie dał mi prawa odezwania się do Ciebie. Może poza jednym, który sam w końcu przestał mówić do Ciebie wprost, on zainteresował się również moją... powiedzmy, perspektywą. Wspomnienie jego postaci w tym kontekście wydaje się dziś jedynie żałosną ironią. Ale tego wilka już nie ma.
Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy zaczynając zdawać sobie sprawę z tego, kto mówi do nich tym razem, coraz poważniej zastanawiają się nad przerwaniem czytania z wewnętrznym pomrukiem gniewu. A może jednak w WSC nie na takich?
Wiem, nie powinienem. Powinienem jak przedtem, z boku przyglądać się, jak nasza historia jest pisana przez innych. Ale zawsze lubiłem trochę zmieniać zasady.

W przeszłości cała opowieść zamykała się w niefrasobliwie prostych rozmowach i mniej lub bardziej przypadkowych wydarzeniach, podyktowanych głównie monotonią. Nie było tam wiele myślenia, nie było tam planu, a i tak w jakiś sposób wszystko docierało do końca, każdy dzień tworzył naszą historię. Dziś czerpiemy właśnie z tego, pełnymi garściami, jednocześnie obłudnie próbując wyprzeć z pamięci to i owo, czego wspomnienie nie bardzo nam się podoba.
Zgadnijcie, o czym w tej chwili mówię? Może o tym czymś, co zwane dzieciństwem, przedstawia okres największej niewinności, a zarazem nieporadności i głupoty. A może o opowieści, której istnienia wszyscy jesteśmy świadomi, nikt tylko głośno się tu do tego nie przyznaje?
Po dzieciństwie, nadchodzi okres wszechmocy, który nie zanika, a najwyżej przekształca się z niewinnej świadomości własnych sił i wyostrzonych zmysłów, w jałowe przekonanie o swoim ogromnym doświadczeniu.
Aż wreszcie nadchodzi czas, gdy to wszystko mija.
Właśnie wtedy często orientujemy się, że to nie do końca tak.
Szczęśliwy jest wtedy ten, kto zdaje sobie sprawę, że to, czego dowiedział się przez całe życie, jest ledwie niedostrzegalnym ułamkiem ułamka tego, co wyobrażał sobie wcześniej. Dopóki jest w stanie unieść głowę, patrzy wtedy w gwiazdy i widzi niezliczoną ilość czegoś nieskończenie większego, niż on sam.
Ostatnim etapem, do którego dąży prawie każdy, choć nikt nie wie po co, jest powrót do zbioru pierwszych świadomych impulsów. By ponownie stać się dzieckiem, bezbronnym i ciężko myślącym. A jednak mądrzejszym, niż w trakcie bezmyślnych lat wiary we własną moc.
A potem kończy się wszystko.

Prowadząc ciekawy wzrok poniżej trochę abstrakcyjnego tytułu, byliście pewnie przygotowani, by dowiedzieć się czegoś o historii wilczego nośnika naszego nowego imienia. Świetnie. Opowiem Wam ją właśnie teraz.

Pierwszy raz usłyszałem je, gdy pewna bardzo niespokojna wadera odwiedziła jaskinię jednego z moich przyjaciół, by drżącym głosem i powstrzymując łzy opowiedzieć mu o swoim palącym problemie, który wyżerał białe krwinki z jej żył i tłuszcz spod jej skóry. Mówiła szeptem, ale echo niosło każde jej słowo, wprost w naszym kierunku. Drobny deszcz przebijał się przez niskie warstwy pociemniałych chmur i tworzył spokojny akompaniament jej żalu.
Opuściłem wzrok, zaciekawiony jak Wasz jeszcze przed chwilą, widząc niezadowolone spojrzenie naszego towarzysza, który zwrócił je ku nam na chwilę, by upewnić się, że słyszymy opowieść o ich tajemnicy, strzepywanej teraz jak pył z koszuli, na ziemię. Potem chaotycznie złapał ją za łapę i skinął głową w kierunku wyjścia. Wyszli.
Na zewnątrz, chyba zaczęła płakać. Uciszył ją niecierpliwie. Zawsze był arogancki, pomyślałem.
Ale ostatecznie był też stosunkowo wrażliwym chłopakiem i nie pozwolił jej długo płakać. Zza ściany dotarły do nas nerwowe zapewnienia, że wszystko jakoś się ułoży. Kiedy przytulił ją do siebie, nasz trzeci towarzysz i ja popatrzyliśmy po sobie, jakby próbując zapytać jeden drugiego, czy jest ktokolwiek, kto rozumie coś z zaszłej tak nagle sytuacji.
Po chwili wrócił, usiadł naprzeciw nas, westchnął i otarł łapą pysk. Przez chwilę nikt o nic nie pytał.
- Czy to się zawsze musi przytrafiać mnie? - jęknął w końcu, opierając czoło na łapie - czy całe moje nieszczęsne życie będzie ciągnąć się przegraną za przegraną?
Lekko podniosłem gliniane naczynie do połowy wypełnione procentami i przez chwilę patrzyłem, jak na powierzchni bezbarwnego płynu tworzą się drobne fale spowodowane drżeniem trzymających je palców. Jeszcze przez długi czas nosiły oznaki cierpkiej przeszłości.
- Ej - w pewnej chwili nawiązaliśmy kontakt wzrokowy - moglibyście ten jeden raz po prostu mnie pocieszyć? Jak przyjaciele?
- Dzieci czasem się rodzą - usłyszeliśmy łagodzący głos trzeciego, który uśmiechnął się niepewnie. Szary wilk prychnął i odwrócił się, kierując rozdrażniony wzrok na kiwające się na zewnątrz, ciemne gałęzie drzew - spokojnie - mruknął tamten, jeszcze raz podejmując próbę.
- Spokojnie? Co ty do diabła myślisz? Że do śmierci będę trzymać w tajemnicy własne dziecko? Czy może, że zestarzeję się i radośnie ogłoszę watasze, że ich nową alfą zostanie, no...
- Teoretycznie nie masz partnerki, wiesz, a gdyby tak to tamtą...
- Nie - warknął.
- To twoje dziecko. Zajmij się nim, jak prosiła. Za kilka lat wszyscy zapomną - dodałem po krótkiej chwili ciszy.
- Nie zapomną… - tym razem niespokojnie odwrócił się, by położyć na plecach i wbić wzrok w sklepienie, a potem ze zmęczeniem przymknąć oczy. Westchnął. Wtem otworzył je znowu i kilkukrotnie uderzył ogonem w ziemię pod wpływem silnych emocji - mam. Będzie porzuconym szczeniakiem.
- Co, czekaj, nie o to chodziło - zakaszlał nasz wspólnik - co chcesz zrobić?!
- Przygarnąć go - wilk jednak zdawał się stopniowo zanikać, odpływać do swojego wewnętrznego świata kombinacji i labiryntów, przy pomocy których wygrywał każdą polityczną bitwę - po co wszyscy mają wiedzieć coś, co można przeciw mnie wykorzystać? Po co… ona ma wiedzieć… czyż nie lepiej, jeśli będą podziwiać moją dobroć? - wolno odwrócił pysk w naszą stronę i uśmiechnął się tym uśmiechem, który mógł wskazywać jedynie na przewrotne samozadowolenie.
Zawsze starałem się w jakiś sposób go zrozumieć. Tamtym razem zdałem sobie jednak sprawę, że jakoś wyjątkowo trudno mi to zrobić.

   C. D. N.

Nowy członek!


Cuore - elew

Od Tiski - 6 trening szybkości

W ciągu dnia robiło się już tak ciepło, że każdy skrawek mojego ciała odmawiał jakichkolwiek treningów. Jedyne co mi pozostało, to bieganie rano lub wieczorami. Okazało się jednak, że wstanie przed tym, jak słońce zaczyna grzać, jest niewykonalne. Tego dnia po przebudzeniu porządkowałam swoją jaskinię, a następnie skierowałam się na najbliższą polanę, chcąc sprawdzić, jakie kwiaty już zakwitły. Uplotłam uroczy wianek i umieściłam go w honorowym miejscu w domu. Dopiero gdy słońce zachodziło, zdecydowałam się na przebieżkę w lesie iglastym. Powietrze było niezwykle przyjemne. Drobne kosy rozpoczęły swój wieczorny koncert. Szybko jednak ich śpiew zagłuszył mój oddech. Biegłam szybko, zależało mi na rozwijaniu prędkości. Czułam, że płuca wolałyby mieć więcej miejsca w ciele. Delikatne ciepło szybko przerodziło się w palący ogień. Już miałam dość, wyznaczyłam więc drzewo w zasięgu mojego wzroku, które posłużyło mi jako meta. Gdy do niego dobiegłam, zauważyłam, że rośnie ono nad czystym strumieniem. Woda znacząco mnie orzeźwiła.

Od Tiski - 5 trening szybkości

Ruda wadera wpatrywała się we mnie z zadowoleniem. Widziałam w jej oczach, że nie mogła doczekać się dzisiejszego treningu.
 - Gdzie biegniemy? - zapytała, próbując przebić się głosem przez ogłuszający szum wiatru.
- Do lasu - zgodnie ruszyłyśmy do najbliższego zejścia z plaży. Wśród drzew było przyjemnie cicho. Grube pnie z łatwością zatrzymywały wicher. Na początku zaczęłyśmy od drobnego truchtu w ramach rozgrzewki. Potem znacznie podkręciłyśmy tempo. Czułam, jak ciepło rozlewa się po moim organizmie. Krew docierała do każdej, najmniejszej komórki, dając jej tlen. Miałam wrażenie, że po każdym dniu, działało to jeszcze sprawniej. Oddech skracał się po dłuższym czasie, a mięśnie, choć dawały się we znaki, nie odmawiały posłuszeństwa. Gdy byłam gotowa, kiwnęłam głową Karze.
- Do tamtego powalonego drzewa. - wskazała na konar, znajdujący się przed nami. Odliczyłyśmy wspólnie: "trzy, dwa, jeden" i zaczęłyśmy się ścigać. Treningi w towarzystwie zdecydowanie mi służyły. Motywacja była tak silna, że ciało bez trudu się jej podporządkowało. Szaleńczy bieg był napędzany jednym pragnieniem: zwycięstwa. Poczułam każdy mięsień, dopiero gdy dotknęłam celu. Następne kilka sekund próbowałam złapać oddech.