piątek, 4 stycznia 2019

Od Zawilca CD Shi

Po odejściu basiorów ku zajęciom bardziej emocjonującym niż rozmowa z młodym, nudnym i nie do końca zorganizowanym samcem alfa tej watahy, zostałem sam z Mundusem. Jeszcze przez chwilę patrzyłem za odchodzącymi wilkami, następnie, gdy zyskałem pewność, że wraz z dzielącą nas odległością zniknęły wszystkie szanse na usłyszenie przez nich naszej rozmowy, powiedziałem cicho do towarzysza:
- Miej go na oku cały czas, proszę. Nie wybaczyłbym sobie gdyby przez nasze niedopatrzenie stało się coś złego. A ten szary wygląda mi na trochę niezwyczajnego osobnika.
- Można tak powiedzieć - przytaknął ptak - obiecuję, na nic złego mu nie pozwolę. Jeśli zajdzie  taka potrzeba, rzecz jasna.
Nic więcej nie mówiąc, otrzymawszy moje ciche przyzwolenie na rozpoczęcie zadania, zniknął w lesie, wśród wiecznie zielonych gałęzi sosen.
Jeszcze przez krótką chwilę stałem w bezruchu, wsłuchując się w jego zadziwiająco jak na tak duże stworzenie ciche kroki. Do głowy przyszedł mi przykład łosi, których waga dochodzi nawet do siedmiuset kilogramów, a które poruszają się po lesie bezszelestnie, cicho stąpając na swych szerokich kopytach. Potem pomyślałem jeszcze o dużych, cichych kotach i małych, tupiących jeżach, po czym doszedłem do wniosku, że w sposobie poruszania się naszego wykwalifikowanego chyba wywiadu nie ma niczego nadzwyczajnego.
Idąc drogą powrotną starałem się stąpać jak najciszej, przy czym wychodząc z lasu postanowiłem przerwać te próby, ponieważ skradając się i kołysząc niepewnie z boku na bok nie wyglądałem najbardziej dystyngowanie. A chyba powinienem, jak przystało na tak ważne stanowisko. W tamtym momencie niczym nie przypominałem poważnego samca alfa, za jakiego uchodził mój ojciec, czy podobno nawet dziadek.
Wcześniej planowałem spędzić resztę dnia na spełnianiu swoich zwyczajów codziennych obowiązków, ale praca wyjątkowo jakoś mi nie szła. Wreszcie zdecydowałem, że pójdę poszukać Shi i Mundusa, który miał go dyskretnie obserwować. Okazało się, że odnalezienie ich nie było trudne. W zasadzie sami się na mnie natknęli. Najpierw Mundurek z uspokajającą wiadomością, że wszystko jest w porządku, a następnie Shi, idąc niespokojnym krokiem, jakby spodziewał się konieczności odparcia ataku, wszedł prosto na nas.
- Shi - uśmiechnąłem się (oczywiście tylko w duchu, chcąc jednak ukazać to jak najbardziej przyjaznym tonem głosu) - jak miło cię widzieć. Co robisz? Obejrzałeś już całe nasze tereny? Piękne, prawda?
- Tak... - mruknął niechętnie - wszystko tutaj jest niczego sobie. Ale chyba będę musiał już iść... chciałem jeszcze upolować coś... do zjedzenia.
Przez kilka pustych sekund zastanawiałem się co odpowiedzieć, zdziwiłem się jednak, że wilka aż tak się "rozgadał". No nic, to dobrze. Może wszystkie moje podejrzenia były błędne, a on jest po prostu nieśmiały?
- Polujesz sam? - powiedział nagle Mundus, nie pozwalając mi dłużej zbierać myśli - mamy od tego grupę wilków. Jeśli chcesz, Shi, możesz o coś się u nich upomnieć.
- Ach, tak. Pewnie - odrzekł tylko nieobecnym głosem i ruszył przed siebie.
- Wiesz, gdzie ich szukać?
Ztrzymał się i ciężko westchnął. Dało się wyczuć jego rozdrażnienie.

< Shi? >

czwartek, 3 stycznia 2019

Od Caeldori CD Wrotycza

Spojrzałam ze szczerą wdzięcznością na basiora, po czym chwyciłam w pysk wystawiony drugi koniec kija. Być może straciliśmy szansę na prowadzenie rozmowy, jednak było to niezbędne do współpracy. Zrobiło mi się ciepło na sercu, ponieważ nie robił problemów z moim lękiem i robił wszystko, bym zobaczyła jak najwięcej. Podczas wspinaczki dodatkowo kontrolowałam stan roślinności na naszej obranej trasie. Musiałam, taki wpojony nawyk. W razie zagrożenia natura otaczała mnie ochroną i opieką, a poziom zazielenienia był adekwatny do ochrony. Dlatego czułam pewny niepokój widząc sporadyczne kępki mchu na naszej drodze. Nie to, że nie ufałam basiorowi- nie będąc na ziemi z roślinnością, czułam się dosyć mocno odsłonięta. To nie jest zbyt dziwne, skoro powalająca większość moich mocy, jak nie wszystkie, były ściśle związanie z naturą, w domyśle z kwiatami. 
Po wejściu na skalną półkę, na chwilę wyjęliśmy kij z pysków.
-Już niedaleko- powiedział Wrotycz spoglądając w górę.- Jakieś 50 metrów. Tylko teraz będzie trudniej, może być ślisko... Dajesz radę? Zawsze możemy zejść- dodał mój lekko spłoszony wzrok.
-N-nie, wszystko w porządku. Nie chcę zawracać, już tak blisko... Poza tym skoro jest okazja, to czemu z niej nie skorzystać?- Odparłam wodząc wzrokiem po ostatniej części chodu. Nie powiem, miałam leciutki napad paniki, ponieważ kompletnie nie widziałam żadnych oznak życia roślin.
-Daj znać, kiedy chcesz ruszyć- powiedział życzliwie oddając mi pałeczkę dowodzenia. Westchnęłam dając znak bycia gotową.
Ponownie ruszyliśmy, tym razem z jeszcze większą ostrożnością. Mój nowy kolega bardzo rozważnie wyznaczał kroki, nawet kilkukrotnie stukając łapą w jeden punkt. I kiedy byliśmy niemal na szczycie, gdzie on miał pół metra do niego a ja metr, coś musiało się złego stać.
Mimo pójścia śladami basiora, moja łapa trafiła na ukryte śliskie pole, dosyć gwałtownie zahaczyłam o nie. Całą mną zniosło w dół, pociągając kij z nim ku dołu. Tak jakoś musiałam nieudolnie się poślizgnąć, brawo moja niezdarna strono. Jak tylko łeb Wrotycza narzuconym ruchem gwałtownie pociągnęło w dół przez trzymany kij, musieliśmy go puścić bo albo skończyłoby się potężnym urazem jego szczęki, mojej głowy lub coś gorszego. Tak straciłam kontakt połączenia z nim.
Kij tuż obok mnie głucho uderzył w skałę i spadał dalej robiąc niezły hałas. Natychmiast wyrzucił ku mnie łapę, w tej samej sekundzie poczułam lekką siłę mchu, który zagrodził mi szybsze obsuwanie się. Zaciskając zęby przed strachem, musiałam się chwycić jego łapy. Gdy trzymaliśmy się, udało mi się wdrapać do niego, na bezpośredni szczyt. Tam, jak tylko stanęłam, Wrotycz dalej trzymał moją łapę a drugą instynktownie położył mi na ramieniu sprawdzając mnie.
-Wszystko w porządku? Nie zrobiłaś sobie krzywdy?- Lustrował mnie dobitnie po czym sobie przypomniał moje fatum strachu, bowiem zaraz cofnął się na pół metra i łagodnie puścił mi łapę, dopiero wtedy się rozluźniłam.
-Nie, wszystko gra- zapewniłam go. On jednak patrzył na mnie przenikliwym wzrokiem, przez co zrobiło mi się gorąco.- Co jest?
-Nic. Tylko...
-Tylko?- Mimo zawstydzenia, spojrzałam na niego pytająco. Coś go trapiło ale to co powiedział, spowodowało u mnie nader widoczny rumieniec.
-Masz takie małe i delikatne łapki.

< Wrotuś? XD >

Od Conquesta CD Aisu

Idąc tuż obok wadery napawałem się pięknem dnia, co chwilę zerkając na Aisu. Nie mogłem się powstrzymać. Sam nie wiem czy to pogoda, czy jej obecność, ale coś sprawiało, że czułem się naprawdę przyjemnie. 
- To co? Może spacerek nad Wodospad Tysiąca Twarzy? Jest piękny, ciekawi mnie czy zamarzł. - odparłem przyjaznym, lekko rozmarzonym tonem, by przerwać ciszę panującą od ostatnich paru chwil.
- Dobry pomysł. - uśmiechnęła się Aisu. Wraz z brązowo białą towarzyszką, ruszyliśmy więc truchtem w stronę wodospadu. Na nasze szczęście góry nie były daleko, a pogoda naprawdę sprzyjała. Wędrówka nie była męcząca, a po dwóch godzinach rozmów na przeróżne tematy, wygłupiania się i skakania w zaspach - dotarliśmy. Wodospad tak jak myślałem, był zamarznięty, co tylko dodawało mu piękna. Podszedłem bliżej, by sprawdzić stabilność lodu w jeziorze. Cóż, zamarznięty zbiornik utrzymywał mnie bez problemu, a więc wpadłem na niego w rozpędu. Wykonałem długi ślizg na drugą stronę i wielce zadowolony z siebie zerknąłem na Aisu. Wadera patrzyła z drugiego końca lodu na mnie z miną w stylu pytania "na poważnie?", co wywołało u mnie szeroki uśmiech. Wskoczyłem na lód raz jeszcze i zacząłem jeździć po nim radośnie. 
- Aisu! Chodź do mnie! Jest fantastycznie! - zawołałem. Wadera popatrzyła z lekkim niesmakiem na lód, po czym ostrożnie, wręcz nieufnie weszła. Powoli przemieściła się bardziej ku środku jeziora, bacznie pilnując każdego stawianego kroku. Oh, los chciał, że zapatrzyłem się w te ostrożne cudo na lodzie, a kompletnie zapomniałem, że sam mknę sporym tempem tuż na ogromną "ślizgawkę" powstałą w wyniku zamarznięcia lecącej wody. W głuchym piśnięciem i aktem desperacji, wybiłem się od zlodowaciałej wody i poszybowałem tuż na Aisu. Oboje przeturlaliśmy się kawałek, aż zatrzymaliśmy się pod zaspą śniegu. 
- Przepraszam..? - bardziej zapytałem niż powiedziałem, otrzepując oczy z białego puchu. Czułem jak delikatnie kręci mi się w głowie, lecz także wyraźnie odczuwałem, że na czymś leżę, a mego nosa dotyka coś wilgotnego. Gwałtowanie otworzyłem oczy i ku mojemu NIE zdziwieniu... wadera leżała tuż pod mną, a Jej nos stykał się z moim. Odchyliłem uszy do tyłu, myśląc z paniką co robić. I tutaj wadera mnie zaskoczyła... pod mną usłyszałem Jej śmiech.

< Aisu? :3 >

środa, 2 stycznia 2019

Od Wrotycza - Opowiadanie konkursowe

Dzisiaj miało wydarzyć się coś ważnego. Czułem to każdym mięśniem. Czułem to w kończynach, głowie i brzuchu, zanim jeszcze otworzyłem oczy.
Przeciągnąłem się w posłaniu z zamiarem przewrócenia na bok. Zdziwiło mnie, że w ogóle wytrwałem tak długo leżąc na grzbiecie. Gdy jednak spróbowałem się poruszyć, zorientowałem się, że coś tu bardzo nie pasuje.
Moje ramię było dziwnie wygięte, do tego stopnia, że nie pozwalało mi obrócić się. Niepokój zmusił mnie do otwarcia oczu, a gdy tylko to zrobiłem, drgnąłem, ukazując wynik nieświadomej reakcji obronnej, jaka czasem towarzyszy usłyszeniu głośnego, krótkiego dźwięku. Wokół mnie nie szumiał las. Wokół mnie stały cztery puste, bielone ściany ludzkiego pokoju. Rozejrzałem się, szybko unosząc się na łapach... rękach. Tym razem to ręce były w jakiś sposób przywiązane do mojej duszy. Mogłem swobodnie nimi kierować. To dało bardzo jasne przypuszczenie. Umarłem? Reinkarnacja istnieje, a teraz jestem człowiekiem? Super, fajnie, tylko - halo. Dlaczego już na starcie mam dwadzieścia lat i dlaczego... przypominam Wrotycza, burego basiorka z niejakiej Watahy Srebrnego Chabra? Wiadomo, stanowczo bardziej ludzko nieowłosiony i dwunożny, ale nadal miałem w sobie coś z tamtego wilka. Moje włosy były podobnej barwy, a Takie nawiązanie jednego ciała do drugiego nie byłoby chyba możliwe w innym życiu. A zatem co zaszło i co tu robię? Tak wiele pytań, a brak chociażby jednej odpowiedzi, która wyjaśniałaby mi chociażby jedną wątpliwość.
Wstałem chwiejnie, opierając się o legowisko, na który leżałem. Nie byłem pewien, ale nazywało się chyba łyżkiem. A może łóżkiem. Teraz mam chodzić na tylnych łapach? Jak to się robi, cholera?
Przeszedłem kilka kroków w jedną, potem w drugą stronę. "Spoko, dam radę" - powiedziałem sam do siebie, po czym gwałtownie otworzyłem pierwsze drzwi, które zobaczyłem. Tak się chyba robi u ludzi, żeby gdzieś pójść. To gdzieś pójdę. Może później cokolwiek się wyjaśni.
Dosyć szybko znalazłem kogoś, kto mógł być jednym z elementów rozjaśniających sytuację. Stał odwrócony do mnie plecami i miał coś, co dobrze pachniało. Z błogością wciągnąłem powietrze do płuc, przypominając sobie, że istnieje uczucie głodu. Jednocześnie z rozgoryczeniem zorientowałem się, że mój węch stanowczo się pogorszył. Miałem nadzieję, że to chwilowe.
- Haaaa... - przez moment zawahałem się. Jeśli to ciało ma w sobie duszę wilka, może lepiej nie przeszkadzać mu w jedzeniu. A jeśli to pomyłka i przede mną stoi ktoś obcy? Tfu tfu na psa urok... jeśli to zupełny człowiek? "A zresztą, cóż mam do stracenia?" - przebiegło mi przez głowę. Chrząknąłem i jeszcze raz, głośniej zagadnąłem - Haruhiko? To ty? - Ludzki osobnik odwrócił się. To on, nie mogłem się mylić. Też go dopadło. Dobrze, przynajmniej nie będę sam. W miłym towarzystwie miło nawet siedzieć na mrowisku. Albo w tym, ludzkim mrowisku, nie wiem, może też.
- Wrotycz? Coś nie tak? - odpowiedział pytaniem. Nie, człowieku, proszę, i tak mam już za dużo własnych pytań - czy ty coś piłeś?
- Nie, nie przypominam sobie - spróbowałem wrócić pamięcią do ostatniego dnia spędzonego w ciele wilka. W swojej głowie zastałem tylko ciemność i wiatr hulający po odludziach. Jeśli by postukać w nią pałeczką, wydałaby pewnie dźwięk podobny do cymbała - a ty... nie czujesz, że coś jest... nie w porządku?
- Nie, skąd. To znaczy... - zawahał się wilk (czy też człowiek, w tej sytuacji było chyba wszystko jedno) - pojutrze płacimy czynsz za dom. A poza tym chyba wszystko gra. Późno już - zauważył tymczasem - spóźnisz się na szkolenia.
- Co? - przerwałem skołowany, licząc, że Haruhiko postanowi powiedzieć mi coś więcej. Zdawało się, że ta ludzka skóra nie robi na nim wrażenia. Trudno, może to po prostu ja jestem dziwny i to całkiem normalne, lecz...
- Twoje szkolenia - powtórzył, wyrywając mnie z zamyślenia - zaczynają się za dwadzieścia minut.
- Ach tak - nie wiem, czy zabrzmiało to przekonująco, ale miało oznaczać, że przypomniałem sobie coś oczywistego, co najzwyczajniej wyleciało mi z głowy. Nie. Niczego sobie nie przypomniałem. Nadal potrzebowałem wyjaśnień, tylko jak mógłbym nie wzbudzając podejrzeń dowiedzieć się czegoś więcej?
- Wybacz, mam jakieś zaniki pamięci - dotknąłem swojego czoła.
- Chorąży Wrotycz, wydział lotnictwa wojskowego, aby awansować na starszego chorążego, a następnie, jeśli się nie mylę na podporucznika, musi jeszcze trochę polatać na tych swoich myśliwcach i posłuchać gadania waszego ulubionego wykładowcy. Coś ci to mówi?
"Niewiele poza dwoma pierwszymi słowami" - chciałem powiedzieć, jednak szybko powstrzymałem się. Pokiwałem tylko głową. Mój towarzysz niedoli westchnął i mówił dalej:
- Za dwadzieścia... - tu przerwał na chwilą i spojrzał na coś, co wisiało na ścianie, po czym kontynuował - osiemnaście minut zaczynają się wasze zajęcia.
- Nasze?
- Kuraha, no jego chyba go pamiętasz? Chciał na ciebie poczekać, ale musiał wyjść wcześniej, żeby jeszcze coś załatwić.
Znów pokiwałem głową, tym razem stanowczo energiczniej.
- Mogę twoje jedzenie? - zapytałem niepewnie, w pośpiechu zgadując, że jeśli spóźnię się na te tajemnicze "szkolenia", nie stanie się nic dobrego.
- Masz, ja mam więcej czasu na śniadanie, zrobię coś innego - Haruhiko uśmiechnął się pod nosem. Szybko chwyciłem to coś, co jeszcze przed chwilą trzymał w swojej pięciopalczastej dłoni i niemal jednym ruchem wcisnąłem sobie do pyska.
- Hej, zimne będziesz jadł? - gwałtownie powstrzymałem odruch żucia, usłyszawszy jego zdumiony głos.
- Nie mam czasu ocieplać - rzuciłem niemal w biegu. Już chciałem otworzyć kolejne drzwi, dzielące mnie najpewniej od miejsca przez które musiałem przejść, aby dostać się na szkolenia, gdy znów powstrzymał mnie towarzysz.
- Nie pomyślałeś o założeniu swojego munduru? W piżamie też prezentujesz się całkiem nieźle, ale radziłbym jednak coś bardziej profesjonalnego.
Odwróciłem się gwałtownie i nic nie odpowiedziawszy wpadłem do pokoju, w którym się obudziłem. Zajrzałem do pierwszego miejsca, w którym mógłbym znaleźć coś na kształt tego, o czym mówił przed chwilą Haruhiko. Dziwne, duże, drewniane pudełko na nóżkach, zaopatrzone w drzwi, które najwyraźniej wcześniej pominąłem. Tak, wisiało tam sporo ubrań, wśród nich musiało być i to, czego szukałem. Wywnioskowałem, że mojemu kochanemu informatorowi chodziło o coś w rodzaju narzutki, którą otrzymaliśmy na szkoleniach w NIKL'u. To szkolenia i to szkolenia, zatem wdzianko również musiało być podobne. W pudełku znalazłem to, czego szukałem, ubrałem się jakoś po ludzku i wyszedłem z pokoju, na wszelki wypadek biorąc ze sobą jakieś książki leżące na stoliku. Pfff, tak jakbym kiedykolwiek umiał czytać. Na jednej było zdjęcie myśliwca, pomyślałem więc, że mogą się przydać.
Gdy wyszedłem na zewnątrz, wśród zapachów, które napotkałem, spróbowałem odszukać Kurahę. Nic z tego jednak nie wyszło. Postanowiłem zatem iść przed siebie i liczyć na szczęście.
Już po kilku chwilach dostrzegłem kilka metalowych tabliczek zbitych w drogowskaz. Ku swojemu zdziwieniu zdołałem odczytać napis. Było tam miejsce, którego szukałem. "Lotnicza Akademia Wojskowa" - powtórzyłem w myślach.
Rozejrzałem się raz jeszcze. Wylądowałem w jakiejś spokojnej mieścinie, niewiele większej od naszej wioski w WSC. Ach, WSC... dlaczego muszę być tutaj, zamiast truchtać po lesie i wsłuchiwać się w skrzypienie uginających się pod wiatrem starych sosen...
Szybkim krokiem szedłem przed siebie. W końcu stanąłem przed dużą bramą. To to.
Przy wejściu stali dwaj strażnicy w mundurach w plamiaste khaki, identycznych jak mój. Poznałem jednego z nich, to przecież Conquest! Rozmawiał z kobietą siedzącą na stróżówce. Czyżby to... wytężyłem wzrok. Ją również znam, to Aisu. Świetnie, a zatem same znajome twarze naokoło.
- Wrotycz! Co dziś tak późno? - zagadnął mężczyzna gdy podszedłem bliżej - zazwyczaj jesteś sporo przed czasem.
- To chyba jakiś zły dzień - odrzekłem mgliście, przecierając oczy wierzchem dłoni. Zazwyczaj?!
- Masz wejściówkę? - zapytał. Zrobiło mi się gorąco.
- Co? - wykrztusiłem tylko. Mój znajomy westchnął.
- Dobra, właź. Aisu, proszę, zaznacz Wrotycza.
- Już się robi - odkrzyknęła ze stróżówki kobieta. Conquest parsknął śmiechem i pokręcił głową, otwierając bramę.
Dopiero gdy znalazłem się w pomieszczeniu i znalazłem salę, w której teoretycznie powinienem przebywać już od kilku minut, poczułem się swobodniej. Nacisnąłem na klamkę i cicho wszedłem do środka.
- O, proszę - zanim jeszcze zdążyłem zamknąć drzwi i dyskretnie rozejrzeć się wokół, usłyszałem znajomy głos - Wrotycz, siadaj. Co to strasznego się dziś stało, że nawet Wrotycz się spóźnił?
- Nie... nie wiem, przepraszam - stanąłem jak cielę pod drzwiami, nieprzygotowany na takie pytanie. Ponadto zamiast nad odpowiedzią, zacząłem zastanawiać się nad tym, kto je zadał. Czy to możliwe, że ten stojący pod tablicą blondyn to nasz Mundurek?
- Zaspaliście, panie chorąży? - zapytał tymczasem, odwracając się do swojego biurka. Z zastanowieniem potoczyłem wzrokiem po dużej sali, wyłapując w nim człowieka, który mógł być Kurahą. Tak, nie mogłem się mylić.
- Słucham? T... tak - odpowiedziałem, kierując się w stronę wolnego miejsca obok przyjaciela.
- A więc wracając do tematu, w zbiorze danych dotyczących profili płata, zapamiętywane są wielkości opisujące jego geometrię...
- Kuraha? - szepnąłem do osobnika po prawej stronie, chcąc upewnić się co do swoich przypuszczań.
- Co? - odpowiedział również szeptem. Odetchnąłem z ulgą.
- Jak nazywa się ten nauczyciel? - kontynuowałem. Ten popatrzył na mnie jak na wariata.
- No co ty, Wrotycz - odrzekł w końcu - rzeczywiście źle dzisiaj z tobą. Mundus, ulubiony nauczyciel całego rocznika - ostatnie słowa ociekały wręcz ironią. Pokiwałem głową, udając, że rozumiem - parę lat temu sam kończył studia w tej dziurze, ale oczywiście już zdążył o tym zapomnieć - dodał z wyrzutem, nie dopytywałem jednak, o co chodzi. To pewnie jakieś stare dzieje z czasów, kiedy jeszcze mnie tu nie było. Znaczy, na przykład z wczoraj.
- Kadłub opisany został przy użyciu trzech rodzajów elementów postaciowych: wycinków elipsoidy, ściętego stożka o eliptycznej podstawie oraz wycinków stożka eliptycznego - mówił Mundus - na tablicy widzicie model kadłuba. Jego nos został opisany przez dwie ćwiartki elipsoidy, które przylegają do siebie płaszczyznami symetrii.
Popatrzyłem na rysunek. Dało się na nim rozróżnić kółka i kreski, a nawet parę cyferek i jakieś esy, ale mimo to nie byłem w stanie ogarnąć myślami całej złożoności tego, co zostało tam przedstawione.
- Mówcie, jeśli coś nie jest widoczne. Niestety rzutnik nam się popsuł i musiałem odtworzyć to sam, a wiecie, że bazgrzę jak kura pazurem.
Trochę to trwało, aż w końcu wykład się skończył. Jeszcze chyba nigdy w życiu nie byłem tak zmęczony psychicznie. Gdy wyszliśmy z sali, Kuraha zwrócił się do mnie ze słowami:
- Rozmawiałem wczoraj z Paletką, dziś wieczorem idziemy na kolację - mówił z uśmiechem. Lekko zmrużyłem oczy - życz mi szczęścia, bo jeśli dziś, to nie wiem kiedy.
- O czym mówisz? - zapytałem podejrzliwie.
- Ach, zapomniałem, że jesteś dziś po jakiejś dziwnej amnezji - roześmiał się - chciałbym poprosić twoją siostrę o rękę, przecież wiesz.
Otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia. Tego się nie spodziewałem. Paluszka? O rękę?
Tego samego dnia gdy tylko wróciłem z wykładów, w moim biednym pokoiku o bielonych ścianach, dwóch średniej wielkości oknach i dużym, drewnianym żyrandolu pojawiła się Paletka z jeszcze jedną dziewczyną. Chyba już ją poznałem, tak, to...
- Posłuchaj, Wrotek - zaczęła, gdy tylko jak strzała wpadła do środka, siadając obok mnie, na przykrytym jakąś staroświecką narzutą łóżku - pamiętasz Caeldori, prawda? Świetnie, pół roku temu miałyśmy razem wymianę międzynarodową. Dzisiaj przyjechała do naszego miasteczka, bo zaczyna praktyki w "Zdrowokwiatku", wiesz, tej aptece przy skrzyżowaniu Wiślanej z Kolejową. Pokażesz naszej pani magister miasto, prawda? Zrobiłabym to sama, ale jestem potrzebna gdzie indziej - uśmiechnęła się uroczo.
- Moja mała siostrzyczka, jak zawsze rozchwytywana - zaśmiałem się, choć wiedziałem o jakie spotkanie tym razem jej chodzi. Oczywiście, nie miałem nic przeciwko swojemu zadaniu.
- Nigdy tu nie byłam - Caeldori nieśmiało odsunęła krzesło przy stoliku i również usiadła - nie wiem nawet, jak dojechać do apteki.
- Nie ma sprawy, to nieduże miasto, szybko się połapiesz - rzuciłem entuzjastycznie, nie zdążywszy się jeszcze zorientować, że "Pokazać miasto" nie równało się wcale oprowadzeniu po terenach WSC. W tamtej chwili byłem jednak zbyt zajęty podziwianiem zgrabnej talii ludzkiej wersji Kwiatuszka, by móc efektywnie skupić się na czymkolwiek innym.
Dopiero wieczorem, gdy staliśmy już we dwójkę na ulicy, uświadomiłem sobie, co tak właściwie tu nie gra. Rozejrzałem w prawo, w lewo i nic.
- Chodźmy - wyrzekłem pewnie, chcąc dodać sobie animuszu - zaraz zobaczymy, co tu jest warte do obejrzenia. To znaczy rzecz jasna, Ty zobaczysz, Caeldori.
Poruszaliśmy się wolno naprzód i chyba oboje byliśmy równie nieobeznani w małych uliczkach i otaczających nas starych domkach. Szukałem czegoś, co mógłbym pokazać dziewczynie, bez narażania się na pytania, na które nie umiałbym odpowiedzieć, jednak jedynym, co dało się zobaczyć naokoło, były popękane chodniki i pozamykane sklepy.
- O, mięsny - wskazałem w końcu - mają tu dobre udka - improwizowałem.
- Jeśli ktoś lubi... - uśmiechnęła się niepewnie Caeldori.
- Wiadomo - przytaknąłem szybko.
Nagle z jednej z uliczek wyskoczyło pięciu zakapturzonych typów.
- Kup pan cegłę - jeden z nich stanął naprzeciw nas. Odruchowo zakryłem Kwiatuszka ramieniem, co spowodowało tylko, że struchlała jeszcze bardziej.
- Chyba muszę odmówić - mruknąłem - przypadkiem mam ich w domu pod dostatkiem.
- Kup pan cegłę - powtórzył "zachęcająco". Pozostali otoczyli nas ze wszystkich stron. Chrząknąłem, licząc cele do rozwalenia.
- Po ile? - odpowiedziałem cicho, dyskretnie przyjmując pozycję dogodną do walki.
- Trzysta złotych - odparł krótko główny dresiarz. Prychnąłem.
- Ile?! Chyba sobie... - przerwałem, uświadomiwszy sobie nagle, że znam skądś jego charakterystyczny, bezemocjonalny głos. Rozluźniłem mięśnie i uśmiechnąłem się pod nosem - Zawilec...? Czy to ty?
- Skąd mnie znasz, człowieczku - typ odsunął się o dwa kroki.
- Nie no, błagam cię. Tak skończyłeś jako człowiek? - opuściłem ręce, wcześniej przygotowane do odparcia pierwszego uderzenia. Wtedy też zorientowałem się, że wszystko wokół mnie powoli się rozmywa. Króliczek nie zdążył odpowiedzieć.
Zgasły latarnie, przestał wiać wiatr. Potem może się obudziłem, nie wiem. Albo przynajmniej wyszedłem z fazy marzeń sennych. Tyle w temacie.

Od Wuwuzeli CD Joeny

Spojrzałam na Zawilca, a ten na mnie, po czym oboje przenieśliśmy wzrok na małą.
- Co o tym myślisz, Wuwuzelo? - zapytał biały samiec. Poczułam jak głos zostaje mi w gardle, lecz po ponownym spuszczeniu wzroku na wyczekującą z nadzieją Joenę, od razu odzyskałam głos.
- Nie mam nic przeciwko. Joena może zostać przy mnie. Oczywiście, gdyby jednak rodzice Jej szukali, to będzie trzeba podjąć odpowiednie kroki. - przeniosłam wzrok na Zawilca, a ten przytaknął głową. 
- Racja. Póki co w takim razie, niechaj Joena pozostanie pod Twą opieką. - uśmiechnął się. Mała z radości podskoczyła.
Pomaszerowałyśmy przed siebie, ponieważ chciałam pokazać Joenie choć skrawek terenów, nim zapadnie zmrok. A i oczywiście coś zjeść, bo to ważne. Gdy tak spacerem szłyśmy przed siebie, dowiedziałam się "conieco" o małej, między innymi np. to, że Joena uwielbia róże, szczególnie te białe. Malutka jest także typem marzycielki, co mnie zaciekawiło.
- Wuwuzelo? - wywołała nagle me imię. 
- Tak? - zwróciłam się do niej. 
- Czemu gdy rozmawiałaś z Zawilcem to nagle tak zareagowałaś jakbyś się wystraszyła? - przekręciła głową drepcząc z boku.
- Heh.. - odwróciłam lekko wzrok. - Otóż widzisz.. czasami tak mam, że nie potrafię zbyt rozmawiać z innymi. Powiedzmy, że głos w tedy mi się wręcz zacina.
- Ale ze mną tak nie masz! - zaprzeczyła młoda.
- Fakt. To dlatego, że jesteś młodziutka. Ze szczeniętami jest mi o wiele łatwiej rozmawiać. - odpowiedziałam czule. - To co, może jakaś kolacja?

Wraz z Joeną spojrzałyśmy w stronę bażantów. Zmrok powoli nadchodził, a słyszałam jak małej zaburczało w brzuszku, a więc nim wrócimy, trzeba coś zjeść.

< Joena? Zaadoptowałam Cię tymczasowo, hah >

wtorek, 1 stycznia 2019

Od Wrotycza CD Caeldori

Caeldori uśmiechnęła się z nieodgadnionym wyrazem pyszczka, choć po tonie jej głosu można się było łatwo zorientować, że chodziło o to, o czym z takim zajęciem mówiła przed chwilą. Nie pytałem już więcej, nie chcąc speszyć wilczycy. Przez następną chwilę znów szliśmy w ciszy, nie wiem, o czym myślała wtedy wadera, ale moją głowę zajmowało tworzenie planów i nowych koncepcji na życie. To, co mówiła Caeldori było, można by rzec, inspirujące. Jeszcze nigdy wcześniej nie słyszałem o takiej miłości. Poświęcenie, tak, temat bliski mi przez całe moje życie, ale zawsze poświęcenie było czymś... w rodzaju odpowiedzialności cywilnej, czymś mogącym być nazwanym wewnętrznym poczuciem obowiązku, który był celem do osiągnięcia. To trochę jak ratowanie siebie samego z macek zła. Ratowanie siebie, aby uratować kogoś innego. Tutaj tego wszystkiego zabrakło. W pięknej opowieści mojej nowej znajomej poświęcenie było czymś równie intrygującym, a jeszcze czystszym, być może piękniejszym, dobrym czynem w zupełności niewymuszonym, który opierał się w całej swojej istocie tylko na pięknej miłości. To inne poświęcenie, niż kiedykolwiek zostało ukazane tutaj, gdzie stykałem się z innym, bardziej prozaicznym znaczeniem tego słowa.
- Popatrz - wreszcie przerwałem milczenie, cichymi słowami - to Stepy.
Zatrzymaliśmy się wśród ostatnich drzew, pozostawiając za sobą ciemną głębinę bezkresnych Borów Dworkowych. Wiatr huczał głucho wśród gałęzi drzew, poruszając nimi wolno. Wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Było zimno. Chociaż śnieg został prawie całkowicie rozdmuchany między karłowatymi krzewami rosnącymi w niektórych miejscach lub narzucony na granicę lasu z którego wyszliśmy, droga nie należała do najprzyjemniejszych. Musieliśmy ją jednak pokonać, aby dostać się  z powrotem na północ naszych terenów, gdzie znajdowała się nowa jaskinia Caeldori.
- Ściemnia się - zauważyłem, gdy przed nami dała się dostrzec granica Lasu - pewnie jesteś głodna?
- Nie - zaprzeczyła - w domu miałam jeszcze trochę jedzenia. Zdążymy na kolację?
- Na pewno. Jeśli nie jesteś jeszcze zmęczona, możemy zahaczyć o góry. Pokażę ci Polanę Życia, gwarantuję, że ci się spodoba. W lato rosną na niej tysiące różnych kwiatów, lecz w zimę też jest tam na swój sposób pięknie.
- Chodźmy - przytaknęła wadera - chcę zobaczyć góry.
Gdy wzgórza, na które weszliśmy zaczęły robić się coraz bardziej strome, choć chciałem prowadzić Caeldori jak najłagodniejszą drogą, nie dało się uniknąć wspinaczki. Nie chciałem narażać jej na zmęczenie, a tym bardziej na to, czego tak się bała. Znalazłem jednak sposób, aby pomóc jej pokonywać trudniejsze fragmenty trasy. Wziąłem do pyska długi kij, którego drugi koniec podałem towarzyszce.
- Złap się go - powiedziałem - będzie łatwiej.

< Caeldori? >

Od Caeldori CD Wrotycza

-Porozmawiajmy o czymś przyjemnym- powiedziałam odwracając wzrok na bok, usilnie zastanawiając się, o czym możemy w tej chwili porozmawiać. Dlatego rzuciłam pierwsza lepszą myśl, jaka mi przyszła do głowy.- Poza Palette, masz jeszcze inne rodzeństwo?
-Nie... Nie- odchrząknął by powiedzieć głośniej i już bardziej pewniejszym głosem.
-Jesteście blisko?
-Jak to zżyte rodzeństwo. Możemy na sobie polegać- namyślił się po czym cicho wydał z siebie śmiech.- Chociaż zwykle to mnie opieprza za moje niektóre akcje.
-Co? Rola starszej siostry?
-No nie. Akurat to ja jestem z naszej dwójki starszy- rzekł dumnie. Spojrzałam na niego zaskoczona.
-Nie gniewaj się, ale byłam święcie przekonana, że to ona jest starsza- odezwałam się z lekkim zakłopotaniem.
-I pewnie mentalnie tak jest. Ponoć większość nowych członków tak myśli. A jak z tobą?- Zapytał się z lekkim wahaniem.
-Ja niestety jestem jedynaczką, chociaż inne wilki z mojego okresu miotu traktowałam i uważałam za rodzeństwo. Rodziców nie poznałam- powiedziałam spoglądając w horyzont,- ale nie mogę płakać z tego powodu. Ich miłość, bliskość i poświęcenie zmieniło ich w Kwiat z którego przyszłam na świat.
-Nie tęsknisz za nimi? -Spytał cicho z ostrożnością basior. Przekręciłam głową.
-Niezbyt. Fakt, poznałabym ich z radością ale nie mogę narzekać. Jakkolwiek to nie zabrzmi, jestem dumna z nich, cieszę się z ich miłości. W moich stronach rodzicielstwo to poważna sprawa,- spojrzałam na wilka.- Siła miłości gwarantuje Kwiat dziecka. Nawet jeśli nie mogą się poznać wzajemnie, to i tak łączy oba pokolenia bezkonkurencyjna miłość. To znaczy, tak się dzieje gdy oboje rodziców jest Kwiatami. Jeśli jedno z nich nie pochodzi z rośliny, mogą spokojnie wychowywać swoje pociechy i żyć z nimi.
-Serio?
-Tak- kiwnęłam głową.- Ajtra utrzymywała bliskie kontakty z przyjaciółmi z miotów, gdzie część związała się z nie Kwiatami.
-A co byś wolała?
-Nie jestem zbyt pewna- powiedziałam namyślając się.- Chociaż może ta druga opcja. Byłoby więcej czasu z drugą połówką i możliwość poznania dzieci- dokończyłam to zarumieniona. Szczerze mówiąc nie czułam się gotowa na macierzyństwo, poza tym kto by mnie chciał?

< Wrotycz? >