Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paketenshika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paketenshika. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lutego 2022

Odchodzą!

Paketenshika - powód: śmierć

Yir - powód: śmierć

Jak rzeczono. Pozdrówcie starych przyjaciół
i przygotujcie nam tam miejsce...

Od Paketenshiki - "Ostatni wschód"

Ta historia wydarzyła się na następny dzień po wyjątkowym wieczorze Yira i Paketenshiki. Oczywiście, jak niemal każda historia, wydarzyła się zupełnym przypadkiem, bo tylko przypadki powodują historię. Nic nie zapowiadało, że to będzie miało miejsce, te wydarzenia spadły na głowy dwóch basiorów tak niespodziewanie, że gdy minęły jeszcze przez jakiś czas nie potrafili się odnaleźć. Wy też zapewne będziecie zdziwieni... a może nie? Może spodziewaliście się, że kiedyś do tego dojdzie, w sumie to jest bardzo prawdopodobne. Ale podejrzewam, że sposób, w jaki do tego doszło, będzie mimo wszystko dla Was zaskoczeniem.

Zaczęło się z samego rana, gdy para opuściła swoje ciepłe, pachnące hormonami schronienie i miała ruszyć z powrotem na tereny Watahy Srebrnego Chabra. Może ich wyprawa nie była aż tak przygodowa, jak o tym marzyli, ale nie czuli potrzeby dalej iść. Już się dogadali - będą spędzać ze sobą więcej czasu, koniecznie regularnie gdzieś razem wychodzić i wspólnie polować dla całej rodziny. To miało naprawić ich związek. I z pewnością by naprawiło. Paki jednakże nagle zamarzył o zupełnie innych planach, takich, na które Yir nie miałby ochoty się zgodzić. Ale się zgodził, no bo przecież czego się nie robi dla swojego ukochanego. Niestety, właśnie te inne plany i potulna, względnie nieszkodliwa zgoda, doprowadziły do nowej historii, właściwie ostatniej, jaka do nich przyszła.

Po krótkiej porannej rozmowie i szybkim śniadaniu, Yir od razu ruszył w kierunku domu. Paketenshika jednak nie ruszał się z miejsca, co zmartwiło atramentowego wilka.

– Co się dzieje? – zapytał partnera, zauważając, że w złotych oczach nie pojawiła się obojętność charakterystyczna dla stanów odpłynięcia. Paki był zupełnie świadomy i celowo się nie podnosił, a było to zachowanie wyjątkowo niepokojące. Dlaczego tak siedzi?

– Yir, ja... Nie chcę wracać – powiedział wreszcie rudzielec; jego pewność siebie biła z wypowiadanych słów, jaśniejąc jak słońce odbijające się od sopli lodu. Decyzja ta, że Paki nie chce i być może nie zamierza wracać, wyraźnie została podjęta już parę sekund temu i wychowanek lisów zdołał się do niej w pełni przekonać. – Wiesz, co się tam dzieje. Znikają wilki, znajduje się coraz więcej zamordowanych. Jaskinia alf została napadnięta. Nie jesteśmy tam bezpieczni.

– Chcesz odejść z Watahy Srebrnego Chabra? – Yir z przestrachem obserwował towarzysza.

To była prawdopodobnie najgorsza możliwa opcja, na jaką mógł wpaść ten trójogoniasty lis i nie skończyłaby się niczym dobrym. Paki kochał Watahę Srebrnego Chabra! Uwielbiał wręcz ją! Pomimo swoich problemów zdrowotnych, zawsze starał się dokładać jak najwięcej, dbając o szczeniaki, wspierając dobrym słowem, pocieszając graniem na gitarze, nawet z bycia redaktorem gazetki "Nasz Głos" nigdy nie zrezygnował do końca, pomagając Pinezce i często drukując na maszynie dodatkowe numery, by jego córka nie musiała siedzieć nad tym całą noc tak jak on zwykł to robić. Jeżeli Paketenshika chce odejść ze Srebrnego Chabra, to albo jest z nim coś naprawdę źle, albo to wcale nie jest Paketenshika. Tak to po prostu wyglądało - nawet śmierć nie była w stanie powstrzymać tego lisa w ciele wilka przed powrotem do jego ukochanej watahy.

– Nie, Yir, pacanie – burknął poirytowany Paki, który mocno obraził się za w ogóle zaproponowanie takiej możliwości. No tak, co też Yir sobie myślał. Paki nigdy nie odejdzie z Watahy Srebrnego Chabra! – Po prostu chcę wziąć trochę dłuższe wakacje. Żeby chociaż przez ten czas nie myśleć o tym, co może się stać.

A co z naszymi dziećmi, pomyślał w duchu medyk, jednakże nie odważył się tego powiedzieć na głos. Paki pewnie po prostu nie chciał się ciągle zamartwiać, bo wykańczało go to psychicznie, a w końcu ich dzieci były już dorosłe. Potrafiły unikać tarapatów, albo przynajmniej się z nich wyciągać, więc nie powinno się nic im stać. No i była w domu Mi, ona już na pewno się wszystkimi zaopiekuje. Po prostu miała taki dar. Czuła się odpowiedzialna za całą rodzinę i z łatwością podoływała tej odpowiedzialności, więc raczej nie było się czym martwić.

– No dobra... – Yir westchnął głęboko, poddając się pod naciskiem stanowczego spojrzenia. – Poszwędamy się jeszcze przez dzień, dwa, ale potem wracamy do domu. Obietnica?

– Obietnica.

I tak powstał być może największy błąd w życiu basiorów, a z pewnością jeden z największych. Ruszyli przed siebie, w stronę przeciwną niż do domu, kierując się czysto intuicją, można powiedzieć tak jak to robi Wayfarer. Istnieje jednak pewna różnica między Wayfarerem i jego intuicją, a intuicją znacznej większości innych wilków. Wayfarer umiał wyczuwać niebezpieczeństwo, nauczyły go tego podróże, a intuicja wyostrzyła się na tyle, by sprawnie podpowiadać, która ścieżka może sprowadzić kłopoty, a którą bezpiecznie można dojść dalej. Może niektórym wydaje się, że jest to wyolbrzymiona cecha, którą posiada przecież wiele osób, ale zapewniam Was, podróżnicy mają tą cechę znacznie, ale to znacznie rozwiniętą. Uczy ich tego po prostu niebezpieczne życie i wiele wyjątkowych sytuacji, których takie zasiedzione duszyczki jak my nie są w stanie przeżyć ze swoich bezpiecznych domków. To tak jak wilk mieszkający w górach, który uczy się, jaka ziemia jest niestabilna, a po jakiej można przejść bez szwanku; to kwestia lat mieszkania na terenie, który wymaga takich umiejętności. Inne wilki nie będą tego umiały. Tak jak Paki i Yir nie umieli poznać, kiedy ich instynkt ich źle prowadzi i może spowodować niemiły wypadek. Śmiertelny wręcz.

Gdyby był z nimi Wafel, od razu rzuciłby "Tam będzie niebezpiecznie, chodźmy w tą stronę" i poprowadziłby ich w stronę przeciwną od wysokich, nadmorskich klifów, gdzie śnieg wystawał aż metr od bezpiecznego podłoża i mógł przy najmniejszym nacisku się zarwać. Ale brązowego wilka w kapeluszu z nimi nie było, więc poszli tam, gdzie prowadziło serce.

Yir pierwszy zauważył szumiącą równinę rozpościerającą się daleko poza horyzont i dotarło do niego, co widzą.

– To morze! – zawołał, wybiegając w przód, by przyjrzeć się bliżej szarej o tej porze roku, pachnącej solą wodnej masie.

Był tak zaintrygowany widokiem, że zatrzymał się na samej krawędzi śniegu, na szczycie klifu oddzielającego dwójkę basiorów od morza. Klif był wyjątkowo wysoki, od samego patrzenia w dół mogło niejednemu zakręcić się w głowie, a do tego na samym dole wystawała masa ostrych kamieni. Upadek stąd z pewnością skutkowałby dość tragiczną i graficznie niezwykle odrażającą śmiercią. Atramentowy wilk jednak się tym nie przejmował, skupiając się na płaskiej nicości, siegającej aż tam, gdzie oczy wilka nie były w stanie już spojrzeć.

Oczywiście, nie samo morze tak zainteresowało basiora, w końcu widywał je już nie jeden raz, mieszkając w Watasze Srebrnego Chabra. Co go przyciągnęło to fakt, jak bardzo ten krajobraz przypominał Yirowi stary dom. Nie był w żaden sposób podobny, tylko ogólne wrażenie, jaki dawał, było takie samo jak tam, w Watasze Rubinowego Drzewa. Taki bajkowy nastrój połączony ze świadomością, że jest się zupełnie samemu w tym wielkim świecie.

Paketenshika pierwszy zauważył, co się święci. Zauważył pęknięcia pojawiające się w pokrywie śniegowej, których Yir ani nie czuł, ani nie słyszał, skupiony na szaro-białym morzu. Pęknięcia szły prawie tak, jak granica klifu, tylko że wilk tego nie wiedział, bo nie wiedział, gdzie kończy się klif. Widział tylko zwiastun niechybnej katastrofy i gdy to do niego dotarło, zaczął biec.

– Yir! Śnieg! – wrzasnął, prawie zrywając sobie struny głosowe.

Nie wiedział, czy raczej nie był świadomy, że to przyczyniło się do przyspieszenia katastrofy. Oczywiście, historie takie jak ta, czy prawie wszystkie historie dzieją się zupełnym przypadkiem i nie idzie zapanować nad ich przebiegiem. W żółtych oczach Paketenshiki zebrały się łzy, kiedy obserwował, jak śnieg pod łapami Yira zaczął obsuwać się w dół. Medyk ledwo zdołał się obrócić, co również było olbrzymim błędem, bo gdy tylko zmienił środek ciężkości, pokrywa śnieżna oderwała się od stabilniejszej części i runęła w dół. Nie było tu już szansy na ratunek.

Paketenshika o tym wiedział.

Paketenshika nie chciał uwierzyć, że tak ma się to skończyć.

Skoczył za swoim partnerem, pragnąc ten jeden, ostatni raz spojrzeć w kolorowe oczy. Widział je. Widział ciemniejącą ze strachu tęczę, która nabrała brązowych odcieni. Słone krople odrywające się od tego brązu, krople strachu, takie same, jak na jego pomarańczowej twarzy. A jednocześnie za tym całym strachem znajdował się spokój. To nie upadku czy śmierci bał się Yir. On już przez to przechodził. On już zginął, niejeden raz, i tamte razy były o wiele bardziej bolesne. On się wystraszył, że jego ukochany skoczył za nim bez zastanowienia, kiedy miał szansę ocaleć. Oboje umrą jednocześnie, w tym samym wypadku. Ale cóż, patrząc na ich historię, z pewnością mieli to zapisane w gwiazdach. Oby tym razem nic ich nie przyciągnęło z powrotem do życia.

Ten jeden raz magiczne blizny, ta na łapie Yira i ta idealnie podobna na barku Paketenshiki, faktycznie dały o sobie znać. Zaczęły świecić białym blaskiem, a blask ten stworzył cienką nić sięgającą od jednej blizny do drugiej. Oto Akka powróciła, by zabrać ostatecznie dusze wilków do siebie. Kim była Akka? Była tą samą boginią, która pozwoliła Yirowi wrócić do żywych za pierwszym razem. Biała bogini o złotych oczach, przeciwniczka Kalmy, której ani Yir, ani Paketenshika nigdy tak naprawdę nie poznali. Obserwowała tą dwójkę ich całe życia, pragnąc kierować ich do przodu i odebrać, gdy czas dla nich wreszcie legalnie dobiegnie końca. 

To właśnie był ten czas. Jedwabne dłonie pochwyciły dwójkę dusz w trakcie lotu, jeszcze zanim ciała uderzyły o kamienie. Wilki ocknęły się u stóp kobiety, na szyjach mając obroże wykonane z kwiatów. Od teraz mieli jej służyć w zamian za pomoc, jaką im wiele razy udzieliła. Oni jej się nie sprzeciwiali. Wiedzieli, gdzie są i kim jest Akka. Dowiedzieli się, gdy niosła ich na własnych rękach do swojej krainy. Kiedy skończą swoją pracę, będą mogli dołączyć do Watahy Srebrnego Chabra zamieszkującej zaświaty. Teraz jednak zostaną u boku bogini, z wiankami na szyi i młodymi, zdrowymi ciałami, które pozwolą jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki.

Puste, organiczne naczynia uderzyły o kamienie martwe, zostawiając czerwone ślady. Nie wpadły do wody, niestety. Każdy padlinożerca, jaki chciał, mógł się nimi pożywić. Oczywiście, pierwsze w tym wypadku przyszły kruki, wygłodniałe, zainteresowane świeżym jeszcze mięsem. Czarne ptaki padały do morza nieżywe już po skosztowaniu jednego skrawka z ciał dwóch wilków. Kalma nigdy nie zemści się na tych osobnikach.



<Koniec>

 Zarówno tego opowiadania, jak i historii dwóch wilków, które wprowadziły się do WSC zupełnym przypadkiem i już tu zostały, stając się częścią wspaniałej rodziny. Nie będzie już przywracania do życia, gdyż Akka zabrała ich na stałe. Ale to nie powód do zmartwień, moi drodzy. Cieszcie się, gdyż Wasi towarzysze wreszcie zaznali spokoju i nie muszą się martwić mrocznymi siłami, jakie na nich czyhały od samusieńkiego początku. Czy ktoś się spodziewał takiego końca? Nawet ja nie myślałam, że pierwsza dłuższa seria, jaka została napisana przez Paketenshikę i która przyprowadziła Yira w nasze szeregi, będzie tak ściśle powiązana ze śmiercią tej pary. Ale życie różne ścieżki pisze i takie odejście zapewne było im od początku pisane, nawet jeśli ja o tym nie wiedziałam. Inaczej pewnie by nie wrócili za drugim razem, prawda?

A teraz, proszę Was, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie Paketenshikę i Yira leżących w miękkim legowisku, razem, przy zapalonych świeczkach. Paki wtula się w pierś Yira, szukając komfortu, wciąż myśląc o pozostawionej tam na Ziemi rodzinie. O Pinezce, Mi, Tii, Mikaeli. O podróżującym daleko od domu Wayfarerze. O chowającej się w ciepłej norce Skince wraz z jej mężem Sodrokniwą. Wyobraźcie sobie, jak Yir w tym momencie zaczyna śpiewać, chcąc pocieszyć Paketenshikę. I proszę, nie płaczcie, bo oni mimo wszystko są szczęśliwi. Tak długo, jak Wy jesteście szczęśliwi.

Do zobaczenia za innego życia, Przyjaciele.

piątek, 10 grudnia 2021

Od Paketenshiki CD. Delty - "Powód, żeby się zgodzić" cz.8

Jednego szczeniaka Paki niósł w zębach, drugiego na grzbiecie. Ostatni przypadł Delcie, który miał zadziwiająco spore problemy z utrzymaniem bojowej, czerwonej kulki. Rudzielec chętnie by mu pomógł, ale za bardzo zależało mu, żeby dostać się jak najszybciej do domu. Musiał przedstawić zaistniałą sytuację Yirowi, oczywiście o ile ten zechce go słuchać. To nie będzie za piesa proste. Yir nie był tak pozytywnie nastawiony do szczeniaków jak Paks, a właściwie to nawet rzadko kiedy się nimi interesował, jeśli nie były akurat leczone z jakiejś choroby. Jeden szczeniak by uszedł, dwa miałyby też szansę, ale żeby przekonać pomocnika medyka do przyjęcia pod dach trzech aż trzech bachorków wychowanek lisów musiałby sięgnąć się jakiś wyjątkowych metod. Była jedna dość pewna, ale przy dzieciach nie warto o niej mówić. Może przekona go zwykłym rozsądkiem, że w norze jest ciepło i bezpiecznie, że nie mogą pozwolić tym szczeniakom zamarznąć, a wraz z upływem czasu Yir naturalnie przywiąże się do tych uroczych kulek.

Choć raz nie był to szalony plan. Był całkiem rozsądny. Bardzo rozsądny. Trudno przeciwstawić się takim argumentom, gdy zima coraz bardziej uderza w tereny watahy i każdy dzień staje się coraz chłodniejszy. Przecież Yir nie chciałby mieć wyrzutów sumienia, prawda? To by było takie... nieetyczne, zostawić te szczeniaki na mrozie. Na pewno się zgodzi!

⫷⫸

– Nie – stanowcza odpowiedź zabrzmiała w uszach Paketenshiki, jakby ktoś właśnie zbił jego dopiero co ukończoną wazę.

– Ale...

– Żadnego ale. – Yir zdecydowanie nie był w humorze na takie rozmowy. Ton jego głosu mógłby spokojnie stworzyć gruby mur pomiędzy nim a rudzielcem, taki którego maślane oczka i słodkie słówka w życiu by nie zburzyły. – Wychowaliśmy już swoją partię, nie potrzebujemy więcej zmartwień. Sam wiesz, jak wygląda twój stan psychiczny. Serio wierzysz, że jesteś w stanie zachowywać się normalnie przy szczeniakach?

Paki spuścił łeb, przyjmując te ciężkie słowa w milczeniu. Atramentowy basior chyba miał rację. Faktycznie, jego stan zdrowia psychicznego pozostawiał wiele do życzenia i przyjmowanie szczeniaków... mogło nie skończyć się za dobrze. Za bardzo się nakręcił. Zapomniał, że jest chory. Te szczeniaki były w tak idealnym miejscu o tak idealnym czasie, że to przecież nie mogła być prawda. To nie było spełnienie marzeń. To był tylko marny sen, mrzonka o rodzinnym szczęściu, na które Paks już nie zasługuje. Trzeba oddać te szczeniaki do...

– Chwila no. Z Pakim wcale nie jest tak źle – oto odezwał się Delta, trzymający pod łapą to małe, rude, wredne coś, co cały czas próbowało go gryźć i jak dotąd milczący podczas wymiany zdań między małżeństwem. – Jak się spotykamy albo pracuje z dziećmi na swoich zajęciach to zachowuje się zupełnie normalnie. – Nagle oczy niskiego wilka rozjaśniały, zdradzając, że krasnal wpadł na pomysł. – A może to właśnie mu pomoże? Zaopiekuje się szczeniakami, będzie miał zajęcie, nie będzie mógł się skupić na tych swoich problemach. Od medyka do medyka, moim zdaniem to dla niego świetna terapia, skoro wykazuje sporą poprawę normalnie ucząc szczeniaki.

Delto, ty moje kochanie! Gdyby wychowanek lisów mógł, rzuciłby się temu wilkowi na szyję i wyprzytulał, i wycałował za wszystkie czasy. Ten argument już musiał przemówić do Yira! Nawet jeśli nie przejmował się szczeniakami to wizja poprawy zdrowia psychicznego Pakiego już zdecydowanie go przekonywała, choćby po sobie tego nie pokazywał. A jednak pokazywał. Przerzucał oczami raz na swojego męża, raz na współpracownika i przyglądał im się z uwagą, zastanawiając się, co oni takiego uknuli. Tylko, że argumenty Delty nie mogły zostać odrzucone. Były idealne. Nie było na nie wymówki. Och, jaki musiał być w tym momencie poirytowany! Przypatrzył się też szczeniakom, które każde zachowywało się inaczej. Ruda kulka z dymiącym się z jakiegoś powodu kokiem na głowie dalej się wierciła i gryzła łapy granatowego basiora, który nieskutecznie próbował ją przytrzymać. Szare coś, co Paks przyniósł w pysku schowało się w kącie i udawało, że go nie ma. Nawet pyszczek schowało. A ten skrzydlaty nicpoń tylko siedział między łapami lisowatego i przyglądał się trzem dorosłym z uwagą. Trzy kompletnie różne charaktery.

Żółte oczka nabrały szczenięcego połysku, wpatrując się błagalnym wzrokiem w tęczowe, zmienne ślepia. Yir wreszcie westchnął, dając upust swojej irytacji.

– Ciągnie swój do swego. Dobra, mogą zostać, ale nie spodziewaj się, że będę nad nimi naskakiwać. To ty będziesz tu mamusią.

– Zawsze byłem – zachichotał Paketenshika. Udało się! Udało!

Udało!

Z radością zabrał całą trójkę do wolnego pokoju, gdzie rozłożono jedno wielkie posłanie dla gości, a teraz stało puste i gotowe na gromadkę dzieci. Ułożył je obok siebie, a następnie sam do nich dołączył, owijając je swoim ciałem tak jak matka kura okrywa piórami swoje pisklaki. Yir i Delta przyglądali się temu z odległości.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł... – atramentowy basior starał się jeszcze jakoś zaoponować, ale mniejszy towarzysz mu przerwał.

– A masz lepszy? Myślisz, że Paki poczuje się lepiej, jeśli nie pozwolisz mu zatrzymać szczeniaków?

Na to Yir ponownie nie miał kontrargumentu.

<Delta?>

wtorek, 30 listopada 2021

Od Delty CD Paketenshiki - "Powód, żeby się zgodzić" cz.7

 Można w pewnością powiedzieć, że Delta nie spodziewał się żadnych przygód spotykając się ze swoim przyjacielem na herbatę. Jednak czy oni kiedykolwiek nie przeżywali czegoś kiedy spotykali się wzajemnie na tej porypanej ścieżce, która jakoś dziwnie zawsze wrzucała im pod nogi kłody albo inne przeszkody. Zawsze szło się umęczyć, spocić, umoczyć, w końcu któryś z nich zawsze czegoś potrzebował. Ale dzięki temu też śmiechów nie było końca, zawsze było o czym pomówić i to w sumie Delcie dlatego nie przeszkadzało zupełnie. W końcu przygody z przyjacielem u boku były najlepszymi przeżyciami na świecie, pomimo że mały basior wolałby siedzieć w zaciszu jaskini medycznej lub swojej nory.

—No to Paki. Opowiadaj. Miesiąc miodowy, jak wam minął? — zagadnął któregoś popołudnia Delta stawiając przed nimi dwa kubeczki ciepłej, ziołowej herbatki. Oboje stwierdzili że napiją się na zewnątrz korzystając z wyjątkowo ciepłego dnia. Oczywiście mrozy zdarzały się coraz częściej, a oko coraz rzadziej rozstawało się z widokiem deszczu, jednak w takie dni jak ten aż chciało się żyć. Drzewa już prawie bez liści pozwalały ciepłym promieniom słońca ostatni raz nagrzać futro przez nadejściem zimy.
—A jak miało być? – zaśmiał się rudzielec popijając napar. — Z Yirem jest cudownie i w sumie lepiej ni było, być nie może!
—Mówisz? A co ze szczeniakami?
—Szczeniakami?
— Oi Paki nie znam cię od wczoraj. Gdybyś mógł to przygarnąłbyś nawet zagubionego kotka. Widać w twoich oczach przyjacielu, że marzy ci się szczenię. Kolejne. — zaśmiał się Delta widząc jak Paki przewraca oczyma.
— Jeszcze nie rozmawiałem o tym z Yirem, ok? — odpowiedział wymijająco, ale jednak nie zaprzeczył. Rozmawiali potem jeszcze chwilę śmiejąc się do akompaniamentu wiatru, gdy nagle towarzysz Paketenshika zamilkł.
—Coś się stało?— Delta także przysłuchał się otoczeniu widząc jak uszy trzyogonowego basiora tną powietrze. I rzeczywiście coś słyszał, jednak ciężko było mu powiedzieć co. Brzmiało jak piszczenie, ale czego? Może jakaś wiewiórka, albo o zgrozo mamie niedźwiedzicy zbiegło jej dziecię i teraz ją woła.
—Chodź. — Paki po prostu jednak wstał i ruszył w kierunku dźwięku.
— Ey! Czekaj! To może być… coś niebezpiecznego. — Delta prawie rzucil kubkiem o ziemię doganiając prawie biegnącego przyjaciela w podskokach. Jego znacznie mniejsze nóżki ledwo nadążały.  — Zwolnij trochę. CO jeśli to niedźwiadek. Jego mama nie będzie zadowolona aa — Delta mówiąc to wpadł w Pakiego, który nagle zatrzymał się. Jego małe ciałko uderzyło w rudą sierść i upadło na ziemię. Większy wilk niewiele sobie z tego zrobił nawet nie zaglądając na niego. Był zbyt zafascynowany dźwiękiem. Mniejszy jednak zirytowany kopnął go delikatnie jak tak leżał i dopiero potem wstał z ziemi otrzepując się. Paki jedyni pomachał łapą w jego kierunku jakby odganiając natrętną muchę, więc Delcie pozostało jedynie przewrócić oczyma i stanąć u jego boku . W ciszy słuchali jak coś popiskuje coraz bliżej kiedy wolnym i ostrożnym tempem zbliżali się do tego. Delta oczywiście bardziej wycofany gotowy schować się za silniejszym z ich dwójki.
Dlatego też kiedy wilk zajrzał na krzaki i zatrzymał się jakby oszołomiony Delta nie miał lepszego wyjścia jak wystawić łeb pod nim. Spotkał zażenowane złote oczy dosłownie na sekundkę kiedy powróciły do przyglądania się trzem kuleczkom ze znajomym błyskiem. Delta westchnął cichutko kładąc się nadal mając nad sobą przyjaciela.
Rudy w końcu przekroczył mniejszego i zbliżył się do kupeczki kolorów. Ciche skiełczenie nasiliło się. Kolejno ciemnożółte i złote oczy spojrzały na nich z zaskoczeniem. Delta podszedł więc bliżej jak przyjaciel. Delta trącił delikatnie ostatnie ze szczeniąt z zamkniętymi oczyma. Kiedy ten je otworzył zmierzył się z oczami o tym samym problemie. Dwa kolory. — Jejusiu. Ślicznotki z nich. —
— Ciekawe gdzie ich matka. — Mruknął Paki przyglądając się tym wilczym dzieciom.
— Nie wiem. Nie czuć tu nic poza nimi. — Delta smętnie odpowiedział na to zdanie, choć to nie było pytanie. — Jakby pojawiły sie z nikąd.
— Myślisz, że…
— Paki. Jeśli ich nie weźmiesz zamarzną. W końcu noce już nie te same co latem. — Delta zmierzył przyjaciela wzrokiem, wiedząc doskonale co ten miał na myśli. — Będziesz musiał pogadać z Yirem szybciej niż myślałeś. —
— Ja… No tak. —

<Paki?>

 

sobota, 20 listopada 2021

Od Paketenshiki CD. Delty - "Powód, żeby się zgodzić" cz.6 (+16)

Nerwy, nerwy, jebane nerwy, ja pierdolę, kurwa mać, pierdolona chujnia - w skrócie tak brzmiały myśli Pakiego, który właśnie prowadził Yira na tą wyjątkową polanę, przygotowaną przez Deltę. Oby przygotowaną. Szczerze to rudzielec tak bardzo chodził w nerwach, że ledwo był w stanie nawiązać jakąś sensowną rozmowę z towarzyszącym mu basiorem. Coś tam próbowali powiedzieć, wymienić zdania, jednak nic się nie kleiło, aż wreszcie zaniechali marnych prób. Po prostu szli w ciszy, Yir milcząco podążając za Paketenshiką. To była bardzo, ale to bardzo kłopotliwa cisza, taka, którą każdy wolałby zmienić na chociażby hałas piły mechanicznej, żeby istniała wymówka "Bo cię nie słyszę". Ale nie było żadnego hałasu, tylko odgłosy ich kroków na opadłych liściach. No świetnie. Zaczynało się chujowo.

Wreszcie należało zdobyć się na odwagę i powiedzieć cokolwiek, co miałoby sens. Zrobił to Paks, pomimo że krwiożercze motyle zżerały go od środka.

– Ładna pogoda, co nie? – Paketen, kurwa, co ty pierdolisz. Co to za zjebany temat.

– Ta... – Yir spojrzał w górę, w stronę niemal pełnego księżyca, który rzucał delikatny, blady blask na drzewa dookoła nich. – Zaskakująco bezchmurne niebo. Chwila... co to za światło? – Wskazał na widniejącą wśród drzew pomarańczowo-żółtą łunę, właśnie tą nieszczęsną polanę.

Paki westchnął z ulgą, widząc cel podróży. Powiedział tylko, że to po prostu miejsce, gdzie mają iść. Za chwilę tam dotrą. Za chwilę będzie lżej. Nie, za chwilę to kurwa kula gwoździ zagwoździ się mu w przełyku i z całych oświadczyn wyjdzie jedno wielkie gówno. Nie, nie, nie wolno tak myśleć. Będzie dobrze, wszystko jest przygotowane, wystarczy ładnie się przygotować, Delta wszystkim się zajął. Właśnie, ciekawe, co robi Delta? Chyba jeszcze nie skończył, bo Paki czuł przez glebę kroki małego basiora. Ale kończył. Krzątał się żwawo, na pewno zdąży, zanim wejdą na polanę. To szybki wilk.

I dokładnie tak było, gdy para basiorów wkroczyła na polanę, była ona całkowicie pusta. Pusta, idealnie uprzątnięta i ozdobiona całą masą lampionów. Choć było zimno, po wejściu w ten krąg nagle robiło się jakoś ciepło. W duszy. W środeczku. Nie był to ideał, ale było w tym wszystkim coś wyjątkowego.

Wychowanek lisów widział to w oczach swojego partnera. Kolorowe kręgi błyszczały zachwytem i zainteresowaniem. Yir już wiedział, że szykuje się coś wyjątkowego, teraz przyszło mu czekać. To czekał. Ze zniecierpliwieniem, młócąc łapami ziemię pod nim. Był tak samo nerwowy jak Paks, ale rudzielec jeszcze musiał wygłosić swoją przemowę, a nie było to takie łatwe. Nawet, jeśli się przygotowywał. Nawet jeśli przez te dwa dni powtarzał ją uparcie jak mantrę, żeby nie zapomnieć jej w tak ważnym momencie. Bał się jak jasny chuj, pomimo swojej nieustannej pracy. To było za dużo, ale musiał to przetrwać. Nie mógł teraz wszystkiego zjebać. Kurwaaaaaaa.

Usiadł na przeciwko granatowego basiora. Misa schowana była w torbie, jaką Paki przyniósł ze sobą. Był zniesmaczony tym, jak wygląda, ale cóż, na nic lepszego go nie stać, w końcu jest tylko wilkiem. Spojrzał w te tęczowe oczy, które na samym początku go tak uwiodły. Barwy w nich zmieniały się z każdym biciem serca, z każdą iskrą światła wpadającą do środka. Hipnotyzowały. To było przerażające i cudowne jednocześnie.

Nagle Paketenshika przypomniał sobie, co sprawiło, że tak bardzo pokochał tego pomieszanego wilka. Dlaczego ten wiecznie zagubiony basior był jego obiektem uczuć. Opoką spokoju. Dlaczego nie potrafił gniewać się na niego wiecznie za paskudną bliznę na ramieniu. I tak samo nagle rudy po prostu przestał się bać. Już nie wymawiał w głowie na okrągło "Jebana kurwa", był spokojny. Poczuł w głowie spokój, który nie zawitał do tego domostwa od czasów podróży między wymiarami. Dziwne uczucie dla kogoś, kto zdążył przyzwyczaić się do absolutnego chaosu. Ale nie nieprzyjemne. O nie, Paketenshika czuł się świetnie. Był gotowy i doskonale o tym wiedział. To była pora się odezwać.

– Yir, spędziliśmy ze sobą wiele niesamowitych chwil – zaczął głosem, który przypominał aksamit. To on tak potrafił? – Poznaliśmy się w nietypowy sposób, musieliśmy razem przetrwać śmierć, która teoretycznie powinna dzielić. Nas jednak złączyła, zrobiła z nas coś wyjątkowego. Przeżyliśmy u swojego boku przygody, o których wielu nawet się nie śniło. Wychowywaliśmy nawet szczeniaka, który jest w pełni nasz, a nie przygarnięty pod sufit nory z czystego serca. Jednakże jest pewna kwestia, której się w żaden sposób nie chwyciliśmy. Chciałbym to naprawić. – Wyjął kanciastą miskę pokrytą ozdobnymi wzorami i nawet znajdowały się na niej ich podobizny. Przynajmniej takie kształty, po których można było powiedzieć, że to Paki i Yir. – Drogi Yirze z Watahy Rubinowego Drzewa, czy zapragniesz uczynić mi ten zaszczyt i przeżyć nadchodzące lata u mojego boku, nie jako zwykły partner, a mój mąż?

Pomocnik medyka wpatrywał się w rudzielca z okrągłymi niczym księżyc wiszący nad nimi oczami oraz szczęką wiszącą luźno w powietrzu. Dość szybko w tęczowych kręgach pojawiły się błyszczące w bladym blasku łzy, zbierające się z szybkością ulewy podczas burzy. Nie potrwało długo, zanim spłynęły strumieniem po policzkach. Basiorowi trudno było złapać oddech, łapą przysłonioł wciąż otwarte usta. Powstrzymywany szloch wydobywał się przez nie z przerwami, wychodząc z zaciśniętego gardła w formie nietypowych dla wilków pisków. Cecha charakterystyczna płaczącego Yira, jeszcze jedna rzecz, z powodu której Paks był tak wdzięczny za ten dar od losu. Jego kjæreste było chodzącym cudem na ziemi i wcale nie dlatego, że był ożywionym trupem. Przecież obaj byli.

– Tak... TAK! – wydusił wreszcie z siebie rozpłakany Yir, po czym rzucił się Pakiemu na szyję.

⫷⫸

Ślub był zdecydowanie czymś. Pomijając niechętne spojrzenia niektórych członków, którzy mieli nieprzychylne zdanie o związku basiora z basiorem, wszyscy bawili się świetnie. Było mnóstwo mięsa i wódki, a lisy, również zaproszone, przyniosły swoje zapasy pitnego miodu. Raczej żadna inna wataha nie widziała imprezy, w której uczestniczyły zarówno wilki, jak i lisy, jednak tutaj, w Watasze Srebrnego Chabra, nikomu to nie przeszkadzało. Lisy tańczyły z wilkami, wilki tańczyły z lisami, albo nie mieszali się, tworząc taneczne pary jednogatunkowe. Skinterifiri w szczególności była gwiazdą, wyciągając kogo popadnie na parkiet i zmuszając do tańca. Wayfarer przygrywał na gitarze skoczne piosenki, Hermiona i Ciri wysilały swoje struny głosowe, starając się śpiewać tekst. Pinezka latała nad wszystkimi, serwując kolejne butelki z procentami i jedzenie, a przynajmniej robiła to dopóki alkohol za bardzo nie uderzył jej do głowy i zaczęła ciągać różne basiory do tańca. Paki tylko poprosił Deltę, który nie upił się tak bardzo, żeby trzymał na nią oko. Soda unikał z początku parkietu, ale wreszcie się przekonał, a raczej żona go przekonała. Wesele niemal idealne. Wiadomo, nie ma rzeczy idealnych, ale to wesele akurat było bardzo blisko.

Przez kilka dni było dobrze. Miesiąc miodowy bardzo udany, Yir z Pakim żyli spokojnie i wesoło, jeszcze czasem niektórzy im gratulowali sporego posunięcia w związku.

Aż któregoś popołudnia, kiedy Paketenshika spotkał się ze swoim przyjacielem Deltą na herbatę ziołową, gdzieś w oddali wychowanek lisów usłyszał piszczenie. Było ono słabe i ciche, zdecydowanie odległe, ale rudzielec nie miał wątpliwości. Było to popiskiwanie szczeniaka.

<Delta?>

środa, 17 listopada 2021

Od Delty CD Paketenshiki - "Powód, żeby się zgodzić" cz.5

    Delta podrapał się po uchu. Potem po nosie. Następna w kolejce była broda, policzek, szyja, tył głowy i ogólnie pojęte drapanie się gdzie tylko jego łapa na pysku sięgnęła. Przecieranie oczu, niewątpliwie ciężkie westchnięcia i rozbiegany wzrok. Taki stan rzeczy mógł świadczyć tylko o dwóch różnych od siebie sytuacjach. Delta dostał wysypki lub niecierpliwie próbował pobudzić swój mózg do myślenia. Tym razem ku szczęściu małego basiora była to druga opcja. Chociaż czy ku takiemu szczęściu? Bądźmy szczerzy, cieszył się że jego przyjaciel w końcu ruszył dupę i zdecydował się oświadczyć swojemu ukochanemu (chociaż mógłby mniej w międzyczasie narzekać), aczkolwiek na drodze do perfekcyjnego stanu rzeczy pojawiło się parę… drobnych przeszkód. A mówiąc drobnych Delta oczywiście nie ma na myśli jednej chmurki na niebie, a zapowiadające się burze. Nie kilka opadniętych liści, a znikające z drzew korony. Nie brak lampionów, ale jednak… no jednak ich brak. Bądźmy szczerzy, nic nie wskazywało na perfekcyjność tego wydarzenia. Jednak co możesz zrobić jak nie możesz nic zrobić? A otóż możesz coś zrobić, czyż nie? Masło maślane. Delta westchnął zerkając na swojego rudego towarzysza, który wyglądał na równie zamyślonego ,aczkolwiek widocznie mniej załamanego.
—Powiem ci przyjacielu, że to będzie kupa roboty.— odezwał się w końcu Delta.
—Co ty nie powiesz… — padł kąśliwy komentarz od jego boku. Basior jedynie zamlaskał.
— Uhh. Niech to Huk pierdo**e —zamruczał pod nosem aby zaraz potem znowu podrapać się po brodzie. Skąd wziąć tyle lampek?! W dodatku trzeba to zrobić szybko! Bardzo szybko! —Dobra Paki. Półgłówku mój kochany. —zwrócił się w końcu do rudzielca składając łapy ze sobą w znak gotowości do poważnej rozmowy, a raczej bezczelnego rozdania zadań.
—Nom. — został ponaglony więc przewracając oczami zaczął swój mały wywód.
—Masz 2 dni. 2 dni ci daje, bo potem znając życie w nocy nie zobaczymy ani gwiazd ani własnego nosa przy tej mgle. Więc trochę nas czas ciśnie w dupę. Więc za 2 dni, chwilę po zachodzie księżyca wszystko tu będzie gotowe. Picuś glancuś jak się patrzy kumasz. Zadbam o wszystko poza tym nieszczęsnym prezentem i przytarganiem tu twojego kochasia. Więc… masz dwa zadania jeśli chcesz aby wszystko wyglądało bosko! — wypowiedział się gestykulując łapami, gdyż emocje i ciągła myśl o tych lampionach zakrzątały mu myśli.
—Spoko. Ale jesteś pewien, że … —
— SHush przyjacielu. Jestem pewien. — nawet nie chciał czekać na wątpliwości swojego wilczego kumpla — Już wiem co zrobię — pomyślał na głos zacierając ręce.

—No ale nie bądź taki! — Delta zaskowyczał za uchem Agrestowi.
— Chryste Panie Delta. Mierzisz mnie już półtora godziny. Nie to nie. Zresztą skąd ja mam to niby wziąć? —szary wilk mało nie rzucił kartkami jakie trzymał w łapie. Ich oczy spotkały się.
— Proszę! — Delta zamrugał parę razy ładnie oczkami.
—A dasz mi potem święty spokój? — złotawe oczy przymknęły się w szczerej irytacji.
— Ba! Tak święty, że poczujesz się jak w grobie!
— Bardzo śmieszne. — zapadła cisza. Chwilowa…
— Toooo… Znaczy że się zgadzasz? —
— DELTA!

    Pomocnik medyka przetarł oczy z zadowoleniem. Sznurki wisiały pomiędzy gałęziami. Hallelujah za jego zwinność i umiejętności chodzenia po drzewach (to nie zmienia faktu, że spadł ze niego i obił Se zadek). Z cichym westchnieniem spojrzał jeszcze na bok gdzie zalegała masa papierowych lampionów. Katorgą było ubłagać alfę o pomoc, a i tak w końcu to Mundus skończył na szukaniu źródła zasobu i taszczeniu tego na polanę wraz z wilkiem. Mundus i jego mały, kochany , ala cień. Kawka powoli rozkładała kolejne lampiony aby podawać je ptaku.
—Tak właściwie to po co to? — spytała w końcu. Delta nie do końca wiedział dlaczego ta dwójka nadal tu jest, ale nie wnikał. Było mu dużo prościej zorganizować… no właśne… co? Piękną noc? Gówno. Przecież pogody nie da się zorganizować, więc właściwie tylko chodził i wkładał do każdego lampionu jego świeczkę.
—Niespodzianka, że tak to ujmę. Nie jestem pewien jak bardzo mogę się o tym wygadać wiesz. — mruknął w odpowiedzi odpalając jedną ze świec w swojej łapie. Ta zapaliła się spokojnym blaskiem. — HA! Idealnie
— Na nas powoli czas — Mundus wylądował przy nich. Lampionów było jeszcze sporo, ale cóż. Delta ich nie zatrzymywał.
—Spoko. Dzięki za odrobinę pomocy! Miłej drogi. — pożegnał ich przyjaźnie i teraz sam zabrał się za rozkładanie lampionów i podwieszanie ich jeden za drugim, a termin nieubłaganie drapał go po karku. To tej nocy (bo sprowadzanie tego papierowego gówna zajęło im chwilę) mają się odbyć oświadczyny. Dlatego streszczał tyłek i przyznać musiał, że ledwo wyrobił. Jednak kiedy słońce zachodziło wszystko już wisiało, a on sam zgarniał jak najwięcej liści mógł w tak krótkim czasie.
—Szybciej, szybciej, szybciej! — poganiał się szeptem chowając pomarańczowo brązową pulpę pod krzakami, z dala od wzroku i widoku.

    I chyba skończył w samą porę, gdyż siedząc jeszcze w krzakach słyszał zbliżające się kroki. Na szczęście pogoda była wyśmienita!

 

<Paki?> Powodzenia ty romantyku XD 

poniedziałek, 8 listopada 2021

Od Paketenshiki CD. Delty - "Powód, żeby się zgodzić"

Basior wyściubił nos z nory, gdy świtało. Diabli to, znowu nie przespał całej nocy. Za dużo myślał o tym całym ślubie i o pomysłach, które rzucił Delta.

Cieszył się, że mały basior chce mu pomóc, jednak wysiłek związany z choćby wymyślaniem dobrej formy zaręczyn stanowił nieco dużo na ich móżdżki. Szczególnie Paketenshika mocno to przeżywał. To był ważny krok w życiu dla każdego wilka lub jakiejkolwiek innej istoty, która praktykuje takie rytuały. To były zaręczyny, ściśle powiązane ze ślubem. Tego nie można było spieprzyć.

Spacerując w chłodnym poranku dnia, ciesząc się ze swojego grubego już futra wychowanek lisów rozmyślał nad pomysłami, na które wczoraj zdołał wpaść Delta. Były kreatywne i całkiem ciekawe. Szczególnie ostatni. Czy byłby dobry? Chuj wie. Ale wyjątkowy na pewno, może nawet całkiem romantyczny, gdyby trafiła się dobra pogoda. Gdyby mieli kogo poprosić o manipulację pogodą. Może Skinka dałaby radę? Ostatnio coś odwala niespotykanego, twierdząc, że nauczyła się tego wszystkiego od Zuvy.

Kim był Zuva?

Paki potrząsnął głową, zatrzymując się w miejscu. Przez środek głowy niczym pocisk przeleciał otępiający ból, powstrzymując wszelkie myśli, jakie jeszcze przed chwilą kłębiły się pod rudą czerepą. Kim był Zuva?

Wychowawca szczeniąt zakołysał się na wyprostowanych nogach, nie mogąc z bólu utrzymać równowagi. Coś skutecznie powstrzymywało jego myśli, ściskając je jak najdalej od świadomości. Coś nie chciało, by pamiętał. Ale on z kolei chciał, bardziej niż bolał go łeb. Także...

Kim do kurwy nędzy jest Zuva??

– Tato?

Rudzielec podniósł oczy, by ujrzeć swoją córkę lewitującą przed nim. Zmartwiony wyraz na pysku szkodził jej wyjątkowej urodzie, ale nie było to tak ważne jak sama jej obecność tutaj. Nie spodziewał się Pinezki w tym miejscu, o tej porze i widzącej go w takim stanie. W żaden sposób nie zwiastowało to dobrych rzeczy. Groziło czymś złym. Groziło czymś bardzo złym.

– Tato, co się dzieje? – Zmartwiona strażniczka chwyciła pysk swojego ojca w obie łapy i podniosła ku sobie, by był wręcz zmuszony na nią patrzeć. – Proszę, powiedz! – Paki nie umiał kłamać w te oczy.

– Chciałbym ci powiedzieć, Pińka, ale... Nie mam pojęcia. Ja naprawdę nie mam pojęcia, co się dzieje. – Słone łzy zebrały się w kącikach oczu, znacznie utrudniając widzenie. Gorzka rzeczywistość postanowiła wlać się do gardła Paketenshiki, lecząc jego zamglony wzrok, co spotęgowało chwilową ślepotę. Jeśli jego własna córka widzi, że coś jest nie tak, to dlaczego on nie potrafi tego dostrzec? – Po prostu coś się stało, gdzieś tam, kiedy dryfowałem i teraz nie mogę się otrząsnąć. Myślę, że już mi się udało, ale to nie prawda. Nie mogę się wyrwać. Ja... nie mogę uciec.

Gorzki lek spowodował większy wylew łez, zmieniając je w szloch. Wilk położył się na ziemi, chowając twarz przed Zendayafiri, która choć chciała się przy nim położyć i go wesprzeć, została ograniczona przez naturę do ściskania łapą ramienia.

– Ej, tato, spokojnie. Nie panikuj. Ogarniemy to razem.

Po kilku kolejnych szlochach Paks wreszcie zdołał się uspokoić. Nie był to jednak niestety typowy spokój po płaczu, gdzie emocje jeszcze się utrzymują. Nagle z basiora wymsknęły się wszystkie emocje i uczucia, stał się szary, wyprany. I smutny w sposób, w jaki smutne są osoby wyprane z emocji. Są smutne, bo są szare. Jak krajobraz tuż przed pierwszym opadem śniegu, kiedy już zdążyły spaść wszystkie liście, ale nie zakamuflował tego biały puch. Żółte, wyblakłe oczy spojrzały na kolorową waderę beznamiętnie, jakby od niechcenia, gotowe przyjąć prawdę.

– Wayfarer odszedł, prawda?

Odpowiedziała cisza.

⫷⫸

– Czy to aż tak źle? – zapytał Delta, przewracając w łapach jakieś logiczne puzzle. Jeszcze kilka minut temu starał się je rozwiązać, teraz jednak się poddał i tylko bawił się skomplikowanym kształtem, znajdując sobie zajęcie.

– Nie. Ale za dużo emocji w tak krótkim czasie. Mogę nie podołać oświadczynom.

– Ja się nie dziwię, że Waf odchodzi bez słowa...

To złośliwe mruknięcie zwróciło uwagę rudzielca. Wilki siedziały w jakiejś większej norze, którą kiedyś znalazł Paki, jak jeszcze nie miał pojęcia, gdzie się osadzi. Nora spokojnie mieściła do czterech wilków, do tego jej wejście znajdowało się między korzeniami dębu i było osłonięte od deszczu i wiatru. Gdy zniesiono tu siano i piórka robiło się całkiem przyjemnie, a po dziesięciu minutach siedzenia dziura robiła się ciepła i niemal idealna do relaksu. I do obgadywania spraw tak, by nikt nie słyszał.

I o ile dźwięki z zewnątrz nie trafiały do środka, a dźwięki z nory nie wydostawały się na zewnątrz, tak każde mruknięcie i szept było świetnie słyszalne ze względu na nietypową akustykę miejsca. Nie, żeby pomocnik medyka chciał ukryć swój komentarz.

– W sensie?

– Robisz dramę, że go nie ma. – Mniejszy basior przerzucił zabawkę w łapach, odwracając ją do góry nogami. – Robisz dramę, że musisz się oświadczyć Yirowi. Robisz dramę, że masz zaniki pamięci i paskudnie boli cię głowa. – Klik! Zamek w puzzlach uskoczył. – A ja ci mówię, jeśli tak problematyczne jest dla ciebie tyle spraw, to lepiej zajmij się nimi jedna po drugiej. A nie zwalasz sobie na łeb wszystkie na raz.

Granatowy miał rację. O dziwo nie dziwiło to Paksa.

– Od czego mam twoim zdaniem zacząć? – zapytał, zrezygnowany.

– No a o co mi trułeś dupę ostatnio, co? Od oświadczyn! A mówiąc o nich, wymyśliłeś, co można zorganizować?

– Te lampiony są super – odpowiedział w zamyśleniu rudzielec, błądząc wzrokiem po suficie nory. Korzenie roślin zwisały niczym osobliwa ozdoba, wyciągając się w dół w poszukiwaniu nieistniejącej wody. – W sensie ta polana z lampionami. Myślę, że mogłoby wypalić. Właściwie to byłoby całkiem spoko.

Pomocnik medyka prychnął z satysfakcją. Obaj wraz z upływem czasu mieli coraz większe wrażenie, że znają się jak najlepsi przyjaciele. Jak bracia niemalże. Rzadko kiedy dochodziło pomiędzy nimi do sporów, a jeśli już, były to albo spory łatwe do rozwiązania, albo rzeczy na tyle błahe, że po pięciu minutach docierał do ich absurd tej sytuacji i zaczęli sami się z siebie śmiać. Jeśli jeden wpadał na jakiś pomysł, nawet durny, drugi również ten pomysł podbierał i obaj zabierali się do tego samego we dwójkę. Atmosfera w rozmowach przebiegała w na tyle rodzinnej atmosferze, że gdy nadchodziła pora rodzinnej kolacji aż dziwne było nie siedzieć przy niej razem.

Znali się na tyle, żeby wiedzieć, co drugiemu się spodoba, nawet jeśli wcale nie znali się względnie tak długo. Mimo że Paki wczoraj nie był jeszcze zdecydowany, dzisiaj był pewien, czego chce.

– A prezent na oświadczyny?

– Strzelam w drewnianą miskę na zioła.

– Paki, wy dwaj to jesteście jednak kawał jesiennego choróbska.

<Delta?>

piątek, 5 listopada 2021

Od Delty CD Paketenshiki - "Powód, żeby się zgodzić" cz.3

 

Delta uśmiechnął się szeroko
    -Paki. Przyjacielu! Czy ja ci kiedykolwiek bym odmówił? – zaśmiał się ochoczo. – Oczywiście, że ci pomogę.
    -Dzięki.
Kilka słów potem zdecydowali się wystąpić z progów ciepłej norki i wyjść na odrobinkę słoneczka, pozostałego na niebie, zanim zabierze go noc i jesienne chmury. Przechadzali się chwilę w ciszy. Delta jednak nie uważał tego za nic nieprzyjemnego gdyż skupiał się na myśleniu. W końcu jego przyjaciel potrzebował niejakiej pomocy.
    -J…Jakieś pomysły?- spytał w końcu zerkając na właściciela rudych kit. Ten tylko rzucił na niego swoim spojrzeniem i zasępił się.
    -Nie.- krótko, zwięźle i na temat, jednak Delcie niewiele to pomogło.
    -A może jakieś marzenia?- zagadnął. Potrzebował jakiegoś elementu, który nakierowały jego myśli na właściwy tor. Takiej żyletki, którą mógłby chwycić aby nie utonąć.
    -Mówiłem ci już, że na pewno musi być wyjątkowe! – lisi wychowanek przystanął na chwilę przymykając oczy. – Może coś... …hymm… Nie mam pomysłu. Po coś w końcu przyszedłem do ciebie…
    -Wiem, wiem!- Delta machnął łapą. Jednak jego głowa nie należała do tej lisiej. Mógł popełnić tyle błędów.- Więc może… Ty, on, wielkie góry i samotny spacerek. Klif, a na nim kocyk, zachodzi słoneczko a wy siadacie ponad światem. Romantycznie i wyniośle.
    -Trochę… za wysoko. – Paki skrzywił się na ten pomysł, więc Delta potupał tylną łapą w frustracji i na pobudzenie umysłu. – A może plaża? Szum wody, ja i on?
    -Chciałeś coś wyjątkowego, a czy plaża nie wydaje się nieco zbyt oklepana?- Delta spojrzał na niego. Jeśli tylko Paki by sobie tego zażyczył pomocnik medyka uczyniłby plażę piękniejszą niż wszystkie inne na tym świecie.
    -Masz trochę racji. – zmarszczyli się oboje. Ich łapy powoli niosły och dalej i dalej w tereny watahy.

    -A co powiesz na… to nowe jezioro z wodospadem. Po środku jest płycizna. Możnaby zorganizować łódkę, wyczaić ładną noc i go tam zabrać! – Delta przeszedł nad średnim kamieniem, wskakując na niego niczym kot i zastygając w pół ruchu.
    -Nie. Trochę mokre to. Poza tym, nie jestem pewien czy Yir nie narzekałby na mokre łapy.- Paki westchnął, a Delta zachichotał.
    -Coś mi się wydaje, że to ty narzekałbyś na wodę.- mniejszy zeskoczył z głazu lądując na ciemniejącej powoli trawie.  Odpowiedziało mu jedynie prychnięcie, co wywołało kolejną dawkę chichotu.

    -Robi się już późno. – Paki westchnął przysiadając sobie.
    -Prawda. – Delta zadarł głowę patrząc na niebo. – Długi był ten nasz spacer. Jednak… niebo jest dzisiaj wyjątkowo czyste. – Polanka na której się znaleźli pozwalała im obojgu wpatrzyć się w nieboskłon usłany miliardem małych połyskujących się kropek.
    -Myhymm.- wychowawca szczeniąt westchnął jedynie, widocznie zamyślony. Cisza zapadła na chwilę dłuższą niż Delta by przypuszczał.
    -Chyba czas nam iść do domu. – wypalił w końcu wstając. Wtedy też zobaczył świetlika. – Ojej. A ten tutaj co? Jesień już w pełni sercem, niedaleko zima. – zaśmiał się przypatrując nikłemu i słabemu światłu zagubionego w tych czasach robaczka. I wtedy coś zaświtało mu w głowie.
    -No… to do zobaczenia Delta. Mam nadzieję, że coś…wymyślimy… - trzy kity powoli oddalały się.
    -A wiesz, że chyba wiem o możesz zrobić. – zatrzymał go Delta. – Mamy przed sobą idealne miejsce.
    -Polanę? CO w niej idealnego? – Paki sapnął rzucając oceniające spojrzenie na mniejszego. W końcu wyglądało na to, że albo przypiedzielił mu piorun kiedy rudy nie patrzył, albo już kompletne oszalał.
    -Nie widzisz? Drzewa ładnie się mienią na żółto i pomarańczowo. Piękna jesień. W dodatku polana jest niewielka, a gałęzie prawie całkiem ją zakrywają, pozostawiając tylko śliczny prawie okrągły … okrąg na widok nieba. Wyobraź sobie to, ale obwieszone lampionami, albo lampkami. Rozgwieżdżone niebo. Światło lampek. Takich zaręczyn jeszcze nie było! – Delta wyszczerzył się do przyjaciela.
    -Ja. Pomyślę nad tym, a na razie… udajmy się może do snu- Paki pożegnał się z basiorem i odszedł w ewidentnym zamyśleniu, a ten mniejszy i słabszy mógł jedynie liczyć, że wpadnie na coś więcej i któryś ze sposobów spodoba się temu rudemu wilkowi.

<Paki?>

wtorek, 2 listopada 2021

Od Paketenshiki - trening zwinności 7

Yir faktycznie był ranny, i to całkiem poważnie. Dziura w boku wyglądała paskudnie, cały czas się sączyła, do tego była zanieczyszczona. Nie ma szans, żeby nie wdało się w to zakażenie. 

A myślało by się, że pomocnik medyka miałby pojęcie, jakie to niebezpieczne. Widać głupota idzie z urokiem. 

Rudzielec był wściekły i jednocześnie przerażony. Bał się, co się mogło wydarzyć. Że jeśli wda się zakażenie Yir może tego nie przeżyć. Jednak cały strach przemienił w gniew, który wylał na atramentowego basiora. Wyzywał, przeklinał, wściekał się, że jak ten wilk może być taki bezmyślny. 

W środku łamał się niczym osłabione drzewo podczas wichury. Zapadał się w ten sam sposób co zamek z piasku. Był przerażony, nie chciał dopuszczać do siebie myśli, co mogło się stać, ale ona wwiercała się w jego umysł jak jakaś cholerna wiertarka. Wypad z mojej głowy! A sio! 

Napływ emocji i myśli przerwało dopiero niespodziewane wydarzenie. Yir pocałował Pakiego.


Gratulacje!

poniedziałek, 25 października 2021

Od Paketenshiki - trening zwinności 6

Ścieżka zapachowa zaprowadziła wychowanka lisów do pewnej góry nieco poza terenami Watahy Srebrnego Chabra. Jeśli dobrze kojarzył, była to ziemia niczyja, żadna wataha nie miała tu oficjalnego rządu, a to dlatego, że poza górą nic tu nie było. Nikomu nie zależało na tym kawałku nieużytku. 

Pakiego jednak bardzo to interesowało. Czuł zapach opadający z góry, za którym wciąż podążał i nie odważył się odpocząć ani na moment. Ścieżka była trudna, ale co to dla kogoś, kto potrafi skakać po gałęziach. Szybko dotarł do miejsca, gdzie zaczynał się krwisty szlak. W tym momencie nie miał wątpliwości. Yir potrzebował pomocy, i to natychmiast! 

Rudzielec ruszył pędem w górę, trzymając się na kamieniach lepiej niż niejeden zawodowiec. Wreszcie zapach był na tyle wyraźny, że basior mógł dokładnie określić położenie jego źródła. Ba, czuł nawet samego Yira, który się tu kręcił. Biegł do przodu, żeby nadążyć, mimo że mięśnie paliły żywym ogniem. 

– Yir! – zawołał ostatkami sił, chcąc zwrócić na siebie uwagę.

sobota, 23 października 2021

Od Paketenshiki - trening zwinności 5

Zapach krwi poczuł z daleka. Przywiał go chłodny wiatr, który właśnie zakołysał gałęziami drzew. Każdy wilk ma dobry węch, każdy wyczuje krew. I niemal każdy rozpozna, czyja ona jest. Paki wiedział. Kiedyś był pokryty tym zapachem. Jakiś czas temu. Wtedy myślał, że stracił cały świat. 

Strach silniejszy od bezpodstawnych uprzedzeń odezwał się w jego głowie, napędzając do działania. To był strach zakodowany głęboko w umyśle, którego nawet lata samotności nie potrafiłyby wykorzenić. Strach o ukochaną osobę, dla której poświęciłoby się życie. To po prostu był odzew serca, silniejszy od rozsądku, silniejszy od bólu.

Pakiego nie obchodziło, że skoczył z wysokości, która w normalnych warunkach złamałaby nie jedną kończynę. On chciał po prostu biec, jak najszybciej dotrzeć do tej jednej osoby, na której mu zależało. Dziwne, jeszcze prze chwilą myślał, jak bardzo jej unika, a teraz do niej biegnie. Los dziwne ścieżki plecie, ale jest to nieważne w obliczu takiej sytuacji.

piątek, 22 października 2021

Od Paketenshiki - "Powód, żeby się zgodzić" cz.2

Paketenshika (znowu) leżał, tym razem nie w norze, a w jakimś dołku między korzeniami pierwszego lepszego drzewa. Raczej nie ma znaczenia, że było to drzewo liściaste, poza tym, że przez to dookoła leżało mnóstwo pomarańczowych liści, które stanowiły jednocześnie świetne posłanie i doskonały kamuflaż dla rudego wilka. Ten osobnik akurat nie leżał jednak, żeby się zakamuflować czy wygodnie poleżeć, tylko żeby przemyśleć to, co usłyszał wcale nie tak dawno od najlepszego przyjaciela.

Poradzono mu, żeby wreszcie się oświadczył. W sumie czemu nie? Tyle czasu już są razem z atramentowym basiorem, że chyba wypadało wykonać kolejny krok. Przynajmniej będą mieli powód spędzić ze sobą więcej czasu, bo ostatnio jest z tym jakaś tragedia. Ale czy rudzielec był gotowy na taki odważny krok? Do licha, nie był pewien. Miał wrażenie, że wcale tego nie chce, a jednocześnie pragnął tego całym swoim sercem. A może chodzi o to, że chciałby, żeby to Yir się oświadczył? Przecież on tego nie zrobi! Trzeba wziąć sprawy w swoje łapy.

Wychowanek lisów podniósł się na nogi. Miał pomysł, do kogo się udać w tej sytuacji, a była to ta sama osoba, która złączyła więzłem miłości Sodrokniwę oraz Skinterifiri. Czy może dokładniej mówiąc pomogła ich połączyć. W każdym razie, Paki skierował się do Delty, jednego z niewielu wilków, których towarzystwo jeszcze znosił, a było to dlatego, że Delta pomagał ranie Paksa, by szybciej się zagoiła. No i z paru innych powodów nie wartych teraz wspomnienia.

Znalazł go, a jakże, w jaskini medycznej, gdzie niestety przesiadywał również Yir. Trzeba było wyciągnąć niskiego basiora bez żadnych podejrzliwych zachowań, co było niełatwą sztuką, ale jakoś się udało. Rudy po prostu się spytał, że Delta ma moment na wypicie herbaty, a mniejszy wilk się zgodził. Wyszli więc i odeszli dość daleko, by mieć święty spokój od tych wszystkich stękających i jęczących chorych wilków, których powoli pojawiało się coraz więcej ze względu na porę roku. No i od tego nieszczęsnego Yira, który jak dotąd niczego się nie domyślał.

Najpierw trochę pogadali. Przy herbacie, o starych czasach i ostatnich wydarzeniach, wymieniając się wrażeniami w robocie. Delta narzekał, że ma coraz więcej roboty i gdyby tylko Agrest pozwolił, z otwartymi ramionami przyjąłby trzeciego pomocnika medyka. Tylko wtedy latem nie będzie miał roboty, więc nie ma szans, żeby Agrest się zgodził. Paki zdołał tylko ponarzekać, że nie ma szczeniaków, którymi mógłby się zająć. Potem zaczęło się porządne gadanie na temat.

– Pamiętasz, jak kiedyś ło ho ho czasu temu pomagaliśmy Sodrokniwie zdobyć serce Skinki? – zaczął bezpośrednio, nawet nie nawiązując do rozmowy sprzed kilku sekund.

– Ta, pamiętam... Trochę się namęczyliśmy, ale skończyło się pięknie i uroczyście. Tylko to łapanie papierów z terenami było nieciekawe. A raczej ciekawe w nie ten sposób.

Oba wilki zaśmiały się szczerze na wspomnienie niefortunnej sytuacji. W końcu właśnie to zaowocowało rozszerzeniem się terenów watahy.

– Dlaczego pytasz? – Niebieski basior spojrzał pytająco na swojego kumpla.

– Bo widzisz... jest sprawa.

Po tych słowach rudzielec wyjaśnił wszystko. Opowiedział, jak Soda odwiedził go w norze i rozmawiali o szczeniakach oraz niechętnym na nie Yirze. Paki wszystko porządnie przemyślał i stwierdził, że naprawdę chce wziąć ten ślub, ale zaręczyny muszą być wyjątkowe, tak jak mieli je Soda i Skinka. Tym bardziej, że mają już jedno wspólne dziecko, więc ślub jest naturalną koleją rzeczy. Paketenshika jednak nie umiał sam się za to zabrać, martwił się, że nie wyjdzie mu to tak dobrze, jak ma to poukładane w głowie, dlatego przyszedł po pomoc do osoby, która pomagała Sodzie ze Skinką. Być może teraz też będzie umiał pomóc.

– Nie za bardzo mam kogo innego pytać...

Paki nie dokończył tego zdania, gdy przyszedł odlot. Przez moment znajdował się w krystalicznie czystej wodzie. Mógł w niej spokojnie oddychać, jakby był rybą, a na szyi czuł poruszające się skrzela. Woda wlatywała mu do pyska, a wylatywała tymi właśnie otworami, co było dla wilka tak nienaturalne, że zabolał go umysł. Nie głowa, a umysł.

Wrócił do rzeczywistości, podrzucając głową do góry, czym wystraszył przyglądającego się mu Deltę, który sam podskoczył. Nastąpiła tu tak zwana reakcja łańcuchowa, która szybko się na szczęście skończyła.

– Nie mam kogo pytać o radę. Długo mnie nie było? – zapytał, zachowując się prawie jakby nic się nie stało.

– Chwilunię, zauważyłem tylko dlatego, że przerwałeś w pół zdania. – Towarzysz odwrócił wzrok, chowając swoje zażenowanie. Pewnie uważał, że nie powinien się tak przestraszyć, ale co zrobisz jak nic nie zrobisz.

– To dobrze. No to jak? Pomożesz mi?

<Dleta?>

Od Paketenshiki - trening zwinności 4

Bolała go łapa, akurat ta z blizną, bo nadział się na wystający odłamek po gałęzi. Na razie pozostało mu siedzieć w jednym miejscu i wylizywać ranę, dopóki ta nie przestanie krwawić. A na to mógł jeszcze czekać sporo czasu, bo czuł w łapie, że rana wcale nie jest taka płytka.

Podczas tego czekania mógł dalej rozmyślać. Jego myśli jednak skupiały się głównie na jego partnerze, Yirze.

Spędzali mało czasu, Paki miał wrażenie, że to Yir unikał jego. Ale nie, było na odwrót. Zdecydowanie było na odwrót. To Paki unikał wszystkich dookoła. Było naprawdę niewiele osób, które mogły do niego podejść, a on nie odchodził niczym odpychany magnes. Właściwie to można było je wyliczyć na palcach jednej łapy, a wśród nich nie było o dziwo Yira.

Rudzielec wiedział, że oszukuje sam siebie. Zależało mu, żeby wrócić do Yira, a może wtedy jego dawne ja wróciło by do niego. Owszem, atramentowy basior go skrzywdził. Ale czy był to powód, żeby bezpowrotnie uciekać?

czwartek, 21 października 2021

Od Paketenshiki - trening zwinności 3

Paketenshika dość szybko załapał równowagę na chwiejących się gałęziach. Teraz już nie martwił się, że spadnie. Poczuł się niezwykle pewnie, może aż za bardzo, ale to mu nie przeszkadzało. Skakał od drzewa do drzewa, od gałęzi do gałęzi, aż wreszcie jego nie najlepsza kondycja dała się we znaki. Musiał na chwilę odpuścić. Z tego tytułu położył się na jakimś grubym konarze i zaczął rozmyślać o obecnym życiu jak jakiś marny filozof.

Patrząc na ostatnie kilka dni dostawał dziwnego wrażenia, że nie spędzał ze swoją rodziną tyle czasu, ile powinien. Właściwie gdy
próbował przypomnieć sobie wszystkie wspólne chwile sprzed tygodnia dotarło do niego, że tak naprawdę z nikim nie gada. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz siedzieli razem, dyskutując, kłócąc się i żartując, przy akompaniamencie Wayfarerowej gitary. Chyba naprawdę o nich zapominał. Dokładnie tak, jak mówił Yir. 

Yir? Czy oni spędzili ze sobą choć trochę czasu od powrotu do watahy. Wydawało się, że nie. Tak właściwie to nie.

środa, 20 października 2021

Od Paketenshiki - trening zwinności 2

Drzewko tu, drzewko tam, z drzewkiem nigdy nie jesteś sam. 

To ostrzeżenie czy pocieszenie? 

Zależy od drzew. 

Paki kurczowo trzymał się gałęzi drzewa, raz po raz tracąc równowagę. Nawet nie wszedł tak wysoko, ale jego łapy już powoli nie wyrabiały, ślizgając się po gładkiej korze. Gdzie jest ta lisia sprawność, którą kiedyś ten basior się odznaczał? Chyba za dużo czasu spędzał z wilkami. 

Wreszcie odważył się podnieść swoje grube cielsko trochę wyżej i wykonać parę kroków do przodu. Gałąź trzęsła się niemiłosiernie, utrudniając robotę. Za niedługo powinno zrobić się łatwiej, tak było zawsze. Podczas pływania na kłodzie, podczas zjeżdżania na workach słomy. Teraz też musi. Tylko się nie złam, tylko się nie złam… 

Rudzielec skoczył na niedaleką gałąź. Wygięła się ona niebezpiecznie, ale nie złamała. Nie jest źle. Właściwie to idzie całkiem dobrze. Jeszcze trochę do przodu i będzie git. Kolejne kroki poniosły wilka bliżej bezpiecznego drzewa. Serio idzie dobrze. 

wtorek, 19 października 2021

Od Paketenshiki - trening zwinności 1

Bywają dni zwyczajnie spokojne, ale bywają też takie dni, gdzie złość wypełnia serce i najchętniej by się ją wykrzyczało. Paks właśnie przechodził jeden z tych o wiele gorszych dni i szczerze mówiąc, był na takiej cienkiej linii, że nie miał pojęcia, jakim cudem jeszcze nie wybuchnął. Może była to zbawcza moc herbat, które pił od samego rana niczym alkoholik wódkę. Rudy wiedział jednak, że długo tak nie pociągnie. 

Jako zajęcie odstresowywujące pozwolił sobie na trening. Nic wielkiego, ot, będzie skakać po drzewach jak jakaś pokraczna małpa, żeby zwiększyć swoją zwinność. Wielu pewnie będzie się śmiać, ale co tam! Kij im w oko. Nie będzie im tak do śmiechu jak Paki spadnie na nich tym swoim grubym, ofutrzonym tyłkiem i spowoduje poważne urazy, o ile nie śmierć. Zawsze może specjalnie się na nich zrzucić. Tyle razy już umarł, że teraz kompletnie się tego nie bał. Jak to mawiają, są tacy, co boją się śmierci, a są tacy, którzy patrzą śmierci w twarz i mówią "Cho na solo."

piątek, 15 października 2021

Od Paketenshiki - "Powód, żeby się zgodzić" cz.1

Rudy basior zalegiwał plecami na legowisku, łapami zapierając się o sufit norki. Zmierzwione, zapuszczone futro znowu było burdne, sklejając się nieprzyjemnie w różnych miejscach. Umożliwiało to chłodnemu powietrzu schronienia dostać się do odsłoniętej skóry wilka. Innymi słowy, było mu przez to zimno. Choć w norce nie panowały tak niskie temperatury jak w naturalnych jaskiniach, w których mieszkały inne wilki, wciąż potrafiły doskwierać one komuś, kto ma odsłonięte kawałki skóry ze względu na zaniedbaną sierść. Legowisko złożone z mchu i traw było o wiele przyjemniejsze niż leśne podłoże, a jednak jednocześnie jakieś takie... zbyt miękkie? Zbyt nieswoje? Paki nie umiał nazwać tego uczucia, po prostu wiedział, że coś jest lekko na lewo. Ziemia stykająca się z opuszkami łap była lepka i mokra. Pachniało tu wilgocią, lasem, wilkami i lisami, a także ziołami, które Yir trzymał jako pomocnik medyka w swojej własnej domowej apteczce. Kiedyś te zapachy przypominały dom. Teraz irytowały nos, który już zapomniał, jak to jest czuć według siebie. Ogólnie wszystkie zmysły wilka wydawały się nie należeć do niego. Nie czuł się już sobą we własnym ciele, choć te łapy, ten szal i te trzy puchate ogony doskonale znał. Yir podobno już słyszał o takich przypadkach, ale nie potrafił w żaden sposób pomóc.

Norę wypełniło świeże powietrze oraz pojawił się przeciąg, sygnalizując, że ktoś właśnie wszedł do środka. Być może będąc samemu Paki powinien sprawdzić, kto go naszedł, ale nie czuł na to ochoty. Za dobrze mu się leżało, udając pająka przyczepionego do sufitu. Po prostu nasłuchiwał, w którą stronę skierują się kroki, byleby nie musieć wykorzystywać żadnych zasobów energii. Trochę się rozleniwił, ale przynajmniej nie musiał jeść tak dużo jak kiedyś. Odbiło się to oczywiście na jego sylwetce, ale widzieli to wszyscy z wyjątkiem jego samego, więc nic z tym nie robił. Jedyne, co potrafił zauważyć to to, że jest jakiś taki słaby. Nic więcej.

Lekkie, krótkie kroki skierowały się w jego stronę, po chwili przynosząc swojego właściciela. Melanistyczny lis niósł w pysku świeżo upolowanego zająca raczej marnych rozmiarów. Ale cóż, dla lisa to był cały posiłek. Dla wilka zaledwie przekąska. Zając jeszcze ociekał krwią, nadającą norze kolejnego zapachu. Ten był jednak przyjemny i przyjacielski. Nigdy się nie zmieniał.

– Cześć. Jak tam? – zapytał Sodrokniwa, odkładając zająca na ziemię.

– Nic nowego. – Paks zdjął łapy z sufitu i położył się na boku, w stronę czarnego samca. Widział ukrywane zmartwienie, Soda był zbyt łatwy do odczytywania dla kogoś, kto znał go całe życie. Jednak mimo, że na wszystkich innych był zły za to, że się o niego martwią, troska przyjaciela z dzieciństwa była odbierana przez basiora właściwie z otwartymi ramionami. Soda miał w sobie to wyjątkowe coś, co pozwalało zapomnieć o przeszłości, choćby na chwilę. Być może reszta też by tak działała, gdyby pozwolił im się do siebie zbliżyć. – Tylko trochę bardziej nudno niż zwykle.

– A no tak, żadnych szczeniąt do wychowywania, co? – zaśmiał się lis. – Właściwie trochę to dziwne – zaczął temat, siadając koło wilka. – Przy wszystkich jesteś taki ponury, niechętny do rozmów, nieprzystępny, a przy szczeniakach, jak ostatnio z Yirem odwiedzaliśmy karmiącą bezwataszową waderę, jesteś pełen życia i wyglądasz jak duża przytulanka.

– Widać potrzebuję szczeniaków. Szkoda, że Yir nie chce się zgodzić.

Obaj dostali ataku śmiechu. Tak, towarzystwo Sody przypominało Pakiemu, jak to jest być żywym. A przynajmniej żywym sobą. Tylko ten lis udawał, że wszystko jest w porządku, że nic się nie zmieniło. Że wciąż jest tak samo jak zawsze, a Paki wcale nie umarł na parę miesięcy. To było miłe.

– Może gdybyście wreszcie wzięli ślub miałby powód, żeby się zgodzić? – zaproponował mały samiec, na co wychowawca szczeniąt zamrugał z zaskoczeniem.

– Ślub?

– No tak. Jak ja i Skinka.

Rudzielec poderwał się na równe nogi tak nagle, że lis podskoczył w miejscu.

– Czy wy mi czegoś nie mówicie?! – wrzasnął, powodując wycofanie się swojego kumpla. Ta reakcja była tak nagła i agresywna, że była w pełni naturalna. Paketenshika czuł to w swoich mięśniach. To była prawidłowa reakcja. Może jednak da radę wrócić do swojego dawnego ja.

– No ba! – lis zaśmiał mu się w twarz. – Planujemy trójkę, chociaż jeszcze nie wiemy, jak to wyjdzie. Wiesz, jedno po tobie, jedno po mnie i jedno po Skince. Shika, Firi i Niwa. Fajnie, co? Skinka wpadła na ten pomysł! – Wypiął pierś z dumą, zadowolony, że jego żona jest taka mądra.

Tym razem to Paki się zaśmiał.

– No tak... Moja siostra nie chce być gorsza. Nie zamierzam narzekać, będę mógł bawić własnych siostrzeńców!

Kolejna fala śmiechu. Soda jednak momentalnie spoważniał, rzucając w Pakiego niemal morderczym spojrzeniem. Jego mina skutecznie uspokoiła wilka, który teraz opuścił głowę i nastawił uszy, żeby posłuchać, co jego przyjaciel ma do powiedzenia. Miał szacunek do tego lisa, który w wielu życiowych problemach mu pomagał, więc nie zamierzał przeszkadzać w upomnieniach.

– Ale na poważnie, Paks. Najwyższa pora się oświadczyć Yirowi. Bo kolejnej szansy możesz nie dostać i dobrze o tym wiesz. Już dosyć razy obaj umarliście.

<CDN>

środa, 13 października 2021

Nowi członkowie!

Paketenshika - wychowawca szczeniąt

Yir - pomocik medyka

Witajcie w domu, Chłopcy!

piątek, 23 lipca 2021

Odchodzą!

Paketenshika - powód: śmierć

Yir - powód: podróż na obczyznę

Tak szybko pożegnać dwójkę przyjaciół?
Dla przyszłych członków dwa imiona zniknęły z listy stanowisk.
Dla starych bezpowrotnie odeszła cząstka świata.

Od Yira - "Umierać - to nic; strasznie jest nie żyć"

– Byłeś kiedyś w sytuacji, gdzie... gdzie śmierć wydawała się najlepszym rozwiązaniem? Nie dlatego, że miałeś dość życia i problemów z nim związanych, tylko dlatego, że wiedziałeś, co czeka cię na końcu i dlatego wolałbyś śmierć.

– Nie zabiję cię, Paki. – Po policzkach atramentowego wilka spływały łzy. Nadszedł dzień, na który absolutnie nie był gotowy.

– Szkoda... – Wymawiający te słowa basior był tak bardzo nienaturalnie spokojny. Uśmiech, który nie znikał od dobrych kilku dnia, nadawał mu wyglądu trupa. I w pewnym sensie niestety nim był. – W takim razie zabierz mnie gdzie indziej. Gdzieś z dala od chabrów. I Shików.

– Pójdę z tobą.

Na pojedynczą chwilę, na jedną, jedyną sekundę oczy Paketenshiki stały się jakby obecne. Żywe. Patrzył na swojego ukochanego, a nie gdzieś w nieodkrytą przestrzeń, a w jasnym złocie chowały się smutek i wdzięczność.

– Dziękuję.

I martwa obojętność na powrót zagościła na twarzy rudzielca, przystrojona dodatkowo trupim, bezbarwnym uśmiechem. Pomocnik medyka zapłakał gorzko. Oto minęła ostatnia minuta spędzona ze swoim najdroższym, kiedy ten jeszcze zamieszkiwał to wilcze ciało.

⫷⫸

Gdy ciemność opatuliła tereny watahy Srebrnego Chabra, Yir zawiązał wokół Paketenshiki sznur, by zabrać go z dala od domu. Na zewnątrz nory czekała na niego rodzina. Wayfarer. Pinezka. Skinka. Dziewczyny płakały, po cichu, by nie zbudzić śpiących w okolicy wilków, jednak młody Wayfarer nie był w stanie wypuścić z siebie ani jednej łzy. Ale chował się pod kapeluszem, widoczny był tylko czarny guzik nosa. Symbol wewnętrznej rozpaczy, jakiej młodzieniec jeszcze nigdy nie doświadczył. Atramentowy wilk czuł się całkiem podobnie, sam nie był w stanie płakać, choć pojedyncze łzy wciąż jakoś znajdywały się na już i tak mokrych policzkach.

Zendayafiri pożegnała swoich rodziców, każdemu z nich podarowując własnej roboty wisiorek. Yir był wdzięczny. Paketenshika tylko uśmiechał się martwo, nawet nie zauważając obecności swojej ukochanej córki. Citlali przytuliła ich obu, nie mogąc powstrzymać łez, po czym schowała się w norze. Nie potrafiła znieść widoku martwego taty i odchodzącego ojca.

Skinterifiri przez długi czas obejmowała swojego starszego braciszka, z którym spędziła praktycznie całe swoje życie. Wyszeptała słowa pożegnania, mimo że Paki nie był w stanie jej usłyszeć, a ona doskonale o tym wiedziała. Nie chciała jednak go puścić od tak, bez jakiejś modlitwy. Obiecała mu, że jeszcze się spotkają, że to nie koniec. Że zawsze będą rodzeństwem, a szlaki ich dusz jeszcze nie jeden raz się przetrą. Choć możliwość ponownej inkarnacji przez duszę Paketenshiki była niezwykle mała, biorąc pod uwagę, że uciekła gdzie indziej niż do zaświatów. Żadne z tu obecnych nie chciało jednak w to wierzyć.

Wayfarer się nie odzywał. W milczeniu podszedł do swojego taty, pierwszego wilka w jego życiu, który był mu bliski. Jedynego, który zajmował tak ogromną część jego serca. Podczas gdy Skinka i Pinezka pozostały z tyłu, w norze, on towarzyszył swojemu tacie i jego partnerowi w podróży poza tereny watahy Srebrnego Chabra. Milczący niczym duch, a jednak w pełni obecny. Podpierał Paketenshikę, gdy ten tracił równowagę, usuwał przeszkody spod jego nóg. A gdy wreszcie trójka basiorów znalazła się na rozstaju dróg, podniósł czerwone oczy, całe błyszczące krystalicznie w blasku księżyca i zwrócił się w stronę swojego najdroższego opiekuna.

– Żegnaj, tato.

Uścisk, jakim się podzielił, był o wiele cieplejszy niż kogokolwiek innego. Był to uścisk syna, który w tym momencie tracił najcenniejszą w całym swoim życiu rzecz. Brązowy wilk przez długi czas przytulał osobę, która pomimo braku wspólnych genów była jego ojcem i tatą, opiekunem i najważniejszym wsparciem w trudnych życiowych chwilach. Więź, która łączyła tych dwóch była o wiele mocniejsza niż wielu sobie wyobrażało i dopiero w tym ostatnim momencie, kiedy niebyt odebrał Paketenshikę z łap rodziny, zostawiając tylko pustą skorupę, więź ta ukazała się innym w pełnej swojej okazałości. Wreszcie została uroniona pojedyncza łza. Kto wie, czy nie jedyna w całym życiu podróżnika.

– Żegnaj, Yirze. Będę za wami tęsknić.

– Bywaj, młody. Trzymaj się. Dla siebie i dla Pinezki. – Yir próbował się uśmiechnąć, jednak ból, z jakim się to wiązało, nie mógł zostać pokonany. Pozostał więc przy ponurej minie i tylko przytulił podopiecznego swojego ukochanego. Krótko. Po męsku. – Pamiętaj o swojej rodzinie, gdy będziesz podróżował zimą.

– Moja rodzina umarła. – Wayfarer ukradkiem spojrzał na stojącego nieruchomo Pakiego.

– Nie, Way. Twoja rodzina to nie tylko Paki. To także Nere'e i Skinka. I każda osoba, jaka stanie ci się bliska w trakcie twojego życia. I... jeśli mogę... chciałbym cię prosić o jedną rzecz.

Wayfarer przytaknął w ciszy. Atramentowa łapa oparła się o brązowe ramię.

– Wracaj każdej wiosny do watahy Srebrnego Chabra. Dla Pinezki, by nie została sama. Zaopiekuj się nią. Dopóki nie dorośnie. Zrobiłbyś to dla nas? Dla Pakiego?

Kolejne przytaknięcie, powstrzymujące w gardle łzy. Yir poszedł dalej, ciągnąc za sobą już-nie-Paketenshikę, a młody basior pozostał z tyłu, na rozstaju dróg, nieruchomy niczym drzewo. I tylko ciche uderzenia kropli o trawę zdradzały, że po brązowych policzkach spływają strumieniem słone, bolesne łzy.

⫷⫸

I tak właśnie zakończyła się przygoda nie jednego, a dwóch wilków, których miłość pokonała śmierć i doprowadziła do wzajemnej śmierci. Jeden z nich umarł, odchodząc, a drugi umarł, zostając. Gdyż nie mogli przepłynąć przez rzekę Styks, zmuszeni byli wciąż zamieszkiwać świat śmiertelników, we dwóch, już na zawsze nierozłączni, związani sznurem, choć nie małżeńskim, puści od środka. Nikt nie wiedział, kiedy zniknęli ani dokąd się udali, więc nikt inny nie mógł już się z nimi pożegnać. Ale to i lepiej. Nie powinni widzieć dwóch żywych trupów, złamanych od środka, których nawet śmierć nie chce przyjąć. A to może być właśnie najgorszy los na zakończenie swojego żywota. Nie śmierć. Nie usunięcie się absolutnie z kart historii. Ale po prostu, zwyczajnie, już więcej nie żyć.

<Żegnajcie - Yir>

Cytat z tytułu autorstwa Wiktora Hugo