Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miguel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miguel. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 listopada 2023

Od Bleu CD Miguela - "Wątpliwości" cz. 12. "W kierunku domu i zemsty".

Warsztat tego dnia pachniał ogniem. Bleu ostrożnie balansował niewielkim patykiem w łapie opalając brzegi wielkiej tkaniny rozłożonej na całej podłodze. Wielkość tego projektu przeraziłby mogła normalnego wilka, ale młody samiec miał u swojego boku niezastąpionego pomocnika. Rana, jego kochana córeczka cierpliwie trzymała ciężki materiał wysoko w górze. Jej łapki drżały delikatnie z wysiłku, jednak zacięta nie poddawała się. Opalali już te krawędzie pół dnia i w końcu Bleu zdmuchnął marny ogienek napędzany niczym więcej niż odrobiną oleju.
—Myślę, że na dzisiaj nam wystarczy — odetchnął. Jego wzrok powędrował do świeżo upieczonej dorosłej, która poprawiała na swojej szyi uroczą apaszkę. Jej ramiona pokrywała cienka bluza, którą Bleu długie wieczory składał na podobieństwo tych noszonych przez ludzi. Drobna, ale jaka piękna – pomyślała uśmiechając się szeroko. Jakiś czas minął odkąd jego dzieci usamodzielniły się nieco. Alta. Jak chciała być teraz nazywana, wyprowadziła się jako pierwsza. Zabrała ze sobą niewiele, mówiąc ze właściwie to niewiele jej potrzeba. Od czasu do czasu odwiedzała go w pracowni opowiadając o spokoju jaki znalazła niedaleko jednego z jeziorek. Wykopała sobie tam drobną norkę z pomocą nowego przyjaciela, a którym zamieszkała i obcowała. Zmieniła się przez to trochę, ale basior nie potrafił ocenić czy na lepsze czy na gorsze. Cieszył się jednak, że jego największa z córek odnajduje się w życiu dorosłego. Oli i Oliwia podobnie. Wynieśli się z domu w poszukiwaniu własnego kąta, który szybko odnaleźli niedaleko jaskini wojskowej. Rzadziej wpadając do taty, jednak nie zapominają o jego istnieniu często przynosząc mu drobne prezenty. Są to skrawki tkanin, ładne kamyczki czy muszelki, trochę mało użyteczne, ale Bleu zawsze składa je ładnie na boku z zadowoleniem zbierając każdy kawałeczek miłości jaką otrzymuje. Odrobinę gorzej radziła sobie Myszka, niechętna opuszczać ciepło domowego ogniska, ale za to niecierpliwa własnego życia, gotowa do przygód. Często nie wracała do domu po nocach, uporczywie ćwiczyła polowania i zamęczała się niepotrzebnymi przemyśleniami. Rana natomiast spędzała dni przy jego boku, właśnie zwijając ich wspólną pracę, aby chociaż połowa podłogi warsztatu była zdatna do użytku. Chodziła także do swojego nowego przyjaciela, najczęściej wyłącznie z nim pogadać. Teraz kiedy trochę wydobrzał z ran i on przychodził do warsztatu. Pomagało także, że basior był w podobnym wieku do Bleu i powoli przymierzał się do pracowania u boku Myszki. Stąd nie dziwo, że czasami zjawiał się w drzwiach ich pracowni zagadując paroma mrukliwymi słowami, jakby szukając towarzystwa, ale jednocześnie obawiając się go niczym ognia.
— Twoja rodzina uratowała mi życie i twoja córka nosiła mi jedzenie kiedy miałem jeszcze problemy z wstawianiem. To tylko wdzięczność. — chłód w głosie Miguela mało nie zgasił jednej ze świec rzucającej cienie na ściany. Bleu zaśmiał się pod nosem mijając starszego i siadając przed jaskinią. W rogu pracowni Myszka zamruczała coś pod nosem, pogrążona w głębokim śnie, ułożona na Atlancie, która odwiedziła ich przy zmroku. Zaraz obok nich zwinięty w kłębek leżał rusy Misung pochrapując cichutko. Świat spowity był w ciszy, tak błogiej, sielankowej ciszy. Bleu wbił oczy w gwiazdy.
—Skoro tak mówisz. — nie chciał się kłócić z basiorem, jedynie poklepując miejsce obok siebie. Tamtej letniej nocy długo spoglądali w niebo, a żadne słowo nie przeszywało tego błogostanu, w obawie zburzenia go niczym piaskowego zamku rozwianego przez sztorm.

Poranki czasami były trudne. Zawsze można powiedzieć. Myszka podniosła się z legowiska. Jej łapy piekły od wysiłku jaki zafundowała sobie poprzedniego dnia niedługo przed snem, jednak wzywały ją obowiązki. Jej treningi nie mogły pójść na marne. Zgrabnie ominęła ojca i siostrę śpiących na legowisku zaraz obok niej. Na jej pyszczku pojawił się cień uśmiechu, gdyż rozproszony poranny umysł dał jej dozę dopaminy na samą myśl o rodzinie. Jej łapy tanecznym krokiem wyprowadziły ją na zewnątrz gdzie zaciągnęła się porankiem. Jesienne powietrze wdarło się w jej płuca, ochładzając rozgrzane stawy, łagodząc nieco bóle i rozbudzając umysł. Teraz wadera szczerzyła się wszystkimi kłami, najpierw goniąc za biedną muchą, która zaplątała się pod jej nos. Potem jednak musiała ruszyć do obowiązków. Droga przez las usłana była opadłymi liśćmi i krzakami powoli gubiącymi do reszty swoje kolory. Zima wdzierała się w ich życie coraz mocniej i Myszka w myślach odkładała swoją wyprowadzkę na wiosnę, chociaż wiedziała, że najchętniej to wcale by się nie wyprowadzała. Jednak paliła się w niej chęć samodzielności, nawet pomimo zapewnień ojca, że mieszkanie z rodziną nie oznacza braku tej cechy. Myszka zgadzała się w pełni, jednak młode wilki tak często mieszkały już osobno od rodziców, na swoim. Ona ledwo umiała polować! Przemierzając las przeskoczyła nad małym strumyczkiem. W jej głowie pojawiła się myśl, że jak kiedyś się zestarzeje to będzie już tu rzeka, jednak zignorowała ją ruszając dalej. Na miejscu zbiórki był prawie cały zespół, wliczając Miguela, przyjaciela jej rodziny. Przynajmniej tak trochę można powiedzieć. Samiec często bywał u nich w warsztacie i rozmawiał z Bleu na różne tematy, i chociaż to jej ojciec częściej śmiał się i mówił to atmosfera nie była grobowa czy zabójcza między nimi.
—Dzień dobry. — przywitała się. Jej uśmiech szeroki pomimo chłodnego poranka i tej parszywej potrzebie pobudki.
—Dzień dobry. — odpowiedziało jej parę głosów. Wszyscy wyglądali na nieco zaspanych, zmęczonych wręcz.
—Dobra… Są wszyscy — Saroe, niemianowany kapitan tego małego grajdołka przemówiła. — Dzisiaj musimy się spinać. Zbliżają się opady śniegu i będą nam utrudniać robotę. Nie ma więc picia dzisiaj w robocie. — prychnęła. Dwie butelki spirytusu zostały odrzucone na bok, obie należące do samej pani kapitan. — Dobieramy się w pary. Ja wiem że macie takie a nie inne stanowiska, ale jak widzicie z pewnych powodów brakuje nam łap do roboty. Więc… Ja i Tiska pójdziemy w kierunku gór. Irys, ty jesteś zdolny i ciężki, pójdziesz pod różany wodospad, roi się tam od zajęcy o tej porze roku, aczkolwiek uważaj na łosie okej… I Miguel i Myszka. Wy wybierzecie się w kierunku wsi. Tam na obrzeżach lasu ostatnio przebywają dziki, zbliżają się do ludzi, głodne, a więc słabe. Uważajcie na siebie wszyscy. A teraz jazda.

Powiedzieć, że to polowanie było ciężkie byłoby niedopowiedzeniem. Było koszmarnie. Wszystko, od kości do mięśni, Myszkę bolało? A dlaczego – bo najwidoczniej nie umie skakać porządnie. Jej celność też nie należała do najlepszych przez co często zamiast na dzika skakała na kamienie. Obiła sobie dupę i ten swój ślepy łeb. Miguel wcale nie był lepszy, ale z innych powodów. On miał do użytku przydatne moce, jednak nadal miał niewielkie problemy ze zwrotnością, kiedy stare rany wdawały się we znaki. Na szczęście dziki rzeczywiście były nienajedzone, bo szybko padały nawet po nieudanych próbach ich upolowania. Cztery samce i samica były teraz cierpliwie wleczone w miejsce spotkania, gdzie zostaną wspólnie oporządzone i powierzone w łapy wojskowego, który akurat ma nieprzyjemność pilnowania spichlerza.
—To było interesujące doświadczenie. — Myszka przyznała. Jej wzrok padł na starszego basiora, który tylko odetchnął. — Jak ojciec o tym usłyszy to będzie się zapierał, że jestem młoda i jeszcze mam czas… —
—Bo masz. — przerwał jej czarnowłosy samiec. Jego brązowe ślepia wbiły się w nią jakby chciały przebić się przez skórę do duszy. Jednak na Myszkę to nie działało, spotkała Pelaszę, swoją ciotkę, więc nic nie robiło już na niej takiego wrażenia.
—Niby tak, ale gdyby to były dziki w pełni sił miałabym marne szanse dopaść chociażby jednego. Jeszcze daleka droga przedeeeee…. Mną.. — mało nie zabiła się o własne łapy, nieuważnie stąpając zajęta rozmową. Korzeń o jaki się potknęła złamał się z trzaskiem, który rozbiegł się echem po lesie.
—Masz czasu, a czasu. — Miguel pokręcił jednie głową, a cień uśmiechu rozbawienia szybko zniknął z jego pyska. Myszka prychnęła i podniosła się. Musiała ponownie załadować na siebie te parszywe zwierzęta, których martwe ciała wcale nie były takie lekkie.

—Łącznie mamy… Dwa jelenie, pięć dzików i dziesięć zajęcy. — Myszka przedyktowała z kawałka drewna, na którym Tiska zanotowała jej wszystkie informacje. Dante spojrzał jej w oczy i odetchnął ciężko. Czekało go sporo przekładania jedzenia z miejsca na miejsce, a wiec pod nosem przeklinał swoje dzisiejsze zadanie. Myszka porzuciła go z tym obowiązkiem kierując się ku domu. Z uśmiechem na pyszczku przeleciała obok kogoś potykając się o jego łapy.
—Przepraszam. — Miguel mruknął wstając z pozycji leżącej. Myszka oczywiście musiała pozbierać się z ziemi i otrzepując rzuciła mu nieco gniewne spojrzenie. — Pomyślałem, że na ciebie poczekam skoro i tak miałem zamiar odwiedzić twojego ojca. —
— I musiałeś spróbować mnie przy tym zabić. — zaśmiała się, nie widząc już reakcji starszego, Jej myśli bowiem wróciły do ciepłej jaskini, legowiska i posiłku w ciasnym gronie rodzinnym. — Chodźmy więc. —

<Miguel?>

krótkie, długo wyczekiwane, ale jak najbardziej nadal ode mnie ;3 jak chcesz możesz się już przerzucić na Ranę ;3


poniedziałek, 18 września 2023

Od Miguela CD Arteusa - "Złote pióra"

Brązowy samiec zatrzymał się, czując dziwne uczucie. Coś po prostu zmusiło go do tego, by zatrzymał się w miejscu i poddał propozycję analizie. Wcześniej jego odpowiedź była automatyczna. Samiec niespecjalnie przepadał za "wędrówkami". Zbyt kojarzyły mu się z czasami, o których tak bardzo chciał teraz zapomnieć. Kątem oka spojrzał na nowo poznanego samca. ~A może jednak powinienem?~ myśl ta narodziła się w jego głowie. Krążyła przez chwilę, nie dając chwili spokoju. W końcu Miguel poddał się, a z jego pyska wydał się głos zrezygnowanego westchnienia. 
- Za jakie grzechy. - mruknął sam do siebie i zwrócił się w kierunku rudego basiora. - Czyli chcesz, bym towarzyszył ci w wyprawie na góry? - spytał, podchodząc nieco bliżej. Spojrzenie jego oczu padło na samca. Zaczął mu się dokładniej przyglądać. Nie wyglądał na tutejszego wilka. Miguel przysiadł na trawie i spojrzał wyczekująco na Arteusa. 
- Byłbym rad! - zawołał rudy samiec, a Miguel spojrzał w bok. Nie był zbyt chętny na opuszczanie watahy. W końcu niedawno zaczął nazywać ją domem. Między nimi nastała chwila ciszy. Miguel, jako typ samotnika nie wiedział, czy powinien coś powiedzie lub o coś spytać. Po prostu siedział błądząc wzrokiem po otoczeniu. W końcu zmusił się do ponownego spojrzenia na samca. 
- Nie ma co tracić czasu. Im szybciej ruszymy, szybciej wrócimy. - mruknął i wstał. Następnie wolnym krokiem ruszył w kierunku gór. Rudy basior już po chwili zrównał z nim kroku. Miguel zaczął się zastanawiać, po co dokładnie Arteus chce iść tak daleko? Przecież musi być jakiś powód, prawda? Jednakże nie od razu Miguel zadał to pytanie. Jego ciekawość musiała najpierw przybrać na sile, by pchnęła samca do nawiązania rozmowy z nowopoznanym. 
- Więc... zamierzasz dotrzeć do gór? - spytał, a jego głos zdradzał nutę zaciekawienia pomieszaną z 'zaprogramowaną obojętnością '. 
- Zagadza się. Właśnie tam zmierzam. - rudy wilk radośnie kołysał ogonem na boki. 
- Po kiego ? - spytał Miguel, spoglądając na towarzysza. Jego spojrzenie zdradzało niezrozumienie. 

Arteus? (Wybacz, że niezbyt ciekawe, ale nie za bardzo wiem, co dokładnie planujesz ^^') 

sobota, 2 września 2023

Od Miguela CD Bleu - "W kierunku domu i zemsty"

To, co działo się z nim po utracie przytomności, pozostało dla Miguela zagadką. Wiedział tylko, że przez pewien czas był świadkiem mary sennej, która bezdusznie przypomniała mu makabryczne obrazy. W pewnym momencie czuł, że wśród tych przeklętych obrazów, wędruje głos. Lecz czyj? Miguel nie słyszał nigdy wcześniej ów głosu. Zaczął się zastanawiać, czy może to ta, której wszyscy się lękają? Czy w tle jego życie komentuje sama śmierć? Jednakże głos ten nie zdawał się mieć mrocznego odcienia. Wręcz przeciwnie. Głos ten był delikatny i kojący. W pewnym momencie samiec miał wrażenie, że zrozumiał coś, lecz jego pamięć w chwilę postanowiła ów słowa oddalić. Nie był pewny, jak długo ciągnął się ów koszmar, lecz w pewnym momencie zaczął widzieć światło. Światło, które nasilało się z każdą chwilą. Głosy stały się wyraźniejsze, lecz wciąż zdawały się mieć ton niczym melodia. Jedno słowo udało mu się rozpoznać i to właśnie ono najprawdopodobniej wcześniej oddaliło się w niepamięć.

„Runa”

Samiec otworzył oczy. Był to powolny ruch, któremu towarzyszył ból, narastający z każdą chwilą. Gdy świat wydał się mu już mniej niewyraźny, spojrzenie jego brązowych ślepi padło na waderę przed nim. Drobna, lecz niezwykle urocza waderka właśnie stała obok niego. Miguel zmusił się, by unieść łeb nieco. Syknął, czując ból, a ów samiczka odwróciła się w jego kierunku.
- Obudziłeś się.- jej cichy głos wydał się samcowi znajomy. Może to jeden z tych, które otaczały go wtedy, gdy śnił?
- Gdzie ja... - urwał, czując zawroty głowy. Jednakże zacisnął kły i pokręcił głową. - Gdzie ja jestem? - spytał cicho, a głos zdradzał obecny przy wymowie ból.
- W jaskini medycznej. Byłeś mocno poturbowany. Poczekaj, pójdę powiedzieć Delcie, że się obudziłeś. - powiedziała cicho i udała się w nieznanym mu kierunku. Miguel znów opuściła głowę na łapy.
~ Tak cholernie boli ~ pomyślał zrezygnowany. Skrzywił się i machnął ogonem. Ten czyn także wywołał falę bólu.
~ Czy chociaż jedna część mojego cholernego ciała może nie boleć?! ~ pomyślał zrezygnowany, lecz ów myśl była bliska, by wykrzyczeć ją z bezsilności. Dlaczego wtedy dał się ponieść emocjom? Czemu nie zawinął tyłka i nie uciekł od razu? No tak... On nie ucieka. On jest upartym idiotom, który często najpierw robi, a potem dopiero później myśli.
- Obudziłeś się. To dobry znak, ale i tak należy mieć na ciebie oko. - usłyszał. Odwrócił głowę w kierunku głosu. Zauważył wilka o niewielkim wzroście, błękitnej śmierci i wianku z kwiatów, który zrobił jego głowę. Niecodzienny widok, który zrodził myśl, że Miguel musiał umrzeć.
- Umarłem? - spytał bez ogródek.
- Nie, ale bardzo się starałeś. - odparła samiec, który miał najprawdopodobniej na imię Delta. Miguel zauważył, że zaraz za nim stała wadera, którą zobaczył zaraz po odzyskaniu przytomności.
- Ta... Mam za swoje. - mruknął brązowooki.
- Nie wykonuj jeszcze gwałtownych ruchów. Rany nie zagoiły się w pełni. - odparł medyk, zbliżając się do Miguela. Ten zaś mruknął niezrozumiale, że zgadza się z jego słowami.
- Cholernie boli. - jęknął po chwili z bólu.
- Nieźle się urządziłeś. - odparł medyk, a Miguel prychnął na te słowa.
- Zachciało mi się zemsty. Dam na watahę wilków. Jak wielkim idiotom trzeba być?
- Masz szczęście, że znalazły cię szczeniaki. Gdyby nie one wykrwawiłbyś się. - odparł Delta, a jego spojrzenie padło na Runę. Miguel także na nią spojrzał i zmusił się do tego, by podnieść łeb. Pochylił głowę z wdzięcznością.
- Dziękuję ci. Jestem pewien, że musiałaś być przy mnie w pewnym momencie. Kojarzę twój głos. - odparł, gdy wciąż miał pochyloną głowę. Po tych słowach dopiero ponownie spojrzał na samiczkę. Ona zaś niepewnie spoglądała to na niego, to na Deltę.
- Jak się teraz czujesz? Wiem, że wciąż doskwiera ci ból.
- Mam też zawarty głowy. - odparł niezbyt chętnie. Czuł się źle, z tym że musiał wyjawiać swój obecny stan, który zdradzał jego słabość w tej chwili. Lecz przecież chodziło tu o jego zdrowie, prawda? Nie powinien spoglądać na to, jak na przesłuchanie w celach zapoznania słabych punktów, które później zostaną wykorzystane przeciw niemu. Rozmawiał z medykiem, który chciał mu pomóc.
- Nie jesteś stąd, zgadza się?
- Tak, ale nie mogę powiedzieć, że należałem do watahy, nie byłem też całkiem samotnym wilkiem. To... Długa historia... - mruknął Miguela, znów zanurzając łeb między łapy.
- Będzie jeszcze czas na to. Teraz powinieneś odpocząć. - oznajmił Delta. Miguel westchnął. Nie lubił „nic nierobienia". Czuł się wtedy bezużyteczny. Delta skierował się do jakichś półek. Możliwe, że poszukiwał jakichś ziół, lecz Miguel ani trochę się na tym nie znał. Zamiast tego spojrzał na Runę, które zdawała się chcieć już opuścić to miejsce.
- Hej mała. - powiedział cicho, a waderka spojrzała na niego niepewnie. - Dzięki za wszystko. - odparł i znów przymknął oczy.

Bleu?

piątek, 1 września 2023

Od Bleu CD Miguela - "Wątpliwości" cz. 11. "W kierunku domu i zemsty".



Łapy Bleu przesunęły po delikatnej strukturze tkaniny jaką trzymał. Jej błękity i zielenie mieszały się słodko ze sobą doprowadzając oko do wiary w zmieniające się kolory pod wpływem ruchu. Wilk czule przełożył ją przez swoje ramię aby wyciąć jej odpowiednią ilość. W końcu szkoda tak pięknego dzieła na błahe pomyłki. Jego skupienie jak zwykle wdrażało w trans. Dźwięki ptaków, dzieci i gościa pod postacią jego matek całkowicie rozpłynęły się za nim, kiedy jego pazurki przebierały między nićmi i igłą składając nowe dzieło w sensowną całość. Tak właściwie to wprawa jaką nabrał przez lata swojego życia sprawiły, że ten proces wcale nie trwał tak długo jak mogłoby się wydawać. Dość szybko, bo ledwie słońce z południa nachyliło się ku drzewom delikatnie, uniósł dzieło ku sufitowi, rozkładając je na delikatnym przeciągu.
—Skończyłem. — mruknął, po czym powtórzył to głośniej. Wiele par małych łapek wpadło do pomieszczenia z wielką ekscytacją.
—Naprawdę? —Myszka była pierwsza u jego nóg, podskakując jak mały zajączek.
—Oczywiście. Wskakiwać do farby. — zaśmiał się rzucając okiem na pozostałe dzieci. Jego szczenięta nie były już wcale takie małe. Jeszcze chwila, a będą rozkładały własne skrzydła szukając swojego wymarzonego miejsca na tym świecie. Zawodu, który będą kochać lub wilka, któremu oddadzą całe swoje życie.
Pięć głów ze śmiechem zanurzyło po jednej łapce w przygotowanej wcześniej farbie, aby odcisnąć pięć pięknych śladów na przygotowanej bandanie.
—I będziesz ją nosił? — Simone zajrzała synowi przez ramię. Jej zmęczony wzrok obserwował jak starannie jego dzieci wykonywały swoje małe zadanie.
—Tak. W każde najważniejsze wydarzenie. — odetchnął. Ich relacja ochładzała się z każdym dniem. Bleu przypuszczał, że to była wina nikogo innego jak jego siostry. Chociaż może to była kwestia burzliwego stanu rzeczy między Simone a Laponią. Jego matka posłała mu smutne spojrzenie, którego znaczenia młody samiec kompletnie nie rozumiał. Pokręcił na to głową i odwrócił głowę do swoich dzieci. Ich obecność zawsze poprawiała mu humor.
—I jak? —
—Nie patrz jeszcze. — Rana pisnęła podnosząc łapy i zasłaniając te jego. Kto by pomyślał, że te małe kluseczki urosły już takie duże.
—Dobrze, dobrze. — zaśmiał się odwracając pysk całkowicie.

Chwilę im to zajęło, ale w końcu mógł złapać za piękną tkaninę, ozdobioną pięcioma kolorowymi łapkami.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi kiedy Bleu znalazł się na progu własnej jaskini, podziwiając fiolety i pomarańcze malujące się na horyzoncie. Za jego plecami Oli i Oliwia zwinięci w kulkę spali słodko. Zaraz na nich wylegiwała się Myszka, a na niej Atlanta. Rana jeszcze krzątała się po warsztacie, jakby nie wiedząc do końca co chce zrobić. Ale Bleu ją rozumiał. Sam miewał takie stany, kiedy jedyne co odciągało go od myśli było bezsensowne krążenie pomiędzy stołami i pośród zapachów tkanin. Kiedy tak spoglądał co jakiś czas na swoje dzieci do głowy przyszła mu myśl że będzie mu smutno, kiedy w końcu się wyprowadzą. W ich małym legowisku zaczynało już brakować miejsca. Dzieciakom nie przeszkadzało, że spały jedno na drugiej, ale jednak ciasnota nie była najprzyjemniejsza.
—Wszystko okej? — zagadnął w końcu kiedy Rana przycupnęła sobie obok niego. Jej ciałko oparło się o jego futro. Wadera pomimo bliskości pierwszego roku, nadal była mała. Może nieco za mała jak na ten wiek, jednak nic nie wskazywało na problemy z jej ciałkiem.
—Nie wiem. — przyznała. Założyła ogon na łapki i westchnęła ciężko. Bleu chwilę się jej przyglądał po czym z uśmiechem zaczepił jej ucho zębami. Wadera zaśmiała się pod nosem i zerknęła na niego swoimi fioletowymi ślepiami.
—Boisz się czegoś prawda? —
—Trochę. — przyznała. Jej oczy znowu uciekły. Tym razem zatrzymały się na księżycu. — Przeraża mnie, że zaraz będę miała rok. Wybór pracy i w ogóle… —
—Pracę zawsze możesz zmienić. — mruknął, aczkolwiek rozumiał ją. Jego łapa powoli owinęła się wokół niej. — Zawsze masz też moje wsparcie i tyle rodzeństwa. Nie musisz być w tym sama. —
—Ale… to nie zmieni tego, że strasznie się stresuję. — załamała łapki, jej oczka się zaszkliły.
—Jeśli to przeraża cię za bardzo, zawsze możesz podjąć pierwszą pracę tutaj. Zostać ze mną, zakręcić wokół tkanin przez rok, czy pół i w wolnym czasie poszukać czegoś co naprawdę kochasz. —
—Naprawdę? — zajrzała na niego, może nieco spokojniejsza.
—Każde z was może zostać tutaj tak długo jak tylko pragnie. To wasz dom od małego i pomimo że ledwo mieścicie się już w legowisku zawsze znajdzie się dla was kąt. —



Słońce wstało odrobinę za szybko, jak dla Myszki mogłoby wstawać. Samiczka rozciągnęła się i wysunęła spod łapy Atlanty i torsu Ranki. Ich tato już pracował nad jakimś projektem na zbliżającą się ucztę. Samiczka prześliznęła się za jego plecami i nabrała powietrza w płuca.
—Dzień dobry. — Bleu odezwał się do niej. Jej ogon sam ruszył się na boki, dwa, trzy razy.
—Dobry. — ziewnęła. Jej oczka powoli przeniosły się na las. — Pójdę na trening już. — mruknęła. Od jakiegoś czasu uczęszczała na polowania z innymi łowcami, uparta że pragnie biegać całymi dniami za przerażoną zwierzyną. Dlatego też podnosiła się cierpliwie ze słońcem, pomimo że lubi sobie pospać, aby towarzyszyć łowcom na ich wyprawach. Powoli łapała o co w tym chodzi i od czasu do czasu, nawet sama była w stanie złapać mysz lub zająca. Nie było w niej silnej potrzeby służenia watasze jak w niektórych wilkach, ale miło czuła się wiedząc że nawet teraz przydaje się na coś.
—Dobrze. Tylko… Ostrożnie, ok.? — jej włoski zostały roztrzepane, aby potem wpleciona została w nie mała brązowa wstążeczka. Tato od jakiegoś czasu już dawał jej ozdoby w bardzo neutralnych kolorach i była mu za to wdzięczna. Bo podczas gdy Rana i Atlanta jeszcze kusiły się na wyraźne róże czy błękity, futro Myszki wystarczało aby być chodzącym znakiem: „uciekaj”. Wadera odetchnęła głęboko i ruszyła w las. Cienie padały na jej plecy majacząc kropami przedzierającymi się przez korony drzew. Od jakiegoś czasu w watasze obecny był nauczyciel łowiectwa, jednak Myszka, na kraju dorosłości zdążyła nabrać wprawy i fachu od prawdziwych łowców. W jej mniemaniu taki nauczyciel nie był wcale potrzebny W końcu u źródła wiedzy pobiera się jej najwięcej. Ale cóż zrobić kiedy na posterunku stać musiał basior z głową wyżej niż jego dupa i przypominać jej, że mimo wszystko nadal jest szczeniakiem. Irys czasem był znośny, ale czasem przez jego akcje przemawiała czysta obłuda i głupota. W końcu po co Myszce nauka u nauczyciela, kiedy w parę tygodni będzie mogła podjąć pracę oficjalnie. Dlatego ominęła miejsce spotkań i udała się bezpośrednio pod kwaterę łowców.

—A ty tu co? — Irys westchnął. Jego pysk wykrzywił się w niezadowoleniu, a Myszka tylko odzwierciedliła ten wyraz.
— Jak to co? Uczyć się idioto. — prychnęła. Ich oczy zmierzyły się w zaciekłej walce rozjuszenia.
— Oboje się uspokójcie. Łeb mnie dzisiaj boli. — Saroe potarła pysk łapą. Jej oczy podkrążone były cieniami widocznymi nawet pod futrem. Pewnie znowu przedozowała spirytus.
— Dobrze. — Myszka była pierwszą, która ustąpiła, ponieważ lubiła tutaj wszystkich innych poza irytującym ją basiorem. Nawet nieustanne narzekanie Tiski, na stare kości i swoje zęby, nie przeszkadzało jej tak jak ta brudna kupa sierści stojąca właśnie za nią.
—Ona powinna jak szczenię, uczyć się tam gdzie jej każą! — prychnął Irys, ale nie przymknął się kiedy tylko wzrok Saroe padł na niego.
— Uczyła się z nami do tej pory, to niech nauczy się do końca Irys. A teraz zamknij mordę i do roboty. — Tiska pojawiła się za jego plecami, sprawiając że podskoczył. Myszka powstrzymała w sobie chichot, aby nie irytować basiora jeszcze bardziej. Nie była w humorze na dziecinne szczekanki.

Dzień przebiegał jak zwykle. Słońce wzeszło i stanęło w swoim szczycie oświecając świat swoim majestatem. Gorąc wdzierał się w każdą dziurkę i jaskinie, uparcie próbując przypomnieć o swojej obecności. Letni wiaterek szumiał cichutko między zielonymi liśćmi. Atlanta właśnie splatała wianek na swoją głowę oddalona o parę kroków od warsztatu ojca. Jej włosy urosły od czasów szczenięcych, teraz pięknie opadające w delikatnych lokach na jej szyję. Czasami splatała je w warkocze, jednak dzisiaj pozwoliła im szumieć razem z wiatrem. Jej niebieskie oczy obserwowały jak wokół pszczoły pracowicie przesuwają się z kwiatu na kwiat, unosząc się ku jej pysku od czasu do czasu. Nie drgnęła nawet kiedy Rana przyłączyła się do niej, siadając u jej boku.
—Potrzebujesz czegoś? — Atlanta zarzuciła skończony wianek na głowę drobniejszej z wader. Ta tylko odetchnęła i wbiła wzrok w las.
—Nie bardzo. Może tylko towarzystwa. — przyznała się siostrze, która cicho zachichotała, ale przyciągnęła ją bliżej łapą. Ich boki zetknęły się, a Rana powoli rozpuściła w tym siostrzanym objęciu. Z racji że była znacznie drobniejsza od zielonej samicy, miała jak oprzeć się o nią całym swoim ciałem. W milczeniu siedziały dłuższą chwilę, dopóki z lasu nie wyłoniła się spanikowana Myszka. Wadera wpadła na polankę z takim impetem, że zaliczyła dwa fikołki przy zatrzymywaniu się.
—Wilk! — odsapnęła zziajana.
—Wilk. — Atlanta odłożyła w połowie zrobiony wianek obok siebie. Jej pysk nie zmienił swojego stanu, nadal pozostając uśmiechniętym, chociaż w jej oczach błyszczało się zmartwienie.
—Wilk. Tu jest dużo wilków. — Rana wyprostowała się.
—A żeby tylko dużo . — Oli podniósł głowę. Oliwia obok niego nadal chrapała smacznie, a więc mógł zrobić to tylko delikatnie.
—Jesteśmy watahą. Prawda. — Atlanta zaśmiała się. Jednak Myszce nie podobały się te żarty i dogryzki. Jej kły odsłoniły się kiedy wydobyła z siebie pomruk frustracji.
—Nie o to mi chodzi. Obcy wilk. — wzięła głębszy wdech. — Ranny, zakrwawiony. Sama go nie uniosę, a wy jesteście najbliżej! — warknęła, w końcu będąc w stanie wydobyć z siebie słowa bez ciągłego sapania.
—Ranny wilk? — rysy Atlanty ściągnęły się w zmartwienie, może nawet pomieszane z odrobinę przerażenia.
—Tak. Wiec ty tam z nami nawet nie idziesz. Ruszać dupy. — Myszka przełożyła łapę przez głowę Oliwi i pociągnęła ją zębem za ucho. Ta tylko warknęła, ale podniosła się wraz z bratem z ziemi.
—Jak tyś go w ogóle znalazła co? — Rana otrzepała się.
—No cóż. Biegłam do domu, tu niedaleko słyszę że coś na mnie woła. Jakoś tak cicho, ale zapachniało wilkiem. A potem krwią. Patrzę. A tam basior… Ja nie jestem tak masywna jak Atlanta to sama go nie uniosę. Potrzeba mi Oli i Oliwki żeby go jakoś przenieść. — odetchnęła. Bliźnięta pokiwały głową w zrozumieniu. Ich plecy były szersze, silniejsze od zwykłego wilka. Może jedynie Atlanta mogła ich pobić ze swoimi rozmiarami, ale wadera z pewnością miała za mało nerwów żeby przeżyć widok krwi.
—idziemy. — Oliwia westchnęła.
—Dokąd? — ich ojciec zjawił się jak duch za nimi. Jego oczy były nieco zaspane, ale nic dziwnego, skoro właśnie zażywał południowej drzemki, po długiej nocy.
—Mała pomoc rannemu towarzyszowi. — Myszka odetchnęła, mało nie gryząc się w łapę zaraz po tym. Za dużo czasu spędza z Irysem. Udziela się jej jego idiotyczne gadanie.
—Komu?—
—Nie wiem, tato. Ktoś obcy. Kompletnie odleciał, jak już do niego podeszłam. Przydałoby się go szybko odrestaurować. — niebieska wadera pokręciła głową, a jej ojciec zawtórował jej kiwnięciem wyrażającym zrozumienie.

Zatargali go tam. Tak. To słowo dokładnie odzwierciedla co stało się z tym nieszczęśnikiem, którego Myszka znalazła leżącego, półżywego w lesie. Zatargali go do jaskini medycznej. Okazał się być bowiem cięższy niż dzieciaki zakładały. Delta widząc ich, umorusanych we krwi, zmęczonych z wilkiem za sobą załamał łapy. Ale cóż. Przywykł do gorszych widoków. Położyć go na legowisku pomógł im Puchacz, z wielkim i chętnym uśmiechem. Zabandażowano go dość szybko, chyba nawet go szyli, ale Myszkę mało to obchodziło. Chciała się jak najszybciej wymyć z całej tej krwi i udać na popołudniowe polowanie. Dzisiaj miała szansę wykazać się, zwłaszcza że Irysa nie było z nimi tym razem. Jego głupia dupa miała do załatwienia coś innego. I dobrze. Nie będzie jej zatruwał głowy swoim majaczeniem.

Rana natomiast wykazywała wielkie zmartwienie, jakby jej odpowiedzialnością i winą był stan znalezionego wilka.
—Idź się umyj. — w końcu Delta wygonił ją z jaskini. Młoda wadera dość niechętnie poszła wykąpać się w pobliskim jeziorku. To było małe, brudne i zamulone, ale wystarczyło aby zmyć z niej całą lepką ciecz i większość zapachu. Więcej go pewnie zdejmie jeszcze przed snem, zanim wyłoży się na Atlancie, aby broń huku siostrze nie zrobiło się słabo. Wracając jeszcze zahaczyła o jaskinię medyczną.
—Rana. Jest dobrze. Żyje. Oddycha. Idź do domu. —
—Ale… —
—Eh. Jak chcesz się przydać na coś… idź nazbieraj mi rumianku. — Delta machnął na nią łapą, a ta pospiesznie wypadła z jaskini. I tak nie miała nic lepszego do roboty. Może zostanie zielarzem. Gdy tak zbierała te roślinki wydało jej się być to fajnym i przyjemnym zajęciem. A zimą mogłaby pomagać tacie w warsztacie. Chociaż pokrzywy i osty nieźle poharatały jej łapki. Może nie był to taki najlepszy pomysł z zielarstwem.

Noc nastała szybko zatrzymując świat w cieniu. Niektórzy powiedzieli by, że było cicho, Janek Atlanta doskonale słyszała każdy drobny dźwięk. Jeszcze nie spała. Czekała na swoje rodzeństwo. Oli i Oliwka poszli na krótki spacer przed snem, pogadać. Ostatnio mieli sporo problemów związanych z własną egzystencją, płcią i w ogóle zaaranżowaniem ich własnego ciała między dwoma kompletnie rozumnymi głowami. Wielka wadera nie dziwiła im się wcale. W końcu byli anomalią tego świata, zrodzoną z jednej duszy, rozdzielonej na dwie.
Myszka nie wróciła jeszcze ze swojego pierwszego polowania, pewnie świętowała z innymi wilkami. Rana z kolei przeszła się nad swoją kałuże, uspokoić się i pomyśleć.
Pierwszym wilkiem jaki wyłonił się spomiędzy drzew był jednak ich ojciec. Jego sierść była pełna liści i gałązek, jednak on nie był tym zbyt przejęty. U jego boku kroczył Apollo, którego oczy wbijały się przerażająco w nicość. Doprawdy, wilk ten i jego spokój były ideałem Atlanty, który prowadził ją w życiu tam gdzie chciała dążyć. Aby brak domu, deszcz, śnieg nie przeszkadzał jej na kroku jej ścieżki, jednak bardzo daleko jej do tego było.
—A ty jeszcze nie śpisz?— zapytał zaskoczony. Jego łapa od razu przesunęła po jej głowe w geście czystej rodzicielskiej miłości.
—Czekam na resztę. Jeszcze nie wrócili. — odparła pozwalając Bleu na zmierzwienie swoich loków.
—Jeszcze nie? A jak z tym wilkiem? —
—Podobno nadal śpi jak kłoda. Rana strasznie się tym zaaferowała. —
—Wcale nie! Nie aż tak bardzo! — mała wadera wyłoniła się zza Anubisa, który tylko uśmiechnął się pod nosem i nie zadrżał na ułamek sekundy. Cóż za nadwilczy spokój.
—Może trochę. — Rana speszyła się widząc wzrok większej siostry.
—To nic złego. Rana to wrażliwa dusza, nic dziwnego, że tak bardzo chce mu pomóc, ey? —Bleu uśmiechnął się do najdrobniejszej ze szczeniąt. — A teraz chodźcie już do środka. Dobranoc Anubisie.—
—Miłej nocy. — ślepy wilk kiwnął im głową i zawrócił w kierunku lasu w ostatniej chwili, ale majestatycznie, odsuwając się z drogi rozpędzonej Myszce.
—Pierwsza! O.. przepraszam. — pisnęła mało się nie wywalając. Rana zachichotała u boku taty, który skrzywił się niezadowolony.
—To nie fair. Ty masz tylko jedną głowę do uniesienia! — Oli wydarł się za nią, aby potem grzecznie wraz z siostrą przywitać się z Anubisem, który właśnie wychodził rozbawiony tym małym chaosem.
Wkrótce jednak wszyscy już leżeli na kupce. Atlanta była podstawą, zaraz obok Bleu, ściśnięci na ich niewielkim legowisku. Na nich wykładała się zadowolona Myszka i Oli z Oliwką, a na samym szczycie spała smacznie Rana. Chociaż czy tak do końca smacznie. Śniło jej się dużo czerwonych oczu, więc odrobinę kopała Myszkę w żebra, do tego stopnia że ta w końcu wstała w środku nocy. A rano narzekała na siniaka.

Rana z samego rana, parę dni później wpadła nigdzie indziej jak do jaskini medycznej. Tym razem jednak miała małą dostawę drewnianych miseczek i szklanych słoiczków dla Delty. Te obijały się i szeleściły w dwóch torbach jakie miała założone na plecy.
—Oh. Jak miło. Bleu nigdy nie zawodzi. Bardzo się nam teraz przydadzą. — Tia prawie w progu zabrała je od niej, aby porozkładać je na półeczkach. Pewnie potem wypełnią je leki i zioła. — W ogóle. Twój koleżka się jeszcze nie obudził, ale wczoraj strasznie się wiercił. —
—To nie mój koleżka. Nie znam go. Ale tata mówi że jestem taka wrażliwa, że aż się przejęłam. Trochę mi powoli przechodzi. — przyznała. Czasem bała się mówić tak otwarcie o własnych uczuciach, ale to jej trochę pomagało. Dodawało otuchy i siły.
—Oh. Rozumiem. Ale jak chcesz możesz do niego zerknąć. Delta akurat kręci się koło izolatki z Frezją, to nie będzie się na ciebie krzywo patrzył. —
—Koło izolatki? —
—Tak. Przygotowują mały kącik dla Frezji, ponieważ ta chciałaby zająć miejsce psychologa. Czy jej się uda, kto wie. Ale ma to wyrachowanie— Tia uśmiechnęła się szeroko. — Nadawałaby się. Zresztą całe to rodzeństwo, poza Legionem, nadają się do jaskini medycznej. Dobra. Idź zerknij do niego, bo widzę w twoich oczach, że bardzo chcesz, a ja wracam do pracy. —
Rana pokiwała głową i zbliżyła się do legowiska poturbowanego basiora. Przysiadła sobie z jego boku i przekrzywiając główkę z ciekawością. Ten oddychał dość rytmicznie. To chyba dobrze świadczyło.
—Jeszcze dwie? — z tyłu usłyszała głos Tii, nieco zaskoczony i roztrzęsiony. A zaraz potem pomieszczenie wypełnił śmiech Bleu. Rana uśmiechnęła się, gdy basior przysiadł obok niej.
—On? — zagadnął, kiedy tak chwilę siedzieli.
—Yhymm.. Wygląda lepiej, niż jak go tu wlekliśmy. —
—To dobrze. Nadal czujesz się zmartwiona prawda? —
—Prawda. A nawet go nie znam. To nie jest normalne, prawda tato? —
—Normalne czy nie, nie można o tym powiedzieć, że jest to wadą. Dobrze jest dbać o innych w swoim otoczeniu, nawet jak się ich nie zna. Tylko trzeba być ostrożnym. Pomogę Tii rozpakować te cztery torby i idziemy do domu, co ty na to? — Rana pokiwała głową w odpowiedzi. — Pewnie. Myślisz że Atlanta chciałaby parę róż, znad Wodospadu? —
—Na pewno się ucieszy, Runko! — zaśmiali się oboje. Rana jeszcze chwilę przebierała łapkami aby potem wstać, nieświadoma że jej ruchy obserwowane są przez parę brązowych ślepi, a jej imię krąży w głowie pewnego wilka.

<Miguel?> witam w tym chaosie i harmiderze. Mam nadzieję że się zadomowisz i nie przeszkadza ci że pov przeskakuje trochę pomiędzy każdym w rodzinie XD





środa, 23 sierpnia 2023

Od Miguela - Trening mocy

Tego dnia basior poczuł silną potrzebę próby kontroli tego, co zrodziło się w nim od niedawna. Jednakże pierwszym krokiem było wybranie odpowiedniego miejsca. Miguel postanowił, że powinien nieco oddalić się od terenów watahy. Wolnym krokiem zaczął oddalać się od watahy. Przez moment poczuł w głębi dziwne uczucie, coś na wzór niepokoju, ale szybko oddalił tę myśl od siebie. Po dłuższej chwili zawędrował na polanę. Wydawała się nie być zbyt uczęszczana, więc wydała się basiorowi idealnym terenem do prób zrozumienia i okiełznania mocy, która się w nim aktywowała. Miguel stanął w centrum polany. Wtedy zrozumiał, że nie ma pojęcia, co powinien zrobić, by cokolwiek się stało. Spojrzał na swe łapy, a następnie podniósł spojrzenie ku niebu. Nie wiedział, co to miało na celu. Liczył na oświecenie? Po chwili bezczynnego stania zirytowany postanowił wrócić. Gdy gniew przysłonił jego spojrzenie, nie zwrócił on uwagi na gałąź, która leżała skryta wśród trawy. Gniewne i gwałtowne machnięcie łapą w celu kroku, skończyło się syknięciem z bólu.
- Co do cholery?! - warknął zirytowany i spojrzał na sprawczynię nowej rany na jego łapie. Niesiony wściekłością postanowił zemścić się na biednej gałązce. Chwycił ją w pysk i cisnął gdzieś w bok. Jednakże nim została rzucona, w obronie zraniła go we wnętrze pyska. Rana zaczęła piec, a Miguel poczuł, jak jego irytacja wzrasta. Krew zaczęła wypływać z rany, przez co basiorowi zaczął towarzyszyć metaliczny posmak krwi. Warknął wściekły i poczuł, że ma ochotę na nowo zmasakrować niewinną gałąź. Gdy ów myśl narodziła się w jego łowie, ciecz, która wypływała z ran, zaczęła w dość nienaturalny sposób się poruszać. Nagle złączyła się na ziemi w jedną całość i przybrała kształt nieco zniekształconej strzały. W mgnieniu oka ów pocisk ruszył w kierunku, w którym została rzucona gałąź. Miguel zaskoczony spoglądał na ów obraz, a w tym czasie pojawiło się ponownie dziwne uczucie mrowienia w ranach. Samiec spojrzał na swoją ranę, która znajdowała się na łapie.
- Opętało mnie, czy co? - zastanawiał się na głos. Następnie łącząc wszystko w całość, postanowił spróbować ponownie, wytworzyć coś podobnego. Skoncentrował swój wzrok na głazie, który znajdował się nieopodal. Wykonał na swojej łapie kolejne nacięcie. Krew wypłynęła i zaczęła plamić ziemię. Miguel westchnął i spojrzał uważnie na swój cel. Wyobraził sobie, że w ów głaz uderza coś podobnego, do wcześniej powstałej strzałki. Nic się jednak nie wydarzyło. Samiec poczuł się zbity z tropu. To nie o to chodziło? Więc o co?
Miguel znów spojrzał na plamę krwi. Przyjrzał się jej uważnie. Wyglądała całkiem normalnie. Basior pokręcił głową.
- To nie mogło mi się przywidzieć. - mruknął niezadowolony i podszedł do gałęzi, w którą wcześniej uderzył powstały z jego krwi pocisk. Leżała w kawałkach, a wokół kawałków rosła trawa, zabarwiona jego krwią. Samiec westchnął i przysiadł na moment. Długo przyglądał się temu i starał się to przeanalizować. Po chwili wstał i postanowił nie rezygnować z prób. Stanął naprzeciwko głazu i znów ponowił próby. Około pół godziny później basior zrezygnowany uderzył głową w ów głaz. Pozostał w tej dziwnej pozycji, licząc na olśnienie.
- Co robię źle? Gorzej ze mną?! - warknął zirytowany. Zmęczony i wyprowadzony z równowagi odsunął się od głazu i począł krążyć. Mruczał pod nosem niezrozumiałe rozważania nad tym, co się stało. Czyn ten sprawił, że poczucie irytacji wzrosło na tyle, by basior znów zażyczył martwemu przedmiotowi śmierci. Uderzył łapą zirytowany w ziemię, co spowodowało, że niewielka kałuża krwi nieopodal, jak na zawołanie ruszyła w kierunku głazu. Uderzyła w niego, plamiąc jego powierzchnię. Miguel opuścił głowę zrezygnowany. Naprawdę chodziło o gwałtowność jego emocji? W tym przypadku samiec poczuł, że jego zdolność jest bezużyteczna. Chciał wszystko zakończyć. Po co trenować coś, co jest bezużyteczne? Coś jednak zatrzymało go. Jakby ktoś szepnął mu na ucho, by pozostał i się wyciszył. Z początku nie czuł się przekonany, ale w ostateczności usiadł i zamknął ślepia. Skupił się i postarał wyciszyć. Po dość długiej chwili poczuł coś niespodziewanego. Czuł, jak płynie w nim jego krew, wyczuwał ją i jej przepływ. Wydało mu się to niepokojące, lecz nie pozwolił, by zakłóciło to jego spokój. Odetchnął i otworzył oczy, które błysnęły czerwienią. Spojrzał na głaz i naciął ponownie swoją łapę. W duchu czuł, że jego relacje z medykiem będą napięte. Przekonywał się o tym bardziej z każdym kolejnym nacięciem i raną. Skierował swoje spojrzenie na skałę.
- Spróbujmy jeszcze raz. - szepnął, jakby bojąc się, że stan ten spłoszy się przez jego głos. W jego myślach znów powstał obraz, w którym głaz zostaje zaatakowany, przez pocisk. Krew, która spływała z nowopowstałej rany, wraz z tą myślą zaczęła spływać i nienaturalnie się poruszać. Życiodajna ciecz zebrała się w jedną plamę, by następnie gwałtownie przemienić się w ostry jak brzytwa pocisk. Rozpędzony ruszył w kierunku skały i wbił się w nią. Miguel poczuł narastającą w nim ekscytację i dumę. Udało mu się. Podszedł do swojego celu, a gdy tylko jego myśli przestały krążyć wokół pocisku, ten nagle zmienił swój stan i powrócił do ciekłego. Krew zaczęła spływać po skale, lecz otwór, który powstał pod wpływem uderzenia, pozostał. Samiec uśmiechnął się sam do siebie.
- Dałem radę. - stwierdził, zapominając o pierwszych nieudanych próbach. Przez moment ujawniła się w jego głowie myśl, by wciąż doskonalił to, co zyskał. Jego plany pokrzyżowały drżące łapy, które stanowczo protestowały dalszym próbom i ponownym nacięciom. Brązowy samiec postanowił, że nie będzie ryzykował. Nie chciał stracić zbyt dużej ilości krwi. Powoli ekscytacja uspokajała się, a ona zaczął czuć, że słabnie. Dodatkowo pojawił się głód, a wraz z nim specjalna ochota na coś porządnie krwistego. Miguel postanowił nie tracić czasu. Pozostawił polanę i udał się w kierunku lasu, by poszukać zwierzyny. Ci, którzy postanowili odwiedzić ów polanę przed deszczem, mieli ciekawy widok.

Gratulacje!

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

Od Miguela - "W kierunku domu i zemsty"

Miguel zmuszony do szaleńczego biegu zrozumiał, że długo nie będzie w stanie biec. Każda rana krwawiła, a on czuł, że adrenalina opada. Dlaczego uległ emocjom i zaatakował tego kundla? Gdyby nie to, ucieczka... NIE!... "taktyczny odwrót" byłby dużo prostszy. Basior w pewnym momencie doznał dziwnego uczucia, jakim było dziwne mrowienie w ranach. Ból nie ustępował, a głosy wroga wciąż były gdzieś z tyłu. Miguel znów popełnił błąd, gdyż zwrócił głowę za siebie, by upewnić się, że nie dostrzeże wroga. Wtem podczas biegu jego łapa znalazła się w zagłębieniu w ziemi. Spowodowało to potknięcie, a ono rozpoczęło nieprzyjemny ciąg turlania się przez ściółkę leśną. Miguel zatrzymał się dopiero wtedy, gdy z impetem uderzył w drzewo. Metaliczny smak, który towarzyszył mu od dłuższego czasu nasilił się znacząco. 
- Niech to szlag. - warknął do siebie. Obolały spróbował wstać, lecz łapy odmówiły posłuszeństwa. Rozjechały się na boki w ramach protestu, przez co basior znów leżał na ziemi. Zacisnął kły i zmusił się do ponownej próby. Łapy, chyba zrozumiały, że Miguel się nie podda, więc tym razem pozostały na miejscu, lecz z trudnością utrzymywały jego ciężar. Jedynym plusem w tej sytuacji było to, że głosy ucichły. Może odpuścili? Basior zaczął wolnym krokiem iść przed siebie. Krzywił się z każdym krokiem, a mrowienie nasiliło się, co bardziej go rozdrażniło. Po kilku krokach oparł się grzbietem o korę drzewa. 
- Muszę iść dalej... - mruknął próbując odepchnąć się od rośliny, lecz nie miał na to siły. Westchnął i warknął zirytowany. Tak bardzo pragnął, by coś odepchnęło go od tego drzewa. Jak na zawołanie z rany grzbietowej wypłynęła krew, która zmieniła swą strukturę. Zaczęła przypominać bardziej ciało stałe, niż ciecz. W dość dziwny i niesmaczny sposób pomogłs wilkowi stanąć prosto. Miguel zamrugał kilkukrotnie zaskoczony. 
- Co do?! - powiedział, ale zacisnął pysk orientując się, że może znajdować się w pobliżu wroga. W tym momencie krew wróciła do stanu cieczy i ubrudziła ziemię i korę drzewa. Miguel pokręcił głową i ruszył dalej. 
- Za dużo... Straciłem resztki zdrowego rozsądku. - mruknął. Kilka kroków później poczuł, jak ziemia ponownie osuwa się mu spod łap. Upadł, lecz tym razem oczy zaczęła spowijać mgła. Jedyne co dojrzał to coś, a raczej ktoś o błękitnym kolorze. Nie był pewien, ale był to chyba wilk...wadera? Zmusił się do podniesienia głowy. Zebrał resztki sił i krzyknął, przynajmniej próbował, w ów kierunku. 
- Hej! Tu! - po tych słowach głowa znów opadła mu na łapy, a on zrozumiał, że traci przytomność. 

<Bleu?> 

Nowy członek!

Miguel - poganiacz