Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kanna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 stycznia 2022

Od Kenaia CD Loczka – „Nierozłączni”

Cisza.

Woda i cisza.

Spokój, który czułem tylko przez kilka miesięcy swojego życia. Przed Kanną. Zanim pochłonęła mnie w swój świat, a ja z chęcią w niego wszedłem.

Czy żałowałem?

Nie.

Nie miałem jednak zamiaru wracać do życia bez Kanny. Bez Hermiony. Stało się. To był koniec. Loczek twierdził, że właśnie tak miało być.

Ulga.

Brak zmartwień.

Właśnie tego potrzebowałem. Kierowałem się z tam z nadzieją, nadzieją, która mnie nadal nie opuściła. Odnajdę Hermionę. Odnajdę Kannę.

Będziemy razem w lepszym miejscu.

---

Znaleźliśmy Kannę.

Nie było to trudne, zostawiała za sobą ślady, jakby sama chciała żebyśmy ją szybko znaleźli. A może po prostu nie myślała o konsekwencjach.

Słońce zaczęło już znikać na horyzoncie, dawając nam znać, o bliskości nocy.

- Kanno, czy przyznajesz się do zabicia Hermiony? – wygłosiła formułkę Nymeria patrząc bez cienia złości na moją siostrę. Ten jej spokój. Potrzebowałem go.

- Przyznaje. To przez nią. Wszystko przez nią.

- Zabiłaś ją. – wy warczałem czując, że tracę kontrolę. Nie mogłem na nią patrzeć. Wadera poczuła moje emocje, wiedziałem to. Doskonale wiedziała do czego doprowadził jej czyn i do czego doprowadzą jej kolejne słowa.

- Zrobiłam to z premedytacją. Czułeś moją wściekłość? Jakikolwiek objaw zabójstwa? – patrzyłem na nią z niedowierzeniem. – Byłam wtedy spokojna, Kenai. Niczym woda w bezchmurny i bezwietrzny dzień. Niczego nie żałuje.

Moje kolejne kroki i ruchy trwały zaledwie kilka sekund. W przeciwieństwie do mojej siostry, ja nad sobą nie panowałem. Na pewno czuła to zanim moje zęby zacisnęły się na jej tętnicy. Gdy życie z niej ulatywało a ja czułem jej gorącą krew w pysku, charczałem z wysiłku bardziej niż pojazdy z ludzkiej wioski. Zastygłem na kilka minut, nie mogą się ruszyć.

Jeden.

Wszyscy patrzyli na mnie z niedowierzeniem.

Dwa.

Nawet Nymeria nie mogła opanować… podziwu? A może obrzydzenia?

Trzy.

Stałem się siostrobójcą.

Podniosłem się upuszczając głowę Kanny na zakrwawiony śnieg. Rozejrzałem się wokół i skrzyżowałem wzrok z każdym zgromadzonym. Moje serce biło mocno, ale oddech był już spokojny. W końcu wyplułem resztki krwi z pyska, odwracając się jednocześnie od zgromadzonych.

- Już nie macie problemu co z nią zrobić. – powiedziałem głośno i dosadnie. Mogliby mnie ścigać. Może gdyby nie wojna.. w końcu samosąd nie powinien być uznany. Byłem teraz taki sam jak ona. Może nawet gorszy.

Gdy zniknąłem z pola widzenia wilków, otrzepałem się z emocji i westchnąłem ciężko. Przysiadłem przy sporym kamieniu opierając się o niego lekko. Jedna z moich łap podniosła się, jakby sama, do mojego pyska. Spojrzałem na krew na sierści. Lekko już zaschniętą z powodu zimna. Patrzyłem na nią tempo bez żadnych myśli. To było to. Tak musiało się stać.

Wstałem i ruszyłem dalej, w kierunku szumu fal i zapachu bryzy.

---

Stałem przed wodą już od dobrych trzydziestu minut. Nie bałem się. Nie o strach chodziło. Decyzja już zapadła. Tak musiało być.

Potrzebowałem jednak chwili, żeby powspominać te dobre chwile. Dorastanie z Kanną. Poznanie Loczka i Hermiony. Nowa relacja, praca w jaskini medycznej… Reszty wolałbym nie pamiętać, choć to właśnie przez tą resztę się tu znalazłem.

Będziemy mili czystą kartę. Ja, Kanna i Hermiona. Dostaniemy drugą szansę i tym razem wszystko pójdzie inaczej. W tym życiu nie było nam dane, musiało się to tak skończyć. W następnym będzie już lepiej.

Będzie idealnie.

Spojrzałem w noc. Prawie nie widziałem wody, mogłem odróżnić fale tylko dzięki srebrzystej pianie pojawiającej się na nich za każdym razem jak się tworzyły.

Zrobiłem krok w ciemną lodowatą otchłań.

Następnie drugi.

Trzeci.

Dziesiąty.

Przestałem liczyć, gdy straciłem grunt pod łapami.

Pozwoliłem falom nakładać mi się na pysk. Czułem walkę ciała, jednak nie pozwalałem aby to ono wygrało tym razem. Ja jestem twoim władcą i mnie masz się słuchać. Nie emocji, nie uczuć, nie odruchów warunkowych. Mnie.

Nakazałem łapom spokój. Przestały telepać się pod wodą, utrzymywać mnie na powierzchni. Powoli woda zaczęła otaczać mnie zewsząd.

Zaraz wszystko się zmieni. Obudzę się na nowo i je znajdę. Choćby nawet na końcu świata.

Hermiono, czy zdołasz mi wybaczyć?

Kanno? A ty?

Będę was kochać tak samo. Obiecuje.

Tyle samo czasu i wysiłku wam poświęcać.

I zawsze będziemy…

KONIEC

czwartek, 6 stycznia 2022

Odchodzą!

Kanna Ermine Nita - powód: śmierć

Loczek - powód: śmierć

Od Loczka CD Kenaia - "Nierozłączni"

Umarła.
Tyle mu powiedzieli. Zimno. Bezdusznie prawie że, jak gdyby była jedynie mrówką.

Zabili ją.
Kto? Kanna? Ale kiedy? Po co? Tyle pytań. Czemu świat nie odpowiada na jego pytania, które rzuca w głowie w eter. Czemu akurat ona. Ta która światu zawiniła najmniej ze wszystkich. Co tak właściwie miała na koncie? Dla wszystkich zawsze miło chociaż nieśmiała i wycofana w cień. Jego cień. I akurat jak rozwinęła skrzydła ktoś musiał je ściąć. Los bywał jednak samolubną suką.

Ciężko patrzyło mu się na ciało leżące w zakrwawionej zaspie, a jeszcze ciężej przyznawało przed samym sobą, że nic nie mógł zrobić. Nie siedział w głowie swojej siostry. Ale wiedział kto mógł. Kanna. Wystarczyło tylko z kimś pogadać. Od serca. Może to trochę nierozważne obwiniać osobę tak młodą, a jednak każdy ma swoje moralności i jedna powinna być wspólna dla każdego. Nie zabijać. Najgorsze było w tym wszystkim to, że za życiem Hermiony pociągnie się kolejne. Kolejne, które nieszczęśliwie staje kością w gardle nawet dla jego roześmianej mordki, teraz pokryte niezrozumieniem, żalem i łzami. Czemu nie pomyślała logicznie.

Ostatni raz się do niej przytulił. Na pożegnanie. A potem zabrali ją, żeby zagrzebać ciało. Głęboko pod ziemią, gdzie nie będzie męczyło wzroku. Jednak jego dusza zawsze będzie patrzeć w jej kierunku i w kierunku tego niewinnego gardła, które padło ofiarom nieznanego mu powodu. Odetchnął. Raz. Drugi. Głęboko kiedy jej włosy ostatni raz posunęły po śniegu. Tyle planów. Małżeństwo. Dzieci. Miłość. To wszystko poszło się jebać, za przeproszeniem.

Jednak nie dali mu pójść za nimi. To już nie te czasy, kiedy swoboda obejmowała ich dusze. Ha. Może jednak mógł coś zmienić. Odejść stąd kiedy tylko wzmianka o wojnie rozniosła się po lesie. Jednak nie zrobili tego. Hermiona chciała zostać. Mógł nalegać, wiedział że poszłaby z nim. Wtedy jeszcze nie mrugała tak za Kenaiem, który teraz swoją drogą wyglądał nie mniej ciekawie.
—Kenai. — zamruczał Loczek podchodząc.
—Zostaw mnie. — odpowiedziało mu. A chciał tylko na głos przyznać, że nie żywi urazy. Do nikogo. Że najwyraźniej... tak musiało być. Parę łez na samą myśl poleciało po jego polikach. Rozmowy w tle zamilkły na chwilę.
—Idziemy jej szukać. — Mitriall odparła zimno. No tak. Kanna. Morderca. Ciekawe co nią kierowało.

Wszyscy. Całą grupą udali się po zapachu. Nie wiedział czemu się do tego dołączył, ale szedł. W milczeniu jak każdy wokół.
—Co się stanie jak ją znajdziemy? — spytał w końcu. Jego pytanie nieco przebiło się przez ciężką atmosferę pełną smrodu śmierci.
—Coś wymyślimy. Ma zostać skazana na śmierć, ale... Kanna. Em... coś wymyślimy. —
Tylko co? Tylko po co? Głupie nowe zasady. W końcu po co ciągnąć więcej żyć do nieba kiedy ofiarą mogłoby zostać jedynie jedno.

Oh słodki losie. Po co podsuwasz takie myśli.
Oh słodka naturo. Na cóż ci tyle śmierci twych dzieci.
Oh słodkie niebiosa. Otulcie ich w swoje ramiona.
A i wy śmiertelnicy, spójrzcie co żeście uczynili z mądrością podarowaną przed Boga.

 

Znaleźli ją. Wściekłą? Płaczącą? Może smutną? Loczek nie wiedział. Stanął daleko. Nie chciał na to wszystko patrzeć, a jednak jego wzrok podążał w tamtym kierunku. Żal ścisnął mu serce kiedy wszyscy się zbliżyli. A Kenai najszybciej.

Będzie jej bronił! W końcu to jej brat!

Zastygł w przerażeniu.

To jej brat!

Jego oczy rozwarły się w niedowierzaniu.

Do jasnej cholery! TO JEJ BRAT!

Jej własny brat. Ten który miał otoczyć ją osłoną. Pocieszyć, pokręcić głową na złe wybory wbił kły w jej kark. Zimno. Bezlitośnie prawie że. Czyżby jego miłość była aż tak silna, że gotów był samemu zabić własną siostrę?

Krew pociekła po śniegu, a razem z nią uciekło życie.

Oh Hermiono, której gardło rozerwała zazdrość.
Oh Kanno, której karku dosięgła braterska miłość.
Oh Loczku, którego zabije zaraz nielitościwe prawo.

Ale cóż. Wojna to wojna. Rządzi się swoimi prawami.

Niekiedy nazbyt bezlitosnymi

 

<Kenai?>



 

Od Kanny CD Hermiony – „Nierozłączni”

Nie było jej… zniknęła. Poddałam się na granicy watahy gdy słońce skryło się już za drzewami, dając tylko minimalną ilość światła. Powoli więc, powłócząc nogami i kopiąc, znalezione co rusz, na dróżce kamienie, ruszyłam w drogę powrotną. Było już ciemno jak znalazłam się obok jaskini medycznej, w której Flora nadal coś układała i robiła w półmroku.

- Kenai? – powtórzyła po mnie imię brata. – poszedł odprowadzić, czy tam oprowadzić tą nową, po tym jak pomogła mu zebrać potrzebne nam zioła – ah, tak? A więc mu pomogła? -  Hermionę? Tak, nazywała się Hermiona. – uśmiechnęła się lekko jakby przypomnienie o tej ciapatej waderze poprawiło jej humor. – Pewnie już czeka na Ciebie w jaskini.

Nie musiała nawet kończyć zdania, a mnie już nie było. Ruszyłam do domu, chcąc jak najszybciej opowiedzieć Kenaiowi o nasze skrzydlatej przyjaciółce. Jednak gdy byłam już blisko usłyszałam głosy, tuż obok jaskini. Przystanęłam więc w miejscu gdzie nikt by mnie nie dostrzegł i wytężyłam słuch.

- Dziękuje, że dotrzymujesz mi towarzystwa, gdy Loczek szuka nam kamienia nad głową.

- Nie ma sprawy, naprawdę. To ja powinienem Ci dziękować, że pomogłaś mi z ziołami… a Kanna… mam wrażenie, że nigdy nie dorośnie. – hmm? Ja?

- No wiesz… - zaczęła wadera nieśmiało.  Czuć było, że nie była przyzwyczajona do rozmów. – Trochę ją rozumiem. Jak zobaczyłam tą piękną ptaszycę, to też chciałam rzucić wszystko i za nią pobiec. – O nie! Powiedziała mu! Ale to była moja opowieść! To ja miałam mu opowiedzieć! Zgasiłam w sobie pomruk złości, żeby móc posłuchać reszty.

- Ale tego nie zrobiłaś. A to znaczy, że jesteś o wiele dojrzalsza od niej.

Czy to co zrobiłam było dziecinne? Czy naprawdę nie byłam dojrzała? Czy Kenai chciałby mnie… wymienić?

- Hermi! – lekko znajomy głos rozległ się w głębi lasu, a ciapata wadera od razu niespokojnie się poruszyła.

- Oh, to już. Miłej nocy, Kenai. – jego imię w jej pysku brzmiało jakoś obco.

- Miłej nocy.

Dwójka rozdzieliła się. Hermiona zniknęła między drzewami, a Kenai schował się w jaskini. Odczekałam parę minut, żeby nikt nie zarzucił mi podsłuchiwania i sama weszłam do jaskini. Westchnęłam cicho widząc, że brat leżał już zwinięty w kłębek w kącie. Ewidentnie na mnie nie czekał i nie martwił się o mój powrót. Westchnęłam lekko i położyłam się w innej części jaskini. Starałam się zasnąć i nie rozmyślać o porażkach tego dnia.

---

Hermiona zaczęła pojawiać się wszędzie. Przez jakiś tydzień Kenai nie odezwał się do mnie nawet słówkiem. Najwyraźniej bardzo ubodło go to, że nie przyniosłam Florze ziół. W tym czasie swoją całą uwagę przekazał jej… Tej ciapatej, niewiele większej ode mnie waderze, która nawet wysłowić bez jąkania się nie potrafiła. Co w niej niby było takiego?

Po cichym tygodniu myślałam, że Hermiona zniknie z naszego życia. Niestety. Zaczęła pojawiać się częściej i częściej, a czułe słówka i coraz śmielsze zapewnienia jakie podsłuchiwałam w ich rozmowach zaczynały mocno mnie niepokoić. Ale przecież mnie nie wymieni na tą flądrę, prawda? Siostrę ma się tylko jedną. To ze mną mieszkał i to ze mną miał spędzić całe życie. Nie z nią. Robiłam wszystko, żeby Kenai był ze mnie zadowolony, by bardziej zwracał na mnie uwagę. Pracowałam ciężej niż wcześniej, przestałam interesować się Miodełką, żeby go tylko znowu nie zdenerwować, a jedyne co dostawałam to: Dzięki, Kanna! Cieszę się, że dojrzewasz!

Słowa wypowiedziane tuż przed tym jak znikał na kolejny spacer z Hermioną. Raz nawet zagadałam Loczka, co on o tym sądzi. W końcu jego prawie siostrę zabierał jakiś pierwszy lepszy wilk…

- Ah, Oni! Pieknie razem wyglądają! A jak Hermi, przy nim rozkwita! Nigdy jeszcze nie widziałem, żeby tyle z kimś rozmawiała oprócz mnie! Mówię Ci ten twój brat, to skarb! Już nie mogę się doczekać ich dzieci! Na pewno będą słodkie i kochane! Może nawet pozwolą nam jakieś poniańczyć! Wyobrażasz sobie, jakie to będzie cudo….

Okey, czyli z jego pomocy mogę zrezygnować. Dzieci!? DZIECI!? Jeżeli nie Hermiona, to bachory już na pewno odbiorą mi brata. Nie było takiej opcji. Musiałam coś zrobić, Hermiona musiała jakoś zniknąć. Tylko jeszcze nie wiedziałam jak…

---

- To co… dobranoc? – usłyszałam znowu głos Hermiony pod swoją jaskinią. Już miałam wyjść i jej nawrzucać, żeby znikała z naszego życia, ale wtedy usłyszałam drugi głos.

- Gdyby nie to że mieszkam z rodzeństwem mówiłby ci dobranoc co nocy do snu. – moje serce stanęło na kilka sekund. Poczułam ciepło rozlewające się w moim wnętrzu, ale… to uczucie nie należało do mnie.

- Kiedyś... zamieszkamy razem. – Czy ona właśnie? Zabiera mi go… Wiedziałam, że tak będzie, ale nie miałam wystarczającej odwagi by coś z tym zrobić. Nie, nie, proszę, nie. Ciepło zaczęło zmieniać się w ból. Ból, który zdecydowanie był cały mój.

- Oczywiście. Kto wie. Może w niedalekiej przyszłości. – pociągły głos brata doszedł jeszcze do moich uszu, a później wszystko się na kilka sekund rozmyło. On ją kochał. Ból w klatce piersiowej nagle przybrał na sile, nie mogłam złapać tchu, a oczy pomimo prób nie potrafiły zostać otwarte. Z mojego pyska zdążyło wypaść imię, zanim całkowicie zatopiłam się w tym ataku.

Brat spokojnie wszedł do jaskini, a gdy zobaczył mnie zwiniętą, poruszającą się w nieregularnych spazmach, od razu podbiegł by sprawdzić co się dzieję.

Jego dotyk uspokoił mnie, a ciepło ciała ukoił myśli i rozkołatane serce. Przecież nie mógł mnie zostawić. Nie mógłby. Kochał nie tak jak ja jego i na zawsze będziemy nierozłączni. Jeżeli on umrze, to umrę też i ja. Byłam tego pewna.

---

Rozmowa z Kanną nie należała do łatwych. Wadera była rozzłoszczona, wściekła na Hemionę, że niby przez nią nie będziemy już blisko. Podobno nas rozdzielała. Tylko ja widziałem to inaczej. To nie Hermiona nas rozdzielała, a sama Kanna. Jej zachowanie było dalekie od perfekcyjnego i choć nie musiała taka być, to zdałem sobie sprawę, że nie mogłem tak dłużej. Prawdą było tylko to, że Hermiona dała mi szybką wymówkę, by choć trochę się usamodzielnić i nie mieszkać już z siostrą. Kanna była… dusząca, obezwładniająca i niesamowicie zazdrosna. Nie mogłem słuchać tego co czasem opowiadała. Cały czas czułem jej złość, jej wahania nastrojów doprowadzały moją głowę do szału. Już i tak była ze mną cały czas. Nie odstępowała mojego wnętrza na krok. Potrzebowałem chociaż miejsca do spania w spokoju. Gdy byliśmy dalej od siebie, odczuwanie naszych wzajemnych uczuć było lekkie i nasilało się tylko przy niezwykle silnych emocjach. Wtedy czułem się bardziej wolny. Nie zrozumcie mnie źle, kochałem Kanne i zawsze będę o nią dbał, ale… potrzebowałem też czegoś swojego, nie wspólnego. Moja relacja z Hermioną taka właśnie była, całkowicie moja, bez przyczepionych do niej łapek Kanny.

Czy byłem przez to złym bratem? Nie wiem sam, ale wiem, że Hermiona zmieniła moje priorytety. Musiałem zając się sobą i nią, żeby być szczęśliwym w swoim życiu. Jeśli czyniło mnie to nieczułym i zły to niech tak będzie. Chociaż raz w życiu postawiłem na siebie. Nie na Kanne.

Nasze wspólne dni i noce z Hermioną były idealne. Czułem, że to właśnie była relacja, nad którą chciałem pracować i, w którą chciałem dać sto procent siebie.  Właśnie wyszedłem z jaskini medycznej ze swojej codziennej zmiany i czekałem, aż Hermi po mnie przyjdzie by odprowadzić nas do jaskini. Była w końcu strażnikiem odkąd zaczął się stan wyjątkowy.

Zacząłem się lekko martwić gdy nie zjawiła się po dłuższym czasie, zacząłem więc niuchać wokół jaskini by zobaczyć, czy jest już blisko. Najpierw trzymałem nos nisko, taplając go w świeżym śniegowym puchu. Złapanie górnego wiatru nie było trudne ale wyglądało na to, że albo nie wiał z jej strony albo nie było jej w pobliżu. Dopiero po jakiejś godzinie postanowiłem wbrew zakazowi pójść jej szukać. Wiedziałem jak zwykle chodziła przed zejście na spotkanie ze mną, bo często mi o tym opowiadała. Poszedłem więc w zapamiętana stronę i szukałem czegokolwiek, wołałem, wypatrywałem i wąchałem wszystko co znalazłem. Po jakiś czasie w jednych krzakach poczułem zapach swojej siostry, lekki, jakby przypadkowo zostawiony. Nie tego jednak szukałem więc ruszyłem dalej. I właśnie wtedy doszedł do tego zapach krwi. Krwi sprzed kilkudziesięciu minut. Jeszcze ciepłej, jeszcze świeżej. Może Hermi coś upolowała? Pomyślałem w pierwszej chwili, choć nie miałem pojęcia czy była sama w stanie to zrobić, zwłaszcza w śnieżną pogodę. Gdy wyszedłem na niewielka polanę i zobaczyłem zwierzęce ciało, myślałem, że to mały jelonek. Podszedłem do zdobyczy mając nadzieję, że poczuje ingerencje Hermiony w zabójstwo. Tak też było. Ciało było przepełnione jej zapachem. Do moich nozdrzy doszedł słodki zapach miłości wymieszany z metalicznym zapachem krwi.

- Hermiona! – krzyknąłem i ponownie spojrzałem na ciało leżące pode mną. I wtedy zobaczyłem łapy. Później brązowawą sierść i białe kropki na ciele w tak charakterystycznych dla niej miejscach. Z mojego pyska wyrwał się dźwięk zaskoczenia i rozpaczy. Krótki, głośny lecz szybko stłumiony. Moje ciało automatycznie odrzuciło się do tyłu, przewracając się o własne niekontrolowane łapy i upadając na idealnie biały śnieg. Idealnie biały tam, ale nie pod nią. W głowie zaczęły galopować myśli, obrazy, słowa niedowierzenia i zaprzeczenia, których nie potrafiłem wypowiedzieć przez zaciśnięte ze strachu gardło. Kto… KTO? Czerwień zaczęła rozmywać mi umysł. Mroczki pojawiły się wszędzie.

Krew.

Hermiona.

Brak tchu.

---

Obudziłem się nad ranem. A raczej inni mnie obudzili. Leżałem w śniegu, prawie cały zasypany, najwyraźniej w nocy napadało go więcej. Wstałem powoli, otrzepując się z białego puchu i spojrzałem na pierwszą istotę, którą zauważyłem. Mitriall? Ale co ona tutaj…

Moje oczy podążyły za obrazem, który widziałem już poprzedniej nocy. Nymeria i Szkło przypatrywali się ciału z daleka, pewnie bojąc się zatrzeć ślady. To… nie. Zamknąłem oczy, zacisnąłem szczęki a cisza wypełniała całą polanę.

- Co się stało? – usłyszałem za sobą głos z jaskini medycznej. Delta przyszedł, najpewniej zwabiony zapachem wielu wilków poruszających się wokół. Delta ucichł widząc co się dzieję.

Otworzyłem oczy, tym razem nie zamierzając już dać dojść emocjom do władzy.

- Kenai. – Szkło podszedł do mnie, popatrzył mi w oczy zimnymi jak stal oczami i bez zająknięcia dokończył myśl: - To Kanna.

Wiedziałem o tym. Wiedziałem o tym już poprzedniego wieczoru, ale jednak wypowiedzenie tych słów, było jak grom z jasnego nieba. To moja wina. Wszystko moja wina. Straciła życie przeze mnie, gdybym tylko dał Kannie uwagę jakiej potrzebowała…

- Nymerio, znajdziesz dla nas Loczka? – spytała Mitriall a wadera odpowiedziała jej niemym skinięciem pyska. – To jego jedyna rodzina…

I moja też. Reszta rodzina już była dla mnie martwa.

<Loczek?>

środa, 5 stycznia 2022

Od Hermiony CD Kanny - "Nierozłączni"

Oh słodka jesieni. Gdzie odeszłaś i dlaczego pozostawiłaś ten świat bez swoich kolorów, bez barw pokrywając go jedynie bielą tego jakże zacnego puchu i grobowego zimna. I czymże dla ciebie stali się twoi mieszkańcy naturo, że raczyłaś uraczyć ich umysłami niegodnymi żadnej istoty, a które tenże umysł wykorzytują w sposób najbardziej prymitywny. I może nie twoją winą jest przelew krwi na tym świecie, jednak patrzysz milczącym okiem na śmierć swoich dzieci, które rzekomo kochasz tak mocno. I nawet jeśli spytam mętnym głosem: Dlaczego ostatnim tchem jesieni zabrałaś ze sobą spokój i odeszłaś w daleką podróż zastępując ciepło mrozem zatapiającym swoje szpony w sercach i strachem paraliżującym myśli. Dlaczego te wielkie umysły nigdy nie pomyślały o czymś więcej niż tylko swoim małych zakątku w rogu jaskini. Gdzie schowali się mędrcy i wiedzący więcej i kiedy zdążyli zastąpić ich tchórze i żmije? Nie wiem. I ty też nie wiesz, a ja zdaję sobie z tego sprawę. Los bywa niesprawiedliwy, a woja niechlubną jest zasługą i dowodem na istnienie naszych samolubnych pobudek. A odbija się to gdzie? Na tych malućkich. Całych młodych pokoleniach wychowanych pod skrzydłami opiekunów. Na napięciu wiszącym w powietrzu niczym ostre brzytwy, tnącym je jak miecze i spoczywającym na karkach, gotowe zabić każdego kto tylko zachłyśnie się nim za mocno i ulegnie szaleństwu w jakie popada świat dookoła. Tyle osób już poległo, czy to pod śniegiem, ziemią czy we własnych umysłach. Nie istotne. Brakuje już uśmiechu na tym świecie, a wraz z uśmiechem znika przyjaźń i więzi rozpadają się niczym sznur trwaiony ogniem, kiedy polityka rozgrywająca się na naszych oczak spada ku grobowi. I nawet jeśli wszystko czasem zdaje się zmierzać w dobrą stronę, czy w tym świecie istnieje taka? Czy możemy powiedzieć, że jesteśmy dobrem, a oni złem? Czy to nie tak, że dla naszego wroga to my jesteśmy tym najgorszym? I jak to pogodzić kiedy każdy wysadza swoje ego ponad dobro ogółu. Czy to ważne? Nie. Ale czy to istotne?

W sumie też nie.
Ale czy cokolwiek teraz w tym małym świecie jest ważne?

Śnieg zapadł się pod nią kiedy postawiła ostrożnie łapę poza wydeptaną ścieżką. Przyznane jej stanowisko strażnika nie odpowiadało jej ani trochę. Nie mogła już polegać na swoim przyjacielu kiedy dochodziło do konfrontacji. Sprawiła by się lepiej na każdym innym miejscu, tylko nie na tym. Nawet za polityka robiłaby lepszego. A teraz? Loczek mówił jej, że to dobrze. Że nauczy się trochę żyć bez niego i miał rację. Było jej trochę lżej, jednak wszechobecna cisza zastąpiła jej ten trajkoczący jazgot i zwyczajnie jej to nie odpowiadało. Podniosła się rzucając okiem w niebo. Zmarszczyła swój drobny nos, który pokrył się większą ilością białych plamek. Odkąd tu przybyła kilka z ich zdążyło przybrać na wielkości, a jej pyszczek powoli łączył się w jedną wielką, dosięgając tych nowych pod okiem. Czy się cieszyła? Nie. Nie uważała się za ładną w takim stanie. Jednak był ktoś kto zauważał każdą nową na jej ciele. Czy to na policzku czerwieniącym się z zawstydzenia, czy tą jedną maleńką na tylnej łapce, tak od spodu. Czyżby Loczek? Ten, który z początku życia wyrwał ją ze szponów pętelki rodziny i wyprowadził z dala od wrogiego domu? Zaskoczę was. Nie. Otóż nie Loczek przebił się przez tą osłonę milczenia i niechęci, a kto inny. Spory i z pewnością bardzo „męski” basior uczynił to co uważała za niemożliwe. W końcu postawione przez nią mury zdawały się być idealne kiedy na straży stał im ubrany w biele rycerz o kocich genach w sobie. Jednak same w sobie nie dały rady ustać w ataku na jej serce. Wpadła po uszy i w sumie, nie bała się tego przyznać. Przed sobą oczywiście. Poznała tego małego pozera, który aspirowałby na niezłego lidera, gdyby tylko miał nieco więcej pary w mózgu. A pod tą osłonką znalazła całkiem potulnego i słodkiego misia schowanego pod osłoną, tak podobną do tej którą ona sama posiadała. Miesiące jakie tu spędziłą, bała się wyjść poza swoją strefę komfortu, a jej nowy rycerz, większy i może nieco lepszy robił to z nią co chwilę. I jakoś, nie czuła się źle stawiając małe kroczki na tym podejrzanie cienkim lodzie, kiedy miała kogoś takiego u boku.
Ale o kim mowa? Kto spełnia tak wiele drobnych kryteriów i czyj to uśmiech rozjaśnia najciemniejsze mroki w tym zamkniętym sercu Hermiony? Poznała kogoś, kogo nie wolno jej było posiąść? Czy może to historia dramatycznej miłości wbrew prawu? Może oba?
Nie. Nie w żadnym wypadku. Wszystko to bowiem potoczyło się w ramach jej nowego małego świata. Dzień za dniem, gdyż Loczek uczepił się ogona pewnego rodzeństwa. Jak rzep, w końcu to jego zwyczaj. Czy ktoś już zgadł? Kenai? Kenai. Niezmiennie pomocny i nieco zbity z tropu całą tą wojną Kenai.

W końcu ścieżka otoczyła ją swoją udeptaną strukturą. Odetchnęła widząc jak gwiazdy tej nocy wesoło migoczą do niej swoimi oczkami. Jak zwykle zeszło się jej do późna. Który to już dzień kiedy nie widziała zarówno, błękitu oczy swojego brata jak i tych należących do młodego ratownika. Odetchnęła nieco za ciężko i swoje kroki skierowała w dowolnym kierunku. Gdziekolwiek ją teraz poniosą. Nie miała nocnej zmiany. Jak zwykle w sumie. Jak wspomniała już, nie nadawała się do tej pracy. Nie stanowiła zagrożenia dla nikogo kto chciałby przekroczyć granicę nielegalnie, a i nie lubiła spotykać tych pomruków z WSJ czy WWN.
Przeszła nad przewalonym drzewem. Biedne drzewo. Ofiara wiatru i czasu. Niewinna, ale niestety obecna na tym świecie. Ironiczne prawda? Łapy nieco nieświadomie zaniosły ją pod jaskinie medyczną. Nieco za cichą odkąd Flora nagle zniknęła z ich żyć, a jej miejsce zastąpił Yir i Delta. Dwa zniszczone wojną podmioty martwiące się pewnie bardziej o dobro swoich bliskich niż rannych, którzy bywali kapryśni i marudni. A o nocnych zmianach nie wspomnę.

Westchnęła widząc kompletne nic. Jej umysł nie powinien był odlatywać w marzenia kiedy tak chodziła. Ba! Powinien myśleć o odpoczynku dla ciała zamiast szukania ciągle bliskości czegoś tymczasowo nieosiągalnego. Odwróciła się w kierunku drogi do siebie. Siebie i Loczka, który już pewnie słodko spał nieświadomy całego zamieszania jakie czasem paliło się w jej sercu.
—Hermi! — jednak zatrzymał ją głos, który przywołał uśmiech na jej ciapaty pyszczek. — Hej. Dawno cię nie widziałem. — basior otarł sie o jej bok rzucając jej to słodkie spojrzenie, które z radością odwzajemniła.
—Mi także miło cię widzieć Kenai. Ciągle się mijamy, nie ma nawet czasu pogadać! — zaśmiała się z nutką żalu ukrytą gdzieś z tyłu za słodkim dźwiękiem udawanej radości.
—Niestety, ale! Mamy teraz chwilę. W końcu już noc, a ty jesteś strażnikiem. — zamruczał kręcąc kółka łapą w śniegu.— Czy pani poważna strażnik odprowadzi niesfornego basiora do jego jaskini? —
—Pfff. Oczywiście panie niezawodny ratowniku.— ich pyski rozjaśnił taki nieobecny w tych czasach uśmiech i ciche uderzenia mocno bijących serc.

—A gdzie Kanna? — spytała się w którymś momencie ich przechadzki. Oczywiście drogę wybrali zupełnie okrężną, pomimo obezwładniającego zmęczenia po dniu w pracy.
—Delta i Yir wysłali ją trochę wcześniej do domu. Zdawała się być dzisiaj znacznie bardziej... ponura i niechętna do życia niż normalnie. Uznali, że ja im wystarczę na dzisiaj i że może sobie odpocząć.—
—Miłe z ich strony. — zamilkli na chwilę. — Pewnie się o nią martwisz. —
—Tak. W końcu to moja kochana siostra. Ona też pewnie martwi się o mnie. —
—Pewnie tak. —
—A ty? —
—Ja? —
—No ty. Czy ty też martwisz się o mnie? —
—Tak. — nie zawahała się. — Zważając na to co stało się z Florą. W biały dzień, codziennie wieczorem stawiam się pod drzwiami jaskini medycznej, żeby mieć pewność, że tam byłeś. Że idziesz do domu. Boję się za każdym razem, że któregoś dnia nie zastanę nikogo. Ani Delty, ani Yira, którzy powiedzą mi co z tobą, ani twojego zapachu. Gdybyś nagle zniknął nie wiem co bym zrobiła. — westchnęła ciężko spuszczając głowę i wzrok. Jej oczy w świetle księżyca zabłysły łzami.
—Ja też. Tak. Ja także martwię się o ciebie. O to że pewnego dnia znajdą cię zagrzebaną i zimną na granicy. Martwą i nigdy już nie usłyszę twojego głosu. Ale... na razie mamy siebie i swoje rodzeństwo. Jest dobrze. Jest lepiej niż dobrze, bo dziś jest dziś i powinniśmy się nim cieszyć. —
—Tak... Masz rację. Jak zawsze. — zaśmiała się nieco się na nim opierając.

—To co.. Dobranoc? — Hermiona westchnęła ciężko odwracając wzrok. Nie chciała sie rozstawać jednak jej oczy kleiły się niemiłosiernie.
—Gdyby nie to że mieszkam z rodzeństwem mówiłby ci dobranoc co nocy do snu. — Kenai przesunął nosem po jej policzku powodując, że ten oblał się soczystym rumieńcem.
—Kiedyś... zamieszkamy razem. — mruknęła to raczej jako ciche marzenie. Pragnienie swojej duszy i chciwości. Jednak Kanna na ten moment potrzebowała swojego brata mocniej niż jej egoistyczne zachcianki.
—Oczywiście. Kto wie. Może w niedalekiej przyszłości. — basior uniósł głowę ku niebu przedłużając końcówki zdań.
—Mówisz? — przechyliła głowę, a w odpowiedzi otrzymała jedynie iskierki błyszczące się w oku ukochanego. — Hymm.. Chyba nie mam powodu żeby ci nie wierzyć! — cmoknęli się. Przytulili. Nie mogli się rozejść. Po prostu nie chcieli, gdyż nie wiadomo kiedy w najbliższym czasie w ogóle się spotkają.
—KENAI! — wydobyło się wołanie z jaskini.
—HAHA. Chyba siostra się obudziła. Wybacz Hermi. Czas na mnie, ale... jutro... też chyba zostanę sam po służbie. Wiesz... i mogę potrzebować... eskorty. — rzucił w jej stronę uśmiechem i zniknął ostatni raz posyłając jej ciche dobranoc. Zrozumiała.

I tak następnego dnia Kenai opowiadał jak z żalem spławiał własną siostrę i czuł się z tym dziwnie. Zawsze byli razem, a teraz odmówił jej i to krytycznie. Jednak byli ze sobą. Szybko zapomnieli o Kannie. W końcu kto zamroczony zorzą miłości pamięta o drobnych problemach z rodziną? No właśnie nikt. A przynajmniej nie oni.

Jednak tak jak upadają dęby, te wielkie i potężne drzewa. Zapadając się w śnieg i niepamięć zapadł się też i mały światek. Jak?
To był dzień po śnieżnej nocy, więc ślady poprzedniego dnia zostały zamazane. Ścieżki nieco zlały się z całym otaczającym Hermionę światem. Każdy krok musiała stawiać przesadnie ostrożnie, aby przypadkiem nie udusić się pod zaspami i nie zostawić ukochanego  powiewającego jak samotna flaga na wietrze. W końcu tak wiele jej obiecał. Ich własną jaskinię, a potem już z górki. Ślub, dzieci. Piękne marzenia spełniające się tuż przed nią. Przed jej oczami. Rzeczy, których w dawnym domu nie mogła sobie przyśnić nawet gdyby chciała, a z Loczkiem przecież się nie ożeni. Za bliska rodzina. Jej serce zabiło nieco mocniej na znak pamięci o każdym ostatnio wspólnym wieczorze, ktory i teraz zbliżał się wielkimi krokami. Ich rozmowy rozmywały nawet trud następnego poranka i nieznośnie kującą świadomość zagrożenia.
Zagrożenia, które nadeszło z kierunku zaskakująco znanego.
Stanęła w śniegu. Jej łapy w końcu nie zapadały się za mocno i mogła stabilnie rozstawić je dla lepszego podporu. Zawęszyła za obcymi zapachami, ale jedyne jakie wyczuła na tej niewielkiej przestrzeni były jej już znane. Parę strażników z WWN, z którymi wymieniała się już niuchnięciami i jej własna wataha. Ta którą kochała.
Właśnie. Kochała, ale czy kocha. Kocha Kenaia, ale czy to parszywe miejsce nadal jest jej bliskie?
—Hermiona. — ciche i nieco pochmurne prychnięcie wyrwało ją z zamyślenia. Odwróciła głowę aby napotkać nieco zirytowane spojrzenie Kanny. Było w nim także coś jeszcze, jednak wyraźnie ociekające od wilgoci futro chorej na karłowatość wadery zostało uznane za przyczynę tych buzujących emocji.
—Oh. Hej Kanna. Co się stało, że jesteś aż przy granicy? — zagadnęła z uśmiechem, chociaż zdawało jej się, że siostrzyczka jej ukochanego nie przepada za nią za bardzo. Ale mogło jej się wydawać.
—Nie Nie skądże. — wyrzuciła z siebie z dozą wyrzutu w głosie. Hemiona nie bardzo wiedziała o co może jej chodzić. — Gdzie leziesz?! — warknęła widząc jak ciapata przesuwa łapę w kierunku swojej ustalonej trasy.
— Pod jaskinię medyczną. Już koniec mojej pracy. — westchnęła.
—Pewnie znowu spotkać się z moim bratem co? —
—T...Tak. No tak. Jak ostatnio co... ał. — Hermiona zaskoczona przerwała w pół słowa odskakując do przodu kiedy poczuła ukucie na tylnej łapie. Odrobina krwi spłynęła na śnieg, który dotąd niewinnie biały został tak haniebnie splamiony. — Co ty robisz? — oburzyła się patrząc na mniejszą.
—Zabierasz mi brata. — szepnęła w jej kierunku. — Mojego brata! —

I mogłyby pogadać. Rozwiązać to w dobry sposób. Ale czy istnieje dobry sposób? Przecież każdy ma swoje wady i zalety.

Hermiona stęknęła kiedy jej ciało uderzyło z impetem o ziemię. Kanna nie była wcale taka słaba na jaką wyglądała, zwłaszcza kiedy się rozpędziła. Zamachnęła się łapą trafiając w pysk młodszej i nieco ją z siebie spychając.
—Kanna przestań. O co ci chodzi? — zawołała panicznie sądząc, że nawet ciemność nadchodzącej nocy nie powstrzyma jej niemego wołania o pomoc. W końcu nie chciała skrzywdzić siostry ukochanego, pomimo że jej krew już znalazła się na jej pazurach.
—Zamknij się pieprzona suko! — odpowiedziała jej mniejsza i znowu się do niej rzuciła. Hermiona niewiele mogła zrobić. Szarpnęła się raz, drugi odpychając niespodziewanego napastnika w zaspę. Tam gdzie furia tej kulki ją dosięgła, tam na sierści majaczyły stróżki krwi. Po całej piersi w dół brzucha, na  łapach. Otrzepała się szybko pozostawiając kształty wijące się na ziemi i rzuciła przed siebie. Dała radę zbiec całe dwa susy zanim znajoma szczęka zacisnęła się z warczeniem na jej karku. Światło księżyca mignęło jej przed oczami kiedy płat skóry zszedł z jej ciała wraz z jej przerażająco głośnym krzykiem uciekając ku powietrzu. Przewróciła się w śnieg, a młodsza upadła kawałek od niej. Kto wstanie pierwszy? To była gra. Gra o błahostkę tak dla nich obojga ważną, a jednak możliwą do podziału. Do zgody. Jednak nie na to się zapowiadało. Hermiona była większa, cięższa. Śnieg przytrzymał ją sekundę za długo.

Krew wylała się wodospadem na śnieg swoim ciepłem delikatnie topiąc go. Szramy na plecach pozostawione po skoku piekły ją, jednak coraz mniej. Podobnie jak widok. Biel wszystkiego dokoła bledła. Traciła czucie w łapach, które niespokojnie próbowały ją jeszcze unieść. Sekundy. Tyle minęło zanim opadła na boku na ziemię pokrytą miękką kołderką przyniesioną światu przez zimę. Tą, która tera nie domyje się od zbrodni jaka miała miejsce.
Ciało Hermiony poruszyło się jeszcze w pośmiertnych konwulsjach, a krew wylewająca się z rozdartego gardła powoli traciła swój impet. Te pełne uczuć zielone oczy przymknęły się do połowy, oddech ustał, a pysk pozostał uchylony, jakby wołając ostatnie ratunku lub kocham cię do świata. Do wiatru, aby poniósł je dalej.

A padła niedaleko jaskini medycznej, gdzie zapewne czekał na nią jej ukochany. I przepadłe wraz z życiem marzenia.

Widzisz zimo. Tyle dusz już zabrałaś i łez pochłonęłaś. Jeszcze ci nie mało?

<Kanna?> 




czwartek, 9 grudnia 2021

Od Kanny CD Hermiony – „Nierozłączni”

Szłam pewna, że idę w dobrą stronę, przedzierając się przez kolejne krzaki. Naprawdę marzyłam żaby był ze mną Kenai… Praktycznie nigdy nie zostawił mnie na tak długo, zawsze wiedziałam, że przynajmniej jest w pobliży, w jaskini medycznej. Teraz jednak nawet bym nie wiedziałam gdzie go szukać. Wrócił już do jaskini medycznej? A może oprowadzał tych nowych? A co jeśli zaczął jej szukać, a ja odeszłam już tak daleko od miejsca, gdzie zbierałam zioła?

A z resztą czy to ważne? Zostawił mnie samą. To teraz niech się o mnie trochę pomartwi. W końcu on był jedynym, który mógł się o mnie martwić. Cała reszta jej rodziny miała mnie gdzieś. Kto by się przejmował małą chorą Kanną.

- Hej! – usłyszałam nagle ściszony głos, a jak podniosłam głowę do góry, zobaczyłam Loczka. A zaraz za nim Hermionę. W pierwszej chwili skuliłam się i chciałam wrócić do krzaka, z którego właśnie wyszłam. Później jednak westchnęła tylko ciężko i spojrzałam Loczkowi prosto w oczy.

- Hej, gaduło. I hej Ty! Milczku. – powiedziałam spoglądając na Hermionę. Oboje wymienili się spojrzeniami i zrobili dziwne miny. Loczek o dziwo mi nie przerwał i pozwolił mówić dalej. – Wiedzieliście może takiego dużego jasnoniebieskiego ptaka? Piękną ptaszycę, dokładniej…

- Eee… - zaczęła Hermiona niepewnie.

- Tak, idziesz w dobrą stronę. To prawda była bardzo piękna, wyglądała podobnie do tego co był w jaskini Agresta. Długie skrzydła i nogi, jasne upie…

- Dzięki. To pa. – wyminęłam ich szybko i pobiegłam we wskazanym kierunku. Miałam nadzieje, że dalej będę sama, ale Loczek nie dał za wygraną.

- Czemu jej szukasz? – spytał zrównując z nią krok, co nie było trudne. Przy jego długich łapach jego jeden krok, to były moje trzy. – To jakaś twoja znajoma? A gdzie jest Kanai? Możemy pójść z Tobą? Nikt nas nie oprowadził i szukamy sobie lokum do spania, możesz nam przy okazji pomóc? Jest tak ładny dzień, idealny na spacer, choć może już trochę chłodno. Myślisz, że znajdziemy fajna jaskinie? A może lepiej na polanie. Gdzie ty…

- Zamknij się, proszę. – wyjąkałam na wpół wściekle na wpół nieśmiało. Jakby dwie strony się we mnie biły.

- Loczek, może wróćmy do jaskini medycznej… znajdźmy Kenaia. – usłyszałam leciutki głos Hermiony. On jednak wydawał się nie słyszeć ani mnie, ani jej. Mówił dalej jak najęty, gdy ja truchtałam z przodu patrząc co chwila w górę, mając nadzieję że zobaczę tam Miodełkę.

- Słuchajcie. – stanęłam w końcu, nie mogąc już słuchać ciągnącego się monologu. – Idźcie do Kenaia i przekażcie mu, że może sam sobie szukać ziół. Ja jestem zajęta i wzięłam sobie wolne na wieczór. Pewnie znajdziecie go w jaskini medycznej.

- Na pewno, chcesz iść sama? – spytała mnie o dziwo Hermiona.

- Tak. – spojrzałam na nią dumnie, a jej otworzyły się oczy z wrażenia. Odwróciłam się na pięcie i pobiegłam dalej. Znajdę ją choćbym miała się zgubić w lesie!

<Loczek? Hermi?>

piątek, 5 listopada 2021

Od Hermiony CD Kenaia "Nierozłączni"

 

Hermiona patrzyła z niedowierzaniem na Loczka, który zasypał nieszczęsnego alfę tego stada swoimi słowami. A ona? Ona stała i jedynie milczała czekając aż ta mała kulka energii wyładuje się na swojej ofierze. Jednak zostali przyjęci ochoczo, albo pospiesznie do watahy, aby tylko wyszli, a raczej wyszedł Loczek.
-No! I proszę cię bardzo! Na pewno w końcu znajdziemy miejsce w którym zasiądziemy na zawsze! PA PA PANIE ALLFO AGREŚCIE!- Loczek wydarł się na odchodne po swoich słowach do „siostry”. Ta jedynie przytaknęła widząc jak szary wilk wzdycha za ich Pelcami. Nie dziwiła się. Albinos bywał bardzo ciężki do zniesienia. – Mam nadzieję że to będzie to miejsce. Chociaż na razie podobno nie ma za wiele szczeniąt w okolicy. Ale nie szkodzi. Fajnie że chociaż było tyle ciekawych stanowisk wolnych. Podziwiam też pana alfę Agresta, że w ogóle jest w stanie tym wszystkim tak ładnie rządzić.- nawijał biały mieszaniec podążając krok przed swoją drogą Hermioną.
-Prawda.- przytaknęła mu.
-Ale co tera robić? Skoro na razie nie ma jak pracować? Może pozwiedzamy? Chociaż pewnie pogubimy się w tym lesie! Albo o zgrozo przekroczymy jakieś wrogie granice! I co wtedy? CO wtedy? Nie chciał bym tego. Szkoda, że alfa ani jego niebieski pomocnik nie chcieli nam pomóc. Ani Kenai. Wydawał się być w końcu taki miły. Tak jak jego siostra, którą tak mało widzieliśmy. Aż szkoda! Aż szkoda, bo w końcu wywarliśmy nieco złe pierwsze wrażenie. Ja serio myślałem że to szczeniak, ale no cóż. Okazał się, że nie! Ale małe rzeczy są urocze nie Hermi.- A waderze na myśl przyszło tylko „Tak. W końcu jesteś uroczy”, ale jedynie przytaknęła, wiedząc, że wypominanie Loczkowi jego wielkości może wywołać lawinę słów, a po co zakłócać ich spokojny potok? – No właśnie! Dlatego chciałbym przeprosić jeszcze raz, ale nie wiem gdzie mam iść. Ja nawet nie pamiętam skąd przyszliśmy. Trochę się wtedy za bardzo rozkojarzyłem, a ty siostra! Wiesz którędy powrotem do tej jaskini? – odpowiedziało mu ciche nie. – A niech to. O! Patrz. Ptaszek! Podobny do tego u alfy. Heeej!- biały basior pomachał łapą zaraz potem przenosząc swoją uwagę na coś innego i poruszając jego „ważność” w postaci kolejnego małego monologu. A młoda wadera jedynie potoczyła wzrokiem, za nieco zdezorientowanym upierzonym stworzeniem i westchnęła. Czuła, że ich pobyt w tym miejscu może nie być do końca udany, ani ciekawy. Ze zrezygnowaniem zauważyła, że właściwie oprócz Kenaia i Kanny, nikt ich nie przyjął z otwartymi łapami, jak to wyobrażał sobie jej delikatnie naiwny brat. Z resztą nawet tamto rodzeństwo nie było do końca skore do pomocy. Stąd też Hermiona zasępiła się nieco kręcąc głową i szukając wzrokiem tego białego pomiotu szatana. Znalazła go szybko, przerzucającego jakieś opadnięte liście i prowadzącego swój typowy słowotok. Zbliżyła się, gdyż jeg głos był jedyną przyjemną rzeczą jaka ją w życiu spotkała. Miłe wspomnienia związane z tym mieszańcem to właściwie jedyny powód dla którego jej mózg i wola jeszcze nie podążyły za przykładem innych i nie oddaliły się od obecności mówiącej katarynki, napędzanej oddechem.
Przeszli jeszcze kawałek, a raczej to Loczek przeciągnął swoją siostrę, która nie była pewna co do tego pomysłu jednak o chwale niebiosom i niebom wpadli na coś niewielkiego. A raczej kogoś…
-Loczek. To nie jest dobry pomysł. Nie oddalajmy się. Może ktoś będzie szedł i wiesz… pomoże nam znaleźć komunalną jaskinię do spania czy coś…- westchnęła samica przecierając pysk łapą.
-Oj tam! CO nas nie zabije to nas wzmocni nie? Chodź. Jeszcze kawałek. W końcu może znajdziemy kogoś, albo spanie. Granice na pewno są jeszcze daleko! A poza tym …- i znowu się zaczęło. Słowotok koto-wilka. Wadera ściągnęła brwi i mruknęła przeciągłe shush, które zamknęło tego kurdupla na sekundę.
-Braciszku, tak bardzo jak cię kocham… tak bardzo nie chcę iść dalej. TO… niebezpieczne. Ja nie chcę żebyś znowu wdawał się w bójki. – szepnęła aby basior musiał wyjątkowo mocno skupić swoją uwagę na jej słowach i ich znaczeniu. Widziała na jego pysku rezygnację, ale pokiwał głową. W końcu wszystko dla jego kochanej Hemiony!
-No dobrze… Ale…- zaszeleściły liście za nimi zanim Loczek był w stanie wypowiedzieć kolejne słowo i z krzaków wyszła Kanna spoglądając na nich nieco zdezorientowana. Hermiona kiwnęła jej głową od razu czując się onieśmielona, a pyszczek Loczka rozjaśnił się w uśmiechu.
-Hej!. – przywitał się nieco ściszonym głosem pozostałym jeszcze po konwersacji z Hermi.

 

<Kanna?Kenai?>

piątek, 24 września 2021

Od Kenaia CD Loczka – „Nierozłączni”

Droga do jaskini alf nie była jakoś wyjątkowo długa, ale przy akompaniamencie słów białego basiora dłużyła się niemiłosiernie. Żeby nie było nieporozumień, nie miałem nic do gadatliwych wilków, sam lubiłem sobie pogadać, ale brak możliwości wstrzelenia się w wypowiedzi Adonisa, sprawiły tylko że byłem coraz bardziej wkurzony. Po co zadawać pytanie po pytaniu, jeśli nie oczekuje się odpowiedzi?

- Poczekałbym na was, ale w środku na pewno znajdziecie kogoś kto dalej wam pomoże. Ja muszę pomóc jeszcze siostrze. – powiedziałem pewnie stając obok wejścia do jaskini i starając się ukryć zmęczenie gadaniną Adonisa.

- Poczekaj jeszcze przyjacielu! Powiedz nam jeszcze jak się nazywacie, chyba nie udało nam się przedstawić. Tak dużo się działo, że musieliśmy…

- Kenai. – przerwałem specjalnie rozgadanemu wilkowi. – A moja siostra to Kanna. A wy to…

- Loczek i Hermiona! – basior zerknął na chowającą się za nim waderę i ponownie zwrócił się do mnie. - Miło było was poznać. Szkoda, że Twoja siostra z nami nie poszła, jeszcze raz przepraszamy za to całe nieporozumienie.

- Nie ma za…

- Świetnie, że nas odprowadziłeś! Tak miło nam się rozmawiało. – Czekaj serio? Rozmawiało?

- Tak, słuchaj ja…

- Szkoda, że musisz już iść. Może spotkamy się jeszcze później? Oprowadzicie nas po terenach? Albo pójdziemy na polowanie? Czy może to ktoś dla nas zapoluje?

- Loczek! – krzyknąłem trochę zbyt głośno. Oba wilki stojące obok mnie wzdrygnęły się i popatrzyły na mnie wielkimi oczami. – Przepraszam… trochę za głośno. Słuchajcie, zostawiam was w dobrych rękach, wejdźcie do jaskini i dajcie wypowiedzieć się innym. – spojrzałem jednoznacznie na Loczka. – Jeżeli znajdziemy czas, na pewno was poszukamy.

Po skończeniu swojej wypowiedzi, odwróciłem się na pięcie i odbiegłem od razu, bojąc się kolejnego monologu Adonisa.

---

No jasne. Idź szukaj sama ziół. Te są zielone, inne seledynowe, tamte brunatne, a jeszcze inne z niebieskim zabarwieniem. Byłoby łatwiej gdybym nie była daltonistką!

Jeszcze dał mi wybór. Alby rozgadana zgraja albo samotna wyprawa po zioła. No ciekawe co miałam wybrać… To tak jakbym nie miał żadnego innego wyjścia. Jedno gorsze od drugiego. Ygh! Nosz, no i ma kolce. Dzięki Flora, że o tym wspomniałaś. Kochana medyczka. Spojrzałam na wbity  opuszek kolec i westchnęłam ciężko z wkurzenia.

- Czy naprawdę nie ma na świecie miejsce, gdzie można leżeć i nic nie robić? – spytałam sama siebie, rzucając słowa w eter.

- Oczywiście, że jest. – usłyszałam za sobą i aż podskoczyłam ze strachu. Gdy się odwróciłam, ujrzałam znajomą postać o piórach bliskich nieboskłonom.

- Miodełka? To ty?

- Oczywiście, że ja. A kto inny? – odpowiedziała. Dla niej wszystko było oczywiste i proste. Szkoda, że ja nie miałam tak łatwo.

- Kanno Ermine Nito. Jak ci sprzyja dorosłość, kruszynko. – jej uśmiech był zaraźliwy. Choć nie uszedł mojemu słuchowi delikatny przytyk w stronę mojej maleńkości, odwzajemniłam go niemal od razu, a obelgę puściłam płazem.

- Mogło być lepiej. – powiedziałam zgodnie z prawdą.

- Czy pozwolisz? – spytała wskazując na moją łapę. Ptaszyca wzięła łapę między swoje pióra i swoim długim dziobem sprawnie wyjęła wbity kolec. Była przy tym tak… wyniosła, jakby właśnie rozwiązała sprawę wagi państwowej.

- I po sprawie.

Ta krótka rozmowa i mały gest podniosły mnie na duchu. Może nie powinnam być tak pesymistyczna? Miodełka była taka piękna, pewna siebie i samodzielna. A przecież była tylko ptakiem. Ja jestem wilkiem, powinnam czuć się od niej lepiej, w końcu to ja byłam wyższą formą życia.

Opuściła mnie bo miała ważne sprawy. Ciekawa byłam jakie, dlatego spojrzałam w którą stronę dolatuje i podążyłam powoli za nią. Pomyślałam przelotnie o wydarzeniu z przeszłości, które wyglądało tak podobnie do teraźniejszości. Tylko, że wtedy miałam obok siebie jeszcze dwójkę swojego rodzeństwa… no może nie dwójkę, ale Kenai był. Teraz byłam sama.

<Hermi? Loczek?>

piątek, 27 sierpnia 2021

Od Loczka CD Kenaia "Nierozłączni"

 Czas to pojęcie względne, czyż nie? Ciągnie się w myślach lub biegnie stanowczo za szybko jednak dalej pozostaje tym samym rytmem kierującym życiem. Słońce wschodzi i zachodzi. Wilk rodzi się i umiera. I czas ten leci dla każdego w tym samym tempie pomimo iluzji zwalniania i przyspieszania. Dlatego Loczek siedząc przed jaskinią i czekając na nowych znajomych nudził się niemiłosiernie. Te kilka minut, które były jeszcze przed nim dłużyły się i wyciągały do godzin. Tymczasem Hermi zdawała się nie zauważać tej ciszy i nudy, którą widział jej kochany "brat". Siedzieli oboje, bok przy boku, ogon na ogonie i czekali. Jedno bez wytchnienia hipnotyzując wejście do jaskini medycznej, drugie rozglądające się po otaczającym ich świecie.

-W końcu. - szepnął do siebie Loczek widząc dwie niewielkie postacie wychodzące powolnym krokiem z jamy, która zdawała się jakby wypluwać ich z nicości. Tym samym zwrócił też uwagę towarzyszącej mu wadery, która przerzuciła swoją uwagę w to samo miejsce co on.  Chwilę rozmów potem przed tą zagubioną dwójką stanął basior. Górował nad Loczkiem znacznie jednak mniejszemu nie przeszkadzało to zupełnie.

-Możemy iść. - były dla niego magicznymi słowami. Albinos z radością wstał na równe łapy już nie mogąc doczekać się spotkania z alfą. Poruszając się jak na niego przystało ruszył za nowym towarzyszem w głowie już układając swoje monologi dla umilenia im tej nieznanej długości podróży. Czuł też, że jego droga przyjaciółka podąża zaraz przy jego tylniej łapie, jak zawsze trzymając się nieco z tyłu.

-No to... przyjacielu mój drogi. - nieco zrównał z nim tempo, jednak pozostawił mu dozę wyprzedzenia, w końcu to on prowadził. - Powiem ci, bardzo ładnie tu macie. Tyle drzew i roślinności. A ziółka tak ładnie pachniały. Byliśmy przed jaskinią medyczną czyż nie? Nie musisz odpowiadać, zapachy mówią same za siebie! Twoja siostrzyczka... zgaduję że tak po minie, poszła gdzieś! Pewnie pracujecie w tej jaskini. To w sumie miałoby sens zważając, że właśnie tu was spotkaliśmy hah! Głupiutki ja! A właśnie. Wasz ten cały alfa. Fajny jest? Mówiłeś, że nie zdarza się żeby kogoś nie przyjął. To miło z jego strony. A to znaczy też, że pewnie macie sporo wilków. A są jakieś szczenięta? Pewnie tak! A nawet jeśli nie to za chwilę jakieś się znajdą na nowo! Lubię szczenięta! Jak macie jakieś takie stanowiska wolne to pewnie je wezmę. Ha! Loczek nauczyciel, tak fajnie to brzmi prawda? Prawda! A właśnie. Nie spotkaliśmy po drodze żadnej wody! NA pewno tu jakaś jest! Prawda? Musi być ha! Ja głupiutki! Bez wody nie ma życia, a tu jest go przecież tyle! Wasza wataha wydaje się być też bardzo duża! Tyle czasu szliśmy i ciągle czułem wasze zapachy. No i zapachy zdobyczy. Jest tu gdzieś miejsce do polowań czy polujecie luźno? A to może spytam się o to już alfy. Nie będę cię zarzucał niepotrzebnymi pytaniami. Lato niedługo się skończy! Jesień jest taka ładna i pochmurna. Bardzo lubię jesień, bo ja nie mogę przebywać za dużo na słoneczku wiesz? Albinizm, takie moje małe przekleństwo. Łatwo jest się poparzyć, zwłaszcza na nosie, a jest taki różowy i śliczny, że szkoda mi patrzeć jak czerwienieje. No i oczy bywają też bolesne. Ale chyba nie trochę za dużo o tym mówię! Ba! Powtarzam to każdemu kogo spotkam wiesz? Pewnie wiesz. Idzie się domyślić, że ktoś kto gada tak dużo z czystej przyjemności będzie opowiadał o sobie innym. Powiem ci jeszcze jedną anegdotkę o sobie w takim razie. Moja kochana matula była kotem! Więc jestem hybrydą w pewnym sensie. Ale to nie szkodzi mi w niczym. DO tej pory jedyną moją chorobą jest właśnie albinizm, no i sporadyczne przeziębienie lub grypa zimą. Nie przepadam za zimą, wiesz. Jest chłodno i w ogóle łatwo się przeziębić, a moje łapki wiecznie odmarzają! No i...

-JESTEŚMY!- Loczek puścił dozę radości w jego głosie mimo uszu. Przecież nie był aż taki nieznośny.

-Oh! Jaka wielka! Wygląda wyśmienicie. Poczekasz na nas, czy raczej wolisz porzucić nas samym sobie żebyśmy sami znaleźli czego potrzebujemy?

 

<Kenai? Kanna?>

czwartek, 26 sierpnia 2021

Od Kenaia CD Hermiony – „Nierozłączni”

- Dziwaków? – ku zaskoczeniu Kenaia, powiedziała Kanna. Jej pysk wykrzywił się na sam wydźwięk tego słowa, ale w jej słowach nie było słychać złości. – Dziwaków to ja tu nie widzę… - ostatnie zdanie wypowiedziała już cicho, jakby bardziej do siebie niż do nas. Ja jednak słyszałem ją doskonale, wiedziałem też, że pierwsza wściekłość na nowo przybyłych ustąpiła miejsca ciekawości zabarwioną typową dla niej nieśmiałością.

- Możemy zaprowadzić was do alfy, choć to tylko formalność. Jeszcze nie zdarzyło się by kogoś nie przyjął. – powiedziałem z lekkim uśmiechem, przejmując dowodzenie nad naszą grupą. Może i ten biały adonis posiadał umiejętność zagadania innych swym monologiem, jednak nadal był to mój… nasz teren. Już ruszyłem kilka kroków na przód, kierując naszą eskapadę we właściwym kierunku, gdy usłyszałem podniesiony głos Delty:

- Kenai! – zastrzegłem uszami, po czym spojrzałem lekko w kierunku poruszającej się za mną czwórki.

- Poczekajcie chwileczkę, dobrze? – przerzucając wzrok na każdego po kolei, uzyskałem nieme przyzwolenie na odejście. Cóż… prawie. Kanna spojrzała niepewnie na nieznajomych, a potem na mnie i bez zbędnych ceregieli poszła za mną zostawiając gości samym sobie.

- O i Kanna! Dobrze. – powiedziała Flora gdy znaleźliśmy się wewnątrz jaskini medycznej. – Kończą nam się zioła, a jak wiecie ostatnio opuścił nasz zielarz. Wiecie, gdzie czego szukać?

- Emm… - zająknąłem się, co wadera dobrze odebrała jako odpowiedź przeczącą. Po kilku sekundach już opisywała zioła, które są najbardziej potrzebne i gdzie możemy je znaleźć. Mój mózg zgubił się przy trzecim ziele i choć bardzo chciałem wszystko zapamiętać, nie byłem w stanie.

- Wszystko jasne? – na kolejne pytanie medyczki już miałem kiwać przecząco głową, gdy zauważyłem, że Kanna przytakuje Florze, dając do zrozumienia, że wszystko zapamiętała. Wyszliśmy z jaskini i od razu zwróciłem się do siostry.

- To może ty idź po zioła, a ja odprowadzę tą parkę do Agresta.

- Mam iść… sama? – zapytała zdziwiona. Po kilku chwilach w jej oczach pojawił się także strach.

- Zapamiętałaś wszystkie zioła jakie są potrzebne?

- Tak. – westchnęła ciężko jakby przeklinając w myślach swoją pamięć.

- Więc sobie poradzisz. Nie mamy czasu na robienie tego razem, zioła są potrzebne na już, a nasi nowi członkowie nie będą na nas czekać godzinami.

- Nie może ich ktoś inny odprowadzić? – zapytała z naburmuszeniem.

- Kan, nie mogę być zawsze przy Tobie. Potraktuj to jak przygotowanie do życia beze mnie, okey? – powiedziałem patrząc lekko błagalnym wzrokiem na Kannę.

- Jak to bez Ciebie? – spytała wadera jakby bez zrozumienia. – Czemu miałabym żyć bez Ciebie?

- No… - zacząłem, ale gdy nie znalazłem odpowiednich słów, po prostu powiedziałem:

- Spotkajmy się pod jaskinią jak już każde z nas załatwi swoje zadanie, dobrze?

Mała waderka westchnęła ponownie, ale kiwnęła lekko głową i biorą ode mnie niewielką torbę na zioła odeszła w stronę plaży. Ja za to poszedłem do miejsca, w którym zostawiliśmy naszych nowych znajomych. Dopiero teraz miałem dobrą sposobność na dokładne przyjrzenie się tej dwójce. Biały basior, którego imię jeszcze nie doszło do moich uszu, był wyjątkowo wysokim i chudym wilkiem. Choć jednak jego masa nie była duża, przyjazny i energiczny chód i postawa sprawiały, że można było poczuć się przy nim nieswojo. Hermiona za to, nakrapiana na biało, brązowa wadera uważnie wsłuchiwała się w każde słowo swojego towarzysza. Patrzyła na niego wzrokiem, którego jeszcze u nikogo nie widziałem. Wydawało mi się to pomieszaniem miłości i wdzięczności, możliwe że także czegoś jeszcze, czego nie udało mi się wcześniej poznać. Mimo wszystko, gdy wadera tylko zobaczyła mój zarys pomiędzy drzewami, automatycznie schowała się za białym basiorem, patrząc na mnie nieufnie, ale i z ciekawością. „Słodkie” pomyślałem bezwiednie.

- Możemy iść. – powiedziałem z lekko władczym tonem i ruszyłem dumnie przed siebie nie patrząc zbyt dokładnie na reakcje dwójki. Gdy usłyszałem, że oboje ruszyli za mną bez cienia wątpliwości, uśmiechnąłem się lekko. Poczułem lekkie spełnienie, odgrywając rolę kierującego. Miałem nadzieje na cichą wycieczkę do jaskini alf, jednak cisza szybko została przerwana, przez lekko mi już znanego, białego adonisa.

<Loczek?>

poniedziałek, 9 sierpnia 2021

Od Hermiony CD Kanny - "Nierozłączni"

 Droga kręciła się i wydłużała, zakręcała i mijała. Kolejne drzewa zlewały się w jedną masę, wspólnie tworzącą krajobraz inny od siebie, a jednocześnie tak łudząco podobny do poprzednich, które już widywała. Szła spokojnie nieco wycofana za swoim przyjacielem, tuż obok jego powiewającego ogona. Gotowa była w razie strachu chwycić go i trzymać, jako swoją małą ostoję spokoju i wyciszenia. Jej biały przyjaciel nadawał im w miarę rytmiczne tempo, jednak nie za szybkie. Dni dłużyły się jej już konkretnie, kiedy nic się nie działo i tylko czasami nuciła im coś na zabicie ciszy, którą i tak Loczek wypełniał przez większość czasu swoimi słowami. Ta gadatliwa kulka sierści umilała jej dni i świeciła w tym zamroczonym świecie. Na samą myśl jej pyszczek uśmiechnął się nieco. Udawała w tym memencie, że słucha jego wywodu o kolejnych gatunkach zwierząt, jakie mogą spotkać, albo jak ekscytujące byłoby spotkanie ludzi lub innych wilków. Może nawet zostanie gdzieś na stałe, gdzieś gdzie docenią ich wyjątkowość i inność. Gdzie to nie będzie nic zaskakującego ani nie stanie się powodem do kolejnych przeprowadzek i bójek. Miała dość podróży, jednak wolała iść niż osiadać, gdyż bała się. Jak zawsze zresztą. Plamki na jej ciele tylko smutnie przypominały jej gorsze dni, które miewała codziennie i słuchać kolejnych dogryzków od innych byłoby jej źle.

-Hermi! Czujesz?- Loczek zatrzymał się nagle. Była na to gotowa, w końcu szła z nim już tyle, że przywykła do jego chaotycznych ruchów. - Czuję inne wilki. Dużo wilków i... - zawęszył zanim sama zdążyła to uczynić. - Zioooła!

-Zobacz jak tu ładnie! - Pisnął zaraz potem wybiegając w przód, a ona niczym jego cień podążyła za nim. - Czuję wilki, pewnie całą watahę! Zobaczysz to będzie miejsce dla nas, Hermi! Tak będzie! - chciała wierzyć w jego słowa, kiedy powtarzał je po raz kolejny. Chciała uwierzyć, że nie zostaną po raz kolejny przegonieni. Nie chciała kolejnej walki ani zawodów, bólu i łez jakie przełyka potem przy boku przyjaciela. I jego smutnych oczu, które bolały ją najbardziej w świecie.

-O zobacz!- uniosła oczy gdyż niektóre jego pomysły zdawały się odbiegać od normalności. - Tam ktoś jest! Zapytajmy się! - dwa skoki, płynne kocie ruchy i zbliżał się coraz bardziej. A ona stała i patrzyła. Widziała zmieszanie szczeniaka i niepewna przysiadła sobie na trawie. Widziała jak pyszczek białej hybrydy nie zamyka się. Zapewne zdążył ich przedstawić i powiedzieć kilka słów więcej. Oby nie za wiele, modliła się w myślach. Widząc jego prędkie ruchy podniosła tyłek z komfortowego miejsca z dala od światła dnia. Jednak zbliżyła się. Powoli i ostrożnie zajmując swoje stałe miejsce, za Loczkiem, działając ponownie jak jego przedłużenie lub cień.

-Czy jesteśmy na terenie watahy? Możemy do niej dołączyć?- spojrzała na nią parę razy czekając na zniesmaczenie jej wyglądem, jednak obie zdawały się być skrępowane tą konfrontacją. - Poczekaj, ty jesteś dzieckiem, może powiesz nam gdzie są Twoi rodzice? - pytanie z początku nie wdało się Hermionie dziwne. Jednak widząc wyraz pyska nieznanej im wadery uderzyło w nią poczucie niepokoju. Jakby było jednak strasznie nie na miejscu. Potem szczenię rzuciło słowami za cichymi aby którekolwiek z dwójki podróżników je zrozumiało, jednak Hermi zjeżyła sierść w nagłym stresie przed atakiem, słownym, siłowym, obojętne. Atakiem.

-Nie jestem dzieckiem. -mała wiaderka zadarła pysk w górę mierząc wzrokiem Loczka, który ewidentnie zawiesił się na słowie nie. Widziała w jego postawie, że już gotów był przepraszać jednak przed mniejszą stanął nieznany im wilk warcząc groźnie. Hermi wraz z przyjacielem cofnęli się o krok.

-Kim wy jesteście!?- jego nastawienie przeraziło ją. Był większy od Loczka, a ona nie była pewna czy będzie w stanie odważyć się na zaatakowanie jako pierwsza. Od tego był jej biały brat.- zostawcie moją siostrę w spokoju.

Zapadła sekunda ciszy. Może pół zanim Loczek wyszczerzył się szeroko w zupełnie niegroźnym nastawieniu. Jego ogon uniósł się w górę powiewając spokojnie.

-Wybacz!- pisnął przymykając oczka i nieco zmniejszając się wielkościowo. Zaskakujące jak wielką różnicę robą obojczyki. - Trochę poniosła mnie ekscytacja, że nie przyjrzałem się dobrze! Zatem, przepraszam twoją siostrę, pośrednio i bezpośrednio za tą pomyłkę. Nie pomyślałem, jak zwykle! Moja wina! Haha! A ty mój drogi, nie ma stresu. Nie zamierzam zrobić jej krzywdy. Ani tobie! Szukamy domu! Jakiegoś przytułku na stała lub na jakiś czas, zależy jak zostaniemy przyjęci. No i jeszcze raz wybacz. Nieodpowiednie pierwsze wrażenie mamy! Niepotrzebnie tylko mi się przyjaciółka zestresowała. - zaśmiał się gdyż wadera trzymała w zębach jego ogon. Słuchała ich patrząc się nieufnie, gotowa pociągnąć mniejszego do ucieczki.  Jednak wrogi basior zdał się nieco uspokoić po monologu Loczka.

-Szukacie...schronienia?

-Znaczy. Jak da się dołączyć do watahy to nie pogardzimy miejscem w szeregach. Możemy się przydać, kto wie do czego. Ja na przykład wlezę w każdą dziurę, w którą zmieści mi się głowa, a moja przyjaciółka ślicznie śpiewa. Jest trochę nieśmiała i nieufna, bo widzisz wszyscy nas odpychają, bo odstajemy od innych. Ale zdaje mi się, ze u was tak nie jest. - Hermiona widziała jego przyjazny i pełen ciepła wzrok posyłany obcej waderce. - Cieszy mnie to niezmiernie, bo nie lubię być popychany, a najbardziej nie cierpię jak ktoś szydzi z mojej drogiej Hermiony, jest mi jak siostra, a za te białe plamki często wszyscy jej dogryzają. Uh! Niemiłosiernie mnie to irytuje. Ale chyba tu nie ma aż takiego problemu prawda? Mam nadzieję. Jak jest trudno, na pewno gdzieś jest miejsce gdzie można żyć w spokoju od nachalnych komentarzy. O właśnie! Zboczyłem z tematu. Da się dołączyć gdzieś tutaj prawda?- Hermiona patrzyła z zaskoczeniem, gdyż obce rodzeństwo zdawało się nabierać w uszy wszystkie jego słowa i nieco łagodnieć na pyskach. Spojrzeli po sobie dalej nieco niepewni, przynajmniej takie wrażenie odniosła Hermi, która uporczywie chowała się za drobniejszym ciałem.

-Więc? Jakieś konkluzje? Przyjmiecie dziwaków? - zażartował sam z siebie, za co Hermi podziwiała go, gdyż w jego pysku słowo dziwak brzmiało tak kochanie i ciepło, zupełnie tracąc negatywne brzmienie.

 

<Kenai? Kanna?>

Od Kanny – „Nierozłączni”

Jak daleko musiałabym dość by poczuć, że jestem spełniona? Jak dużo musiałabym zrobić by poczuć szczęście? Jak dużo osób musiałabym poznać? Ile stresujących sytuacji przeżyć i ile stracić by do tego szczęścia dojść?

Nie znałam odpowiedzi na te pytania, ale jedno wiedziałam na pewno. Nie było warto. Teraz było bardzo dobrze. Znaczy może nie BARDZO, po prostu dobrze. Właściwie to nie DOBRZE, ale na pewno też nie źle. UMIARKOWANIE. Tak… okey. Ujdzie. Mogło być gorzej.

Leżałam na plecach na rozgrzanej słońcem ziemi, patrząc na bezchmurne, idealnie niebieskie niebo. Oczy łzawiły mi lekko od mocnego słońca, a wewnętrzny spokój pozwolił mi myśleć, że właśnie tak powinnam przeżyć swoje życie. Bezczynnie. Jeśli coś ma się wydarzyć to na pewno nie z mojej łapy.

- Choć! Trzeba wyciągnąć Nymerie z dziury! – krzyknął do mnie Kenai, który cały tydzień czekał, aż wydarzy się coś ciekawego. W jego głosie słychać było przejęcie z możliwości wykazania się. Szczerze miałam już dość jego „bezczynności”. Ja mogłam całe dnie wylegiwać się na słońcu lub chować się przed deszczem, a on? Trening, wspinanie się na drzewa, zwiedzanie terenów watahy, chodźmy się wykąpać, chodźmy zapolować, a może w jaskini medycznej nas potrzebują?

Cały czas coś.

- A już myślałam, że nic się dzisiaj nie wydarzy… - powiedziałam cicho i wstałam powoli, otrzepując jednocześnie futro z drobin piasku. Leniwie ruszyłam za bratem, w celu ocalenia jednej z kuzynek… cioci… czy tam babci, kto by to ogarnął?

---

Po skończonym zadaniu wróciłam na swoje zwyczajowe miejsce. Polane niedaleko jaskini medycznej, żeby zawsze być na zawołanie. Choć oczywiście wolałabym nie. Szczęście, że Kenai był pierwszy do wszystkiego i wołał mnie tylko jak faktycznie potrzebował więcej par łap.

- Zobacz jak tu ładnie! Czuje inne wilki, pewnie całą watahę! Zobaczysz to będzie miejsce dla nas, Hermi! Tak będzie! – usłyszałam szybki słowotok niedaleko od polany. Wstałam powoli wzdychając, że znowu mi ktoś przeszkadza, ale gdy zobaczyłam, że nadchodzą dwa nieznane mi wilki… a przynajmniej jeden wilk i coś podobnego, futro na moim grzbiecie nastroszyło się samoczynnie.

- O zobacz, tam ktoś jest! Zapytajmy się! – krzyknął biały samiec i od razu szybko ruszył w moją stronę. Atletyczne ruchy i dumna postawa basiora, od razu mnie zawstydziły. Położyłam po sobie uszy i starałam się patrzeć w inną stronę by uspokoić kołatające serce.

- Cześć! Jestem Łoczek, a to jest Hermiona. – powiedział biały samiec pokazując na waderę, która została po drugiej stronie polany. Jej ruchy były powolne i niepewne. Tak samo jak moje. Loczek pomachał do Hermiony pospieszając ją.

- Czy jesteśmy na terenie watahy? Możemy do niej dołączyć? – samiczka stanęła za Loczkiem, wychylając tylko co jakiś czas i spoglądając na mnie. – Poczekaj, ty jesteś dzieckiem, może powiesz nam gdzie są Twoi rodzice?

Otworzyłam pysk w zdziwieniu, a sekundę później warknęłam cicho ze złości.

- Nie jestem dzieckiem. – powiedziałam złowrogo, ale na tyle cicho, że rozmówca mnie nie usłyszał.

- Słucham?

Odchrząknęłam i zdobyłam się na odwagę by spojrzeć basiorowi w oczy.

- Nie jestem dzieckiem! – krzyknęłam do niego urażona, że w ogóle mógł tak pomyśleć.

- Co się dzieje? – usłyszałam za sobą znajomy głos. Kenai widząc nieznajomych od razu stanął przede mną i zasłonił mnie swoim ciałem. Patrzyłam teraz zza niego piorunującym wzrokiem to na samica, to na samiczkę. Hermiona widząc mój wzrok ukryła się za białą łapę postacią bardziej.

- Kim wy jesteście!? – warknął Kenai. – Zostawcie moją siostrę w spokoju. – Jestem pewna, że gdyby wzrok mógł zabijać, ten cały Loczek już dawno leżałby martwy.

<Loczek? Hermi?>

piątek, 16 lipca 2021

Od Kanny CD Kawki - "Promyki Letniego Świtu. Nierozłączni."

Oto problemy Maleńkiej

Czekałam niecierpliwie na powrót medyczki, wychylając się co jakiś czas ze swojego miejsca. Jaskinia medyczna była o wiele większa niż myślałam, ale cieszyłam się bo nie byłam na widoku każdego pacjenta.

- Musimy Ci jeszcze zrobić badania psychologiczne Kanno. – powiedziała Flora zjawiając się nagle w zasięgu mojego wzroku. Już miałam otwierać pysk by zadać jedno z pytań, które momentalnie mi się nasunęło, jednak zrezygnowałam z tego czując nagłe ukłucie strachu. Pokiwałam lekko głową i ruszyłam za waderą, która zaprowadziła mnie do odosobnionego pomieszczenia w głębi jaskini.

- Vitale niedługo do Ciebie przyjdzie, poczekaj tu chwilę. – ponownie kiwnęłam tylko głową nie wydając z siebie dźwięku i czując coraz szybciej bijące serce. Słyszałam różne historie na temat naszego psychologa i żadna nie zachęcała do spotkań z nim. Położyłam się na posłaniu umieszczonym w pomieszczeniu i czekałam na przyjście nieznanego mi basiora.

---

- No dobrze, to zaczynajmy. – powiedział Vitale siadając przede mną i przyglądając mi się dokładnie. Nie wiem jak długo na niego czekałam, ale na pewno dłużej niż powinna. Nie powiedziałam jednak nic, tylko zniżyłam wzrok pod naporem jego wzroku. – Nieśmiali jesteśmy, tak? – chrząknął nieznacznie.

- No już dziecko spójrz na mnie. – powiedział bez cienia zachęcenia w głosie. Basior zdecydowanie nie chciał tu być, a moja obecność nie była mu na rękę. Odwzajemniłam w końcu jego wzrok, starając się nie pokazywać słabości, z którymi się mierzyłam.

- Myślimy czasem o śmierci, co nie? – spytał nie spuszczając ze mnie oczu. – Jakby to było jakbym umarła… jakbym nigdy się nie urodziła? Hmm?

Otworzyłam lekko pysk, żeby zaprotestować, ale po chwili zorientowałam się, że nie mogę. Bo to była prawda. Nie myślałam nigdy by odebrać sobie życie, jednak… moje myśli krążyły wokół tego nieustannie. Znowu spuściłam wzrok i przechyliłam głowę na bok w wyrazie zawstydzenia.

- Przeszkadza Ci to, że jesteś inna od wszystkich, prawda? – basior nawet nie czekał na moją odpowiedź. Czytał ze mnie jak z kartki, a ja nie mogłam nic z tym zrobić. – Karłowata.

- Karłowata? – usłyszałam słowo wychodzące z mojego pyska

- Tak się opisuje twój stan. W skrócie cierpisz na niedobór wzrostu i najpewniej nigdy już nie urośniesz.

- Nigdy? – mój głos złamał się na tym jednym krótkim słowie.

- Nie ma innego wyjścia jak pogodzić się z tym… a jeśli nie jesteś w stanie, to zapraszam na terapie. Tylko nie teraz. Teraz nie mam czasu. – powiedział i wstał z miejsca wychodząc z pomieszczenia. – No, już sio! Wróć do Flory jeśli będziesz chciała się umówić na wizytę.

Wstałam powoli i szurając łapami po ziemi wyszłam z pomieszczenia a potem z jaskini. Pod drodze minęłam się z Florą, która widząc mnie od razu skierowała się do rozmawiającego ze mną basiora.

- Miałeś jej nie mówić! – jej głos choć uprzejmy i spokojny, naładowany był negatywnie.

- Ktoś musiał jej powiedzieć. Nie patrz tak na mnie.

Wyszłam na zewnątrz i spojrzałam na otaczającą mnie naturę. Wszystko wyglądało tak jak trzeba. Tylko ja byłam inna, nie na miejscu, genetycznie uszkodzona…

Oto nowi dorośli

Wszyscy byli szczęśliwi. Nawet Kanna była lekko podekscytowana dzisiejszym dniem, choć od dnia badań była raczej nieswoja. Starałem się ją jakoś pocieszyć, albo chociaż dowiedzieć się co ją trapi, ale wadera była nieugięta. Możliwe, że popełniliśmy błąd wysyłając Kanne do Flory, jednak czy nie lepiej jest wiedzieć co się dzieje? Moja siostra wydawała się mieć inne zdanie, ale miałem nadzieję, że z nami obok, poradzi sobie ze wszystkim.

- Wybraliście już stanowisko? – spytał nas Irys, gdy wszyscy razem szliśmy do Agresta poprosić o przydział.

- Ja myślę o ratowniku. – powiedziałem od razu.

- Ja też. – odparła od razu Kanna, choć nie rozmawialiśmy o tym wcześniej.

- Ja już jestem szpiegiem! – zawołała Kawka radośnie. – Może nie powinnam wam tego mówić…

- Ale to nie nas masz szpiegować!

- Ja będę sprinterem! – powiedział Irys automatycznie wypruwając na przód jakby musiał nam udowodnić, że się nadaje.

- A ty Cyklamen? – zapytała brata Kawka. Basior spojrzał na mnie spode łba i wzruszył ramionami jakby to co będzie robił przez resztę życia nie miało dla niego znaczenia.

Jedno było pewne. Szczęśliwi czy nie, podobni czy też całkowici różni, każde z nas wchodziło dzisiaj w dorosłość. Teraz już nie miało znaczenia co nam pozwolą bądź zakażą rodzice. Byliśmy tylko my, każde z osobna, przeciw światu i choć każdego świat krążył wokół czegoś innego musiałem wierzyć, że nigdy się nie rozstaniemy.

Koniec Promyków Letniego Świtu

czwartek, 15 lipca 2021

Kanna, Kawka, Kenai, Irys i Cyklamen dorastają!

Kanna Ermine Nitta - ratownik

Kawka - szpieg

Kenai Lianthony Sitka - ratownik

Irys - Sprinter

 
Cyklamen - szeregowiec

Od Kawki CD Kanny - "Promyki Letniego Świtu. Złoty Środek."

W jaskini medycznej, jak zwykle zresztą, panował zamęt, gdy pewnego dnia trójka szczeniąt postanowiła wybrać się tam by uświadomić siostrze coś, co, jak każdy i tak już wiedział, było kłamstwem. A jednak, gdy sześć małych stópek wkroczyło do świątyni zdrowia i choroby, w każdym ich geście i słowie dało się wyczuć aż nader wyraźnie ów jedyny w swoim rodzaju, letni optymizm, gdy słoneczne promienie wdzierały się do oczu, szpiku kości i dusz i podszeptywały, że martwić się nie ma i nigdy nie było czym.
- Zobaczysz, Kanna, medyk powie ci na czym stoisz i okaże się, że niepotrzebnie się bałaś - mówiła Kawka, chociaż idąc obok siostry musiała już z lekka przekrzywiać pysk w dół, by móc skrzyżować z nią spojrzenia. Ze zmartwieniem zerknęła na nią kątem oka. Z bliska wyglądała jeszcze bardziej niepomyślnie. Ale czy nie była zdrowa, nie jadła, nie biegała i nie kłóciła się z matką? Jadła, biegała i kłóciła się z matką, pomyślała Kawka. A jednak nadal czuła się odpowiedzialna za samopoczucie siostry, ba, z każdą chwilą coraz bardziej. Ponadto miała wrażenie, że ich brat, Kenai, równie mocno bierze to sobie do serca.
- Dzień dooobry - przywitali się wszyscy troje, wmaszerowując do słabo oświetlonego pomieszczenia. Ze wszystkich stron odpowiedziało im kilka mrukliwych powitań.
- Czego potrzebujecie? - zapytała niemal od razu główna medyk, Flora, wychodząc z kąta pracowników jaskini.
- Chcielibyśmy się przebadać - odrzekł rezolutnie Kenai, na co wadera nieco szerzej otworzyła oczy.
- Dorastamy i chcemy wiedzieć na przykład, czy nadajemy się na stanowiska, o których marzymy. Po prostu, procedura. - Większa z sióstr wsparła go przeuroczym uśmiechem i jakoś nie mogąc się powstrzymać, dodała - a dziadek Agrest mówi, że mamy bezpłatną służbę zdrowia.
- Dobrze słyszeliście. - Medyk na moment skrzyżowała ramiona, przyglądając się nowym pacjentom. - A na co chcielibyście się przebadać?
- Tak... ogólnie - odpowiedział szybko Kenai.
- Chodźcie. - Wilczyca, uzbrajając się w delikatny uśmiech, wskazała nam izbę przyjęć i zapytała - kto pierwszy?
- Mogę być ja - Kenai zgłosił się pewnie, jak gdyby badania lekarskie przechodził codziennie. Flora usiadła przed nim, ujęła najpierw jedną, potem drugą jego przednią łapę, obejrzała je uważnie, kazała mu wstać, oceniła kręgosłup. Przytknęła palce do jego klatki piersiowej i przymykając oczy, zmierzyła puls. Waderki przyglądały się im w napięciu, rosnącym wraz z upływającymi szybko sekundami. Potem przyszła kolej na drugie, a zaczęła zbliżać się i na trzecie dziecko.
- Wspaniale. - Flora optymistycznym głosem zwróciła się do Kenai'a i do mnie, gdy wykonała ostatnie czynności wynikające z procedur. - Oboje wyglądacie na silne i zdrowe wilki... Teraz ty, Kanno.
- Czy jak już ktoś skończył, można poczekać na zewnątrz? - rzuciłam nagle, nie konsultując swojego planu z Kenai'em. Nie było na to czasu!
- Tak, oczywiście - odparła zdumiona Flora. Cztery małe stópki przeszły więc do odgrodzonego roślinnymi ścianami przedsionka, lecz zamiast wyjść przed grotę i zaczerpnąć słonecznego światła, skręciły na salę chorych. Ku swojemu niezadowoleniu, nie zastałam tam nikogo, więc swoje następne kroki skierowałam w miejsce awaryjne; do sali izolacyjnej.
- Dzień dobry - przywitałam się uprzejmie - czy ktoś z Was, Towarzysze, chciałby mi pomóc? To zajmie pięć sekund. A może... - dodałam, zanim milczenie zdążyło niebezpiecznie się przedłużyć - chcielibyście wybrać, czy z dzisiejszego polowania wolicie dzika, czy młodego jelenia?
Flora kończyła ostatnie, proste badania i już delikatnie zaczęła ubierać w słowa swój werdykt.
- Jedna rzecz, którą pewnie zauważyłaś...
Wtem jednak z sali izolacyjnej dobiegło słabe wołanie. Medyk zastrzygła uszami, w jednej chwili rozpoznając głos jednego ze swoich pacjentów.
- Poczekajcie tu przez chwilkę - uspokoiła dwójkę pacjentów i ruszyła w kierunku sali chorób zakaźnych.
- Ja bardzo przepraszam - Gdy tylko wbiegła do środka, chwyciłam ją za łapę. - chodzi o Kannę. Nie wszystko jest tak, jak... no, powinno być, prawda?
Flora westchnęła cicho i usiadła, szykując się do rozmowy.
- Kanna najprawdopodobniej cierpi niestety na karłowatość przysadkową. Nie zrówna się już z wami wzrostem.
Sama, dwuczłonowa nazwa zaburzenia wywołała we mnie nieprzyjemne dreszcze. Szybko doszłam do wniosku, że jeśli Kanna nagle dowie się, że jej wielkie zmartwienie będzie jej towarzyszyć przez całe, całe życie, zawali się jak oblegana twierdza.
- Czy możemy prosić, to znaczy, ja mogę... - Przygryzłam wargę, a mój mózg pracował na pełnych obrotach. - żeby nie mówić Kannie o tym teraz?
- Co masz na myśli? - Flora zmarszczyła brwi.
- Ostatnio chyba ma kryzys. - Nie mając lepszego pomysłu, postanowiłam powiedzieć wprost. - Boimy się o nią.
- Rozumiem.

 Agrest spojrzał na mnie z niechęcią.
- Więc mówisz, że obiecałaś im wybór, jeleń czy dzik? Nie obchodzi mnie, jakie swoje niecne sprawy załatwiasz, Kaweczko, ale proszę cię, następnym razem chociaż zapytaj! A lubisz chociaż trochę stryjka Agresta?
- Ilu ich tam było? - wtrącił szary ptak. - Tych chorych?
- Trzech.
- A wypadkowych?
- Ani jednego. Dlatego poszłam do tych od chorób zakaźnych.
- No to co za problem? Wytłumaczymy to niską frekwencją chorych i wysokimi potrzebami żywieniowymi chorych zaraźliwie - wzruszył ramionami. - Jako taki... jednorazowy gest alfy.
- No właśnie! - Przeniosłam wzrok na stryja.
- A idźcie wszyscy... - Machnął łapą i odwrócił się na pięcie, dając do zrozumienia, że pomysł przypadł do gustu jego zmysłowi praktycznemu, ale nieszczególnie spodobał się jego dumie jedynego prawdziwego przywódcy.
Jakiś wewnętrzny głos podszepnął mi, by obrazić się na stryjka, za jego arogancki ton i zakończenie rozmowy (a, wierzcie lub nie, ukłuło ono prosto w moje niewinne serduszko wyjątkowo mocno, gdyż wcale nie chciałam kończyć rozmowy z moim guru i znowu zostać odprowadzona do jaskini rodziców). Ponieważ jednak basior zdążył zniknąć już w swojej jaskini, jedynym celem osiągalnym dla mojego rozdrażnienia stał się jego nieszczęsny asystent. A że droga powrotna do domu była długa, w mojej głowie z nudów zaczęły kształtować się coraz to nowe pomysły. Coś kazało mi uśmiechnąć się złośliwie. Coś podpowiedziało, bym zapragnęła być chociaż trochę niemiła.
- Jak bardzo brakowało wilków, gdy Agrest wybierał sobie asystenta?
- Od lat nie ma tu kłopotów z niedoborami w populacji - odrzekł lekkim tonem i niemal od razu zapytał - a ty co chciałabyś robić?
Pytanie nieco zbiło mnie z tropu.
- Agrest jest posłem?
- Tak, jest posłem.
- Zatem ja też bym chciała.
- Widzisz, przed kilkoma dniami zyskaliśmy nowego wilka, który dostał to stanowisko. - Chrząknął, uśmiechając się lekko. - Ale jeśli zamierzasz iść tą drogą, wygląda na to, że będziemy pracować razem.
- No cóż, przyjmę towarzystwo po fachu z dobrodziejstwem inwentarza - mruknęłam do połowy opuszczając powieki. - Jeśli stanowisko posła jest zajęte, może jest tu jakieś podobne?
- Całkiem poważnie myślisz o polityce? - odpowiedział kolejnym pytaniem i spojrzał na mnie kątem oka. Uroczyście pokiwałam głową, przez cały czas wpatrując się w niego z oczekiwaniem. - No jest, jest jedno. Podobnie jak poseł, pół na pół z wojskiem. Ale to trochę inna robota.
- Nie widzę się nigdzie indziej.
- Towarzysz Kawka, ku chwale ojczyzny, z powołania... szpieg.
Moje ślepia dla odmiany otworzyły się szerzej.
- Gdzie podpisać?
- Nadłożymy drogi i wybierzemy się do jaskini wojskowej, tam wszystko ci pokażę.
Zeszliśmy z ubitej ścieżki i zagłębiliśmy się w lesie. Gdy wyszliśmy na polanę przed jaskinią wojskową, na jednej z nasłonecznionych kępek trawy mignęło mi kilka jasnych kwiatów. Przystanęłam na chwilę, przyglądając się drobnym, trójkątnym płatkom. Srebrne chabry.
Z namysłem urwałam jeden z nich i zatknęłam sobie za uchem. Tymczasem przed moimi łapami położona została kartka z listą i zaostrzona, przypalona gałązka.
- Witam w służbach wywiadowczych.

Czy umiesz odnaleźć niebo w polnym kwiecie
Trzymać je w dłoni?

< Kenai? >

poniedziałek, 12 lipca 2021

Od Kanny CD Kawki - "Promyki Letniego Świtu. Nierozłączni."

Oto Kanna, szukająca trosk

Czy życie mojego rodzeństwa potoczyłoby się inaczej, gdyby urodziła ich się tylko czwórka?

Czy Kenai byłby inny, gdyby mnie zabrakło?

Czy matka byłby szczęśliwa, gdybym nigdy się nie urodziła?

Mój rozum mi mówi, że gdybanie to bezsensowna czynność, która sprawia, że tylko stoję w miejscu. Sprawia, że nie mogę zmienić przyszłości, ponieważ rozważam przeszłość, której zmienić już nie mogę. Mimo tego, gdybanie stało się codzienną czynnością w moim życiu, która coraz bardziej pogrążała mnie w bezsilności, morzu trosk i żali.

Moje wnętrze mi mówi, że gdybanie ze mną zostanie do końca moich dni. Mówi mi, że nidy nie ruszę się z miejsca i będę zatrzymywać opiekującego się mną Kenaia przed rozwojem, przez własną niedole i niedołężność. Ból, który mi towarzyszył gdy myślałam o tej niejasnej przyszłości, rozsadzał mnie od środka i nie pozwalał skupić się na teraźniejszości.

Coraz częściej zauważałam, że byłam inna niż wszyscy. Mniejsza, niższa, bardziej krępa i zdecydowanie bardziej dziecinna. Rodzeństwa wyglądało już prawie jak dorosłe, a ja? Od dłuższego czasu nie ruszyłam się w górę ani o milimetr. Zdarzało się, że widziałam nieprzyjemne ciekawskie spojrzenia wśród rodziny, czy innych członków watahy, jednak nikt nie podjął tego tematu w rozmowie. Przynajmniej nie w mojej obecności. Pytałam się Kenaia co o tym myśli, ale zbywał mnie tylko słowami „Urośniesz, potrzebujesz tylko trochę więcej czasu.” No cóż, zgaduje że czasu już dużo nie zostało, a ja nadal z wyglądu przypominałam kilku miesięcznego szczeniaka, a nie ponad roczną wilczycę.

- Może pójdziemy do cioci Flory? Ona Cię zbada i już nie będzie wątpliwości, czy coś Ci jest, czy nie? – zaproponował Kenai w trakcie naszej lekcji z wujkiem Paketenshiką.

- Chyba, nie chce wie…

- Heej, o czym rozmawiacie? – Kawka przerwała moją wypowiedź, ale nie miałam jej za złe. Nawet wolałam, skończyć ten temat zanim na nowo się rozkręci a brat zacznie mi wmawiać jaka to wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju jestem. Kenai już otwierał pysk by odpowiedzieć naszej przebojowej siostrze, gdy doszedł do nas głos naszego przewodnika:

- Czujecie? – spytał Paki. – Poczujcie to. Jelenie. – wszyscy jak na zawołanie wypruli przed siebie w stronę przejmującego zapachu. Wszyscy oprócz mnie. Nie mogłam odnaleźć zapachu, zupełnie jakby przelatywał nade mną omijając mnie szerokim łukiem. Patrzyłam na oddalające się rodzeństwo i Paketenshike czując łzy cisnące mi się do oczu. Beznadziejna. Właśnie tak wyjątkowa i inna byłam od wszystkich. Po prostu beznadziejna.

- Kanna choć! – usłyszałam zachęcający głos brata, który stanął gdy zauważyła brak mojej obecności. Uśmiechnęłam się smutno i pobiegłam za nim, czując minimalny impuls nadziei przechodzący przez moje serce. Dopóki miałam Kenaia moje własne niedoskonałości nie miały znaczenia. Musiałam tylko mieć pewność, że basior nigdy mnie nie opuści.

Oto Kenai, szukający siostrzanej miłości

Zajęcia na dzisiaj się skończyły, byłem dość zadowolony z siebie, bo Paki mnie pochwalił. Polowania nie były trudne, przynajmniej nie dla mnie. Reszta rodzeństwa też dobrze sobie radziła… no może z wyjątkiem Kanny, ona przez większość czas siedziała z bok i się przyglądała, a jak już starała się pomóc, jej krótkie łapki nie nadążały za nami, co tylko sprawiało, że wadera stawała się coraz smutniejsza.

Nasza trójka, czyli ja, Kanna i Kawka wracaliśmy do domu za naszymi braćmi Irysem i Cyklamenem. Oddzieliliśmy się od nich rozmawiając cicho.

- Może jednak pójdziemy do Flory, na te badania? – zacząłem temat patrząc na Kawkę jednoznacznie, żeby może pomogła mi przekonać naszą upartą siostrę.

- Wole nie wiedzieć co mi jest. – chwila ciszy, która nastąpiła po jej wypowiedzi zaczęła mnie mocno niepokoić. Już miałem zakończyć temat z bólem w sercu, gdy Kawka westchnęła ciężko i przystanęła zwracając na siebie naszą uwagę.

- W końcu i tak się dowiesz. Przed wejściem w dorosłość musimy przejść obowiązkowe badania i raczej nic się nie stanie jak przejdziesz je wcześniej. – od razu załapałem do czego dążyła Kawka.

- No nie wiem… - Kanna patrzyła na siostrę z niepewnością jakby jej to nie przekonywało.

- Wiesz, w sumie może być ci nawet lepiej wejść w dorosłość, jeśli już wcześniej się oswoisz ze swoją kondycją. – mimika wadera pokazywała obojętność, jakby to co mówi nie miało dla niej znaczenia i wszystko zależało tylko od Kanny. W sumie tak było, jednak zdecydowanie moja starsza siostra wiedziała jak zmanipulować niepewną Kanne, żeby wybrała tak jak my byśmy chcieli.

- Pójdziemy z Tobą! – powiedziałem z uśmiechem. – Całą nasza trójka zrobi sobie badania!

- Naprawdę? – spytała Kanna patrząc to na mnie to na Kawkę. Gdy kiwnęliśmy głowami, niewielki uśmiech pojawił się na pysku wadery. – No dobrze, to chodźmy.

<Kawka?>