Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salvatore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Salvatore. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 lipca 2025
niedziela, 21 kwietnia 2024
Od Salvatore - „To miał być rutynowy zwiad” cz. 2
Wyłączywszy radio, chwyciłem w łapę pocisk i załadowałem go do tuby, jednym ruchem zatrzasnąłem granatnik i wycelowałem go w stronę pordzewiałej cysterny. Przeniosłem wzrok na wycofujący się oddział, by być pewnym, że oddalili się na bezpieczną odległość, do podjęcia ostatecznego działania. Biorąc głęboki wdech, przeniosłem wzrok ponownie w stronę pojazdu i mrużąc ślepia nacisnąłem na spust. Granatnik natychmiast wyrzucił z siebie pocisk z głośnym świstem. Na wskutek zetknięcia się ładunku zapalającego, z mieszanką wyjątkowo łatwopalnych środków chemicznych, rozbrzmiała gigantyczna, rozdzierająca uszy eksplozja. Jej blask rozświetlił na kilka chwil ponure, wieczorne, post-apokaliptyczne niebo. Powstała podczas wybuchu ognista kopuła, która będąc rozpędzona przez falę uderzeniową, niczym dziki drapieżnik polujący na swoją ofiarę, pochłaniała wszystko co stało jej na drodze. Pojazdy, budynki, aż po nacierających adwersarzy. Pozostawiając za sobą, krater o średnicy kilkunastu metrów wraz z doszczętnie zniszczoną infrastrukturą. Widząc nadciągającą z ogromną prędkością ognistą barierę, odblokowałem tubę wyrzutni, ładując kolejny pocisk kal. 40 mm. Ponownie prostując przed sobą łapę, wycelowałem broń w sam środek nacierającego zagrożenia. Marszcząc agresywnie nos i obnażając kły, ryknąłem:
(Salvatore) ~Jeżeli piekielne królestwo istnieje, to właśnie dziś zasiądę na jego tronie!
Mruknąłem pod nosem gotując się do przekroczenia bram piekieł, i przywdziania piekielnej korony, nacisnąłem z całej siły na spust broni, granatnik odpowiedział z entuzjazmem, wystrzeliwując w sam środek płomiennej ściany. Potwornie wysoka temperatura, panująca we wnętrzu kopuły, doprowadziła do nagrzania się pocisku, który w następstwie uległ detonacji. Powstała wewnątrz eksplozja skutecznie rozbiła falę. Oślepiający błysk, ku mojemu zdziwieniu, nie otworzył przede mną piekielnych wrót, zamiast tego, z ogromną siłą posłał mnie kilkanaście metrów w tył, wytrącając przy tym broń z uścisku. Zatrzymałem się gwałtownie, uderzając plecami o masywny betonowy filar. Uderzenie które doszczętnie pozbawiło mnie tchu, było tak silne, że doprowadziło do pęknięcia i ukruszenia masywnej, betonowej konstrukcji. Czując wszechogarniający całe ciało ból, padłem bezwładnie na kolana, pozwoliłem by cielsko runęło w stronę ziemi, tracąc ostatecznie przytomność.
...:::Kilka dni później:::...
Słysząc ciche szepty nieopodal mnie, otworzyłem leniwie ślepia. Układając jedną łapę na kufie, poczułem delikatny materiał. Podnosząc się do pozycji siedzącej, dotarło do mnie, że siedzę na kozetce lekarskiej, w centralnej części skrzydła medycznego. Z głośnym jęknięciem, targnąłem cielsko w górę, podchodząc do lustra by obejrzeć swój tragiczny stan. Gdy ujrzałem swoje odbicie, westchnąłem. Świeży bandaż, otulał lewy biceps wraz z ramieniem, przez brzuch przebiegał podłużny, ewidentnie niedawno przyklejony lecz już zakrwawiony opatrunek, po to by przysłonić świeżo założone szwy. Niemal całe prawe udo, od góry do kolana opasane było elastycznym bandażem. Mając dość oglądania tego, co ze mnie zostało, skierowałem się w stronę wyjścia. Chwyciłem za klamkę drzwi, zespawanych z elementów blachy falistej, pociągnąłem do siebie i wyszedłem na korytarz.
Spoglądając w swoją prawą stronę, zobaczyłem leżącego na ziemi Maveric'a, a u jego boku spała Sayenne, delikatny uśmiech, pysk wygodnie ułożony na udach Samca. Spokojne, głębokie wdechy i wysoko unosząca się klatka piersiowa sugerowała głęboki i przyjemny sen.
Uśmiechając się subtelnie, delikatnie ułożyłem łapę na ramieniu Mav'a co błyskawicznie spędziło mu sen z powiek i spowodowało niemałe zmieszanie. Natychmiast przycisnąłem lewą łapę do pyska przyjaciela, zasłaniając nochal i paszczę a przy tym skutecznie tłumiąc wszelakie próby odezwania się.
(Salvatore) ~Spokojnie Maveric, to ja.. -Wyszeptałem. Ciepły i pełen wdzięczności uśmiech spoczywał na moim pysku.-
(Maveric) ~Salvatore? Jak dobrze, że żyjesz! Nawet nie masz pojęcia jak się o Ciebie martwiliśmy... -Samiec momentalnie spochmurniał, ułożył uszyska wzdłuż łba, ukradkiem spoglądał na Sayenne, której ubrania zaszeleściły gdy ta poprawiła się na podłodze.
(Salvatore) ~Nie martw się proszę, żyję i to dzięki Wam.. a teraz posłuchaj mnie uważnie. Weź proszę Say i idźcie do swoich kwater. Widzę, że jesteście wycieńczeni.. i.. -Będąc w środku wypowiedzi, Samiec niespodziewanie wszedł mi w słowo-
(Maveric) ~Salvatore, z całym szacunkiem, ale.. -Lykanin z przejęciem w głosie, uniósł lekko łapę w górę i paluchem, wskazał bandaże na moim ciele.-
(Salvatore) ~Wystarczy Maveric. Ty i Twoja córka, jesteście potrzebni mi wypoczęci. Nie zamierzam dopuścić do tego, by mój odział nadwyrężał się tak dla mnie... -Wyszeptałem w stronę samca, ponownie układając łapę na jego barku, ścisnąłem go delikatnie. Unosząc się z ziemi, zwróciłem się ostrożnie w tył bacząc na to, by nie obudzić młodej Lykanki-
Marcus, operator ciężkiego uzbrojenia żywo dyskutował z kilkoma innymi samcami, energicznie wskazując łapą na pomieszczenie, z którego właśnie wyszedłem. Zza licznie zebranych wilkołaków, wyłoniła się niespiesznie, bardzo dobrze mi znana smukła sylwetka, biało-brązowej samicy. Uszy spoczywające luźno wzdłuż kufy, ogon zwisający sztywno wzdłuż pleców, pysk zasłonięty obiema łapami. Z mocno zaciśniętych oczu, mimowolnie co kilka chwil spływały łzy, tworząc wyraźne ślady, na już i tak mocno przyciemnionej sierści na policzkach.
(Salvatore) ~Keylin Najdroższa..
Wyszeptałem. Widok samicy, natychmiast wzmocnił produkcję endorfin, dzięki którym, moje wcześniej bliskie śmierci serce, zabiło znacznie mocniej. Lykanka słysząc mój szept, jak i wyczuwając moje, potwornie mocno walące serce, podniosła nagle uszy i zwróciła się w moją stronę, przyglądając się uważnie. Gdy po chwili wahania rozpoznała osobnika na którego patrzyła, zasłoniła brązowy pysk i wybuchła płaczem. Widząc reakcję swojej Ukochanej, zerwałem się z miejsca do biegu. Wymijając kilku pobratymców, którzy prawdopodobnie także odwiedzali swoich bliskich, w skrzydle medycznym, zwolniłem kroku przechodząc z biegu do chodu, zbliżając się do Ukochanej. Podchodząc ostatecznie do Lykanki, na odległość około dwóch mniejszych kroków, ułożyłem uszyska po sobie, nerwowo poruszając ogonem na boki.
(Salvatore) ~Key Skarbie, ja..
Nie czekając zbyt długo na reakcję Samicy, dostrzegłem jak odchyla jedną łapę w bok. Zapłakana, obnażyła kły. Cios z otwartej łapy, wymierzony prosto w lewy policzek dosięgnął celu bez problemu. Zwróciłem łeb w bok, biorąc głęboki wdech, wlepiając wzrok w podłoże.
(Keylin) ~Jakim prawem, masz czelność odzywać się do mnie jakby nic się nie stało?! *Wydukała przez zaciśnięte kły, łzy ponownie zaczęły spływać po policzkach*
~Najpierw przynoszą Cię w tak opłakanym stanie, następnie łatają przez kilkanaście godzin, gdzie Ty sam leżysz praktycznie bez ducha... A ja? Mnie nawet nie wpuścili do pomieszczenia, bym mogła być tam razem z Tobą rozumiesz? Nie miałam pojęcia, czy zobaczę Cię jeszcze żywego. Więc proszę byś nie oczekiwał, że rzucę Ci się w ramiona, jakby nic się nie stało..
Stawiając uszy do góry, zwróciłem pysk w stronę przemawiającej Samicy, czując się paskudnie w głębi serca, za to co przeżyła przez moją, niczego nieusprawiedliwiającą brawurę. Ostrożnie zbliżyłem swoją antropomorficzną łapę do jej pyska, wsunąłem zgięty palec wskazujący pod brodę, delikatnie unosząc kufę Key tak by jej wzrok spotkał się z moim. Następnie przeniosłem łapę na policzek Lykanki, kciukiem ocierając świeże łzy.
(Salvatore) ~Skarbie naprawdę przepraszam. -Wyszeptałem, owe słowa bardzo szybko doprowadziły, do postawienia uszu przez brązowo-białą samicę-
~Przysięgam, że od teraz wszystko się zmieni. -Uśmiechnąłem się delikatnie, przeczesując paluchami sierść na policzku Keylin.
~Proszę jedynie, byś pamiętała, że robiłem to wyłącznie dla Arona i drużyny Bravo. Powinnaś znać już zasady jakimi się kieruję..
Key wlepiając we mnie swój czarujący wzrok, pokiwała potwierdzająco kufą i wtuliła się w mój tors. Otuliłem plecy samicy swoimi łapami, poruszyłem kilkukrotnie swym czarnym jak noc ogonem, ciesząc się wyjątkowo z zaistniałej sytuacji, z momentu w którym mogę choć przez chwilę pobyć z Ukochaną, a co najważniejsze, dać jej poczucie bezpieczeństwa.
(Keylin) ~Salvatore? -Wadera wyszeptała moje imię, układając wygodnie pysk na moim torsie. Duże brązowe oczy Key, bardzo starały się nawiązać ponowny kontakt z mymi ślepiami-
(Salvatore) ~Hmm..? Słucham uważnie. -Uniosłem zaintrygowany prawą brew ku górze-
(Keylin) ~Bardzo boję się o Armanii'ego, jest w pokoju zabiegowym.. czy moglibyśmy? -Wadera delikatnie poruszyła swym brązowym ogonem, ostrożnie odsuwając się ode mnie.
Doskonale wiedziała jaka będzie odpowiedź, na zadane przez siebie pytanie.
Przepuszczając Waderę przed siebie, udaliśmy się oboje w stronę pokoju zabiegowego. Wychodząc zza rogu korytarzowego łuku, kątem oka dostrzegłem dziwną postać, której nie kojarzyłem z tej części metra. Intensywny zapach natychmiast zasugerował Basiora. Odziany był w długi, czarny skórzany płaszcz, kołnierz postawiony wysoko skutecznie zasłaniał cały kark. Wysokie, czarne wojskowe buty, noszące ciemno brunatne, zaschnięte już plamy krwi, prawdopodobnie pamiątki z poprzednich podróży. Na kufie podróżnika, spoczywała maska przeciwgazowa, wyposażona w przyciemniany szeroki wizjer, przód maski skonstruowany na podobiznę łukowatego, kruczego dziobu, z możliwością przyłączenia podwójnego filtru. Na ramieniu Samca zawieszona była dość obszerna, materiałowa torba podróżna. Sprzęty zdecydowanie z najwyższej półki, na które nie każdy w metrze mógłby sobie pozwolić. Czyżby wysłannik rady starszych? -Przemknęło mi przez myśl. Jeżeli tak to co tutaj robi? I chyba najważniejsze.. "Do kogo przyjechał?" Takie właśnie pytania, zaczęły zradzać się w mojej głowie. Gdy minąłem Basiora, przeniosłem wzrok na Key a następnie na pomieszczenie, w którym podobno leżał mój najlepszy przyjaciel. Wadera wyszła przede mnie i zapukała do drzwi. Kilka chwil później, zawiasy rozbrzmiały radośnie. Wejście uchylił nam Wilkołak w białym kitlu, który na nasz widok odetchnął z ulgą, wkładając łapy do kieszeni swojego fartucha, który najlepsze lata miał zdecydowanie, dawno za sobą.
(Ivan) ~Keylin!, Salvatore!. -Samiec, widząc nas uśmiechnął się wyjątkowo promiennie, biorąc pod uwagę okoliczności naszego przybycia.
~Naprawdę bardzo się cieszę, że przyszliście. Zapraszam. Zapewniam, że nasz mentor ucieszy się jeszcze bardziej z waszych odwiedzin.
Rosły basior, po jakże ciepłym powitaniu usunął się w bok przepuszczając Waderę jako pierwszą przez próg. Łapą wskazał kierunek, w którym powinna się udać.
Samiec uśmiechnął się ciepło, również do mnie zachęcając do wejścia. Gdy postawiłem łapę za progiem drzwi, nagle przez te same wejście przecisnął się młody pomocnik. Trzymając pod lewą pachą czarny, plastikowy worek. Mijając mnie, rzucił jedynie ciche "Przepraszam" i udał się pospiesznie, w tylko jemu znanym kierunku. Kilka chwil później, które w mojej głowie trwały niczym wieczność, otworzyłem szeroko ślepię, gdy do moich nozdrzy trafiła znajoma woń. Jednym zwinnym ruchem, zerwałem ze łba zakrwawiony opatrunek, zmarszczyłem gniewnie brwi. Serce gwałtownie przyspieszyło, zaciskając łapę w której trzymałem opatrunek w pięść. Czując narastającą furię, spiąłem mięśnie niemal na całym ciele. Gdy przeniosłem wzrok na samca, odzianego w stary znoszony kitel, ten widząc moje przekrwione ślepia zaczął się cofać. Przerażony basior, nie widząc ubytku w podłożu, potknął się i upadł na ziemię. Podchodząc bliżej, chwyciłem osobnika za szyję i podniosłem go przyciskając do ściany.
(Salvatore) ~Nie wiem co było w worku, ale powiedz mi, że to co poczułem to nie był zapach, należący do Armanii'ego!! -Zbliżyłem swój pysk do prawego policzka basiora. Obnażając kły najmocniej jak mogłem, przesunąłem jęzorem po swych zębiskach, dając jasno do zrozumienia, że jeśli chce przeżyć to musi wymyślić naprawdę dobrą bajeczkę..
(Ivan) ~Salva.. Salvatore.. proszę! Nie było czasu by Cię powiadomić. Musieliśmy amputować dolną, prawą kończynę. Uwierz, że gdybyśmy tego nie zrobili, to przez element nadwozia który miał w łydce, doszło by do zakażenia krwi i do tego czasu Armanii już by nie żył!
Basior jęknął próbując się wyrwać, obiema łapami chwycił za mój nadgarstek usilnie starając poluźnić chwyt, by zaczerpnąć choć odrobinę powietrza. Niestety efekt był odwrotny. Warknąwszy głośno, podniosłem samca jeszcze wyżej. Łapy oderwały się od ziemi, nie zapewniając już żadnego podparcia dla wijącego się cielska. Wpatrując się w przerażone ślepia Samca, zobaczyłem w nich coś dziwnie znajomego. Przymknąwszy powieki, wziąłem głęboki wdech, oddając się w objęcia najczarniejszym odmętom swojej pamięci.
Wkroczyłem w mrok w pełnym rynsztunku. Sięgnąwszy międzyczasie do kamizelki, wyciągnąłem pełny magazynek i wsunąłem go pod karabin. Dobijając łapą od spodu. Przenosząc łapę na koniec karabinu, chwyciłem zamek i szarpnąłem go w tył. HK 416 przemówił, wydając z siebie głośny, metaliczny i satysfakcjonujący trzask. Przenosząc lewą łapę na przód, umieściłem i zacisnąłem mocno, skórzaną rękawicę na chwycie przednim zawieszonym tuż pod lufą karabinu. Przykładając kolbę do prawego ramienia, uniosłem 416-tkę do oczu i obserwując otoczenie przez celownik holo, ruszyłem ostrożnie w stronę białego, majaczącego punktu, który miałem przed sobą. 10 minut marszu, punkt wcześniej odległy i nieprzypominający czegokolwiek, teraz przybrał formę czegoś na kształt bardzo jasnego pomieszczenia. Upłynęło kolejne 15 minut, zatrzymałem się przed stalowymi drzwiami z napisem "Pomieszczenie testowe. Nieupoważnionym wstęp wzbroniony."
(Tajemniczy głos) ~Salvatore!? -Przez potężne drzwi, doszedł mnie delikatnie przytłumiony, łamiący się głos-
Na dźwięk swojego imienia, strzygnąłem uszami gdyż głos wydawał mi się bardzo znajomy. Wypuściłem karabin z łap, który zawisł swobodnie na ramieniu. Chwyciłem za spory okrągły zawór znajdujący się na stalowych wrotach i z lekkim oporem, przekręciłem go kilkukrotnie w lewą stronę. Masywne zasuwy poddały się. Odblokowując drzwi, które wolno uchyliły się ku mnie, pospiesznie chwyciłem za karabin wchodząc do środka.
Rozglądając się uważnie dookoła, zmrużyłem zaniepokojony ślepia, gdy do moich uszu dobiegł dźwięk włączanych lamp. Niespodziewanie, jasny blask oślepił mnie. Ryknąwszy, zasłoniłem ślepia przedramieniem, starając się przeczekać oszołomienie. Kilka chwil później, gdy wzrok zaczął przyzwyczajać się do natężenia światła, opuściłem łapę. Moim ślepiom ukazało się pomieszczenie nad wyraz sterylne i dominujące w biel. Westchnąwszy nerwowo, zarzuciłem smoliście czarnym ogonem w bok, dobrze kojarząc owe miejsce. Placówka badawcza, której złożyłem wizytę wiele lat temu. Długo przed końcem dotychczasowego świata. Poruszając subtelnie kufą na boki, ruszyłem wolno przed siebie. Moją uwagę przyciągnęły potężne, laboratoryjne komory podtrzymujące życie.
(Ulfric) ~Witaj Salvatore, widzę, że nareszcie dotarłeś. -Przerwał nagle ciszę, znajomy mi głos.
(Salvatore) ~Ależ oczywiście Ulfric.. Więc sprawę tajemniczego światła, mamy rozwiązaną. Będziesz łaskawy wyjaśnić mi powód naszego spotkania?
Niewzruszony obecnością mojego rozmówcy, nadal kroczyłem w stronę ogromnych kapsuł. Podchodząc do jednej z nich, dostrzegłem napis "TestSubject 001" Zaciskając mocniej zębiska, zmarszczyłem nerwowo nos i odsunąłem się od rzędu "Izolatek".
(Ulfric) ~Miałbym dla Ciebie pewną ofertę. Zakładam nawet, że będziesz nią zainteresowany bardziej, niż mi się wydaje. -Samiec skrzyżował łapy na swoim torsie, bacznie mnie obserwując.
(Salvatore) ~Słucham zatem uważnie. -Zatrzymałem się, zwróciłem subtelnie łeb w stronę rozmówcy, poświęcając jemu całą, swoją uwagę.
(Ulfric) ~Dziękuję. -Skinąwszy łbem w geście podziękowania, rozprostował łapy i zaczął opowiadać.- Sprowadziłem Cię tutaj, ponieważ chciałem uświadomić Twoją osobę o tym, że nie jesteś tym kim myślisz, że jesteś. I dodatkowo, chciałem porozmawiać o pewnym "Ukrytym potencjale".
-Unosząc kącik pyska, tym samym marszcząc nos w grymasie niezadowolenia, podszedłem rozsierdzony do Samca wskazując szklaną tubę ze swoim numerem.
(Salvatore) ~Skoro masz możliwość, manipulowania moimi wspomnieniami to powinieneś doskonale wiedzieć, że właśnie to jest miejsce moich narodzin... Jestem pieprzonym, wynikiem jakiegoś chorego eksperymentu.. -Westchnąłem przymykając na chwilę ślepia, starając się powstrzymać narastającą frustrację-
~Co to za ukryty potencjał o którym chciałeś pomówić?
-Samiec uśmiechnął się szelmowsko, podchodząc o krok bliżej-
(Ulfric) ~Dzięki pewnemu genowi, przekazanemu przez Twojego "prawdziwego ojca" i genowi źródłowemu wirusa Lycaios, w Twoim łańcuchu DNA doszło do potężnej mutacji, która zmieniła go niemal całkowicie. Połączona z szałem jest w stanie wywołać przemianę w stworzenie, które do tej pory, było marzeniem niemal każdego biogenetyka pracującego w tym laboratorium. Mowa tutaj o Crinos'ie.
(Salvatore) ~Crinos? -Uniosłem jedną brew ku górze, spoglądając na Samca z ukosa. Uszyska drgnęły za znak zaciekawienia-.
(Ulfric) ~Dokładnie tak, Crinos jest to stworzenie o sile, szybkości, sprawności fizycznej i inteligencji, znacznie przewyższającej Wilkołaki czy nawet samych Lykanów.
(Salvatore) ~Jakie jest ryzyko, że mogę stać się Zatraconym? -Wyszeptałem, wąsiska na moim pysku poruszały się w rytm wypowiedzi-.
(Ulfric) ~Niestety ryzyko jest spore. Poddając się mutacji, musisz przypomnieć sobie najgorsze rzeczy, ze swojego życia a jednocześnie nie pozwolić by te wspomnienia Cię pochłonęły bez reszty. Możliwe jest również, że zapomnisz tych których masz na co dzień przy sobie i których Kochasz bez opamiętania. -Samiec opuścił łeb w dół, uszy ułożył wzdłuż kufy by po chwili przemówić ponownie-.
(Ulfric) ~Pozwól mi proszę, że powiem o narastającym zagrożeniu, ze strony ludzi.. Nie jestem w stanie niestety powiedzieć co szykują, lub kiedy zaatakują. Niestety mogę zapewnić, że to na pewno nastąpi. To co nastąpiło prawie dwadzieścia lat temu, to "dopiero początek"
-Zwracając łeb w bok, warknąłem głośno na samą myśl o tym parszywym gatunku. Chwytając za materiałowy pasek przyczepiony do 416-tki, zarzuciłem ją na ramię i otworzyłem subtelnie pysk-
(Salvatore) ~W takim razie zgadzam się. -Mruknąłem spoglądając na Ulfric'a. Wiedziałem, że nie mogę dopuścić do kolejnego rozłamu, do tej pory i tak straciłem zbyt wielu, wspaniałych sprzymierzeńców-.
-Samiec uśmiechając się subtelnie, ułożył swoją prawą łapę na moim ramieniu i zacisnął ją delikatnie. W ślepiach Lykanina pojawiła się iskierka nadziei-. Pozwól za mną i powodzenia.
Przymknąłem na ułamek sekundy ślepia i skinąłem delikatnie łbem, by w subtelny sposób podziękować za słowa otuchy i ruszyłem zaraz za towarzyszem. Idąc wzdłuż pomieszczenia, w którym znajdowały się mniejsze zabudowy mierzące około 4x4 m2, obudowane jak i oddzielone od siebie były kuloodpornym szkłem, które rozciągało się wzdłuż całego wnętrza. Lustrując pomieszczenie wzrokiem, zatrzymaliśmy się przy jedynym z boksów, w którym uwięzione były dwa osobniki. Ulfric zatrzymał się jako pierwszy, ja natomiast podszedłem odrobinę bliżej i przykucnąłem na jedno kolano przy przepięknej białej Waderze, o nietuzinkowej urodzie i lazurowych zaszklonych przez łzy oczach, które wyglądały pięknie, niczym ogromna góra lodowa otoczona przez błękitny, arktyczny ocean.
(Ulfric) ~Widzę, że poznałeś Ivyenne bez większego problemu, to dobrze.. -Lykanin ponownie skrzyżował łapy na torsie, odrobinę przekrzywiając łeb-.
Zapłakana, przemawiała w stronę boksu, który znajdował się na przeciw niej.
(Ivyenne) ~"Skarbie proszę.. spójrz na mnie. Wiem, że mnie słyszysz.."
(Ulfric) ~Salvatore, chyba najwyższa pora byś poznał swojego prawdziwego Ojca.. Na imię mu Sullivan
Słysząc komentarz Samca, zerknąłem lekko w prawą stronę i zobaczyłem potężnego, smoliście czarnego Basiora, o ślepiach jasnych niczym pełnia księżyca. Był on na oko przynajmniej raz większy od swojej partnerki.
Patrzył rozsierdzony prosto na mnie. Basior ciężko dyszał, prawdopodobnie z wycieńczenia. Lewe oko delikatnie przymrużone, prawe całkowicie zamknięte, przez rozcięty łuk brwiowy. Z nozdrzy i łuku sączyła się jasnoczerwona posoka. Chwiejąc się lekko na zmęczonych łapach, cofnął się. Jeżąc sierść na grzbiecie i ogonie, rzucił się w stronę ogromnej szyby. Dobiegając do celu, zwrócił się raptownie w prawo uderzając lewym barkiem w szybę z grubej pleksy, na której impet uderzenia nie zrobił żadnego wrażenia.
(Ulfric) ~Pewnie zastanawiasz się, skąd wzięła się wzmianka o genie który rzekomo przekazał ci twój ojciec? Spieszę z wyjaśnieniami, jak widzisz.. -Lykanin podszedł do mnie i przykucnął przy moim boku, skupiając całą swoją uwagę na basiorze-.
~Twój ojciec, razem ze swoim bratem nie byli zwykłymi wilkami. Byli ostatnimi, pozostałymi przy życiu osobnikami z gatunku Lupus at Canis. -Samiec wstrzymał się na sekundę z kontynuowaniem wypowiedzi, biorąc głęboki wdech, przetarł łapą czoło, na którym sierść wyraźnie zmatowiała-. Dokładnie 19 lat temu wkroczyłem ja i pozbawiłem życia Twojego wuja.. Wuthard'a.
Słowa Lykanina trafiły do mnie nieprawdopodobnie mocno, natychmiast zamknąłem brązowe ślepia i zacisnąłem mocno powieki z których mimowolnie zaczęły wydostawać się łzy. Z gardzieli wyrwał się pomruk. Towarzysz uniósł się w pośpiechu z kolan i odszedł ode mnie, czując narastający gniew i żal. Otworzyłem ślepia z których zaczęła bić intensywna, czerwona aura.
(Ivyenne) ~Salek, Saluś posłuchaj mnie.. Musisz z tym walczyć! Rozumiesz? Nie pozwól, by to przejęło nad Tobą kontrolę!
Słysząc zdanie wypowiedziane przez białą, niczym najczystszą z myśli Waderę, zwróciłem lewe ucho w jej stronę. Spoglądając następnie w lazurowe ślepia, dostrzegłem w ich odbiciu, włączające się światło w boksie naprzeciw. Błyskawicznie, zarzuciłem łapę za plecy i wyciągnąłem odbezpieczony wcześniej karabin. Dzięki założonym na kolanach kevlar'owym ochraniaczom, odepchnąłem się prawym, buciorem od ziemi, lewe kolano nadal spoczywało na gruncie. Wykonując mocny zwrot w lewą stronę, obróciłem się o 180 stopni. Zwróciwszy się pyskiem w stronę boksu, uniosłem cielsko z podłoża i przykładając broń do barku, ostrożnie podszedłem do kuloodpornej szyby, przy której czekał już na mnie Ulfric. Zatrzymując się obok niego, opuściłem karabin, opierając go o jasną niczym pustynny piasek kuloodporną kamizelkę.
(Ulfric) ~Mój drogi przyjacielu, chciałbym przedstawić Ci wynik, miesięcy ciężkiej, mozolnej i nienormowanej pracy jajogłowych z Biogenetyki, zupełnie nowe pokolenie Lupus at Canis "TS-001, kryptonim "Salvatore"" Pierwszy a zarazem jedyny z gatunku, który potrafi kontrolować Lykaios'a -Samiec nie kryjąc swojego zadowolenia, wskazał lewą łapą na młodego Lupus'a. Uśmiechnął się rubasznie i skrzyżował łapska na torsie-
Unosząc kącik pyska, zniesmaczony przeniosłem swój wzrok na młodego osobnika, który stał w jednym miejscu, między dwoma ciałami, martwych dorosłych psów bojowych. Dobermanów. Trząsł się. Sierść jego była czarna i zmatowiona jak bezgwiezdna noc, w większości będąc skołtunioną i ubabraną od zaschniętej krwi.
(Salvatore) ~Skurwiele...
Lykanin podszedł do mnie ostrożnie i ułożył łapę na moim ramieniu, wyraz jego pyska wskazywał na smutek, jakby chciał powiedzieć. "Przykro mi, to nie Ty wybrałeś sobie taki los"
(Ulfric) ~Zamknij oczy Salvatore, jesteś gotowy. Przypomnij sobie raz jeszcze chwilę dzięki, której się tutaj znalazłeś i Powodzenia w pogłębianiu wiedzy, którą tutaj przyswoiłeś.
Zamknąłem emanującą czerwoną aurą ślepia na polecenie Lykanina. Gdy tylko "wróciłem" przetrzymywany przeze mnie osobnik, niemal natychmiast zwrócił uwagę na przekrwione i otoczone dziwną poświatą ślepia. Póki świadomy swych czynów, wypuściłem osobnika z uścisku. Samiec wycieńczony padł na ziemię, trzymając się za gardło, patrzył na mnie przerażony.
(Salvatore) ~Uciekaj stąd, zawołaj ochronę. Wynoś się stąd, no już!! -Czując nadchodzące nieuniknione, chwyciłem Wilkołaka za kark i popchnąłem w stronę wyjścia. Paraliżujący ból przeszywający mój łeb spowodował, że zachwiałem się mocno na łapach i wpadłem na blaszane drzwi do gabinetu w którym wypoczywał Aron i również przebywała Keylin. Padłem na kolana, kuląc się. Chwyciłem się za kufę, gdy usłyszałem dźwięk i w następstwie poczułem straszliwy ból łamiących się kości, którym towarzyszyła soczysta melodia rozrywanych mięśni. Ryknąłem przeraźliwie z taką siłą, która zniszczyła rząd kilkunastu lamp jarzeniowych, swobodnie zwisających z sufitu korytarza. Uszyska wyrwały w górę o dobre kilka centymetrów, pysk z zębiskami wydłużyły się znacząco. Cielsko cały czas wydawało dźwięk chrupiącego i przemieszczającego się kośćca. W tej samej chwili z pokoju wybiegła Samica, której wiele lat temu, w całości oddałem swe serce. Lykanka zamarła w bezruchu, widząc na ziemi ogromną kałuże zmieszaną ze śliny, potu i krwi. Podnosząc się wolno z ziemi, skierowałem uszy w stronę wyjścia, słysząc z oddali tupot kilkunastu par ciężkich buciorów.
(Grupa ochroniarzy) ~W skrzydle medycznym? Na pewno? -Powiedział jeden z głosów zbliżając się do korytarza.
~Tak to tutaj, jakiś czas temu tutaj był.. -Jęknął z przerażeniem inny osobnik.
~Ustawić się. Szykować się na wszystko i przede wszystkim nie dać się zranić. Nie mamy pojęcia z czym mamy do czynienia.
~Jasne. Tak jest! Zrozumiałem szefie. Możesz na nas liczyć.. -Jeden po drugim, odpowiadał każdy ze zgromadzonych pod skrzydłem medycznym osobników. Jeden z podekscytowaniem, drugi z mniejszym zaangażowaniem gdyż odpowiedział z drżącym głosem.-
Marszcząc nos, podniosłem się z ziemi. Wydając z siebie iście szaleńczy ryk, rzuciłem się w stronę głównego wejścia z segmentu medycznego na peron metra. Mimo nieukończonej transformacji, wleciałem z ogromną siłą w masywne drzwi z grubej blachy, która dzieliła mnie i zbierające się po drugiej stronie Wilkołaki. Uderzając w nie z ogromną siłą barkiem, prostokątny kształt wyrwał ze ściany wraz z potężnymi, stalowymi zawiasami, uderzając i rozbijając małą grupkę uzbrojonych ochroniarzy, a jednego z nich przygniatając do ziemi. Wykorzystując powstałe zamieszanie i unoszący się gęsto kurz, wpadłem na przebiegającego na przeciw mnie Wilkora. Impet uderzenia, wytrącił z łap broń i posłał adwersarza na ścianę po drugiej stronie peronu. Wbijając się w nią plecami na głębokość około metra. Wstrząs powstały na wskutek uderzenia zerwał ze ściany pobliskie płytki. Wilkołak w następstwie utraty przytomności, osunął się na torowisko w towarzystwie spadających, i roztrzaskujących się o podłoże naściennych, ceramicznych płytek.
Owe zamieszanie bardzo szybko zwróciło uwagę czujnych ochroniarzy, którzy błyskawicznie i tłumnie zbiegli się w miejsce zamieszek.
(Seth) ~Tutaj jest! Ani kroku dalej! -Wrzasnął jeden z podbiegających Wilkołaków. Zatrzymując się gwałtownie. Odciągając w broni zamek z metalicznym klikiem, wprowadził pocisk do komory. Kciuk samca, powędrował na mały przełącznik trybu prowadzenia ognia. Jednym gestem przełączył małą, stalową dźwigienkę z ognia pojedynczego na tryb ciągły, uniósł swojego siewcę śmierci do oczu, patrząc przez celownik mechaniczny, wycelował go w moją stronę. W ślad za dowódcą podążyli inni, niczym w synchronicznym tańcu.
(Seth) ~Czym jesteś i czego od Nas chcesz!? Gadaj, albo następne co zobaczysz to będzie świt w krainie wiecznych łowów! -Lykanin syknął ze wściekłością, nerwowo zaciskając karabin w łapach.
(Salvatore) ~Ja? -Mruknąłem, dysząc ociężale.- Ja jestem życiem, którym tacy jak Ty boją się żyć..
Zmagając się z narastającymi zawrotami głowy, potrząsnąłem kufą na boki. Sfrustrowany, nagle pogarszającym się wzrokiem, zacząłem nagminnie jedną łapą przecierać oba ślepia. Bezskutecznie... Na domiar złego, przestałem rozpoznawać głosy, zgromadzonych naokoło mnie pobratymców. Szybko dotarło do mnie, że jeśli nie zacznę walczyć, to narażę setki lub nawet tysiące braci i sióstr, na śmiertelne niebezpieczeństwo...
Usilnie starając się skupić wzrok na Samcu, moją uwagę o dziwo przykuło coś innego. Niski, stopniowo narastający w wysoki ton, lekko piskliwy dźwięk zakradł się do lewego ucha. Przenosząc zmieszany wzrok na Samca, dostrzegłem intruza przemieszczającego się równolegle w dół po ciele, stojącego na przeciw mnie Lykanina. Zielona kropka, rozpoczęła podróż od torsu, przez brzuch po podbrzusze a ostatecznie zatrzymując się w bezruchu na kroczu szefa ochroniarzy, który widząc delikatną smugę zielonego lasera, przełknął nerwowo ślinę.
*Góra, tył, przód, dół* rozległ się stukot manipulatora zamka karabinu wyborowego, który wprowadził pocisk do komory nabojowej.
(Sayenne) ~Nie radzę... Zdejmij lepiej paluch ze spustu, dobrze Seth? W przeciwnym razie po Twojej "ptaszynie" zostanie wyłącznie "mocno" naciągane wspomnienie.
-Usłyszawszy nietuzinkowo barwny ton głosu, przez znacznie ostrzejsze zmysły rozpoznałem, że nie należy on do Samca. Zwróciłem kufę, subtelnie w stronę z której dobiegł. Kątem oka zobaczyłem młodą Waderę. Wyjątkowo atrakcyjna, stojąca prowokacyjnie w lekkim rozkroku, dumna i pewna siebie. Dzierżąc ogromny 1300 mm karabin wyborowy CheyTac Intervention, zerknęła na mnie ukradkiem, czując na sobie mój wygłodniały wzrok. Uśmiechnęła się rubasznie, wypinając pierś do przodu.
(Sayenne) ~Czołem szefie, znów ładujesz się w tarapaty? Jak tak dalej pójdzie to pomyślę, że dorobiłeś się dziwnego fetyszu..
Słysząc zaczepną wypowiedź młodej Lykanki, zmrużyłem ślepia kojarząc głos. Niespodziewanie zza rogu wyłonił się rosły Lykanin, odziany był w smoliście czarny, długi skórzany płaszcz, łeb przysłaniał mocno zaciągnięty kaptur z wyciętymi otworami na uszy, na pysku założona czarna, długa chusta uniemożliwiająca identyfikację na pierwszy rzut oka. Tors samca ochraniała dyskretna kamizelka na wymienne kevlar'owe płyty. Obydwie łapy, mocno i pewnie zaciskały karabinek szturmowy AR-15 Spartan 16". Długie i luźne bojówki wygodnie spoczywały na biodrach Lykanina. Prawe udo przyozdobione było w dwupasmową, regulowaną kaburę w której spoczywał rewolwer Taurus 44H. Mijając młodą Waderę, delikatnie dotknął jej lewe ramię, na znak swojej obecności. Obserwując wolno zbliżającego się osobnika, spiąłem mimowolnie mięśnie oczekując najgorszego.. Jednakże ku mojemu zdziwieniu, jego pierwsze słowa nie zostały skierowane do mnie.
(Nieznajomy) ~Seth, Ty i twoi towarzysze powinniście odłożyć broń, nikomu nie musi stać się krzywda.. -Samiec zatrzymał się nieopodal mnie, karabin mocno i pewnie przyciśnięty do barku. Obserwował uważnie swojego rozmówcę przez celownik pryzmatyczny 3x Red Acss Raptor.
(Seth) ~A kim Ty do cholery jesteś by wydawać mi polecenia co? Pieprz się.. Nie mam zamiaru pozwolić, by komuś stała się krzywda bo Wy nie potraficie zrobić tego co trzeba! -Wrzasnął, kurczowo zaciskając łapy na karabinie.-
(Sayenne) ~Wystarczy jedno słowo a poślę tego sukinsyna do krainy wiecznych łowów.. - Wadera ostrożnie i w pełnym skupieniu, delikatnie pokręciła ryglem dostosowując ostrość w lunecie.-
(Nieznajomy) ~Odstąp Sayenne. -Warknął poirytowany pod nosem- Nikt nie będzie nikogo zabijał rozumiemy się? Seth proszę Cię, ten którego trzymasz teraz na muszce to Salvatore.. Nie wiemy co się stało, ale postaramy się to załagodzić. Jedyne co musisz zrobić to odłożyć broń, zanim zrobisz coś głupiego, wtedy z pewnością wszyscy zginiemy.. Pozwól, że ja zacznę dobrze?
-Opuszczając ostrożnie broń w dół, zaczął powoli przykucać na jedno kolano. Gdy zakończył wykonywaną przez siebie czynność, nacisnął paluchem zawleczkę tuż przy komorze swojego karabinu i odłączył od niego magazynek. Ułożył karabin na ziemi przed sobą i spokojnie wstał z ziemi. -Kiwnął dyskretnie kufą w stronę młodej Lykanki- Sayenne teraz do Ciebie podejdzie a Ty powoli i spokojnie oddasz jej karabin dobrze?
(Seth) ~Emm, tak.. chyba tak..
Wadera westchnęła ciężko, ewidentnie była zawiedziona z powodu udanych, rozmów negocjacyjnych. Zabezpieczając swój karabin, zarzuciła go na plecy i spokojnym krokiem ruszyła w stronę zbiorowiska. Przechodząc obok mnie, zatrzymała się na chwilę. Lustrując mnie wzrokiem z góry na dół, nieoczekiwanie zbliżyła łapę i przesunęła delikatnie palcami po mym przyrodzeniu, następnie uniosła ją w górę i zaczęła wsuwać każdy palec po kolei do pyska, oblizując każdego z nich prowokacyjnie, patrząc mi głęboko w oczy. Gdy wadera odeszła z szyderczym uśmieszkiem, przymknąłem mocno ślepia czując nadchodzące zawroty głowy. Powoli zaczęła do mnie wracać utracona świadomość. Seth widząc podchodzącą Lykankę, opuścił broń. W ślad za samcem zaczęli podążać inni jego towarzysze, większość nawet zawiesiła swoje uzbrojenie na ramionach. Gdy Say podeszła do Basiora na kilka kroków, ten posłusznie wyciągnął łapę w przód, w której trzymał swój karabin i czekał aż po niego sięgnie.. Rozglądając się po zebranych Wilkołakach, strzygnąłem jednym uchem. Przymykając ślepia, zrobiłem nagły krok w lewą stronę. Wymęczone ówczesną przemianą cielsko, zaczęło ustępować potrzebie regeneracji.
(Nieznajomy) ~Salvatore! Co się dzieje?
Lekko oszołomiony, kątem oka zobaczyłem zrywającego się w pośpiechu, zakapturzonego Lykanina, który dla swojej wygody, chwycił za materiał który miał naciągnięty przez łeb i pociągnął go w tył, drugą łapą szarpnął za chustę i zerwał ją z pyska. Przenosząc wzrok na zbliżającego się Samca, po kilku chwilach mimowolnie, zdziwiony otworzyłem szeroko ślepia i zmarszczyłem brwi, gdy w delikatnym świetle tunelu metra, rozpoznałem biało-rudawy z czarnymi akcentami pysk. Wargi zadrżały subtelnie, wypowiadając imię..
(Salvatore) ~Kharman..? to Ty?
Samiec płynnie przeszedł z biegu do chodu, następnie zatrzymując się naprzeciw mnie, ułożył uszy wzdłuż kufy.
(Kharman) ~A niech mnie, nadal pamiętasz... po tylu latach stary druhu. -Samiec, spoglądając na mnie zaczął machać entuzjastycznie ogonem.-
(Salvatore) ~Jak? jak to się stało, że mnie znalazłeś? Ja myślałem przez te wszystkie lata, że nie żyjesz...
(Kharman) ~Ja również myślałem, że nie żyjesz.. Do czasu, aż nie usłyszałem o pewnym samobójcy, który przy prostej akcji zwiadowczej postanowił rozpieprzyć pół śródmieścia! Pierwszy oszołom jaki przyszedł mi do głowy to byłeś Ty..
Jeszcze tego samego dnia, wpisałem się na listę transferową i przenieśli mnie pierwszą, możliwą drezyną.
Słysząc wypowiedź przyjaciela, uśmiechnąłem się subtelnie pokazując kły. Zaciskając łapę w pięść, zbliżyłem ją do Samca by przybić "Żółwika" Lykanin widząc co chcę zrobić, zerknął na mnie zażenowany i przewrócił ślepiami.
(Kharman) ~Poważnie stary? Nie widzieliśmy się dobre piętnaście lat a Ty z jedynym co wyskakujesz to żółwik? Dobrze, że przyjechałem. Możliwe, że nauczę Cię jeszcze odrobiny przyzwoitości. -Mruknął uśmiechając się ironicznie, po czym rozłożył ramiona lekko na boki, sugerując jedyną poprawną formę powitania-
(Salvatore) ~Zapomnij.. -Kącik pyska poszybował ku górze- Bycie nieokrzesanym bucem, bez grama przyzwoitości, to jedyna przyjemność jaka mi została na tym świecie. -Zaśmiałem się radośnie, podchodząc do przyjaciela. Z uwagi, że byłem od Samca pod tą postacią wyższy, przykucnąłem na jedno kolano, ułożyłem łapy na ramionach Basiora i przyciągnąłem do siebie obejmując go- Tak się cieszę, że jesteś, że żyjesz.. -Zamknąłem ślepia i ułożyłem pysk na środku kufy, między uszyskami samca gdy tylko poczułem, jak odwzajemnił powitanie, układając łapy na moich plecach- Zapomniałem już jaki jesteś pieszczotliwy.. -Wyszeptałem-
(Kharman) ~Myślisz, że każdy może położyć swoje kosmate łapska na moim boskim ciele tak jak Ty? -Mruknął, odsuwając się ode mnie ostrożnie, na pysku cały czas gościł ciepły uśmiech-
(Salvatore) ~Zabiję każdego kto się ośmieli.. -Wymamrotałem, wypuszczając przyjaciela z uścisku. Ułamek sekundy później, czując delikatny przeciąg, który przyjemnie przeczesał moją gęstą, smoliście-czarną sierść i przyniósł ze sobą pewną, bardzo dobrze mi znaną woń, moje nozdrza poruszyły się a ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Sierść na karku uniosła się, ogon zaczął poruszać się mimowolnie na boki a ślepia zaszkliły się gdy tylko rozpoznałem sylwetkę majaczącą kilkanaście metrów ode mnie. Biało-rudawy Lykanin widząc reakcję mojego cielska, usunął się w bok i kiwnął łbem w geście zrozumienia. "Idź, ja tutaj na Ciebie zaczekam" Uśmiechając się przyjaźnie, uniósł lekko łapę w górę i machnął kilkukrotnie na przywitanie w stronę postaci.
Zerkając na basiora przez dłuższą chwilę, skinąłem łbem, odetchnąłem i zacząłem kroczyć w stronę swojej lepszej połowy.
(Keylin) ~Sal czy to Ty Kochanie?
Słysząc z oddali pytanie, które w moim łbie rozbrzmiało niczym dzwon w przepotężnej cerkwi. Nie będąc w stanie znaleźć jakichkolwiek słów, by móc odpowiedzieć na pytanie, szedłem przed siebie przytakując łbem, naiwnie mając nadzieję, że to wystarczy. Minęło kilka chwil, które ciągnęły się w nieskończoność. Zwolniłem tępo chodu, prawdopodobnie pomyślałem by nie przestraszyć swojej Ukochanej, przecież nie wiedziała jak wyglądam... Wyłaniając się ostrożnie z zaciemnionego korytarza, opuściłem wzrok na podłogę, nie miałem odwagi w tamtym momencie spojrzeć Partnerce w oczy. Wiedziałem, że znów zawiodłem, znów podjąłem decyzję sam a miało być inaczej.. Cielsko przeszedł dreszcz, nieprzyjemny niczym świeża rana przypalana rozżarzonym kawałkiem stali. Obawa przed utratą kogoś, kto był ze mną niemal przez całe życie, odebrała mi zdolność racjonalnego konstruowania zdań..
(Salvatore) ~Key, ja.. wybacz, wiem, że miało to wyglądać inaczej, dlatego zrozumiem jeżeli...
Zamknąłem ślepia, z których natychmiast popłynęły krystalicznie czyste, pełne obaw i negatywnych emocji krople łez. Zaciskając obie łapy w pięści, po raz pierwszy w życiu podkuliłem ogon pod siebie. Słysząc zbliżające się, delikatne kroki. Zacisnąłem kły i wziąłem głęboki wdech, spodziewając się jedynie najgorszego. Niedługo potem, ku mojemu zdziwieniu, Wadera ułożyła delikatnie łapy na moich policzkach, przeczesując nimi sierść. Nieoczekiwanie, chwyciła mnie za pysk przyciągając do siebie i składając na mych wargach długi, czuły pocałunek. Zaskoczony, natychmiast objąłem partnerkę w biodrach i przyciągnąłem do siebie. Keylin uśmiechnęła się delikatnie odsuwając swój pysk od mego.
(Salvatore) ~Najdroższa, ja.. ja myślałem, cholera! Po naszej wcześniejszej rozmowie, bałem się, że za to czego się dopuściłem bez konsultacji z Tobą i biorąc pod uwagę konsekwencje tego...
(Keylin) ~Kochanie, nie ukrywam tego, że bałam się o Ciebie. Wiedziałam jednak, że cokolwiek zdecydujesz, nie ważne czy będzie w tym mój udział czy też nie, to zawsze będzie to wybór, zapewniający nam wszystkim bezpieczeństwo. -Wadera spojrzała na mnie czule, łapą nadal pieszcząc prawy policzek.-
(Salvatore) ~Nie wiem, czym zasłużyłem sobie na Twoją sympatię, ale proszę spójrz na mnie choć przez chwilę jak ja wyglądam.. -Mruknąłem poirytowany przypominając sobie, co mówił Ulfric.- Ja jestem pieprzonym eksperymentem rozumiesz? Chorą wizją tych co spuścili na nas atomową zagładę. -Warknąłem do siebie, oblizałem nochal czując jak zacząłem obnażać kły w złości-
(Keylin) ~Kochanie, nie jesteś eksperymentem lecz wspaniałym jego wynikiem!. Nawet jeżeli urodziłeś się dzięki ludzkiej zawziętości to dlatego, że chcieli stworzyć coś wyjątkowego! To dzięki Tobie przeżyliśmy wielką czystkę, to dzięki Tobie radzimy sobie tak dobrze.. Nie jest dla mnie ważne jak wyglądasz, dla mnie jest ważne jak się czujesz, jakie masz pragnienia i jakie plany rozumiesz? Cokolwiek siedzi teraz w Twojej głowie musisz wiedzieć jedno, nie zostawię Cię samego. Skradłeś moje serce lata wcześniej, zanim dowiedzieliśmy się kim jesteś..
Westchnąłem spoglądając na Lykankę, przeczesałem łapą sierść na kufie, nie zdając sobie sprawy z tego ile drzemie w Niej wdzięczności i wsparcia. W mojej głowie zaczęły rodzić się wątpliwości, czy w ogóle zasługuję na kogoś tak wspaniałego jak Keylin i całą swoją drużynę, która regularnie naraża swoje życie dla kogoś takiego jak ja.. Z chwili zadumy wyrwały mnie dźwięki szamotaniny z miejsca w którym ostatnio zostawiłem Kharman'a i Say. Nie mając czasu na zastanawianie się, zacząłem działać i w pośpiechu chwyciłem swoją rozmówczynię za nadgarstek i pociągnąłem za sobą. Z oddali usłyszałem jak Seth wrzasnął "Dość tego pierdolenia". Podbiegając odrobinę bliżej, zobaczyłem jak Samiec pociągnął młodą Lykankę do siebie, odwrócił się do niej plecami i uderzył ją łokciem w pysk, ogłuszoną chwycił za kamizelkę, następnie za przedramię i przerzucił przez bark. Młoda upadając na ziemię z głośnym jęknięciem, straciła przytomność. Unosząc łapę w geście triumfu, skierował się do jednego ze swoich towarzyszy, który podrzucił mu strzelbę tłokową. Widząc co zamierza, przeprosiłem Keylin puszczając jej łapę, zerwałem się co sił w łapach zarysowując marmurową podłogę. "Seth!" Ryknąłem obnażając wściekle kły, widząc jak samiec przesuwa suwadło strzelby w tył, *trzask* metaliczne echo rozniosło się po tunelu. Biało-rudawy Lykanin gdy dobiegł do naszego wspólnego rywala, zatrzymał się kilka metrów od niego, tym samym wchodząc na linię strzału.
(Seth) ~Złaź mi z drogi, albo pożegnamy dzisiaj więcej niż jedno istnienie.. -Przesuwając suwadło strzelby w przód, uniósł ją na wysokość łba Lykanina który był moim przyjacielem.-
(Salvatore) ~Błąd. Dzisiaj zginie tylko jeden z nas.. i to będziesz Ty. -Mruknąłem zza pleców swojego towarzysza, wymijając go mimo sprzeciwów i zasłaniając własnym ciałem.-
Seth w panice cofnął się o kilka kroków. Wiedząc, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia, zmarszczył nos równocześnie z sierścią na karku i pociągnął za spust. Strzelba natychmiast przemówiła, wypluwając z siebie grad ołowianych kul które trafiły mnie prosto w ramie. Siła strzału zwróciła mnie lekko w bok i wytrąciła z równowagi. Stając ponownie przed rywalem, zaryczałem wściekle. Biorąc zamach lewą łapą, trafiłem w strzelbę, wybijając ją basiorowi z łap. Podchodząc o krok bliżej, spiąłem raptownie mięśnie słysząc dwa wystrzały padające nieopodal mnie. Głośne echo rozniosło się wzdłuż tuneli. Lykanin po chwili chwiania się na własnych łapach, padł na ziemię z przestrzelonymi kolanami.
(Seth) ~Aaaaa.. Arghhhh nosz.. kurwa.. -Jęcząc bez opamiętania, zaczął wić się na ziemi w spazmach bólu-
Kierując ucho wstronę z której dochodziły ciche stęknięcia, ujrzałem Sayenne, która podnosiła się z ziemi trzymając w łapie pistolet. Uśmiechnąłem się dyskretnie widząc podbiegającego Biało-rudego samca. Natychmiast pomógł wstać młodej waderze. Niedługo potem dołączyła do nas Keylin. Say, przecierając łapą zakrwawiony nos, lekko utykając podeszła do Seth'a. Nadeptując basiorowi na rozwalone kolano, odbezpieczyła pistolet i wymierzyła go prosto w kufę naszego wspólnego rywala.
(Sayenne) ~Ostatnie słowo śmieciu? -Mruknęła, ponownie przecierając spływającą krew-
(Seth) ~Wal się.. wszyscy się walcie -Wrzasnął z bólu, zaciskając łapy na ranach postrzałowych-
(Salvatore) ~Tak chcesz to zakończyć? . -Ułożyłem łapę na ramieniu towarzyszki, zaciskając ją delikatnie-
(Sayenne) ~ Nie, zdecydowanie nie w ten sposób. -Odpowiedziała zdecydowanie zabezpieczając swoją broń, którą trzymała w łapie, następnie włożyła do kabury- Niech zabiorą go i opatrzą. Gdy wyzdrowieje, osobiście wytoczysz mu proces a jego karą będzie wygnanie..
Spoglądając na Keylin, następnie na Kharman'a pytająco, czy mają jakiś sprzeciw, lub coś do dodania. Przeniosłem wzrok na młodą zwiadowczynię i przytaknąłem łbem, odpowiadając "Niechaj tak będzie". Kiedy chciałem odejść od przyjaciół i Ukochanej, poczułem mrowienie w uszkodzonym ramieniu, które ku naszemu zdziwieniu zaczęło się samoistnie zasklepiać, wypychając z wnętrza ciała kawałki ołowiu, które utknęły podczas postrzału. Spoglądając na siebie wzajemnie, doszliśmy do wniosku, że lepiej będzie złożyć wizytę u Armanii'ego.
czwartek, 26 października 2023
Od Salvatore - „To miał być rutynowy zwiad” cz. 1
Godzina 11:30 Przedpołudnie..
Unosząc lewą łapę w górę, starałem się zasłonić ślepia przed oślepiającym błyskiem. Ułamek sekundy później, nastąpił solidny wybuch, którego podmuch posłał mnie i Arona w przeciwległe strony oddzielając nas od siebie. Z ogromną siłą wbiło mojego towarzysza broni, w przednią szybę pomarańczowej taksówki. Natomiast mnie, zatrzymał bok szkolnego autobusu, który poprzez uderzenie, zgiął się jak kartka papieru i uniósł lekko z bocznych kół. Siedząc tak cholera wie jak długo, otworzyłem wolno ślepia oszołomiony. Potworny ból przeszył moje ciało, przy poruszeniu się. Jęknąłem przytłumionym głosem, chwytając łapą za zagłówek maski przeciwgazowej, zerwałem ją ze łba, unosząc do oczu. Skupiając wzrok, dostrzegłem około 3cm kawałek blachy, wystający ze szkiełka osłaniającego lewe oko, biorąc lekki zamach, rzuciłem maskę w bok obnażając kły z wściekłości.
~Ech.. kurwa, to już druga maska w tym miesiącu, Heruki mnie zabije.
Opierając się obiema łapami, po każdej ze stron, targnąłem obolałe cielsko z ziemi. Utykając zbliżyłem się do swojego karabinu, który leżał nieopodal. Nachylając się, chwyciłem za taśmę przypiętą do lufy i kolby, targnąłem karabin z ziemi, zarzucając sobie go na plecy. Ponownie zwracając się w stronę autobusu, ułożyłem łapę, odzianą w skórzaną rękawicę na lewym biodrze, odczepiając od paska licznik geigera, który ku mojemu zdziwieniu, nieprzyzwoicie milczał. Słysząc stukanie czegoś twardego o blachę, ściągnąłem karabin z ramienia, układając wolną łapę na chwycie pionowym pod lufą, przycisnąłem broń do barku. Ruszyłem utykając, w stronę źródła hałasu. Wychodząc ostrożnie zza rzędu pojazdów, moim ślepiom rzucił się widok towarzysza, leżącego bezwładnie na przedzie pomarańczowego samochodu. Nad nieruchomo leżącym wilkołakiem, stał potężny samiec szperacza, różniący się bardzo od osobników widywanych dotychczas. Muskularne ciało, okropnie poparzona i pomarszczona od promieniowania skóra, długie pożółkłe kły. Stwór ze wszystkich sił, starał się pazurami rozerwać kamizelkę, która skutecznie chroniła, górną partię ciała nieprzytomnego wilkora. Widząc zaistniałą sytuację, poczułem jak w moim ciele zaczyna budzić się szał. Mając wrażenie jakby czas zwolnił swój bieg, odciągnąłem zamek karabinu. Szperacz słysząc metaliczny dźwięk zamka uderzającego o korpus broni, skierował w moją stronę poszarpane uszy. Unosząc łeb widząc potencjalną zdobycz, zaryczał przeraźliwie. Marszcząc nos, zacząłem wrzeszczeć, dając upust skumulowanym emocjom. Unosząc swoją 416-tkę do oczu, skupiłem wzrok przez celownik holograficzny, jednocześnie naciskając na spust. Sekundę później, pierwszy pocisk opuścił lufę karabinu z prędkością 730m/s, gorąca łuska wyskoczyła z komory, opadając bezwładnie na ziemię. Rozpędzony pocisk trafił drapieżnika w szyję, niestety nie wyrządzając większych szkód. Widząc zerową reakcję ze strony potwora, desperacko zacisnąłem mocniej palucha na spuście, kolejne łuski zaczęły opuszczać komorę. Jedna po drugiej lądowały na ziemi, z metalicznym podźwiękiem odbijając się od kamiennego podłoża. Pociski opuszczające lufę karabinu, raz za razem trafiały mutanta, to w bark, ponownie w szyję, kilkukrotnie w bok. Bez skutku.
~Armanii, przyjacielu, wytrzymaj jeszcze trochę.
Warknąłem wściekle, wypuszczając karabin z łap, który zawisł swobodnie na ramieniu. Wolnym krokiem kierując się w stronę, nad wyraz potężnej istoty. Sięgając łapą za plecy, chwyciłem za broń zapasową i jednym szybkim ruchem, wyciągnąłem ją z kabury. Trzymając strzelbę za suwadło, szarpnąłem bronią w dół, odblokowując komorę. Szperacz nadal stojąc na pojeździe, zwrócił się w moją stronę. Z gardzieli potwora wydostał się ostrzegawczy pomruk. Wyciągając ze skórzanego bandoliera, pocisk cal.12 i ładując do komory mojego XM1014, szarpnąłem gnatem w górę przeładowując go, następnie, zerwałem się do przodu ile sił w łapach. Mutant zeskoczył z samochodu, gnając w moim kierunku. Po kilku ogromnych krokach, wybił się z zadnich łapsk, szybując prosto na mnie. Obserwując poczynania przeciwnika, szybko rzuciłem się na ziemię wykonując wślizg. Prostując łapę w której trzymałem strzelbę. Gdy łeb ogromnego samca, znalazł się tuż nade mną, pociągnąłem za spust posyłając w jego stronę, garść śrutu. Ułamek sekundy później, zwaliste cielsko runęło na glebę, a kawałki pyska i łba zaczęły spadać zaraz za truchłem, towarzyszyły im soczyste, a jednocześnie obrzydliwe odgłosy plaśnięć.
~Alpha six-nine'r do bazy, baza zgłoście się. Odbiór. -Mruknąłem do mikrofonu, przyciskając dwoma paluchami słuchawkę w prawym uchu, wstając obolały z ziemi, skierowałem się w stronę leżącego towarzysza.
-Tutaj dowództwo, dobrze Cię słyszeć Alpha. Jaki jest wasz status?
Podchodząc do leżącego wilkołaka, zacząłem dokładnie oglądać obszar, na którym się znajdował. Zastanawiając się, jak mogę pomóc przyjacielowi, zaszedłem pojazd od przodu, dostrzegłem zakrwawiony kawał plastikowego grilla pojazdu, który wystawał z łapy samca, na wysokości łydki. Wyciągnąłem z bocznej kieszeni wojskowych bojówek, sterylnie zapakowany bandaż i przykucnąłem szykując się, do usztywnienia ciała obcego. Gdy wszystko było gotowe, ostrożnie zsunąłem partnera z pojazdu, przekładając go sobie przez ramię, syknąłem głośno z bólu zaciskając mocno kły.
~Kawał ciężkiego sukinsyna z Ciebie -Wymamrotałem, układając łapę na udzie samca, tuż poniżej zadu.
~Potrzebuję wsparcia, Aron jest ciężko ranny. Potrzebujemy natychmiastowej pomocy medycznej, udostępniam swoje współrzędne, i przechodzę na ciszę radiową.
-Trzymaj się Alpha, właśnie wysyłamy po Ciebie.. *ksszzt*
Radio raptownie umilkło, zostawiając mnie ponownie sam na sam, z nieprzytomnym samcem pośród gruzowisk i zgliszczy. Stawiając ociężale jeden krok za drugim, mozolnie brnąłem przed siebie. Mijając kolejne, bujnie obrośnięte w gęstą roślinność budynki. Po kilkunastu minutach, wyczerpującego marszu, moje powieki same z siebie zaczęły opadać, a łapy odmawiać posłuszeństwa.
Zatrzymałem się raptownie, uszyska pokierowały moją kufę, w prawą stronę lokalizując źródło dźwięku. Na zniszczonej naczepie, 18-stokołowca wraz z ciągnikiem, dostrzegłem stworzenie, które obserwowało mnie uważnie. Płaski, szeroki łeb, ozdobiony był błoną na kształt wachlarza, które drżenie wydawało dźwięk brzmiące, jak radosny dziecięcy chichot, ciało smukłe i gibkie niczym u węża, całość spoczywała na dość długich, koślawych łapkach.
Zwracając się na wprost, do dziwacznego stworzenia, nachyliłem się ostrożnie przy pobliskim pojeździe, układając Armanii'ego tuż przy nim. Wiedząc, że w takim stanie nie mam najmniejszych szans, podejmować jakiejkolwiek walki, sięgnąłem do kamizelki towarzysza po iniektor z adrenaliną. W chwili, kiedy miałem złapać za przedmiot, wilkołak chwycił mnie za nadgarstek, z gardzieli samca wyrwało się warknięcie przepełnione goryczą.
~Zostaw to, ile nie śpisz? -Zapytał stanowczo, ton głosu był wyjątkowo szorstki-
~Co to ma za znacz...
~ILE?! -Wrzasnął, ściągając ze łba maskę przeciwgazową, przetarł rękawicą mokry od potu pysk-
~Ponad 4 doby, i co z tego? Rozejrzyj się... Ledwo stoję na łapach, przyjacielu. -Ułożyłem łapę na ramieniu wilkołaka, zacisnąłem ją lekko, spoglądając towarzyszowi w oczy- Armanii ja zdaję sobie sprawę z tego, że mogę nie przeżyć dodatkowej dawki bezsenności, ale jeśli mi tego nie dasz, to zginiemy oboje.
Samiec wypuścił z uścisku moją łapę, wyciągnął z kieszonki kamizelki iniektor. Patrząc na przedmiot, ścisnął go mocno w łapie, razem z nim, przymknął i zacisnął mocno ślepia. W malującym się na pysku wilkora, grymasie gniewu i bezradności, ukazał śnieżnobiałe kły, marszcząc wściekle pysk. Z zaciśniętych oczu popłynęły łzy. Kilka chwil później, rozluźnił uścisk na pojemniku i wysunął go w moim kierunku.
~Jeżeli coś Ci się stanie, do końca życia sobie tego nie wybaczę, mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.. -Wilkołak uniósł na mnie swoje przemęczone ślepia, wręczając mi adrenalinę-
~Nie zawiodę Cię, możesz być tego pewien.
-Odbierając od samca iniektor, zsunąłem z ramienia swojego XM1014 wraz z bandolierem, i wręczyłem oba przedmioty przyjacielowi. Odchodząc kilka kroków od towarzysza, zwróciłem się pyskiem w stronę zbierającej się grupy, wrogo nastawionych stworzeń. Trzymając adrenalinę w łapie, jednym szybkim ruchem, uderzyłem pomarańczową nasadą w udo, uwalniając płynną substancję do krwioobiegu. Odetchnąłem głęboko, czując jak błyskawicznie moje cielsko odzyskuje pełnię sił. Mrużąc ślepia, dostrzegłem zieloną kropkę błądzącą po naczepie osiemnastokołowca, na której stał jeden z gadów. Unosząc dwa paluchy ponownie do słuchawki, włączyłem radio, tym samym przerywając ciszę radiową. Zielona kropka, która spoczywała na stalowej budzie pojazdu, błyskawicznie poleciała ku górze i zatrzymała się na łbie potwora który bacznie mnie obserwował. Skierowałem jedno ucho w tył słysząc, dyskretnie stawiane na asfaltowej drodze wojskowe buty, szybko uniosłem lewą łapę w górę, była ona zaciśnięta w pięść, co oznaczało bezwzględne zatrzymanie się. Dźwięk kroków ustał raptownie. Prostując jednocześnie palec wskazujący wraz z serdecznym, wskazałem snajperowi cel znajdujący się na godzinie 11. Sekundę później rozległ się potężny huk, karabin zwiadowcy przemówił. Łeb stworzenia rozleciał się, jak nadgniła gruszka uderzająca o betonowy mór. Pozostałości cielska zsunęły się z naczepy. W następstwie tego czynu usłyszeliśmy dziki skowyt, odciągnąłem zamek w swojej 416-tce gotując się na to, co przygotował nam los. Widząc pierwszego nieprzyjaciela a za nim kolejnych, przeskakujących przez blokadę, krzyknąłem do Bravo.
~Otworzyć ogień! Za wszelką cenę chronić sanitariuszy!
Karabiny zaterkotały, w odpowiedzi na ofensywę. Przez krótką chwilę, jakże naiwnie wydawało się nam, że jesteśmy w stanie utrzymać pozycję, bez jakichkolwiek strat. Niestety sytuacja, błyskawicznie zaczęła się zmieniać przez kończącą się amunicję. Z broni palnej, szybko zaczęliśmy przechodzić na władanie bronią białą. Sayenne obserwując intensywne starcie, przez lunetę swojego karabinu snajperskiego z dachu bloku mieszkalnego, poinformowała o znajdującej się nieopodal, jakieś 150 metrów, cysternie wypełnionej materiałami łatwopalnymi. Stalowa buda nie posiada wizualnych uszkodzeń, jedynie powierzchniowe ślady nadgryzień zębem czasu. Więc jeśli mamy działać to właśnie teraz, póki nie jest za późno. Przenosząc ponownie optykę karabinu na mnie, dwukrotnie mrugnęła zielonym laserem czekając na moją odpowiedź. Odetchnąłem głęboko, by następnym co usłyszeć było, jak jeden z sanitariuszy krzyczy o zabezpieczonej przesyłce. Nie mając czasu na zastanawianie się, uniosłem łapę wskazując dla Sayenne siebie, i pobiegłem w stronę Maveric'a który był grenadierem w drużynie. Zbliżając się do samca, szybko uniosłem karabin do oczu i po błyskawicznym wycelowaniu, wystrzeliłem kilka pocisków w nacierające stwory. Kilka z nich padło od strzału w głowę, reszta rozproszyła się. Zabiegając samcu drogę, z wymalowanym na pysku grymasem niezadowolenia, wspomniałem o m320-tce i poprowadzeniu wraz z Sayenne ognia osłonowego, bym mógł przedostać się do zapory. Maveric przytaknął, wsuwając mi w łapy granatnik i kilka pocisków. Gdy miałem odbiec, samiec chwycił mnie za bark i krzyknął bym na siebie uważał, uśmiechnąłem się szyderczo i klepnąłem przyjaciela w ramię. Odbiegłem w stronę zapory.
~Alpha six-nine'r do Bravo 1 nastąpiła nieoczekiwana zmiana planów..
~Sayenne i Maveric osłaniać mnie, a cała reszta wycofać się!
Maveric wspinając się na rozbity samochód terenowy, zaczął prowadzić pojedynczy, bardzo celny ogień osłonowy wybierając jedynie cele zagrażające wyłącznie mojej pozycji. Sam dobyłem z kabury na podudziu berette m9 i biegnąc ile sił w łapach, zacząłem mierzyć i strzelać w nadbiegające stworzenia. Po kilku chwilach, udało mi się z pomocą przyjaciół utorować drogę do barykady, w kilku susach wdrapałem się na białą naczepę i natychmiast zacząłem rozglądać się za wspomnianą cysterną, gdy w końcu ją zlokalizowałem, uśmiechnąłem się.
~Sayenne, osłaniaj teraz Maveric'a, macie bezpiecznie wrócić do metra to jest mój ostatni rozkaz. Powodzenia.
Wyłączyłem radio, chwyciłem w łapę pocisk i załadowałem go do tuby, jednym ruchem zatrzasnąłem granatnik i wycelowałem w stronę pojazdu. Czując jak po policzku zaczyna spływać mi łza, zamknąłem ślepia naciskając na spust. Granatnik wyrzucił z siebie pocisk z głośnym świstem. Chwilę później na ulicy rozbrzmiała gigantyczna eksplozja, jej blask rozjaśnił na kilka sekund wieczorne niebo. Ogień wraz z falą uderzeniową, zmiatało wszystko co stało jej na drodze. Czując na pysku szybko narastające ciepło, zaciągnąłem się po raz ostatni, post-apokaliptycznym powietrzem nim żar pochłonął również mnie.
Cdn.
środa, 4 października 2023
Od Salvatore - „Zupełnie nowy świat”
"Zima 2023 roku. Świat padł ofiarą globalnej wojny nuklearnej. Ludzie desperacko podjęli się próby zniszczenia wirusa Lycanthropii, znanego jako (Lycaios). Broni biologicznej, która miała przynieść im nieograniczoną potęgę i władzę. Przyświecała im, idea stworzenia armii wiernych, posłusznych i gotowych na każde poświęcenie żołnierzy. Od psowatych, poprzez wilki, a kończąc na wilkołakach. Niestety na wskutek ucieczki, TS-001 ludzie zaczęli zmagać się, z potężnymi komplikacjami. Wirus Lycaios, nie mając dostępu, do jedynego organizmu będącego w stanie go kontrolować, zaczął mutować w zastraszającym tempie. Niekontrolowany przyrost mutagenu, zmusił naukowców do podjęcia, najgorszej, możliwej w tamtej chwili decyzji. Podania wirusa, schwytanym wilkom i wilkołakom. Ich sen o potężnej broni, szybko przerodził się w koszmar. Wirus natychmiast atakował mózg nosiciela, czyniąc z niego istotę, bezrozumną i bezmyślną maszynę do zabijania, którą kierowały jedynie pierwotne instynkty. Wirus Lycanthropii jeszcze tego samego dnia, wydostał się z placówki badawczej, siejąc spustoszenie wśród naszego szlachetnego gatunku. Po kilkunastu miesiącach, ci którym w jakiś sposób udało się przetrwać, postanowili walczyć. Zmagania te początkowo były skazane na porażkę, ponieważ nikt nie wiedział, z czym mają do czynienia. Do czasu, aż pewien osobnik nie został wysłany, na niebezpieczną misję pozyskania informacji o wirusie. Do miejsca jego narodzin. Po kilku długich tygodniach, owy śmiałek, zwycięsko choć ciężko ranny, powrócił z więcej niż potrzebnymi danymi by przechylić szalę porażki na stronę zwycięstwa, musieli tylko skierować bezmyślne bestie na terytorium ich stwórców. Tamtego feralnego dnia, Lykanin o czarnej jak heban sierści, stanął na czele ogromnej grupy kierującej atakiem na jedno z większych miast. Ofensywa szła wyjątkowo dobrze, żołnierze zawzięcie broniący miasta, po kilkugodzinnej walce zaczęli słabnąć. Wielka brama zwycięstwa, zaczęła się szeroko otwierać przed najeźdźcami. Niestety wszystko zaczęło się zmieniać, gdy na ulicach miasta nie rozległ się długi, nieprzerwany alarm, Czarny uniósł łeb w górę, i z przerażeniem w ślepiach, dostrzegł głowice nuklearne, wystrzelone we wszystkich kierunkach. Chwilę później, zaczęły następować eksplozje i oślepiające rozbłyski. Obnażając z wściekłości, jak i bezsilności kły, wrzasnął w stronę swojej drużyny, każąc natychmiast zawrócić i skierować się do pobliskiego budynku. Wbiegając w masywne drzwi, wraz z innymi wilkołakami otworzyli je, przepuszczając resztę drużyny do środka. Zatrzaskując potężne wrota za sobą. Biegnąc ile sił w łapach przed siebie, skierowali się wzdłuż schodów na niższe kondygnację, zeskakując czasami po kilkanaście stopni, by oddalić się jak najbardziej od wybuchów, które stawały się ku przerażeniu drużyny, bardziej wyraźne. Po ostatniej eksplozji nastała ciemność i przytłaczająca cisza.
Jest rok 2038.. piętnaście lat po potężnej nuklearnej wojnie. Stary dotychczas znany wszystkim świat, przestał istnieć. Miasto o które toczyliśmy swój ostatni, zaciekły bój, obróciło się w perzynę. Niegdyś majestatyczne centra handlowe, jak i zapierające dech w piersi drapacze chmur, nie przypominały już tego czym były za czasów swojej świetności. Zostały jedynie zgliszcza i gruzowiska, a w powietrzu unosiło się przytłaczające uczucie, czyjejś obecności. Gatunek ludzki, został niemal całkowicie unicestwiony, bądź resztka ocalałych, ukryła się głęboko pod powierzchnią ziemi. Powietrze w dużej części nadal jest skażone, a poziom promieniowania ziemi oraz wody, przekracza wielokrotnie dawkę śmiertelną, którą może przyjąć człowiek, lub inne żyjące dotąd stworzenie. Wiele dawniej żyjących gatunków zwierząt, wyginęło podczas wojny. Te którym udało się cudem przeżyć, zmutowały będąc wystawionymi na długotrwałe działanie promieniowania. Mimo tych groźnych i niesprzyjających zwykłemu śmiertelnikowi warunków, rozwinęło się tutaj mnóstwo nowych, świetnie przystosowanych do życia w tym nowym ekosystemie organizmów. My też przetrwaliśmy próbę czasu, zmuszeni do życia w metrze, rozwinęliśmy się, Metro stało się naszym azylem, naszym domem. Wykorzystując technologię dawnego świata, wytworzyliśmy najpotrzebniejsze rzeczy. Dzięki hydroponice która doprowadza wodę, do systemów nawadniających możemy hodować rośliny, dzięki panelom fotowoltaicznym i generatorom, mamy elektryczność, dzięki której mogliśmy wybudować ogrodzenia i bezpiecznie hodować trzodę oraz mniejsze ptactwo wraz z gryzoniami. Oczywiście wraz z rozwojem technologicznym, i otwartemu konfliktowi z gatunkiem ludzkim, zmuszeni zostaliśmy nauczyć posługiwać się ich uzbrojeniem, co skutecznie pozwoliło nam bronić się, przed niebezpieczeństwami nowego świata takimi jak: Wartownicy, szperacze czy ghule. Ja jestem Salvatore, znany również jako TS-001. -Ściągając ze łba, modyfikowaną maskę przeciwgazową, zacisnąłem mocniej skórzaną rękawicę na gumowej owijce, rękojeści swojego HK-416 układając lufę karabinu na swoim ramieniu. A to jest historia Moja i mojego Oddziału..
poniedziałek, 25 września 2023
Od Salvatore - „Moja historia” cz. 6
Wychodząc z groty przywódczyni, dotknąłem łapą ramienia jednego z wilkołaków stojącego na warcie, pytając o drogę do najbliższego rusznikarza. Samiec chętnie i bardzo dokładnie opisał drogę do swojego przyjaciela, który tworzy najlepszą broń białą w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od obozu. Skłoniłem się subtelnie w geście podziękowania i ruszyłem w wyznaczonym kierunku. Po kilku minutach intensywnego marszu doszedłem do miejsca znacznie odróżniającego się od gród i jaskiń, jakie widziałem bądź zwiedziłem od czasu pojawienia się na tych terenach. Moim oczom ukazał się dość spory budynek z drewna i kamienia, tuż obok stał ogromny piec wraz z kołem szlifierskim i stołem przeznaczonym do modyfikowania uzbrojenia. Przyglądając się uważnie w stronę pieca, dostrzegłem odrobinę żarzącego się węgla, co natychmiast nasunęło mi myśl o rzeczy jawnie oczywistej, właściciel owego domostwa z pewnością nie śpi.
Stając u progu domostwa, uniosłem łapę na wysokości ramion, by zapukać w drewniane drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu drzwi uchyliły się same zapraszając do środka. Wchodząc, następnie zamykając drzwi za sobą rozejrzałem się po pomieszczeniu.. Jako pierwszy zauważyłem kominek tlący się delikatnie, swym subtelnym płomieniem otulał wnętrze domostwa niczym wschodzące słońce rozświetlające ciemny po nocy las. Nad kominkiem wisiała głowa dorosłego jelenia, poroże zdobiące łeb zapierało dech w piersi. Opuszczając wzrok w dół ujrzałem coś co skutecznie przeniosło mnie pamięcią do czasów gdy byłem jeszcze uczniem Maveric'a, podchodząc kilka kroków i przykucając na jedno kolano, wyciągnąłem łapę i ułożyłem ją na delikatnym dywanie z niedźwiedziej skóry, błądząc paluchami w różnych kierunkach, sierść rozchodziła się niczym zielona wiosenna trawa smagana porannymi porywami wiatru..
~Salvatore.. Jakże się cieszę mogą poznać Cię osobiście!!. -Wykrzyczał entuzjastycznie, gdy tylko dostrzegł mnie w swoim salonie. Rosły wilkołak o sierści ciemno-brązowej i mocno wyróżniającymi się lazurowymi ślepiami podszedł do mnie układając jedną łapę na mym lewym ramieniu a drugą wyciągnąwszy przed siebie, oczekiwał na podanie łapy przeze mnie w geście powitania.
~Jestem Heruki, dla przyjaciół Heru. -Uśmiechając się ciepło do Hera, uścisnąłem jego łapę. Uścisk był mocny i porządny.
~Synu proszę powiedz mi.. Jesteś Lykaninem prawda?. Jak to się stało, że nie stałeś się zatraconym? -Wilkołak bacznie wodził wzrokiem po moim cielsku, lustrował wzrokiem każdą ranę i bliznę.
~Zatraconym? -Wyszeptałem a kąciki pyska zadrżały. Samiec zaczął dokładnie opisywać mi znaczenie "Zatracony" Wskazując łapą bym szedł za nim, wspomniał, iż owym potworem może stać się ktoś zarażony wirusem Lycantrophi. Głównym celem wtedy staje się mózg nieszczęśnika. Pierwszym objawem jest utrata siebie, ofiara wirusa traci osobowość, jak i wspomnienia. Zapomina przyjaciół, partnerów, członków rodziny... zaczyna kierować nimi rządza mordu i łaknienie krwi, generalnie nie liczy się wtedy nic, poza pierwotnymi instynktami. Samiec zacisnął obie łapy w pięści opowiadając o tym jak w taki właśnie sposób stracił Ukochaną i dwójkę wspaniałych synów. Strzygnąłem uszami słysząc dźwięk kropel roztrzaskujących się o drewnianą podłogę, gdy woń brunatnej posoki odnalazła wrota do mych nozdrzy, ułożyłem lewą łapę na barku samca, zaciskając ją delikatnie. Uszyska wilkołaka ułożyły się wzdłuż brązowej kufy a zaciśnięte łapy rozluźniły się. Zerkając na mnie, rosły łak odetchnął a na jego pysku zarysował się cień uśmiechu. Stojąc naprzeciw tajemniczego pomieszczenia, samiec uderzył łapskami w podwójne drewniane drzwi, Heruki w ten sposób zachęcił zmęczone starością stalowe zawiasy do śpiewu. Skrzypienie zardzewiałego mechanizmu rozniosło się echem po korytarzu. Rozpostarte na oścież drzwi ujawniły moim ślepiom uzbrojenie wszelkiej maści. Od małych, choć bardzo zręcznych sztyletów, po toporki. Od broni miotanej, przez sieczną, a na obuchowej kończąc. Heru widząc moją reakcję uśmiechnął się szczerze.
~Zaczekaj tutaj na mnie proszę, mam coś dla Ciebie, Przywódczyni dała mi zlecenie na wykonanie czegoś wyjątkowego, dodatkowo pozwoliła by pokierowała mną wyobraźnia. -Wypowiadając swoją sentencję, wilkołak zwrócił się w przeciwną do mnie stronę znikając na chwilę w czeluściach pomieszczenia..
~Heruki daj spokój, niepotrzebnie się fatygujesz. -Wymamrotałem w kierunku gdzie jeszcze przed sekundą stał gospodarz. Po krótkiej nieobecności wilkołak o lazurowych ślepiach zatrzymał się przede mną. W łapach trzymał łuk o pięknych krągłych kształtach, oba końce były złączone skośnie plecioną cięciwą o kremowej barwie. Jedna strona łuku miała na sobie wyryty symbol wilka wyjącego do księżyca, natomiast z drugiej strony wyryte były litery Ssn (Salvatore syn nocy). Odbierając łuk z łap Hera, wygodnie ułożyłem łapę na rękojeści naciągając cięciwę, przedmiot wydał charakterystyczny dźwięk, który okazał się muzyką dla moich uszu. Samiec widząc mój zachwyt odsunął się o krok w tył dając mi tym samym więcej miejsca na testy i zaczął opowiadać o efekcie swojej pracy. Jest to łuk refleksyjny wykonany z bardzo rzadkich materiałów, do których użyłem między innymi drewna dymondwood oraz klonu połączonego z czarnym włóknem szklanym. Długość całkowita łuku wynosi 160 cm, cięciwa flamandzka, która wykonana jest z nici dyneema, siła naciągu cięciwy sięga aż 65 kg. Posiada również podstawkę pod strzałę dla lepszego komfortu użytkowania.
~Jest wspaniały. -Samiec przepraszając za wejście mi w wypowiedź poprosił mnie o chwilę uwagi, zwracając się w jego stronę, ujrzałem trzymany w łapie skórzany kołczan. Wyciągając jedną strzałę z wnętrza, umieściłem ją na podstawce łapiąc końcówkę między palec serdeczny a wskazujący, naciągając cięciwę. Gospodarz wznowił opowiadanie. Karbowana strzała, grot stalowy przekuwany trzykrotnie dla uzyskania lepszego efektu trwałości. Końcówka zakończona oczywiście naturalnym piórem. Podchodząc do mnie, przełożył mi kołczan przez ramię.
~Heru nie zmuszaj mnie bym powiedział dziękuję.. To byłaby kpina z mojej strony za tak wspaniale wykonaną robotę. -Obserwując samca, wyciągnąłem lekko zgiętą w łokciu łapę, gdy tylko basior o brązowej sierści chwycił ją mocno w swoją i zacisnął, zmarszczyłem nos, obnażyłem białe kły jeżąc jednocześnie sierść na karku, z gardzieli wyrwało się głośne warknięcie. Poprzysiągłem, że pomszczę jego Partnerkę i synów. Czułem, że tego właśnie potrzebuje zagubiony rusznikarz... Zapewnienia, że dusze jego najbliższych wkrótce zaznają spokoju. Następnie wybiję do nogi każdego sukinsyna, który przyłożył się do stworzenia tego wirusa. Uchylając z szacunkiem łeb ku dołowi, odwróciłem się i wolnym krokiem ruszyłem w stronę górnego poziomu domostwa.
~Trafię do wyjścia. I Heruki dbaj o siebie przyjacielu. -Wyszeptałem, by po chwili w kilku susach znaleźć się na szczycie schodów, i szybszym marszem udać się w stronę wyjścia. Otwierając drzwi ujrzałem Keylin w towarzystwie Arona, który miał przez ramię przełożoną średniej wielkości materiałową torbę, czekał spokojnie na dalsze instrukcje. Wychodząc z posiadłości, zapytałem towarzysza czy został poinformowany o naszym dodatkowym i jak dla mnie najważniejszym celu podróży. Mistrz medyków, podchodząc do mnie przytaknął, zacierając łapska. Samiec wydawał się nad wyraz podekscytowany wyprawą. Kilka chwil później, w raz z delikatnym podmuchem wiatru, poruszając nozdrzami wychwyciłem kilka bardzo delikatnych zapachów. Dzięki zaostrzonym zmysłom, natychmiast zlokalizowałem źródło. Kierując się ostrożnie w stronę pobliskiego drzewa, spoglądając w górę, dostrzegłem sylwetkę zakradającej się postaci. Tajemniczy osobnik widząc mnie, niemal bezszelestnie zawisł na gałęzi, po czym zeskoczył na ziemię. Temu czynowi towarzyszyło ukazanie się zza drzewa dwóch następnych wilkołaków. Keylin zwrócona lekko w prawą stronę, natomiast Aron w przeciwną, bacznie obserwowali pobliskie krzaki podchodząc do mnie. Gdy tylko moi towarzysze dołączyli, z owych krzaków wyłoniły się cztery wilki. Każdy z osobników nosił na sobie ślady zaciętej walki. Blizny na pyskach, łapach, grzbiecie. Mrużąc ślepia, przeniosłem wzrok na wilkora, który szedł w moją stronę.
~Masz szczęście, że znajdujemy się na terenie obozu, a ja nie dobyłem broni. Inaczej byłbyś martwy. -Warknąłem pod nosem, uważnie obserwując samca, który stanął naprzeciw mnie. Uśmiechając się dystyngowanie.
~Wybacz czarny. Nazywam się Marcus, i jestem głównodowodzącym zespołem tropicieli. Na polecenie Emerald, mamy pomóc wam w dotarciu do ojczystych ziem, oczywiście z dalszą częścią zadania również pomożemy jeżeli będziecie chcieli.
-Wilkołak unosząc łapę, wyciągniętym w górę palcem wskazującym, zarysował w powietrzu mały okrąg. Obecni członkowie zespołu przegrupowali się, ruszając żwawym krokiem przed siebie. Westchnąłem cicho, delikatnie kręcąc kufą na boki. Podchodząc do Keylin, poprawiłem kołczan spoczywający na ramieniu. Ułożywszy łapę na lewym biodrze samicy, skinąłem łbem w stronę tropicieli. Ruszyliśmy tam skąd przybyliśmy...
C.D.N
piątek, 15 września 2023
Od Salvatore - „Moja historia” cz. 5
Armanii podnosząc się z ziemi poklepał łapą moje prawe udo i ruszył w stronę wyjścia w którym minął się z kimś bardzo dobrze mi znanym... Odprowadzając Samca wzrokiem rozpoznałem stojącą w progu Keylin pod postacią Lykanki? ~Bez jaj.. -Mruknąłem pod nosem wlepiając wzrok przed siebie czując jak sierść na karku zaczyna stawać mi dęba, narastająca wściekłość kroczyła wzdłuż kręgosłupa aż do nasady ogona. Westchnąłem po chwili przypominając sobie jak opowiadała Emerald to jakby przeciętna Wadera dałaby radę donieść tutaj moje tak osłabione cielsko? Opierając łapy na legowisku zwiesiłem łeb bijąc się z własnymi myślami... z jednej strony miałem do czynienia ze zdradą i śmiercią a z drugiej odczuwałem brak najdroższej mojemu sercu przyjaciółki.. ~Keyli.. ~Salvato... -Podchodząc bardzo ostrożnie w moją stronę przyciskając łapy do piersi wyszeptała moje imię w tej samej chwili w której ja zacząłem robić dokładnie to samo z imieniem Lykanki.. Gdy zbliżyła się o jeszcze kilka kroków dojrzałem spływającą po jej prawym policzku łzę, powieki były mocno zaciśnięte. Serce waliło samicy jak szalone, ciało drżało. Była aż tak poddenerwowana spotkaniem ze mną? Coś właśnie wtedy we mnie pękło.. uświadomiłem sobie, że dzięki niej żyje. Gdybyś chciała mojej śmierci to nie pomogłabyś mi prawda? Pytając samego siebie wstałem z posłania i podszedłem do Lykanki układając jedną łapę na jej ramieniu a drugą otarłem spływające łzy z policzka. Zbliżając pysk do kufy Key, złożyłem czuły pocałunek na czole przyjaciółki by następnie mocno ją do siebie przytulić..
~Keylin.. przepraszam.. proszę wybacz mi to jakim zimnym do szpiku kości draniem w stosunku do Ciebie byłem..
Samica nie wypowiadając żadnego słowa, upuściła skórzaną torbę z asortymentem Armanii'ego na ziemię i ku mojemu zdziwieniu wtuliła się we mnie. Całkowicie oddała się chwili. Głośny szloch zaczął zamieniać się w spokojny oddech, serce spowolniło swoją pracę zmieniając się w hipnotyzujący, zrelaksowany rytm.. drżące ciało uspokoiło się. Subtelny uśmiech pojawił się na moim pysku czując tak niesamowitą zmianę.. Układając ostrożnie obie łapy na talii Samicy, wsuwając swojego nochala pod brodę Key uniosłem pysk lekko ku górze by móc spojrzeć Jej w oczy. Na pysku Lykanki niemal natychmiast pojawił się rumieniec, kładąc uszy wzdłuż łba wymruczała cicho..
~A Ty będziesz w stanie wybaczyć mi to... co ja uczyniłam? Tobie.. twoim bliskim..
Oczy Samicy ponownie naszły łzami, błyszczały niczym tafla wody która odbijała nocne promienie księżyca w pełni.. Nie chcąc przerywać tak wyjątkowej chwili jakimikolwiek słowami, przymknąłem ślepia i zbliżając swój pysk do pyska Samicy, złożyłem na nim czuły pocałunek... ~Oh?! -Jęknęła zaskoczona. Zaciskając mocniej ślepia po chwili oddając pocałunek. Machnąłem mocno matowym ogonem na boki zdradzając się przed Samicą jak bardzo brakowało mi jej osoby. ~Salvatore.. wybacz.. chciałabym, ale niestety nie po to tutaj jestem.. -Lykanka wyszeptała wolno odsuwając swój pysk od mojego, uszyska mając przyklejone wręcz do kufy, ułożyła prawą łapę na lewym boku mojej szyi spoglądając na leżącą na ziemi skórzaną torbę.. ~Jasne rozumiem, przyszłaś zająć się moimi ranami... -Uśmiechając się delikatnie do przyjaciółki, nachyliłem się i podniosłem torbę z medykamentami które przygotował Armanii. Wystawiając łapę przed siebie, wskazałem Key miejsce gdzie wygodnie będzie wykonać powierzone jej zadanie. Siadając swobodnie na kamiennym posłaniu, ułożyłem torbę obok siebie i zacząłem spokojnie rozwijać opatrunki które miałem na sobie, Keylin w tym czasie zajęła się szykowaniem świeżych. Jakiś czas później samica stanęła za moimi plecami, w łapach rozcierała bezbarwną maść od której odchodził bardzo relaksujący zapach rumianku.. czując delikatny dotyk Lykanki przymknąłem ślepia. Otwierając oczy chwilę później, ujrzałem przed sobą ciemność.. stałem w wodzie po kostki pośrodku niczego.. żadnego dźwięku, żadnego ruchu. Ruszyłem wolno przed siebie. Stawiając czujnie za sobą kilka kroków, dostrzegłem malutką wysepkę w którą wbita była włócznia. Podchodząc bliżej zdałem sobie sprawę z tego, iż jest to ta sama włócznia którą pozbawiłem życia samego Ulfric'a... Podchodząc bliżej, uniosłem łapę i chwytając za trzon wyciągnąłem ją z ziemi. Przeciągając wolną łapą wzdłuż broni uśmiechnąłem się szelmowsko czując jak wygodnie leży w chwycie.. zwracając nadgarstek w prawą stronę zacząłem wykonywać wprawne obroty owym przedmiotem. Kilka próbnych machnięć w lewo, następnie w prawo. ~Jest doskonała.. -Wyszeptałem układając włócznie na obu łapach zaczynając podziwiać jej każdy cal. Strzygnąłem uchem słysząc wyraźne kroki, z każdą sekundą były coraz bliżej mnie... chwytając broń w prawą łapę schowałem ją za plecami równając włócznię ze swoim przedramieniem. Wilki... zaczęły pojawiać się znikąd, okrążając mnie z każdej strony, wolnym krokiem z każdą sekundą zmniejszały dzielący nas dystans. Jeżąc sierść na karku nie miałem zamiaru czekać... Musiałem uderzyć.. Uginając lekko dolne łapska w kolanach podskoczyłem, szybując kilka metrów w górę, wykonując w powietrzu obrót w przód chwyciłem za koniec broni. Gdy zbliżając się do wody przy opadaniu, zamachnąłem się łapskami w dół na tyle ile mogłem najmocniej, uderzyłem włócznią na płasko w taflę wody co spowodowało ogromny wstrząs. Powstająca fala wyrzuciła w powietrze kilka niczego nie spodziewających się osobników. Nie tracąc czasu poprawiłem chwyt na broni i cisnąłem nią w nieszczęśnika który był najwyżej w powietrzu. Podbiegając do wilka który wolno podnosił się z upadku, wskoczyłem mu na bark i jednym zwinnym susem odbiłem się ponownie szybując w powietrze, pechowca pod wpływem swojej masy ponownie posyłając do parteru. Będąc w powietrzu wykonałem beczkę z obrotem by ułożyć się w pozycji nożyc, zbliżając się wystarczająco blisko do basiora odchyliłem prawą dolną łapę mocno do tyłu i wykonałem cios. Kończyna na wysokości piszczeli trafiła samca prosto w kark przerywając rdzeń... bez ducha runął w dół. Lądując na podłożu pokrytym wodą, chwyciłem za włócznie. Wyciągając ją z truchła poległego osobnika, zamachnąwszy się nią mocno nad łbem i drastycznie obniżając trajektorię lotu ostrza, podciąłem wilka który biegł w moją stronę. Marszcząc wściekle nos ponownie zakręciłem bronią w kierunku upadającego basiora... pierwszy cios, drugi, trzeci... Odrzucając broń w bok doskoczyłem do ledwo żywego przeciwnika. Zaciskając łapę w pięść wykonałem miażdżące uderzenie w kręgosłup, które było tak silne, że cielsko dogorywającego osobnika odbiło się od tafli wody umożliwiając mi złapanie go w powietrzu. Trzymając basiora za gardziel przeniosłem swój wzrok na lekko trzęsącą się lewą łapę... Jednym szybkim ruchem tak jak to uczynił Ulf wbiłem łapę w klatkę piersiową przełamując żebra. Chwytając za serce wyrwałem je słysząc specyficzne mlaśnięcie, czując przy tym dziką rządzę i satysfakcję.. ~Salvatore? Sal? stało się coś..? Odpowiedz mi proszę.. Ocknąłem się raptownie, otwierając szeroko ślepia dostrzegłem Keylin. Lykanka klęczała na przeciw mnie, z troską w oczach gładziła swoją delikatną łapą mój pysk.. ~Powiedz mi proszę co widziałeś, wyglądałeś jakbyś był w transie.. -Wyszeptała skupiwszy całą uwagę na mnie. ~Keylin, włócznia która została na polu bitwy... -Spojrzałem na przyjaciółkę i zacząłem opowiadać co zobaczyłem, krok po kroku i ze starannością by nie pominąć najmniejszego detalu. Gdy skończyłem opowiadać, samica zajęła wygodnie miejsce u mojego boku. Chwyciła moją łapę w swoją i zacisnęła, czule i głęboko spoglądając mi w przejęte ślepia.. ~Chcesz iść ze mną prawda? Oczywiście, że nie dasz mi załatwić tego w pojedynkę.. -Wymamrotałem przewracając ślepiami.. ~Jestem Tobie to winna Sal.. koniec dyskusji. -Wyszeptała poruszając lekko ogonem na boki.. ~Jesteś mi to winn... ?! -Nie byłem w stanie dokończyć swojej wypowiedzi gdyż poczułem jak delikatne wargi Lykanki dotykają mojego pyska.. mimowolnie uszyska stanęły na sztorc a ogon zjeżył się, przez całą długość kręgosłupa przeszedł mnie błogi dreszcz.. ~Za co to? -Mruknąłem otulając pysk ozorem, spoglądając na samicę, zacząłem odczuwać drastycznie narastające pożądanie w stosunku do niej.. Obnażając kły w szelmowskim uśmiechu, ułożyłem łapę na udzie Key. Zbliżając kufę do jej ucha wyszeptałem, że pragnę ją tutaj i teraz... W odpowiedzi Key złapała mnie za pysk i zaśmiała się uroczo. ~Głupku przestań.. jesteś niemożliwy, ale muszę przyznać że kusząca propozycja i potrafisz wyczuć moment. Jednak Emerald prosiła byś wpadł. Armanii ma do Ciebie sprawę.. -Zamknąłem ślepia biorąc głęboki wdech, pokiwałem potwierdzająco łbem. Wstając z legowiska ucałowałem przyjaciółkę w czoło i udałem się by opuścić grotę... sfrustrowany rozłożyłem łapy na boki dociskając pazury do ścian, wychodząc z wnętrza pozostawiłem po sobie głębokie rysy.. ~Niszcząc mi taką noc Aron.. mam nadzieję, że sprawa będzie w ogóle warta świeczki.. bo jeżeli nie. -Warknąłem pod nosem zaciskając mocno łapę w pięść. Ruszyłem w stronę jaskini gdzie przebywała Przywódczyni wraz z kilkoma osobnikami. Zmniejszając dystans do straży usłyszałem jak przywódczyni kłóci się z Aronem na temat wyjątkowo niebezpiecznej wyprawy? Skinąłem łbem do wartownika, który natychmiastowo odsunął się na bok przepuszczając mnie przez wejście. Wchodząc do środka, rozejrzałem się po zebranych wolnym krokiem podchodząc do bardzo starannie wystruganego okrągłego blatu stołu. ~Witajcie. W czym mogę wam pomóc? -Mruknąłem oczekując wyjaśnień owego spotkania.. ~Salvatore... -Emerald uniosła się ze swojego siedziska, podchodząc do stołu na którym rozłożyła dość sporą mapę pobliskiego terenu. Wskazując palcami na poszczególne miejsca wyjaśniając, iż chodzi o wyjątkowo wzmocnioną aktywność ludzi... przenosząc palce na odleglejszy punkt na mapie zaznaczyła placówkę badawczą która jest oddalona o 3 dni marszu na południe, dodatkowo może być źródłem owej aktywności. Dodatkowo wspomniała o zaginionym łączniku który miał na polecenie Arona wykraść pewien przedmiot, niestety od kilku dni nie byli w stanie się z nim skontaktować. Przywódczyni wskazując łapą na zebranych osobników w jaskini wyjaśniła, że zostanie przydzielony mi zespół tropiący który doskonale orientuje się w terenie by bezpiecznie doprowadzić nas w pobliże placówki. Pokręciłem łbem nie zgadzając się z propozycją Emerald, tłumacząc iż potrzebuję do tego zadania kogoś komu ufam.. bez wahania wspomniałem o Keylin. Unosząc jedną brew ku górze i krzyżując łapy na torsie spojrzałem na mistrza medyków dając tym samym do zrozumienia, że będzie niezwykle cennym sojusznikiem podczas tej wyprawy.. ku mojemu zdziwieniu Aron zwrócił się w stronę przywódczyni czekając na wydanie decyzji. Emerald westchnęła spoglądając na mnie wzrokiem poważnym jakiego nie widziałem od czasu kiedy tutaj jestem, wspominając, że teraz los jej najlepszego i najbardziej zaufanego medyka będzie spoczywał na moich barkach. Układając łapę na lewej piersi skłoniłem się, zapewniając że dołożę wszelkich starań by wrócił cały i zdrowy, wraz z informacjami jakich oczekują od wielu dób. Samica przytaknęła łbem, machnęła łapą w geście rozejścia się skoro wszystko zostało dogadane. Zwracając się w stronę wilkołaka powiedziałem by wrócił do siebie i zabrał ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszamy nim wzejdzie słońce, następnie kazałem posłać po Keylin.
C.D.N
niedziela, 3 września 2023
Od Salvatore - „Moja historia” cz. 4
Leżąc na kamiennym łożu oparłem łapę na kamiennej ścianie targnąłem obolałe cielsko do pozycji siedzącej. Paraliżujący ból przeszył cały mój organizm uniemożliwiając podjęcie próby wykonania jakiegokolwiek ruchu... zsunąwszy się z miejsca na którym siedziałem padłem na kolano opierając się łapami by nie złożyć pocałunku najbliższej mi w tej chwili ziemi.. Nie miałem pojęcia gdzie jestem, ani gdzie są moi bracia, czy nadal żyją?. Zaciskając łapska w pięści równocześnie z zębiskami jęknąłem głośno z bólu podnosząc się z gleby, ustałem przez kilka chwil... rozglądając się po grocie, moim ślepiom ukazała się dość spora wystrugana z drewna miska. Podchodząc do naczynia zauważyłem sporą ilość wody, nie kryjąc radości z tak prozaicznego powodu jak ciecz w drewnianej misce nachyliłem się by zamoczyć pysk... ~Co?! -Widząc swoje odbicie ujrzałem coś dziwnego... nie poznałem siebie. Cofając się wpatrzony z przerażeniem w taflę wody zahaczyłem piętą o podwyższenie na którym stało kamienne łoże i przewróciłem się do tyłu. Upadając plecami na twarde podłoże natychmiastowo odezwały się poturbowane żebra niemal doszczętnie pozbywając moich płuc powietrza. ~Niech to szlag jasny trafi.. -Opierając się na lewym przedramieniu zwróciłem obolałe cielsko w tę samą stronę. Widząc swoją łapę nie mogłem oderwać od niej wzroku, była długa, dobrze zbudowana. Podpierając się obiema łapskami o podłoże podniosłem się z nie lada trudem, zerknąłem na dolne równie mocno umięśnione kończyny. Westchnąłem głośno będąc wyraźnie przejęty cóż jeszcze mogło się zmienić i ruszyłem w stronę wyjścia. Wyciągając prawą łapę przed siebie chwyciłem za jelenią skórę która zasłaniała wejście do jaskini, mocnym pociągnięciem w dół zerwałem prowizoryczną osłonę i opierając się bokiem o łuk w pierwszej chwili pomyślałem, że umarłem gdyby nie ten ból... Był późny wieczór, na niebie zaczęły ukazywać się już pierwsze gwiazdy. Skupiając mocno wzrok przed sobą ujrzałem tętniącą życiem polanę. Ogromna wataha wilków jak i wilkołaków zajęta była swoimi sprawami, wilkołaki ze względu na swoje gabaryty i siłę budowały schronienia i oprawiały upolowaną zwierzynę. Wciągając nozdrzami sporą ilość powietrza w płuca ułożyłem jedną łapę na brzuchu kontrolując opatrunki i wolnym krokiem ruszyłem przed siebie rozglądając się z zaciekawieniem dookoła. Przechodząc obok grupy osobników spotkałem się z wyjątkowo ciepłym przywitaniem, subtelne uśmiechy, skinięcia łbami w moją stronę. Odwzajemniłem się tym samym kierując zmęczone cielsko ku przemawiającej w oddali postaci. Idąc przed siebie spostrzegłem, że zrobiło się niepokojąco cicho.. wszystko było czarne a z mego ciała zniknęły opatrunki.. -Salv... -usłyszałem. -Salvatore... -Powtarzające się słowa kilkukrotnie. -Jesteś sam... całkiem saaam... Urywające się zdanie ukazało zmierzającą w stronę mojego łba rękojeść włóczni, poczułem jakby czas zwolnił by dać mi sekundę na reakcję. Zaciskając łapę w pięść i napinając mięśnie przedramienia zasłoniłem kufę... Uderzenie było tak silne, że zmieniło włócznie w drzazgi. Chwile później przede mną pojawiła się postać była niewyraźna, w oka mgnieniu obnażyłem kły i z głośnym charkotem machnąłem łapą w stronę postaci która rozpłynęła się jak mgła... po czym ponownie przybierając postać wilka doskoczyła do mnie i dziwnym ostrzem uderzyła mnie prosto w serce... -Powinieneś wypoczywać, straciłeś sporo krwi i masz gorączkę..- Głośniej wypowiedziane słowa dobiegające z naprzeciwka wybudziły mnie z dziwnego „snu na jawie” zastrzegłem uszami otwierając szeroko zdrowe oko a źrenica w nim mocno się poszerzyła, rozpoznałem sylwetkę Wilkołaka który wyraźnie lustrował mnie wzrokiem z nieukrywanym grymasem na pysku. -Rozumiem, że miałeś dość ważny powód by opuścić grotę?. Wilkor spojrzał na mnie dociekliwie krzyżując łapy na torsie, po krótkiej chwili będąc wyraźnie dumny z tego jak ukazał się efekt końcowy w postaci ratowania mojego życia uśmiechnął się serdecznie. Jestem Armanii i to właśnie mnie udało się poskładać Cię do kupy..- Przedstawianie się samca nieoczekiwanie przerwała wyłaniająca się zza pleców Samca wysoka, o szerokich biodrach i mocno zarysowanej tali, wąskich ramionach, o sierści szarej mieszanej z białą o średniej długości delikatnie przeczesywanej przez wiosenny wiatr. Ze smukłego urodziwego pyska wydostały się bardzo ciepłe wibrujące wręcz słowa. -Witaj Synu nocy, jestem Emerald.. Przywódczyni tego stada. Mam nadzieję, że dzięki moim medykom czujesz się już znacznie lepiej. -Wyszeptała podchodząc do mnie bliżej oglądając opatrunki które miałem założone na sobie. Zerknąwszy w stronę Armanii'ego uśmiechnęła się machając subtelnie ogonem. -Wspaniała robota, Ty chyba nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać. Wilkołak układając jedną łapę za plecami, drugą wyciągając delikatnie w bok skłonił się kurtuazyjnie w pasie. Samica pokręciła delikatnie kufą lokując swoje bystre spojrzenie na mnie wskazując łapą dalsze części terenów, zaproponowała dokładne zapoznanie się z najbliższym otoczeniem. Skinąłem lekko łbem przepuszczając Przywódczynie jako pierwszą. -Salvatore, za przeproszeniem jak już będziesz wolny to przyjdź proszę do mnie dobrze?. Słysząc głos nad wyraz przyjaznego Wilkołaka skinąłem łbem w jego stronę w geście zrozumienia, podejrzewając iż będzie ta wizyta miała na celu sprawdzenie mojego stanu zdrowia.. Poruszając dość mocno ponętnymi biodrami wprawiała w hipnotyzujący ruch wahadłowy swój ogon który dość skutecznie mnie rozpraszał. Emerald jako pierwszego miejsca doprowadziła mnie do spiżarni, przy wejściu do pomieszczenia czatowały dwa sporych rozmiarów wilkołaki, uzbrojeni byli w długie masywne włócznie z obydwóch stron zakończone były ostrzami które spokojnie dawałyby większej przestrzeni między władającymi ów bronią a przeciwnikiem. Jeden z Samców stając pyskiem w naszą stronę wyprostował się układając prawą łapę na piersi. Skłoniłem się lekko w przód odwzajemniając powitanie. ~Ostatnia zima była wyjątkowo dotkliwa dlatego z członkami rady wpadliśmy na pomysł ze spiżarnią. -Zamachała ogonem dumnie krzyżując łapy na piersi spoglądając w moją stronę i po chwili ruszyła przed siebie. Następnym punktem było miejsce szkoleniowe w którym uczono młode osobniki polowania na różne gatunki zwierząt. Mrużąc zdrowe ślepię dostrzegłem majaczącą sylwetkę białego szczeniaka, uśmiechnąłem się subtelnie widząc jak młodszy brat wsłuchuje się w wykład udzielany przez bardzo doświadczonego Wilka, przykucnąłem na jedno kolano. Siedząc delikatnie na prawo od Basiora nie miał najmniejszego problemu by mnie dostrzec a co najdziwniejsze rozpoznać? Aniki?! Salek... -Przerywając wykład nauczycielowi ruszył w moją stronę ile sił w łapach... widząc mnie zdrowego rzucił się na mnie ze łzami w oczach, będąc jeszcze osłabionym osunąłem się na ziemię z bratem na torsie. Śnieżnobiałemu młodemu wilkowi po policzkach zaczęły płynąć łzy a sam zaczął zanosić się płaczem, ułożyłem łapę na grzbiecie młodego i zacząłem nią delikatnie przesuwać w górę i w dół, jedwabista sierść przelewała się między moimi paluchami. ~Nie płacz proszę... już jestem przy Tobie -Ostrożnie z ogromnym wyczuciem przycisnąłem młodego do siebie przymykając zmęczone ślepię... Szloch młodego powoli zamienił się w spokojny oddech. Ułożyłem łapę ponownie na brzuchu czując ponownie narastający ból, chwytając brata który leżał na mnie spokojnie w wolną łapę ostrożnie ściągnąłem go z siebie i podniosłem cielsko do pozycji siedzącej i wstałem kładąc delikatnie Białego na ziemi, przeprosiłem sugerując, że to zmęczenie... Machnąwszy ogonem poczułem dziwny zapach, woń która skojarzyła mi się z czasami gdy byłem szczeniakiem.. -Macie tutaj konie?- Głośny pomruk wydostał się z mojej gardzieli, spojrzałem na Emerald która nie kryjąc uśmiechu wskazała palcem miejsce z którego dochodził ów zapach. -Hodujemy konie już od kilkunastu dobrych lat, moi rodzice przegonili stąd ludzi dziesięciolecia temu... najlepsze rumaki składamy w prezencie najambitniejszym wojownikom. -Podchodząc do ogrodzenia wyciągnąłem łapę przed siebie, robiąc to wolno ułożyłem łapę na pysku gniadej klaczy niespiesznie przesuwając się w górę do czoła. Spokój ogarniający całe ciało udzielił się również zwierzęciu doprowadzając spokojną klacz do ziewania. Sekundę później słysząc głośny hałas dobiegający z padoku obok mój wzrok przyciągnął kary ogier... piękny postawny, na pysku długa prosta latarnia, długa falowana grzywa, obie zadnie nogi zdobione białymi skarpetami. -Rany..- Szepnąłem wpatrując się w szalejące zwierzę. -Ten? To Nightmare, bądź pewny, że zabije Cię gdy tylko wyczuje od ciebie słabość bądź jakiekolwiek wątpliwości, jeśli coś zaczniesz z nim to lepiej to dokończ..-Samica zaśmiała się pod nosem odchodząc od ogrodzenia i zwracając się w stronę groty gdzie przesiadywali Medycy. Odsuwając zmęczone cielsko od płotu gdzie stała niezwykle pieszczotliwa klacz usłyszałem pełne entuzjazmu -Salek!- sierść zjeżyła mi się na karku a fala wściekłości poniosła się wzdłuż kręgosłupa, zaciskając kły z całych sił chwyciłem nadchodzącą Waderę za sierść na karku, przerzucając Key do drugiej łapy chwyciłem za gardziel i przygniotłem do pobliskiego drzewa. Widząc to zaalarmowane Wilkołaki podbiegły w moją stronę, na stanowiskach wartowniczych inne osobniki trzymały łuki z napiętymi cięciwami gotowymi by w każdej chwili posłać grad strzał tam gdzie stałem. Jednakże na sygnał Przywódczyni bez zająknięcia odpuścili bacznie nas obserwując. -Nie wtrącamy się w sprawy innych, jeśli ta dwójka ma coś do załatwienia to niech tak będzie..- Warknęła Emerald skupiając wzrok na podwładnych. ~Jakim prawem śmiesz mówić do mnie jak moi bracia?!- Uniosłem ton głosu zbliżając pysk do Wadery.. -S..Salvatore wybacz mi prosz.. proszę, to było dla Twojego dobra...- Wilczyca zaczęła się szamotać starając się wziąć głębszy oddech, zacisnąłem paluchy mocniej na gardle... wystarczyłby jeden ruch by pozbawić ją życia.. domagał się tego każdy centymetr mojego cielska. Wolną łapą zerwałem z łba opatrunek ukazując Samicy z którą się wychowałem co ta „dobroć” mi zrobiła.. -Zobacz jak ja przez Ciebie wyglądam... a co gorsza przez Ciebie nie żyje większość mojej rodziny i przyjaciół, wydałaś ich jakby byli dla Ciebie zwykłym gównem. -Słysząc żywą dyskusję od osobników które obserwowały całe zdarzenie, odsunąłem Waderę od drzewa i odrzuciłem w bok. ~Śmierć to dla Ciebie zbyt mało. ~Salvatore, zanim odejdziesz chciałabym dopowiedzieć tylko, że to dzięki Keylin uratowaliśmy Ci życie, ocaliliśmy Twoich braci i przyjaciela... przemyśl to bardzo Cię proszę. -Emerald wymamrotała wyraźnie przejęta zaistniałą sytuacją podchodząc do powalonej przyjaciółki, przytuliła ją do siebie mocno. Odchodząc od zbiorowiska zrobiło mi się słabo, ziemia zaczęła mocno wirować a kłujący ból zaatakował brzuch, chwytając za opatrunek i dociskając do siebie podbiegła do mnie przywódczyni stada, zerkając na Key wyciągnęła w jej stronę łapę w uspokajającym geście. Biorąc mnie pod pachę jedyne co pamiętam to krzyk.. -Armanii ślijcie po Arona...- -Czy nic Jemu nie będzie?- Usłyszałem majaczący głos jednego z moich braci, Biały stojąc obok Keylin obserwował mnie swymi wielkimi zaszklonymi oczami. -Zrobimy wszystko co tylko się da aby go uratować- Mruknął Armanii uciskając moją ranę. Odruchowo przytrzymując łapę Wilkołaka obróciłem się na bok zaczynając wymiotować krwią.. Grupa w asyście Armanii'ego i przywódczyni watahy doprowadzając mnie do groty z której wyszedłem o zmierzchu położyli mnie na grubej warstwie skór ~Jest rozpalony -Szepnął ktoś inny. ~Wyrzućcie stąd dzieciaka..- Mruknąłem przez zaciśnięte kły patrząc na Armanii'ego, by po chwili przenieść wzrok na Emerald, z pyska wolno sączyła się krew. Opatrunki zupełnie bez powodu zachodziły czerwoną posoką. ~Zabierz go stąd.. Proszę..- Samica szybko szarpnęła się z miejsca i złapała młodego pod brzuch wybiegając z jaskini, gdy wróciła zaczepił ją Armanii mówiąc coś o szyciu i zamieniając się miejscami z Przywódczynią wyskoczył z jaskini pędząc w tylko jemu znanym kierunku. Kilka chwil później gdy Samiec wrócił trzymając w łapie małą skórzaną torbę, mijając się z Em zaszedł mnie od boku wciskając w łapę sporą ilość ziela znieczulającego ~Nie trać czasu zjedz to ponieważ to co teraz zrobię zaboli i to mocno. -Wilkołak rozgniatając i rozcierając kilka liści i kwiatów zwilżył łapy wodą i przyłożył je do rany pazurami lekko rozchylił otwór starając się jednych pewnym ruchem wcisnąć wystarczającą ilość leczniczego wyrobu. ~AaaaRrrGhhh... co Ty... -Jęknąłem okrutnie, zamykając ślepia a łeb mimowolnie zwrócił się w bok, niezwykle ciężkie powieki zaczęły opadać desperacko szukając wypoczynku. Co pamiętam z tamtej chwili? słowa... ~Uciskaj to.. ja zajmę się szyciem. -Głosy stawały się coraz odleglejsze, by po kilku chwilach porzucić mnie w odmętach mroku. ~Walcz z tym... -Przed mymi ślepiami wyłonił się łeb wilka z szeroko roztwartym pyskiem. Wzdrygając się nerwowo nadal leżałem na wygodnych skórach, poranne promienie słońca ukradkiem przedostające się do mojej groty otuliły mnie swymi ciepłymi objęciami jakby witały mnie "wśród żywych". Mistrz medyków słysząc moje nagłe poruszenie zerwał się ze swojego miejsca i ostrożnie chwycił za ramiona i podniósł do pozycji siedzącej. Przykucając naprzeciw mnie sięgnął łapami do mojego podbrzusza, widząc to lekko się wzdrygnąłem. ~Armanii słuchaj nic do Ciebie nie mam, ale "zdecydowanie" wolałbym aby tam kręciła się jakaś urocza i atrakcyjna Samica gdyż inaczej odbieram świadome zadawanie bólu. -Wyszeptałem patrząc na Samca lekko zblazowany. Samiec spojrzał na mnie zdziwiony, unosząc jedną brew ku górze. ~Przejmujesz się że podniecisz się przez ból? Jakoś mnie to nie przeraża, uwierz mi że widziałem w swoim życiu gorsze rzeczy od męskich genitaliów.. -Mruknął uśmiechając się pod nosem wzruszając ramionami. ~Aron spokojnie mam tutaj kogoś kto zajmie się nim w odpowiedni sposób. -Głos Emerald dochodzący do mych położonych wzdłuż łba uszu zadziałał niesamowicie kojąco i natychmiastowo odetchnąłem z ulgą. Armanii podnosząc się z ziemi poklepał łapą moje prawe udo i ruszył w stronę wyjścia w którym minął się z kimś bardzo dobrze mi znanym... Odprowadzając Samca wzrokiem rozpoznałem stojącą w progu Keylin pod postacią Lykanki? ~Bez jaj.. -Mruknąłem pod nosem wlepiając wzrok przed siebie czując jak sierść na karku zaczyna stawać mi dęba, z drugiej jednak strony jak opowiadała Emerald to jakby przeciętna Wadera dałaby radę donieść tutaj moje tak osłabione cielsko? Opierając łapy na legowisku zwiesiłem łeb bijąc się z własnymi myślami... z jednej strony miałem do czynienia ze zdradą i śmiercią a z drugiej odczuwałem brak najdroższej mojemu sercu przyjaciółki.. ~Keyli.. ~Salvato... -Podchodząc bardzo ostrożnie w moją stronę przyciskając łapy do piersi wyszeptała moje imię w tej samej chwili w której ja zacząłem robić dokładnie to samo.. Gdy zbliżyła się o jeszcze kilka kroków dojrzałem spływającą po jej prawym policzku łzę, powieki były mocno zaciśnięte. Coś właśnie wtedy we mnie pękło.. dzięki niej żyje. Gdybyś chciała mojej śmierci to nie pomogłabyś mi prawda? Pytając samego siebie wstałem z posłania i podszedłem do Lykanki układając jedną łapę na jej ramieniu a drugą otarłem spływające łzy. Zbliżając pysk do kufy Key, złożyłem czuły pocałunek na czole przyjaciółki by następnie mocno ją do siebie przytulić..
~Keylin wybaczysz mi? Minione dni odebrały mi zdolność logicznego myślenia, przepraszam za wszystko... Gdyby nie Ty..
C.D.N
Subskrybuj:
Posty (Atom)
