piątek, 25 stycznia 2019

Wyniki konkursu "WSC w Ludzkim Świecie!"

Moi Drodzy Członkowie WSC,
na początku wyskrobię, że z racji późnej pory nie rozpiszę się jak Homer, ale postaram się podsumować nasz, uważam, bardzo udany konkurs, w krótkich, acz wiele przekazujących słowach.
Przede wszystkim, z całego serducha dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się poświęcić ten konkursowy czas dla zdobycia jeszcze więcej wsc-owej sławy, bowiem dzięki temu wzięło udział sześć osób, co w porównaniu z poprzednim (2) prezentuje się świetnie.
Udział wzięli:
1. Aisu
2. Notte
3. Haruhiko
4. Kuraha
5. Shi
6. Wrotycz

Bezsprzecznie wygrało opowiadanie Haruhiko otrzymując w wyniku głosowania 10 głosów, co stanowiło aż 45% wszystkich oddanych głosów. Pozostałe otrzymali:
Kuraha (7)
Wrotycz (4)
i Aisu (1)
Łącznie oddano 22 głosy.

Haruhiko jako zwycięzca konkursu otrzymuje z zapowiedziane wcześniej nagrody:
- Podniesienie dowolnych umiejętności w sumie o 3 pkt
- Skromny mem sławiący osiągnięcie zwycięzcy
- Niewysłowiona satysfakcja
Gratulacje!
Poza tym, każdy uczestnik konkursu, w podziękowaniu za wzięcie udziału otrzymuje:
- Podniesienie dowolnej umiejętności o 1 pkt

Tak więc, moi kochani, chyba zgodzicie się ze mną, że dobry konkurs nie jest zły. A ten koniec końców wyszedł naprawdę całkiem zacnie, oby tak dalej.
Kiedy następny konkurs? Myślę, że coś tam się następnego niedługo skombinuje.

                                                                             Wasz samiec alfa,
                                                                                  Zawilec

Od Etain CD Notte

Kiedy otworzyłam oczy, czułam się zmęczona i osłabiona, a przez chwilę w moim umyśle panowała ziejąca pustka. Podniosłam się powoli z miejsca, otrzepałam ze śniegu i rozejrzałam po smutnej, białej okolicy. Na spokojnie podjęłam próbę odtworzenia aktualnej wersji wydarzeń. Nie pamiętałam momentu, w którym odpłynęłam, ale skoro obudziłam się, leżąc gdzieś na śniegu, to tak najwidoczniej musiało być. W pamięci ostał mi się jednak widok mojego małego koszmarka, czarnego wilka, który ukazał mi się ponownie tuż przed tym zdarzeniem, tym razem w postaci szczenięcia. Machnęłam parę razy głową, śmiejąc się do siebie. Bad trip jakich mało, naprawdę. Swoją drogą, ciekawe jest to, jak działa wilczy mózg. Wiedziałam o istnieniu watah, które mają w swojej mitologii podobną istotę. Wielki, groźny, czarny pies. Ponoć przynosi śmierć i nieszczęście. Inni z kolei wymyślili dużego, trzygłowego psa, strażnika świata umarłych. Może też się czegoś nawdychali. Może takie wizje tworzy jakiś ośrodek mózgu, nadając postać strachowi, fobii, jakiemuś rodzajowi instynktu, być może przemodelowanego lub wymarłego. Może pogadam o tym kiedyś z psychologiem, o ile jakiś jest tutaj zatrudniony.
Resztę drogi do jaskini, do której powrót zaplanowałam jeszcze przed utratą przytomności, pomimo wyczerpania, pokonałam z lekkim uśmiechem na pysku. Patrzyłam teraz na to wszystko jako w gruncie rzeczy ciekawe doświadczenie. Nie bałam się, że ponownie spotkam potwora, a to dlatego, że pomimo dwóch konfrontacji jeszcze mnie nie zabił, co było najlepszym dowodem na to, że był tylko wizją. Dotarłszy w końcu do swojego schronienia, wypiłam porządną porcję wody i ułożyłam się wygodnie, chowając pysk w łapach. Uspokajałam się i odpoczywałam, czekając, aż cokolwiek co zażyłam, i co dostarczyło mi tyle emocji, usunie się z organizmu. Wkrótce zasnęłam. Spałam parę godzin. Po przebudzeniu zjadłam jakieś resztki, ponownie napiłam się wody, po czym przeszłam się po jaskini. Oparłszy się o ścianę, znowu drzemałam. Później po prostu leżałam i myślałam o przyjemnych rzeczach. Tak upłynęło mi półtora dnia, po jego zakończeniu wstałam rankiem i z optymizmem wyszłam przed jaskinię. Wdychałam chłodne powietrze, przeciągając się powoli. Ruszyłam na spacer w góry, zechciałam bowiem opłukać się pod jakimś wodospadem czy w jeziorku. Już wszystko było dobrze. Nic nie mogło mi popsuć tego dnia.

< Notte? >

Od Roana

Był środek nocy.
Roan nie wiedział, gdzie jest.
Jedyną rzeczą, która była dla niego w tej chwili pewna, to fakt, że wkroczył właśnie na teren następnej watahy, i nie rozpoznawał jej zapachu. Mnóstwo woni należących do obcych mu wilków mieszało się ze sobą, pobudzając w basiorze czujność i nakazując obserwować otoczenie jeszcze uważniej niż do tej pory. Ciemność panująca wszędzie dookoła wcale tego jednak nie ułatwiała.
Samiec zawahał się przez chwilę, czując, że zapachy innych osobników jego gatunku powoli się nasilają, jednak w końcu westchnął tylko i ruszył dalej. Spędził ostatnie trzy lata na wędrówce, może równie dobrze spróbować szczęścia w kolejnym stadzie.
Łapa za łapą, uważając, gdzie staje, podążał w głąb lasu, rozglądając się za jakimś w miarę przysłoniętym miejscem na nocleg. Rozłożenie się na masie śniegu zaścielającej większość ziemi nie wydawało się zbyt wygodną opcją, ale wiedział, że jeżeli nie znajdzie sobie nic lepszego, będzie to jego jedyny możliwy wybór. To albo kolejna bezsenna noc. Jedynym plusem, jaki widział w spaniu na śniegu, było to, że temperatura jego ciała nie spowodowałaby topnienia białych zasp i tym samym przemoczenia jego grubego futra.
Pokręciwszy łbem, Roan zlustrował ponownie najbliższe otoczenie, jednak wciąż nie znalazł nic obiecującego. Żadnej wnęki w skale, jaskini, czy chociażby dziury w ziemi nieco osłoniętej od wiatru i ewentualnego śniegu, który przecież mógł zacząć padać w każdej chwili. Był coraz bardziej zmęczony po trzech dniach i dwóch bezsennych nocach spędzonych na wędrówce po niemal zupełnym pustkowiu, i ciężkie powieki naprawdę zaczynały dawać mu się we znaki. Czuł, że jeżeli nie położy się wkrótce, długo już nie pociągnie.
Po kilku minutach żmudnych poszukiwań basior w końcu zrezygnował, ziewnął, przeciągnął się, zachwiał i runął jak długi pod najbliższym drzewem, pilnując tylko tego, żeby nie zakopać w śniegu własnego nosa. Mógł być wilkiem żywiołu lodu, mógł być wychowany na terenach, na których panowała wieczna zima, ale nie chciał mieć białych płatków w nozdrzach. Szczerze wątpił, że ktokolwiek by chciał.
Światło księżyca przebijało się między gęstymi, pozbawionymi igieł gałęziami i oświetlało go z góry, gdy powoli zamykał powieki, układając łeb na zmęczonych przednich łapach, a tylne nakrywając ogonem. Już po chwili odcięty został od rzeczywistości senną barierą.
Nie wiedział ile spał. Nie wiedział jaka była pora dnia. Wiedział jednak, że obudził się, słysząc, że ktoś ewidentnie węszy tuż nad jego łbem. Natychmiast otworzył zamglone wciąż od snu ślepia i zerknął wyżej, nie mogąc jakoś się zmotywować do stanięcia na czterech łapach. Nad głową, zaraz przed nim, dostrzegł jasnozielony wilczy pysk z przekłutą dolną wargą i długą, nieco ciemniejszą grzywką przysłaniającą jedno oko, uśmiechający się szeroko. Z lekkim trudem dźwignął się w śniegu na cztery łapy i otrzepał ciemne futro, natychmiast zauważając, że zdecydowanie góruje wzrostem nad nieznajomym wilkiem.
- Jesteś z tutejszej watahy? - Zapytał prosto z mostu, lustrując ją z góry do dołu. Zielony wilk, też coś! Tego jeszcze nie grali.

< Kou? >

Nowy członek!

 
Roan - strateg

Od Etain CD Kivuli

,,Jak to?'' pytanie wadery błąkało mi się po głowie, kiedy obie w ciszy podziwiałyśmy obiekt przyrodniczy. Pewnie nie oczekiwała mojej odpowiedzi, domyślając się, że i tak nie będę znała prawdziwej przyczyny takiego stanu rzeczy, ja jednak miałam taki zwyczaj odzywania się mimo faktu, że tak naprawdę nie miałam nic ciekawego do powiedzenia, więc odrzekłam:
- Nie wiem, nie wiem, może jakieś gorące podziemne źródło?
- To wodospad. Woda spływa gdzieś... z góry - w głosie Kivuli słychać było zdziwienie.
Machnęłam głową, wyrażając obojętność.
- Może takie źródło podgrzewa go od dołu i przez to nie zamarza.
- Może...
Kiwnęłam głową, rzucając jeszcze raz spojrzenie na obiekt naszych rozważań.
- To ładne miejsce, ale może chcesz już iść dalej?
Ja, rzecz jasna, jak najbardziej tego pragnęłam, ale nie byłam pewna co odczuć Kivuli. Wyglądała mi na cichą i melancholijną waderę, takie często lubią podziwianie przyrody, nawet jeśli w grę wchodzi dość długi czas oddawania się takiej rozrywce.
- Możemy - odpowiedziała krótko.
Nie spiesząc się, ruszyłyśmy więc przed siebie. Nie znałam zupełnie żadnych konkretnych terenów nowego stada, ale miałam cichą nadzieję, że znajdziemy jakieś ciekawe miejsce. Sama nie byłam pewna, czym mogłoby ono być. Może jakiś dobry teren łowiecki? Rozległa równina, na której wilki miałyby dużą przewagę nad roślinożercami? Może jakaś górska trasa do biegania, najlepiej przykryta parawanem młodych drzew, albo strome skałki? Ożywiłam się, widząc w głowie te widoki i, lekko podekscytowana, zapytałam Kivuli, czy jest fanką sportu. Ku mojemu zdziwieniu, rzuciła jakieś półsłówko. Po krótkim zastanowieniu doszłam do wniosku, że była to odpowiedź przecząca, chociaż nie miałam całkowitej pewności. Trudno, pomyślałam, wzruszając głową. Wkrótce weszłyśmy do małego, przyjemnego lasku, a potem naszym oczom ukazała się sporych rozmiarów skała.
- Nawet nieźle - rzuciłam z dozą podziwu.
Kivuli nie odpowiedziała.
- Obejdźmy ją naokoło, może od tyłu da się wspiąć.
Czarna wilczyca przystała na to, a kiedy obchodziłyśmy formację naokoło, do głowy przyszło mi pytanie:
- Kivuli, a ty masz już jakąś jaskinię?

< Kivuli? >

Od Etain CD Zawilca

Na moim pysku pojawił się grymas szczerego zdziwienia, kiedy odwróciłam wzrok i przez kilka chwil w zamyśleniu wpatrywałam się w niebo rozciągające się nad koronami drzew. Nabrało barwę zimnego, ciemnego błękitu. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że tak szybko zdążyło się ściemnić. Zima, chciałoby się prychnąć. Szkoda, bo dziś trwa jeszcze jeden z ciekawszych dni, jakie dane mi było przeżyć. Może nie w ciągu życia, ale ostatnich... tygodni. Dobrze przynajmniej, że Zawilec chce to ciągnąć i sam zaproponował podobną wycieczkę następnego dnia. Na pewno jest miły, może też nie taki poważny, jak na początku myślałam.
Pożegnawszy się, każde z nas ruszyło w swoją stronę. Uznałam, że godzina nie jest jeszcze taka późna i zamiast szukać pierwszej lepszej nory gdzieś w lesie, postanowiłam pobłądzić jeszcze trochę w poszukiwaniu hipotetycznej rzeki, nad którą wymarzyłam sobie mieć mieszkanie. Nie mogło to być jednak proste, te tereny były rozległe, a poza tym całkiem mi obce, ale przecież czasu i chęci mi nie brakowało. Nie, jeśli dostarcza to tyle zabawy.
Można powiedzieć, że szczęście mi sprzyjało. Po około dwóch godzinach wędrówki, kiedy ciemność pogłębiła się naprawdę znacząco, wciąż nie dotarłam do zbiornika, za to ni z tego, ni z owego dojrzałam w oddali kilka smukłych, niewyraźnych sylwetek. Mając pewne podejrzenia co do tożsamości istot, zatrzymałam się natychmiast, a po chwili ruszyłam cichym, lekkim i wolniejszym krokiem. Zieleń zafalowała na mojej sierści, kiedy zaczęłam używać mocy wtapiania się w otoczenie. Po pokonaniu części odległości byłam już pewna, że patrzę na niewielkie stado saren. Uśmiechnęłam się z satysfakcją, czując, jak ślina napływa mi do pyska. W jednym momencie trzy pnącza wystrzeliły z ziemi, oplatając młodego osobnika, zanim ten zdążył odskoczyć. Owinęły jego nogi, rozrastając się i poszerzając. Nie mógł już uciec, choć walczył z całych sił. Czwarta, najgrubsza błyskawicznie skoczyła do jego szyi, oplotła ją i zacieśniała się, aż usłyszałam trzaśnięcie. Patrząc, jak życie momentalnie z niego ulatuje, przestałam używać mocy i podeszłam do ciała. Czasem myślę, że to aż za proste. Te zwierzęta nie mają żadnych szans... Bez zbędnego zwlekania, zaczęłam posiłek. Mięso było naprawdę smaczne, zresztą głód poważnie mi już doskwierał, a mimo to zostawiłam sporo resztek. Zastanawiałam się chwilę, co z nimi począć. Normalnie zaniosłabym do jaskini, jednak na ten moment żadnej nie posiadam, a ciągnięcie tego truchła przez cały las nie wchodziło w grę. Mogłam spreparować szybko jakieś fragmenty i schować do torby, uznałam jednak, że nie ma takiej potrzeby. Nie ruszałam już w żadną daleką podróż. Teraz tu jest mój dom, mogę polować, kiedy tylko poczuję głód, a w tych żyznych lasach na pewno nagle nie zabraknie mi zwierzyny. Opuściłam swą zdobycz i z nowymi siłami ponowiłam wędrówkę. Myślałam chwilę o dzisiejszej przygodzie nad jeziorem. Zastanawiałam się, czy to, co widziałam, było prawdziwe i stwierdziłam, że wyglądało zbyt realnie, żeby mogło być inaczej. Ciekawiło mnie, co to było, lecz przecież nie znałam odpowiedzi i, co gorsza, nie miałam szans, żeby sobie jakąś wydumać. Zadałam sobie więc tylko pytanie, czy chcę tam kiedyś wrócić. Odpowiedź była twierdząca.
Kiedy skończyłam te rozważania, zorientowałam się, jak późno musiało już być. Las pogrążony był w ciemności. Niepewnie rozejrzałam się wokół, nerwowo machając ogonem. Pomyślałam, że chyba trzeba będzie dokończyć poszukiwania jutro. Oczywiście po spotkaniu z Zawilcem. Albo zabiorę go ze sobą? Zobaczę. Westchnęłam, uderzając łapą o ziemię. Około metr przede mną ziemia zatrzęsła się na małym obszarze. Utworzyła się wyrwa, która chwilę pogłębiała się i powiększała, a naokoło niej gleba zaczęła się wypiętrzać, wspierając na sporych, szarych głazach. Utworzyły się z niej ściany i zadaszenie. Miałam teraz małą, prowizoryczną jaskinię. Nie mogłam przecież ryzykować marznięcia pośrodku niczego. Weszłam do schronienia i ułożyłam się do snu. Rozważałam dodatkowe rozgrzanie skał od wnętrza, lecz brakowało mi już siły. Szybko zasnęłam.
Rankiem z optymizmem opuściłam grotę. Za pomocą magii, sprawiłam, że zapadła się ona, a skałki z powrotem wniknęły głęboko w ziemię. Bez zwłoki udałam się do Zawilca. Po drodze zastanawiałam się, czy rzeczywiście dzisiaj też będzie miał dla mnie czas. Myślałam, że przywódca stada będzie bardziej zajęty.

< Zawilec? >

Od Vitale

Szczerze mówiąc, nigdy nie spodziewałem się, że ten dzień kiedykolwiek nastąpi. Po tak długiej podróży, męczącej ciało, ale za to kształtującej ducha, w końcu otrzymałem możliwość zatrzymania się w tej watasze (jak się ona nazywała? Srebrnego Tulipana? Niebieskiej Róży?). Alfa zdawał się być całkiem przyjemną postacią, nie zadawał wielu pytań przy naszym pierwszym spotkaniu, chociaż w czasie oprowadzania po terenach, trochę już ich padło. Na szczęście nie godziły zbytnio w moją prywatność, więc nie miałem większych problemów z odpowiadaniem na nie. Otrzymałem jednak zadanie, może nie bezpośrednio, ale wyczytałem je między słowami basiora. Polegało ono na zaznajomieniu się z członkami watahy, a z racji mojego stanowiska, na które Zawilec zgodził się nad wyraz chętnie (pewnie miał własne problemy na głowie), pomaganie im, jeśli będą tego potrzebować. Podobała mi się taka opcja. Nie dlatego, że lubiłem wyciągać wilki z otchłani ich umysłów czy walczyć u ich boku z demonami przeszłości. Mogłem wtedy pytać o sprawy, które mnie męczą. Mogłem pytać o ojca, bo przecież ktoś kiedyś mógł skrzyżować z nim swoje drogi, prawda?
Przechodziłem właśnie w pobliżu jakiegoś strumyka, nasłuchując, czy nikt się do mnie nie zbliża, czy to wróg, czy przyjaciel. Stawiałem ostrożnie łapy na twardej ziemi, zręcznie przeskakując przez przewalone drzewa czy konary. Znalazłem w czasie swojej podróży kilka ładnych miejsc, w których mógłbym umieścić kapliczkę Cercisa, mojego boga lasów i polowań, który każdego dnia ochraniał mnie między swoimi drzewami, dając tym schronienie przed ludźmi czy innymi drapieżnikami. Postanowiłem zboczyć z trasy, aby sprawdzić okolicę, kiedy to dostrzegłem ewidentnie wilcze futro. Nie było mi jednak dane poznać płci polującego zapewne osobnika. Nie chcąc mu przeszkadzać, usiadłem pod drzewem jak najciszej byłem w stanie i rozpocząłem spokojną obserwację widowiska przed sobą.

< Ktoś? >